Do odkochania jeden krok - Katarzyna Świderska

Kup ebooka

45.90 zł
36.72 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

Podziękowania

1

W pełnym skupieniu rozglądam się po kuchni. Przez dłuższą chwilę wodzę wzrokiem po znajomych kątach. W końcu zatrzymuję go na poszarzałej firanie, poruszanej przez ciepły powiew wiatru zuchwale wdzierający się przez okno. Jest piekielnie gorąco; od ciepła panującego w środku krótka, prosta grzywka przykleja mi się do czoła. Dotykam jej dłonią i staram się odgarnąć na boki. Jeden niesforny kosmyk łaskocze mnie w skroń.

W myślach wyklinam fryzjerkę, która kilka dni temu namówiła mnie na to cięcie. "Nowa fryzura, nowa ty, będziesz wyglądać młodo i seksownie!", trajkotała, machając mi nożyczkami przed twarzą. Myślała chyba, że podniesie moją przydeptaną samoocenę, zamieniając mnie w ponętną kopię Megan Fox, ale coś poszło nie tak. Zdecydowanie nie tak.

Wyglądem bliżej mi raczej do Lloyda Christmasa z filmu Głupi i głupszy. Ale wtedy nie mogłam wiedzieć, że tak skończę.

Przez cały mój pobyt w zakładzie fryzjerka żuła gumę o smaku tutti frutti, co rozpraszało moją uwagę i otępiało zmysły, pewnie dlatego uznałam wówczas, że genialnym pomysłem jest zrobienie sobie przyklapniętej grzywki, gdy temperatury dochodzą do dwudziestu dziewięciu stopni. Teraz przez całe lato będę musiała upinać ją spinkami niczym siedmiolatka.

Ale w jednej kwestii fryzjerka miała rację - czuję się, jakbym odmłodniała.

Tylko ciut za bardzo, bo o jakieś dwadzieścia kilka lat, kiedy to w podstawówce postanowiłyśmy z koleżanką zrobić sobie fryzurę na tak zwany garnek.

Pamiętam ten dzień, jakby wydarzył się chwilę temu.

Iwonka, moja wtedy najlepsza koleżanka, o pomarańczowych, kręconych puklach, poszła na pierwszy ogień. Nałożyłam na jej głowę miskę, którą o poranku podwędziłam z kuchennej szafki babci, i kilkoma nieco koślawymi ruchami objechałam wokół osobliwego metalowego czepka tępymi nożyczkami, które to z kolei przyniosła moja koleżanka. Rude kosmyki sypały się na posadzkę szkolnej toalety niczym opadające z drzew liście pod koniec października.

Później nadeszła kolej na moje włosy.

I gdyby moja czarna czupryna mogła mówić, z pewnością posłałaby wtedy w naszym kierunku wiązankę siarczystych przekleństw. Niestety tak się nie stało, tym samym skończyłyśmy na dywaniku u dyrektorki, czekając na pojawienie się naszych opiekunów. Pamiętam, że nawet nie dostałam wtedy kary. Mój wygląd sam w sobie ukarał mnie aż nadto.

Spoglądam w swoje odbicie w szybie i zatrzymuję wzrok na króciutkiej grzywce. Gdyby nie kurze łapki przy oczach, straszące miłośniczki botoksu, pomyślałabym, że cofnęłam się w czasie do tamtego dnia.

Nieprzyjemny dźwięk sprowadza moje myśli z powrotem do kuchni. Cofam się kilka kroków i po raz kolejny omiatam wzrokiem pomieszczenie. Patrzę na białą boazerię, lekko przybrudzoną odciskami palców. Rozproszone po ścianie stempelki z linii papilarnych są pamiątką po moim ostatnim przyjęciu urodzinowym, gdy z przyjaciółką Jolką - która każe zwracać się do siebie Prakriti, na cześć jakiejś hinduskiej bogini, czy czegoś tam - wyżłopałyśmy o jedno wino za dużo. Kuchenna ściana pomogła nam wtedy utrzymać równowagę, zanim obie padłyśmy na duże małżeńskie łóżko w sypialni.

Zahaczam ramieniem drzwiczki szafki kuchennej, które opadają mizernie w stronę blatu. Syczę pod nosem, przykładam dłoń do pulsującego z bólu miejsca i rozmasowuję je delikatnie, złorzecząc na Leszka - mojego niemęża, który już dawno obiecał wyregulować zawiasy.

Słysząc specyficzny dźwięk, który atakuje od rana moje bębenki słuchowe, przestaję masować ramię. Zatrzymuję wzrok na metalowym taborecie i powoli wyciągam rękę po broń, która czeka w pogotowiu. Zakradam się do krzesła po cichutku, z gracją burego dachowca polującego na łydkę przypadkowego przechodnia. Nie spuszczam przy tym wzroku z mojego celu. Mój cel - nieświadoma swego losu ofiara - mości się na siedzisku, a ja uśmiecham się pod nosem, pewna siebie jak w dwa tysiące dziewiątym, gdy po raz pierwszy zdawałam egzamin na prawo jazdy. Przy czwartej próbie już nie byłam taka zuchwała. Gdy cel jest na wyciągnięcie ręki, powoli unoszę dłoń i z impetem uderzam w taboret.

- Mam cię! - syczę z dziką satysfakcją.

Upewniwszy się, że robacznica, która od świtu starała się zapanować nad każdym skrawkiem mojego nieprzykrytego kołdrą ciała, znajduje się na muchołapce, mam ochotę wznieść toast z kieliszkiem szampana w dłoni. I nie mam tu na myśli jakiegoś dorato za niecałe dwadzieścia złotych.

Wyrzucam martwą muchę do śmietnika i podchodzę do garnka. Para bucha z niego tak intensywnie, że nałożona pokrywka podskakuje, jakby każdorazowo kąsana była przez stado rozwścieczonych os. Podnoszę pokrywkę i nakłuwam widelcem kawałek mięsa. Pod naporem sztućca pierś z kurczaka rozpada się na kawałeczki, podobnie do mojego ulubionego kubka z wizerunkiem ptaszka Tweety dziś rano, gdy potknęłam się o podwinięty dywan. Już dawno mówiłam Leszkowi, że należałoby wypieprzyć go na śmietnik. Dywan, rzecz jasna. Jak widać, musiałam najpierw złożyć ofiarę w postaci dwudziestoletniego kubka, który kupiłam, mieszkając jeszcze w internacie. Po powrocie niemęża brudny kawał wełnianego mordercy kubków na pewno zostanie zutylizowany. Dopilnuję tego!

Odkładam widelec i kroję pomidory na sałatkę. Po kolejnych dziesięciu minutach biorę w dłonie dwa talerze wypełnione jedzeniem bez większego smaku. Gdy kładę je na drewnianym blacie stołu, cienka strużka potu spływa po moich plecach. Pocieram dłonią bawełniany podkoszulek, który chwyta się kręgosłupa, jakby przyciągany był przez lep na muchy.

Po raz kolejny dziś przeklinam pod nosem duchotę panującą w pomieszczeniu.

Otwieram drzwi do pokoju dziennego, w którym ma w zwyczaju przesiadywać mój syn.

- Obiad - oznajmiam jasnej czuprynie Kostka.

Nie reaguje, jest zajęty graniem w Minecraft. Wyciągam rękę i ściągam mu słuchawki z uszu.

- Co? - warczy na mnie.

Mam ochotę strzelić go muchołapką, za pomocą której chwilę wcześniej zgładziłam namolnego owada. Powstrzymuję się jednak.

- Obiad - powtarzam ze stoickim spokojem i wychodzę.

Po dziesięciu minutach przychodzi i siada naprzeciw mnie. Chwyta w dłoń widelec i zaczyna grzebać w talerzu. Przez dłuższą chwilę obserwuję, jak marszczy brwi, nadyma policzki i rozszerza nozdrza. Mimiczne tiki nerwowe kończy, wykrzywiając usta, jak gdyby właśnie zobaczył srającego na swój talerz gołębia. W końcu postanawia włożyć widelec do ust i przez chwilę porusza flegmatycznie żuchwą, zastanawiając się nad smakiem gotowanego kurczaka i lichej sałatki z pomidorów bez krzty soli. Czuję się, jakbym była oceniana co najmniej przez Wojciecha Amaro, a nie przez piętnastolatka z twarzą oprószoną młodzieńczym trądzikiem i przerwą między jedynkami, którą staramy się skorygować aparatem.

- Niedobre - wyrokuje po chwili.

Wzruszam ramionami.

- Słaba ze mnie kucharka.

Rzuca mi zbuntowane spojrzenie. Błądzi wzrokiem po mojej twarzy, patrzy mi w oczy, skupia się na załamaniach skóry, jak gdyby po cichu liczył wszystkie zmarszczki, które powstały przez lata w wyniku jego beznadziejnego zachowania. W końcu zawiesza wzrok na oklapłej grzywce. Spacer jego zielonych tęczówek dobiega końca.

- Brzydko wyglądasz. Jakoś inaczej - wyrokuje ponownie.

Staram się przypomnieć sobie, dlaczego po urodzeniu nie oddałam go do okna życia.

- Dzięki za komplement, synu - odzywam się w końcu, po czym wstaję z krzesła i chwytam pusty talerz.

Kostek jeszcze walczy ze swoją porcją. Odwracam się plecami do stołu i podchodzę do zmywarki, gdzie już po chwili umieszczam brudne naczynie. Wracam do syna i rzucam mu ukradkowe spojrzenie.

- Umówiłem się dzisiaj z Marcinem - oznajmia, po czym podskakuje na krześle poderwany przez głośne czknięcie wydobywające się z jego ust.

- Masz zajęcia na basenie - odpowiadam spokojnie, ale czuję, jak mój kark sztywnieje.

- Nie pójdę - odpowiada zadziornie i zakłada ręce na piersi.

Kostek nie cierpi zajęć na pływalni. Oraz: siatkówki, koszykówki, piłki nożnej, rugby, judo, karate i kilku innych dyscyplin sportowych, w których spróbował sił w swoim krótkim życiu. Robiliśmy z Leszkiem wszystko, co w naszej mocy, żeby zachęcać go do ćwiczeń fizycznych. Nawet dla przykładu zapisałam się kiedyś na fitness. Myślałam, że gdy zobaczy, jak regularnie ćwiczę, zachęcę go do tego samego. I przyznaję, nawaliłam. Po trzech dniach zakwasy nie pozwalały mi wstać z łóżka, co zniechęciło mnie na tyle, że od dwóch lat, jak tylko zobaczę budynek siłowni, przechodzę na drugą stronę ulicy, bojąc się, że jakaś niewidzialna siła przyciągania będzie kazała mi wrócić na salę treningową.

Wiem więc, co mnie teraz czeka, pytanie tylko, kto dzisiaj wygra starcie o dominację w naszym mikrostadzie. Na ogół to ja wygrywam - w końcu jestem matką i jakieś ochłapy poszanowania mi się należą.

Biorę głęboki wdech.

- Nie masz wyjścia, za tydzień wizyta u dietetyka, jeśli nie zrzucisz kolejnego kilograma, twoja dieta wydłuży się o następnych siedem dni.

Całkiem racjonalny argument na rzecz basenu. Mam ochotę poklepać się po plecach. Dumna z siebie już zaczynam puszyć się niczym paw w Łazienkach Królewskich, ale widząc, jak okrągła twarz Kostka oblewa się purpurą, a drugi podbródek uwydatnia, składam piórka.

Syn odrzuca widelec, który upada w jedzenie. Kilka kropelek jogurtu, w którym taplają się pomidory na jego talerzu ląduje na mojej twarzy. Czuję, jak moje tętno rozpędza się do galopu. Szybko się denerwuję. Podobnie jak mój syn.

- Gówno mnie to obchodzi! W dupie mam te okropne żarcie i głupi basen! - Kostek podrywa się z taboretu i sprzedaje kopniaka metalowej nóżce. Siedzisko przewraca się na posadzkę.

- A mnie gówno obchodzi twoje zdanie. Idziesz na basen, czy tego chcesz, czy nie! - wybucham, a poczucie porażki rodzicielskiej kładzie mi pokrzepiająco niewidzialną dłoń na ramieniu.

- Sama se idź! - wrzeszczy.

Wybiega z kuchni, a ja jeszcze przez chwilę siedzę bez ruchu, starając się opanować emocje. Mam ochotę krzyknąć z wściekłości, ale szkolny pan psycholog - młody, wysoki brunet o krzaczastych brwiach, w okularach w kwadratowych oprawkach - z którym miałam okazję kilkukrotnie analizować zachowanie mojego syna, kazałby mi zachować spokój, więc liczę do dziesięciu, po czym wstaję i sprzątam ze stołu brudny talerz.

Gdy uruchamiam zmywarkę i podnoszę przewrócony taboret, do moich uszu dobiega trzaskanie drzwi wejściowych. Wrzucam do zlewu mokrą ścierkę, którą chwilę wcześniej wycierałam blat stołu, i wyglądam do przedpokoju.

- Kostek?

Moje słowa wiszą w pomieszczeniu dłuższą chwilę, zanim dociera do mnie, że jestem w domu sama. Podchodzę do drzwi i otwieram je na oścież. Rozglądam się po ogrodzie. Ani śladu mojego syna. Za to rower Kostka leży na trawie. Zalewa mnie fala gniewu. Leniwy gnojek, nawet nie pokusił się o zabranie jednośladu. Zrezygnowana zamykam drzwi i podchodzę do kanapy, na której chwilę wcześniej spoczywało sto kilogramów mojego nieposłusznego nastolatka. Kładę się na plecach i zamykam oczy, na chwilę zapominam nawet o przyklejonej do czoła grzywce. Zamyślam się, a beznadzieja bieżącego dnia sprawia, że robię się senna.

Jako dziecko miałam wiele marzeń. Mając pięć lat, chciałam zostać baletnicą, potem piosenkarką lub księżniczką, w wieku dwunastu - sprzedawczynią w sklepie spożywczym, a następnie projektantką mody.

Aż w końcu wylądowałam na germanistyce. Całkiem przez przypadek, nie wiedziałam, co zrobić ze swoim życiem, więc poznanie języka jawiło się jako praktyczne posunięcie. Pożałowałam po dwóch miesiącach nauki, gdy zorientowałam się, że zdania w języku niemieckim mają intonację, jakby wydawało się rozkaz rozstrzelania.

Gdyby nie to, że za pierwszy rok studiów zapłaciłam z góry, pewnie posłałabym je w diabły. Ale nie mając innego wyjścia, które nie wiązałoby się ze stratą kilku tysięcy, chłonęłam język obcy, a przy okazji starałam się obracać wśród rodowitych Niemców, coby trochę załagodzić sobie ich postrzeganie.

W rezultacie nawet zaprzyjaźniłam się z kilkoma osobami i przeżyłam niczego sobie romans z Mortizem - szczupłym blondynem z niebotycznie dużym jabłkiem Adama, który przyjechał z Berlina na wymianę studencką. Weekendy spędzałam w modnych warszawskich klubach, a w ciągu dnia kułam do egzaminów. Miałam dobrą pracę - sprzedawałam zupełnie nieskuteczne suplementy na odchudzanie za horrendalnie wysokie pieniądze. Żyłam z prowizji, całkiem przyzwoitej.

Czułam, że całe życie dopiero przede mną, wyszumię się, zwiedzę świat, zdobędę doświadczenie zawodowe i zapomnę o przeszłości, która przywarła do mnie, jakby ktoś przyszył ją do mojej głowy niewidzialną nicią.

Teraz, mając trzydzieści pięć lat, coraz więcej siwych pasm, piętnastoletniego syna, którego jedynym osiągnięciem jest przeliterowanie swojego imienia beknięciami, oraz wiecznie nieobecnego męża - jedynymi podróżami, na jakie mogę sobie pozwolić, są codzienne wypady do Biedronki, znajomość niemieckich słów skurczyła się w mojej głowie niczym smażone mięso na patelni, a w CV mogę pochwalić się byciem lekko podtuczoną zapomnianą przez świat pisarką z wiecznie przetłuszczonymi włosami i niewydepilowaną strefą intymną. Jedynym moim marzeniem jest przeżycie kolejnego dnia bez myśli samobójczych, które krążą nade mną niczym muszki owocówki nad podgniłymi jabłkami.

Spoglądam na zegarek, dochodzi dwudziesta druga. Pewnie gdybym nie była najgorszą matką świata - jak mawia mój syn - zaczęłabym się martwić o tę okropną kreaturę, którą piętnaście lat temu, w wielkich mękach, wydałam na ten świat, ale znając mojego syna, obżera się teraz chipsami ze swoim jedynym, równie otyłym, przyjacielem Marcinem. Na wszelki wypadek piszę jednak SMS do jego matki, aby upewnić się, że Kostek jest bezpieczny. Gdy to potwierdza, a dodatkowo proponuje, aby został u nich na noc, uśmiecham się pod nosem z błogim spokojem.

Wstaję z kanapy, masuję obolałe od wystających sprężyn plecy i idę umyć ręce, bo właśnie odkryłam, że na boku dłoni mam brązową plamę wyglądającą jak kupa, choć wiem, że to pozostałość po nutelli, którą to Kostek upieprzył myszkę komputera. A ja się zastanawiam, czemu pomimo diety jego obłe ciało ciągle pozostaje obłe.

Drzwi łazienki skrzypią, gdy tylko ich dotykam. Złość, którą czuję do mojego niemęża za odkładanie wszystkiego na później, wyładowuję, kopiąc skrzydło drzwi stopą w skarpetce w renifery, która już dawno powinna była zapaść w zimowy sen, aż do kolejnych świąt Bożego Narodzenia. Myję ręce i mimochodem spoglądam w lustro. Aż podskakuję na swój widok.

- Zajebiście, wyglądam jak Betti brzydula - mówię z obrzydzeniem.

Pochylam się w stronę lustra i za pomocą dłoni staram się przeczesać grzywkę na boki. To nic nie daje, grzywka wraca na środek czoła, jakby miała wczepioną sprężynę.

Wzdycham zrezygnowana.

Tylko jedna rzecz sprawi, że poczuję się trochę lepiej - wino. Idę do kuchni i wyciągam z lodówki zimną butelkę francuskiego chardonnay. Niosę ją do salonu z namaszczeniem. Napełniam kieliszek i wracam na kanapę z postanowieniem przepłakania wieczoru podczas oglądania rzewnego melodramatu.

Już podnoszę szkło do ust, płyn chlupocze niczym ciepły Bałtyk w lipcu, już pojawiają się pierwsze napisy wybranego na Netflixie filmu, a do mojego nosa dociera przyjemny zapach fermentowanych winogron, gdy słyszę radosną, głośną melodyjkę. Jednocześnie telefon komórkowy zaczyna podskakiwać w mojej kieszeni.

Moją pierwszą myślą jest to, że pewnie matka Marcina postanowiła jednak ukrócić dzieciakom imprezę otłuszczającą ich wątroby.

Chcę więc zignorować połączenie i udaję, że irytująca melodyjka wcale nie rani moich bębenków słuchowych, ale matka Marcina musi być zdeterminowana, bo telefon dźwięczy nieprzerwanie od minuty. Z cierpiętniczym wyrazem twarzy odstawiam więc kieliszek na stolik i w pełnej gotowości do wyruszenia samochodem po mojego wyrodnego syna odbieram połączenie.

- Słucham? - mówię obolałym głosem.

Przez chwilę panuje cisza. Gdy już mam się odezwać, słyszę miękki, znany głos. Głos, który sprawił, że moja przeszłość stała się namacalna i równie bolesna, jak niespełna dwadzieścia lat temu.

- Witaj, Łucjo.