ROZDZIAŁ 2
Szczepankowo, lipiec 1939 roku
Ze snu wyrwało mnie ciche pukanie do drzwi. Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, mosiężna klamka poruszyła się, a wysokie białe drzwi lekko się uchyliły. Pojawiła się w nich znajoma twarz cała w rumieńcach.
- Dzień dobry, panience! Mogę wejść? - zapytała nieśmiało Krysia.
Gdy zobaczyła, że już nie śpię, otworzyła szerzej drzwi, ukazując całą swą postać w biało-czarnym kostiumie.
- Dzień dobry. - Przywitałam się. - Oczywiście. Która godzina?
- Już prawie ósma. Jaśnie państwo już siedzą przy stole w jadalni. Dziś panienki urodziny, więc pozwolono mi obudzić panienkę trochę później - mówiła, maszerując wzdłuż frontowej ściany i rozchylając w każdym oknie po kolei bordowe zasłony. Gdy doszła do okna znajdującego się przy etażerce, otworzyła je i rozchyliła szeroko oba skrzydła, wpuszczając podmuch świeżego powietrza do środka pokoju.
- Panienka to ma szczęście, taka przepiękna pogoda w dniu urodzin. - Ledwo docierały do mnie jej słowa, bo głowę wychyloną miała na zewnątrz podwórza. - Aż tutaj czuć zapach tych róż, które zostały posadzone na wiosnę. - Westchnęła rozmarzona.
Odchyliłam kołdrę i usiadłam na brzegu łóżka, zadzierając wysoko głowę. Próbowałam dostrzec panującą za oknem aurę. Jeszcze do wczoraj nękały nas ulewne deszcze, przez które mój papa tak bardzo się denerwował. Była pora żniw, więc potrzeba nam było teraz jedynie słońca.
Krysia w tym czasie podeszła do mojego łóżka i zaczęła swój codzienny rytuał ścielenia, który zawsze zabierał jej najwięcej czasu. Dziewczyna nie lubiła tego, ale wolała nie dostać bury od Irki, najstarszej stażem służącej, która pilnowała, aby pościel w każdej sypialni była starannie ułożona i pachnąca świeżością. Zdaniem tej ostatniej, nieskazitelnie pościelone łóżko to wizytówka dobrej pokojówki.
- Zdecydowała panienka, którą suknię założy na dzisiejszy bal?
- Tak. Błękitną, a do tego szal w przebiśniegi.
- Ten, który trzymała panienka na specjalną okazję? - zapytała dziewczyna z niedowierzaniem, lekko podekscytowana.
- Tak, Krysiu. Dziś pragnę wyglądać zjawiskowo. W końcu to pierwszy bal wydany na moją cześć.
Skrycie liczyłam, że tylko ja pojawię się w błękitnej kreacji. Podobną suknię widziałam w jednym z czasopism mojej mamy. Było tam zdjęcie ślubne księcia Windsoru Edwarda i Wallis Simpson, która - według autora tekstu - zamiast śnieżnobiałej kreacji, miała na sobie błękitną, dopasowaną suknię. Ten kolor mnie oczarował, a mama, na szczęście, zgodziła się zamówić dla mnie suknię w identycznej tonacji. Gdyby tylko wiedziała, kto był moją inspiracją, to szybko wybiłaby mi ten pomysł z głowy. Z kolei szal w przebiśniegi dostałam od swojej babki w dniu moich piętnastych urodzin, a ona dostała go od swojego męża z okazji pierwszej rocznicy ślubu. Dziadek zamówił go specjalnie u najlepszej krawcowej w Warszawie, a zdobiące go przebiśniegi były ręcznie wyszyte złotą nitką. Babcia zmarła kilka miesięcy później i ten szal był ostatnim prezentem, jaki od niej dostałam. Chyba dlatego trzymałam go tak długo, aż nadarzy się okazja, która będzie go warta.
- Czego by panienka nie włożyła na siebie, to i tak będzie wyglądać przecudnie! - mówiąc to, poprawiła swój czepek, który zsunął jej się na czoło, a potem wróciła do wygładzania kolejnej poduszki.
Na te słowa zerknęłam do lustra zdobiącego moją etażerkę. To, co zobaczyłam, utwierdziło mnie w przekonaniu, że czeka mnie dużo pracy, aby doprowadzić moje włosy do porządku. Obecnie panowała moda na loki, ale mama nie pozwalała mi zrobić trwałej ondulacji, dlatego aby je mieć, musiałam spędzić pół dnia na kręceniu włosów za pomocą zwykłej metalowej lokówki. Miałam tylko nadzieję, że tym razem Krysia nie spali żadnego kosmyka włosów. Na tę myśl niemalże poczułam zapach spalenizny.
Mimowolnie podeszłam do okna i oparłam się o parapet. Zapach róż docierał aż na piętro naszego dworku. W oddali zobaczyłam znajomą postać. To był Jerzy. Jak zwykle o tej porze szedł do ogrodu podlać kwiaty, zanim słońce na dobre wstanie. Chociaż niósł w rękach dwa wiadra wody, to widać było, że nie sprawia mu to żadnego problemu. Był o dwie głowy wyższy ode mnie i dobrze zbudowany. Do tej pory dziwiło mnie, jak z dnia na dzień z niskiego chucherka stał się tak silnym mężczyzną. Zdawało mi się, że nie tak dawno potrafiłam pokonać go na rękę, gdy siłowaliśmy się w saloniku. Śmiałam się wtedy z niego do rozpuku, a on za każdym razem wyciągał do mnie dłoń, żądając rewanżu. Jednak tamte lata bezpowrotnie minęły. Teraz nie spędzaliśmy czasu na dziecięcych zabawach. Teraz jego widok wzniecał w moim sercu ogień. Czułam, jak ciepło rozchodzi się po całym moim ciele.
- Serwus! - krzyknęłam, wymachując ręką.
- Dzień dobry panience! - Jurek zatrzymał się, podniósł na chwilę czapkę z głowy, po czym ruszył przed siebie, podnosząc z ziemi wiadra.
Chciałam powiedzieć mu coś więcej, zapytać o cokolwiek. Pragnęłam znów usłyszeć jego głos, choćby przez chwilę. Niestety, miałam pustkę w głowie. Zamiast tego tylko uśmiechnęliśmy się do siebie.
- Czy mogę coś panience powiedzieć? - zapytała nieśmiało Krysia, podchodząc ku mnie.
- Proszę, nie krępuj się.
- Panienka powinna przestać zawracać sobie nim głowę. - Machnęła ręką na chłopaka, odchodzącego w głąb ogrodu.
- Nie rozumiem, co masz na myśli? - Próbowałam przybrać poważną minę, chociaż na mojej twarzy wciąż widniał uśmiech wywołany widokiem Jerzego.
- Panienka powinna oglądać się za kimś równym sobie, za jakimś bogatym i wykształconym paniczem z dobrego domu, a nie zwykłym parobkiem, co ledwo czytać i pisać umie.
- Krysiu, mylisz się, lubię go tak samo, jak lubię ciebie i nic więcej. Zresztą moim zdaniem ty pasowałabyś do niego bardziej ode mnie. To nic, że jesteś rok starsza. Wyglądasz na młodszą i to najważniejsze!
- Ja?! - zapytała wystraszona, nie słysząc ironii w moim głosie.
- Tak, ty, Krysiu. Swoje lata już masz. Pora wyjść za mąż - powiedziałam, tłumiąc rozbawienie. Starałam się mówić jak najbardziej poważnie, wyliczając jej powody do ożenku.
- Za mąż?! - Oczy zrobiły jej się nienaturalnie duże.
- Wiem, że jesteś nieśmiała, ale ja temu zaradzę. Znam jeden sposób z filmu, który kiedyś wyświetlali w łomżyńskim kinie.
- Jaki to sposób?
- Napiszemy list! - odpowiedziałam pewnym głosem.
- List?! Do kogo?
- Jak to, do kogo? Do Jurka od ciebie! - skwitowałam radośnie, po czym usiadłam przy etażerce, wyjęłam z szufladki czystą kartkę i pióro.
Drogi Panie! Nie mogę dłużej powstrzymywać uczuć, które do Pana żywię. Od dawna jest Pan bliski memu sercu. Jeżeli czuje Pan to samo, to proszę czekać dziś wieczorem na tarasie, gdy zegar wybije dziesiątą. Wnet przybędę i już zawsze będziemy razem.
Powoli wypowiadałam słowa zapisane na kartce. Gdy skończyłam, uformowałam z niej kulkę i ruszyłam w stronę okna. Wtem na mojej drodze stanęła Krysia.
- Panienka żarty sobie stroi! Tak nie można! - mówiła zawstydzona, próbując jednocześnie wyrwać mi kartkę z ręki.
Musiałam unieść list wysoko do góry i zrobić kilka uników, dopiero wtedy znalazłam się przy oknie. Zanim Krysia zdążyła do mnie dobiec, wyrzuciłam papierową kulkę za okno, najdalej, jak potrafiłam. Obie uważnie śledziłyśmy jej lot. List zdawał się być niesiony podmuchem wiatru, a nie siłą moich rąk. Upadł kilka metrów przed nogami Jurka, który od razu go zauważył. Wolnym krokiem podszedł do listu. Gdy wziął go do ręki, moje serce znów przyśpieszyło. Miałam wrażenie, że nawet Krysia stojąca obok słyszy jego łomot. Widziałam, jak ostrożnie wygładza kartkę i dłuższą chwilę wparuje się w zapisane na niej słowa. Miałam wrażenie, że czyta go już któryś raz z kolei. Obie z Krysią stałyśmy jak wryte, czekając na jego jakikolwiek ruch lub gest. W końcu Jurek złożył list na pół i schował go do kieszeni, po czym odwrócił głowę w naszą stronę, rzucając nam zaciekawione spojrzenie. W tej samej chwili, odruchowo kucnęłyśmy pod oknem, chowając się przed jego wzrokiem. Popatrzyłyśmy na siebie i obie parsknęłyśmy gromkim śmiechem. Śmiałyśmy się tak długo, aż poleciały nam z oczu łzy i rozbolały policzki.
- Jak mnie się Jurek zapyta, kto pisał ten list, to ja od razu na panienkę wskażę, żeby panienka wiedziała - tłumaczyła Krysia, ocierając ostatnie łzy z twarzy.
- Oj, Krysiu, niech zostanie naszą tajemnicą, kto pisał ten list i do kogo. Czasem lepiej pozostawić pewne kwestie niedopowiedziane, wtedy wszystko wydaje się bardziej zajmujące.
- Powiem i już! - rzuciła, po czym pobiegła w kierunku drzwi. - Przekażę rodzicom panienki, że panienka już schodzi!
Krysia, nie czekając na moją odpowiedź, zamknęła za sobą drzwi, pozostawiając mnie samą. Spojrzałam na przygotowane przez nią rzeczy. Szybko zrzuciłam z siebie ubranie, w którym spałam i nałożyłam białą halkę, a na nią kremową sukienkę. Wsunęłam stopy w granatowe trzewiki i ruszyłam na dół z nadzieją, że dogonię dziewczynę i po raz kolejny poproszę ją o milczenie w kwestii listu.
Gdy zbiegałam po kamiennych schodach, w całym holu roztaczał się dźwięk moich obcasów uderzających o każdy stopień. Na dole rozejrzałam się wokół siebie, zajrzałam nawet do sali balowej, jednak nigdzie nie było widać Krysi.
Zbliżając się do drzwi jadalni, coraz wyraźniej słyszałam głosy rodziców. Jak zwykle mama tłumaczyła coś tacie w kwestii ogrodu.
- Dzień dobry! - przywitałam się, gdy stanęłam w progu jadalni.
- Witaj, córcia! Wszystkiego najlepszego z okazji dziewiętnastych urodzin! - powiedziała mama, wysyłając mi swój najserdeczniejszy uśmiech. - Wybacz, że nie wstaję, ale kręci mi się dziś w głowie. Proszę, zbliż się, kochana.
- Nic nie szkodzi - odpowiedziałam, podchodząc do niej.
Mama pocałowała mnie w policzek.
- Dużo zdrówka, gołąbeczko! - powiedział papa, wstając od stołu i ściskając mnie z całych sił.
- Dziękuję za życzenia. To miłe z waszej strony.
Zajęłam wolne miejsce i od razu zjawiła się Irka, nakładając na mój talerz sadzone jajka z kromką jeszcze ciepłego chleba.
- Sto lat - szepnęła mi na ucho, gdy posypywała potrawę szczypiorkiem.
- Dziękuję! - Uścisnęłam jej dłoń. Irka była w naszym domu odkąd pamiętam. Była dla mnie niczym druga babcia.
- Mam dla ciebie prezent! Musimy iść go zobaczyć! - krzyknął papa między jednym a drugim kęsem śniadania.
- Henryku, powoli, przecież twój prezent nigdzie nie ucieknie, niech Apolonia najpierw skończy jeść śniadanie - zganiła go mama.
- A właśnie, że ten może uciec! - stwierdził wyraźnie rozbawiony, posłuchał jednak mamy i pozwolił nam dokończyć śniadanie.
Pomimo moich nalegań nie chciał zdradzić, co to za uciekająca niespodzianka. Gdy Zdzisław, nasz lokaj, zebrał puste talerze, mama podsunęła mi małe pudełeczko, pięknie ozdobione złotą kokardą.
- Proszę... - powiedziała.
- Co to?
- Otwórz i sama zobacz.
Delikatnie rozwiązałam wstążeczkę i zdjęłam wieko pudełka. Moim oczom ukazał się przepiękny srebrny medalion na długim łańcuszku. Na wierzchu wyryte miał moje inicjały AD, a na odwrocie datę: 04.07.1939. Przejechałam opuszkiem palca po wklęsłych literach.
- W środku medalionu jest kolejna niespodzianka - podpowiedziała tajemniczo.
Po tych słowach natychmiast szukałam miejsca, w którym mogłam go otworzyć. Pod naciskiem rozchylił się i zobaczyłam, że na każdej połówce wklejona była fotografia. Po lewej stronie był wizerunek mojej mamy, a po prawej papy.
- Mamo, nie wiem co powiedzieć... - Ze wzruszenia nie mogłam znaleźć odpowiednich słów. - Medalion jest prześliczny! Nigdy go nie zdejmę!
- To prezent tylko ode mnie, żebyś nigdy nie zapomniała o swojej matce i ojcu. Nawet jak już będziesz dorosła i będziesz żyła swoim własnym życiem, z dala od rodzinnego domu, Apolonio, pamiętaj, że na zawsze pozostaniesz moją małą córeczką - mówiąc to, mama złapała mnie za rękę i spojrzała mi prosto w oczy, jakby chciała podkreślić prawdziwość swoich słów.
- Mamo, przecież ja już jestem dorosła, skończyłam dziś dziewiętnaście lat!
- Moja droga, to nadal niewiele.
- Mamo, chyba zapomniałaś, że ty w tym wieku wyszłaś za mąż za papę.
- To prawda! Byłem tam i wszystko widziałem! - zażartował.
- A propos, dziś na bal przybędą państwo Winniccy z synem Edwardem. Pamiętasz, Apolonio, ich syna? Poznaliście się na majowym pikniku wyprawionym w Drozdowie przez jego rodziców.
- Pamiętam... - Westchnęłam przeciągle. - Trudno o nim zapomnieć, naprzykrzał mi się wtedy cały boży dzień. - Przewróciłam oczami na samo wspomnienie tamtego dnia.
- Apolonio, nie przewracaj oczami, to porządny młodzieniec. W tym roku skończył szkołę handlową i od września będzie głównym zarządcą majątku Winnickich. Przypominam ci tylko, że jest ich jedynym dziedzicem, więc oddając mu swoją rękę, żyłabyś jak ten pączek w maśle. Prawda, Henryku? - Mama spojrzała na swojego męża, ale ten zajęty był obserwowaniem podwórza przez wschodnie okno jadalni. - Henryku!
- Słucham, jaskółeczko? - spytał papa wyraźnie zdezorientowany. - A! Tak, tak, jak mu oddasz swoją rękę, to już pozostanie ci tylko zagryzać smutki pączkami w maśle - mówiąc to, szeroko się uśmiechnął, tak że jego zamaszyste wąsy uniosły się o kilka centymetrów.
- Henryku! Pleciesz głupoty, a nasza córka tylko ciebie słucha. Sam wiesz, że nie znajdzie lepszego od Edwarda.
- Masz rację, jaskółeczko, ale czy nie uważasz, że decyzja należy bądź co bądź do samej zainteresowanej?
- Ale my jako jej rodzice, starsi i doświadczeni, powinniśmy wskazać jej najlepszą z możliwych dróg, przekonać ją do tego, co leży w jej najlepszym interesie. Nas też wyswatali rodzice i zobacz, jacy jesteśmy szczęśliwi!
- Masz rację, jaskółeczko, nawet nie mogę zaprzeczyć. - Papa nieudolnie próbował stłumić uśmiech, za to ja zaśmiałam się nieelegancko w głos.
- Żarty sobie stroicie! Lepiej będzie, jak w końcu pokażesz jej ten swój prezent. A ja pójdę się położyć, bo nadal nie czuję się najlepiej.
Po tych słowach wszyscy wstaliśmy od stołu. Mama udała się na górę, do swojego pokoju, a ja wzięłam papę pod rękę i ruszyliśmy w kierunku drzwi prowadzących na tyły naszego dworku. Pomimo że nie było jeszcze dziewiątej, słońce już mocno grzało, a stojąc na niezadaszonym tarasie, miałam wrażenie, że nasze buty za chwilę roztopią się od rozgrzanej posadzki.
- Gdzie jest ta uciekająca niespodzianka? - dopytywałam. Cierpliwość nie była moją mocną stroną, a po zachowaniu papy wiedziałam, że to będzie coś wyjątkowego.
- Jerzy, już możesz ją przyprowadzić! - krzyknął w stronę podwórka, chociaż nikogo nie było w zasięgu naszego wzroku. Dopiero po chwili otworzyły się drzwi stajni, a z jej głębi wyłoniła się znajoma postać z wodzami w ręku. To był Jurek, a za nim przepiękna biała klacz. Na ten widok podskoczyłam, wydając z siebie okrzyk radości, który nie przystoi dobrze ułożonej młodej pannie. Nie mówiąc słowa, wystrzeliłam przed siebie, aż znalazłam się przy zwierzęciu. Powoli położyłam swoją dłoń na jej pysku. Białogłowa bacznie mi się przyglądała wielkimi, czarnymi oczami.
- Jest piękna... - Delikatnie przesunęłam dłonią po głowie klaczy. - Nigdy nie widziałam piękniejszego stworzenia.
- Ja widziałem - odpowiedział mi Jurek ściszonym głosem. - Widzę je co dnia - mówiąc to, skierował wzrok wprost na mnie.
- Przestań, bo się zawstydzę - zbeształam go, posyłając mu jednocześnie szeroki uśmiech.
- To niemożliwe. Autorka takiego listu może się zawstydzić?
- Skąd wiesz, że to ja go pisałam, a nie Krysia? - dopytałam, chociaż zdawałam sobie sprawę, że Jerzy doskonale znał charakter mojego pisma. Nie było to przecież pierwsze wyznanie miłosne, które do niego napisałam.
- Czułem unoszący się od listu twój zapach, a czytając go, w myślach wręcz słyszałem twój głos.
Poczułam, jak na policzkach pojawia mi się rumieniec. Znowu nie będę mogła zapomnieć jego słów. Zawsze dziwiło mnie to, jak pięknie potrafił do mnie mówić, chociaż nie skończył żadnej szkoły.
Z Jurkiem znaliśmy się od najmłodszych lat. Był sierotą. Jego rodzice zmarli na gruźlicę, kiedy był dzieckiem. Nikt we wsi nie chciał go przygarnąć, więc moja mama zabrała go do naszego dworu wprost z ulicy. Początkowo pomagał w kuchni, a z biegiem lat został naszym ogrodnikiem. Mama zawsze miała nadmiar wolnego czasu, dlatego postanowiła nauczyć Jurka i Krysię pisania i czytania, i swego dopięła. Z kolei ja pobierałam prywatne lekcje od wynajętych w tym celu nauczycieli, a potem posłano mnie do szkoły w Łomży. Mama uważała, że jej znajomość nauk jest niewystarczająca, aby wykształcić mnie na prawdziwą damę. Chcąc nie chcąc, całe dzieciństwo spędziłam z Krysią i Jurkiem. Razem bawiliśmy się na podwórzu. Razem słuchaliśmy gramofonu, gdy rodziców nie było w domu. Razem przemierzaliśmy nasz mały świat wzdłuż i wszerz. Patrząc z boku, niczym się nie różniliśmy. To samo nas bawiło, to samo interesowało. Każde z nas odczuwało emocje w ten sam sposób. I tylko zwykły przypadek lub zrządzenie losu sprawiło, że Krysia była córką kamerdynera, Jurek wioskowym sierotą, a ja córką właścicieli ziemskich. Dopiero z biegiem czasu zrozumieliśmy, jak bardzo się różnimy, a raczej, że inni widzą w nas te różnice. Gdy dorośliśmy, coraz bardziej ograniczały nas konwenanse. Dopiero gdy nikt nie patrzył, pozwalaliśmy sobie na trochę swobody. A z Jurkiem od pewnego czasu pozwalaliśmy sobie nawet na więcej... Zawsze, gdy był blisko, moje serce zaczynało bić mocniej. Dosłownie jakby je rozpalał. Czułam, że między nami jest jakaś aura, której nie umiałam nazwać. Coś niewidzialnego ciągnęło mnie do niego. Za dnia szukałam sposobu, by być blisko. A to pomagałam mu przy pielęgnacji kwiatów w ogrodzie, a to zaglądałam do kuchni z nadzieją, że go tam znajdę. Potrafiłam wymyślić tysiąc powodów, dla których musiałam być w tym samym miejscu, co on. Wiedziałam, że ja również nie jestem mu obojętna. Jego oczy błyszczały za każdym razem, gdy spotykał mnie na swojej drodze. Gdy staliśmy obok siebie, zawsze przypadkiem dotykał swoją dłonią mojej dłoni. Te małe gesty były dla mnie wszystkim. Były nadzieją, że któregoś dnia, ujmie moją dłoń, złoży na niej pocałunek i pokaże całemu światu, jak bardzo się mylił, wytyczając między nami niewidzialną granicę. Czułam, że będziemy razem na dobre i na złe. Wbrew wszystkiemu i wszystkim.
- I jak? Może być? - powiedział papa, gdy dołączył do naszej dwójki. Miałam wrażenie, że specjalnie dał nam chwilę prywatności. Nie pierwszy raz zdawało mi się, że papa doskonale zna moje uczucia. Może nawet lepiej ode mnie.
- Może być?! Papo, ona jest przepiękna! Wygląda jak z bajki!
- Cieszę się, że ci się podoba. - Papa pękał z dumy, chyba nie spodziewał się, że ta niespodzianka aż tak przypadnie mi do gustu. - Teraz zobaczymy, jak ona naprawdę ucieka, wsiadaj, Apolonio.
Papa podał mi swoją dłoń, a ja próbowałam dosiąść to przepiękne zwierzę. Miałam szczęście, że tego dnia założyłam zwiewną sukienkę, która pozwoliła mi wsiąść z gracją. Gdy w miarę wygodnie ułożyłam się w siodle, Jurek przekazał mi wodze. Wyprostowałam sylwetkę, delikatnie docisnęłam klacz obiema łydkami i machnęłam swoim ciałem do przodu. Białogłowa od razu zrozumiała moją komendę. Ruszyłyśmy żwirową ścieżką prowadzącą wprost na znajdujący się za dworem sad.