ROZDZIAŁ 1
ZŁOTY BUDDA
Dobra, panowie, tutaj wnosimy! - usłyszałam dziarski głos mojej matki, gdy tylko lekko uchyliłam drzwi. - Nie obijać się! Płacę, wymagam! Moja córka potrzebuje, to matka nie może być bierna!
Stanęłam w korytarzu jak wryta. Do tej pory widywałam matkę w różnych stylówkach i anturażach. Moja matka w panterce, moja matka w złocie, moja matka w czarnym lateksie, jakby była Batwoman, a nie szefową działu w korporacji budowlanej. Ale na to nie byłam gotowa. Na coś takiego zupełnie nie przygotowało mnie całe moje dzieciństwo, całe dorosłe życie ani afera jak stąd do innego kręgu.
Matka wkroczyła do mojego mieszkania boso, wnosząc ze sobą zapach kadzidła i lawendy. Dookoła przegubów oraz kostek miała owinięte rzemienie z piórkami i drewnianymi koralikami w kolorach ziemi. Jej ciało otulała lniana, prosta sukienka i coś, do czego najbardziej pasowało słowo "szata" - kolorowa tkanina we wzorzyste mandale, spływająca majestatycznie z jej ramion. W uszach wisiały małe łapacze snów, na szyi dyndały złota dłoń Hamsy, srebrna celtycka triquetra i na oko z pół kilo kryształów, kamieni oraz minerałów. Włosy po raz pierwszy od kilku dobrych lat nie były wyprostowane - we wracających do naturalnego skrętu kosmykach tkwiły kwiaty i wstążeczki. Ale najbardziej z tego wszystkiego zszokowała mnie jej twarz.
Moja matka nie była umalowana.
Zero. Nic. Czysto jak na oknie dla Jezuska przed Wielkanocą. Żadnego podkładu, żadnych konturów bronzera, rumieńców różu, blasku rozświetlacza ani krwistej czerwieni pomadki.
Stałam jak wryta, gapiłam się na jej lekko pomarszczoną skórę wokół oczu, na wąskie usta, na piegi na nosie, a w mojej głowie zaczynała pulsować natrętna, niewygodna myśl.
Moja matka była... ładna.
Ale to, co przywlokła ze sobą, w mig oderwało mnie od jakichkolwiek rozważań.
Najpierw zobaczyłam, jak po schodach gramoli się trzech kurierów. Każdy zmachany i spocony, wszyscy próbujący pomieścić się na wąskiej klatce peerelowskiego bloku. A potem zobaczyłam to, co z trudem taszczą.
Wtedy oparłam się o ścianę.
- Mamo... co to ma być? - warknęłam, widząc, jak trzech chłopa próbuje się wgramolić do mojego mieszkania z czymś, co widziałam pierwszy raz w życiu.
Co to było?
Ano, wyobraźcie sobie, macica. Ale nie taka z obrazka w podręczniku do biologii, tylko taka rozmiarów dorosłego chłopa, wyszywana w litery arabskiego, indyjskiego, a może atlantydzkiego czy w ogóle kosmicznego alfabetu, zawieszona na wielkim metalowym stojaku. Macica kolebała się na boki, trzech chłopa próbowało ją łapać, a moja matka...
- To Kosmiczny Kokon Oczyszczenia! - zawołała już z salonu, do którego przemknęła, łapiąc najwyraźniej chwilę mojej słabości. - Stworzony przez szamanów ze Wschodu, utkany z przedwiecznej Energii, ponadczasowej Jaźni i nepalskiej bawełny, która wzrastała w rytm mantr buddyjskich mnichów. Doceń to, Anielciu, bo w pierwszym odruchu chciałam cię wysłać na oczyszczające kąpiele w świętych stawach na Bali, ale przypomniałam sobie, że nie lubisz pływać.
Och, łaskawczyni. Wody się bałam, odkąd pamiętam - unikałam basenu w podstawówce, migałam się od taplania w jeziorach na wakacjach, dostawałam spazmów na widok kajaka.
- I po co to? - zapytałam, ustępując miejsca kolesiom, którzy najwyraźniej znaleźli sposób, jak pomieścić kosmiczne oczyszczenie w wąskiej kiszce korytarza.
- Nie pytaj, Anielciu, nie pytaj - rzuciła moja matka. - Doświadczaj i odczuwaj, kochanie!
Ale czego mam doświadczać - chciałam zapytać - skoro trzech chłopa właśnie próbuje zdemolować mi salon za pomocą gigantycznej macicy na stojaku? Ale nie doceniłam mojej matki.
To przecież był dopiero początek.
Chwilę później do mieszkania wparowały jej cztery koleżanki. Ale żadna nie miała tipsów, żadna nie otwierała prosecco, nie było muzyki ani podekscytowanych krzyków. Wszystkie koleżanki mojej matki miały na sobie lekkie, powłóczyste sukienki, dookoła przegubów wisiały im takie same piórka i koraliki, co u mojej szanownej madre, a liczba kamieni u dekoltów budziła poważne obawy o to, co by się stało, gdyby któraś z pań nieoczekiwanie wpadła do rzeki.
Patrzyłam oszołomiona na te natchnione miny, na ten powolny krok, na tę procesję, która oto wkraczała do mojego mieszkania - a potem zbaraniałam zupełnie, bo na samym końcu szedł...
- Budda? - mruknęłam zdumiona na widok ogolonego dzieciaka, przyodzianego w pomarańczowe szaty. Nie domyśliłabym się, czyj cosplay przedstawia, gdyby nie to, że ktoś pomalował go całego na złoto. - Przebrałyście dzieciaka za Buddę?
Ale nikt mi nie odpowiedział.
Matka pogoniła kurierów i zaczęła się rządzić wśród swoich bestie.
- To moje Kobiety Ezorakiety! - rzuciła z dumą. - Wiedziałam, że one jak nikt inny pomogą mi w przywróceniu twojej równowagi. Ej, masz to palo santo? - rzuciła do tej, która nosiła na sobie irracjonalne ilości ptasiego pierza.
Kobiety. Ezorakiety. Trzymajcie mnie, błagam.
- Mam! - Opierzona wyciągnęła pniaczek spod swojej szaty.
Matka uśmiechnęła się szeroko.
- Okadzimy całą przestrzeń, tę materialną i tę mentalną - rzuciła z satysfakcją. - Dzwonki?
Druga psiapsi zaczęła dłubać w fałdach sukmany.
- Nie znalazłam wietrznych - wymamrotała. - Ale w zoologicznym mieli takie dla kota.
Wyciągnęła plątaninę małych dzwoneczków, takich, które zwykli ludzie zakładają zwierzakom na szyję, by nie robiły rozpieprzu w ekosystemie okolicy.
Pożałowałam, że nie ma takich dzwoneczków dla ludzi - ekipie mojej matki ewidentnie by się przydały.
- Liczy się dźwięk, nie forma - skwitowała i spojrzała ku trzeciej. - A kakao ceremonialne wzięłaś? - mruknęła do kolejnej kumpeli.
- Nie było w markecie - bąknęła słabo tamta. - Mieli tylko Puchatka. - Po czym wyciągnęła spod sukni plastikowy żółty słoik.
Moja matka przyskoczyła do złotego dzieciaka.
- Budda, nie patrz na to! - Zasłoniła mu oczy, a ja dopiero wtedy się zorientowałam, skąd znam tę opędzlowaną złotem gębę.
- To nie Budda - rzuciłam trzeźwo, choć w tym momencie nie wiedziałam, po jakim świecie stąpam. - To Grzechu spod jedynki.
Dzieciak wyrwał się z objęć mojej matki i zaśmiał tryumfalnie z energią zupełnie niepasującą do dalekowschodniego bóstwa.
- Mówiłem, że nie ma po co mnie golić! Wisi mi pani jeszcze jedną stówę!
- Stówę? - zainteresował się kot Grażyna, wystawiając łeb z korytarza.
Przez chwilę spojrzenia wszystkich: Buddy, czterech psiapsi i mojej matki, wbiły się w zaintrygowany koci pysk, a ja już zaczęłam szukać jakiegoś logicznego wytłumaczenia.
Ale ratunek przyszedł zupełnie znienacka.
Ktoś nagle znowu zastukał do drzwi.
- Czy to tutaj zamawiano ryby? - Kolejny kurier wszedł na pewniaka.
Grażyna dał nogę do kuchni, a moja matka zwinnie wypłynęła na przestwór korytarza i przejęła przesyłkę.
Parę chwil później z namaszczeniem rozwijała pakunek, cztery dziewoje w lnianych sukniach wzdychały nabożnie, a ja przecierałam oczy.
To działo się naprawdę. Oblepiony naklejkami ze szklanką karton skrywał akwarium, a w nim pływały...
- Ryby? - sapnęłam. Sześć wielkich burych ryboli kręciło się w szkle, łypiąc na nas oczami, a ja poczułam, że mój rozsądek właśnie zaczyna domagać się eksmisji.
- Ryby - potwierdziła moja matka. - Ryby ze świętego jeziora w Indiach, które oczyszczają stopy, a zarazem dusze. W ich pyszczkach znika wszelkie cierpienie, a w ich trzewiach rodzi się nowa moc życia, wolna od zniewolenia, zakłóceń i duchów przeszłości. Kupiłam na Allegro.
Pokręciłam głową. Co prawda znałam się na roślinach, ale nie trzeba było wiedzy starego fanatyka wędkarstwa, by dopatrzyć się jednej nieścisłości.
- Mamo... - zaczęłam.
Ale ona wpadła w oratorski ciąg:
- Mówią, że sama bogini Kali ujeżdżała święte grzbiety tych ryb, a muśnięcie ich płetwy aktywuje drogę do otwarcia trzeciego oka...
- Mamo...
- Nawet w Kamasutrze wspomniano o ich potężnej mocy, która wyzwalała pragnienie i żądzę wtedy, gdy wszystko inne zawiodło...
- MAMO - nie wytrzymałam i wrzasnęłam na pół bloku - ONE WYGLĄDAJĄ JAK KARPIE!
Popłoch, strach, dezorientacja.
Cztery natchnione raszple zerknęły trwożliwie na akwarium, moja matka złapała się za serce, a kurier rozmyślnie zwiał. Miałam wrażenie, że echa mojego świętokradczego krzyku właśnie dzwonią w pięciu głowach, każdą napełniając bólem, szokiem i obrazą uczuć religijnych.
- Nie tylko wyglądają! - W tę ciszę wdarł się nagle zadowolony głos. - Capi mułem aż miło!
Wszyscy obróciliśmy się w kierunku źródła głosu.
Tak, był nim kot Grażyna.
Tak, kot Grażyna właśnie wyciągał z gęby rybi szkielet.
Tak, kot Grażyna był teraz jedynym szczęśliwym stworzeniem w tym domu.
- Ta kupa futra właśnie pożarła świętego karpia! - wrzasnęła matka, a Grażyna parsknął śmiechem.
- Czy rośnie mi aureolka? - rzucił rubasznie.
I nagle w pokoju się zakotłowało, bo matka rzuciła się w jego stronę, za nią skoczyły ku Grażynie cztery natchnione raszple, a kot rzucił tylko:
- TAKI MAŁY, TAKI DUŻY, MOŻE ŚWIĘTYM BYĆ! - I dał drapaka z salonu.
Chwilę później w moim mieszkaniu rozległ się tętent bosych stóp i tupot spierdalającego kota.
- ŚWIĘTY WCINA KARPIA, CHOCIAŻ KRZYCZY HARPIA, ŚWIĘTE MORDECZKI JEDZĄ RYBY Z RZECZKI! - wył Grażyna, a w tle rozbrzmiewały krzyki matki i jej koleżanek.
Zapragnęłam schować się do wielkiej macicy... o pardon, do Kosmicznego Kokonu Oczyszczenia.
- Ten kot gadał - zauważył trzeźwo Grzechu, być może najrozsądniejsza osoba w tym mieszkaniu, który nadal sterczał przy Kokonie.
- MRAAAAŁ! - dobiegł mnie krzyk Grażyny. - MRAAAŁ, KURWA!
A potem stało się kilka rzeczy naraz.
Grażyna wparował do salonu. Skoczył na stół, na fotel, na kanapę. Pięć par rąk natchnionych kobiet próbowało go złapać, ale każda wchodziła sobie w drogę. Szaty zaczęły się plątać, rzemienie rozwiązywać i nagle pierwsza rymsnęła na ziemię, druga poleciała za nią, trzecia już zaczęła tracić równowagę, a kot Grażyna spiął się dziarsko i skoczył na szafę. I już prawie lądował, ale w ostatniej chwili matka trąciła go w ogon i całą równowagę szlag trafił. Kot ledwo zaczepił się o krawędź regału, przez chwilę jeszcze walczył z grawitacją, ale siły natury i kociego sadła okazały się silniejsze.
A ja tylko stałam i patrzyłam, jak regał się przechyla. Jak leci prosto na kosmiczną macicę, a książki i pierdolet z półek sypią się niczym deszcz - na moją matkę, na jej koleżanki, na kota Grażynę, nawet na nieporuszone tą aferą święte karpie.
Ale ten rozpieprz miał jeden plus.
Wreszcie zjawił się jakiś ratunek.
- Co tu się dzieje? - Demonicjusz wparował bez pukania, w lśniącym szlafroku, bokserkach w diablice i złotym boa. - Pani Gertrudo, pani znowu ze striptizerem? JA NIE MOGĘ PISAĆ PRZEZ TE HAŁASY!
- Ja przeszłam duchowe oczyszczenie, panie Wolff - sapnęła moja matka, gramoląc się spod regału.
- Chyba przeczyszczenie - odparował zgrabnie Demonicjusz, rozglądając się dookoła po powstałym chwilę temu pandemonium.
- Ja zrozumiałam swoje błędy. - Matka wyprostowała się z godnością. - Byłam złą matką. A teraz, kiedy już wiem, że moja Anielcia - tu spojrzała na mnie i chlipnęła teatralnie - jest wiedźmą, chcę nadrobić stracony czas.
- Ja z pani córką wiedźmą łapałem mordercze cebule, gdy pani jeszcze klikała excele w korporacji - prychnął Demonicjusz.
- Dalej klikam excele w korporacji! - sapnęła z oburzeniem matka i rozłożyła dłonie, jakby była lotosem na środku wzburzonego jeziora. - Pracuję nadal, by tworzyć dobrą aurę i emanować mocą zmian w tym miejscu.
Demonicjusz uśmiechnął się nieszczerze.
- No, to chyba pani zrozumie, że dobra aura w tym mieszkaniu wymaga pani wyjścia.
Matka złożyła ręce z powrotem i podeszła do niego.
- Panie Wolff, pan wydajesz na świat książki, ale to ja urodziłam moją córkę. Sięgnęłam do głębi swojej jaźni, spotkałam się ze swoim cieniem, otworzyłam trzecie oko. I chcę na tę samą drogę zabrać Anielcię! - podniosła głos, poprawiając protekcjonalnie złote boa na demonicjuszowej klacie.
- Zamiast otwierania trzeciego oka radziłbym zamknąć gębę - odciął się rzeczowo mój sąsiad.
- No już, drogie paniusie! - Pospieszyłam ze wsparciem, wbijając się między Ezorakiety i poklepując dwie z nich familiarnie po ramieniu. - Buzie w ciup i wypieprzać. Zabierać to ustrojstwo. Zabierać te ryby. Zabierać złotego dzieciaka. Bo zaraz wyciągnę grymuar i zamienię was w opętane dżdżownice.
Tak, nie robiłam wcześniej takich rzeczy. Ale do jasnej cholery, kiedy ucieka się przed żarłocznym potworem przez pół osiedla, nagle zmienia się skala rzeczy niemożliwych.
Moja skala nie zmieniła się spektakularnie - ale wjechało na nią zdecydowanie opierdalanie ludzi, którzy na rzeczony opierdol sobie zasłużyli.
Matka i Demonicjusz zastygli w zdumieniu. Z mieszkania dobiegł pełen podziwu gwizd kota Grażyny. Ezorakiety natomiast od razu się ożywiły.
- A umiesz takie rzeczy? - wyszczerzyła się jedna.
- A mojego starego też byś zamieniła? - zainteresowała się druga.
Na twarzy trzeciej pojawił się lubieżny uśmiech.
- A jeśli to mojemu staremu trzeba coś zamienić?
I wtedy wszystkie moje impulsy, odkrycia i złości zamknęły się w jednym słowie. W jednym prostym słowie, nasączonym tym, co tłukło mi się w sercu i w głowie.
- JAZDA.
Nie wiem, co dokładnie wydarzyło się w tej chwili. Czy to mój głos, czy magia zaskoczenia, czy też koniunkcja jakichś szalonych sfer w kosmosie. W każdym razie parę chwil później regał stał z powrotem na swoim miejscu, cztery raszple gramoliły się z wielką macicą mocy na korytarz, a moja matka próbowała negocjować z Demonicjuszem nad akwarium.
Ale z nim żadnej dyskusji nie było. Demonicjusz osobiście zamknął za matką drzwi, a potem zawrócił do mojego salonu.
- Dziękuję, Demonicjusz - mruknęłam, patrząc na stertę pierdoletu i książek, która piętrzyła się na środku pokoju. - Doceniam, że oderwałeś się od pisania.
Demonicjusz podszedł do mnie i uśmiechnął się dziwnie.
- Nie pisałem - odparł. - Przyszedłem, bo usłyszałem, że się coś odpieprza.
Popatrzyliśmy przez chwilę na siebie. Tak jak w licealnych czasach, kiedy mówiłam mu, że już nie dam rady w tej szkole, że to wszystko mnie przerasta, że mam dosyć. To była jedna z tych chwil, kiedy zza złotych boa, zza futer, zza masek patrzył na mnie chłopak, którego kiedyś znałam - tak samo dziwny, tak samo zagubiony, może tylko odrobinę bardziej bezczelny.
Ta chwila szybko minęła.
Mieliśmy przecież robotę do ogarnięcia.
Pod wieczór kot Grażyna siedział na poduszce jak pyzaty cherubinek i uśmiechał się tak szeroko, że prawie kły wypadały mu z pyska. Przez otwarte okno wdzierało się ciepło - lato nie miało litości w tym roku i nawet schyłek dnia buchał ciepłem, którego nie pamiętałam od dawna. Ale Grażynie to nie przeszkadzało. Grażyna dookoła szyi przewiązał sobie gustowną kokardę, na łeb nałożył czapeczkę w myszki w seksownym bikini i wodził po nas takim wzrokiem, z jakim człowiek patrzy na porcję frytek. Obok siebie miał wazę do zupy, z której czasem pociągał przez złotą słomkę. Ale w wazie nie pływała pomidorowa czy inny rosół - kot Grażyna zażyczył sobie whisky w największym zbiorniku, jaki mamy w domu, i zgodził się łaskawie na wazę, gdy powiedziałam, że ma do wyboru ją, wiadro od mopa albo kibel. Każdego innego dnia darłabym się na niego - za miętoszenie mojej ulubionej poduszki w kwiaty kocim tyłkiem, za to, że my też musieliśmy na szyjach nosić kokardy, za czapeczki z roznegliżowanymi gryzoniami i za to, że cały dom walił whisky.
Ale dzisiaj kot Grażyna mógł.
Dzisiaj kot Grażyna miał imieniny.
Na tę okazję Demonicjusz przywdział swój specjalny strój - frak kapitana piratów ze sztucznym hakiem, kapelusz, z którego wyskakiwał mózg, i przepaskę, zza której wypływało oko. Ale ta okazałość stroju bynajmniej nie peszyła kota Grażyny.
- Może ja powinienem sobie sprawić z tej okazji nazwisko - dumał kocur, pociągając whisky z wazy do zupy. - Grażyna Miauczetti: czy to dobrze brzmi? A może Miaulini? Chociaż nie, Miauczentow byłoby godniejszą opcją.
Demonicjusz parsknął śmiechem.
- Ty nie jesteś żaden Miaulini. Miaulini brzmi jak poeta, a ty jesteś twarda proza życia. Grażyna Kawał Sukinsyna, jak już coś.
Kot Grażyna uśmiechnął się lekceważąco.
- Kocicysyna chyba raczej. Ale z tym nie zrobię kariery na podwórku. Krzywy Mruczek tego nie wymówi i nie będzie mógł powtarzać, jak się mnie boi. Czy ja już mogę prezenty? - dodał tonem znudzonego wielmoży.
Gdy skinęłam głową, Grażyna najpierw sięgnął po kanciastą paczkę ode mnie. Sprawnymi ruchami pazurka zdarł złoty papier we wzór monsterowych liści i koci pysk rozpromienił się na widok tego, co krył pakunek.
- To puzzle! I ja podbijający kosmosy!
Na opakowaniu puzzli bure kocisko sterczało na tle galaktyki, a jego mina przywodziła na myśl ten moment w życiu kota Grażyny, kiedy wracał on w marcu z podwórka, z kroplami krwi rywali na swoich wąsiskach. Wiedziałam, że to mu się spodoba.
- Powieszę sobie na ścianie - orzekł zadowolony i sięgnął po małe pudełeczko.
Nie musiałam się zastanawiać, kto przyniósł ten prezent, bo pakunek był cały wymalowany w pentagramy, diabły i żarłoczne piersi, które goniły żarłoczne waginy.
Demonicjusz nawet nie musiał się podpisywać.
Kot Grażyna zdarł papier, wziął w łapy małą paczuszkę, a potem patrzył, patrzył, patrzył... Przez koci pysk przetoczyły się wszystkie emocje, o które nikt nie podejrzewałby kotów, aż wreszcie kocia łapa zwróciła się w stronę Demonicjusza.
- Czy to jest to, co myślę? - zapytał Grażyna wzruszony, jakby ktoś obsypał go kiełbasą.
A równie dumny Demonicjusz odparł:
- Pies na baby. Sam zrobiłem tę maskę, byśmy mogli razem paradować po mieście.
Maska, którą Grażyna trzymał w łapie, przedstawiała mopsa o pysku zwiniętym jak cynamonka, z wywalonym jęzorem i dwoma okrutnie czerwonymi serduszkami w oczach. Ale to nie był koniec. Gdy Demonicjusz dotknął psiego nosa, mechanizm wygrał tandetną melodyjkę, stylizowaną na coś między Elvisem Presleyem, Pitbullem a rykiem zarzynanego świniaka.
Musiało to jednak utrafić w muzyczne gusta Grażyny, bo kot już zabrał się do przymierzania precjozum. Wsunął maskę, stanął na cztery łapy, dał nura w stronę balkonu i wrócił zadowolony, gdy na zewnątrz rozległ się przestraszony krzyk.
- Stary, jestem gotowy! - orzekł.
W tej samej chwili zadzwonił dzwonek do drzwi.
- A co to? - zainteresował się Grażyna. - Torcik i wyskakujące koteczki?
Parsknęłam śmiechem na wspomnienie Henia Purchawki, najętego przez moją matkę.
- Wystarczy mi tortów i striptizerów do końca życia - mruknęłam i poszłam otworzyć.
Na korytarzu stał kurier. Młody chłopak w czapce z daszkiem rzucił mi paczkę i popędził dalej, a ja na szarym papierze rozczytałam napis: "Dla Pani Grażyny".
Nie zdążyłam wejść do salonu, a kot już na mnie wisiał.
- O, to dla mnie! - rzucił, wyszarpując paczuszkę. - No co, sam sobie zamówiłem prezent - dodał, widząc nasze zaskoczone miny.
- A za czyje ty sobie zamówiłeś prezent? - Demonicjusz się uśmiechnął, a Grażyna posłał mu buziaka godnego samej Marilyn Monroe.
- Oczywiście, że za twoje, kochanieńki - odparł. - Skoro prezenty kupuje się dla najważniejszych osób, to nie mogłem zapomnieć o sobie.
Nie powiem, trochę się bałam jego fantazji. Ale gdy kocur zdarł papier z paczki, okazało się, że środek jest zdumiewająco mało kontrowersyjny. Ot, mały bordowy garnuszek, z okazałymi słonecznikami na froncie i śladami użytkowania we wnętrzu. Grażyna jednak wyglądał na podekscytowanego. Obejrzał garnek z góry na dół, a potem zaczął do niego wrzucać podarte papiery, wstążki czy listki, które walały się w okolicy doniczek. Patrzyliśmy z Demonicjuszem zaskoczeni, jak Grażyna kręci się po salonie jak w amoku. Kot chyba wreszcie dostrzegł nasze zdumione miny, bo w drodze po kolejny liść zamiokulkasa rzucił:
- Oszukali mnie, chuje.
- A co to miało być? - zainteresował się Demonicjusz, drapiąc się sztucznym hakiem po brodzie.
- Kociołek-zaskoczołek - odparł Grażyna takim tonem, jakby Demonicjusz pytał go o rzeczy oczywiste. - Wrzucasz jedno, wyciągasz drugie. Wrzucasz mało, wyciągasz dużo.
- A gdzie to się zamawia? - zdziwiłam się, bo pierwszy raz o czymś takim słyszałam.
- No jak to gdzie? Na Wiedźmolx - odpalił Grażyna. - Na Wiedźmallegro też było, ale strasznie darli z prowizją.
To rzekłszy, poleciał do kuchni z garnkiem w ręku, a chwilę później dobiegło nas zduszone:
- Właź tutaj, karpiu.
Demonicjusz sięgnął po pudełko z puzzlami i otworzył je płynnym ruchem haka. Wysypał wszystko na dywan, po czym zaczął rozdzielać stertki elementów, odkładając na bok te, które miały nadrukowane tylko tło.
- Widzisz, Aniela, może tak trzeba żyć - mruknął do mnie, zerkając w stronę kuchni, gdzie Grażyna dalej próbował dokonać rybiego rozmnożenia. - Dbanie o ważne osoby zacznij od siebie.
Pochyliliśmy się obydwoje nad puzzlami, które ewidentnie przegrały z bordowym garneczkiem. Z kuchni dobiegało sapanie kota Grażyny, a z sypialni przyleciały Łajduszki. Dobry to był wieczór, spokojny i przyjemny.
A ja wiedziałam, że muszę się nim nacieszyć i nasycić.
Planowałam przecież wielkie zmiany.