Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance - Frances Harrison

-
Proszę czekać

W serii ukazały się ostatnio:

Luca Rastello Przemytnik doskonały. Jak transportować tony kokainy i żyć szczęśliwie

Stefano Liberti Na południe od Lampedusy. Podróże rozpaczy

V. S. Naipaul Indie. Miliony zbuntowanych

Magdalena Grochowska Wytrąceni z milczenia (wyd. 2 zmienione)

Florian Klenk Kiedyś był tu koniec świata

Angelika Kuźniak Marlene (wyd. 2)

Elisabeth ?sbrink Czuły punkt. Teatr, naziści i zbrodnia

Frank Westerman Czysta biała rasa. Cesarskie konie, genetyka i wielkie wojny

Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy

Paweł Smoleński Oczy zasypane piaskiem

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci

Mateusz Janiszewski Dom nad rzeką Loes

Norman Lewis Neapol '44. Pamiętnik oficera wywiadu z okupowanych Włoch

Witold Szabłowski Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji (wyd. 2 rozszerzone)

Peter Harris Słuszny opór. Konstruktorzy bomb, rebelianci i legendarny proces o zdradę stanu

Liao Yiwu Bóg jest czerwony. Opowieść o tym, jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach

Dariusz Rosiak Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista

Anthony Shadid Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen

Iza Klementowska Samotność Portugalczyka

V. S. Naipaul Poza wiarą. Islamskie peregrynacje do nawróconych narodów

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka

Drauzio Varella Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii

Ewa Winnicka Angole

Michał Olszewski Najlepsze buty na świecie

Norman Lewis Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii

Grzegorz Szymanik Motory rewolucji

V. S. Naipaul Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności

Karolina Domagalska Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro

Pin Ho, Wenguang Huang Uderzenie w czerń. Morderstwo, pieniądze i walka o władzę w Chinach

Liao Yiwu Pociski i opium. Historie życia i śmierci z czasów masakry na placu Tiananmen

Marcin Wójcik W rodzinie ojca mego

W serii ukażą się m.in.:

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Wilki żyją poza prawem. Jak Janukowycz przegrał Ukrainę

Peter Hessler Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu

Kalendarium

1972    Velupillai Prabhakaran tworzy organizację o charakterze militarnym znaną jako Nowe Tygrysy Tamilskie 1976    Nowe Tygrysy Tamilskie zmieniają nazwę na Tygrysy Wyzwolenia Tamilskiego Ilamu (Liberation Tigers of Tamil Eelam - LTTE) 1977    Rozruchy antytamilskie 1981    Syngaleski motłoch podpala symbol kultury tamilskiej - bibliotekę w Dżafnie, jedną z największych w Azji 1983    Pogrom Tamilów w Kolombo w odwecie za śmierć trzynastu syngaleskich żołnierzy, którzy zginęli w zasadzce Tamilskich Tygrysów 1985    Pierwsze rozmowy pokojowe pomiędzy lankijskim rządem a Tamilskimi Tygrysami w stolicy Bhutanu Thimphu 1987    Prezydent Sri Lanki Junius Jayewardene i premier Indii Rajiv Gandhi podpisują układ pokojowy. Indie rozmieszczają na północy i wschodzie Sri Lanki żołnierzy Indyjskiego Korpusu Pokojowego 1990    marzec Indie wycofują swoje oddziały po starciach z bojownikami Tamilskich Tygrysów, którzy przejmują kontrolę nad dystryktem Dżafna czerwiec    Po załamaniu rozmów pokojowych z rąk Tamilskich Tygrysów ginie kilkuset policjantów we wschodniej części Sri Lanki 1991 maj    Rajiv Gandhi zabity przez zamachowca samobójcę należącego do Tamilskich ­Tygrysów 1993 maj    Podczas obchodów Święta Pracy prezydent Premadasa ginie w Kolombo w zamachu samobójczym zorganizowanym przez Tamilskie Tygrysy 1995 styczeń    Rząd Chandriki Kumaratungi i Tamilskie Tygrysy przystępują do rozmów pokojowych kwiecień    Rozmowy zostają zerwane po wysadzeniu przez Tamilskie Tygrysy dwóch statków lankijskiej marynarki wojennej grudzień    Siły rządowe odzyskują kontrolę nad dystryktem Dżafna 1996 styczeń    W samobójczym ataku bombowym na budynek Banku Centralnego w Kolombo ginie dziewięćdziesiąt jeden osób, a tysiąc czterysta zostaje rannych 1998 styczeń    Zamachowiec samobójca wysadza się w najważniejszej świątyni buddyjskiej w Sri Lance - świątyni Relikwii Zęba w centrum miasta Kandy. Siedemnaście ofiar śmiertelnych 1999 grudzień    Zorganizowana przez Tamilskie Tygrysy próba zamachu na prezydent Chandrikę Kumaratungę 2001 lipiec    Samobójczy atak bombowy na międzynarodowe lotnisko w Kolombo 2002 luty    W wyniku norweskiej mediacji lankijski rząd i Tamilskie Tygrysy podpisują porozumienie o stałym rozejmie. Rozpoczyna się seria rozmów pokojowych 2003    Tamilskie Tygrysy zawieszają uczestnictwo w rozmowach pokojowych. Rozejm obowiązuje nadal 2004 marzec    Jeden z tamilskich przywódców we wschodniej Sri Lance, pułkownik Karuna, tworzy własne ugrupowanie zbrojne Grudzień    Tsunami w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia zabija trzydzieści tysięcy ludzi 2005 listopad    Premier Mahinda Rajapaksa zwycięża w wyborach prezydenckich 2006-2007    Siły rządowe zaczynają odzyskiwać zajęte przez rebeliantów obszary na wschodzie kraju 2007    Na północy kraju rozpoczynają się tak zwane walki lutowe 2008    styczeń Rząd zrywa zawarty w 2002 roku rozejm i przystępuje do zmasowanej ofensywy kwiecień    Wojska rządowe zajmują najważniejsze sanktuarium lankijskich katolików w Madhu 2009    1 stycznia Prezydent przejmuje kierowanie Ministerstwem Środków Masowego Przekazu 2 stycznia    Armia rządowa zajmuje Kilinochchi, faktyczną stolicę obszaru kontrolowanego przez Tamilskie Tygrysy 6 stycznia    Atak na pomieszczenia prywatnej telewizji MTV w Kolombo 8 stycznia    Syngaleski dziennikarz i redaktor naczelny "The Sunday Leader" Lasantha Wickremetunga ginie zamordowany po napisaniu własnego nekrologu 9 stycznia    Armia rządowa odbija z rąk rebeliantów strategiczną szosę A9 15 stycznia    Wojska rządowe zajmują Tharmapuram 16 stycznia    Wyrusza ostatni konwój ONZ z pomocą humanitarną dla obszarów zajętych przez Tamilskie Tygrysy 21 stycznia    Rząd ogłasza utworzenie pierwszej tak zwanej strefy bez ognia (strefy bezpieczeństwa) dla cywilów 25 stycznia    Lankijska armia odzyskuje port Mullaitivu 28 stycznia    Wojska rządowe zajmują Vishwamadu 12 lutego    Lankijska armia ogłasza powstanie drugiej strefy bez ognia 9 marca    Tamilski dowódca pułkownik Karuna, który w 2004 roku przeszedł na stronę rządową, zostaje ministrem integracji narodowej i pojednania 5 kwietnia    Wojska rządowe zajmują Puthukkudiyiruppu (PTK) 13 kwietnia    Sri Lanka oficjalnie rezygnuje z norweskiej mediacji 16 kwietnia    Prezydent Rajapaksa niespodziewanie odwiedza miasto Kilinochchi, znajdujące się w rękach armii rządowej 21 kwietnia    Wojska rządowe zajmują Puttumatalan; kilkadziesiąt tysięcy cywilów ucieka ze strefy działań wojennych 8 maja    Rząd ogłasza powstanie trzeciej strefy bez ognia 14 maja    Siły rządowe odzyskują Vellamullivaikkal 18 maja    Wojska rządowe odzyskują Karaiyamullivaikkal, ostatnią miejscowość zajętą przez rebeliantów Sierpień    W Malezji zostaje schwytany handlarz bronią i międzynarodowy rzecznik Tamilskich Tygrysów znany jako KP. Obecnie KP pracuje dla rządu Sri Lanki 2010 styczeń    W wyborach prezydenckich z przewagą głosów zwycięża urzędujący prezydent Rajapaksa, ale wynik zostaje zakwestionowany przez jego głównego rywala, generała Saratha Fonsekę luty    Generał Fonseka, który poprowadził armię rządową do zwycięstwa w wojnie domowej, zostaje aresztowany kwiecień    Rządząca koalicja prezydenta Rajapaksy odnosi miażdżące zwycięstwo w wyborach parlamentarnych sierpień    Generał Fonseka zostaje skazany w pierwszym z całej serii procesów przed sądem wojskowym wrzesień    Parlament zatwierdza zmiany w konstytucji umożliwiające prezydentowi Rajapaksie sprawowanie władzy przez dowolną liczbę kadencji 2011 kwiecień    Zespół ekspertów do spraw odpowiedzialności w Sri Lance przy sekretarzu generalnym ONZ Ban Ki-Moonie ogłasza raport w sprawie zbrodni wojennych w Sri Lance, wzywając do międzynarodowego śledztwa. Władze Sri Lanki oskarżają raport o stronniczość grudzień    Wewnętrzne śledztwo przeprowadzone przez Komisję w celu Wyciągnięcia Wniosków i do spraw Pojednania (Lessons Learnt and Reconciliation Commission - LLRC), powołaną przez rząd Sri Lanki, kończy się ogłoszeniem własnego raportu 2012 marzec    Rada Praw Człowieka ONZ w Genewie uchwala niezbyt stanowczą rezolucję przeciwko Sri Lance, w której ani słowem nie wspomina się o zbrodniach wojennych

Wprowadzenie

Tamtego popołudnia nawet pogoda, parna i duszna, robiła złowieszcze wrażenie. W powietrzu wisiała tropikalna burza, gotowa w każdej chwili rozpętać się nad wąskim paseczkiem złotej plaży na północno-zachodnim krańcu wyspy. Był 1 maja 2009 roku. Czterej katoliccy księża w brudnych białych sutannach przepasanych czarnymi sznurami przed chwilą wyszli ze schronów, niosąc białą flagę. Przerażeni, klęczeli teraz na piasku z podniesionymi rękami. Otaczała ich grupka wychudzonych dzieci, kilkadziesiąt sierot, którymi opiekowali się przez ostatnie tygodnie. Część z nich nosiła przesiąknięte krwią bandaże. Pod lufami wycelowanych w nich karabinów duchowni błagali lankijskich żołnierzy, by darowali im życie.

W tle znad podpalonych przez pociski pojazdów podnosiły się kłęby szarego dymu. W brutalnych starciach poprzednich tygodni ucierpiały nawet palmy przy plaży, która jeszcze niedawno uchodziła za tropikalny raj. Tam gdzie były pióropusze liści, sterczały teraz poczerniałe kikuty. Na ziemi, wśród wzdętych trupów walały się przedmioty należące do zabitych - but, manierka, elementy garderoby. Smród rozkładających się ciał i płonących opon mieszał się z wonią kordytu, potu i ludzkiego strachu.

Kanonada pocisków nie cichła przez wiele dni. Tamilscy księża i dzieci - najmłodsze miały dopiero sześć lat - czekali na przerwę w starciach, by móc się poddać. Pejzaż poszatkowany był okopami, wzmocnionymi workami z piaskiem. Ranni bojownicy i cywile utknęli jak w pułapce na tym ostatnim polu śmierci o powierzchni kilkuset metrów kwadratowych. Jeden z księży miał radiotelefon i zadzwonił do generała brygady Armii Sri Lanki, który poradził, by przywitali żołnierzy białą flagą. Księża dwukrotnie próbowali opuścić schrony, ale za każdym razem strzały zmusiły ich, by wczołgali się z powrotem. Dzień wcześniej zginął mężczyzna, który wyszedł, by się wypróżnić.

Duchowni wiedzieli, że wojna się skończyła i że jeśli nie zdążą się szybko poddać, zostaną uznani za rebeliantów. Przez całą noc słyszeli krzyki i wołania o pomoc ze schronów, do których żołnierze wrzucali granaty. Po pięciu miesiącach bezprecedensowych rzezi lankijska armia przeprowadzała operację oczyszczania terenu z sił nieprzyjaciela. Dzieciom i ich opiekunom jakimś cudem udało się przeżyć.

Kilkunastu żołnierzy w pełnym rynsztunku bojowym, z przerzuconymi przez ramię pasami amunicji, mierzyło do nich z ciężkich karabinów maszynowych. Zasłonili twarze czarnymi chustkami, by nie można ich było rozpoznać, przez co jeszcze bardziej upodobnili się do plutonu egzekucyjnego. Młodzi rekruci z południa wyspy, którzy widzieli śmierć bardzo wielu towarzyszy, byli na krawędzi obłędu z przerażenia. Przez ostatnie trzy dni zamachowcy samobójcy Tamilskich Tygrysów wielokrotnie wysadzali się w pobliżu rządowych pozycji w rozpaczliwej, lecz bezskutecznej walce o ostatni szaniec. Teraz lankijscy żołnierze woleli dwa razy pomyśleć, zanim strzelą do czegokolwiek, co się rusza.

- Żołnierze przypominali zwierzęta, nie zachowywali się normalnie. Chcieli wszystkich pozabijać. Wyglądali, jakby nie jedli i nie spali od wielu dni. Opętała ich żądza krwi - powiedział mi później jeden z księży.

- Zabijemy was! - krzyczeli w swoim języku syngalescy żołnierze. - Mam rozkaz, żeby wszystkich zabić.

Impas trwał mniej więcej godzinę. Klęczący na piasku księża w łamanym syngaleskim błagali o życie. Powiedzieli żołnierzom, że kontaktowali się z generałem brygady w sztabie głównym, który obiecał przysłać pomoc. Prosili, by posłużyli się ich telefonem, żeby to potwierdzić. Wystraszeni żołnierze polecili księdzu, by sam wybrał numer, a potem położył słuchawkę na ziemi, bo bali się, że może być bombą pułapką.

Kiedy przełożeni rozkazali im przyjąć kapitulację, żołnierze kazali jeńcom podchodzić pojedynczo i poddawać się rewizji. Przeszukali wszystkich, nie wyłączając księży; zrywali nawet bandaże, żeby sprawdzić, co kryje się pod spodem. Jeden z najmłodszych chłopców miał opatrunek w dolnej części pleców - żołnierze zdarli go i wetknęli palce w ranę. Bez żadnego widocznego powodu uderzyli jednego z duchownych w klatkę piersiową.

Nadszedł czas odmarszu. Po wielu tygodniach głodowania nikt nie miał siły nieść rannych. W jednym ze schronów leżała ciężko ranna rebeliantka, zbyt słaba, by ją zabrać. Powiedziała księżom, żeby ją zostawili i pomogli tym, którzy są w stanie iść. Odchodząc, jeden z Tamilów obejrzał się i zobaczył żołnierza celującego z karabinu w głowę dziewczyny. Przerażony odwrócił wzrok i wtedy padł strzał[1] .

Odbyli długi marsz biegnącą wzdłuż wybrzeża drogą do wojskowego obozu przez istne piekło. Ich bose stopy brodziły w ludzkiej krwi. Widzieli pożary i zmasakrowane, gnijące trupy leżące pod ciężarówkami i obok schronów. Jeden z księży powiedział, że widział tysiące ciał, w większości cywilów, a nie bojowników.

- Pozabijaliśmy waszych przywódców i teraz jesteście naszymi niewolnikami - żołnierz eskortujący jeńców zadrwił w łamanym tamilskim, żeby wszyscy dobrze go zrozumieli. W czasie mozolnego marszu ludzie mdleli z wyczerpania. Kiedy upadł uderzony wcześniej w klatkę piersiową ksiądz, jego towarzysze uparli się, że musi otrzymać pomoc medyczną.

- Zginęło wielu ludzi. Dlaczego podnosicie krzyk o jednego księdza? Niech sobie umiera - odparli żołnierze.

W pewnym momencie zjawił się wyższy rangą oficer i jeńcy padli na kolana, błagając go o ocalenie księdza. Ale duchowny umarł, zanim sanitariusze zdążyli podłączyć kroplówkę z solą fizjologiczną. Nie tylko on. Kiedy w nocy wywożono ich ze strefy działań wojennych, widzieli setki nagich zwłok kobiet i mężczyzn, ułożonych w rzędach na ziemi. Makabryczną scenę oświetlały reflektory zasilane przez generatory prądu. Żołnierze zwycięskiej armii fotografowali zabitych rebeliantów telefonami komórkowymi - wstrząsające obrazy wkrótce obiegną cały internet. W erze technologii cyfrowej takie zdjęcia pełnią tę samą funkcję co dawniej postawienie stopy na pokonanym w walce wręcz wrogu.

Trzysta kilometrów na południe, po stronie zwycięzców, na ulicach Kolombo ludzie tańczyli z radości. Panowała powszechna euforia - trąbiły klaksony, wybuchały petardy, przechodnie powiewali lankijskimi flagami z wizerunkiem lwa niosącego w łapie miecz. Trwająca od kilkudziesięciu lat wojna domowa nareszcie zakończyła się zwycięstwem, które wielu wojskowych analityków uważało dotąd za niemożliwe.

Państwowa telewizja przerwała nadawanie programu, aby ogłosić, że zginął przywódca rebeliantów Velupillai Prabhakaran. Telewidzowie zobaczyli na ekranie jego wzdęte zwłoki, leżące na ziemi w dżungli. Szeroko otwarte oczy wpatrywały się w niebo, krwawą ranę w głowie ktoś zakrył chustką. Nic dobitniej nie symbolizowało końca wojny niż trup wodza Tamilskich Tygrysów, uważanego przez swoich zagorzałych zwolenników niemal za boga.

W chwili największej potęgi Prabhakaran kontrolował jedną czwartą obszaru wyspy, dowodząc kilkutysięczną armią oddanych Tamilów, mężczyzn i kobiet, którzy nosili na szyi kapsułki z cyjankiem, ponieważ woleli śmierć od niewoli. Chwycili za broń, aby walczyć o tamilską ojczyznę, bo nie czuli się już bezpiecznie wśród syngaleskiej większości na przeludnionej wyspie; podczas antytamilskich pogromów ginęli w płomieniach na ulicach stolicy. Dyskryminowani w pracy i dostępie do edukacji uwierzyli, że lankijskie społeczeństwo nigdy nie zapewni im sprawiedliwego traktowania.

Niezbyt liczne ugrupowanie gniewnych młodych ludzi przerodziło się w jedną z najbrutalniejszych, a przy tym najlepiej wyposażonych armii powstańczych na świecie. Mieli czołgi, artylerię, oddziały marynarki wojennej i lotnictwa, a także szpiegów i uśpionych zamachowców samobójców rozmieszczonych na całej wyspie. Kupowaną na azjatyckim i afrykańskim czarnym rynku broń przerzucali do kraju statkami należącymi do legalnych firm transportowych i pobierali co najmniej 126 milionów funtów sterlingów rocznie ze składek tamilskiej diaspory[2] . Kiedy w 2002 roku po raz pierwszy odwiedziłam bazę Tygrysów jako lankijska korespondentka BBC, organizacja utrzymywała niezależne tamilskie quasi-państwowe struktury na północnym wschodzie wyspy, z własnymi sądami, policją, bankami i kontrolą graniczną.

Tamilowie, w przeważającej mierze hinduiści i chrześcijanie, stanowili większość na północy, ale Syngalezi, buddyści i chrześcijanie, przeważali na pozostałych obszarach maleńkiej, liczącej dwadzieścia milionów mieszkańców wyspy. Związki lankijskich Tamilów z sześćdziesięciomilionową tamilską społecznością żyjącą na czubku subkontynentu indyjskiego po drugiej stronie zatoki Mannar i cieśniny Palk budziły w Syngalezach poczucie zagrożenia. Często nazywano ich "większością z kompleksem mniejszości". Separatystyczny ruch początkowo finansowały i zbroiły Indie, a potem także diaspora tamilska w Kanadzie, Europie i Australii.

Rebelianci odnosili sukcesy dzięki bezwzględności w działaniu - nie cofali się przed mordowaniem oponentów, nawet po swojej stronie, ani przed zabijaniem syngaleskich cywilów. Zamachowcy samobójcy wjeżdżali wyładowanymi materiałami wybuchowymi ciężarówkami do centrum stolicy i z mrożącą krew w żyłach skutecznością zabijali prezydentów, premierów, ministrów, posłów do parlamentu, urzędników oraz każdego, kto stanął im na drodze. W 1996 roku w jednym z takich ataków zginęło dziewięćdziesiąt jeden osób, a ponad tysiąc odniosło rany, w tym sto straciło wzrok. W lipcu 2001 roku Tamilskie Tygrysy zaatakowały jedyne międzynarodowe lotnisko na wyspie, niszcząc połowę floty narodowego przewoźnika. To wszystko boleśnie odbijało się na gospodarce kraju, hamując jego rozwój. Syngalezi z biedy zaciągali się do wojska i wracali do domu jako inwalidzi albo w workach na zwłoki. Zwykli ludzie żyli w ciąg­łym strachu przed samobójczymi zamachami, bali się nawet puścić dzieci do szkoły. Ataki Tygrysów były wymierzone zarówno w rząd, jak i w cywilów (bomby w autobusach i centrach handlowych), dlatego każdy mieszkaniec południa znał kogoś, kto ledwo uszedł z życiem.

Trwająca kilkadziesiąt lat wojna domowa nie zniechęcała turystów, którzy nadal przyjeżdżali wygrzewać się w słońcu na południowym wybrzeżu wyspy. Jakby na mocy niepisanej umowy rebelianci nigdy nie atakowali miejscowości wypoczynkowych. Europejczycy sączyli świeży sok z kokosa i wpatrywali się w ­ocean, nie zdając sobie sprawy, że o godzinę lotu na północ w wojnie pozycyjnej w stylu I wojny światowej giną ludzie. Kierowcy i kelnerzy w kurortach na południu nie spieszyli się z wygłaszaniem opinii na temat wojny domowej, wiedząc, że to nie sprzyja interesom. Zajrzyjcie na stronę internetową lankijskiej Rady Turystyki (Sri Lanka Tourist Board), a zobaczycie zdjęcia sielankowych plaż, zabytków, malowniczych festiwali, pociągów ciągniętych przez stare parowozy i bujnych herbacianych ogrodów. Dziwne jest tylko to, że żadne z tych miejsc nie leży na północy wyspy, gdzie znajdują się przecież najpiękniejsze plaże. Na północy można w środku dnia wędrować całymi kilometrami po monotonnym piasku i nie zobaczyć żadnego hotelu. Wczytajmy się trochę wnikliwiej w informacje na stronie, a odkryjemy, że wszystkie prezentowane świątynie są buddyjskie. Nigdy byśmy nie zgadli, że w Sri Lance mieszkają również hinduiści, chrześcijanie, muzułmanie i animiści. Dział "historia" urywa się na roku 1972, tuż przed wybuchem wojny domowej. Rada Turystyki słowem nie wspomina o czterech dekadach separatystycznych walk Tamilów. Wypieranie stało się drugą naturą Lankijczyków.

Nic więc dziwnego, że kiedy w 2009 roku nastąpiło krwawe apogeum wojny, amatorzy zimowych wakacji w tropikalnym słońcu opalali się na plażach w południowej części Sri Lanki, nie mając pojęcia o krwawej łaźni, która rozpętała się po drugiej stronie wyspy dorównującej rozmiarami Szkocji. Tamilscy cywile ginęli od pocisków rządowej artylerii, wykorzystywani jako żywe tarcze przez rebeliantów. Sanitariusze amputowali kończyny bez znieczulenia i patrzyli, jak połowa pacjentów umiera na ich oczach. Tamilskie Tygrysy uprowadzały dzieci, skazując je na bezsensowną śmierć w okopach w dżungli. Twierdzili, że prowadzą walkę w imieniu tamilskiego narodu i że to daje im prawo do zmuszania Tamilów, aby pozostali w strefie działań wojennych - czy tego chcą, czy nie.

Podobnie jak turyści, świat nie zwrócił uwagi na śmierć kilkudziesięciu tysięcy cywilów, zabitych w północno-wschodniej Sri Lance tylko w ciągu pięciu miesięcy 2009 roku. Zespół ekspertów ONZ uznał później za wiarygodną liczbę czterdziestu tysięcy zabitych; istnieją podejrzenia, że w rzeczywistości mogło ich być znacznie więcej. Kiedy w Sri Lance szalała brutalna wojna, świat zajmował się izraelską inwazją na Strefę Gazy, w której śmierć poniosło łącznie mniej więcej półtora tysiąca osób.

Lankijczycy nie są szczególnie mocni w liczeniu zabitych, ale według szacunków ONZ czterdziestoletnia wojna domowa pociągnęła za sobą co najmniej sto tysięcy ofiar śmiertelnych - mniej więcej tyle ile wojny po rozpadzie Jugosławii w latach dziewięćdziesiątych XX wieku.

W 2009 roku znaczna część społeczności międzynarodowej postanowiła opowiedzieć się po stronie rządowej lankijskiego konfliktu, ignorując wezwania do interwencji. Rozmowy pokojowe prowadzone przy mediacji Norwegów zakończyły się fiaskiem, za które wiele państw obwiniło nieprzejednaną postawę Tamilskich Tygrysów. Unia Europejska, Stany Zjednoczone, Kanada i Indie uznały tamilskich rebeliantów za ugrupowanie terrorystyczne. Lankijski rząd lekką ręką przemianował długotrwały konflikt etniczny na element globalnej "wojny z terroryzmem", zamykając w ten sposób usta tym wszystkim, którzy mogliby ująć się za ofiarami.

Sri Lanka znalazła też owych sojuszników ośmielonych hipokryzją Zachodu: jak Waszyngton i Londyn mogą wygłaszać kazania na temat praw człowieka po Guantánamo i Abu Ghraib? Chiny, Rosja, Pakistan, Indie i Iran murem stanęły za lankijskim rządem, dbając, by nie zabrakło mu broni i kredytów. Dzisiaj te same państwa chronią Sri Lankę przed międzynarodowymi śledztwami w sprawie zbrodni wojennych, wychwalając jej osiągnięcia w dziedzinie zwalczania terroryzmu.

W kręgach akademickich zwycięska strategia niebezpiecznie często nazywana jest "opcją lankijską" - nowym sposobem zdławienia terroryzmu przy użyciu brutalnej siły militarnej, z pominięciem metod politycznych. Obejmuje on taktykę spalonej ziemi, zatarcie różnicy pomiędzy cywilami a bojownikami oraz zablokowanie dostępu do informacji. Jego orędownicy prześlizgują się nad masowym zabijaniem mężczyzn, kobiet i dzieci, łamaniem międzynarodowego prawa i dławieniem wolnej prasy. Niepokojący jest fakt, że przypadek Sri Lanki uważnie studiują inne państwa z problemami etnicznymi, jak choćby wojskowa junta rządząca Birmą, Tajlandia czy Bangladesz. Kiedy w czerwcu 2011 roku armia lankijska zorganizowała trzydniową konferencję, by przybliżyć zagranicznym wojskowym swoje brutalne metody, mimo fetoru zbrodni wojennych wzięli w niej udział przedstawiciele czterdziestu państw, nie wyłączając Stanów Zjednoczonych. Chcieli uczyć się od kraju, który rości sobie prawo do miana eksperta w zwalczaniu terroryzmu.

Jest jeszcze druga strona tej historii, a mianowicie koszty ludzkie "opcji lankijskiej". Niniejsza książka skupia się na ostatnich miesiącach walk pomiędzy Tamilskimi Tygrysami a wojskami rządowymi. Nie opowiada o całej wojnie, ani też o cierpieniach zwykłego syngaleskiego żołnierza czy dojeżdżającego autobusem do pracy mieszkańca miasta, żyjącego w ciągłym strachu przed zamachem bombowym - jest to (całkowicie uzasadniony) temat na inną książkę. Przedstawiłam zwycięstwo z perspektywy pokonanych. To prawda, że niektórzy moi bohaterowie byli terrorystami albo sympatyzowali z nimi, jednak z całą pewnością nie wszyscy. Ich opowieści są ważne, ponieważ Sri Lanka, stając się nieoczekiwanie elementem dyskusji o globalnym terroryzmie, przestała być po prostu krajem, w którym jedni ludzie mordowali drugich.

Historie te nie zostały do tej pory nigdzie opowiedziane, ponieważ w ostatnich miesiącach walk w strefie działań wojennych nie było międzynarodowych dziennikarzy ani pracowników organizacji humanitarnych, którzy mogliby przekazać CNN albo BBC wstrząsające relacje o cierpieniach ludności cywilnej. To był ważny element rządowej strategii. Niezależni świadkowie zostali rozmyślnie usunięci z teatru wojny, by można było fałszować historię. W rezultacie nigdy zapewne nie powstanie spójna narracja na temat ostatnich miesięcy walk - historycy w dalszym ciągu będą opisywali te wydarzenia w różny sposób, zależnie od własnej przynależności etnicznej i poglądów politycznych. Jeśli Tamilowie i Syngalezi mają kiedykolwiek żyć razem w zgodzie i pokoju, opowieści ocalałych z wojny muszą zostać wysłuchane i przyjęte do wiadomości. Krwawa łaźnia tamtych pięciu miesięcy 2009 roku przekroczyła rozmiarami i potwornością wszystko, co wydarzyło się wcześniej w Sri Lance. Jeżeli Lankijczycy nie skonfrontują się z prawdą, kolejne pokolenie Tamilów odziedziczy zbiorową traumę, która będzie podsycała w nich pragnienie zemsty.

Również Tamilowie muszą uczciwie przemyśleć ślepe poparcie, jakiego udzielili rebeliantom. Liczna tamilska diaspora w Europie, Ameryce Północnej i Australii finansowała powstanie w Sri Lance z poczucia winy wobec tych, którzy zostali w kraju. W głębi duszy większość żyjących na emigracji Tamilów zdawała sobie sprawę, że Tamilskie Tygrysy porywały dzieci i zmuszały je do walki wbrew ich woli, zabierały ludziom pieniądze pod płaszczykiem ściągania podatków i zabijały tych, którzy myśleli inaczej, ale wolała o tych sprawach milczeć. Mechanizm wyparcia dotyczy obu stron.

W czasie ostatnich pięciu miesięcy wojny przywódcy Tamilskich Tygrysów cynicznie kontrolowali przepływ ludności cywilnej, narażając ją na koszmar działań wojennych w nadziei, że wstrząsające obrazy cierpienia nakłonią świat do interwencji. Było to niemoralne i w ostatecznym rachunku okazało się nieskuteczne. W momencie najkrwawszych walk rebelianci odrzucili wynegocjowany z pomocą Norwegów plan złożenia broni, który mógł zakończyć rozlew krwi i ocalić życie tysięcy ludzi. W końcu przywódcy Tygrysów i tak zostali starci w proch, a ich ruch rozgromiony. Mogło to się jednak odbyć mniej krwawo.

Jako dziennikarka nie mogę udowodnić wszystkich szczegółów tych opowieści, bo mnie tam nie było. Powtarzają się w nich jednak podobne schematy, które pojawiają się również w raportach zespołu ekspertów przy ONZ i rozmaitych grup obrońców praw człowieka. Objechałam kawał świata, wysłuchując mrożących krew w żyłach historii; patrzyłam, jak udręczeni, cierpiący na bezsenność i nękani myślami samobójczymi ludzie płaczą i drżą, ledwo mogąc wydobyć z siebie głos na samą myśl o przeżytych koszmarach, o których mają za chwilę opowiedzieć. Ich historie odcisnęły na mnie trwałe piętno. Dorośli mężczyźni szlochali, zanim udało im się wydusić z siebie pierwsze słowo, przygnieceni okropieństwem swoich wspomnień; inni żegnali mnie ze łzami w oczach, wzruszeni, że obca osoba okazała zainteresowanie ich tragedią.

Wśród tego zalewu cierpienia trafiały się również opowieści o niezwykłej odwadze, ofiarności i wielkoduszności zwykłych ludzi, czerpiących siłę z wewnętrznego źródła, z którego istnienia nie zdawali sobie wcześniej sprawy. Wielu jest nieopiewanych bohaterów, choć oni sami się za takich nie uważają; przeciwnie - mają poczucie klęski, że nie udało im się uratować większej liczby osób.

Większość moich rozmówców żyje dziś na uchodźstwie. Zastanawiam się czasem, co powiedzieliby nieznajomi, którzy mijając ich na ulicy, patrzą na nich z góry - bo ci nie znają angielskiego albo miejscowych zwyczajów - gdyby poznali chociaż drobną część ich doświadczeń. Wielu z nich po raz pierwszy opowiedziało swoją historię w całości. Niełatwo im było się na to zdecydować. Nie kierowali się chęcią odwetu ani nawet osiągnięcia propagandowego zwycięstwa. Chcieli, by zabici wreszcie zaczęli się liczyć.

Oświadczenia władz Sri Lanki

2008 15 września    "Rozgromimy LTTE, ale nie chcę podawać konkretnych ram czasowych [...]. Nie dopuszczę, by kiedykolwiek znowu sięgnęli po broń" - prezydent Mahinda Rajapaksa[3] 12 grudnia    "Nie ma dobrych terrorystów i złych terrorystów. Wszyscy terroryści są źli" - prezydent Mahinda Rajapaksa[4] 2009 30 stycznia    "Wojna wkrótce się skończy. Sądzimy, że siły [rebeliantów] skurczyły się do najwyżej tysiąca, pięciuset ludzi" - Keheliya Rambukwella, rzecznik lankijskiego Ministerstwa Obrony[5] 31 stycznia    Minister obrony Gotabhaya Rajapaksa ostrzega zachodnich dyplomatów, zagranicznych dziennikarzy i organizacje humanitarne, że zostaną "wypędzeni" z kraju, jeśli opowiedzą się po stronie rebeliantów[6] 4 lutego    "W ciągu kilku najbliższych dni siły Tamilskich Tygrysów zostaną pokonane" - prezydent Mahinda Rajapaksa[7] 6 lutego    Sri Lanka stwierdza, że opinia międzynarodowa szarga jej wizerunek 14 lutego    "Chcemy również chronić godność i prywatność tych ludzi... To nie jest wycieczka do zoo. Tam są niewinni ludzie. Dlaczego mamy pozwolić, by ktoś robił im zdjęcia i wykorzystywał je potem do zbierania datków, jak to się działo po tsunami? Nie jesteśmy tu po to, by spełniać zachcianki międzynarodowej społeczności. To nasi lankijscy bracia. Myślimy o nich" - brat i doradca prezydenta Basil Rajapaksa w odpowiedzi na pytanie, dlaczego żaden dziennikarz nie otrzymał zgody na wejście na teren Manik Farm 23 lutego    "Mamy zadanie do wykonania. W tym momencie nie interesuje nas żaden rozejm" - generał brygady Shavendra Silva 25 lutego    "Nie zostawimy im ani kawałka przestrzeni, żeby mogli powrócić. O naszym sukcesie decyduje przede wszystkim jasna wizja, do czego dążymy, którą zachowujemy od samego początku. Nasze zadanie bojowe jest jednoznaczne - całkowita likwidacja LTTE" - minister obrony Gotabhaya Rajapaksa 3 marca    "Od tej chwili musimy posuwać się naprzód z największą ostrożnością i z zachowaniem maksymalnych środków bezpieczeństwa, ani na chwilę nie zapominając o cywilach" - generał Sarath Fonseka 24 marca    Minister obrony stwierdza, że organizacje "udające, że niosą pomoc humanitarną", przedłużają konflikt, żeby "zapewnić sobie dochody". Mówi, że "nikczemna koalicja" rzekomych organizacji humanitarnych i pomocowych, wolnych mediów, obrońców praw człowieka itd. "uczyniła lukratywny biznes z długotrwałego przelewu krwi na lankijskiej ziemi" 31 marca    "Nie ugniemy się pod żadnymi naciskami ze strony środowisk międzynarodowych ani wewnętrznych i nie zatrzymamy się, dopóki wojna nie zostanie całkowicie zakończona" - prezydent Mahinda Rajapaksa 28 kwietnia    "Próbowaliśmy prowadzić dialog i negocjować. Nasze [wysiłki] zostały odrzucone. Zostaliśmy zmuszeni do użycia siły. Siły, która jest prerogatywą państwa i najwyraźniej jedynym językiem rozumianym przez terrorystów" - prezydent Mahinda Rajapaksa 30 kwietnia    "Nie możemy używać ciężkiej artylerii. I nie możemy atakować z powietrza, ponieważ obawiamy się o bezpieczeństwo niewinnych ludzi, którzy tam się znajdują. Nawet jeśli to Tamilowie, są obywatelami naszego państwa. Moje serce nie pozwoli, by cywile ginęli od kul" - prezydent Mahinda Rajapaksa 7 maja    "Sposób uwolnienia zakładników stanie się wzorem dla innych prowadzących operacje wojskowe. Niewykluczone, że to jedna z największych akcji ratunkowych na świecie" - prezydent Mahinda Rajapaksa 19 maja    "Prowadząc działania, nasi żołnierze mieli w jednej ręce karabin, w drugiej kartę praw człowieka, na plecach zakładników, a w sercach miłość do ich dzieci" - prezydent Mahinda Rajapaksa

Przegrana wojna ONZ

Byłem oburzony. Cały system zawiódł. Nie tylko ONZ, ale cała społeczność międzynarodowa. Lankijski rząd mordował dziesiątki tysięcy cywilów, a życie toczyło się dalej. Po prostu świat przeszedł nad tym do porządku dziennego.

Pracownik ONZ

Chudy jak tyczka Brytyjczyk pocił się w niebieskiej kamizelce kulo­odpornej i w hełmie, lecz nie z powodu tropikalnych upałów panujących na północy Sri Lanki ani nie ze strachu przed tym, co może go spotkać na pustej drodze. Pocił się ze wstydu. Dixie miał porzucić ludzi, którymi się opiekował, w chwili gdy był im najbardziej potrzebny. Pracował dla ONZ i od czterech lat przebywał na obszarze kontrolowanym przez rebeliantów. Teraz lankijski rząd nakazał mu oraz siedmiu innym zagranicznym pracownikom organizacji pomocowej opuścić strefę działań wojennych.

Był wrzesień 2008 roku i wkrótce miała się rozpocząć ostatnia fazy wojny, a wraz z nią - rzeź cywilów na apokaliptyczną skalę.

Żołnierze sił rządowych znajdowali się zaledwie pięć i pół kilo­metra od administracyjnej stolicy Tamilskich Tygrysów Kili­nochchi, sennego rolniczego miasta charakteryzującego się nieregularnymi dostawami prądu i wiejskim stylem życia. Napłynęła do niego rzesza uchodźców, kilkadziesiąt tysięcy głodnych, obdartych cywilów, uciekających w rozpaczy przed gradem kul. Od kilku miesięcy Armia Sri Lanki niepowstrzymanie napierała od południa i zachodu, stopniowo wypierając rebeliantów z zajętego przez nich obszaru. Cofający się bojownicy zmuszali cywilów, by szli razem z nimi, wykorzystując ich jako żywą tarczę. Wkrótce dotrą do morza i nie będą mieli dokąd iść dalej.

Mieszkańcy wsi i miasteczek nie pamiętali już, ile razy zrywali się w środku nocy i uciekali w popłochu, kryjąc się po rowach w nadziei, że po raz kolejny uda im się przechytrzyć śmierć. Na początku wojny wielu z nich miało jeszcze wiekowe traktory, ładowali na nie drzwi z futrynami, krzesła, kanistry oleju napędowego i dachy z liści palmowych i telepali się przez soczyście zielony krajobraz wśród bananowców, palm i poletek ryżowych, szukając bezpieczniejszego miejsca. Później uciekali piechotą, wędrując boso pylistymi drogami przez busz. Zwinięta w rulon pościel, wiadro, teczka, niemowlę - każdy członek rodziny coś niósł. Inni jechali na rowerach objuczonych matami i torbami podróżnymi, do których spakowali biżuterię, świadectwa szkolne i akty własności ziemi. Wkrótce, chudzi jak patyki, mieli już tylko to, co na sobie. Wyczerpali swoje rezerwy energii i zapasy żywności, zanim działania wojenne weszły w najstraszliwszą fazę. W ich oczach malowały się udręka i śmiertelne zmęczenie, ale na widok wysokiego białego mężczyzny, który fotografował ich z pobocza drogi, zdobywali się na uśmiech. Sama obecność cudzoziemca dodawała im otuchy.

Dixie był przekonany, że lankijski rząd wyrzucił pracowników organizacji pomocowych, bo chciał, by to, co się miało wkrótce wydarzyć, odbyło się bez niezależnych świadków. Pracownicy ONZ szykowali się do wyjazdu w momencie, kiedy połowa ludności była całkowicie uzależniona od ich pomocy żywnościowej. Dixie lepiej niż ktokolwiek inny wiedział, jak wielkie masy ludzi znalazły się w całkowitej nędzy, bo jego praca polegała na zapewnianiu im dachu nad głową.

- Kiedy wyjeżdżaliśmy, koczowali pod drzewami, nie mając już prawie nic. Zdążyli stracić wszystko, co posiadali. Bez przerwy przenosili się z miejsca na miejsce, wielu z nich przyszło pieszo. Ciągle znajdowaliśmy ludzi pod mangowcami. Kiedy w nocy zaczynał się ostrzał, uciekali, wskakując na pierwszy lepszy traktor. Nie mieli na czym gotować. Na początku dawaliśmy im zestaw narzędzi do zbudowania szałasu, ale potem zdaliśmy sobie sprawę, że zbudują szałas, a pięć dni później znowu będą musieli uciekać. To było bez sensu. Zaczęliśmy im wydawać po trzy żerdki i kawałek plandeki, żeby mogli sobie zrobić przenośny namiot.

Przez ostatnie dwa tygodnie ostrzał artyleryjski był tak intensywny, że Dixie musiał nocować w żelbetonowym bunkrze, przy coraz bliższym huku artylerii, od którego drżała ziemia. Przeniósł się tam, kiedy o świcie dosłownie wyrzuciła go z łóżka eksplozja trzech bomb zrzuconych na sąsiedni dom przez naddźwiękowy odrzutowiec. Odłamek pocisku o parę centymetrów minął jego nogę, a w domu obok (gdzie bez wiedzy pracowników ONZ założył bazę wywiad rebeliantów) zginęły cztery osoby. Bojownicy Tamilskich Tygrysów najwyraźniej sądzili, że sąsiedztwo cudzoziemców zapewni im bezpieczeństwo.

Dixie z ogromnym bólem pożegnał się z miejscowymi pracownikami organizacji humanitarnej - większość tamilskiego personelu ONZ wraz z rodzinami rebelianci potraktowali jak zakładników, zmuszając ich do pozostania na miejscu. Objechał miasto, rozdzielając pomiędzy swoich kolegów bezcenną żywność i paliwo w nadziei, że pomogą im przetrwać najbliższe miesiące.

Początkowo rebelianci nie chcieli wypuścić nawet Dixiego i jego kolegów[8] . Nagle pod bazą ONZ pojawił się tłum tamilskich kobiet w nędznych sukienkach i japonkach oraz wycieńczonych mężczyzn w kraciastych sarongach - i zablokował wyjazd. Najpierw pracownicy organizacji pomocowej zobaczyli las samych brązowych rąk, wciskających się przez szparę na wysokości trzech czwartych białej metalowej bramy. "Nie odchodźcie!" - krzyczeli demonstranci. Część z nich trzymała kawałki kartonu z tymi samymi słowami, na użytek cudzoziemców napisanymi po angielsku. Ktoś zaproponował, by zaprzestali udzielania pomocy humanitarnej, jeśli to jest zbyt niebezpieczne, ale żeby zostali jako świadkowie wydarzeń. W tłumie ludzi, którzy siedzieli na drodze, uniemożliwiając wyjazd oenzetowskich ciężarówek, było wiele znajomych twarzy. Przyszła tam też pani Javan, której mąż prowadził rozgłośnię radiową rebeliantów.

- Błagaliśmy ich, żeby nas nie zostawiali - wspominała później. - Baliśmy się, że nas wszystkich pozabijają.

Dzień, kiedy pracownicy ONZ po raz pierwszy próbowali opuścić miasto, zakończył się surrealistyczną kolacją z przedstawicielami rebeliantów. W tle słychać było huk pocisków, wybuchających zbyt blisko, by można było czuć się swobodnie. Chociaż na zewnątrz ludzie przymierali głodem, kelnerzy w białych rękawiczkach podawali nadziewane kraby i homary. Rzecznik Tamilskich Tygrysów Pulidevan z uśmiechem oznajmił cudzoziemcom, że nie mogą opuścić miasta, dając im do zrozumienia, że to rebelianci zorganizowali demonstrację, która opóźniła ich wyjazd. Wkrótce wyjaśniło się, w jakim celu.

W środku nocy Dixiego obudziło głośne dudnienie. Wymknął się z bunkra i ukrył w mroku przy głównej drodze. Czując, jak ziemia wibruje mu pod stopami, patrzył na długą kolumnę dział i pojazdów opancerzonych opuszczających miasto. Rebelianci przeprowadzali taktyczny odwrót, wykorzystując obecność pracowników ONZ jako osłonę. Po wyprowadzeniu przez Tygrysy całej broni ciężkiej, protesty skończyły się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i pracownicy ONZ mogli spokojnie wyjechać.

Nadszedł dzień wyjazdu: 16 września 2008 roku. Na tle przeciążonych staroświeckich maszyn rolniczych wypluwających dieslowskie spaliny utrzymane w doskonałym stanie oenzetowskie ciężarówki wyglądały, jakby pochodziły z innej planety. Jedną stronę drogi zajmował gotowy do odjazdu konwój ONZ, przykład eleganckiej współczesnej techniki; drugą toczyły się zdezelowane rowery i zaprzężone w woły wozy, które sprawiały wrażenie, jakby lada chwila miały się rozpaść.

Pracownicy organizacji humanitarnej w niebieskich hełmach na głowach chodzili nerwowo tam i z powrotem, rozmawiając przez trzeszczące krótkofalówki z kolegami na terytorium rządowym. Denerwowali się. Jedyna droga, którą można było wyjechać z miasta, wcale nie była bezpieczna. Po jednej stronie stali rebelianci, po drugiej wojska rządowe - jedni i drudzy szykowali się, by ją przechwycić. Każda ze stron mogła zaatakować pierwsza, a potem zrzucić winę na drugą. Wojsko rządowe oświadczyło, że nie może zapewnić konwojowi bezpieczeństwa przejazdu, a rebelianci nie zawahaliby się użyć ich jako żywej tarczy. Znajdowali się w makabrycznej pułapce między dwiema wrogimi armiami. Pozostawieni w mieście cywile mieli się wkrótce przekonać, do czego to prowadzi.

Obie walczące strony zostały poinformowane, że wyjazd konwoju ONZ wyznaczony jest na dziesiątą rano. Kilka minut przed tą godziną na niebie pojawił się nagle rządowy myśliwiec i zrzucił bombę. Spadła bardzo blisko. Ogłuszający huk poderwał ich z miejsc, zmuszając do ucieczki do schronów.

- Przestraszył mnie nawet nie tyle huk bomby, ile jazgot silnika. Samolot, pikując, wchodzi w prędkość naddźwiękową - to ryk śmierci. Zatykam uszy rękami. Do dzisiaj przechodzą mnie ciarki, kiedy słyszę ten dźwięk - wspomina Dixie.

Gdy po ataku wyszli z bunkrów i odjechali, odkryli, że bomba zniszczyła traktor.

- Nie sądzę, żeby próbowali trafić w nas - mówi Dixie. - Chcieli nam dać do zrozumienia, że mamy się stamtąd zabierać. Taktyka zastraszania.

Zrzucenie bomby tak blisko miejsca przebywania pracowników ONZ powinno wywołać poważny incydent dyplomatyczny, ale kwatera główna Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku nie skomentowała publicznie tego zdarzenia. Nie chciała drażnić lankijskiego rządu.

Podróż przez terytorium rebeliantów przebiegała w niesamowitej ciszy. Ruchliwe zwykle skrzyżowania były zupełnie puste, a wsie wyludnione. Na skraju drogi stał samotny bojownik, bardziej dla dekoracji niż dla obrony. Po godzinie jazdy dotarli do ostatniego punktu kontrolnego rebeliantów. Nadal powiewała nad nim czerwona flaga Tamilskich Tygrysów, choć żołnierze opuścili posterunek kilka miesięcy wcześniej. Kiedyś była tu faktyczna granica, z procedurami bezpieczeństwa, kontrolą celną i sprawdzaniem dokumentów.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

[1] Tę samą informację podał rząd USA: "16 maja - lokalne źródła organizacji poinformowały, że próbowały uciec do strefy bez ognia z dużą grupą dzieci, wychodząc [ze schronu] z białą flagą. Żołnierze lankijskiej armii otworzyli do nich ogień i kazali im wracać do schronów. Źródła podobno widziały, jak żołnierze wrzucają granaty do dwóch schronów i jak czołgi rozjeżdżają schrony, niszcząc wszystko, co było w środku"; "18 maja - lokalna organizacja poinformowała, że według relacji świadków ze strefy bez ognia żołnierze lankijskiego wojska wrzucili granaty do kilku schronów, w których przebywali cywile, po to by zabezpieczyć się przed ewentualnym atakiem bojowników LTTE, którzy mogli przebywać w środku. Kilku cywilów widziało także, jak wojskowe ciężarówki rozjeżdżają leżących na drodze rannych. Później tego samego dnia wojsko sprowadziło sprzęt do robót ziemnych, żeby pochować zwłoki leżące od dwóch dni lub dłużej. Cywile twierdzili, że wśród zabitych byli ranni, którzy prosili o pomoc. Uważają, że żołnierze sił rządowych nie zawsze próbowali oddzielać rannych i umierających od tych, którzy już nie żyli". Departament Stanu USA, Report to Congress on Incidents During the Recent Conflict in Sri Lanka, 2009, http://www.state.gov/documents/organization/131025.pdf, s. 44, dostęp: 5.07.2014.

[2] Międzynarodowa Grupa Kryzysowa, The Sri Lankan Tamil Diaspora after the LTTE, 23 lutego 2010, http://www.crisisgroup.org/en/regions/asia/south-asia/sri-lanka/186-the-sri-lankan-tamil-diaspora-after-the-ltte.aspx, dostęp: 5.07.2014.

[3] http://www.lankamission.org/content/view/850/, dostęp: 5.07.2014.

[4] http://www.president.gov.lk/speech_New.php?Id=59, dostęp: 5.07.2014.

[5] http://abcnews.go.com/Politics/story?id=6769373&page=1, dostęp: 5.07.2014.

[6] Act Responsibly Or Be Chased Out: SL Tells Foreigners, "The Indian Express", 1 lutego 2009, http://www.indianexpress.com/news/act-responsibly-or-be-chased-out-sl-tells-f/417770/, dostęp: 5.07.2014.

[7] http://archive.lacnet.org/2009/2009_02_04/.

[8] Sri Lankan Tamils Block UN Withdrawal, 17 września 2008, http://www.dailymotion.com/video/x6s45k_sri-lankan-tamils-block-un-withdraw_news, dostęp: 5.07.2014.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

e-mail: mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl,

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl, edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

tel. +48 18 351 00 70

e-mail: redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Hoża 42/1, 00-516 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

e-mail: agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl,

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl,

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

e­-mail: info@d2d.pl

Wołowiec 2015

Wydanie I