Pokoiku na zapleczu mi nie pokazali. To znaczy w dniu pierwszej rozmowy. Tego, o którym mówili "twój pokój", a ja będę o nim mówić "pokój na zapleczu". Zobaczyłam go dopiero w następny poniedziałek, pierwszego dnia pracy. Pani otworzyła mi blada, całą twarz miała zroszoną potem.
Czuj się jak u siebie, powiedziała i poszła odpocząć.
Weszłam do kuchni, sama, i zdziwiło mnie, że wcześniej nie zwróciłam uwagi na te drzwi, takie dziwne. Stapiały się z płytkami na ścianie, jakby to było sekretne przejście. Podeszłam i przesunęłam je. Wiedzieliście, że były przesuwne? Żeby nie zajmować miejsca. Żeby nie uderzały w łóżko. Nie pchało się ich jak normalnych drzwi, tak że przesunęłam je w lewo i weszłam po raz pierwszy.
Zanotujcie sobie, co tam było w środku, może to ma jakieś znaczenie: pojedyncze łóżko, mały stolik nocny, lampka, szafka, stary telewizor. W szafie sześć fartuchów - poniedziałek, wtorek, środka, czwartek, piątek, sobota. W niedzielę miałam wolne. Obrazów nie było ani żadnych innych ozdób, tylko wąskie okienko. I jeszcze łazienka z prysznicem, stara szafka i plamy wilgoci, które wydawały się głośno rechotać.
Zasunęłam za sobą drzwi i stałam tam, a w ustach nagle mi zaschło. Poczułam, że słabną mi nogi, i przysiadłam na brzegu łóżka. Wtedy ogarnęło mnie poczucie... nie wiem, jak je opisać. Poczułam, jakbym jeszcze nie weszła do tego pokoju i jakbym ja sama, z zewnątrz, patrzyła na kobietę, którą się od tej chwili stanę - palce wpijające się w sukienkę, suche oczy, suche usta, przyśpieszony oddech. Zauważyłam, że drzwi do pokoju były z matowego, falistego szkła. Pewnie pan zdążył już użyć jednego ze swoich ulubionych terminów: mlecz-ne-go. Drzwi z mlecznego szkła dzieliły sypialnię od kuchni. I tam mieszkałam przez siedem lat, choć nigdy, ani razu, nie nazwałam tego pokoju "moim". Zapiszcie to w swoich aktach, proszę bardzo, nie bądźcie nieśmiali: "kategorycznie odmawia określania pokoju mianem swojego". A na marginesie zanotujcie: "wyparcie", "pretensje", "możliwa przyczyna zbrodni".
Po chwili usłyszałam, że ktoś wchodzi do kuchni i czeka na mnie na zewnątrz... albo wewnątrz. Sama nie wiem. Może to ten pokój był na zewnątrz, a kuchnia w środku. Niektóre słowa bywają zagmatwane, w każdym razie dla mnie: wewnątrz, na zewnątrz; teraźniejszość, przeszłość; przedtem, potem.
Pani odchrząknęła, ja przełknęłam ślinę i powiedziałam:
Już idę.
A może nikt nie chrząkał, a ja nic nie mówiłam, a ta kobieta, którą miałam się stać na następnych siedem lat, przebrała się i włożyła fartuch przez głowę. Wydał mi się bardzo ciasny w szyi, za wąski na mnie, ale kiedy chciałam odpiąć pierwszy guzik, zauważyłam, że się nie da. To był guziczek dla ozdoby, pod gardłem gosposi. Pozostałych pięć uniformów też miało taki fałszywy guzik.
Dziwne, że pamiętam ten szczegół i nie mam pojęcia, co robiłam przez resztę dnia. Nie wiem, czy gotowałam. Nie wiem, czy prałam. Nie wiem, czy podlewałam. Nie wiem, czy prasowałam. Z tych tygodni pamiętam tylko ciągły pościg. Kiedy wchodziłam do salonu, pani dyskretnie przenosiła się do jadalni. Kiedy wchodziłam do jadalni, uciekała w stronę łazienki. Jeśli chciałam wysprzątać łazienkę, zamykała się w gabinecie. Nie wiedziała, co robić, dokąd iść. Nie było jej łatwo się poruszać przez ciążę, ale wolała salwować się ucieczką, niż zostać tak, sama i niema, w obecności obcej osoby. Bo tym byłam - obcą. Nie wiem, kiedy przestałam. Kiedy zaczęła mi mówić, żebym prała jej majtki ręcznie, zwracać się do mnie per Estelito, małej się ulało, przemyj, proszę, podłogę chlorem. Ale zapytajcie ją o datę moich urodzin, zapytajcie, ile mam lat.
W pierwszym tygodniu nie wiedzieli nawet, jak się do mnie zwracać. Ciągle im się nasuwało imię tej, co tu pracowała przede mną. Tej, która pucowała do połysku klozet, a we wtorki i piątki wystawiała śmieci na ulicę. Która szykowała im sałatkę jarzynową i widziała ich w łóżkach, kiedy spali. Nigdy mi nie powiedzieli, ale wiem o tym, bo żadne z nich nie potrafiło poprawnie wypowiedzieć mojego imienia.
Mmmestelo, mówili.
Wciąż się zastanawiam, jak moja poprzedniczka miała na imię: María, Marisela, Mariela, Mónica? Co do pierwszej litery wątpliwości nie mam; miesiące to trwało, nim znikła.
Ja ze swojej strony zawsze mówiłam "pani". Pani nie ma. Czy pani coś zje? O której pani wraca? Ale nazywa się Mara, pani Mara López. Z pewnością kiedy ją tu wezwaliście i spojrzała na was tak, jak się patrzy na plamę na podłodze, na pomyłkę, powiedzieliście: Pani Maro, niech pani usiądzie, proszę. Może wody? Może herbatki? Cukru czy słodziku? I zastanawialiście się pewnie, tak samo jak ja, kto, u diabła, nosi takie imię. To tak, jakby nazywać się Jula albo Veronca. Jak żyć z ciągłym brakiem.
Było w niej coś. Jakby... niech no pomyślę. Jakiś brak zainteresowania. Chociaż nie. To nie jest najlepsze słowo. Pogarda, to jest to. Jakby wszyscy ją nudzili albo jakby brzydziła się wszelką bliskością. W każdym razie taką przybierała minę. Taką miała maskę, którą każdego poranka starannie umieszczała na twarzy. A pod nią: czerwieniała ze złości za każdym razem, kiedy mąż wracał później z pracy albo kiedy córka wypluwała na talerz przeżute jedzenie; powieka, lewa, ciągle jej drżała, jakby ten kawałeczek twarzy chciał uciec i nigdy nie wrócić.
No, ale zgubiłam wątek, racja. To pewnie przez brak wprawy. Twarz pani nie ma tu znaczenia, muszę też opowiedzieć o nim.
Jego, jak już wiecie, nazywałam "panem", ale czasami mówiłam o nim "twój tata". Gdzie jest twój tata? Twój tata już wrócił? Na imię miał jednak Cristóbal. Pan Juan Cristóbal Jensen. Mężczyzna dość szorstki, z zakolami zapowiadającymi przedwczesne łysienie i oczami o błękitnym kolorze przywodzącym na myśl płomyk w kuchence gazowej. Zawsze rano, przed wyjściem, powtarzał to samo zdanie: Kolejny dzień pracy. Może to było takie zaklęcie, a może faktycznie jej nie znosił. Chodzi mi o pracę, bez obaw. Nienawidził swoich kolegów, pielęgniarek, wszystkich pacjentów po kolei. Pewnie już go widzieliście w tej jego zawsze starannie wyprasowanej koszuli, wypucowanych butach, tylko czeka, aż ktoś mu podziękuje za ocalenie życia. A może włożył biały kitel, żeby zwracano się do niego per "panie doktorze". To faktycznie uwielbiał, żeby mówiono do niego "doktorze Jensen". Ale zapiszcie to sobie dobrze w notatkach: to, że ktoś jest doktorem, nie ma znaczenia. W każdym razie nie wtedy, kiedy umiera twoja jedynaczka. Nie, kiedy nie jesteś w stanie jej uratować.
Mało żeśmy rozmawiali, on i ja. Wystarczyło podawać mu punktualnie posiłki i pilnować, by miał wyprane i wyprasowane koszule. Nie umiałabym go inaczej opisać, może mi jakoś pomożecie. Jak określilibyście kogoś, kto nie pali, prawie nie pije, zanim wypowie jakieś słowo, długo się nad nim zastanawia, waży, żeby uniknąć komplikacji, przez które mógłby stracić czas. Człowiek z obsesją na punkcie czasu:
Obiad za godzinę, Estelo.
Podgrzej jedzenie za piętnaście minut.
Spóźnię się do kliniki o dziesięć minut.
Mam dwie minuty na śniadanie.
Za minutę będę, otwórz bramę.
Policzę do trzech.
Dwa.
Jeden.
Niekończące się odliczanie.