Dni ostatnie - Brian Evenson

Kup ebooka

35.00 zł
29.48 zł (29,48 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Dopiero póź­niej uświa­do­mił sobie, dla­czego do niego zadzwo­nili, ale wtedy było już za późno, żeby ta infor­ma­cja na cokol­wiek mu się przy­dała.

Tam­tego dnia obaj męż­czyźni powie­dzieli mu przez tele­fon tylko tyle, że widzieli jego zdję­cie w gaze­cie, czy­tali o jego taj­nym śledz­twie i tak zwa­nym boha­ter­stwie, i o tym, jak nawet wtedy, kiedy stał twa­rzą w twarz z czło­wie­kiem z tasa­kiem - czy też z "dżen­tel­me­nem z tasa­kiem", jak go nazy­wali - on ani drgnął, nie ugiął się, niczego nie wyja­wił. Chcieli wie­dzieć, czy to prawda, że ani drgnął. Czy rze­czy­wi­ście po pro­stu patrzył, jak dżen­tel­men pod­nosi tasak i z impe­tem go opusz­cza, a jego dłoń nagle staje się oddzielną, umie­ra­jącą istotą?

Nawet im nie odpo­wie­dział. Sie­dział tylko, dło­nią, która mu pozo­stała, trzy­mał przy uchu słu­chawkę i patrzył na kikut, któ­rym koń­czyła się jego druga ręka. Na ten błysz­czący, lekko pomarsz­czony kra­niec tka­nek ciała, łusz­czący się na samej kra­wę­dzi i zły.

- Kto mówi? - zapy­tał w końcu.

Ludzie po dru­giej stro­nie słu­chawki się roze­śmiali.

- Tra­fia się panu oka­zja - odparł wesoło jeden z nich, ten z niż­szym gło­sem. - Chce pan tkwić za biur­kiem przez resztę życia, panie Kline?

Drugi głos, ten seple­niący, dalej zada­wał pyta­nia. Czy to prawda - dopy­ty­wał - że po tym, jak Kline jedyną dło­nią zdjął pasek i zaci­snął go wokół kikuta jak opa­skę uci­skową, wstał, włą­czył kuchenkę i sam sobie przy­żegł ranę?

- Może - odparł Kline.

- Może co? - zapy­tał Bas.

- Wiem z wia­ry­god­nych źró­deł, że tak - zapew­nił Seple­niący. - A kuchenka była elek­tryczna czy gazowa? Elek­tryczna chyba lep­sza. Ale z dru­giej strony mija tro­chę czasu, zanim się roz­grzeje.

- To była płyta grzejna - odparł Kline.

- Płyta grzejna? - powtó­rzył Bas. - Rany boskie, płyta?

- Czyli elek­tryczna? - dopy­ty­wał Seple­niący.

- Nie było nic innego - odparł Kline. - Tylko płyta.

- A potem, kiedy już pan przy­żegł ranę, odwró­cił się pan i strze­lił mu pro­sto w oko - cią­gnął Seple­niący - I do tego lewą ręką.

- Może tak - odparł Kline. - Ale nie pisali o tym w gaze­tach. Kto panom powie­dział?

- Wiem z wia­ry­god­nych źró­deł - powtó­rzył Seple­niący. - I tyle.

- No dobrze. Ale o co wła­ści­wie panom cho­dzi? - zapy­tał Kline.

- Tra­fia się panu oka­zja - odparł Bas. - Już mówi­łem.

- Na lot­ni­sku czeka bilet na samo­lot, wysta­wiony na pań­skie nazwi­sko.

- Dla­czego? - zapy­tał Kline.

- Dla­czego? - powtó­rzył Seple­niący. - Ponie­waż darzymy pana podzi­wem, panie Kline.

- I chcie­li­by­śmy, żeby nam pan pomógł.

- W czym?

- Sta­now­czo potrzebny nam wła­śnie pan, panie Kline. Nikt inny - zazna­czył Bas.

- Ach tak? - zdzi­wił się Kline. - Dla­czego mam panom ufać? I kim wła­ści­wie pano­wie są?

Seple­niący się zaśmiał.

- Panie Kline - odparł - z pew­no­ścią zdaje już pan sobie sprawę, że ufać nie może pan nikomu. Ale czemu by nie zary­zy­ko­wać?

* * *

Nie miał powodu, by lecieć. Wbrew temu, co suge­ro­wał Bas, nie cho­dziło wcale o wybór mię­dzy pracą za biur­kiem a ich pro­po­zy­cją, cokol­wiek mu chcieli zapro­po­no­wać. Z pen­sji, którą dosta­wał, spo­koj­nie mógł się utrzy­mać. Poza tym, zaraz po tym, jak stra­cił dłoń i sam przy­żegł ranę, a następ­nie strze­lił w oko tak zwa­nemu dżen­tel­me­nowi z tasa­kiem, pozwo­lił sobie, w ramach rekom­pen­saty za stratę dłoni, zabrać stam­tąd nese­ser zawie­ra­jący kil­ka­set tysięcy dola­rów. Uwa­żał to za czyn głę­boko moralny - moralny w sen­sie biblij­nym, sta­ro­te­sta­men­to­wym: oko za dłoń, a na dokładkę worek pie­nię­dzy. Fakt, że za okiem znaj­do­wał się mózg i czaszka, sta­no­wił zupełny przy­pa­dek.

Pod­su­mo­wu­jąc, nie było powodu, by przyj­mo­wać zapro­sze­nie. Lepiej się ni­gdzie nie wyry­wać, zała­twić sobie dość natu­ral­nie wyglą­da­jącą pro­tezę na kikut, a przy­naj­mniej nosić haki, które mu dali. Nauczyć się ich uży­wać. Dojść do mistrzo­stwa w grze w golfa jedną ręką. Kupić sobie całą szu­fladę pro­tez na wszel­kie oka­zje. Kupić sobie parę cygar. Życie stoi przed nim otwo­rem, powta­rzał sobie. Wszel­kie oka­zje zupeł­nie go nie inte­re­so­wały.

Poza tym miał pro­blem ze wsta­niem z łóżka. Nie dla­tego, że cier­piał na depre­sję, ale ciężko mu było się podźwi­gnąć, szcze­gól­nie kiedy sobie przy­po­mi­nał, że zaraz potem będzie pró­bo­wał umyć zęby lewą ręką. Spę­dzał zatem coraz wię­cej czasu, masu­jąc koniec kikuta albo po pro­stu się w niego gapiąc. Miał wra­że­nie, że zakoń­cze­nie kikuta jest i jed­no­cze­śnie abso­lut­nie nie jest czę­ścią jego ciała, co było fascy­nu­jące. Cza­sem na­dal się­gał po coś nie­ist­nie­jącą dło­nią. Przez więk­szość dni nie umiał się nawet zebrać, żeby zało­żyć sobie haki. A jeśli nie umiał się zmu­sić do przy­pię­cia haków, jak miałby w ogóle wycho­dzić z domu? A skoro nie wycho­dził z domu, jak miałby niby poje­chać na lot­ni­sko, nie mówiąc już o ode­bra­niu biletu i wej­ściu na pokład?

Jesz­cze będzie lepiej, powta­rzał kiku­towi. Przyj­dzie taki dzień, że wyj­dziemy z domu. Na pewno będzie lepiej.

* * *

Tydzień po pierw­szym tele­fo­nie zadzwo­nili znowu.

- Spóź­nił się pan - powie­dział Seple­niący. - Spóź­nił się pan na samo­lot.

- Czy dla­tego, że się pan boi? - zapy­tał Bas. - Boi się pan latać?

- Skąd w ogóle taki pomysł? - zga­nił wła­ści­ciela basu Seple­niący. - Czło­wiek, który sam sobie przy­żega ranę po odcię­tej dłoni, nie dopusz­cza do sie­bie takich stra­chów, prawda?

- Czyli spóź­nił się na samo­lot - skon­sta­to­wał Bas. - Poje­chał na ostat­nią chwilę. Może zatrzy­mano go dłu­żej przy odpra­wie.

- Tak - odparł Seple­niący. - Pew­nie dla­tego.

Obaj zamil­kli.

Kline trzy­mał słu­chawkę tuż przy uchu.

- To jak? - zapy­tał Seple­niący.

- Co jak? - zapy­tał Kline.

- Co się stało? - zapy­tał Seple­niący.

- Nie pole­cia­łem.

- Nie pole­ciał - powtó­rzył Bas.

- Wiemy - zauwa­żył Seple­niący. - Wiemy, że pan nie pole­ciał, ina­czej byłby pan już tutaj. Gdyby pan pole­ciał, nie dzwo­ni­li­by­śmy do pana.

- Nie - przy­znał Kline.

Tele­fon znowu zamilkł. Kline wsłu­chi­wał się w ciszę w słu­chawce, wbi­ja­jąc wzrok w zasło­nięte okno.

- Czyli jak? - zapy­tał Bas.

- Co jak?

- Cho­lera - znie­cier­pli­wił się Seple­niący. - Naprawdę musimy tłu­ma­czyć wszystko od początku?

- Pro­szę posłu­chać - powie­dział Kline. - Nie wiem nawet, kim pano­wie są.

- Już powie­dzie­li­śmy, kim jeste­śmy - odparł Seple­niący.

- Jeste­śmy oka­zją - powie­dział Bas. - Tra­fiamy się panu.

- Roz­łą­czam się - powie­dział Kline.

- Roz­łą­cza się - powtó­rzył Bas. W jego tonie sły­chać było zmę­cze­nie i wyczer­pa­nie.

- Niech pan zaczeka! - krzyk­nął Seple­niący. - Nie!

- Pro­szę nie trak­to­wać tego oso­bi­ście - powie­dział Kline. - Po pro­stu nie jestem tym, kogo szu­ka­cie.

* * *

Kiedy odło­żył słu­chawkę, tele­fon nie­mal natych­miast zadzwo­nił znowu. Pozwo­lił mu dzwo­nić. Wstał i prze­szedł się po miesz­ka­niu, od pokoju do pokoju. Pomiesz­cze­nia były cztery, jeśli liczyć rów­nież bal­kon. W każ­dym z nich wyraź­nie sły­szał dzwo­nek tele­fonu, który nie prze­sta­wał dzwo­nić.

W końcu pod­niósł słu­chawkę.

- Co znowu? - zapy­tał.

- Ależ jest pan czło­wie­kiem, któ­rego szu­kamy - powie­dział Seple­niący z napię­ciem w gło­sie. - Jeste­śmy tacy jak pan.

- Bilet czeka - dodał Bas.

- Nie chcę żad­nego biletu - odparł Kline. - I żad­nej oka­zji. Nie jestem tym, kogo szu­ka­cie.

- Myśli pan, że jeste­śmy zna­jo­mymi czło­wieka z sie­kierą? - zapy­tał Seple­niący.

- Z tasa­kiem - uści­ślił Bas.

- Nie jeste­śmy zna­jo­mymi czło­wieka z sie­kierą - zapew­nił Seple­niący. - Jeste­śmy tacy jak pan.

- A ja jestem jaki dokład­nie? - zapy­tał Kline.

- Niech pan przy­leci i sam się prze­kona - odparł Bas. - Naj­le­piej przy­lecieć i prze­konać się samemu.

- Gdy­by­śmy chcieli pana zabić - dodał Seple­niący - już by pan nie żył.

Dziw­nie słu­chać gróźb, pomy­ślał Kline, z ust czło­wieka, który sepleni.

- Bar­dzo pana pro­simy - dodał Bas.

- Nie chcemy pana zabić - zapew­nił Seple­niący. - Dla­tego na­dal pan żyje.

- Nie jest pan ani tro­chę cie­kaw, panie Kline? - zapy­tał Bas.

- Nie - odparł Kline. I odło­żył słu­chawkę.

* * *

Kiedy tele­fon zaczął dzwo­nić znowu, wyjął wtyczkę z gniazdka. Owi­nął apa­rat sznu­rem i scho­wał w sza­fie.

Prze­szedł się po miesz­ka­niu. Uświa­do­mił sobie, że za dzień czy dwa będzie musiał wyjść, żeby kupić coś do jedze­nia. Wró­cił do sypialni i z szafki noc­nej obok łóżka wziął notes i dłu­go­pis. W kuchni pootwie­rał drzwiczki wszyst­kich sza­fek, lodówkę, zamra­żarkę i usiadł w zamy­śle­niu.

Jajka, pomy­ślał.

"Jajka", zapi­sał, cho­ciaż napi­sane lewą ręką wyglą­dały jak "Jsjka".

Moja lewa ręka nie chce jajek, pomy­ślał. Chce "jsjek".

Pisał dalej, a lewa ręka oka­le­czała każde słowo.

I co ty na to?, zapy­tał swój kikut. A potem zaczął się zasta­na­wiać, czy mówi do kikuta, czy do bra­ku­ją­cej dłoni.

Ale czy to ma zna­cze­nie?, pomy­ślał.

Zasta­na­wiał się też, co się stało z jego dło­nią. Pew­nie została na stole, na któ­rym ją odcięto. Pew­nie na­dal była tam, kiedy przy­je­chała poli­cja i w końcu ją zabrała, żeby zamro­zić i ozna­czyć jako dowód w spra­wie. Pew­nie na­dal leży gdzieś zamro­żona.

Czyli "jsjka", pomy­ślał. I "chlsb". I może mały kar­ton "mlska".

Wpa­try­wał się w notes i ode­rwał wzrok dopiero, kiedy usły­szał kapa­nie kro­pel z roz­mra­ża­ją­cej się zamra­żarki. Nie był pewny, ile minęło czasu.

Wstał, zamknął lodówkę i zamra­żarkę, a potem stał i cze­kał, nasłu­chu­jąc, aż się włą­czą.

* * *

Minęło kilka dni. Zepsuła mu się maszynka do gole­nia. Buczała tylko cicho, kiedy ją włą­czał. Prze­stał się golić. Nie było już pra­wie nic do jedze­nia.

Muszę zro­bić zakupy, pomy­ślał, ale zamiast tego wypił szklankę skwa­śnia­łego mleka.

Leżał w łóżku, jedną ręką trzy­mał opartą na piersi szklankę z duchem mleka na ścian­kach. Pomy­ślał, że mógłby wstać. Mógłby się pod­nieść z łóżka, ubrać i wyjść z domu. Muszę kupić coś do jedze­nia, pomy­ślał, a potem pomy­ślał, że póź­niej. Jedze­nie zawsze można kupić póź­niej. "Jsjka" i "chlsb". W któ­rymś momen­cie uświa­do­mił sobie, że szklankę, którą, jak mu się wyda­wało, trzy­mał, trzyma bra­ku­jącą dło­nią. Szklanka stała na jego piersi, a obok pil­no­wał jej kikut, tępe zwie­rzę. Nie był do końca pewien, jak szklanka się tam zna­la­zła.

Wiele godzin póź­niej zdał sobie sprawę, że nie ma zamiaru wycho­dzić. Mleko na dnie szklanki zaschło w białą sko­rupę i popę­kało. Może minęło kilka dni. Zdał sobie sprawę, że prze­ga­pił oka­zję, a teraz, kiedy ta odro­bina woli już go opu­ściła, było za późno. Zamknął oczy. Kiedy je otwo­rzył, na zewnątrz było ciemno, więc zamknął je znowu.

Gdy otwo­rzył oczy, przez zasłony prze­cie­kało do pokoju blade świa­tło. A obok niego sie­dzieli dwaj męż­czyźni na krze­słach przy­cią­gnię­tych z kuchni. Byli oku­tani w grube palta i sza­liki, a na dło­niach mieli ręka­wiczki, mimo że w pokoju było cie­pło.

- Czo­łem - ode­zwał się basem pierw­szy.

- Puka­li­śmy - wyja­śnił drugi. Wła­ści­wie nie miał gór­nej wargi, a w jej miej­scu wid­niała poszar­pana bli­zna. Wyglą­dało na to, że warga została odcięta parą ząb­ko­wa­nych nożyc. - Puka­li­śmy, dobi­ja­li­śmy się, ale nikt nie otwie­rał. Więc pozwo­li­li­śmy sobie sami wejść. Co prawda drzwi były zamknięte na klucz - dodał - ale wie­dzie­li­śmy, że to nie przed nami się pan zamyka.

Kiedy Kline nic nie odpo­wia­dał, ten z ode­rwaną wargą powie­dział:

- Pamięta nas pan? Pamięta pan nasz tele­fon? - Męż­czy­zna zase­ple­nił na "nas", ale gdy już się widziało jego wargę, trudno było nazy­wać go w myślach po pro­stu "Seple­nią­cym".

- Tele­fon - powie­dział Kline zachryp­nię­tym gło­sem.

Ten z ode­rwaną wargą uniósł brwi i spoj­rzał na towa­rzy­sza.

- Udaje, że nie pamięta - stwier­dził.

- Oczy­wi­ście, że pan pamięta - powie­dział ten z baso­wym gło­sem. - Tra­fiała się oka­zja? I tak dalej?

- A, tak - powie­dział Kline. - Oba­wiam się, że pamię­tam.

- Niech pan się sobie przyj­rzy - powie­dział Warga. - Chce pan umrzeć w łóżku?

- Nie chce pan umie­rać w łóżku - zapew­nił Bas.

- Przy­je­cha­li­śmy pana wyba­wić - wyja­śnił Warga.

- Nie chcę być wyba­wiany - powie­dział Kline.

- On nie chce być wyba­wiany - powtó­rzył Bas.

- Jasne, że chce - odparł Warga. - Tylko o tym nie wie.

- Ale ja...

- Panie Kline - powie­dział Warga - dali­śmy panu wiele oka­zji, by mógł się pan zacho­wać roz­sąd­nie. Dla­czego nie sko­rzy­stał pan z bile­tów, które zosta­wia­li­śmy?

- Nie potrze­buję waszych bile­tów - odparł Kline.

- Kiedy ostatni raz pan coś jadł? - zapy­tał Bas.

- Naj­wy­raź­niej jest pan swoim naj­więk­szym wro­giem, panie Kline. - Warga wycią­gnął rękę i dźgnął twarz Kline'a pal­cem w ręka­wiczce.

- Depre­sja - stwier­dził Bas. - Znu­że­nie, znu­dze­nie. Taką sta­wiam dia­gnozę.

- Pro­szę posłu­chać - ode­zwał się Kline, usi­łu­jąc się pod­nieść na łóżku. - Będę zmu­szony popro­sić panów o wyj­ście.

- Usiadł - zauwa­żył Warga.

- A przy­naj­mniej pra­wie usiadł. I kto mówi, że nie ma w sobie woli walki?

- Tak trzy­mać - pochwa­lił go Warga. - Naresz­cie widzimy czło­wieka, który bez mru­gnię­cia okiem daje sobie odrą­bać dłoń.

- Pro­szę pójść z nami, panie Kline.

- Nie - odparł Kline.

- Co możemy powie­dzieć, żeby pana prze­ko­nać?

- Nic - odparł Kline.

- Dobrze zatem - stwier­dził Warga. - Może ist­nieją inne metody niż słowne.

Kline patrzył, jak męż­czy­zna jedną dło­nią w ręka­wiczce chwyta drugą dłoń. Wykrę­cił ją, pchnął w dół i dłoń odpa­dła. Kline poczuł mro­wie­nie w kiku­cie. Widział, że drugi czło­wiek robi to samo. Pod­wi­nęli rękawy, żeby poka­zać mu nagie kawałki mięsa, któ­rymi koń­czyły się ich przed­ra­miona.

- Sam pan widzi - ode­zwał się Warga. - Jeste­śmy tacy jak pan.

- Pro­szę iść z nami - powie­dział drugi.

- Ale - pro­te­sto­wał Kline - ja nie...

- Myśli, że to jest prośba - powie­dział Warga, nachy­la­jąc się nad łóż­kiem. Jego poszar­pane usta były blade. - To nie prośba. To pole­ce­nie.

II

Zanim się zorien­to­wał, ich dło­nie z powro­tem się przy­krę­ciły, wycią­gnęły go z łóżka i powle­kły w dół po scho­dach poża­ro­wych.

- Cze­kaj­cie - popro­sił. - Mój szpon.

- Szpon?

- Do dłoni.

- Nie jest potrzebny - stwier­dzili, cią­gnąc go dalej po scho­dach.

- Dokąd mnie zabie­ra­cie? - zapy­tał.

- Chce wie­dzieć, dokąd go zabie­ramy, Ramse - powie­dział Bas.

- Do samo­chodu - odburk­nął Warga, czyli Ramse.

Dotarli do pode­stu mię­dzy kolej­nymi scho­dami. Kline poczuł, jak jego ciało zata­cza się w jedną stronę, a potem odzy­skuje rów­no­wagę. Ramse szedł obok, jego głowa wysta­wała spod ramie­nia Kline'a, miał mocno zaci­śnięte wargi, ode­rwaną i całą.

- Wyja­śnij mu, że idziemy do samo­chodu - powie­dział.

- Idziemy do samo­chodu - oznaj­mił Bas, a Kline spoj­rzał tam, skąd docho­dził głos, i zoba­czył głowę Basu pod swoim dru­gim ramie­niem.

- Ale... - powie­dział.

- Dosyć - odparł Ramse. - Niech pan spró­buje sam sta­wiać kroki. Ma pan stopy? To niech pan ich używa.

Kline spoj­rzał w dół, ale nie widział swo­ich stóp, tylko kolana. Sły­szał jakby szum, ale dopiero kiedy zeszli z pode­stu i ruszyli w dół kolej­nymi scho­dami, a odgłos zmie­nił się w dud­nie­nie, zro­zu­miał, że ten dźwięk wydają jego wle­czone nogi. Usi­ło­wał prze­su­nąć stopy z powro­tem pod ciało, ale męż­czyźni wle­kli go za szybko i uda­wało mu się wyłącz­nie plą­tać je całą drogę w dół.

- Nie szko­dzi, nie szko­dzi - powie­dział Ramse. - Już pra­wie jeste­śmy na miej­scu.

I rze­czy­wi­ście, Kline zdał sobie sprawę, że przez wyj­ście poża­rowe wypy­chali go w pełne świa­tło dnia. Stał tam samo­chód, długi, czarny, z przy­ciem­nia­nymi szy­bami. Wepchnęli go szybko na tylne sie­dze­nie.

Ramse usiadł w fotelu kie­rowcy, Bas na miej­scu pasa­żera. Kline zauwa­żył, że kie­row­nica jest jakaś dziwna, jakby przy­spa­wano do niej kubek na napoje. Bas otwo­rzył scho­wek, sztuczną dło­nią nie­zdar­nie wyjął z niego baton i podał Kline'owi.

- Niech pan to zje - powie­dział. - Pomoże panu wziąć się w garść.

Kline usły­szał klik blo­ko­wa­nych zam­ków w drzwiach. Wziął batona i zaczął odwi­jać z papierka. Baton był wielki, nie dałby rady zjeść całego. Obaj męż­czyźni z przodu zdej­mo­wali palta i kape­lu­sze, zrzu­ca­jąc je na sie­dze­nie pośrodku. Patrzył, jak Ramse odpina sztuczną dłoń razem z ręka­wiczką i rzuca ją na stos ubrań. Bas zro­bił to samo.

- Tak lepiej - stwier­dził.

Kline zjadł tro­chę batona. Cze­ko­la­do­wego z czymś chrup­kim w środku. Gryzł go powoli. Dostrzegł, że Ramse uniósł jedyną dłoń i trzyma ją przed kolegą.

- Gous? - powie­dział Ramse.

- Co? A, tak. Prze­pra­szam - zre­flek­to­wał się Gous.

Swoją jedyną dło­nią ujął dłoń Ram­sego i prze­krę­cił ją. Kline patrzył, jak dłoń się odkręca i uwal­nia od ręki. Ramse potarł kikut o kikut. Gous wycią­gnął dłoń, chwy­cił ucho Ram­sego i je pocią­gnął. Ucho ode­szło od głowy, zosta­wia­jąc zie­jącą, pozba­wioną mał­żo­winy dziurę.

- O tak - powie­dział Ramse. - Tak lepiej. - Spoj­rzał na Kline'a we wstecz­nym lusterku, pod­no­sząc oba kikuty. - Jak pan - dodał z uśmie­chem. - Tylko bar­dziej.

* * *

Jechali, mia­sto powoli zni­kało, zastę­po­wały je pola i drzewa.

Gous co chwila grze­bał w schowku, poda­jąc coś do jedze­nia. Był tam kolejny baton, pla­sti­kowa torebka pokru­szo­nych precli, puszka sar­dy­nek. Kline wziął po tro­chu wszyst­kiego, resztki zosta­wił na sie­dze­niu obok. Zaczy­nał myśleć tro­chę trzeź­wiej.

Za oknami słońce wze­szło już wysoko. Nawet przez przy­ciem­niane szyby dzień wyda­wał się upalny.

Skrę­cili w prawo i esta­kadą dostali się na auto­stradę, a samo­chód szybko nabrał pręd­ko­ści.

- Gdzie jeste­śmy? - zapy­tał Kline.

- Jedziemy - odparł Gous, zby­wa­jąc pyta­nie.

- Przez pola, lasy i łąki - dodał Ramse. - Przy­naj­mniej na razie.

- Ale... - cią­gnął Kline. - Dokąd, nie rozu­miem...?

- Panie Kline - zwró­cił się do niego Gous. - Niech pan usią­dzie wygod­nie i cie­szy się podróżą.

- Co jesz­cze? - zapy­tał Kline.

- Co jesz­cze? - Gous nie zro­zu­miał.

- Jak to "co jesz­cze"? - zdzi­wił się Ramse.

- Co jesz­cze macie odej­mo­wane?

- Oprócz dłoni i ucha? Kilka pal­ców u nóg - odparł Ramse - ale one zostały odjęte raz na zawsze. Trzy u jed­nej stopy i dwa u dru­giej.

- Co się stało? - zapy­tał Kline.

- Jak to co się stało? Nic się nie stało.

- Nie bawimy się w wypadki - wyja­śnił Gous. - Wypadki i dzia­ła­nie sił wyż­szych nas nie inte­re­sują, chyba że po nich nastę­pują akty woli. Pre­celka? - zapro­po­no­wał.

- Pań­ski przy­pa­dek wywo­łał gorącą debatę - poin­for­mo­wał Ramse. - Nie­któ­rzy chcieli go uznać za wypa­dek.

- Ale to nie był wypa­dek - powie­dział Gous.

- Nie - potwier­dził Ramse. - Inni utrzy­my­wali, dość prze­ko­nu­jąco, że nie był to żaden wypa­dek tylko akt woli. Ale wtedy powstało pyta­nie - czy­jej woli? Bez wąt­pie­nia woli dżen­tel­mena z tasa­kiem, nie da się zaprze­czyć, ale trudno wyłącz­nie jego obar­czać odpo­wie­dzial­no­ścią, prawda, panie Kline? - Odwró­cił się nieco, gdy to mówił, kie­ru­jąc w stronę Kline'a dziurę po uchu. - Wystar­czy­łoby mu skła­mać, a oca­liłby pan dłoń. Ale pan mil­czał. Akt woli, panie Kline. Pań­ska wola utraty dłoni prze­wa­żyła nad wolą jej zatrzy­ma­nia.

Za szy­bami samo­chodu auto­strada zwę­ziła się do dwu­pa­smówki prze­ci­na­ją­cej rzadki lasek. Pobo­cza pokry­wał suchy pył.

- A u pana? - zapy­tał Kline Gousa.

- U mnie? - Gous się zaczer­wie­nił. - Tylko dłoń - odparł. - Jestem nowi­cju­szem.

- Od cze­goś trzeba zacząć - zauwa­żył Ramse. - Gous przy­je­chał ze mną, bo nasi zwierzch­nicy uwa­żali, że może się pan czuć swo­bod­niej z kimś do pana podob­nym.

- Ale on nie jest do mnie podobny.

- Pan ma jedną ampu­ta­cję, on ma jedną ampu­ta­cję - zauwa­żył Ramse. - U pana dłoń, u niego dłoń. W tym sen­sie jest do pana podobny. Ale gdy się przyj­rzeć szcze­gó­łom, cóż...

- Zro­bi­łem to w znie­czu­le­niu - przy­znał Gous.

- Pan nie użył znie­czu­le­nia. Nie miał wyboru.

- Znie­czu­le­nie nie jest mile widziane - wyja­śnił Gous - ale się go nie zabra­nia.

- I raczej przy pierw­szych kilku ampu­ta­cjach należy się go spo­dzie­wać - dodał Ramse. - Dla­tego pan jest wyjąt­kowy, panie Kline.

Kline spoj­rzał na sie­dze­nie obok, na otwartą puszkę sar­dy­nek, na błysz­czące filety w oleju.

- Ja rów­nież jestem wyjąt­kowy - cią­gnął Ramse. - Ni­gdy nie bra­łem znie­czu­le­nia.

- Ramse jest dla nas wszyst­kich inspi­ra­cją - przy­znał Gous.

- Ale fakt, że pan sam sobie przy­żegł ranę, panie Kline - mówił dalej Ramse. - To czyni pana naprawdę wyjąt­ko­wym.

- Chciał­bym wysiąść - popro­sił cicho Kline.

- Niech pan nie żar­tuje - odparł Gous z sze­ro­kim uśmie­chem. - Jeste­śmy na zupeł­nym odlu­dziu.

- Na pal­cach jed­nej ręki mógł­bym poli­czyć osoby, które same sobie przy­że­gły ranę - przy­znał Ramse.

- Mógłby poli­czyć, gdyby miał choć jedną dłoń - dodał Gous.

- Gdy­bym miał choć jedną dłoń - potwier­dził Ramse.

Przez pewien czas jechali w mil­cze­niu. Kline sie­dział moż­li­wie nie­ru­chomo na tyl­nym sie­dze­niu. Słońce chy­liło się ku hory­zon­towi. Po pew­nym cza­sie za nim znik­nęło. Puszka sar­dy­nek ześli­zgnęła się w tył po sie­dze­niu. Teraz leżała nachy­lona i powoli wycie­kał z niej olej. Kline wypro­sto­wał ją i wytarł palce o dywa­nik pod nogami. Trudno było nie wpa­try­wać się w miej­sce po bra­ku­ją­cym uchu Ram­sego. Spoj­rzał na wła­sny kikut, potem na kikut Gousa wsparty o zagłó­wek. Pomy­ślał, że oba kikuty wła­ści­wie bar­dzo się od sie­bie róż­nią. Ten Gousa był na końcu pomarsz­czony. Jego wła­sny naj­pierw też był pomarsz­czony i bli­zno­waty po ama­tor­skiej kau­te­ry­za­cji. Potem lekarz popro­wa­dził cię­cie nieco wyżej i wygła­dził zakoń­cze­nie, wyrów­nał je. Za oknami auta drzewa, i tak rzad­kie, teraz już pra­wie cał­kiem zani­kły, może dla­tego, że zapa­dał zmrok. Ale kra­jo­braz rów­nież się zmie­niał. Ramse jed­nym ze swo­ich kiku­tów pchnął panel i włą­czył przed­nie świa­tła.

- Osiem - powie­dział, odwra­ca­jąc głowę nieco w tył.

- Osiem? - Kline nie zro­zu­miał. - Czego osiem?

- Ampu­ta­cji - wyja­śnił Ramse.

Kline obser­wo­wał tył jego głowy.

- Oczy­wi­ście to jesz­cze o niczym nie świad­czy - cią­gnął Ramse. - Mogło to być osiem pal­ców u stóp, za każ­dym razem odję­tych w znie­czu­le­niu, a palu­chy zosta­wione dla zacho­wy­wa­nia rów­no­wagi. Trudno to liczyć jako osiem ampu­ta­cji - stwier­dził.

Gous na sie­dze­niu obok poki­wał głową. Pod­niósł swój kikut i obró­cił głowę ku tyl­nemu sie­dze­niu.

- To się liczy jako jedna ampu­ta­cja - powie­dział. - Ale mogłem zosta­wić lewą dłoń, a odciąć wszyst­kie palce oprócz kciuka i liczy­łoby się jako cztery. Pięć, jeśli odciął­bym rów­nież kciuk.

Cze­kali, aż Kline coś powie.

- To nie wydaje się fair - ode­zwał się w końcu.

- Ale co jest dotkliw­szą stratą? - zapy­tał Ramse. - Kiedy czło­wiek traci palce czy kiedy traci dłoń?

Kline nie wie­dział, czy ocze­ki­wali od niego odpo­wie­dzi.

- Chciał­bym wysiąść - powtó­rzył.

- Czyli są ósemki - cią­gnął Ramse - i są ósemki.

Wjeż­dżali w zakręt. Kline patrzył, jak Ramse jedną rękę opiera dla rów­no­wagi na kie­row­nicy, którą obraca koń­cem dru­giego kikuta.

- Oso­bi­ście wolę sys­tem mniej­szych i więk­szych ampu­ta­cji, według któ­rego był­bym liczony jako dwie trze­cie.

- Ja wolę wagowo - przy­znał Gous. - Żeby ważyć odcięte członki.

- No ale wykrwa­wione czy jesz­cze z krwią? - zapy­tał Ramse. - I czy nie daje to pew­nej prze­wagi kor­pu­lent­nym?

- Można by wypra­co­wać pewne stan­dardy - wyja­śnił Gous. - Kary i han­di­kapy.

- Po co wam jestem potrzebny? - zapy­tał Kline.

- Słu­cham? - zdzi­wił się Ramse.

- Pyta, po co jest nam potrzebny - powtó­rzył Gous.

- To pro­ste - odparł Ramse. - Popeł­niono zbrod­nię.

- A dla­czego ja?

- Ma pan pewne doświad­cze­nie w pro­wa­dze­niu śledztw - odparł Gous.

- Taj­nych śledztw, infil­tra­cji - dopre­cy­zo­wał Ramse.

- I jest pan bez­kom­pro­mi­sowy, panie Kline - dodał Gous.

- Ow­szem, bez­kom­pro­mi­sowy.

- Ale... - wybą­kał Kline.

- Wszystko zosta­nie panu obja­śnione - cią­gnął Ramse. - Dowie się pan, co robić.

- Ale poli­cja...

- Żad­nej poli­cji - prze­rwał mu Ramse. - I tak trudno było prze­ko­nać resztę, żeby się zgo­dzili na pana.

- I gdyby nie pań­ska dłoń... - dodał Gous.

- Gdyby nie pań­ska dłoń - potwier­dził Ramse - nie byłoby tu pana. Ale jest pan jed­nym z nas, czy pan chce, czy nie.

III

Obu­dził się, kiedy samo­chód zatrzy­mał się przed meta­lową bramą. Było już zupeł­nie ciemno.

- Jeste­śmy pra­wie na miej­scu - poin­for­mo­wał Ramse z przed­niego sie­dze­nia.

Brama się uchy­liła i wyszedł przed nią drob­nej budowy męż­czy­zna. W jaskra­wym świe­tle halo­ge­no­wych reflek­to­rów wyda­wał się blady i biały. Pod­szedł do drzwi kie­rowcy. Kline zauwa­żył, że nie ma jed­nego oka. Zamknięta powieka spra­wiała wra­że­nie pła­skiej i obwi­słej. Był ubrany w mun­dur. Ramse opu­ścił szybę i męż­czy­zna zaj­rzał do wnę­trza auta.

- Pan Ramse - powie­dział straż­nik. - I pan Gous. Kto sie­dzi z tyłu?

- To pan Kline - przed­sta­wił go Ramse. - Pro­szę pod­nieść rękę, panie Kline.

Kline pod­niósł rękę.

- Nie, tę drugą - pole­cił Ramse.

Pod­niósł kikut, a straż­nik kiw­nął głową.

- Jedynka? - zapy­tał.

- Tak - potwier­dził Ramse. - Ale z samo­przy­że­gnię­ciem.

Straż­nik zagwiz­dał. Odsu­nął się od auta i otwo­rzył bramę na tyle sze­roko, by samo­chód mógł prze­je­chać. Przez tylną szybę Kline patrzył, jak straż­nik zamyka za nimi skrzy­dła bramy.

- Witamy w domu, panie Kline - powie­dział Ramse.

Kline mil­czał.

Minęli rząd domów, skrę­cili w węż­szą drogę, wzdłuż któ­rej budynki stały rza­dziej roz­rzu­cone, a potem w trze­cią, jesz­cze węż­szą, wysa­dzaną drze­wami alejkę, która koń­czyła się przed fron­tem nie­wiel­kiego pię­tro­wego domu.

Ramse zga­sił sil­nik. Wszy­scy trzej wysie­dli.

- Pan zatrzyma się tutaj - oznaj­mił Ramse. - Na pię­trze, dru­gie drzwi po lewej od wej­ścia. Zostały jesz­cze ze dwie godziny snu - dodał. - Zoba­czymy się rano, a teraz niech pan spró­buje się zdrzem­nąć.

* * *

Po wej­ściu do środka nie potra­fił się zorien­to­wać, jak zapa­lić świa­tło w holu, więc szedł po omacku ciem­nym kory­ta­rzem, prze­su­wa­jąc dło­nią po ścia­nie w poszu­ki­wa­niu drzwi. Jego palce wyczuły fra­mugę. Ode­rwał dłoń od ściany i zbli­żył do twa­rzy. Palce pach­niały kurzem. Szedł dalej, aż dotarł do kolej­nej fra­mugi, poszu­kał klamki.

W środku zna­lazł kon­takt. Pokój był mały, bez okien, stało w nim wąskie łóżko z cien­kim prze­sia­nym kocy­kiem. W jed­nym rogu dostrzegł meta­lową szafkę. Na pod­ło­dze leżało lino­leum w nie­bie­skie smugi. Pomiesz­cze­nie, jak zoba­czył, oświe­tlała naga żarówka zwi­sa­jąca pośrodku sufitu. Na ścia­nach łusz­czyła się farba.

Witamy w domu, pomy­ślał.

Zamknął drzwi. Nie było w nich zasuwki. Otwo­rzył meta­lową szafkę. Stały w niej stosy kalen­da­rzy, każdy mie­siąc przed­sta­wiał jakąś kobietę w róż­nym stop­niu negliżu, uśmie­cha­jącą się wście­kle. Przy­glą­dał się pierw­szemu zdję­ciu przez dłuż­szą chwilę, zanim zdał sobie sprawę, że kobieta nie ma kciu­ków. Z każ­dym kolej­nym mie­siącem brak człon­ków sta­wał się coraz bar­dziej oczy­wi­sty i widoczny. W marcu nie było jed­nej piersi, w lipcu obu piersi, dłoni i przed­ra­mie­nia. Dziew­czyna gru­dniowa była już w zasa­dzie samym kor­pu­sem z obcię­tymi obiema pier­siami, osło­nię­tym tylko cienką białą szarfą bie­gnącą od barku do prze­ciw­nego bio­dra. Na szar­fie wid­niał napis: "Miss "Mniej zna­czy wię­cej"".

Odło­żył kalen­darz i zamknął szafkę. Wyłą­czył świa­tło i poło­żył się na łóżku, ale cały czas miał przed oczami twarz Miss "Mniej zna­czy wię­cej" wykrzy­wioną z rado­ści. Widział też twarz Ram­sego, jego oka­le­czone ucho nad sie­dze­niem w aucie obra­ca­jące się ku niemu. Czuł mro­wie­nie we wła­snym kiku­cie. Wstał, zapa­lił świa­tło i usi­ło­wał zasnąć przy palą­cej się żarówce.

* * *

Śniło mu się, że sie­dzi znowu przy tam­tym stole, a dżen­tel­men z tasa­kiem stoi przed nim, spusz­cza­jąc z impe­tem ostrze na jego rękę. We śnie był już jed­nak nie tylko czło­wie­kiem tra­cą­cym dłoń, ale jed­no­cze­śnie rów­nież czło­wie­kiem z tasa­kiem. Patrzył, jak sam z impe­tem opusz­cza tasak. Dłoń odpa­dła, palce zadrgały. Cięta płasz­czy­zna prze­gubu zbla­dła, a potem gwał­tow­nie spu­chła i try­snęła z niej krew, bijąc mia­ro­wym pul­sem. Swoją jedyną dło­nią zdjął pasek, zaci­snął wokół ramie­nia i trzy­mał, aż krwa­wie­nie osła­bło i pra­wie ustało. Obser­wo­wał się przy tym z tasa­kiem w ręku. Potem patrzył, jak blady, zaci­ska­jąc pasek, idzie do kuchenki, włą­cza ją, czeka, aż spi­rale się roz­ża­rzą i zaczną dymić. Doci­snął kikut do płyty grzej­nej i usły­szał skwier­cze­nie, poczuł swąd palo­nego ciała, a kiedy ode­rwał kikut, jego koniec dymił. Kawałki mięsa przy­warły do płyty, tliły się na roz­ża­rzo­nej spi­rali.

Potem, krzy­wiąc się z bólu, wyjął broń i lewą ręką strze­lił sobie w oko. Pie­kiel­nie trudno było na to patrzeć, pie­kiel­nie trudno było to prze­ży­wać. A kiedy się skoń­czyło, wszystko zaczęło się od początku i zaczy­nało wiele razy, aż w końcu zmu­sił się, żeby się obu­dzić.

* * *

W pokoju byli Gous i Ramse. Pierw­szy przy otwar­tej szafce prze­glą­dał kalen­darz, pocie­ra­jąc kro­cze kiku­tem, drugi stał obok łóżka i patrzył na Kline'a.

- Pobu­deczka - przy­wi­tał go Ramse.

Kline usiadł na brzegu łóżka, nie­zdar­nie pod­cią­ga­jąc spodnie kiku­tem i drugą ręką. Ramse mu się przy­glą­dał. Dopiero, kiedy Kline skoń­czył, oznaj­mił:

- Jest dla pana nowe ubra­nie.

- Gdzie? - zapy­tał Kline.

- Gous je ma - odparł Ramse. - Gous? - zwró­cił się gło­śniej do kolegi.

- Co takiego? - Gous z tru­dem ode­rwał się od kalen­da­rza, czer­wie­niąc się ze wstydu albo z pod­nie­ce­nia.

- Ubra­nia, Gous - pona­glił go Ramse.

- A, tak. - Gous pod­niósł kupkę ubrań leżącą u jego butów na pod­ło­dze i rzu­cił Kline'owi.

Kline, obser­wo­wany przez Ram­sego, zdjął ubra­nie, które wła­śnie wło­żył. Na nowy strój skła­dała się para luź­nych sza­rych spodni, biała koszula i czer­wony przy­pi­nany kra­wat. Z guzi­kami trudno mu było sobie pora­dzić jedną ręką, szcze­gól­nie że koszula była świeżo wykroch­ma­lona, ale po pierw­szych trzech reszta poszła łatwiej. Chciał zosta­wić kra­wat na łóżku, ale Ramse zwró­cił mu uwagę.

- Pro­szę go zało­żyć - powie­dział.

- Po co?

- Ja mam kra­wat, Gous ma kra­wat - odparł Ramse.

I rze­czy­wi­ście, Kline dopiero teraz zauwa­żył, że byli ubrani tak samo: białe koszule, szare luźne spodnie, czer­wone przy­pi­nane kra­waty. Zasta­na­wiał się, jak Ramse zdo­łał wło­żyć koszulę. Może nie wkła­dał jej sam.

- Chodźmy - pole­cił Gous, kiedy Kline już zapiął kra­wat. Lekko popchnął Kline'a ku drzwiom.

- Pro­szę posłu­chać - zwró­cił się Ramse do Kline'a, gdy wyszli przed dom i ruszyli pod­jaz­dem. - Prze­strze­gamy tutaj pew­nych reguł. Mam nadzieję, że pan to usza­nuje.

- Nie ma sprawy - odparł Kline.

- Została jesz­cze jedna rzecz - cią­gnął Ramse. - Śledz­two.

- Ramse zabiera pana do Bor­cherta - wyja­śnił Gous.

- Zabie­ram pana do Bor­cherta - potwier­dził Ramse. - On wszystko panu wyja­śni.

- Kim jest Bor­chert?

- Nie­ważne, kim jest. Ważne, czym jest. A jest dwu­nastką.

- Dwu­nastką?

- Zga­dza się - potwier­dził Gous i natych­miast wyre­cy­to­wał gło­sem szkol­nego ucznia: - Noga, u stopy palec, palec, palec, palec, palec, lewa ręka, u dłoni palec, palec, ucho, oko, ucho.

- Dwu­nastka - pod­su­mo­wał Ramse. - Oczy­wi­ście w jej poczet wli­cza się sporo pal­ców, ale kiedy się doda dwie odcięte koń­czyny, całość robi wra­że­nie.

- Jest drugi w hie­rar­chii - dodał Gous. - Po Ali­nie.

- Rozu­miem - powie­dział Kline. - A w jakiej spra­wie to śledz­two?

- Nie wiemy - odparł Gous.

- Bor­chert panu powie - wyja­śnił Ramse.

- Pano­wie nie wie­dzą? - zdzi­wił się Kline.

- Tro­chę wiem. Wła­ści­wie powi­nie­nem wie­dzieć wię­cej - przy­znał Ramse przy­gnę­bio­nym tonem. - Jestem ósemką. Nie widzę powo­dów, by cokol­wiek trzy­mać przede mną w tajem­nicy. Gous to co innego.

- Ja jestem dopiero jedynką - przy­znał Gous.

- Gous jest dopiero jedynką - potwier­dził Ramse z uśmie­chem. - Przy­naj­mniej na razie.

- Ja też jestem jedynką - stwier­dził Kline.

- No wła­śnie - zauwa­żył Gous, odwra­ca­jąc się ku Ram­semu. - Jest jedynką, a wszyst­kiego się dowie.

- On jest wyjąt­kiem - odparł Ramse. - Wyjąt­kiem, który potwier­dza regułę.

- Dla­czego? - zapy­tał Kline.

Dotarli do nie­wiel­kiej ścieżki odcho­dzą­cej od alei. Ścieżka była wysy­pana pokru­szo­nymi bia­łymi musz­lami. Ramse i Gous skrę­cili w nią, a Kline ruszył za nimi.

- Wła­śnie, dla­czego? - zapy­tał Gous.

- Skąd niby mam wie­dzieć? - odparł Ramse. - Jestem ósemką. Nie zawsze wszystko mi mówią. Może dla­tego, że sam się przy­żegł?

- Pro­szę posłu­chać - ode­zwał się Kline. - Spo­tkam się z Bor­cher­tem i z nim poroz­ma­wiam, ale na tym koniec. Nie jestem zain­te­re­so­wany dal­szym poby­tem.

- Bor­chert potrafi być bar­dzo prze­ko­nu­jący - zazna­czył Ramse.

- Niech pan Bor­cherta nie obraża - dodał Gous. - Niech pan będzie dla niego uprzejmy, słu­cha go i nie odpo­wiada aro­gancko.

- Jest dwu­nastką - pod­kre­ślił Ramse. - A do tego nogę ma ampu­to­waną na wyso­ko­ści bio­dra. To chyba dowo­dzi poświę­ce­nia, prawda?

- Był przy­tomny pod­czas ope­ra­cji - zazna­czył Gous.

- Ale miał znie­czu­le­nie - dodał Ramse.

- Jed­nak... tak czy owak... - dorzu­cił Gous.

- A przy kau­te­ry­za­cji? - zapy­tał Kline.

- Przy kau­te­ry­za­cji? Nie wiem - odparł Gous. - Ramse, przy kau­te­ry­za­cji też miał znie­czu­le­nie?

- Nie mam poję­cia - przy­znał Ramse. - Pew­nie tak. W każ­dym razie nie przy­żegł się sam.

- Pra­wie nikt się sam nie przy­żega - zauwa­żył Gous.

- Naprawdę nikt oprócz pana - potwier­dził Ramse.

Ścieżka skrę­ciła mię­dzy drzewa, pro­wa­dząc w dół, w nie­wiel­kie zagłę­bie­nie terenu. Kline dostrzegł kamerę moni­to­ringu zamo­co­waną na sta­rym dębie. Dalej ścieżka ostro zakrę­cała i znowu pro­wa­dziła pod górę. Potem roz­sze­rzała się w obsa­dzoną drze­wami aleję, na końcu któ­rej stał dom z sza­rego kamie­nia, spra­wia­jący wra­że­nie rezy­den­cji w sta­rym stylu albo pry­wat­nej szkoły. Kline nali­czył sześć par okien na trzech kon­dy­gna­cjach.

Dotarli do furtki. Kline wsłu­chi­wał się w chrzęst muszli pod pode­szwami swo­ich butów. Zza filara domu wyszedł straż­nik i sta­nął za furtką, obser­wu­jąc ich jedy­nym okiem.

- Czego zacho­dzi potrzeba? - zapy­tał z zało­żo­nymi na piersi rękami.

- Niech pan sobie daruje - powie­dział Ramse. - To nie cere­mo­niał. Przy­szli­śmy do Bor­cherta.

- Do Bor­cherta? - zapy­tał straż­nik. - Czego zacho­dzi potrzeba?

- Niech pan da spo­kój, mówię - powtó­rzył Ramse. - To jest Kline.

- Kline? - Straż­nik roz­plótł ręce. Kline dostrzegł przy tym jego dło­nie, któ­rym bra­ko­wało wszyst­kich pal­ców oprócz jed­nego kciuka, jed­nego palca wska­zu­ją­cego i jed­nego środ­ko­wego. Straż­nik ujął klucz i wsu­nął do zamka. - Trzeba było tak mówić od razu - zazna­czył. - Nie­chaj wej­dzie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki