3
Wysiedli na stacyjce. Helenka pomachała ręką starszemu panu, który ukłonił się im z okna kapeluszem. Józek założył plecak i mocował się ze sprzączką, nie mogąc jej zapiąć po omacku. Stefka podniosła walizkę. Oprócz nich na piaszczystym peronie ocienionym pokręconymi sosnami wysiadło jeszcze kilkanaście osób. Samowarek gwizdnął przeciągle, zastukały zderzaki i pociąg ruszył.
- Idziemy. - Mama dźwignęła tobół z pościelą i weszła w las.
- Jaki ładny ptak! Zielony. Tam! - zawołała Helenka. - Stefuś, jaki to, powiedz...
- Dzięcioł. Są różne dzięcioły. Ale zielone są największe.
- Jak tu spokojnie. - Mama westchnęła.
- Zaraz polecę nad rzekę.
- Daleko jeszcze? - zniecierpliwiła się Helenka.
- Nie pamiętasz? - zdziwił się Józek. - Za chwilę wyjdziemy z lasu, potem miniemy mostek na rzeczce, brzezinkę i jesteśmy na miejscu.
To były wspaniałe dni. Słońce. Dwa razy tylko przeszła burza, ale i wtedy było pięknie, choć groźnie. Strasznie nawet, bo pół nieba zajął wał granatowych chmur. Babcia, żegnając się przy każdej błyskawicy, postawiła w oknie zapaloną świecę. "Żeby odpędzić pioruny", wyjaśniła z powagą. Po godzinie pojawiła się na niebie tęcza, spinająca barwnym łukiem lasek za rzeczką z drugim, dalekim lasem, do którego wybrali się w czasie wakacji tylko trzy razy. Poszli na grzyby. Ale za trzecim razem nie doszli do tego lasu. Byli już blisko, gdy zakurzyło się na piaszczystych drogach, a w tumanach pyłu zaczerniały pudła samochodów. Dziadek, ujrzawszy samochody, zatrzymał się, a potem bez słowa zawrócił. Szedł szybko, szybciej niż zwykle, aż Helenka się rozpłakała, że nogi ją bolą. Byli już przy mostku, niedaleko domu, gdy od lasu doleciał stukot strzałów. Józek krzyknął, że to partyzanci, ale dziadek przecząco pokręcił głową. "To obława na Żydów", powiedział niechętnie. "Ukrywają się w lesie zbiegowie z gett i obozów. Czasem przychodzą do wsi prosić o jedzenie. A w lesie mają swoje kryjówki".
Józek przepadał na całe dnie z Wieśkiem, synem sąsiadów, ale po miesiącu chłopak nagle zniknął. Próżno Józek pytał o niego. Sąsiad, szczupły i prawie tak stary jak dziadek, odpowiadał cierpliwie, że Wieśka nie ma, aż po paru dniach rozgniewał się i fuknął na Józka ostro. "Syna nie ma i już!"
Wtedy Józek przypiął się do dziadka. Co jest z tym Wieśkiem?
- Wieśka nie ma. I nie pytaj o niego - poradził dziadek.
- Gdzie on przepadł? - Józek zastanawiał się głośno, znalazłszy Stefkę nad rzeczką. Leżała w cieniu wśród kołyszących się na wietrze kolorowych polnych kwiatów i czytała książkę.
Podniosła oczy na brata.
- Nie domyślasz się? - spytała.
- Bo co?
- Nic. - Wróciła do czytania. - Myślałam, że jesteś mądrzejszy.
Szybkim ruchem zamknął książkę.
- Powiedz.
Stefka spojrzała na brata poważnymi oczami.
- On konspiruje - odparła.
- Wiesiek?! Niemożliwe!
Popatrzyła na niego bez słowa, jakby z rozbawieniem.
- Skąd wiesz?! Powiedz... - nalegał Józek.
Pokręciła głową.
- Nie wiem na pewno. Ale się domyślam.
Otworzyła książkę, jakby nic się nie stało. Józek obrócił się twarzą do rzeczki. Rzucił na wodę źdźbło trawy, po chwili drugie. Wiesiek konspiruje...
- Stefka. - Zerknął na siostrę.
- Nie nudź. - Zmarszczyła gniewnie brwi. - Czytam.
- Stefka, a ty?
- Co ja?
- Ty też konspirujesz?
Spojrzała na niego spod namarszczonych brwi i się uśmiechnęła.
- Skąd... komu potrzebna taka smarkata jak ja?
- Słowo, że nie?
- Słowo.
- Stefka, ale jak zaczniesz, to wiesz? No, Stefka... - powiedział błagalnie.
Roześmiała się.
- Ja wcale nie mam zamiaru konspirować. Ja... - zawahała się, wstrząsnęła lekko. - Pamiętasz tego żołnierza w pociągu?
- Tak.
- On mi się śnił. Że mnie też wyrzucił z pociągu. Jak tamtego mężczyznę.
- I co?
- Nic. Obudziłam się. Ale bałam się strasznie. Już nie mogłam usnąć.
- Czego się bałaś? Niemądra...
- Może i tak - odpowiedziała i wróciła do książki.
Zamyślił się. Gdyby i on mógł być w jakiejś organizacji... Widzi czasem na murach domów napisy: "Hitler kaput", "Pawiak pomścimy", "Wawer", "PPR walczy"... Wczoraj ich nie było, a dziś są. Ktoś je pospiesznie namalował, pewnie w nocy. Ale przecież w nocy nie wolno chodzić. A jednak ktoś chodzi.
Tak, chciałby robić coś przeciwko Niemcom. Tylu ich wszędzie, a przecież toczy się walka. Od czasu do czasu nagle wybucha na mieście strzelanina. Ulice natychmiast pustoszeją. Kiedyś widział z okna, jak taką właśnie wymarłą ulicą biegł mężczyzna. Dyszał ciężko, zataczał się, ale biegł. Potem gruchnął strzał. Po chwili zobaczył Niemca i policjanta z rewolwerem w ręku. Gonili tamtego. Czy dogonili? Nawet nie wiedział. A te plakaty - wielkie, buraczkowe, z długim szeregiem nazwisk. Aresztowani w odwet za zabicie żandarma lub żołnierza, za napad na posterunek. Przed tymi plakatami zawsze zbierały się gromadki ludzi. Czasem ktoś krzyknął, zapłakał. Widać znalazł na liście nazwisko ojca, brata, kuzyna.
A on nie walczy. A Wiesiek? Zaraz! Drgnął, przypomniawszy sobie to, co wydarzyło się parę dni po ich przyjeździe do dziadków. Poszli z Wieśkiem do drwalki po drewno. I wtedy Wiesiek sięgnął za belkę podtrzymującą daszek i wyjął brezentową torbę.
"Wiesz...". Potrząsnął torbą przed Józkiem. "Tym bym cię zabił".
"Iii". Józek wzruszył ramionami. "Taka ciężka? Pokaż...".
Ważył torbę w ręku. Żarty. Trochę waży, to prawda, ale żeby zaraz zabić?
"Za lekka", powiedział, oddając torbę. Wiesiek uśmiechnął się z wyższością.
"Tak uważasz?" Wetknął torbę za belkę. "No, bierzemy drewno i nad rzekę, co? Ale nie, muszę iść na łąkę".
Józek o torbie zapomniał i dopiero teraz pomyślał, że przecież nie o torbę Wieśkowi chodziło, ale o to, co w niej było. Co... rewolwer pewnie! Że też wcześniej na to nie wpadł!
Do końca wakacji snuł się osowiały. Chodził nad rzeczkę, chlapał się w "dole u Ostrowskiego", jak nazywali jamę, gdzie tracił grunt pod nogami. Rzeczka miała ze cztery metry szerokości i trzeba było machać dziarsko rękami i nogami, żeby po chwili dosięgnąć palcami dna. Czasem szedł do brzezinki, gdzie w mchu siedziały piękne grzyby o ceglastych kapeluszach i prawie czarnych grubych korzeniach. Nazywali te grzyby kozakami i dziadek tak miło się uśmiechał, gdy Józek wracał z brzezinki z czapką pełną tych kozaków.
Oczywiście mamy nie było z nimi. Przyjechała tylko dwa razy, w niedzielę. Dziadek za każdym razem pytał: "Żadnych wiadomości?". A mama odpowiadała: "Żadnych". Tak się już utarło, od roku, może nawet dłużej, że nie mówili w domu o ojcu. Wyszedł we wrześniu, gdy z Warszawy wychodzili wszyscy mężczyźni. Potem niektórzy wrócili do zajętego już przez Niemców miasta. O innych przychodziły wiadomości: że są na Węgrzech, we Francji, w Szwajcarii albo że zginęli w walce, podczas bombardowań. Ale oni nie wiedzieli nic! Czekali, mówili o ojcu, czekali. A potem przestali mówić, bo żal im było mamy. Gdy tylko ktoś wspomniał ojca, zaraz drżał jej głos, zaraz sięgała po chustkę. Nawet dziadek, który tak lubił mówić o ojcu, pytał tylko krótko: "Żadnych wiadomości...?". Bo tata to dziadka syn. Jedyny.
Nudził się teraz Józek u dziadków. Stefka miała swoje książki, Helenka chodziła krok w krok za babcią, a Józek się nudził. Kąpiel, grzyby... raz jeszcze tylko spędził pół dnia w napięciu, bo wiatr przyniósł z daleka głuchy grzmot. Burza? Nie, bo niebo czyste, z kłębkami małych białych chmurek. No i zaraz po tym grzmocie zaterkotały wystrzały. Józek nasłuchiwał. Przy płocie stał dziadek, ucho dłonią odsłonił, aby lepiej słyszeć, i też stał nieruchomo. Po kilku seriach, po kilkunastu pyknięciach rewolwerowych strzałów znów rozległ się wybuch, potem jeszcze kilka pyknięć i już było cicho i spokojnie do samego wieczora.
Raz i drugi na uliczce zaturkotał wóz. Jeszcze gdy słońce było nisko, przepędzili krowy z pastwiska. Kto to strzelał... Józka dręczyła ciekawość. Nie ma kogo spytać. Dziadek przecież nic nie wie. Mietek gdzieś przepadł, od rana go nie było w obejściu. On by pewnie coś wiedział...
Zajrzał do drwalki. Jest Mietek. Drgnął na skrzypnięcie otwieranych drzwi i szybko przykrył ścierką coś leżącego na stole.
- Od rana cię szukam - powiedział z wyrzutem. - Gdzie byłeś?
Mietek zwlekał z odpowiedzią. Poprawił ścierkę, nasuwając ją bardziej na tajemniczy przedmiot, który wyraźnie chciał ukryć przed wścibskimi oczami.
- Jasiek spod lasu miał do mnie sprawę - bąknął tak jakoś niechętnie. - Trzeba było pomóc.
- Pod lasem, mówisz... tam, gdzie strzelali?
- Niedaleko.
- Co to było?
Mietek milczał dłuższą chwilę.
- Powiedz! - nalegał Józek. - Mnie nie powiesz?
- Mały jesteś...
- Mały! - Józek się żachnął. - Ty konspirujesz...
- Za dużo chcesz wiedzieć! No, ale to, co dzisiaj było, wszyscy wiedzą. Żandarmi i policjanci przyjechali zabierać bydło z folwarku za lasem. I jak pędzili je do dworu, to odbiliśmy... - tu Mietek się zawahał - ...to znaczy nasi ich zaskoczyli, pogonili.
- Partyzanci... - szepnął Józek. - I ty, też... - dodał domyślnie. - Ty tam byłeś!
- Nigdzie nie byłem! - ostro zaprzeczył Mietek. - Od ludzi tylko słyszałem. Ale idź już. Mam tu pilną robotę. - Położył dłonie na ścierce zasłaniającej to coś leżącego przed nim. - Później pogadamy.
Józek wyszedł z drwalki. Szczęknęła zasuwka przy drzwiach. Co Mietek robi... dręczyła go ciekawość. Coś Mietek wie, ale pogonił go jak dzieciaka. Tajemnica jakaś. Konspiracja! Tak! Mietek jest w konspiracji! Może właśnie dziś do żandarmów strzelał? Walczył! A on nic nie wie! Kiedy wreszcie i on będzie w tej konspiracji? Może gdy wróci do domu, do Warszawy. Wcale tu nie tak fajnie na tych wakacjach!
Ucieszył się więc, gdy w sobotę przyjechała mama i powiedziała, że wracają jutro do domu. Nareszcie! Zaraz pobiegnie do Jacka. I do Maćka. Oni przez całe lato byli w domu.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI