Dni barbarzyńców. Życie na fali - William Finnegan

-
Proszę czekać

JEDEN

DIAMOND HEAD

Honolulu, 1966-1967

Nigdy wcześniej nie pomyślałbym, że wychowywano mnie pod kloszem, ale kiedy trafiłem do gimnazjum Kaimuki, przeżyłem szok. Właśnie przeprowadziliśmy się do Honolulu, chodziłem do ósmej klasy, a większość kolegów z nowej szkoły sprawiała wrażenie "ćpunów i bandziorów" - przynajmniej tak napisałem w liście do kumpla z Los Angeles. To jednak nie była prawda. Prawdą było za to, że haole (czyli biali, tak jak ja) stanowili w Kaimuki mniejszość i nie cieszyli się popularnością. Wyglądało na to, że nie przepadali za nami zwłaszcza "tubylcy", jak ich wówczas nazywałem. Czułem się z tym nieswojo, bo Hawajczycy często byli potężni jak na gimnazjalistów, a podobno lubili się bić. Największą grupę etniczną w szkole stanowili Azjaci (znów odwołuję się do mojej własnej terminologii). Przez pierwsze tygodnie nie rozróżniałem Japończyków, Chińczyków i Koreańczyków - wszystkich wrzucałem do jednego worka. Poza tym nawet nie rejestrowałem istnienia innych ważnych grup etnicznych: Filipińczyków, Samoańczyków, Portugalczyków (których nie zaliczano do haole), nie wspominając już o dzieciakach o mieszanym pochodzeniu etnicznym. Za Hawajczyka wziąłem też chyba z początku tego osiłka z warsztatów stolarskich, który od pierwszego dnia upatrzył mnie sobie na obiekt swoich sadystycznych upodobań.

Ubierał się w obcisłe spodnie, jaskrawe koszule w kwiaty i lśniące czarne buty z długimi, ostrymi noskami. Kręcone włosy nosił obcięte a la pompadour i wyglądał, jakby zarost musiał golić od urodzenia. Kiedy - z rzadka - się odzywał, mówił niezrozumiałym dla mnie pidginem. Był chyba jakimś młodocianym gangsterem, wyraźnie o wiele starszym od reszty klasy, i ewidentnie chciał tylko przeczekać do czasu, kiedy będzie mógł rzucić naukę. Nazywał się Freitas - nie wiem, jak miał na imię - ale raczej nie był spokrewniony z wielodzietną rodziną Freitasów, z której cała chmara łobuzów uczęszczała do gimnazjum Kaimuki. Przez pierwszych kilka dni bacznie mi się przyglądał, co coraz bardziej mnie denerwowało, a potem zaczął przypuszczać drobne ataki, próbując wytrącić mnie z równowagi: na przykład leciutko szturchał mnie w łokieć, kiedy próbowałem się skupić na cięciu piłą przy pracy nad pudełkiem na przybory do czyszczenia butów.

Bałem się coś powiedzieć, a on nigdy nie zaszczycił mnie ani słowem. To chyba też stanowiło dla niego element zabawy. Potem znalazł sobie prymitywną, ale genialną rozrywkę na czas zajęć teoretycznych, kiedy siedzieliśmy w ławkach. Zajmował miejsce za mną, a kiedy nauczyciel odwracał się plecami, Freitas walił mnie w głowę deską. Łup... łup... łup... miarowo, rytmicznie, zawsze z na tyle długim odstępem między uderzeniami, żebym mógł się przez chwilę łudzić, że kolejne nie nastąpi. Nie mam pojęcia, jakim cudem nauczyciel nie słyszał tych niczym nieuzasadnionych głuchych łupnięć. Rozlegały się wystarczająco głośno, by zwrócić uwagę pozostałych uczniów, najwyraźniej zafascynowanych rytuałem Freitasa. W mojej głowie ciosy te brzmiały oczywiście jak ogłuszające eksplozje. Freitas używał dość długiej deski - półtora metra, może metr osiemdziesiąt - i nigdy nie bił za mocno, dzięki czemu mógł walić do woli, nie zostawiając śladów, a jednocześnie utrzymywać pewien dystans, jakby kontemplacyjny, co - jak się domyślam - czyniło widowisko jeszcze bardziej fascynującym.

Zastanawiam się, czy gdyby wybrał sobie na ofiarę innego dzieciaka, byłbym tak samo bierny jak moi koledzy. Pewnie tak. Nauczyciel żył w swoim świecie, jego uwagę zaprzątały wyłącznie pilarki stołowe. Sam nie zrobiłem nic w swojej obronie. Z czasem zrozumiałem, że Freitas nie był Hawajczykiem, ale widocznie doszedłem do wniosku, że muszę się po prostu godzić na przemoc. Byłem przecież chuderlawym haole i nie miałem przyjaciół.

Później zrozumiałem, że rodzice wysłali mnie do gimnazjum Kaimuki z powodu braku dostatecznej wiedzy. W latach sześćdziesiątych szkoły publiczne w Kalifornii, zwłaszcza na zamieszkanych przez klasę średnią przedmieściach, należały do najlepszych w kraju. Znajomi rodziców nigdy nawet nie brali pod uwagę posyłania dzieci do szkół prywatnych. Na Hawajach jednak sprawy miały się zupełnie inaczej - niedofinansowane szkolnictwo publiczne, wciąż tkwiące w bagnie tradycji kolonializmu, plantacji i misji chrześcijańskich, oferowało edukację na poziomie znacznie niższym od średniej dla USA.

Nie dało się tego jednak poznać po podstawówce, do której uczęszczało moje młodsze rodzeństwo. (Kevin miał dziewięć lat, a Colleen siedem. W tamtej epoce, zanim rozpowszechniły się przedszkola, trzyletni Michael był jeszcze zwolniony z obowiązku formalnej edukacji). Wynajmowaliśmy dom na obrzeżach zamożnej dzielnicy Kahala, a tamtejsza szkoła stanowiła oazę postępowej, nowoczesnej edukacji. Gdyby przymknąć oko na to, że dzieci mogły chodzić na lekcje na bosaka - co uważaliśmy za szokujący przejaw egzotycznego liberalizmu - szkoła podstawowa Kahala spokojnie mogłaby stać w eleganckiej dzielnicy gdzieś w Santa Monica. Jednocześnie, co znaczące, w Kahali nie było gimnazjum - każda rodzina, która mogła sobie na to pozwolić, wysyłała bowiem dzieci do prywatnych szkół, w których od pokoleń kształcili się klasa średnia Honolulu (i większości Hawajów) oraz najbogatsi.

Niczego nieświadomi, rodzice zapisali mnie do najbliższego gimnazjum, w dzielnicy robotniczej Kaimuki na tyłach krateru Diamond Head, i sądzili, że zajmuję się nauką, a ja tymczasem poświęcałem niemal całą energię na radzenie sobie z prześladowaniem, samotnością, bójkami i szukaniem swojego miejsca w społeczeństwie rasowym - wszak dotychczas żyłem w całkowicie białym świecie kalifornijskich suburbiów, nie zdając sobie sprawy z problemu segregacji. Nawet zajęcia w szkole zdawały się "urasowione", przynajmniej te z przedmiotów teoretycznych. Uczniów dzielono według wyników w nauce na grupy, które następnie razem przechodziły od nauczyciela do nauczyciela. Ja trafiłem do tej najwyższej i miałem w klasie praktycznie same Japonki - żadnych Hawajczyków, Samoańczyków czy Filipinek. Lekcje były drętwe i mało wymagające, jeszcze nigdy się tak potwornie nie nudziłem w szkole. Nie pomagało, że koledzy i koleżanki traktowali mnie jak powietrze. Przesiadywałem więc w ostatniej ławce, przyglądając się drzewom za oknem, żeby ocenić kierunek i siłę wiatru, i zapełniając kolejne strony rysunkami desek surfingowych i fal.

Kiedy przeprowadziliśmy się na Hawaje, surfowałem już od trzech lat. Mój ojciec pracował w telewizji, głównie jako drugi reżyser, przy serialach takich jak Doktor Kildare i Kryptonim U.N.C.L.E. Teraz zatrudniono go jako kierownika produkcji nowego programu, opartego na audycji lokalnego radia Hawaii Calls - rewii muzycznej w półgodzinnych odcinkach. Koncepcja polegała na tym, żeby nagrać, jak Don Ho śpiewa w łodzi ze szklanym dnem, kapela calypso gra przy wodospadzie, a tancerki hula pląsają na tle aktywnego wulkanu.

- Nie będzie z tego hawajskiej wersji Amateur Hour - przyznał ojciec - ale coś w tym stylu.

- Jeśli wyjdzie fatalnie, to będziemy udawać, że cię nie znamy - zażartowała matka. - "Zaraz, jaki Bill?"

Budżet na przeprowadzkę do Honolulu mieliśmy raczej niewielki, sądząc po tym, że wynajmowaliśmy malutki domek (ja i Kevin na zmianę sypialiśmy na kanapie), a przemieszczaliśmy się starym, pordzewiałym fordem. Ale mieszkaliśmy blisko plaży - wystarczyło przejść podjazdem, wzdłuż którego stały inne domki, przy Kulamanu Street - a pogoda, przyjemna nawet w styczniu, kiedy przyjechaliśmy, sprawiała wrażenie nieprzyzwoitego wręcz luksusu.

Nie posiadałem się ze szczęścia, że trafiłem na Hawaje. Wszyscy surferzy i czytelnicy magazynów surfingowych - a ja znałem na pamięć praktycznie każde zdanie i każdy podpis pod zdjęciem w każdym piśmie, jakie kiedykolwiek kupiłem - przez większość czasu fantazjowali o Hawajach. A ja oto się tam znalazłem, stąpałem po hawajskim piasku (grubym, o dziwnym zapachu), zachłystywałem się hawajską wodą morską (ciepłą, o dziwnym zapachu) i wiosłowałem ku hawajskim falom (niedużym, ciemnym, załamywanym przez wiatr).

Nic nie odpowiadało moim oczekiwaniom. W pismach fale na Hawajach były zawsze wielkie, a kolorowe zdjęcia prezentowały zakres barw od intensywnego błękitu na środku oceanu do niemożliwie jasnego turkusu. Wiatr zawsze wiał od strony lądu (od brzegu w stronę morza, idealny do surfowania), a same breaki[2] były jak place zabaw olimpijskich bogów: Sunset Beach, Banzai Pipeline, Makaha, Ala Moana, Waimea Bay.

Zupełnie inny świat niż to, co widziałem przed domem. Nawet Waikiki, słynąca z breaków dla początkujących i oblegana przez turystów, leżała po drugiej stronie Diamond Head - w modnej zachodniej części miasta, podobnie jak wszystkie inne popularne plaże. My mieszkaliśmy po południowo-wschodniej stronie góry, w niewielkim zagłębieniu terenu, pagórkowatym i zacienionym, na zachód od Black Point. Plaża była wąskim, wyludnionym paskiem wilgotnego piachu.

Zaraz po przyjeździe poleciałem zrobić szybki rekonesans i zupełnie nie mogłem się połapać w wodzie. Fale wypiętrzały się to tu, to tam, wzdłuż zewnętrznej krawędzi odsłoniętej omszałej rafy. Nie podobało mi się, że jest tyle koralowców - były naprawdę ostre. Nagle zauważyłem - spory kawał drogi na zachód i dość daleko od brzegu - znajomy taniec ludzików, poruszających się w górę i w dół na tle popołudniowego słońca. Surferzy! Biegiem wróciłem do domu. Rodzina krzątała się, rozpakowując bagaże i kłócąc się o łóżka. Wciągnąłem kąpielówki, złapałem deskę i wyszedłem, nic nikomu nie mówiąc.

Popłynąłem na zachód przez płytką lagunę, trzymając się blisko brzegu. Po kilkuset metrach zniknęły domki przy plaży, a ich miejsce zajęło strome, pokryte zaroślami podnóże Diamond Head. Potem skończyła się rafa po mojej lewej, odsłaniając szeroki kanał - gładką taflę głębszej wody - a za nim zobaczyłem kilkunastu surferów ujeżdżających grzbiety ciemnych, rozproszonych fal sięgających do piersi, w umiarkowanym wietrze od morza. Podpłynąłem powoli do line-upu (miejsca, w którym łapie się fale), okrężną drogą, żeby móc przyjrzeć się wszystkim surferom. Byli nieźli. Pływali gładko, bez popisywania się i sztuczek. Nikt nie spadł z deski. I na szczęście nikt mnie chyba nie zauważył.

Opłynąłem ich dookoła, a potem wślizgnąłem się na pustawy odcinek line-upu. Fal nie brakowało, a na miejscach startu załamywały się, tworząc białe grzywy - dobre warunki dla początkujących. Polegając całkowicie na pamięci mięśniowej, złapałem parę niskich, niezbyt stromych prawych fal. Różniły się od tych, które poznałem w Kalifornii, ale nieznacznie. Były bardziej zmienne, lecz nie onieśmielały. Przez wodę widać było korale na dnie, jednak nie licząc kilku głów rafy wystających nad powierzchnię bliżej brzegu, znajdowały się dość głęboko.

Dobiegały mnie rozmowy i śmiech surferów. Próbowałem podsłuchiwać, ale nie rozumiałem ani słowa. Prawdopodobnie mówili pidginem. Tylko czytałem o tym języku w Hawajach Jamesa Michenera, jeszcze nigdy go nie słyszałem (dopiero następnego dnia miałem pójść do gimnazjum Kaimuki). A może posługiwali się jakimś innym językiem obcym. Byłem jedynym haole (kolejne słowo zaczerpnięte od Michenera) w wodzie. W pewnym momencie jakiś starszy koleś, przepływając obok mnie, wskazał gestem w stronę morza i zawołał: "Patrz tam, za przybojem!". Było to jedyne zdanie, jakie tamtego dnia od nich usłyszałem. I rzeczywiście - od strony morza zbliżał się set, seria fal, największy tego popołudnia. Byłem bardzo wdzięczny za ostrzeżenie.

W miarę jak słońce zniżało się nad horyzontem, surferów ubywało. Próbowałem się zorientować, dokąd idą. Większość wspinała się stromą, krętą ścieżką po zboczu do Diamond Head Road. Blade deski, które nieśli na głowach, skegiem, czyli płetwą mocowaną do spodniej części deski, skierowanym do przodu, przemieszczały się miarowo serpentynami. Złapałem ostatnią falę, dopłynąłem na niej na płyciznę i ruszyłem w długą drogę powrotną przez lagunę. W domach na nabrzeżu paliły się już światła. Powietrze było chłodniejsze, palmy kokosowe rzucały granatowoczarne cienie. Nie mogłem uwierzyć we własne szczęście. Żałowałem tylko, że nie miałem komu się pochwalić: "Jestem na Hawajach, surfuję na Hawajach!". Wtedy uświadomiłem sobie, że nie wiem nawet, jak nazywa się miejsce, w którym pływałem.

Mówiono na nie Cliffs. Obejmowało nieregularny łuk rafy ciągnący się przez prawie kilometr na południe i zachód od kanału, z którego wypłynąłem tego pierwszego dnia. Żeby nauczyć się nowego spotu, czyli miejsca do surfowania, trzeba się odwołać do wiedzy o innych breakach - o wszystkich falach, które nauczyło się czytać. Na tym etapie mojego życia znałem jednak może z dziesięć, piętnaście miejscówek w Kalifornii, przy czym tylko jedną naprawdę dobrze: point break przy kamienistej plaży w Venturze. Doświadczenia te niespecjalnie przygotowały mnie na Cliffs, gdzie starałem się surfować dwa razy dziennie.

Droga nad morze, dom przy Kulamanu, 1966

Spot cechował się wyjątkową stałością - fale praktycznie zawsze nadawały się do surfowania, nawet w okresie uważanym na południowym wybrzeżu O'ahu za "poza sezonem". Rafy przy Diamond Head znajdują się na południowym koniuszku wyspy, więc wyłapują każdy skrawek swellu[3]. Wyłapują jednak również sporo wiatru, także lokalnych podmuchów ze zboczy krateru, a wiatr ten - w połączeniu z rozległą, nieregularną rafą i rozkołysami pojawiającymi się z najróżniejszych stron świata - tworzył nieustannie zmieniające się warunki, co sprowadzało się do buntowniczego obalania idei spójności z godziny na godzinę. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy z tego paradoksu. Cliffs było bardziej skomplikowane i humorzaste niż jakikolwiek inny spot.

Najbardziej zbiły mnie z tropu poranki. Żeby zdążyć popływać przed szkołą, musiałem dotrzeć na miejsce o świcie. Według mojego skąpego doświadczenia o tej porze dnia ocean powinien być płaski jak stół. Przynajmniej u wybrzeży Kalifornii poranki są zwykle bezwietrzne. Okazało się jednak, że w tropikach jest inaczej. A zwłaszcza na Cliffs. O wschodzie słońca wiały silne pasaty. Kiedy truchtałem tak alejką prowadzącą nad wodę, z nawoskowaną deską na głowie, w górze szeleściły liście palm, a z nabrzeża dostrzegałem grzywacze - za rafą, poza strefą przyboju - przewalające się ze wschodu na zachód na oceanie barwy błękitu królewskiego. Pasaty wieją zwykle z północnego wschodu, teoretycznie więc powinien to być korzystny kierunek w przypadku południowego wybrzeża, jednak na Cliffs jakimś cudem zawsze wiało wzdłuż linii brzegowej, na tyle mocno, że większość miejscówek nie nadawała się do pływania.

A jednak miejsce to miało w sobie jakąś zaciętość, wytrwałość, dzięki której nawet w najgorszych warunkach pozostawało pływalne, przynajmniej na moje potrzeby. Wczesnym rankiem prawie nikt poza mną nie surfował, więc mogłem swobodnie eksplorować główną strefę startu. Powoli nauczyłem się, gdzie są miejsca trudne, szybkie i płytkie, a gdzie trzeba błyskawicznie zrobić cutback[4], żeby nie stracić impetu. Nawet w dni, kiedy fale ledwie sięgały pasa, niektóre dało się wykorzystać i wyciągnąć z nich długie, improwizowane, w pełni satysfakcjonujące jazdy. Rafa miała tysiące osobliwości, wszystko potrafiło się zmienić w mgnieniu oka w zależności od pływu. Z czasem nauczyłem się też, że kiedy woda w kanale zaczyna przybierać barwę mlecznego turkusu - znałem ten kolor z hawajskich widoczków w gazetkach surferskich - słońce jest już na tyle wysoko, że powinienem wracać na śniadanie. Jeśli akurat trafił się wyjątkowo silny odpływ, tak że laguna była zbyt płytka, żeby przepłynąć, wiedziałem, że muszę zostawić sobie więcej czasu. Brnąłem przez miękki, szorstki piach, ze wszystkich sił starając się utrzymać deskę dziobem pod wiatr.

Popołudnia wyglądały zupełnie inaczej. Wiatr zwykle odpuszczał i mniej bujało, za to więcej osób przychodziło surfować. Na Cliffs była ekipa stałych bywalców i po kilku wypadach zacząłem część z nich rozpoznawać. Dotychczas znałem tylko spoty na kontynencie, gdzie liczba fal była zwykle ograniczona, więc wszyscy walczyli o pozycję i obowiązywała ściśle przestrzegana hierarchia. Młodziak, zwłaszcza jeśli nie miał sojuszników w rodzaju starszego brata, musiał uważać, żeby choćby nieumyślnie nie podpaść którejś z grubych ryb. Klify oferowały jednak tyle przestrzeni, tyle wolnych fal tworzyło się na zachód od głównego miejsca startu - albo, jeśli zachowywało się czujność, na szelfie wewnętrznym, który cichaczem zaczynał produkować fale - że mogłem swobodnie eksplorować obrzeża. Nikt się mnie nie czepiał. Nikt nie robił mi wstrętów. Całkowite przeciwieństwo życia szkolnego.

Na powitanie w nowej szkole zafundowano mi całą serię solówek - niektóre oficjalnie się umawiało. Na pobliskim cmentarzu znajdowała się ukryta przed wzrokiem intruzów polanka, gdzie dzieciaki rozstrzygały spory. Przyszło mi się tam zmierzyć z całą masą rozmaitych Freitasów - jak wspominałem, żaden z nich podobno nie był spokrewniony z moim prześladowcą z warsztatów stolarskich. Pierwszy z moich przeciwników był tak młody i drobny, że pewnie nie chodził jeszcze do naszej szkoły. Klan Freitasów miał specyficzną metodę trenowania swoich członków w walce - wybierali jakiegoś frajera bez znajomych i na tyle głupiego, żeby dał się sprowokować, po czym nasyłali na niego najmłodszego, który miałby jakiekolwiek szanse w starciu. Jeśli przegrywał, jego miejsce zajmował następny w kolejce, i tak aż do pokonania nie-Freitasa. Cały proceder przebiegał raczej beznamiętnie, starszyzna umawiała walki i sędziowała, nawet w miarę sprawiedliwie.

Mój pierwszy pojedynek nie ściągnął tłumu gapiów - nikogo to nie interesowało - ale i tak było mi niedobrze ze strachu: nie miałem sekundantów ani bladego pojęcia o zasadach walki. Przeciwnik okazał się zaskakująco silny jak na swój wzrost, a do tego zajadły, lecz miał za krótkie ręce do zadawania ciosów, więc całkiem szybko udało mi się go obezwładnić, przy czym żaden z nas nie doznał większego uszczerbku na zdrowiu. Natychmiast zmienił go kuzyn, rozmiarem bardziej zbliżony do mnie, i ta druga bójka miała już poważniejsze skutki. Walczyłem dzielnie, ale obaj zarobiliśmy siniaki - w końcu wkroczył jeden z Freitasowej starszyzny i ogłosił remis. Solo miało zostać powtórzone, a jeśli wygram, niejaki Tino skopie mi dupę i koniec tematu. Patrzyłem, jak Freitasowie odchodzą, a raczej odbiegają lekkim krokiem, roześmiani, w górę długiego zbocza cmentarza - wesoła rodzinna bojówka. Ewidentnie śpieszyli się na kolejne spotkanie. Twarz mnie bolała, ręce też, ale z poczucia ulgi aż kręciło mi się w głowie. Nagle zauważyłem dwóch haole w moim wieku - stali w krzakach na skraju polanki i wiercili się nerwowo. Wydawało mi się, że kojarzę ich ze szkoły, jednak odeszli bez słowa.

Zdaje się, że wygrałem powtórkę. A potem Tino skopał mi dupę i koniec tematu.

Były oczywiście jeszcze inne walki, na przykład wielodniowa awantura z Chińczykiem z zajęć rolniczych, który uparcie odmawiał kapitulacji, nawet kiedy wepchnąłem go twarzą głęboko w czerwone błoto na grządce kapusty. Przepychanki trwały tydzień. Każdego popołudnia zaczynało się od nowa i nigdy nie udawało się wyłonić zwycięzcy. Pozostali uczniowie świetnie się bawili i pilnowali, żeby nauczyciel nas nie przyłapał.

Nie wiem, co sobie myśleli moi rodzice. Obrażenia w rodzaju zadrapań, siniaków czy nawet podbitych oczu dało się wytłumaczyć sportem - futbolem czy surfingiem. Instynktownie czułem, że nie mogą mi pomóc - z perspektywy czasu sądzę, że miałem rację - więc nic im nie mówiłem.

Z odsieczą przyszła mi banda rasistów. Przedstawiali się jako Elita. W jej skład wchodzili haole, a pomijając żenującą nazwę gangu, byli naprawdę spektakularnie groźni. Przewodził im wesoły degenerat o zachrypniętym głosie i połamanych zębach, niejaki Mike. Nie wyglądał przesadnie imponująco, ale woził się po szkole tak buńczucznie i nieustraszenie, że wrażenia nie robił tylko na potężnych Samoańczykach. Miejsce Mike'a było w poprawczaku, a chodzenie do szkoły traktował jak przepustkę, którą zamierzał maksymalnie wykorzystać. Miał młodszą siostrę Edie, chudą, narwaną blondynkę, a w ich domu w Kaimuki mieściła się kwatera główna Elity. W szkole banda zbierała się pod wysoką, rozłożystą albicją saman na czerwonym wzgórzu za bungalowem o niepomalowanych ścianach, w którym uczyłem się pisać na maszynie. Nie zostałem oficjalnie zaproszony do gangu - Mike i jego kumple po prostu dali mi znać, że mogę kiedyś do nich dołączyć pod drzewem. I to właśnie od dzieciaków z Elity - wśród których, co ciekawe, przeważały dziewczyny - zacząłem się uczyć z początku ogólnego zarysu, a potem szczegółów sytuacji rasowej. Dowiedziałem się, że naszymi największymi wrogami są "ciemniaki" - czyli każdy ciemnoskóry oprych.

- Napierdalałeś się już z ciemniakami - stwierdził Mike.

Uświadomiłem sobie, że to prawda.

Jednak moja kariera solowa wkrótce dobiegła końca. Rozniosło się, że jestem w gangu haole, więc prześladowcy woleli sobie wybierać inne ofiary. Nawet Freitas zaczął mi trochę odpuszczać na warsztatach stolarskich. Ale czy naprawdę już na dobre odłożył deskę? Trudno mi było uwierzyć, żeby miał się bać Elity.

Dyskretnie obserwowałem niektórych stałych bywalców Cliffs - tych, którzy najlepiej potrafili czytać fale, znajdowali ich najszybsze odcinki i gładziutko wykonywali wszystkie manewry. Potwierdziło się moje pierwsze wrażenie: nigdy wcześniej nie widziałem, żeby ktoś pływał z taką łatwością. Ruchy rąk idealnie zsynchronizowane ze stopami. Kolana ugięte mocniej niż w surfingu, do którego byłem przyzwyczajony, biodra luźniejsze. Niewiele pływania na dziobie, najmodniejszej wówczas odmiany surfingu na kontynencie - przy każdej nadarzającej się okazji trzeba podejść ostrożnie na przód deski i ułożyć palce stopy lub obu stóp na przedniej krawędzi deski, z pozoru wbrew prawom fizyki umożliwiającym unoszenie się na powierzchni wody i ślizg. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że obserwuję klasyczny styl wyspiarski, ale po prostu przejąłem techniki, które tam widziałem, i z czasem, zupełnie nieświadomie, rzadziej przechodziłem na przód deski.

Surfowało tam kilku młodych gości, w tym jeden umięśniony, silny i giętki chłopak o prostych plecach, który wyglądał na mojego rówieśnika. Trzymał się z dala od głównego peaku, łapał bardziej oddalone fale. Ja jednak aż wyciągałem szyję, żeby patrzeć, jak sobie radzi. Nawet na tych śmiesznych, niskich falach, które wybierał, rzucały się w oczy jego niezwykła szybkość i poczucie równowagi. Nigdy wcześniej nie widziałem tak znakomitego surfera w moim wieku. Pływał na zaskakująco krótkiej desce Wardy, lekkiej, z ostrym dziobem - jasnej jak kość, wykończonej bezbarwnym lakierem. Zauważył, że na niego patrzę, i sprawiał wrażenie zażenowanego tak mocno jak ja. Przepłynął obok mnie, wściekle młócąc wodę rękami i wyglądając na obrażonego. Potem starałem się nie wchodzić mu w drogę. Nazajutrz jednak skinął mi głową na powitanie - miałem nadzieję, że nie dałem po sobie poznać radości. Kilka dni później, kiedy przerabialiśmy nieduży set, przemówił hawajskim pidginem.

- Z tamtej strony są bardziej lepsze - rzucił i przeniósł wzrok na zachód. W ten sposób zapraszał mnie na któryś z tych swoich sekretnych, niezatłoczonych peaków.

Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać.

Nazywał się Roddy Kaulukukui i miał trzynaście lat, tak jak ja. "Taki opalony, że wygląda jak Murzyn" - napisałem w liście do kumpla. Wymienialiśmy się z Roddym falami, z początku nieufnie, ale potem już bez rezerwy. Potrafiłem łapać fale tak dobrze jak on, co jest ważne, a jednocześnie zaznajamiałem się ze spotem - to było nasze wspólne przedsięwzięcie. Jako najmłodsi na Cliffs obaj, nawet jeśli podświadomie, szukaliśmy rówieśnika. Roddy jednak nie przychodził sam. Miał dwóch rodzonych braci i jednego przyszywanego - Japończyka Forda Takarę. Starszy brat Roddy'ego, Glenn, był autorytetm na peaku. Glenn i Ford pływali codziennie. Byli ledwie rok od nas starsi, lecz mogli się bez problemu mierzyć z każdym na najlepszych falach. Zwłaszcza Glenn był doskonałym surferem, jeździł płynnie i w pięknym stylu mimo młodego wieku. Surfowali też ich ojciec, Glenn senior, i braciszek John, ale on był jeszcze za młody na Cliffs.

Stopniowo dowiadywałem się od Roddy'ego co nieco o pozostałych kolesiach. Na przykład grubas, który pojawiał się w dni z wysokimi falami, startował daleko za strefą przyboju i pruł tak spektakularnie, że reszta z nas zatrzymywała się, żeby popatrzeć, to Ben Aipa (kilka lat później Aipa zaczął się regularnie pojawiać w gazetkach surferskich). Chińczyk, który zjawił się najmocniejszego dnia, jaki do tej pory widziałem na Cliffs - porządny południowy swell w zachmurzone, bezwietrzne popołudnie poza sezonem - nazywał się Leslie Wong. Miał aksamitny styl, a do pływania na Cliffs zniżał się tylko wtedy, kiedy warunki były wyjątkowo dobre. Leslie Wong złapał największą falę dnia, plecy miał wygięte w delikatny łuk, ręce rozluźnione, tak że ekstremalna trudność - nie no, zaraz, raczej euforia - wydawała się łatwiutka. Myślałem sobie wtedy, że kiedy dorosnę, chcę być jak Leslie Wong. Powoli nauczyłem się, komu ze stałych bywalców Cliffs zdarza się zmarnować falę - nie złapać jej albo spaść - i jak ją potem cichaczem podebrać, nie okazując przy tym braku szacunku.

Na co dzień jednak moim ulubionym surferem był Glenn Kaulukukui. Od chwili gdy łapał falę i posuwistym, kocim ruchem unosił się na nogi, nie mogłem oderwać wzroku od linii, jakie rysował deską, od prędkości, której w tajemniczy sposób nabierał, od wymyślanych przez niego improwizacji. Miał wielką głowę, którą chyba zawsze trochę odchylał, i długie rude włosy, spłowiałe od słońca, również odgarnięte. Wargi miał grube, ramiona czarne jak Afrykańczyk, a poruszał się z niespotykaną gracją. Jednak tej jego pewności siebie i urodzie towarzyszyło coś jeszcze - można to nazwać dowcipem czy ironią - nieuchwytna, słodko-gorzka nuta, dzięki której niemal w każdej sytuacji sprawiał wrażenie, jakby działał w najwyższym skupieniu, a jednocześnie śmiał się do siebie w duchu.

Śmiał się też ze mnie, chociaż z dużą dozą sympatii. Kiedy przedobrzyłem ze sztuczką - chciałem się popisać na koniec jazdy - niezgrabnie przecinając falę i lądując równolegle do jego deski w kanale, Glenn powiedział:

- Dajesz, Bill. Dajesz, dajesz, nie przestajesz.

Nawet ja wiedziałem, że to wyświechtany frazes w lokalnym pidginie, nadużywany zwrot. Powiedzonko to miało zarazem charakter satyryczny. Jednocześnie mi kibicował i się ze mnie nabijał. Razem zaczęliśmy płynąć na zewnętrzną. Kiedy już prawie tam dotarliśmy, zobaczyliśmy, jak Ford łapie set z głębokiej pozycji i sprytnie manewruje, żeby pokonać najtrudniejsze odcinki.

- Co ten Ford - mruknął Glenn z uznaniem. - Popa na to. - A potem przyśpieszył i wyprzedził mnie w drodze do line-upu.

Któregoś popołudnia Roddy zapytał, gdzie mieszkam. Wskazałem na wschód, w stronę zacienionej zatoczki w Black Point. Przekazał to Glennowi i Fordowi, a potem wrócił i nieco zawstydzony, powiedział, że ma do mnie prośbę. Czy mogliby zostawiać u nas deski? Cieszyłem się, że wreszcie będę miał towarzystwo w długiej drodze powrotnej. Za domem mieliśmy malutki ogródek otoczony wysokimi, grubymi bambusami, które osłaniały go od ulicy. Schowaliśmy deski między gałęziami i już po ciemku spłukaliśmy się wężem ogrodowym. Potem wszyscy trzej, w samych tylko ociekających wodą kąpielówkach, ruszyli w drogę do dalekiego Kaimuki, wyraźnie zadowoleni, że nie muszą taszczyć ciężkich desek.

Rasizm nie był doktryną Elity, ograniczał się do konkretnych sytuacji. Nie miał żadnych pretensji historycznych, w odróżnieniu na przykład od późniejszej subkultury skinheadów, którzy powoływali się na nazizm i Ku Klux Klan. Idea białej supremacji nie była obca Hawajczykom, zwłaszcza elitom, ale paradoksalnie Elita nie miała nic wspólnego z elitami. Większość dzieciaków pochodziła z rodzin ledwo wiążących koniec z końcem, żyły w trudnych warunkach, choć były i takie, które wyrzucono z prywatnych szkół i popadły w niełaskę. Mało kto z nielicznych haole uczęszczających do gimnazjum Kaimuki miał szansę na akceptację Elity, bo grupa uważała ich za nie dość cool. Miałem wrażenie, że nie łapały się głównie dzieciaki wojskowych. Wszystkie wyglądały na przestraszone i zdezorientowane. Wśród nich było również tych dwóch, którzy oglądali moją solówkę z Freitasami i mi nie pomogli, a także okropnie wysoki, milczący chłopak, który z nikim się nie zadawał, a wołali na niego Lurch.

Dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że inni haole byli zbyt mądrzy, żeby dać się wplątać w jakieś historie z gangami. Te dzieciaki - głównie surferzy z okolic Waikiki, po drugiej stronie Diamond Head - wiedziały, że jako członkowie mniejszości nie powinny się wychylać ani rzucać w oczy. Potrafiły też bezbłędnie rozpoznać przegrywów, a w ostateczności mogły skorzystać z własnej siatki wzajemnej pomocy i wsparcia. Przez pierwsze miesiące nie miałem jednak o tym wszystkim pojęcia i nawet nie zauważyłem ich istnienia.

Już w tamtych czasach definicja cool nastolatka była raczej enigmatyczna, ale na pewno liczyły się siła fizyczna (czytaj: wcześniejsze dojrzewanie), pewność siebie (bonusowe punkty za stawianie się dorosłym) oraz ciuchy i gust muzyczny. Nie miałem szans w żadnej z tych kategorii. Nie byłem duży - przeciwnie, ku mojej rozpaczy okres dojrzewania uparcie mnie omijał. Nie interesowałem się muzyką ani modą. Zdecydowanie nie byłem też niegrzeczny - nigdy nie wszedłem w konflikt z prawem. Podziwiałem jednak zadziorność dzieciaków z Elity i nie zamierzałem kwestionować motywów grupy, która się za mną wstawiła.

Spodziewałem się, że głównym zajęciem Elity będą porachunki między gangami, zresztą bez przerwy gadało się o nadciągających nieuchronnie starciach z różnymi grupami "ciemniaków". Ale zawsze kończyło się na tym, że Mike w ostatniej chwili prowadził delegację pokojową na jakąś naradę i dzięki mozolnym zabiegom dyplomatycznym udawało się uniknąć przelewu krwi. Zawieszenie broni przypieczętowywano uroczystym nielegalnym piciem. Większość energii grupa zużywała na plotki, imprezy, drobne kradzieże i wandalizm, a także wnerwianie wszystkich dookoła w autobusie miejskim podczas powrotu ze szkoły. Do Elity należało sporo ładnych dziewczyn, a ja zakochiwałem się we wszystkich po kolei. Nikt z gangu nie surfował.

Okazało się, że Roddy, Glenn i Ford też chodzą do gimnazjum Kaimuki, ale nie zadawałem się z nimi w szkole. Był to nie lada wyczyn, bo przecież każde popołudnie i weekend spędzaliśmy razem w wodzie, a Roddy wkrótce stał się moim najbliższym przyjacielem. Bracia Kaulukukui mieszkali w Fort Ruger, na północnym zboczu krateru Diamond Head, blisko cmentarza koło szkoły. Glenn senior był żołnierzem, więc mieszkali na terenie starych koszar wciśniętych w zagajnik jadłoszynowy poniżej Diamond Head Road. Wcześniej Roddy i Glenn mieszkali na Hawai'i, nazywanej potocznie Wielką Wyspą. Mieli tam krewnych. Teraz zajmowała się nimi macocha, z którą Roddy się nie dogadywał. Była Koreanką. Czy ja w ogóle zdaję sobie sprawę, co to za ludzie z tych Koreańczyków? Roddy chętnie mi opowie.

Miał szlaban po kolejnej kłótni z macochą, więc rozgoryczony, wylewał z siebie żale w ciasnym, dusznym pokoju, który dzielił z Glennem i Johnem.

Wydawało mi się, że wiem coś o nieszczęściu: tego popołudnia ja też odpuściłem fale, w geście solidarności. Nie miałem nawet żadnej gazetki surferskiej, żeby móc sobie coś przeglądać, jednocześnie utrzymując na twarzy grymas współczucia.

- Czemu on musiał się hajtnąć akurat z nią? - zawodził Roddy.

Glenn senior czasem chodził z nami surfować. Mocno umięśniony, surowy, budził respekt. Rozstawiał synów po kątach, nie bawił się w uprzejmości. W wodzie jednak wyraźnie się rozluźniał, czasem nawet się śmiał. Pływał na ogromnej desce prostym, staroświeckim stylem, idealnie trzymał równowagę i rysował długie linie na ścianach fal. W młodości surfował w Waimea Bay, chwalili się jego synowie.

Tę leżącą na North Shore zatokę uważano za spot z najpotężniejszymi falami na świecie. Dla mnie Waimea była mityczną krainą - scenografią, tłem dla wyczynów surfingowych celebrytów, nieustannie lansowaną w magazynach. Roddy i Glenn niewiele o tym mówili, ale dla nich Waimea była niewątpliwie realnym miejscem, traktowanym bardzo poważnie. Pływało się tam, dopiero kiedy było się na to gotowym. Większość surferów oczywiście nigdy nie będzie gotowa. Jednak na dzieciaki z Hawajów czekały wszystkie te słynne breaki na North Shore, niczym poszczególne pytania na egzaminie końcowym.

Wcześniej zakładałem, że Waimea jest tylko dla słynnych surferów. Teraz się jednak przekonałem, że pływają tam lokalni tatuśkowie, a z czasem pewnie mieli do nich dołączyć synowie. Ci wszyscy ludzie nie pojawiali się w gazetkach na kontynencie. Tymczasem na Hawajach było mnóstwo takich ohana, czyli rodzin, jak Kaulukukui - rodów surferskich od wielu pokoleń, bogatych w talent i tradycję, znanych wyłącznie sobie nawzajem.

Kiedy poznałem Glenna seniora, od razu zaczął mi przypominać Liloę, starego króla z mojej ukochanej książki - Umi: The Hawaiian Boy Who Became a King [Umi - mały Hawajczyk, który został królem]. To książeczka dla dzieci, mój ojciec dostał ją - jeśli wierzyć wyblakłej dedykacji na stronie przedtytułowej - od dwóch ciotek, które w 1939 roku odwiedziły Honolulu. Autor, Robert Lee Eskridge, odpowiadał także za ilustracje, moim zdaniem wspaniałe - proste, ale wyraziste, niczym przepięknie kolorowane drzeworyty. Przedstawiały hawajskie przygody Umiego i jego młodszych braci w dawnych czasach: sfruwanie ze wzgórz na pnączach powoju ("Chłopcy przeskakiwali z liany na lianę, prędcy jak błyskawica"), nurkowanie w jeziorach zbierających się w jaskiniach lawowych, przeprawa przez morze na pokładzie wojennych kanu ("Niewolnicy odstawią Umiego do pałacu jego ojca w Waipio"). Niektóre rysunki przedstawiały dorosłych mężczyzn, strażników i dworzan, a ja bałem się ich twarzy, stylizowanego okrucieństwa w bezdusznym świecie wszechwładnych wodzów i drżącego przed nimi ludu. Przynajmniej rysy twarzy króla Liloi, sekretnego ojca Umiego, bywały czasem zmiękczone, ukazywały ojcowską dumę i mądrość.

Roddy wierzył w Pele, hawajską boginię ognia. Mówiono, że mieszka na Wielkiej Wyspie, a kiedy jest w złym humorze, wybuchają tam wulkany. Słynęła z zazdrości i agresji, Hawajczycy próbowali ją przebłagać ofiarami z wieprzowiny, ryb i alkoholu. Już wówczas była powszechnie znana, kojarzyli ją nawet turyści, ale Roddy podkreślił, że nie ma na myśli tej kiczowatej wersji. Dla niego chodziło o coś więcej, o religię, o cały świat sprzed przybycia haole - hawajski świat rządzony skomplikowanymi zasadami, tabu i tajemną, w znoju zdobytą wiedzą na temat tej ziemi i oceanu, ptaków i ryb, zwierząt i bogów. Potraktowałem wyznanie kolegi poważnie. Z grubsza orientowałem się już, jaki los spotkał Hawajczyków - jak amerykańscy misjonarze i inni haole podporządkowali ich sobie, zagrabili ich ziemie, zdziesiątkowali chorobami, a tych, którzy przeżyli, nawrócili na chrześcijaństwo. Nie czułem się odpowiedzialny za te okrutne czyny, nie miałem "poczucia winy liberałów", ale wiedziałem na tyle dużo, żeby nie wyskakiwać z odzywkami młodego ateisty.

Zaczęliśmy pływać razem na nowych spotach. Roddy nie bał się koralowców tak jak ja i pokazał mi miejscówki z breakami między moim domem a Cliffs. Większość nadawała się do jazdy tylko podczas przypływu, lecz były tam też zakątki w szczelinach między odcinkami rafy - cudne fale ukryte na widoku, praktycznie całkiem odporne na wiatr. Roddy mówił, że zgodnie z tradycją breaki te nazywa się od rodzin, które mieszkały na brzegu na ich wysokości - Patterson's, Mahoney's. Była również miejscówka nazywana Bomb, z wysokimi falami, które załamywały się obok Patterson's. Glenn i Ford jeździli tam z raz czy dwa, Roddy jeszcze nigdy. Widywałem w tym miejscu pierzące się fale (ich szczyty pryskały mgiełką, w miarę jak swelle robiły się coraz bardziej strome) w mocne dni z odpływem, ale nigdy się nie załamywały. Roddy zawsze mówił o Bomb przyciszonym, pełnym napięcia głosem. Wyraźnie się na niego szykował.

- Tego lata - oznajmił. - Jak tylko będzie mocny dzień.

Tymczasem mieliśmy Kaikoos - głębinowy break na wysokości Black Point, widoczny z końca naszej ulicy. Trudno było zrobić tam line-up, fale zawsze okazywały się większe, niż wydawało się na pierwszy rzut oka. Bałem się tego spotu. Pierwszy raz zabrał mnie tam Roddy - wiosłowaliśmy przez głęboki kanał, zbudowany, jak mi powiedział, przez Doris Duke, dziedziczkę fortuny tytoniowej. Kanał miał obsługiwać prywatną przystań jachtową, nadal zresztą ukrytą pod klifem pod jej rezydencją. Roddy pokazał nawet palcem na brzeg, ale za bardzo przejmowałem się falami, żeby zawracać sobie głowę willami bogaczek.

Zdawało się, że gęste, granatowe szczyty fal wyskakują z najgłębszych otchłani oceanu, niektóre przerażająco wielkie. Lewe fale były krótkie i łatwe, łagodne olbrzymy, jednak Roddy twierdził, że prawe są lepsze, i powiosłował dalej na wschód, zagłębiając się w break. Jego śmiałość zakrawała w moich oczach na szaleństwo. Prawe fale sprawiały wrażenie kompletnie nieujeżdżalnych, załamywały się natychmiast po powstaniu, a były tak silne, że nawet gdyby zdołało się jakąś złapać, poleciałoby się prosto na wielkie, groźne skały wokół Black Point. Gdyby zgubić tam deskę, już nigdy by się jej nie zobaczyło. A którędy dałoby się wtedy wrócić do brzegu? Miotałem się, uchylając się przed peakami, daleko za przybojem i bliski histerii, starałem się nie tracić Roddy'ego z oczu. Zdawało mi się, że łapie fale, chociaż trudno było to jednoznacznie stwierdzić. W końcu podpłynął do mnie, wniebowzięty, uśmiechając się pod nosem na moje poruszenie. Na szczęście jednak się nade mną zlitował i nic nie powiedział.

Z czasem nauczyłem się lubić - choć nie kochać - prawe fale na Kaikoos. Często nikogo nie było na spocie, ale paru gości potrafiło tam pływać - w dobre dni obserwowałem ich ze skał na Black Point i z czasem zacząłem dostrzegać kształt rafy, zrozumiałem, jak przy odrobinie szczęścia można uniknąć katastrofy. Mimo wszystko jak na moje standardy ten spot był zbyt zdradliwy, a kiedy w listach do kumpli z Los Angeles przechwalałem się jeżdżeniem na tych przerażających głębinowych szczytach, snułem niestworzone historie, jak to silne prądy zniosły mnie i Roddy'ego prawie do Koko Head, kawał drogi na wschód. Ale szczegółowy opis jazdy przez wielką tubę - falę załamującą się właśnie w taki kształt - zawierał przynajmniej jakieś ziarno prawdy. Do dziś jak przez mgłę pamiętam tamtą falę.

Zawsze jednak istniał jakiś horyzont, linia strachu, która odróżniała surfing od wszelkich innych aktywności, a na pewno od innych znanych mi dyscyplin sportowych. Nawet jeśli pływało się z przyjaciółmi, to kiedy fale robiły się naprawdę duże albo wpadało się w tarapaty, nagle okazywało się, że nikogo nie ma pod ręką.

Na oceanie wszystko w niepokojący sposób splata się w jedno. Fale są zarazem boiskiem, bramką i celem rozgrywki. Obiektem najgłębszych pragnień i uwielbienia. Jednocześnie fale to rywal, przeciwnik, nawet śmiertelny wróg. Woda jest azylem, kryjówką, szczęśliwym schronieniem, ale też niebezpiecznym, dzikim środowiskiem - dynamicznie zmieniającym się, zobojętniałym światem. Jako trzynastolatek już praktycznie przestałem wierzyć w Boga, lecz sprawa była jeszcze świeża - w moim świecie ziała dziura po religii, czułem się opuszczony, porzucony. Ocean był dla mnie jak nieczuły Bóg, nieskończenie groźny, niezmierzenie silny.

A jednak oczekiwano od nas, nawet od dzieciaków, żebyśmy codziennie się z nim mierzyli. Wymagano - było to niezbędne, mogło przesądzić o przeżyciu - żebyśmy znali swoje granice, zarówno fizyczne, jak i emocjonalne. Ale nie poznamy granic, dopóki się nie sprawdzimy. A co jeśli obleje się ten sprawdzian? Kazano nam zachowywać spokój, również kiedy coś szło nie tak. Wszyscy powtarzali, że panika nieuchronnie prowadzi do utopienia. Zakładano też, że w młodym wieku umiejętności szybko rosną. To, co jednego roku wydawało się nie do pomyślenia, następnego stawało się już całkiem wykonalne. Dzięki uprzejmości moich korespondentów odzyskałem niedawno swoje listy z Honolulu pisane w 1966 roku - wcale nie ma w nich tak dużo pychy i szpanowania, raczej szczere zwierzenia: nie ukrywałem strachu. "Nie myśl sobie, że nagle zrobiłem się taki odważny. Wcale nie". Jednak granice tego, co do pomyślenia, stopniowo, po cichu się przesuwały.

Stało się to dla mnie jasne pierwszego mocnego dnia na Cliffs. Przez noc pojawił się swell o długim okresie. Sety (większe fale, zwykle następujące po sobie w grupach) sięgały ponad głowę, były szkliste i szare, o długich ścianach i mocnych odcinkach. Nie mogłem się doczekać, żeby skorzystać ze świetnych warunków na moim codziennym, przydomowym spocie, aż zapomniałem o zwykłej nieśmiałości i dołączyłem do reszty na głównym peaku. Sytuacja mnie przerosła, przestraszyłem się, co większe sety mnie poturbowały. Nie byłem dość silny, żeby utrzymać deskę, kiedy miotały mną prawie dwumetrowe fale, choć próbowałem - "zrobiłem żółwia", czyli przewróciłem się do góry brzuchem razem z deską, pociągnąłem dziób w dół, oplotłem deskę nogami i z całej siły ścisnąłem krawędzie. Grzywacze wyrwały mi ją z rąk i zaczęły mną miotać, wpychając mnie pod wodę na długie sesje metodycznego manta. Przez większość tego popołudnia poruszałem się wpław, ale i tak zostałem aż do zmierzchu. Udało mi się nawet złapać parę mocarnych fal. Zresztą widziałem tamtego dnia takie jazdy - między innymi w wykonaniu Lesliego Wonga - że aż kłuło mnie w sercu: długie chwile gracji i wdzięku pod silną presją. Czułem, że zapisują się głęboko w moim jestestwie - tego właśnie pragnąłem najbardziej na świecie. Tamtej nocy, kiedy rodzina już zasnęła, leżałem niespokojnie na kanapie z bambusową ramą, czując, jak serce pompuje jeszcze resztki adrenaliny, i wsłuchiwałem się w deszcz.

Życie w naszej małej chatce na Kulamanu wydawało się prowizoryczne, tymczasowe, jakby nieamerykańskie. Gekony na ścianach, gryzonie buszujące pod podłogą, pluskwiaki wodne w łazience... Moja matka nauczyła się oceniać stopień dojrzałości dziwnych owoców - mango, papai, liczi, karamboli - które następnie z dumą obierała i kroiła w plasterki. Nie pamiętam nawet, czy mieliśmy telewizję. Sitcomy nadawane w prime timie - My Three Sons, I Dream of Jeannie, nawet mój ulubiony Get Smart - które na kontynencie wyznaczały centrum naszego ogniska domowego, teraz wydawały mi się półzapomnianymi czarno-białymi snami z dawnego świata. Właścicielka naszego mieszkania, pani Wadsworth, obserwowała nas podejrzliwie, ale i tak wynajmowanie domu bardzo mi się spodobało. Pani Wadsworth była ogrodniczką, dzięki czemu dysponowałem dużą ilością wolnego czasu. Prace ogrodowe należały do moich obowiązków, kiedy mieszkaliśmy w Kalifornii, i zawsze miałem wrażenie, że pochłaniają mi większość dnia.

Kolejny aspekt nowego życia: znacznie rzadziej się kłóciliśmy, może dlatego, że wciąż nie mogliśmy ogarnąć umysłem egzotycznego otoczenia. A jeśli już zdarzały się sprzeczki, nigdy nie przeradzały się w prawdziwe awantury, z wrzaskami i klapsami, które regularnie musieliśmy znosić w Los Angeles. Kiedy teraz matka krzyczała: "Poczekajcie no tylko, aż ojciec wróci!", nie brzmiało to poważnie, a raczej szelmowsko, jakby cytowała samą siebie z poprzedniego życia albo jakąś serialową mamę; nawet maluchy rozumiały, że to tylko takie żarty.

Ojciec pracował przynajmniej sześć dni w tygodniu. Kiedy akurat mieliśmy go dla siebie w którąś niedzielę, włóczyliśmy się po wyspie - przemierzaliśmy stromą, smaganą wiatrem i deszczem Nu'uanu Pali (przełęcz w górach wznoszących się niczym zielona ściana nad Honolulu) albo piknikowaliśmy nad Hanauma Bay, za szczytem Koko Head. Podczas nurkowania w zatoce można było podziwiać przepiękne koralowce. Tata zwykle wracał do domu wieczorem, a przy specjalnych okazjach chodziliśmy do restauracji Jolly Roger w galerii handlowej w Kahala, sieciówki utrzymanej w pirackiej konwencji, serwującej burgery nazwane na cześć postaci z powieści Roberta Louisa Stevensona. Któregoś wieczoru pojechaliśmy do kina samochodowego przy Waialae Avenue na seans Królewny Śnieżki Disneya - wcisnęliśmy się całą szóstką do naszego starego forda. Nic już nie pamiętam, ale napisałem o tym wieczorze w liście do kumpla z Los Angeles. Film oceniłem jako "psychodeliczny".

Hawaje mojego ojca były rozległym, fascynującym miejscem. Regularnie podróżował na pozostałe wyspy archipelagu, ciągał ekipę i aktorów po lasach deszczowych, zabitych deskami wioskach, kazał nagrywać na niezbyt stabilnych kanu. Część materiału do odcinka o Pele nakręcił na polu lawy na Wielkiej Wyspie. Choć nie mógł jeszcze o tym wiedzieć, kładł właśnie podwaliny pod równoległą ścieżkę kariery eksperta od Hawajów - przez większość kolejnej dekady realizował na wyspach filmy pełnometrażowe i programy telewizyjne. W pracy musiał się nieustannie użerać z lokalnymi związkami zawodowymi, zwłaszcza kierowców ciężarówek i dokerów, którzy kontrolowali transport ładunków. Konflikty te były zresztą zabarwione sporą dozą ironii, jako że mój ojciec zawsze bronił praw pracowniczych i sam pochodził z rodziny kolejarzy z Michigan o długich tradycjach związkowych. Według rodzinnej legendy noc moich narodzin spędził w nowojorskim areszcie, ponieważ wyłapano go z pikiety pod studiem CBS, gdzie pracował jako dziennikarz i próbował założyć związek z kolegami i koleżankami. Choć nigdy o tym nie wspominał, za naszą przeprowadzką do Kalifornii, kiedy byłem jeszcze malutki, stały problemy ze znalezieniem zatrudnienia spowodowane właśnie walką o prawa pracownicze. To był okres szczytu popularności senatora Josepha McCarthy'ego.

Mniej więcej w tym samym czasie hawajskie związki zawodowe dokonywały prawdziwych powojennych cudów. Pod wodzą związku dokerów z zachodniego wybrzeża, współpracujących z miejscowymi lewicowcami pochodzenia japońskiego, udało się zorganizować nawet robotników z plantacji, tym samym dokonując przeobrażenia gospodarki feudalnej. A to wszystko na ziemiach, gdzie jeszcze przed wojną bezkarnie uchodziło nękanie, a nawet mordowanie strajkujących i działaczy związkowych przez bandziorów, wynajętych łamistrajków lub policję. Jednak w połowie lat sześćdziesiątych ruch robotniczy na Hawajach, podobnie jak na kontynencie, spoczął już na laurach: cierpiał na przerost kadry kierowniczej, pleniła się korupcja, a mój ojciec - choć prywatnie polubił część spośród szefów związkowych, z którymi na co dzień walczył - nie sprawiał wrażenia szczególnie zbudowanego ich walką.

Ze względu na pracę ojca obracaliśmy się w osobliwych kręgach. Przy Hawaii Calls pracował na przykład pewien nadpobudliwy ruchowo restaurator, niejaki Chester Lau, więc moja rodzina przez lata gościła na organizowanych przez niego (zwykle w którejś z knajp) wystawnych l??au, pieczeniu prosiaka czy imprezach miejskich.

Po jakimś czasie ojciec rozeznawał się w kulturze hawajskiej klasy robotniczej na tyle dobrze, żeby zrozumieć, że ulice Honolulu (a może i szkoły) nie są najłatwiejszym miejscem dla białego dzieciaka. Dość wspomnieć o nieoficjalnym święcie zwanym Dniem Zabijania Haole. Choć święto to było przedmiotem burzliwych dyskusji - pojawiały się nawet wstępniaki w miejscowych gazetach (przeciwko) - nie udało mi się ustalić, którego dokładnie dnia wypadało. "Kiedy akurat ciemniakom przyjdzie ochota", twierdził Mike, herszt Elity. Nigdy też nie udało mi się dowiedzieć, czy tego dnia rzeczywiście dochodziło do zabójstw. Mówiło się, że święto było wymierzone przede wszystkim w żołnierzy po służbie, którzy szlajali się całymi hordami po Waikiki i dzielnicy czerwonych latarni w centrum. Mój ojciec na pewno spał spokojnie, wiedząc, że przyjaźnię się z lokalsami, którzy trzymają deski w naszym ogródku. Widać było, że chłopaki nie dadzą sobie w kaszę dmuchać.

Od zawsze się martwił, że ktoś będzie mnie prześladował. Uczył mnie, że kiedy stanę oko w oko z większym ode mnie chłopakiem albo przeciwnik będzie miał przewagę liczebną, powinienem "złapać kij, kamień, cokolwiek się nawinie". Kiedy udzielał mi tej rady, sprawiał wrażenie niepokojąco poruszonego. Czy wracały do niego dawne upokorzenia z jego rodzinnej Escanaby w Michigan? A może po prostu nie mógł znieść wizji, że jego dziecko, jego Billy, miałby się sam mierzyć z łobuzami? Swoją drogą nigdy nie zastosowałem się do rady. Na podmiejskim osiedlu Woodland Hills, gdzie mieszkaliśmy w Kalifornii, było sporo bójek, czasem rzeczywiście szły w ruch kije i kamienie, ale rzadko zdarzały się takie konfrontacje jak w wyobraźni ojca. Owszem, raz jakiś obcy chłopak, Meksykanin, dopadł mnie po szkole pod drzewami pieprzowymi, przycisnął do ziemi i wycisnął sok z cytryny do oczu. To była pewnie dobra chwila, żeby złapać kij. Ale nie mogłem uwierzyć, co się dzieje. Sok z cytryny? Do oczu? Wciśnięty przez jakiegoś gościa, którego nawet nie znam? Oczy piekły mnie przez dobrych kilka dni. Rodzicom nic nie powiedziałem. Nie mogłem naruszyć "kodeksu chłopackiego". Nie powiedziałem im też (ani nikomu innemu) o tej strasznej desce Freitasa.

Nie potrafiłem sobie wyobrazić ojca jako przerażonego dziecka. Przecież to był tata, wielki Bill Finnegan, silny jak grizzly. Miał imponujące bicepsy, potężne jak konary dębu. Ja nigdy nie dorobiłem się takich ramion, po matce odziedziczyłem szczupłą sylwetkę. Wydawało się, że ojciec nikogo się nie boi. Miał skłonność do głośnego narzekania, co doprowadzało czasem do okropnie żenujących sytuacji. Nie krępował się podnosić głosu w miejscach publicznych. Zdarzało mu się pytać właścicieli sklepów i restauracji, co właściwie mają znaczyć tabliczki głoszące, że "zastrzega się prawo do nieobsłużenia klienta". Jeśli odpowiedź nie przypadała mu do gustu, ostentacyjnie rezygnował z ich usług. Na Hawajach tego nie robił, ale na kontynencie zdarzało mu się to regularnie. Nie miałem pojęcia, że zwykle takie napisy oznaczały tak naprawdę "tylko dla białych" - powoli kończyły się czasy segregacji rasowej. Stałem jak trusia, rozpaczliwie wbijając wzrok w podłogę, i chciałem się zapaść pod ziemię ze wstydu, kiedy ojciec perorował coraz głośniej.

Moja matka miała na imię Pat, z domu Quinn. Jej smukła, delikatna sylwetka mogła wprowadzać w błąd. Choć nie miała żadnej pomocy domowej, a męża zwykle nie było, wychowała czwórkę dzieci, na oko bez większego trudu. Dorastała w Los Angeles, jakiego już nie ma - wśród białych katolików z klasy robotniczej, liberałów głosujących na Roosevelta - a jej pokolenie, które osiągnęło dorosłość po wojnie, radośnie pięło się po drabinie społecznej. Byli postępowcami, uwielbiali przesiadywać na plaży, a poprawy jakości życia upatrywali przede wszystkim w przemyśle rozrywkowym - mężowie pracowali w branży, kobiety doglądały gromadki dzieci w domach na przedmieściach. Matka cechowała się swobodnym wdziękiem tenisistki. Wiedziała też, jak związać koniec z końcem. W dzieciństwie sądziłem, że surówka z jabłka, marchewki i rodzynek to danie obowiązkowe siedem dni w tygodniu. W rzeczywistości jednak było to najtańsze zdrowe jedzenie w ówczesnej Kalifornii. Matka urodziła się w rodzinie irlandzkich imigrantów, żyjących z ziemi w górach Wirginii Zachodniej, i nawet bardziej niż mój tata była dzieckiem wielkiego kryzysu. Jej ojciec, serwisant lodówek i alkoholik, zmarł młodo. Nigdy o nim nie wspominała. Babcia, która została sama z trzema córkami, podjęła przerwaną wcześniej edukację i została pielęgniarką. Kiedy poznała przyszłego zięcia, parę centymetrów niższego od jej córki, miała podobno westchnąć i stwierdzić: "No cóż, wszystkich wysokich pozabijali na wojnie".

Matka zawsze na wszystko się zgadzała. Nie lubiła żeglować, ale niemal każdy weekend spędzała na kolejnych łódeczkach kupowanych przez ojca (w miarę jak się odkuwaliśmy), który świata poza nimi nie widział. Nie przepadała za biwakowaniem, ale bez słowa skargi jeździła na kemping. Nie podobało jej się na Hawajach, chociaż wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. Dusiła się w prowincjonalnym Honolulu. Wychowała się w Los Angeles, potem mieszkała w Nowym Jorku, więc lektura lokalnego dziennika była dla niej bolesnym doświadczeniem. Uwielbiała ludzi, nigdy się nie snobowała, lecz na Hawajach nawiązała niewiele nowych znajomości. Ojcu nigdy nie zależało na towarzystwie - kiedy nie pracował, wolał spędzać czas z rodziną - ale matce brakowało szerokiego kręgu zaprzyjaźnionych rodzin z Los Angeles (większość z nich też siedziała w branży rozrywkowej), a także znajomych z dzieciństwa.

Ukrywała to jednak przed nami i starała się wyciągnąć jak najwięcej z życia w zaściankowym, zacofanym miasteczku na wyspie. Na szczęście (choć na nieszczęście dla jej jasnej irlandzkiej cery) kochała wodę. Rozkładała ręczniki plażowe na tej kupce wilgotnego piasku na końcu naszego dojścia nad morze i wchodziła do laguny z dzieciakami, maskami i sieciami. Zapisała moją siostrę Colleen na zajęcia przygotowujące do pierwszej komunii w kościele w Waikiki. Kiedy tylko mogła, latała z ojcem na sąsiednie wyspy, zwykle z trzyletnim wówczas Michaelem na ręku, pośpiesznie załatwiwszy nam jakąś opiekę. Wydaje mi się, że zewnętrzne wyspy bardziej jej się podobały - mogłaby polubić Hawaje bez rasistowskich koterii i fanatycznie podporządkowujących się normom przedstawicieli klasy średniej z Honolulu. Na zdjęciach z tamtych wypadów wygląda jak obca osoba: nie moja mama, a jakaś refleksyjna, stylowa dama w luźnej turkusowej sukience bez rękawów, pogrążona w rozmyślaniach, z wzrokiem utkwionym gdzieś w przestrzeni - teraz powiedziałbym, że wyglądała jak postać z książki Joan Didion, bosa, z sandałami w ręce, spacerująca wzdłuż kolczastej ściany sosen na brzegu oceanu. Dopiero później dowiedziałem się, że Didion była jej ulubioną pisarką.

Patricia Finnegan, Windward Side, O'ahu, 1966

Cieszyłem się, że nie muszę już harować w ogródku. Tymczasem jednak ku mojej rozpaczy sprawdziłem się jako babysitter. Rodzice nie mieli pojęcia o mojej raczkującej karierze gangstera z Kaimuki, dla nich zawsze byłem Panem Odpowiedzialnym. Taką rolę odgrywałem w rodzinie, od kiedy zaczęły przychodzić na świat pozostałe dzieciaki. Od rodzeństwa dzieliła mnie spora różnica wieku - Kevin był ponad cztery lata młodszy, Michael dziesięć lat - więc zawsze pilnowałem, żeby maluchy były całe i zdrowe, nieutopione, nieporażone prądem, nakarmione, napojone i przewinięte. Dopiero teraz jednak formalnie powierzono mi obowiązki opiekuna, wieczorami i w weekendy; szybko odkryłem, że wcale mi to nie pasuje, skoro mógłbym w tym czasie śmigać po falach, obrzucać autobusy dojrzałymi mango czy łazić do Kaimuki na imprezy, na których nikt nas nie pilnował. W ramach zemsty ciągle powtarzałem z goryczą biednym Kevinowi i Colleen, jakie to były świetne czasy, zanim się urodzili. W snutych przeze mnie wspomnieniach tamten okres urastał do rangi złotej ery. Tylko mama, tata i ja, mogliśmy robić, co nam się żywnie podobało. Codziennie kolacja w Jolly Roger. Cheeseburgery, koktajle czekoladowe. Żadnych rozdartych bachorów. To były czasy.

Pewnej soboty miałem już tak serdecznie dość, że próbowałem zrobić coś, żeby stracić tę robotę. Colleen miała w niedzielę przyjąć pierwszą komunię, więc zorganizowano próbę generalną przed wielką ceremonią. Rodziców nie było, poszli pewnie na jakąś imprezę do Chestera Lau. Colleen była od stóp do głów wystrojona w białe koronki. Miała tego dnia po raz pierwszy przystąpić do spowiedzi - chociaż trudno sobie wyobrazić, jakież to ciężkie grzechy mogłaby wyznać siedmiolatka. Tak czy inaczej, udział w sobotniej próbie był obowiązkowy. Katolicy w tamtych czasach się nie patyczkowali. Kto opuścił próbę, nie mógł przyjąć komunii. Wracaj za rok, ty mały grzeszniku, a tymczasem niech Bóg ma cię w swojej opiece. Jako że wychowałem się na zimnym łonie Kościoła, dobrze wiedziałem, jak zawzięte bywają zakonnice. Kiedy więc zakombinowaliśmy z Colleen tak, żeby przegapić jeżdżący raz na godzinę autobus do Waikiki, dobrze wiedziałem, o jaką stawkę toczy się gra. A ponieważ w głębi duszy nadal byłem Panem Odpowiedzialnym, spanikowałem. Wyciągnąłem siostrę na środek Diamond Head Road, w tej spektakularnej kreacji, zatrzymałem pierwszy samochód jadący w stronę Waikiki i dostarczyłem ją do kościoła na czas.

Zaczynałem się orientować w mieście. Z line-upu na Cliffs widać było całe południowe wybrzeże O'ahu, od gór Waianae na zachodzie, za Honolulu i Pearl Harbor aż do Koko Head - spalonego słońcem krateru na wybrzeżu, swego rodzaju Diamond Head gorszego sortu - na wschodzie. Miasto leżało na równinie między wybrzeżem a pasmem Ko'olau, którego strome zielone wzniesienia były zwykle spowite kłębami mgły i lśniących tumanów burzowych. Chmury deszczowe znad gór płynęły nad miasto, żeby dostarczyć mu wody, ale większość się osuszała, zanim docierała na wybrzeże. Na niebie wciąż robiły się tęcze. Za górami znajdowała się Windward Side, czyli nawietrzna część wyspy, a gdzieś w tamtą stronę leżało osławione North Shore.

Kierunki świata w Honolulu określano jednak nie na podstawie kompasu, a w odniesieniu do punktów charakterystycznych; można więc było iść mauka (w stronę gór), makai (w stronę morza), ewa (w stronę Ewa Beach, plaży położonej za lotniskiem i Pearl Harbor) albo diamondhead (wśród mieszkających za Diamond Head mówiło się kokohead - na jedno wychodzi). Te malownicze określenia nie były elementem slangu ani kolorytu lokalnego - używano ich na oficjalnych mapach i znakach drogowych. Dla mnie stanowiły również - wrażenie to było silne, choć jeszcze nie do końca ukształtowane - znamienny symbol świata bardziej jednolitego, mimo silnego przecież rozczłonkowania, i bardziej spójnego w tej izolacji na środku Pacyfiku niż rzeczywistość, jaką znałem wcześniej. Owszem, tęskniłem za przyjaciółmi z Los Angeles. Sama jednak południowa Kalifornia, rozlana, bezkształtna, nijaka masa, przestawała stanowić dla mnie punkt odniesienia. To nie był już wzór, do którego automatycznie porównywałem wszystkie nowe miejsca. W Elicie był taki jeden chłopak, Steve, który bez przerwy narzekał na "Skałę" - miał na myśli O'ahu, ale w jego ustach brzmiało to jak Alcatraz. Steve z całych sił marzył o ucieczce ze Skały, najlepiej do Anglii, ojczyzny jego ulubionego zespołu - The Kinks. Jednak zadowoliłby się jakimkolwiek miejscem na kontynencie, byle poza Hawajami. Tymczasem ja coraz mocniej czułem, że chętnie zostałbym na tych wyspach na zawsze.

Na dawnych Hawajach, przed przybyciem Europejczyków, surfing nierozerwalnie wiązał się z religią. Po modłach i składaniu ofiar mistrzowie rzemiosła wykonywali deski z drewna świętych drzew koa i koralodrzewów. Kapłani błogosławili fale, smagali wodę pnączami, żeby wezbrała, a na niektórych plażach stały heiau (świątynie), gdzie wierni mogli się modlić o dobre warunki do pływania. Duchowy aspekt surfingu nie kłócił się bynajmniej z zażartą rywalizacją ani nawet hazardem na dużą skalę. "Podczas jednego z pojedynków między czempionami z Maui i O'ahu stawką było cztery tysiące świń i szesnaście kanu wojennych", cytując historyków Petera Westwicka i Petera Neushula. Surfowali wszyscy: mężczyźni i kobiety, młodzi i starzy, arystokracja i plebs. Kiedy przychodziły sprzyjające fale, "nikomu ani w głowie praca, wszyscy myślą tylko o sporcie", jak pisał Kepelino Keauokalani, dziewiętnastowieczny hawajski naukowiec. "Przez cały dzień liczy się tylko surfing. Niektórzy wypływają nawet o czwartej rano". Dawni Hawajczycy cierpieli na poważny przypadek gorączki surfingowej. Nie narzekali też na brak czasu wolnego. Wyspy były żyznym, bujnym rajem, występowały tam spore nadwyżki żywności. Mieszkańcy nie tylko świetnie znali się na łowieniu ryb, rolnictwie tarasowym i myślistwie, lecz także budowali i utrzymywali złożone systemy stawów rybnych. Zimowe święto plonów trwało trzy miesiące - w tym okresie regularnie pojawiały się idealne fale, a praca była oficjalnie zabroniona.

Taki tryb życia wyspiarzy nie przypadł do gustu kalwińskim misjonarzom, którzy w 1820 roku zaczęli przybywać na wyspę. Hiram Bingham, stojący na czele pierwszej wyprawy misyjnej, która jeszcze przed dobiciem do brzegu utknęła w tłumie surferów, pisał o "odrażającym widoku skrajnej nędzy, upodlenia i barbarzyństwa. Rozwrzeszczane, niemal nagie dzikusy, z gołymi głowami, stopami i większością spalonej słońcem, ogorzałej skóry. Niektórzy z nas odwrócili wzrok, żeby nie patrzeć na te dantejskie sceny, a z oczu popłynęły nam strumienie łez". Dwadzieścia siedem lat później Bingham pisał już tak: "Schyłek i porzucenie desek surfingowych, w miarę postępu cywilizacyjnego, odpowiadają prawdopodobnie za rosnącą skromność, pracowitość i pobożność". Nie mylił się co do schyłku surfingu. Hawajską kulturę zniszczono, a rdzenną ludność zdziesiątkowały europejskie choroby - w latach 1778-1893 populacja Hawajów skurczyła się z około ośmiuset do czterdziestu tysięcy, a pod koniec dziewiętnastego wieku po surfingu nie został prawie żaden ślad. Zdaniem Westwicka i Neshula surfing padł jednak ofiarą nie tyle misjonarskiej nadgorliwości, ile skrajnego załamania demograficznego, wywłaszczenia oraz uruchomienia wielu gałęzi przemysłu wydobywczego - pozyskiwania drzewa sandałowego, cukru, wielorybów - które zmusiły nielicznych pozostałych przy życiu wyspiarzy do przejścia na gospodarkę pieniężną, pozbawiając ich tym samym wolnego czasu.

Z tej okrutnej historii narodził się współczesny surfing - stało się tak dzięki garstce Hawajczyków, którzy kultywowali pradawną praktykę he'e nalu, a przede wszystkim dzięki Duke'owi Kahanamoku. Zdobył on złoty medal w pływaniu na igrzyskach olimpijskich w 1912 roku, zyskał międzynarodową sławę i zaczął prowadzić wystawy surferskie na całym świecie. Surfing powoli przyjmował się na terenach nadmorskich, gdzie fale nadawały się do ujeżdżania, a mieszkańcy mogli sobie pozwolić na uprawianie tego sportu. Kalifornia Południowa stała się w latach powojennych stolicą raczkującej branży surfingowej, głównie dzięki prężnemu rozwojowi przemysłu lotniczego i kosmicznego, który zaowocował zarówno nowymi, lekkimi materiałami do budowy desek, jak i licznym pokoleniem dzieciaków takich jak ja, którym nie brakowało czasu ani zapału, by uczyć się surfingu. Miejscowe władze robiły jednak wszystko, żeby nas zniechęcić. Surferów powszechnie uważano za wandali i wagarowiczów. Na niektórych plażach obowiązywał wręcz zakaz surfowania. Stereotyp surfera darmozjada, plażowego lumpa - z tej samej parafii co narciarze, żeglarze czy wspinacze - nie bez powodu nigdy nie przestał obowiązywać. Do dziś w nadmorskich miasteczkach całego świata można trafić na wiecznie naćpanych ziomków, takich jak Jeff Spicoli grany przez Seana Penna w Beztroskich latach w Ridgemont High. Z Hawajami sprawa miała się jednak inaczej, a przynajmniej ja tak to odczuwałem. Surfing nie należał do subkultury, nie pochodził z importu, nie wyrażał buntu - choć jego przetrwanie świadczyło o wieloletnim sprzeciwie wobec kalwińskich wartości wyznawanych przez przedsiębiorczego Hirama Binghama. Na Hawajach surfing wydawał się ciasno wpleciony w tkankę tego miejsca.

Glenn i Roddy zaprosili mnie na spotkanie swojego klubu surferskiego, Southern Unit. Wiedziałem tylko tyle, że członkowie noszą zielono-białe kąpielówki w hawajski wzór i że każdy z nich, którego widziałem na Cliffs (zwykle w mocniejsze dni), wyjątkowo dobrze surfował. Spotkanie odbyło się nocą w Paki Park, publicznym parczku w kierunku diamondhead od Waikiki. Zebrał się spory tłumek, ja trzymałem się z tyłu, w cieniu. Prym wiódł niewysoki, głośny mężczyzna w średnim wieku, pan Ching - z prędkością karabinu maszynowego omówił stare sprawy, nowe sprawy, wyniki pojedynków, nadchodzące zawody, przez cały czas sypiąc żartami, na które reagowano powszechnym śmiechem, chociaż ja nie nadążałem.

- Żadnych numerów! - wrzasnął pan Ching, robiąc gwałtowny w tył zwrot, na chłopaka, który się za nim czaił.

Roddy powiedział mi, że to jego syn, Bon Ching. Mój rówieśnik, lecz surfował tak dobrze jak Glenn. Kręciło się tam kilku haole, ale jednego rozpoznałem od razu: Lord James Blears - krzepki, złotowłosy, były

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.