Długo i szczęśliwie - Kasia Bulicz-Kasprzak

Kup ebooka

37.90 zł
31.79 zł (31,34 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy. Ślub

Roz­dział pierw­szy

Ślub

Stoję w kwia­ciarni, a flo­rystka patrzy na mnie jak na kosmitę. Serio. W jej spoj­rze­niu są poli­to­wa­nie i odro­bina pasyw­nej agre­sji. Że też ludzie potra­fią patrzeć w ten spo­sób. Czuję się przez nią głu­pia, zagu­biona i total­nie nie­doj­rzała.

- Jest pani pewna? - pyta.

- Jestem pewna.

- No bo to taki dziwny wybór na bukiet ślubny. Panie zwy­kle chcą róże. Albo jakieś deli­katne kwiaty...

Brak mi czasu na wykład z bukie­ciar­stwa, zwłasz­cza wygło­szony przez kogoś, kto uznał, że mnie nie lubi, bo nie jestem jak inne panie. Tak w ogóle to na nic nie mam czasu. Jestem mamą dwu­latka. Nawet sie­dem­dzie­się­cio­dwu­go­dzinna doba byłaby za krótka na wszystko, co zostało mi do zro­bie­nia. A zostało dużo, ślub za pasem.

- Rozu­miem, że inni wolą róże, ale ja popro­szę te, które wybra­łam. Jasno­po­ma­rań­czowe.

- One mają dość inten­sywne kolory.

- To niech będą dość inten­syw­nie poma­rań­czowe.

Płacę zaliczkę, wycią­gam z kie­szeni listę i z ulgą sta­wiam zna­czek przy pozy­cji numer jede­na­ście "Bukiet ślubny". Zro­bione. Ach, co to będzie za ślub.

Moim zda­niem kościoły to takie budynki, które potra­fią się dosto­so­wać do oko­licz­no­ści. Bywają poważne, smutne, cza­sem mroczne, ale też rado­sne, a nawet bar­dzo wesołe. Ten, przed któ­rym sto­imy, posta­no­wił, że dostroi się do oko­licz­no­ści, i jest bar­dzo, bar­dzo rado­sny. Aniołki, mimo że pod­pie­rają skle­pie­nie, mają uśmiech­nięte twa­rzyczki. Może to skle­pie­nie nie jest cięż­kie, a może one są tak mocarne, bo wcale nie mają deli­kat­nych dzie­cię­cych cia­łek, tylko takie, jakby po godzi­nach tre­no­wały do mię­dzy­na­ro­do­wych zawo­dów sumo. Wiem, co mówię, w końcu na dzie­cię­cym ciałku to się znam. Nie żebym była spe­cja­listką, jedno dziecko nią nie czyni. W zasa­dzie dwoje czy troje też nie. Trzeba chyba uro­dzić z sie­dem, żeby uznać, że ma się jakąś wie­dzę w kwe­stii macie­rzyń­stwa. Co ozna­cza, że ja spe­cja­listką nie będę. Jedno mi wystar­czy. Kie­dyś, w zamierz­chłych cza­sach przed uro­dze­niem Jaśka, marzy­łam, by prze­żyć coś eks­tre­mal­nego, wdra­pać się na jakiś ośmio­ty­sięcz­nik, pójść samot­nie na camino, zaj­rzeć do czyn­nego wul­kanu, sko­czyć na bun­gee. Oka­zało się, że wobec macie­rzyń­stwa te wszyst­kie eks­tre­malne przy­gody to bułeczka z maseł­kiem. Macie­rzyń­stwo zapew­nia takie skoki adre­na­liny, że trudno to oddać sło­wami. W jed­nej chwili drze­miesz spo­koj­nie, a w kolej­nej pra­wie scho­dzisz na zawał.

Tak jak teraz, gdy ten uro­czy, uśmiech­nięty kościół jest pełen ludzi, któ­rzy przy­szli zoba­czyć, jak dwoje zako­cha­nych ślu­buje sobie miłość, wier­ność i uczci­wość mał­żeń­ską oraz że się nie opusz­czą aż do śmierci, a ja nie umiem się sku­pić na niczym, tylko drę się szep­tem na Rafała:

- Mia­łeś go pil­no­wać!

Szep­tem, żeby nie wzbu­dzić paniki w gościach. Moja mama strasz­nie się przej­muje, gdy się kłó­cimy. Mama Rafała... bądźmy szcze­rzy, naj­chęt­niej pozba­wi­łaby mnie praw rodzi­ciel­skich. W jej opi­nii nie nadaję się ani na matkę, ani na part­nerkę jej syna. Jestem pewna, że ma note­sik, w któ­rym zapi­suje moje wpadki. Pod dzi­siej­szą datą byłby wpis: "Zgu­biła dziecko w kościele poło­żo­nym bli­sko rzeki i ruchli­wej ulicy". Nie myśl o rzece i nie myśl o ruchli­wej ulicy. Widzia­łaś go pięć sekund temu. Musi tu gdzieś być.

Rafał już chce powie­dzieć, że to ja mia­łam pil­no­wać naszego dziecka, gdy coś przy­kuwa jego uwagę. Odsła­nia zasłonkę kon­fe­sjo­nału, a tam stoi sobie Jasiek i dźga paty­kiem tę folię, którą obita jest kratka oddzie­la­jąca grzesz­nika od spo­wied­nika. "Skąd on wziął patyk?", zasta­na­wiam się. I wtedy do mnie dociera, że dobór ozdób do tych małych bukie­ci­ków, któ­rymi ude­ko­ro­wano ławki, nie był naj­for­tun­niej­szy. Powinny być same kwiaty, i to z tych jadal­nych: sto­krotki, bratki i nastur­cja. Poma­lo­wane na nie­bie­sko gałązki przy­kuły uwagę znu­dzo­nego dwu­latka. Dla­tego połowa bukie­ci­ków jest poszar­pana. Zupeł­nie nie wiem, kiedy on to zro­bił, ale zmiął, wymem­łał, potar­mo­sił i zdo­był paty­czek do robie­nia dziu­rek w folii. To się ksiądz spo­wied­nik zdziwi.

Rafał rzuca mi pyta­jące spoj­rze­nie, więc daję mu znak, żeby nie prze­ry­wał Jaś­kowi. Jeśli spró­bu­jemy go odcią­gnąć, ude­rzy w płacz, a my tu mamy ślub do ogar­nię­cia.

Tro­chę trwało, zanim pań­stwo mło­dzi sta­nęli na ślub­nym kobiercu. No ale za chwilę w oto­cze­niu rodziny i przy­ja­ciół powie­dzą sobie sakra­men­talne "tak". Panna młoda długo maru­dziła przy wybo­rze kre­acji. Wbiła sobie do głowy kolor gołębi. Piękny, ale zupeł­nie nie paso­wał do jej kar­na­cji. Wresz­cie tra­fiła na écru, który cudow­nie pod­kre­ślał kolor jej oczu. Jeśli ktoś myśli, że w dzi­siej­szych cza­sach panna młoda może ot tak ruszyć do ołta­rza, to jest w błę­dzie. Suk­nia to dopiero począ­tek wybo­istej drogi poszu­ki­wań, bo prze­cież trzeba do niej dobrać buty, które muszą być zaje­bi­ste i wygodne, dodatki, fry­zurę, bukiet. To wszystko zaj­muje czas, któ­rego młoda, pra­cu­jąca osoba nie ma zbyt wiele. Na swoje szczę­ście ma przy­ja­ciółki, na któ­rych może pole­gać.

- Pil­nuj go, ja muszę już iść do zakry­stii - mówię do Rafała.

Kiwa głową. Dziś jest wyjąt­kowo zgodny. Rozu­mie, jaki to ważny dzień. Osta­tecz­nie, przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie, ślub bie­rze się raz w życiu. Jak to wyj­dzie w prak­tyce, zoba­czymy.

Patrzę na tych wszyst­kich ludzi. Love is in the air, jak śpie­wał Paul Young. I jak za chwilę zaśpiewa zatrud­niona na dziś sopra­nistka. Bo to ślub tra­dy­cyjny, ale z nowo­cze­snymi akcen­tami. Powiem szcze­rze, że dla mnie tro­chę dziwne. Nie myśla­łam, że będzie kościelny.

Wcho­dzę do zakry­stii. Urzę­dują tu moja bab­cia Irenka i Antoni, wcze­śniej znany jako pan Antoni, a teraz w zależ­no­ści od tego, kto mówi, jako dada - to Jasiek, dzia­dek - Rafał, dzia­dek Antoni - to ja, drugi mąż mojej teścio­wej - to mój tata.

- To będzie piękny ślub - szep­cze bab­cia.

- To prawda - przy­ta­kuję.

- Szkoda...

Wiem, co chce powie­dzieć, więc pod­no­szę palec, by dać jej znać, że nie poru­szamy tego tematu.

Bo nie, ja wcale nie żałuję, że to nie jest mój ślub. A sądząc po tym, co się dzieje mię­dzy mną a ojcem mojego dziecka, do zło­że­nia przez nas przy­sięgi mał­żeń­skiej może ni­gdy nie dojść.

- Biorę bukiet i idę. Mło­dzi będą lada chwila.

Bab­cia wzdy­cha roz­ma­rzona.

- Pamię­tasz, Antoni, jak myśmy sobie ślu­bo­wali? Ja pamię­tam jak dziś.

- Bab­ciu, to było w zeszłym roku - przy­po­mi­nam.

- Nie rozu­miem two­jego komen­ta­rza, Karo­lino. Czyli że skoro coś było nie­dawno, to nie mogę tego pamię­tać, czy wła­śnie mogę, bo z moją pamię­cią coś nie tak?

- Nie jestem moim ojcem. Nie każda moja uwaga to zło­śli­wość.

Znowu wzdy­cha, tym razem jest to wes­tchnie­nie czło­wieka, któ­remu na piersi kładą worek kamieni.

- Powiem ci, moje dziecko, że ni­gdy nie zro­zu­miem, dla­czego moja córka mi to zro­biła. Mogła mieć każ­dego, a wyszła wła­śnie za tego... Powie­dzia­ła­bym kogo, ale nie będę grze­szyć w przy­bytku Świę­tej Opatrz­no­ści. Cóż, wszystko jest darem Bożym, złe rze­czy także. Ma mnie to cze­goś nauczyć.

- Ja już naprawdę muszę iść.

Bab­cia chwyta mnie za rękę.

- Tylko obie­caj, że zacho­wasz czuj­ność. Możesz dostać znak, bo modlę się w waszej inten­cji do Świę­tej Joanny Beretty Molli, Świę­tego Anto­niego i oczy­wi­ście Świę­tego Walen­tego.

- A on nie chroni od poda­gry? - pozwa­lam sobie na żart.

- Żaden święty nie ochroni cię przed gnie­wem Bożym, jeśli będziesz bluź­nić w miej­scu świę­tym.

Bab­cia spoj­rze­niem daje mi próbkę tego, z czym będę miała do czy­nie­nia, gdy roz­złosz­czę, kogo nie powin­nam. Opusz­czam głowę i bąkam prze­pro­siny, co natych­miast zmie­nia jej nastrój.

- Tak sta­jemy przy ołta­rzu po kolei, naj­pierw ja, teraz twoi przy­ja­ciele, kolejna para za cztery mie­siące. A ty z Rafa­łem... zwle­ka­cie, choć macie dziecko.

- Zwle­kamy wła­śnie dla­tego, że mamy dziecko. - Chwy­tam bukiet i wycho­dzę.

Czas naj­wyż­szy. Limu­zyna zaje­chała pod kościół. Anka pomaga Kin­dze wysiąść tak, by wyglą­dało to naj­mniej żenu­jąco. Tafty, żor­żety, jedwa­bie, koronki, tiule - w ciągu ostat­niego pół­ro­cza dowie­dzia­łam się wię­cej o tka­ni­nach niż przez całe życie. Podob­nie z tor­tami, zespo­łami muzycz­nymi, limu­zy­nami, kwia­tami. Od chwili gdy Kinga wrzu­ciła na Insta zdję­cie pier­ścionka, aż do dziś łączyła nas gorąca linia, na któ­rej oma­wia­ły­śmy wszystko, dosłow­nie wszystko zwią­zane ze ślu­bem. Dziś to się koń­czy. Będzie mi tego bra­ko­wało. Wpraw­dzie Anka i Tomek mają się pobrać jesie­nią, ale mało praw­do­po­dobne, żebym sta­no­wiła tak istotną część tego przed­się­wzię­cia, jak w przy­padku Kingi. Niby się z Anką pogo­dzi­ły­śmy, ale chyba już ni­gdy nie będzie mię­dzy nami tak jak kie­dyś.

- Karo­lino, czy ty masz łzy w oczach? - pyta Kinga.

- To ze szczę­ścia.

I tro­chę ze smutku. Raz, że jeste­śmy doro­śli, pra­cu­jemy, bie­rzemy śluby, mamy dzieci. To zna­czy ja mam. I to w zasa­dzie główne źró­dło mojego smutku. Bo chcia­ła­bym mieć taki mega­fan­ta­styczny ślub z sopra­nistką i trój­war­stwo­wym tor­tem. Tylko... To skom­pli­ko­wane. Ponie­waż jedyną osobą, z którą aktu­al­nie mogę wziąć ślub, jest Rafał. I jest to też ta osoba, co do któ­rej nie mam pew­no­ści, czy chcę z nią być całe życie. Wiszę więc sobie w dziw­nej prze­strzeni, gdzie suk­ces sta­nowi to, że udało się uśpić dziecko przed dwu­dzie­stą trze­cią, jak piłeczka odbi­ja­jąc się od spraw waż­nych, prze­kła­da­jąc decy­zje na póź­niej, które może ni­gdy nie nadejść. Mało pew­no­ści, dużo wąt­pli­wo­ści, tak bym opi­sała moją codzien­ność.

- Te kwiaty wyglą­dają ina­czej niż te, które zama­wia­łam. - Kinga badaw­czo przy­gląda się bukie­towi.

- To są dokład­nie te same kwiaty. Jesteś zde­ner­wo­wana.

- To są mar­ge­rytki? - upew­nia się Kinga, a ja już wiem, że nawa­li­łam.

- Oczy­wi­ście - potwier­dzam. Teraz rozu­miem zdzi­wie­nie flo­rystki. Tyle że ja się upie­ra­łam, a ona ustą­piła, bo w końcu to nie jej ślub. Chce ktoś aksa­mitki, to będzie miał aksa­mitki. - Poma­rań­czowe jak słońce. Sym­bol miło­ści.

Anka patrzy na mnie tak, że policzki mi płoną.

- Chodźmy już - mówi. A w jej gło­sie sły­szę: "Tej pani za pomoc w orga­ni­za­cji ślubu już dzię­ku­jemy" i jesz­cze: "Tu mi kak­tus wyro­śnie, zanim popro­szę cię o pomoc".

Robię minę, z któ­rej ma odczy­tać, że wcale a wcale nie zależy mi, żeby jej poma­gać. Mam swoje życie do ogar­nię­cia. Kinga to co innego. W zasa­dzie Pio­trek to co innego. To z jego powodu tak się zaan­ga­żo­wa­łam, bo to mój naj­lep­szy przy­ja­ciel i chcia­łam, żeby mieli wszystko per­fek­cyj­nie. Tomek jest bogaty i może wyna­jąć wed­ding plan­nerkę.

- Okrop­nie jestem zde­ner­wo­wana - mówi Kinga. - I nie­zmier­nie się cie­szę. To naj­wspa­nial­szy dzień w moim życiu.

Uśmie­cham się. A potem zer­kam w stronę kon­fe­sjo­nału. Rafał unosi kciuk. Wszystko pod kon­trolą. Super.

"Co ty, Kiniu, możesz wie­dzieć o naj­wspa­nial­szym dniu w życiu?", myślę. Gło­śno tego nie powiem. Uro­dzi, to zro­zu­mie.

Całą cere­mo­nię prze­pła­ka­łam. Dobrze, że uży­łam wodo­od­por­nych kosme­ty­ków, serce tak dora­dziło, choć roz­są­dek mówił: "No co ty, Karo­lina, nie będziesz ryczała". Ale w głębi serca jestem nie­po­prawną roman­tyczką. I kiedy Kinga i Pio­trek sta­nęli naprze­ciwko sie­bie, a w oczach mieli tyle praw­dzi­wej miło­ści, pomy­śla­łam: "Jam to, nie chwa­ląc się, uczy­niła". Wiem, że ory­gi­nal­nie ten tekst pada w mocno dra­ma­tycz­nych oko­licz­no­ściach, no ale tam też wszystko koń­czy się ślu­bem.

Wcze­śniej Anka prze­czy­tała frag­ment z Biblii. Kinga wybrała inny niż wszy­scy, nie ten o miło­ści cier­pli­wej, tylko coś ze Sta­rego Testa­mentu, o parze radu­ją­cej się wese­lem. Nie zna­łam tego urywka. No ale Kinga została panią dok­to­rantką filo­lo­gii pol­skiej, więc tajem­nice tek­stów nie były jej obce. Tak jak mnie nie były obce składy che­miczne kosme­ty­ków dzie­cię­cych. I ow­szem, nie znaj­do­wało się tam nic strasz­nego, ale też nic jadal­nego. A Jasiek raz wci­snął sobie do buzi krem do sma­ro­wa­nia tyłka. Do dziś nie wiem, jak on to zro­bił. Odło­ży­łam tubkę poza zasięg lep­kich łapek i patrzy­łam na małego dra­nia. Tyle że patrze­nie nic nie daje. On zawsze znaj­dzie lukę w sys­te­mie i wyko­rzy­sta ją, by tar­gnąć się na swoje zdro­wie.

Ksiądz ogła­sza, że są teraz mężem i żoną. Dwójka moich naj­lep­szych przy­ja­ciół stała się mał­żeń­stwem. Tylko głaz nie lałby łez w tak wzru­sza­ją­cych oko­licz­no­ściach.

- Pła­ka­łaś - stwier­dza Rafał, gdy do niego pod­cho­dzę. Sie­dzi w bocz­nej nawie ze śpią­cym Jaś­kiem na kola­nach.

- Troszkę się wzru­szy­łam.

- Nie tak troszkę.

No i czemu on się cze­pia?

- Nie można się wzru­szyć na ślu­bie przy­ja­ciół?

- Czy ja coś mówię?

Nie, jasne, że nie. Tylko to "Pła­ka­łaś" zabrzmiało tak, jak­byś miał pre­ten­sje. Tym samym tonem mogłeś powie­dzieć: "Kra­dłaś".

- Jedźmy już.

Rafał pod­nosi się bez trudu, choć Jasiek już swoje waży. W tych książ­kach o przy­go­to­wy­wa­niu się do macie­rzyń­stwa powinny być roz­działy o siłowni. Coś w stylu: "Poślij swo­jego faceta, niech wyci­ska, sobie kup kar­net, bo nie wydo­lisz. Gdy dziecko się rodzi, waży cztery kilo­gramy i to niby nic, bo jest malut­kie, ale szybko rośnie i ani się obej­rzysz, a z czte­rech robi się dycha. Weź sobie dzie­sięć kilo cukru i ponoś wie­czo­rem po miesz­ka­niu, tak ze dwie godziny, bo tyle mini­mal­nie trwa usy­pia­nie i musi się odby­wać u mamusi na rącz­kach, ina­czej jest płacz, a zro­zu­miesz, że siłow­nia jest ci nie­zbędna. I two­jemu chłopu rów­nież". Nie­stety, nikt nie udziela takich rad. Dobrze, że Rafał ma dziadka, który posiada ogród i któ­remu trzeba poma­gać. Nosze­nie wor­ków z tor­fem odkwa­szo­nym fizycz­nie przy­go­to­wało mojego part­nera do tacie­rzyń­stwa.

Tak wła­śnie o nim mówię. Mój part­ner. Cho­ciaż tak naprawdę nasz układ mało ma wspól­nego z part­nerstwem. Tyle że trudno zna­leźć odpo­wied­nie okre­śle­nie, bo na "mój chło­pak" jeste­śmy zbyt doro­śli, a "ojciec mojego dziecka" nie­sie w sobie zbyt wielki dystans. Nie jeste­śmy aż tak daleko od sie­bie.

Tyle że nie bar­dzo czuję, aby­śmy byli bli­sko. Kiedy powie­dzia­łam o tym mamie, bo chcia­łam usły­szeć kilka cie­płych słów wspar­cia, zebra­łam repry­mendę. Serio. Dowie­dzia­łam się, że nie mam powodu do narze­ka­nia, bo Rafał bar­dzo się anga­żuje. Ojciec nie spę­dzał ze mną nawet jed­nej trze­ciej czasu, jaki Jasiek dostaje od swo­jego taty. I jesz­cze, że Rafał bar­dzo nas oboje kocha, to widać. Dba o rodzinę, jest odpo­wie­dzialny. Zwy­kle ludzie mają tro­chę czasu na dotar­cie się, zanim w ich związku poja­wia się dziecko. U nas jest ina­czej, bo tak nie­for­tun­nie wyszło, więc muszę być cier­pliwa. Wszystko się ułoży. Dla mnie to zabrzmiało mniej wię­cej tak: "Poszłaś z nim do łóżka, zaszłaś w ciążę i czego się spo­dzie­wa­łaś? I tak masz szczę­ście, że cię chce, bo mógł się wypiąć. Kąpie małego, usy­pia, zabiera na spa­cery. Czego chcesz wię­cej? Ja musia­łam wszystko robić sama, a jak mąż wra­cał, to obiad z dwóch dań miał stać na stole. Nie narze­kam, to były inne czasy. Ale w porów­na­niu z tym, co ja prze­ży­łam, u cie­bie są luk­susy, więc doceń". Nic nie mówię, choć powin­nam, bo nie wiem, skąd jej się ten obiad z dwóch dań wziął. Przez lata opo­wia­dała, jak to ona za mną roz­wrzesz­czaną bie­gała wokół osie­dla, bo nie chcia­łam zasnąć, a w domu nie­po­sprzą­tane, nie­wy­prane, tato wra­cał z pracy i wszystko ogar­niał, a potem ganiał ze mną, a mama odsy­piała, bo wia­domo, że w nocy też nie dawa­łam odpo­cząć. Widocz­nie w tak zwa­nym mię­dzy­cza­sie coś się pozmie­niało we wspo­mnie­niach i teraz te, w któ­rych ojciec jest faj­nym tatą, nie pasują do MMM, czyli Matki Mów Moty­wa­cyj­nych. Tak, stwo­rzy­łam spe­cjalny skrót, bo tyle tego usły­sza­łam w ciągu ostat­nich dwóch lat. Rozu­miem, że mama chce pomóc, ale słabo jej to wycho­dzi. Już wolę bab­cię i jej porady. "Masz zapa­le­nie piersi, skar­bie? Nic się nie martw. Pomódl się do Świę­tej Agaty i zaraz ci przej­dzie". Oczy­wi­ście nie prze­cho­dzi, ale bab­cia przy­naj­mniej nie twier­dzi, że to moja wina, bo coś zro­bi­łam źle, a tak w ogóle to nie powin­nam narze­kać, bo za jej cza­sów macie­rzyń­stwo było praw­dzi­wym wyzwa­niem, nie to, co teraz, jed­no­ra­zowe pie­lu­chy, szkoły rodze­nia, a zakupy kurier przy­nosi pod drzwi. Daw­niej kiedy ktoś chciał mieć pie­luszkę, musiał kro­sna do domu przy­tasz­czyć i sobie utkać, a i to jedy­nie wtedy, kiedy miał zna­jo­mo­ści, a te kro­sna to poży­czali wcale nie na długo, bo kolejka, tylko na jedną noc. I się tkało, a potem czło­wiek sza­no­wał tę pie­lu­chę, bo miał jedną na trzy lata. Na szczę­ście bab­cia tego nie mówi. Wie, że ja wiem, że w cza­sach jej mło­do­ści było trud­niej ze wszyst­kim, nie tylko z macie­rzyń­stwem. Kiedy się uro­dzi­łam, także było trud­niej niż teraz. Tyle że macie­rzyń­stwo to nie jest kwe­stia pie­luch, zaba­wek czy jedze­nia w sło­iczku. To te cią­głe myśli, żeby nie skrzyw­dzić, dopil­no­wać, dobrze wycho­wać i jesz­cze żeby nie zacho­ro­wało. I w tej spra­wie nic się nie zmie­nia. Bab­cia o mamę, mama o mnie, ja o Jaśka - wszyst­kie zamar­twiamy się tak samo. Można by to zro­zu­mieć, nie? Nie­stety, mama ma z tym pewne trud­no­ści. A jesz­cze więk­sze trud­no­ści ze zro­zu­mie­niem, że ja naprawdę robię, co mogę, ma mama Rafała. Ale nie będę o tym myśleć na ślu­bie i weselu moich naj­lep­szych przy­ja­ciół. Żad­nych smut­nych myśli. To posta­no­wione.

Doje­cha­li­śmy do domu wesel­nego i jeste­śmy świad­kami tra­dy­cyj­nego powi­ta­nia chle­bem i solą. Potem Pio­trek prze­nosi Kingę przez próg przy wtó­rze "Gorzko, gorzko". On to musi ją bar­dzo kochać, skoro godzi się na to wszystko. Nie­któ­rzy to mają szczę­ście. Gdy­bym zapro­po­no­wała Rafa­łowi, żeby mnie pod­niósł, toby spoj­rzał na mnie wymow­nie. "A pomy­śla­łaś o moim krę­go­słu­pie?", mówiłby jego wzrok. I miałby rację. W ciąży uty­łam. Wszy­scy mówili, żeby się tym nie mar­twić, bo będę kar­miła pier­sią i szybko zrzucę. Począt­kowo wyglą­dało na to, że mają rację, ale coś poszło nie tak. Zamiast chud­nąć, zaczę­łam tyć. No i teraz mam dzie­sięć kilo nad­wagi. "Zrób coś ze sobą", wydają się mówić wszy­scy, któ­rzy na mnie patrzą. Okej, tylko jesz­cze powiedz­cie co. Bo jeśli cho­dzi o ruch, to zapew­niam, że od pią­tej do dwu­dzie­stej trze­ciej jestem na nogach. Dziecko, dom i uczel­nia spra­wiają, że nie mam kiedy usiąść. Zwłasz­cza dziecko. Jeżeli zaś cho­dzi o dietę, to na sto pro­cent mam defi­cyt kalo­ryczny. Są dni, kiedy leżąc w łóżku, uświa­da­miam sobie, że wszystko, co zja­dłam, to wzgar­dzony przez Jaśka kawa­łek banana. I ow­szem, jestem głodna, ale jestem też zmę­czona, poza tym ist­nieje ryzyko, że dźwięk, jaki wydają drzwi lodówki pod­czas zamy­ka­nia, obu­dzi dziecko i będzie cze­kać mnie kolejna godzina usy­pia­nia, więc wybie­ram pozo­sta­nie w łóżku z pustym żołąd­kiem. Bab­cia by to nazwała postem i pew­nie mia­łaby rację. Poszczę w słusz­nej spra­wie powrotu do bycia hot laską. Tyle że nie bar­dzo mi idzie. Przed tym ślu­bem, gdy szu­ka­łam sukienki dla sie­bie, roz­ry­cza­łam się w prze­bie­ralni. Nic na mnie nie paso­wało, we wszyst­kim wyglą­da­łam jak kasza­lot. Mama mówi, że Rafał patrzy na mnie z miło­ścią, ale co ona tam wie. Nie jestem tą śliczną, szczu­płą dziew­czyną, którą poznał. I pomy­śleć, że wtedy myśla­łam o sobie, że mam nad­wagę! Teraz to mam nad­wagę, wów­czas byłam szczu­plutka, mia­łam piękne dłu­gie włosy, które musia­łam ściąć. Jedyny plus, że Jaśka udało się odsta­wić, więc przy­naj­mniej już nie śmier­dzę jak lodówka w aka­de­miku.

- Wszystko dobrze? - pyta Rafał.

- Jasne.

- Dzia­dek weź­mie Jaśka, a my tro­chę potań­czymy. Co ty na to?

Godzinę tań­ców póź­niej mam wąt­pli­wo­ści, czy to była dobra decy­zja. Jasiek jest czarny. Jego biała twa­rzyczka, jasne wło­ski i ten piękny malu­teńki gar­ni­tu­rek, który mu kupi­łam spe­cjal­nie na tę oka­zję, są pokryte grubą war­stwą błota. Skąd on wziął to błoto? Mamy wyjąt­kowo upalny lipiec, a na doda­tek od trzech tygo­dni nie spa­dła kro­pla desz­czu. Wszy­scy narze­kają na suszę, a moje dziecko zdo­łało zna­leźć miej­sce zasobne w roz­mię­kłą zie­mię.

- No ja nie pomy­śla­łem - mówi dzia­dek Antoni. Zupeł­nie nie­po­trzeb­nie, bo prze­cież widać, że nie pomy­ślał.

Zapew­niam, że nic się nie stało. Lista moich oso­bi­stych wpa­dek jest tak długa, że mogła­bym się nią owi­nąć w pasie trzy­krot­nie. Cho­ciaż teraz to wła­ści­wie nic innego nie robię, tylko myślę. Patrzę na świat nie po to, by się zachwy­cać jego pięk­nem, lecz by oce­niać zagro­że­nia dla życia i zdro­wia dwu­latka. Zanim uro­dził się Jasiek, byłam prze­ko­nana, że kar­to­nowe pudełko nie jest niczym innym jak pudeł­kiem. Teraz wiem, że można zjeść spore jego frag­menty. Można je wło­żyć sobie na głowę i idąc w ten spo­sób, roz­ciąć łuk brwiowy o futrynę. Nie­stety, w tym wypa­try­wa­niu zagro­żeń jestem, jeśli nie liczyć Włodka, osa­mot­niona. Pozo­stali człon­ko­wie rodziny wydają się impre­gno­wani na wie­dzę, jaką pró­buję im prze­ka­zać. A jak to się koń­czy? Wła­śnie tak.

- Nic się nie stało - powta­rzam, bo dzia­dek Antoni wygląda wyjąt­kowo żało­śnie. Prze­cież nie zro­bił tego spe­cjal­nie. Po pro­stu nie nadaje się do pil­no­wa­nia dziecka. Po to jest z nami mama Rafała. To ona miała się zająć Jaś­kiem.

- Pew­nie, że nic - potwier­dza ze śmie­chem Rafał. - Wezmę małego do miesz­ka­nia two­ich rodzi­ców i tro­chę opłu­czę.

Super. A ja zostanę sama na weselu.

- A twoja mama? - przy­po­mi­nam, bo sama to zapro­po­no­wała. Mówiła, że należy nam się odro­bina zabawy. A ja, głu­pia, się zgo­dzi­łam.

- Coś pil­nego jej wysko­czyło. Musiała wra­cać.

Jasne. To było do prze­wi­dze­nia. Jej sprawy są zawsze waż­niej­sze i pil­niej­sze od moich.

- Sama go zapro­wa­dzę. To trzeba zaprać. - Tak naprawdę to nie jestem już w nastroju na wesele. Chcę być gdzieś sama i móc popła­kać.

Rafał zacho­wuje się tak, jakby nie sły­szał moich słów. Wyciera Jaś­kowi buzię i bie­rze go za rączkę.

- To kawa­łek drogi. Pie­chotą będzie dłu­żej, pod­jadę raz-dwa. O co cho­dzi z tym zapra­niem? Prze­cież mogę.

Cho­dzi o to, że chcę stąd uciec. Byłam szczę­śliwa, a teraz jestem smutna.

- To pojedźmy razem - mówię.

- Nie ma sensu, żeby­śmy jechali we dwoje. Poza tym musisz tu być, to wesele Piotrka i Kingi. Masz się bawić.

Poprawka. Mia­łam się bawić, ale twoja mama wszystko popsuła. Bar­dzo jej ode mnie podzię­kuj. Nie mówię tego, choć mam ochotę. Buzuje we mnie i boję się, że wybuchnę. Nie chcę się kłó­cić z Rafa­łem, bo zde­cy­do­wa­nie zbyt czę­sto to robimy. Cza­sem odno­szę wra­że­nie, że nasze jedyne nor­malne roz­mowy miały miej­sce pod­czas wyjazdu w góry, kiedy się pozna­li­śmy. A to było przed stu laty, w zupeł­nie innej epoce, która nie nazy­wała się ani związ­kiem, ani rodzi­ciel­stwem.

- A co wy tu tak sto­icie? - pyta moja bab­cia.

Antoni wska­zuje na Jaśka.

- No i co? - Bab­cia nie rozu­mie.

- Bo on tak tro­chę... i Karo­lina chce zaprać... umyć może...

Bab­cia wzdy­cha, wyciąga z torebki chustkę do nosa, na któ­rej widok jakiś muze­al­nik na pewno dostałby pal­pi­ta­cji serca z eks­cy­ta­cji, bo ten przed­miot ma pra­wie sto lat i jest przy­kła­dem zaawan­so­wa­nia tech­no­lo­gicz­nego małych manu­fak­tur tkac­kich w Gór­nych Łuży­cach czy jakoś tak. Wyciera nią twarz swo­jego pra­wnuka. Popra­wia ręka­wem żakietu. Patrzy na dzieło.

- No, i dobrze jest. Z wło­sów się wykru­szy, jak wyschnie.

- A ubranko? - pyta dzia­dek Antoni, wpa­trzony w bab­cię z miło­ścią i podzi­wem.

- Gdzie on w tym jesz­cze pój­dzie? - Bab­cia wzru­sza ramio­nami. - I tak zaraz wyro­śnie. Chodź, skar­bie, z bab­cią. Bab­cia da cia­steczko. - I pio­ru­nuje mnie wzro­kiem, żebym przy­pad­kiem nie spró­bo­wała opo­no­wać.

Nic nie mówię. Bo też nie mam nic do powie­dze­nia. Choćby nie wiem co bab­cia i tak zrobi po swo­jemu. Pod tym wzglę­dem niczym się nie różni od Jaśka.

- To nie miej­sce dla dziecka. On się tu nudzi. Wezmę go na spa­ce­rek.

Kiwam głową, że dobrze, niech bab­cia go weź­mie. Każdy z moich bli­skich ma odmienne podej­ście opie­kuń­czo-wycho­waw­cze. Bab­cia to typ piel­grzym­kowy, opie­ra­jący się na cho­dze­niu do kapliczki, do krzy­żyka, do kościółka i tak w kółko, i wie­rze, że cukier krzepi. Moja mama nato­miast uważa, że dziecko powinno być zaba­wiane. Dla­tego gdy to jej przy­pada w udziale zaj­mo­wa­nie się Jaś­kiem, odpala śpiew, taniec i małe formy teatralne. Krówkę robi tak, że Sta­ni­sław­ski pła­kałby ze wzru­sze­nia. Mama rów­nież jest #Team­Cu­kier, głę­boko prze­ko­nana, że droga do serca męż­czy­zny wie­dzie przez żołą­dek, nawet jeśli ten męż­czy­zna ma dwa lata. Mój tato uznaje metody wal­dor­fskie. "Dzia­dek tu sobie pospawa zawias, a ty siedź i patrz, może się cze­goś nauczysz". Potem ja trzy dni nie śpię, bo Jasiek, ow­szem, naśla­duje. Dzia­dek Antoni zacho­wuje się tak jak Bro­ni­sław Mali­now­ski na wyspach zachod­niego Pacy­fiku - obser­wo­wać, nie inge­ro­wać. Mama Rafała wie­rzy w edu­ka­cję, dla­tego kupuje Jaś­kowi zeszyty do kali­gra­fii i ocze­kuje cudów.

Jedyne solidne wspar­cie mam we Włodku, który jest z nami od początku, więc wie, kiedy obser­wo­wać, a kiedy sty­mu­lo­wać. Gdyby nie on, to nie mam poję­cia, co bym zro­biła.

Z zamy­śle­nia wyrywa mnie Rafał.

- Nie przy­szli­śmy tu po to, by stać - mówi, obej­muje mnie i pro­wa­dzi na par­kiet.

"I żad­nych ani­ma­to­rów, zabaw, rzu­ca­nia muszką", zastrze­gła Kinga. "Nie jeste­śmy przed­szko­la­kami, żeby nam ktoś czas orga­ni­zo­wał. Będziemy tań­czyć, tań­czyć i jesz­cze raz tań­czyć".

No i tań­czymy. Skoczne rytmy się skoń­czyły i lecą wolne kawałki. Rafał obej­muje mnie mocno, opiera brodę o moją głowę. Jeste­śmy bli­sko, tak bli­sko. Czuję się kobietą. Nie doce­nia­łam tego, jak ważne jest się nią czuć, a teraz mikro­se­kundy kobie­co­ści zda­rzają się wyjąt­kowo rzadko. Zdo­mi­no­wało mnie macie­rzyń­stwo. Wciąż sły­szę: "Teraz, kiedy jesteś matką". Wszy­scy wła­śnie ją we mnie widzą. Prze­sta­łam być córką, wnuczką, kole­żanką, uko­chaną, kobietą, stu­dentką, pra­cow­nicą. Sta­łam się matką. I jasne, kocham to. Ale też cza­sem nie­na­wi­dzę. Chcia­ła­bym wyje­chać ze swo­jego życia na tydzień, prze­my­śleć sobie i poukła­dać to wszystko, z czym się bory­kam, ale to nie­moż­liwe.

- Chyba ci tego jesz­cze nie powie­dzia­łem - mówi Rafał wprost do mojego ucha, bo muzyka jest bar­dzo gło­śna - ale pięk­nie dziś wyglą­dasz.

Muska mój poli­czek ustami. Widać jemu rów­nież udzie­lił się roman­tyczny nastrój. Przy­tu­lam się do niego, bo czuję, że jeste­śmy tą parą z gór - mło­dzi, szczę­śliwi, zafa­scy­no­wani sobą.

- Ty też świet­nie wyglą­dasz, przy­stoj­niaku.

Otu­lają mnie ramiona Rafała i muzyka. Jest dobrze. Mam ładny maki­jaż i fajną fry­zurę. Dłu­gie włosy są prze­re­kla­mo­wane. Krót­kie są naprawdę sexy. No i udało mi się kupić sukienkę, w któ­rej nie wyglą­dam jak kar­to­fle w worku.

Czego można chcieć wię­cej?

Może tego, by twoje dziecko nie zaczęło się drzeć jak czę­sto wspo­mi­nana przez bab­cię dusza czyść­cowa. Znam ten krzyk i wiem, że ozna­cza on jedno: "Gdzie, u licha cięż­kiego, jest moja mamu­sia? Dawać ją natych­miast!".

- Nasz syn mnie potrze­buje.

Rafał wzdy­cha. Wie, że tak wła­śnie jest. Nikt nie utuli Jaśka, gdy ten wrzesz­czy w ten spo­sób, tylko ja.

- Iść z tobą?

- Pocze­kaj, zaraz wrócę - mówię, choć oba­wiam się, że może być ina­czej.

Rozdział drugi. Honeymoon

Roz­dział drugi

Honey­moon

Nie mogę zadzwo­nić do Kingi, która jest w poło­wie drogi na Gren­lan­dię, dokąd udali się w podróż poślubną. Nie do końca rozu­mia­łam, dla­czego ze wszyst­kich miejsc na Ziemi wybrali wła­śnie to.

- Bo chcemy ją zoba­czyć, bo nie będzie upa­łów, bo nikt tam nie jeź­dzi i wyobra­żamy sobie zasko na twa­rzach ludzi, któ­rym powiemy, że czas po ślu­bie spę­dzi­li­śmy, oglą­da­jąc Gren­lan­dię - tłu­ma­czyła. - A ty dokąd chcia­ła­byś poje­chać?

- Do Paryża - odpo­wie­dzia­łam bez zasta­no­wie­nia.

- No tak! - Kinga się roze­śmiała. - Rozu­miem.

Tak naprawdę nie rozu­miała. W Paryżu jest Disney­land i Jasiek na pewno świet­nie by się tam bawił. Wiem, że podróż poślubna jest dla nowo­żeń­ców, ale my jeste­śmy też rodzi­cami i nie wyobra­żam sobie, byśmy poje­chali dokądś na dłu­żej bez Jaśka.

Prze­glą­dam zdję­cia na Insta, które potwier­dzają, że to był piękny ślub i megau­dane wesele. Czuję radość, bo to wszystko po czę­ści moja zasługa, i smu­tek. Nie, może nie smu­tek, bar­dziej nostal­gię. Chcia­ła­bym z kimś poga­dać, ale prze­cież nie zadzwo­nię do Kingi, która jest teraz na kopen­ha­skim lot­ni­sku. Patrzę na Jaśka, który wkłada klo­cuszki do gar­nuszka, zupeł­nie igno­ru­jąc zale­ce­nia pro­du­centa, by dopa­so­wy­wać kształt klocka do otworu. No a w zasa­dzie dla­czego nie igno­ro­wać, skoro bokiem wcho­dzi, trój­kąt mie­ści się we wszyst­kie dziurki i tylko z gwiazdką są pro­blemy, ale przy odro­bi­nie deter­mi­na­cji da się ją wepchnąć w miej­sce koła. Mam jakieś sie­dem i pół do dzie­wię­ciu minut. Się­gam po tele­fon i piszę do Anki: "Oglą­dam zdję­cia. Super­ślub". Natych­miast poka­zują się kropki. Gapię się w nie jak urze­czona, z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­jąc, co napi­sze. I nic. Czuję roz­cza­ro­wa­nie. Wtedy odzywa się tele­fon.

- Pomy­śla­łam, że co ja będę pisać. Super było. Dawno się tak nie wytań­czy­łam. Szkoda, że wyszłaś tak wcze­śnie.

- Tego nie było w pla­nach. - Wzdy­cham. - Zabra­łam Jaśka do miesz­ka­nia rodzi­ców, uśpi­łam i sama zasnę­łam.

- A teściowa nie miała ci pomóc?

- Wszy­scy mieli mi pomóc - mówię z gory­czą, która nawet mnie dziwi. - I wyszło jak zawsze. - Czuję gulę w krtani. - Sorry, nie mogę teraz roz­ma­wiać. - Roz­łą­czam się i pła­czę.

Długo pła­czę. Plu­sem bycia samą z dwu­lat­kiem jest to, że on jesz­cze nie wszystko rozu­mie. Ow­szem, zda­rza się, że zoba­czy mnie zapła­kaną i wtedy zrobi smutną minę albo mocno przy­tuli, ale jeśli stanę przy zle­wie, uda­jąc, że zmy­wam, to nie wie, co niżej znów sie dzieje. Mogę też odwró­cić jego uwagę maza­kiem. Gdy maże po kart­kach, to się w tym zatraca i nie zwraca uwagi na to, co się dzieje dookoła. Wów­czas matka może sobie spo­koj­nie popła­kać.

- Wszystko w porządku? - pyta Rafał po powro­cie z pracy.

- Czemu pytasz?

- Wyglą­dasz, jak­byś pła­kała.

- Nie pła­ka­łam - kła­mię.

Gdy­bym się przy­znała, musia­ła­bym podać powód. I jak znam życie, roz­mowa poto­czy­łaby się nie tak, jak bym tego ocze­ki­wała. Wyszłoby na to, że mam pre­ten­sje do jego mamy. "Jak zawsze". Nie mam pre­ten­sji. Po pro­stu nie powinna była się dekla­ro­wać. Moja mama ofe­ro­wała opiekę na cały dzień i całą noc. To byłaby naj­lep­sza opcja, ale w mamie Rafała ode­zwała się zazdrość, bo ona uważa, że fawo­ry­zuję moich rodzi­ców. "Prze­cież ja mam czas, mogę pomóc", tak powie­działa, a Rafał oczy­wi­ście nie potra­fił jej odmó­wić. I jak to się skoń­czyło? Winą za wszystko, rów­nież za to, że sam się bawił na weselu mojej BFF, obar­czono mnie. Po co więc roz­ma­wiać?

- Zjem coś i zdrzemnę się godzinkę, bo w pracy było chu­jowo.

- Nie przy dziecku - rzu­cam gło­sem andro­ida.

- Prze­cież i tak nie rozu­mie.

- To, że nie­wiele mówi, nie zna­czy, że nie rozu­mie. Kom­pe­ten­cje języ­kowe dwu­let­niego dziecka są impo­nu­jące - przy­ta­czam z pamięci zda­nia z arty­kułu na temat mowy u dzieci, który nie­dawno czy­ta­łam, zanie­po­ko­jona Jaś­ko­wym bra­kiem postę­pów w porozu­miewaniu się. Póź­niej się oka­zało, że postępy robi, tyle że nie uważa za sto­sowne poin­for­mo­wać o tym wła­snej matki.

- Okej, prze­ko­na­łaś mnie - prze­rywa mi Rafał, jak zawsze nie­za­in­te­re­so­wany.

Tuż po naro­dzi­nach Jasia był bar­dziej zaan­ga­żo­wany. Teraz zacho­wuje się tak, jakby cier­pli­wie cze­kał na ten moment, gdy będą mogli pójść na rowery albo kopać piłkę. Odwie­sza mary­narkę i idzie pod prysz­nic. Chcia­ła­bym mu powie­dzieć, że ja też mam pracę. Pró­buję ją łączyć z wycho­wy­wa­niem dziecka i jest to mega­trudne. Na doda­tek Wło­dek, wujek Rafała, od któ­rego wynaj­mu­jemy miesz­ka­nie na pię­trze jego domu, wyje­chał na lato do córki. Wie­dzia­łam, że będzie mi bez niego trudno, ale nie myśla­łam, że aż tak. No ale to jego córka, ma prawo, dawno się nie widzieli i tak dalej. Chcia­łam się posta­rać na ten okres o miej­sce w żłobku dla Jaśka, ale moja teściowa zaopo­no­wała. Nie pozwoli, by jej wnuk spę­dzał czas w prze­cho­walni. W jakiej prze­cho­walni? Pry­watny żło­bek. Wiele osób zabiera dzieci na lato, więc były miej­sca. Prze­cież to kilka godzin, i to nie codzien­nie. Socja­li­za­cja także jest ważna. Jasiek cał­kiem dobrze odnaj­duje się wśród innych malu­chów. No ale nie, a mój part­ner poparł swoją matkę. Jak zwy­kle. Raz jej się posta­wił, kiedy zażą­dała badań gene­tycz­nych. Teraz za każ­dym razem, gdy teściowa mówi: "Ależ Jasiek jest podobny do Rafała", ja odpo­wia­dam: "No nie wiem, może zróbmy testy gene­tyczne". Ona udaje, że żar­to­wa­łam, i się śmieje, by pod­kre­ślić, jaka to ja zabawna dow­cip­ni­sia jestem. Też się śmieję, choć do rado­ści mi daleko.

Z zamy­śle­nia wyrywa mnie dzwo­nek. Idę otwo­rzyć. Jasiek oczy­wi­ście ze mną. W drzwiach staje Anka.

- Jaki on słodki. - Wyciąga ręce, a mały po chwili waha­nia daje się pod­nieść. Dziwi mnie to, bo ze wszyst­kich zna­jo­mych doro­słych ją widuje naj­rza­dziej, a cza­sem nawet babci nie pozwala na taką czu­łość. Trudno roz­k­mi­nić humory dwu­latka. - Patrz, co cio­cia przy­nio­sła. - Anka wyciąga z torebki czer­wony drew­niany wóz stra­żacki. - Ma ate­sty - mówi do mnie.

- Dzięki!

Jasiek już jeź­dzi po pod­ło­dze.

- Rafał w domu?

- Wła­śnie wró­cił.

- To super.

- Bie­rze prysz­nic.

- Pro­po­nu­jesz, bym do niego dołą­czyła? - To ma być żart, ale mnie nie do śmie­chu, Anka to widzi. - Prze­pra­szam.

Kiwam głową, że nie ma sprawy, ale robi się jakoś sztywno. Pytam, czy napije się her­baty. Anka odma­wia.

Rafał chyba usły­szał roz­mowę, bo na szczę­ście nie wycho­dzi w ręcz­niku, tylko w dre­sach i T-shir­cie.

- Słu­chaj, Rafał, jest sprawa. Muszę zabrać Karo­linę na dwie, trzy godzinki. Dasz radę sam?

Jasne, że da. W końcu jest ojcem tego dziecka, praw­dzi­wym face­tem, który spło­dził syna, myśli o domu i być może kie­dyś posa­dzi drzewo.

Nie bar­dzo rozu­miem, czego Anka tak nagle może ode mnie potrze­bo­wać, ale zga­dzam się z nią iść. Gdy zmie­niam szare dresy w czer­wone mar­chew­kowe maziaje na coś wyj­ścio­wego, myślę sobie, że może cho­dzi o ślub. Może coś trzeba roz­li­czyć, coś nie­za­pła­cone. A może Rafał, gdy został sam, z kimś flir­to­wał? Na sto pro flir­to­wał, widzia­łam zdję­cia. Może tam się stało coś wię­cej i Anka chce mi o tym powie­dzieć?

- O co cho­dzi? - pytam, kiedy prze­kra­czamy próg grec­kiej knajpki. Anka bar­dzo lubi to miej­sce, ja tak sobie.

- O to, że doro­śli ludzie cza­sem muszą pobyć w towa­rzy­stwie innych doro­słych ludzi. - Sia­damy przy sto­liku. - Pła­ka­łaś dziś. Wiem prze­cież - ucina moją próbę zaprze­cze­nia.

- Chyba zeszło ze mnie całe to napię­cie zwią­zane ze ślu­bem.

Anka nie wygląda na prze­ko­naną.

- Stre­so­wa­łam się.

- Kinga nie powinna była cię tym obar­czać.

- Sama chcia­łam.

- Ty to chcia­łaś się poczuć ważna i doce­niona.

Nie wie­rzę wła­snym uszom. Wycią­gnęła mnie z domu, by mówić mi takie rze­czy.

- Miłe to nie było.

- Miłe może i nie, ale przy­naj­mniej szczere. Przy­ja­ciółki są od tego, by mówić prawdę w oczy.

- W takim razie dzię­kuję za szcze­rość, ale chyba już pójdę, bo wię­cej nie zniosę. - Pod­no­szę się, a Anka chwyta mnie za rękę.

- Prze­pra­szam, Karo­lina. Nie tak miała wyglą­dać ta roz­mowa.

- A jak? - Wciąż nie zde­cy­do­wa­łam, czy wycho­dzę, czy zostaję.

- Nor­mal­nie. Jak kie­dyś. Znamy się tyle lat. To Kinga do nas dołą­czyła, a teraz jest tak, że gdyby nie ona, to w zasa­dzie nie mia­ły­by­śmy kon­taktu. Wiem, bywam okropna, ty też masz wady, ale kie­dyś nam to nie prze­szka­dzało, a teraz przy byle oka­zji bie­rzemy się za łby.

Jed­nak sia­dam.

- Co się z nami stało? - pytam.

Anka wzru­sza ramio­nami. Pod­cho­dzi kel­nerka i przyj­muje nasze zamó­wie­nie.

- Czy ty możesz pić? - Anka patrzy wymow­nie na moje piersi.

- Tak. Zakoń­czy­łam pro­duk­cję dwa mie­siące temu.

- Kar­mi­łaś go pra­wie dwa lata? - dziwi się chwilę po tym, jak zamó­wiła butelkę wina.

- Wydaje mi się, że matki albo odsta­wiają szybko, albo kar­mią dopóty, dopóki dziecko samo nie zre­zy­gnuje.

- Do osiem­nastki?

- Zwy­kle mię­dzy dru­gim a trze­cim rokiem życia. Cho­ciaż bywają różne przy­padki. - Mówię poważ­nym tonem eks­pertki w dzie­dzi­nie rodze­nia, kar­mie­nia i wycho­wy­wa­nia dzieci.

Prawda jest taka, że czuję swój brak kom­pe­ten­cji, ale inni nie muszą o tym wie­dzieć. Zwłasz­cza Anka. Ta myśl wytrąca mnie z rów­no­wagi. Dla­czego tak pomy­śla­łam? Moja przy­ja­ciółka numer jeden od pod­sta­wówki, a teraz robię sobie z niej wroga.

- No to twoim zda­niem co się z nami stało? - pytam.

- Sądzę, że głów­nie faceci.

- No ale to już sobie wyja­śni­ły­śmy.

- Jesteś pewna? Uwa­ża­łaś, że pod­bi­jam do two­jego męż­czy­zny, skoń­czy­łam z narze­czo­nym two­jej przy­ja­ciółki. Możesz się czuć zagro­żona.

"Nawet z nad­wagą jestem od cie­bie ład­niej­sza", myślę. Uznaję jed­nak, że ubiorę to w oględ­niej­sze słowa.

- Nie, nie czuję się zagro­żona. A ta roszada z Tom­kiem wszyst­kim wyszła na zdro­wie. Z Kingą do sie­bie nie paso­wali.

- Nie paso­wali czy ty nie chcia­łaś, żeby Pio­trek cho­dził po świe­cie ze zła­ma­nym ser­cem?

Wzru­szam ramio­nami. Może fak­tycz­nie takie były moje inten­cje, ale nie byłam tego świa­doma.

- Gdy­bym się nie wmie­szała, to nie tylko Pio­trek cho­dziłby ze zła­ma­nym ser­cem.

- I chwała ci za to. - Anka pod­nosi kie­li­szek. - Uwa­żam, że to jest ten jeden kamy­czek, z któ­rego wznio­sły­śmy mur mię­dzy nami.

Patrzę na nią pyta­jąco, bo nie rozu­miem, co ma na myśli.

- No bo przy­znasz, że jest mię­dzy nami mur. Budo­wa­ły­śmy go przez ostat­nie trzy lata. Jeden kamyk ja, drugi ty.

- I chcesz, żeby­śmy go teraz zbu­rzyły?

- Raczej roze­brały kamień po kamie­niu. Ja zacznę. Wmie­sza­łaś się w zwią­zek Kingi i dzięki temu ja dosta­łam faceta, na któ­rym mi zale­żało. Ni­gdy ci tego nie powie­dzia­łam, a powin­nam była podzię­ko­wać.

Tego się nie spo­dzie­wa­łam.

- Chyba mam żal, że nie zdra­dzi­łaś mi, co czu­jesz do Tomka.

- Też mam o to do sie­bie żal. Byłoby mi łatwiej, gdy­byś wie­działa. Ale ty tak ich ide­ali­zo­wa­łaś.

- Nie ide­ali­zo­wa­ła­bym, gdy­byś powie­działa.

Przez kolejne pół godziny nasza roz­mowa wygląda podob­nie. Byłam zła, że mi nie powie­dzia­łaś, mam żal, że ukry­łaś, było mi przy­kro, kiedy wyja­wi­łaś. Nie jest łatwo. Każde zda­nie, które wypo­wiada Anka, two­rzy mikro­zra­nie­nie. Zara­zem za każ­dym razem, gdy coś z sie­bie wyrzu­cam, czuję się lepiej. Wino znika szybko, musaka dużo wol­niej.

- Mam też żal do sie­bie, że wtedy, kiedy... no wiesz, wylą­do­wa­łaś w szpi­talu, nie przy­szłam do cie­bie. Mam do sie­bie żal o ten ego­izm, ale zasto­so­wa­łam wypar­cie i prze­nie­sie­nie i jakoś tak mi to zostało w gło­wie, jakby to była twoja wina. Bar­dzo się wtedy bałam. Prze­cież gdy­bym nie przy­szła na czas... Mogłam wszystko zosta­wić i pójść do cie­bie. - To wyzna­nie nie przy­cho­dzi mi łatwo.

Anka wzdy­cha. Ciężko i ze smut­kiem.

- Mogłaś przyjść, jasne. Nie mam pre­ten­sji, że tego nie zro­bi­łaś. Rozu­miem. Wtedy... To był dla mnie bar­dzo trudny czas. Naj­trud­niej­szy, jak dotąd. Nie pró­bo­wa­łam popeł­nić samo­bój­stwa. Chcia­łam tylko zwró­cić na sie­bie uwagę. Tak sobie myślę, że po tym, co powiem, to może już ni­gdy nie będziemy przy­ja­ciół­kami, ale jak się powie­działo "a", to trzeba wyre­cy­to­wać ten pie­przony alfa­bet. Spe­cjal­nie zosta­wi­łam te opa­ko­wa­nia na wierz­chu, żebyś myślała, że pró­bo­wa­łam się zabić. Żebyś miała wyrzuty sumie­nia i żebyś mi nad­ska­ki­wała. W moim życiu wszystko się waliło. Bałam się, że skoro tobie się udaje, to mnie zosta­wisz. Kto by chciał takiego prze­grywa? Ojciec namie­szał mi w gło­wie. Bez względu na to, co kto mówił, ja sły­sza­łam swo­jego sta­rego: "Jesteś nic nie­warta, nic nie osią­gniesz". Wciąż sły­szę ten głos... Ostat­nio przez niego znów zro­bi­łam coś strasz­nie dur­nego. Pew­nie ci powiem, ale nie dziś, bo teraz sprzą­tamy ten baj­zel mię­dzy nami.

Anka nie­spo­dzie­wa­nie urywa. Myśla­łam, że doda coś jesz­cze, ale ona mil­czy i patrzy na mnie wycze­ku­jąco. Co mam powie­dzieć? Że jestem wście­kła? No jestem. Ale też się cie­szę, że wyznała prawdę. Pyta­nie "Co by było, gdyby...?" wra­cało do mnie nocami i wybi­jało ze snu. Teraz wie­dzia­łam, że nic by nie było. Padłam ofiarą mani­pu­la­cji.

- Powiedz coś - prosi Anka.

- Co mam powie­dzieć?

- Że jesteś wście­kła.

- To też.

- Wiesz, wtedy... Ja już na drugi dzień żało­wa­łam. Tylko bałam się powie­dzieć. Tak bar­dzo się bałam, że mnie porzu­cisz, że sama zaczę­łam się od cie­bie odda­lać. Taka samo­speł­nia­jąca się prze­po­wied­nia. No i osta­tecz­nie nie było mnie w pobliżu, gdy naj­bar­dziej mnie potrze­bo­wa­łaś.

- Dałam sobie radę - mówię gło­sem wypra­nym z emo­cji.

- Jasne. Wtedy tak. Teraz nie musisz. Dobra. To jesz­cze jedna szczera a bole­sna rzecz. Wydaje mi się, Karo­lina, że ty teraz jesteś bar­dziej pogu­biona niż ja wtedy.

Chcę zaprze­czyć, powie­dzieć, jak bar­dzo się myli. Chcę wyjść, wró­cić do moich chłop­ców, ale nie mogę. Przed oczami mam mgłę. To łzy. Już ich nie zatrzy­mam. Leją się stru­mie­niem. Anka prze­suwa krze­sło, siada obok i mnie tuli. A ja pła­czę, pła­czę i pła­czę.