Długo i szczęśliwie - Alison Cochrun

Kup ebooka

35.99 zł
29.87 zł (25,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pierwszy wieczór zdjęć

Pasadena, Kalifornia - sobota, 5 czerwca 2021 roku

20 zawodniczek i 64 dni do końca

Dev

Dev Deshpande dokładnie pamięta chwilę, w której zaczął wierzyć w prawdziwą miłość.

Ma dziesięć lat, siedzi z nogą założoną na nogę w salonie, wpatrując się z zachwytem w telewizor i oglądając Długo i szczęśliwie. Program przypomina mu historie, które czyta przed snem pod namiotem z pościeli w Gwiezdne wojny, dawno po tym, jak rodzice kazali mu zgasić światło - opowieści o rycerzach, wieżach i magicznych pocałunkach. I filmy, które ogląda ze swoją opiekunką, Marissą, o gorsetach, przystojnych mężczyznach ze srogimi minami i wymownych tańcach w milczeniu. Opowieści, przez które jego serce wydaje się za duże w stosunku do ciała małego chłopca.

Tyle że Długo i szczęśliwie jest lepsze od tamtych historyjek, ponieważ jest prawdziwe. To reality show.

Piękny blondyn na ekranie wyciąga ozdobioną klejnotami tiarę w kierunku kobiety w różowej sukni.

- Czy zechciałabyś zostać moją księżniczką?

Kobieta roni łzę, gdy w tle wzbiera muzyka. "Tak. Tak!". Zakrywa usta dłońmi, a mężczyzna wkłada koronę na jej głowę, złoto spoczywa na jej złotych włosach. Złocista para obejmuje się i całuje.

Jak zahipnotyzowany ogląda świat karet zaprzęgniętych w konie, sukni balowych i romantycznych gestów z rozmachem. Świat dalekich egzotycznych podróży i prowadzących do omdlenia pocałunków przy ceglanym murze, gdy w oddali wybuchają fajerwerki. Świat, gdzie długie i szczęśliwe życie z ukochaną osobą jest gwarantowane. Patrzy, wyobraża sobie siebie w roli jednej z kobiet i to, jak obtańcowuje salę balową z jakimś przystojnym księciem.

- Wyłącz to anachroniczne patriarchalne gówno - rzuca jego mama, wchodząc do domu z dwiema torbami zakupów, po jednej na każdym ramieniu.

Ale Dev nie wyłączył anachronicznego patriarchalnego gówna. Prawdę mówiąc, zrobił inaczej. Przyłączył się do niego.

- Wznieśmy toast! - ogłasza, jednocześnie rozlewając resztę szampana do kieliszków wyciąganych w jego stronę przez ochocze dłonie. - Za początek wyprawy i znalezienie miłości!

Ma dwadzieścia osiem lat, siedzi na tylnej kanapie limuzyny z pięcioma pijanymi kobietami w pierwszy wieczór zdjęć do nowego sezonu Długo i szczęśliwie. Są tu była miss, blogerka podróżnicza, studentka medycyny, programistka i Lauren. Wszystkie piękne i błyskotliwe, maskują zdenerwowanie rozlewanym obficie szampanem, a kiedy w końcu limuzyna staje pod bramami zamku, wznoszą w podnieceniu toast. Dev obowiązkowo pociąga łyczek, żałując, że nie jest to coś mocniejszego, co stłumiłoby ból jego za dużego serca.

Przez najbliższe dziewięć tygodni będzie uczył zawodniczki występowania przed kamerą, przeprowadzi je przez Zadania Grupowe i Ceremonie Koronacyjne, pomoże im stworzyć ich własne idealne historie miłosne. Jeśli zrobi to dobrze, za dziewięć tygodni jedna z kobiet otrzyma Finałową Tiarę, zdobędzie narzeczonego i będzie żyła długo i szczęśliwie.

I może wtedy Dev zapomni o własnym życiu, o tym, że jemu nikt nigdy nie zagwarantuje długiego i szczęśliwego życia z drugą osobą.

Przykleja najlepszy uśmiech producenta do twarzy.

- Dobrze, drogie panie! Nadszedł czas, byście poznały księcia z bajki!

Chór okrzyków wypełnia limuzynę. Dev czeka chwilę, aż ucichnie.

- Sprawdzę u naszego reżysera, jak się sprawy mają. Za chwilę wracam.

Jak na zawołanie asystentka kierowniczki produkcji otwiera mu drzwi limuzyny. Dev wysiada z samochodu.

- Hej, skarbie - wita się Jules z troską w głosie. - Jak się masz?

Dev przesuwa torbę do przodu.

- Nie traktuj mnie protekcjonalnie.

Ale ona zdążyła się już odwrócić i raźnie maszeruje w stronę wzgórza bliżej zamku.

- Jeśli nie chcesz, by się nad tobą litowano, pewnie nie potrzebujesz tego - tu wyjmuje torebkę miętowych oreo spod ramienia - by zagłuszyć zalewającą cię depresję?

- Zalewającą mnie? To za dużo powiedziane. Lubię myśleć, że raczej pluskam się w depresji.

- A ile razy płakałeś w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin, słuchając piosenki na rozstanie Lelanda Barlowa?

- Trafiony, zatopiony.

Jules uderza paczką ciastek o jego klatę, nie zatrzymując się. Potem zerka na niego z ciekawością, jakby szukając dowodów na to, że urządził sobie epicki festiwal płaczu pod prysznicem przed trzema godzinami, a potem znów w lyfcie, w drodze do hotelowej sali balowej, skąd odebrał uczestniczki. Spogląda na jego strój. Dev ma na sobie standardowy uniform na pierwszy wieczór: szorty z głębokimi kieszeniami, koszulkę z krótkim rękawem - czarną, by ukryć plamy potu pod pachami - i wygodne buty, dzięki którym przetrwa dwunastogodzinne zdjęcia.

- Wyglądasz jak hinduski Kevin James po utracie wagi.

Przykleja czarujący uśmiech Fajnego Deva i podejmuje grę. Ona ma na sobie sztruksowe ogrodniczki i koszulkę z koncertu Paramore, do tego gigantyczne martensy i nerkę przewieszoną przez ramię i pierś, tak że przypomina ona szarfę. Gęste włosy spięła w zwyczajowy kok na czubku głowy. Jules Lu wygląda jak typowa dwudziestoczterolatka przeszczepiona z Los Angeles, ze swoim monstrualnym kredytem studenckim, zadowalająca się czymś mniejszym niż marzenie o karierze w stylu Grety Gerwig.

- A ty przypominasz smutną starszą osobę z koncertu Billie Eilish.

Obiema rękami pokazuje mu faki, jednocześnie przechodząc tyłem przez kontrolę bezpieczeństwa. Oboje migają identyfikatorami przed ochroniarzem, po czym niezwłocznie czmychają, by uniknąć zderzenia z meleksem wiozącym dwoje gońców. Okrążają ramię dźwigu, skąd z wysokości sześciu metrów kręcono ujęcia wprowadzające, i biegną wprost do drugiego reżysera, który zaczepia ich i wręcza im różowe poprawione harmonogramy dnia na planie zdjęciowym. Dev zawsze uwielbiał chaos i magię panujące pierwszego wieczoru zdjęć.

Jules ordynarnie sprowadza go na ziemię.

- Jesteś pewien, że nie chcesz o tym porozmawiać? - pyta.

Najwyraźniej ma na myśli rozstanie Deva i jego chłopaka sprzed trzech miesięcy oraz to, że Dev ma zaraz zobaczyć swojego byłego po raz pierwszy, odkąd podzielili się rzeczami. Ryan zabrał playstation piątkę, mieszkanie i wszystkie prawdziwe meble, Dev zatrzymał kolekcję wspólnych kubków Disneya i zestaw płyt DVD.

"To", o czym nie rozmawiają, to także fakt, że Dev będzie musiał pracować ramię w ramię z Ryanem przez kolejnych dziewięć tygodni.

Rozmawianie o tym jest ostatnią rzeczą, jakiej chce teraz Dev, więc zapycha sobie usta trzema ciasteczkami. Jules przekrzywia głowę i wpatruje się w niego.

- Jestem tu dla ciebie, wiesz. Gdybyś chciał... - Nie kończy zdania, gdyż nie czuje, że może zaoferować mu pełne emocjonalne wsparcie. Zamiast tego ucieka się do zwyczajowego droczenia. - Daj mi znać, gdy będziesz gotowy to sobie odbić. Znam przynajmniej czterech kolesi z mojej siłowni, z którymi mogłabym cię umówić.

- Och, kochanie, nie udawaj, że kiedykolwiek przekroczyłaś próg siłowni.

Jules uderza Deva w ramię.

- Próbuję być dobrą przyjaciółką, dupku.

Jules jest świetną przyjaciółką, ale nie można ot tak odbić sobie sześciu lat związku, a myśl o powrocie do randkowania sprawia, że Dev chce wczołgać się do łóżka na kolejne trzy miesiące. Nie ma ochoty chodzić na niezręczne pierwsze randki z wysportowanym, przystrzyżonym queerowym mężczyzną z West Hollywood, któremu z pewnością będą przeszkadzały jego mizerna budowa ciała, dżinsy z Costco i bardzo niemodne okulary z apteki.

Sądził, że czasy pierwszych randek ma już dawno za sobą.

- Raczej zrobię sobie urlop od facetów - mówi do Jules z wystudiowaną obojętnością w głosie, podczas gdy dalej maszerują do Centrum Dowodzenia. - Skupię się na pisaniu scenariusza miłosnych historii innych ludzi.

Jules zbacza w kierunku stołu, gdzie można sobie dolać cold brew.

- Jasne, no tak, w tym sezonie praca będzie ci pasowała jak ulał. Poznałeś już księcia z bajki?

- Nie, ale to niemożliwe, żeby był taki zły, jak głoszą plotki na grupowym czacie.

- Jest jeszcze gorszy. - Jules podkreśla każde słowo klaśnięciem. - To chodząca katastrofa. Skylar mówi, że zepsuje cały sezon. I złamie kilka karier.

Dev może i by się przejął, gdyby nie pamiętał, że Skylar Jones popadała w katastroficzny nastrój za każdym razem, gdy zaczynali coś kręcić.

- Skylar myśli, że każdy sezon będzie ostatni. Szczerze wątpię, że Charles Winshaw położy kres dwudziestoletniej franczyzie. Do tego na Twitterze wystarczająco podniecali się castingiem.

- Hm, najwidoczniej zdjęcia przed planem były okropne. Zabrali go na plażę, a on prawie zleciał z białego konia.

Dev przyznał, że nie brzmi to wspaniale.

- Charles jest odludkiem. Pewnie potrzebuje trochę czasu, żeby przyzwyczaić się do kamer i świateł. To potrafi przytłoczyć.

Jules przewróciła oczami.

- Przyjęcie odludka nie przekona nikogo, że te instagramowe influencerki przyszły do programu w poszukiwaniu miłości.

- To nie są instagramowe influencerki - upiera się Dev, podczas gdy Jules Lu znów przewraca oczami. - Nie wszystkie są influencerkami z Insta. I oczywiście, że przyszły po miłość.

- Bo przecież nie po to, żeby wypromować nową linię odjechanych festiwalowych opasek na głowę na Etsy - ironizuje Jules. - Jedyni ludzie, którzy przyszli do programu, żeby odnaleźć miłość, mają tak wyprane mózgi przez przemysł ślubny i tak bardzo uzależniają poczucie własnej wartości od małżeństwa, że potrafią sobie wmówić, że autentycznie zakochali się w kimś, z kim spędzili łącznie może dziesięć godzin.

- To naprawdę smutne, że mimo młodego wieku jesteś już taka cyniczna.

- Smutny to jest ślepy idealizm u kogoś tak starego jak ty.

Dev rzuca w Jules ciasteczkiem oreo, w duchu przyznając jej trochę racji. W kwestii Charlesa Winshawa, nie w kwestii miłości i małżeństwa.

Dev pracuje przy produkcji Długo i szczęśliwie od sześciu lat i w tym czasie nową gwiazdę zawsze wybierano spośród kwiecia ulubieńców publiczności, którzy odpadli w poprzednim sezonie. Niedawno postąpiono inaczej, ponieważ ów schemat wywołał głośną krytykę w kręgu Bajkowej Rodziny, która podała w wątpliwość romantyczne intencje uczestników programu. Niektóre osoby, zamiast trafiać do reality show w poszukiwaniu miłości, próbowały zostać kolejną gwiazdą. Dlatego showrunnerka Maureen Scott postanowiła wywołać poruszenie i wciągnąć do nowego sezonu kogoś z zewnątrz.

Charles Winshaw - enigmatyczny milioner i technologiczny geniusz z biorącym się nie wiadomo skąd ośmiopakiem na brzuchu - rzeczywiście dobrze wpłynął na oglądalność bez względu na to, czy potrafił utrzymać się w końskim siodle, czy nie.

Dev wyjmuje z torby na ramię egzemplarz magazynu "People". Jest to wydanie z nowym gwiazdorem na okładce, a na przodzie wysmarowano hasło: "Najbardziej pożądany kawaler z Doliny Krzemowej!".

Blond loki, szeroka szczęka i dołeczek w brodzie. Po prostu książę na białym koniu.

Gdy odwracają się od stołu cateringowego, słońce powoli chowa się za dwiema wieżyczkami zamku, rozświetlając plan miękkim pomarańczowym blaskiem. Łańcuchy światełek lśnią na drzewach niczym gwiazdy, a w powietrzu unosi się zapach kwietnych bukietów. Jest jak w bajce, którą w dzieciństwie wymyślił Dev.

- Gównoburza, Dev! Cholerna gównoburza! - krzyczy Skylar Jones, kiedy wchodzą do namiotu Centrum Dowodzenia. To dopiero początek wieczoru, a ona zjadła już połowę tumsów, tabletek na zgagę, co nie wróży dobrze.

- A czemu właściwie gównoburza?

- Bo ten sezon będzie kompletnie i epicko spieprzony!

- Bardzo mi przykro słyszeć, że spieprzyliśmy sprawę, jeszcze zanim zaczęliśmy cokolwiek robić. - Dev wsuwa słuchawkę do ucha, a Jules podaje mu krótkofalówkę z ładowarki. - Czy chodzi o to, że nasz książę prawie spadł z konia?

- Szkoda, że nie wyleciał z siodła. - Skylar aż się gotowała ze złości. - Gdyby kuc go stratował, moglibyśmy zatrudnić kogoś z Jonas Brothers lub jakiegoś drugorzędnego Hemswortha.

- Wydaje mi się, że wszyscy bracia Jonasowie i każdy znany Hemsworth są żonaci.

- Och, to dlatego jesteśmy skazani na komputerowego nerda z zatwardzeniem?

Dev wie, że nie powinien śmiać się z szefowej. Skylar Jones, queerowa czarnoskóra kobieta, nie została kierowniczką produkcji całej machiny reality show dzięki temu, że umiała chillować. Gdy ze stresu związanego z pracą dorobiła się łysienia androgenowego jeszcze przed czterdziestką, po prostu zaczęła golić głowę.

- W czym mogę pomóc, Sky?

- Powiedz mi, co wiesz o Charlesie Winshawie.

- Hm... Charles Winshaw... - Dev zamyka oczy, wizualizuje sobie arkusze, które sporządził po zasięgnięciu języka w światku oraz przeczesaniu internetu, gdy przygotowywał się do tego sezonu, dlatego teraz zaczyna strzelać faktami jak z pistoletu. - Ma mózg Steve'a Wozniaka i ciało marvelowskiego superbohatera. Ukończył liceum w wieku szesnastu lat, kiedy wygrał konkurs na kodowanie i zdobył stypendium umożliwiające podjęcie studiów na Stanfordzie. Założył start-up technologiczny WinHan z kolegą z akademika, Joshem Hanem, jeszcze przed swoimi dwudziestymi urodzinami. Odszedł z firmy w wieku dwudziestu sześciu lat i obecnie prowadzi Fundację Winshawa, będąc dwudziestosiedmioletnim milionerem. Zaszczycił swoją obecnością okładki zarówno "Time'a", jak i "GQ", ale do tej pory skrzętnie chronił swoją prywatność, więc nie wiemy zbyt wiele o jego miłosnych relacjach. Ale... - Dev wzrusza ramionami. Taki ma zwyczaj. - Wnioskując z tego, co już wiemy, stawiałbym na to, że Charles szuka kobiety w wieku od dwudziestu pięciu do trzydziestu lat, niemającej więcej niż metr sześćdziesiąt siedem wzrostu. Wysportowanej, ale nieprzepadającej specjalnie za aktywnością na świeżym powietrzu. Kobiety przepełnionej ambicją i twardo stąpającej po ziemi, ogarniającej swoje życie i mającej jasne cele na przyszłość. Inteligentnej, ale nie inteligentniejszej od niego, towarzyskiej i planującej założenie w przyszłości rodziny. Powie, że szuka kogoś pasjonującego ze wspaniałym poczuciem humoru, ale tak naprawdę chce kogoś wyrozumiałego i zgodnego, kto z radością przystosuje się do jego życia w San Francisco. Biorąc pod uwagę te właśnie kryteria, przygotowałem już nawet teczki trzech kobiet, które z największym prawdopodobieństwem zostaną w programie najdłużej.

Skylar zwraca się teraz w kierunku pozostałych osób w namiocie.

- I właśnie dlatego, ludzie, Dev jest najlepszy.

Dev nieco prześmiewczo skłania się w kierunku miksera dźwięku. Skylar klepie go po plecach.

- A teraz, Dev, zrobisz, co następuje. Pospiesz się i leć do zachodniej bramy, tam stoi samochód, zabierzesz Charlesa i zaprowadzisz go tam, gdzie trzeba.

Choć Dev bardzo lubi porządne ponaglanie, zwłaszcza pierwszego wieczoru, nie rusza się z miejsca.

- Czy to nie Ry... To znaczy czy to nie opiekun Charlesa powinien go zaprowadzić?

- Teraz ty jesteś opiekunem Charlesa. Oto oddelegowuję cię do nowego zadania. I o ile nie chcesz, by program poszedł w ślady Average Joe, radzę ci, żebyś już tu nie stał z rozdziawioną paszczą i serio się pospieszył, do cholery.

Dev nadal ani drgnie.

- Przepraszam, ale nie rozumiem. Jestem opiekunem uczestniczek, a... Ryan opiekuje się księciem.

Ryan Parker jest dobry w te durnowate męskie klocki i szybko zaprzyjaźnia się z facetami, za to Devowi dobrze idzie zarządzanie kobietami. Cała ekipa niedawno, podczas ich rozstania na dwudziestych dziewiątych urodzinach Deva, miała natomiast okazję dowiedzieć się, że Ryan i Dev nie byli dla siebie dobrzy.

- A jednak Ryan nie potrafił zdobyć ujęć podczas wstępnych zdjęć, więc został przeniesiony do producenta nadzorującego, a ty bierzesz jego księcia. Słuchaj. - Skylar ujmuje twarz Deva w dłonie, mając w jawnym poważaniu niedawne notatki służbowe o nieprzekraczaniu granic w miejscu pracy. - Jesteś najlepszym opiekunem, jakiego mamy, a temu gościowi potrzeba najlepszego.

Dev większą miłością niż ten program darzy jedynie pochlebstwa na temat swych umiejętności.

- Jeśli ten sezon ma wypalić, potrzebuję Deva "naprawdę wierzę w bajki" Deshpandego, który wytrenuje naszą gwiazdę. Dasz radę to dla mnie zrobić?

Nie myśli o własnej nieudanej bajce. Mówi po prostu to, co szefowa chce usłyszeć:

- Oczywiście, że mogę.

- Wspaniale. - Skylar zwraca się teraz do Jules: - Znajdź teczkę Charlesa i przynieś ją Devowi. W tym sezonie będziesz jego osobistą asystentką. Pomóż mu z Charlesem. No już, idźcie, oboje. Słońce prawie zachodzi.

Dev nie potrafi nawet cieszyć się zniesmaczeniem Jules wywołanym tym, że będzie musiała dla niego pracować, ponieważ myśli jedynie o tym, że właśnie ukradł stanowisko Ryana i wkrótce zobaczy swojego byłego po raz pierwszy od trzech miesięcy.

Ale przecież teraz nie ma na to czasu. Robi więc to, co mu kazano. Spieszy się, do cholery, biegnąc kamienną ścieżką do zachodniej bramy, gdzie na gwiazdę czeka limuzyna.

I może to dobrze. Tak jest lepiej. Dev potrafi trenować kobiety nawet z zamkniętymi oczami, ale Charles Winshaw będzie wyzwaniem, czymś, w co zaangażuje cały umysł i całe ciało, przy czym zatraci się w jasnych światłach i pięknych historyjkach.

Pędzi do limuzyny, nie przystaje, tylko od razu chwyta za klamkę tylnych drzwi i w podekscytowaniu szarpie nieco mocniej, niż to konieczne; otwiera je na oścież, ponieważ Książę z Bajki wypadł właśnie z samochodu w plątaninie rąk i nóg, lądując u jego stóp.

Charlie

- Czy korona nie jest przypadkiem drobną przesadą?

Maureen Scott nie podnosi wzroku znad telefonu ani nie daje po sobie w żaden sposób poznać, że go usłyszała.

Charlie niezręcznie wierci się na tylnym fotelu limuzyny, smoking opina mu klatkę piersiową dokładnie tak, jak nie powinien. Czuje się nieswojo, odkąd wydepilowano woskiem jego ciało, opalono je i pokropiono niezwykle ostrą wodą kolońską. Mogli przynajmniej pozwolić mu zdjąć koronę, żeby nie wyglądał jak robiący striptiz książę William. Musiał nawet jeszcze raz sprawdzić, czy smoking nie okaże się kostiumem do zerwania.

(Nie okaże się. Choć w kontrakcie ma tyle klauzul dotyczących nagości, że powinno to wzbudzić uzasadnione podejrzenia).

Spogląda na czasopismo leżące akurat na siedzeniu i przeżywa dysonans poznawczy na widok zdjęć siebie samego. Gdyby teraz przyjrzał się sobie w lustrze, z pewnością zobaczyłby spoconą i zaczerwienioną twarz, z napięciem widocznym w kącikach oczu i ust. Tymczasem mężczyzna z okładki magazynu niczego się nie boi. Ma gładką twarz, przyjazne oczy, usta jakby od niechcenia układające się w lekki uśmiech. Mężczyzna z okładki to ktoś obcy.

Facet z okładki jest kłamstwem - kłamstwem, którym on musi żyć przez następne dwa miesiące. Zawarł pakt z diabłem i obecnie nie ma wpływu na okoliczności, w jakich się znajduje, ale może przynajmniej zdjąć tę głupią plastikową koronę. Sięga po nią.

- Nie rób tego, złotko - warczy Maureen Scott, wciąż nie odrywając wzroku od komórki.

I pomimo tego "złotka" słychać w jej głosie ostrość, przez którą jego dłonie bezwładnie opadają wzdłuż tułowia. Czyli jest skazany na koronę.

Albo... może mógłby wyskoczyć z jadącego pojazdu i zakończyć wreszcie ten niemądry, niefortunny wybieg medialny? Sprawdza działanie klamki u drzwi, ale oczywiście są zamknięte. Spodziewano się, że będzie próbował ucieczki, dlatego to właśnie twórczyni programu we własnej osobie odwozi go do studia na plan.

Dwa dni wcześniej ekipa Długo i szczęśliwie zabrała go na plażę, gdzie miał jeździć na białym koniu do wejściówki, jak Książę z Bajki, którym ma być. Książę powinien ze swej natury umieć jeździć konno. Zdecydowanie nie powinien bać się koni. Zamiast wyglądać postawnie i męsko, on wciąż się garbił, opóźniał produkcję i krzywił się na każde niepewne zachwianie siodła, aż słońce zaszło i wszyscy byli już całkiem wkurzeni zdjęciami. Łysa kobieta zarządzająca planem nazwała go "cholernie niereformowalnym".

Co, szczerze mówiąc, było zgodne z prawdą.

Próbuje przypomnieć sobie, co powiedziała jego specjalistka od wizerunku, zanim wyjechał:

- Jesteś Charlie, do cholery, Winshaw. Zbudowałeś wartą miliard dolarów firmę technologiczną, zanim pozbyłeś się aparatu ortodontycznego. Dasz sobie radę w Długo i szczęśliwie.

- Ale przecież straciłem firmę - wymamrotał wtedy w odpowiedzi.

Parisa udała, że go nie słyszy. Nie musiał jej przypominać, co stracił, wiedziała to doskonale. I dlatego Charlie jest teraz tutaj. To jego ostatnia szansa, by wszystko odzyskać.

Czuje, że ciąży na nim presja, ale zanim lęk zamieni się w pełnoobjawowy atak paniki, przebiega w myślach listę sposobów radzenia sobie ze stresem: weź trzy głębokie oddechy; policz do trzydziestu w siedmiu różnych językach; trzynaście razy wystukaj alfabetem Morse'a "spokój" na kolanie.

Maureen Scott przestaje dźgać kciukami ekran telefonu i patrzy na niego. Po raz pierwszy tego wieczoru naprawdę mu się przygląda.

- Co my z tobą zrobimy? - duma słodkim głosikiem, od którego robi się niedobrze.

Chce jej przypomnieć, że to ona do niego przyszła, że to ona przez miesiące nieustannie nagabywała jego specjalistkę od wizerunku, aż w końcu zgodził się wziąć udział w tym show. Nic jednak nie mówi.

- Musisz się wyluzować - zaciąga Maureen.

Tak jakby te słowa komukolwiek kiedykolwiek pomogły w wyluzowaniu się. Srebrnosiwy bob Maureen stylowo szeleści, gdy kobieta posyła Charliemu groźne spojrzenie.

- Zależy od tego cała nasza przyszłość. Potrzebujesz osobistego rebrandingu, z wiadomych powodów. Program zresztą też. Nie spieprz tego.

Bardzo chciałby zwrócić jej uwagę na to, że zazwyczaj nie jest jego celem spieprzanie różnych rzeczy. Bardzo pragnąłby być kimś, kto wszystkiego nie spieprzy. Gdyby był taką osobą, nie zostałby nową gwiazdą randkowego reality show.

Maureen mruży oczy.

- Pozbądź się tej pochmurnej miny, kochanie. Będziesz miał okazję umawiać się z dwudziestoma pięknymi kobietami, a gdy będzie już po wszystkim, oświadczysz się tej, która zostanie. Co w tym takiego okropnego?

Co jest takiego okropnego w randkowaniu w telewizji, kiedy od dwóch lat nie poszedł na ani jedną prawdziwą randkę? Co jest takiego okropnego w udawanych zaręczynach z prawie nieznajomą osobą, na które decyduje się tylko po to, by móc wrócić za jakiś czas do pracy?

Nic. Absolutnie nic. Ma świetne przeczucia co do tego wszystkiego.

Z drugiej strony zaraz prawdopodobnie zwymiotuje.

- I kto wie - mówi dalej Maureen tym samym przesłodzonym tonem. - Może koniec końców znajdziesz prawdziwą miłość.

Nie znajdzie. Akurat tej jednej rzeczy był stuprocentowo pewien.

Samochód gładko się zatrzymuje, Maureen chowa telefon do kieszeni.

- A teraz, kiedy wysiądziemy, poznasz Deva, twojego nowego opiekuna, który przeprowadzi cię przez całą ceremonię wejścia.

Charlie chce spytać, co było nie tak ze starym opiekunem, ale kierowca gasi silnik, a Maureen, nie mówiąc ani słowa więcej, wysiada z auta i znika w otchłani nocy. Nie jest pewien, czy powinien za nią iść, czy tylko siedzieć w limuzynie niczym ładny szczeniak, czekając, aż ktoś się pojawi i nim pokieruje.

Wybrał pierwszą opcję, nie chcąc zrzekać się całej wolnej woli wraz z rozpoczęciem dwumiesięcznej podróży przez piekło reality show. W dramatycznym geście uderza całym ciałem w drzwi... które puszczają z podejrzaną łatwością.

Okazuje się, że dokładnie w tej samej chwili ktoś je otwiera. Charlie traci równowagę. Jednym płynnym ruchem ląduje u czyichś stóp.

- Cholera. Nic ci nie jest?

Nagle czuje na sobie ręce, które podnoszą go do pionowej pozycji, prawie tak, jakby był śliczną marionetką. Dłonie należą do wysokiego mężczyzny o ciemnej skórze, jego jabłko Adama znajduje się na linii wzroku Charliego. Jest coś niepokojącego w konieczności tak radykalnego zadzierania głowy tylko po to, aby móc spojrzeć na drugą osobę. Patrzy w górę. Widzi spektakularne kości policzkowe, oczy o intensywnym spojrzeniu za okularami w plastikowej oprawie oraz rozbawiony wyraz twarzy. Mężczyzna, który chwycił za przód jego smokingu (Dev?), wsuwa palce we włosy Charliego, by poprawić koronę, i tego jest już za wiele.

Za dużo dotykania.

Za dużo wszystkiego, za szybko.

Lęk przejmuje dowodzenie nad mózgiem i w panice Charlie rzuca się plecami na drzwi samochodowe, żeby odsunąć się od nowego opiekuna. Ten w odpowiedzi unosi brew.

- Zatem bez dotykania? - Mężczyzna posyła Charliemu krzywy uśmieszek, jakby to był jeden wielki żart.

Dotyk nigdy nie jest dla Charliego tematem do żartów. To nie tak, że go nienawidzi, ale woli, jeśli przed nim następuje ostrzeżenie i można sięgnąć od razu po żel antybakteryjny do rąk. Wie, że pisał się na program, w którym dotyk jest wymagany, więc próbuje się wytłumaczyć.

- Możesz mnie dotknąć, gdzie ci się podoba - zaczyna.

I zdaje sobie sprawę, że niezbyt elegancko ubrał to w słowa, bo mężczyzna znowu z zaskoczenia unosi brwi.

- Chwila, nie, chodziło mi o to... Nie przeszkadza mi, że mnie dotykasz, ale gdybyś mógł... ech... gdybyś mógł wcześniej umyć ręce. Wcale nie myślę, że jesteś brudny. Jestem pewien, że jesteś bardzo czysty. To znaczy pachniesz czystością, ale mam bzika na punkcie zarazków, więc mógłbyś mnie ostrzec? Zanim mnie dotkniesz?

To właśnie mu wychodzi, gdy próbuje komunikacji werbalnej z nieznajomym. Z początku opiekun tylko wpatruje się w niego w milczeniu, z opadniętą ze zdziwienia szczęką. Potem...

- Nie! - mówi z przekonaniem. - Wsiadaj z powrotem do samochodu.

Dev szarpnięciem otwiera tylne drzwi i kopie nogę Charliego czubkiem swojego converse'a. Powrót Charliego do limuzyny jest równie spektakularny co jego wypadnięcie sprzed dwóch minut. Próbuje przesunąć się do tyłu i zrobić miejsce dla bardzo wysokiego mężczyzny, który teraz częściowo siedzi na nim.

Dev prosi kierowcę, żeby wysiadł.

- Przepraszam - wypluwa z siebie Charlie.

Przepraszanie zawsze wydawało się dobrym pomysłem, kiedy nie rozumiał sytuacji społecznej, a teraz nie miał zielonego pojęcia, co się dzieje.

- Proszę, przestań mówić!

Dev gwałtownie wkłada ręce do gigantycznej torby na ramię i wyjmuje malutką butelkę zielonego żelu antybakteryjnego. Smaruje nim dłonie, a Charlie jest dziwnie poruszony tym gestem. Po chwili, kiedy dochodzi do wniosku, że więcej żelu oznacza więcej dotyku, jest też nim dziwnie wystraszony.

- Pochyl się - rozkazuje Dev.

- Yyy...

- Szybko! Do przodu!

Charlie pochyla się, a ten zupełnie obcy człowiek sięga za jego plecy i wyjmuje koszulę ze spodni, ciepłe palce ślizgają się po jego skórze. Tak, ostatnie dni nauczyły go, że typki z Los Angeles mają bardzo dziwny stosunek zarówno do przestrzeni osobistej, jak i do nagich ciał, a Charlie nie jest typkiem z LA. Nie przywykł do bycia obmacywanym w samochodach przez mężczyzn ubranych w naprawdę okropne szorty z kieszeniami.

Palce Deva kłują jak szpilki za każdym razem, gdy stykają się z ciałem Charliego; opiekun czule dotyka cielistego pasa z mikrofonem, który założono gwieździe już w studiu. Po piętnastu nieznośnych sekundach, które Charlie odlicza, by nie dać się wciągnąć wirowi paniki, Dev cofa się i osuwa na fotel. Charlie w końcu wypuszcza powietrze.

- Jasna cholera, facet. Ale byłeś zgrzany.

- Yyy... Co?

- Twój mikrofon. - Dev pokazuje na miejsce na plecach, gdzie koszula jest wyciągnięta ze spodni, a potem na własną słuchawkę, w której jakiś głos wydaje się coś krzyczeć. - Ktoś zostawił ci włączony mikrofon i znów znalazłeś się w zasięgu odbioru. Zawsze wystrzegaj się pluskiew. Uznaj to za pierwszą lekcję od swojego nowego opiekuna: wszystko, co powiesz, może zostać wyjęte z kontekstu. Twój monolog o tym, że pozwalasz mi się dotknąć, można z łatwością dokleić do zupełnie innej sceny.

- Och. - Nagle uświadomił sobie, że w południowej Kalifornii jest czerwiec i poci się bez klimatyzacji. - Dobrze. Okej, dobra. Jasne. Przepraszam.

Jego nowy opiekun uważnie przygląda mu się zza okularów. Charlie podtrzymuje kontakt wzrokowy przez dwie sekundy, sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, po czym umyka spojrzeniem i z podenerwowania poprawia mankiety.

- Coś ci się stało? Jak wypadłeś z samochodu? - pyta delikatnie Dev. - Wyglądasz, jakby coś cię bolało.

- Och. Hm, nie.

Dev znów daje nura ręką do torby.

- Mam tabletki przeciwbólowe, maść tygrysią i plastry. Czego potrzebujesz?

- N-nic - mamrocze Charlie. - Nic mi nie jest.

Dev ma w rękach całą apteczkę.

- Ale twoja twarz... Jest ściągnięta, jakby cię coś bolało.

- Eee. To po prostu... Moja twarz.

Na to Dev gwałtownie odchyla głowę i wybucha śmiechem. Jedną z głównych porażek w życiu Charliego jest niezdolność do rozróżnienia, czy ktoś śmieje się razem z nim, czy z niego. W dziewięciu przypadkach na dziesięć chodzi o to drugie.

- To mylące - zauważa Dev tonem, który sugeruje Charliemu, że opiekun śmieje się razem z nim - bo wyglądasz jak gość z wytwornej reklamy perfum, ale zachowujesz się inaczej, jak gość z reklamy leków na zespół jelita drażliwego.

- Potrafię być tymi dwoma gośćmi naraz.

- W tym programie to niemożliwe. - Dev wyjmuje spod siebie czasopismo "People" i dźga palcem w twarz na okładce. - Jeśli ta cała sprawa ma wypalić, przed kamerami musisz być tym gościem.

Charlie wpatruje się w okładkową wersję samego siebie, szukając odpowiednich słów wytłumaczenia. "Nie jestem takim facetem. Nie chcę być takim facetem. To był wielki błąd".

- Ja...

Otwierają się drzwi od strony Deva. Udaje mu się z dość dużą łatwością nie wypaść.

- Dev! Co ty narobiłeś, do cholery?! Mamy tyły, Skylar zdegraduje nas do castingu, jeśli nie dostarczymy Księcia na jego pieprzone miejsce w tej cholernej chwili.

Drobna pyskaczka energicznie wyciąga rękę w stronę Charliego.

- Jules Lu. Miło poznać. Asystentka produkcji. Mam dopilnować, żebyś był tam, gdzie masz być, wtedy, gdy masz tam być. A ty nie jesteś teraz tam, gdzie powinieneś być.

- Przepraszam. - Wpatruje się w jej dłoń, ale nie wyciąga swojej. - Yyy, ciebie też... poznać.

- Czy jemu się wydaje, że to było pełne zdanie? - pyta Jules Deva. - Boże, mamy przerąbane.

Dziewczyna wyszarpuje Deva z limuzyny, a Dev wyszarpuje stamtąd Charliego, który przez panujący wokół zamęt nie ma już możliwości powiedzieć Charliemu wszystkiego, co zamierzał. Ruszają ścieżką pod górę na plan zdjęciowy, który ma być jak z bajki. Zamek w oddali jest podświetlony, a gospodarz programu, Mark Davenport, czeka przed zdobioną fontanną. Wokół są lampki, kwiaty i zaprzęgnięte w konie karoce prosto z Kopciuszka.

Powinno wyglądać to jak bajka, ale zamek tak naprawdę jest domem milionera w Pasadenie, a dookoła kręcą się ubrani na czarno członkowie ekipy, pokrzykując i zaciągając się elektronicznymi papierosami. Mark Davenport wrzeszczy na swoją asystentkę, bo nie może znaleźć kombuchy, aż dziewczyna wybucha płaczem.

Zatem nie do końca przypomina to disneyowski klimat.

- Stań tutaj, proszę. - Dev pokazuje na małe "x" wyklejone taśmą i ostrzega Charliego, zanim oplecie rękami jego plecy, żeby włączyć mikrofon.

Charlie tężeje. Klamka zapadła. Nie może tego odkręcić, nie może się wycofać, nie może się schować. Jeśli będzie zbyt intensywnie myślał o minionym roku, o wszystkim, co go tu doprowadziło, do tego aktu desperacji, wie, że nie zdoła wziąć się w garść.

- Pamiętaj - szepcze mu cicho Dev do ucha - wszyscy w Centrum Dowodzenia już cię słyszą.

Charlie przełyka gulę gromadzącą się w gardle.

- Wyglądasz fatalnie.

- Och, to pewnie dlatego, że czuję się fatalnie.

- Mikrofon.

- Jestem... ach... fatalnie szczęśliwy, że tu jestem.

- Bardzo przekonujący wybieg. Masz to we krwi.

Charlie uśmiecha się wbrew sobie, a Dev wybucha:

- Tak! Tak! - Składa dłonie jak w pudełko i mruży jedno oko, jakby kręcił ujęcie. - Właśnie tak! Tak się uśmiechaj, gdy włączą się kamery.

Niestety uśmiech Charliego zamiera, gdy tylko Dev zwraca na niego uwagę.

- Cóż, teraz wyglądasz tak, jakby zbierało ci się na wymioty.

- Chyba tak jest.

- Nie będziesz wymiotował! Zaraz poznasz dwadzieścia kobiet, każda z nich pragnie odnaleźć miłość! - Dev zdaje się sądzić, że to rozkoszna perspektywa, tak jakby za chwilę miały się spełnić wszystkie bajeczne marzenia Charliego. Tak jakby Charlie marzył o życiu w bajce. - Będzie wspaniale!

Dev zapomina o zasadzie "ostrzeż-przed-dotykiem", jego dłoń opina biceps Charliego i piecze przez warstwy smokingu i koszuli. Charlie nie jest pewien, co w tej chwili dzieje się z jego ciałem, ale wie, że nie jest to nic dobrego. Za chwilę może być bardzo, bardzo źle.

Dev pochyla się jeszcze bardziej. Jego gorący oddech pali policzek Charliego. Pachnie cukrem, czekoladą i czymś jeszcze, czego Charlie nie potrafi rozpoznać.

- Wiem, że masz teraz zawroty głowy, ale na koniec tego wszystkiego odnajdziesz miłość - szepcze Dev. - Za dziewięć tygodni będziesz miał narzeczoną.

I wtedy Charlie naprawdę wymiotuje na Deva. Brudzi go od stóp do głów.