CZĘŚĆ I
Lubomierz, niedziela, 16 sierpnia 2015, godz. 17.00
Mimo niedzieli i późnej godziny na komisariacie panował spory ruch. Były to ostatnie godziny finałowego dnia XIX Ogólnopolskiego Festiwalu Filmów Komediowych. W czasie trzech dni festiwalu zawsze panowała wzmożona czujność zarówno miejscowej policji, jak i straży miejskiej oraz innych jednostek wspomagających lokalne władze w czasie tego hucznego wydarzenia.
Podkomisarz Agnieszka Birkut zwykle lubiła ten czas w swoim mieście, mimo że trzeba było znacznie dłużej pracować i być gotowym na nieprzewidziane wypadki. Tłum oblegający wtedy Lubomierz był czymś nietypowym. Skupienie na bezpieczeństwie miasteczka połączone z ekscytacją, że w końcu tętni ono życiem, sprawiały jednak, że w poprzednich latach Agnieszka nie mogła się tego wydarzenia doczekać. Z chęcią zgłaszała się do nadzorowania imprez plenerowych.
W tym roku sytuacja miała się zupełnie inaczej. Tragiczne wydarzenia sprzed trzech miesięcy nie dawały podkomisarz spokoju. Nie spodziewała się, że pomoc przy tuszowaniu makabrycznych morderstw tak ją zmieni. Od czasu zakończenia sprawy nie mogła przestać o niej myśleć. Nie spała lub budziła się w nocy i nieustannie przerabiała w głowie to, w czym wzięła wtedy udział. Te wydarzenia i to, na co przystała, zmieniły ją. Stała się cicha, zamyślona i wycofana. Nie czuła radości i nie mogła znaleźć sobie miejsca. Miała wrażenie, że jest obecna na świecie tylko ciałem, że życie toczy się teraz poza nią.
Mateusz był zaniepokojony jej stanem, ale tłumaczył sobie tę zmianę nagłym zakończeniem przyjaźni z Sabiną Jankowską, choć nie wiedział i nie rozumiał, dlaczego żona zerwała kontakty z przyjaciółką. Agnieszka nie powiedziała mu o tym, na co pozwoliła Jankowskiej i w czym jej pomogła. Bała się, że tak jak ona po tym wszystkim znienawidziła Sabinę, tak mąż mógłby ją samą odtrącić, wiedząc, na jaki układ poszła.
Wiele razy zastanawiała się, czy drugi raz postąpiłaby podobnie, czy przyjaźń z Sabiną ponownie by wygrała ze zdrowym rozsądkiem i moralnością. I zawsze dochodziła do takiego samego wniosku, że popełniła niedopuszczalny błąd, którego nigdy by już nie powtórzyła. Niemniej jednak czasu odwrócić się nie dało.
Nie potrafiła sobie tych wydarzeń poukładać w głowie, aby żyć tak jak kiedyś.
Z tego, co wiedziała i obserwowała z daleka, Sabina nie miała wyrzutów sumienia. Nadal pracowała w Kinie Za Rogiem "Raj", organizowała liczne imprezy kulturalne, bawiła się, spotykała z ludźmi, jak gdyby nigdy nic. Agnieszkę to dobijało, ponieważ świadczyło o tym, że Jankowska była osobą zaburzoną o skłonnościach psychopatycznych, a ona, policjantka, pozwoliła, aby na wolności przebywała tak niebezpieczna osoba. Na byłej przyjaciółce zbrodnicze czyny najwyraźniej nie odcisnęły piętna. Dlatego też często zastanawiała się, czy Sabina kiedyś jeszcze zabije. Skoro teraz była w stanie żyć i funkcjonować bez wyrzutów sumienia po tym, co zrobiła, to co powstrzyma ją przed kolejnymi zabójstwami, gdy ktoś ponownie zagrozi jej wizji idealnego życia.
Od mieszkańców miasteczka Agnieszka słyszała, że Jankowska wraz Różą Kwiatkowską przejęły redakcję gazety "Nasz Lubomierz". Ryszard Król zgodził się na to, gdyż pomagał w powrocie Róży do normalności, jak tylko mógł, a przecież prowadzenie redakcji gazety to było ich maturalne marzenie. Teraz próbowali, mimo wypadku Róży i piętnastu lat opóźnienia, wcielać je w życie.
Birkut nie mogła tego zrozumieć, nie wiedziała, co ma myśleć o tej sytuacji. Czuła się z jednej strony jak zdrajca, a z drugiej jak osoba oszukana. Jej osobiście pomoc Sabinie, na którą się zdecydowała, nie przyniosła spokoju. To, co początkowo wzięła za swój przyjacielski obowiązek i lojalność wobec ważnej dla siebie osoby, ostatecznie okazało się dla niej wyniszczające.
Nic jej nie cieszyło, nie snuła już planów na przyszłość, codziennie bała się, że ktoś się dowie, co zrobiła. Nie ufała sobie, tak wiele razy chciała powiedzieć Mateuszowi prawdę, ale nie robiła tego. Od trzech miesięcy żyła w mroku własnych myśli i zbrodni, na którą dała pozwolenie. Siedziała za biurkiem na komisariacie pełnym ludzi, ale czuła się martwa i samotna.
W ciągu ostatnich miesięcy twarz Agnieszki zeszczuplała i zszarzała, była kompletnie bez wyrazu. Mimo że próbowała lekkim makijażem zatuszować ciemne cienie pod oczami z niewyspania, to każdy, kto ją znał, widział, jak się zmieniła na niekorzyść. Nikt inny poza Marią Lisowską nie mówił o tym na głos, pozostałe koleżanki nie chciały sprawiać Agnieszce przykrości, bo nie wiedziały, co spowodowało tę zmianę.
Straciła chęć do ubierania się, dlatego coraz częściej wybierała mundur. Nie chciało jej się zastanawiać każdego dnia, co na siebie włożyć, aby wyglądać schludnie, ale i ładnie. Służbowy mundur rozwiązywał odzieżowe dylematy. Wszystko stało się jej obojętne.
Z posępnych rozmyślań wybił ją dźwięk uderzania czegoś o jej biurko, jakby krople gradu spadały na blat. Leniwie podniosła wzrok, aby zobaczyć, co wydaje ten zaskakujący hałas. Przed jej biurkiem stali elegancko ubrana w modną jasną garsonkę kobieta i tak samo dobrze prezentujący się mężczyzna. Towarzyszyła im nastolatka wpatrzona w ekran telefonu.
Dźwięk, który wybił Agnieszkę z kolejnej fali przytłaczających myśli, okazał się dźwiękiem zbyt długich paznokci kobiety, która stukała nimi o biurko, aby zwrócić na siebie uwagę. Wyraźnie się niecierpliwiła. Birkut domyśliła się, że ci ludzie musieli przebywać na komisariacie od dłuższej chwili i nikt nie zwracał na nich uwagi.
- Słucham, w czym mogę pomóc? - zapytała apatycznie.
- Chcemy zgłosić zaginięcie córki i jej koleżanki - oświadczyła nerwowo elegancka kobieta.
Agnieszka spojrzała na rozmówczynię pytającym wzrokiem. W czasie festiwalu zajmowali się zwykle drobnymi bójkami, kradzieżami czy przywracaniem do normalnego stanu tych, którzy przesadzili z alkoholem. Jeszcze nigdy nie mieli zgłoszenia, że ktoś zaginął, no bo i gdzie? Przecież jakby stanąć na początku Lubomierza i wytężyć wzrok, to dałoby się dostrzec jego koniec.
- Może pani mówić jaśniej? - poprosiła zrezygnowana Birkut. Była pewna, że kobiecie nie chciało się w zmniejszającym, ale jednak tłumie szukać córki i chciała od razu skorzystać z ich pomocy.
Elegancka kobieta z poirytowaniem wzięła oddech.
- Moja córka i jej koleżanka przyjechały tu na ten zakichany festiwal, a teraz ich nie ma.
- Proszę o jakieś szczegóły. Kiedy przyjechały i czy miała pani z nimi ostatnio kontakt? - zapytała podkomisarz nadal bez zapału.
- Przyjechały w piątek w południe, a ostatni raz córka pisała do mnie esemesa wczoraj po śniadaniu - odpowiedziała nerwowo kobieta.
- Dzwoniła pani do niej? - Podkomisarz zadała kolejne pytanie jakby na odczepnego.
- Ma mnie pani za idiotkę? - wybuchła niemiło kobieta. - Oczywiście, że dzwoniłam, i to nie raz ani dwa.
- Żona zadzwoniła do córki, a Klaudia do jej przyjaciółki - odezwał się elegancki mężczyzna, wskazując głową na zbyt mocno wymalowaną nastolatkę, która im towarzyszyła.
- Ile lat mają dziewczyny? - zadawała beznamiętnie rutynowe pytania Birkut.
- Osiemnaście.
Agnieszka, usłyszawszy to, westchnęła. Wiele razy widziała, jak młodzi ludzie w czasie festiwalu dają się ponieść zabawie i emocjom. Zwłaszcza gdy mają osiemnaście lat. Wtedy wyobraźnia daje sporego kopa, jak wykorzystać początek dorosłości.
- Proszę państwa, dziewczyny są pełnoletnie, więc zapewne gdzieś zabalowały lub wyjechały z miasta i zapomniały was poinformować. Radość zabawy i wolność czasem odbierają zdrowy rozsądek. - Agnieszka wygłaszała standardową formułę przy takich zgłoszeniach.
- Proszę pani, córka umówiła się z nami na dziś, na szesnastą. Dla niej umowa to rzecz święta. To odpowiedzialna dziewczyna. Mieliśmy je odebrać sprzed kościoła, bo nocowały w internacie. - Kobieta starała się przekonać Agnieszkę do swojej racji. - To są porządne dziewczyny. Przyjechały tu na zaproszenie kolegów, których poznały na wakacjach, na obozie żeglarskim. Córka zawsze odbiera telefon ode mnie. Proszę mnie zrozumieć, martwię się. Nigdy jeszcze nie było takiej sytuacji, aby się nie zjawiła na umówione spotkanie. Znam swoje dziecko. - Ostatnie słowa powiedziała w taki sposób, jakby za chwilę miała wybuchnąć płaczem.
Podkomisarz znowu westchnęła. Nie była w stanie wykrzesać z siebie więcej zainteresowania. Takie rzeczy mówili prawie wszyscy rodzice dzieci, które nagle znikały. Potem zazwyczaj okazywało się, że prawda jest inna, niż twierdzili.
- Mają państwo jakieś ich zdjęcie?
Mężczyzna z kobietą skinęli równocześnie głowami i zabrali się do przeglądania zdjęć w najnowszych modelach iPhone 6s.
Po krótkiej chwili kobieta wyciągnęła przed siebie lśniący telefon i pokazała na ekranie zdjęcie dwóch zupełnie przeciętnych nastolatek. Nie było w nich nic szczególnego. Nawet jeśli Agnieszka je widziała w czasie festiwalu, to nie było szans, aby je zapamiętała.
- To one razem. Zdjęcie jest sprzed miesiąca. Córka przysłała je z obozu.
Birkut przyglądała się uważnie. Była pewna, że nigdy nie widziała dziewcząt, ale nie widziała w tym nic dziwnego, gdyż w czasie festiwalu filmowego przez miasto przewijało się nawet ponad dziesięć tysięcy osób, więc nie było szans zapamiętać nowych twarzy.
- Proszę mi wysłać zdjęcie na maila, to wydrukuję - powiedziała Agnieszka i podała służbowy adres e-mailowy. - Prosiłabym też o dane dziewczyn.
- Nasza córka nazywa się Paulina Wrońska, a jej przyjaciółka to Lili Śliwińska. Obie mają po osiemnaście lat - mówiła płaczliwie kobieta, a Agnieszka notowała na kartce.
- Skąd państwo są? - zapytała Agnieszka, bo do tej pory kobieta tego nie powiedziała.
- Z Jeleniej Góry.
Birkut kiwnęła głową.
- Proszę usiąść i powiedzieć, co państwo wiedzą o tym, co dziewczyny robiły na festiwalu. - Podkomisarz postanowiła podejść do prośby o pomoc w odnalezieniu nastolatek z większym zaangażowaniem. Nawet jeśli faktycznie gdzieś zabalowały i teraz odsypiały, co było wielce prawdopodobne, to odnalezienie ich nie będzie trudne. A przynajmniej w tej sprawie nie będzie miała wyrzutów sumienia oraz zajmie czymś myśli.
Kobieta i mężczyzna usiedli na dwóch starych krzesłach naprzeciwko podkomisarz, a dziewczyna, która im towarzyszyła, oparła się o stojące obok biurko Moniki Kochanowskiej i nawet nie oderwała wzroku od komórki.
- Zacznijmy od początku, czyli od wyjazdu dziewczyn do Lubomierza. Proszę powiedzieć, co państwo wiedzą - poprosiła Birkut, a kobieta żarliwie pokiwała głową. Początkowa złość na policjantkę zniknęła i zastąpiło ją zatroskanie.
- No więc wyszły z domu w piątek przed jedenastą, bo miały autobus do Lubomierza około jedenastej trzydzieści. Zgodnie z planem o dwunastej trzydzieści dały znać, że wysiadły i poszły do internatu zostawić rzeczy. Potem były umówione na pizzę z kolegami z obozu - zaczęła relacjonować kobieta.
- Wiedzą państwo, kim byli ci koledzy? - zapytała Agnieszka, czekając z długopisem w powietrzu, aby zapisać kolejne dane.
- Hmmmm, no nie, ale młodsza córka pewnie wie - powiedział lekko zmieszany mężczyzna. - Klaudia, czy Paula mówiła ci, jak się nazywają jej koledzy z obozu?
Nastolatka powoli oderwała wzrok od komórki.
- Staś Tarkowski i Franek Majewski - wyrecytowała bez chwili namysłu i dalej wpatrywała się w smartfon.
Podkomisarz zamarła w pół ruchu, co od razu zauważyła elegancka kobieta.
- Zna ich pani? - zapytała z lekką histerią w głosie.
- Tak, Tarkowski to syn naszego radnego, a Majewski to jego najlepszy kolega. To w gruncie rzeczy dobra wiadomość, więc proszę się nie martwić. To porządni chłopcy, ale porozmawiam z nimi - stwierdziła Birkut. Większą niechęć budziła w niej myśl, że w tej sytuacji nieuniknione będzie też spotkanie z ojcem Stasia. Mało ją to cieszyło, mimo że radny Mariusz Tarkowski był sympatycznym człowiekiem, można było powiedzieć, że aż za bardzo. Agnieszka przypuszczała, że są nikłe szanse na rozmowę ze Stasiem bez obecności ojca, dlatego też od razu postanowiła, że na taką rozmowę weźmie ze sobą Lidkę, mimo jej nietypowych relacji z radnym. - Proszę mówić, co się działo dalej.
- W pierwszym dniu już się nie odezwała. Następnego esemesa dostałam w sobotę koło jedenastej. Córka pisała, że były na śniadaniu i że chcą zwiedzić Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i Świętego Maternusa, przy którym mieszkały, oraz Muzeum Kargula i Pawlaka. A dopiero o piętnastej miał być jakiś koncert. Pisała też, że w niedzielę planują koło dziesiątej trzydzieści zjeść śniadanie, a potem spotkać się na pożegnalnej kawie z kolegami. My mieliśmy je odebrać o szesnastej sprzed kościoła, tak jak już mówiłam - skończyła mówić kobieta jakby na jednym wdechu.
- Czyli w sobotę około jedenastej dostała pani tylko jednego esemesa z informacjami, tak? - upewniła się Agnieszka.
- No tak - potwierdziła kobieta i uświadomiła sobie, jak dawno to było.
- Proszę zaczekać, pokażę koleżankom zdjęcie dziewczyn, może one je widziały. - Wyjęła z drukarki wydruk z wizerunkiem nastolatek, który chwilę temu dostała mailem od kobiety.
Podkomisarz wstała zza biurka i ruszyła w stronę Lidki Kalickiej i Moniki Kochanowskiej, które przed chwilą wróciły z patrolu.
- Rzućcie okiem na zdjęcie tych dziewczyn. Rodzice twierdzą, że zaginęły. Ponoć przyjechały na festiwal, ale od soboty nie mieli z nimi kontaktu. Dziś mieli je odebrać, ale dziewczyn nie ma - streściła najważniejsze punkty.
Lidka z Moniką spojrzały w stronę eleganckich ludzi, którzy patrzyli na nie wyczekującym wzrokiem, po czym przeniosły wzrok na wydrukowaną fotografię i błyskawicznie odezwała się Lidka:
- No oczywiście! Widziałam je.
Na te słowa rodzice Pauliny Wrońskiej podnieśli się z krzeseł.
- Ale wyglądały inaczej niż tu na zdjęciu - ciągnęła policjantka.
- To znaczy? - zapytała Agnieszka, a Lidka zrobiła dziwną minę, bo widziała, że rodzice nastolatki słuchają.
- Miały ostry, ciemny makijaż i były skąpo ubrane. Pamiętam, bo je wylegitymowałam.
- Dlaczego? - zapytała z oburzeniem w głosie kobieta, a wtedy Kalicka przestała mieć skrupuły przed mówieniem prawdy.
- Bo były pijane i zachowywały się wulgarnie - wypaliła policjantka, nie zwracając uwagi na ton elegantki.
- Musiała je pani pomylić z kimś innym. Nasze dziewczyny są porządne, nie piją. Rzadko bywają na imprezach. Dobrze się uczą. - Kiedy Wrońska wygłaszała standardowe rodzicielskie banały, Birkut kątem oka zobaczyła na twarzy towarzyszącej im nastolatki lekki ironiczny uśmiech i już wiedziała, że matka nie jest dobrym źródłem wiedzy o poczynaniach córki i jej przyjaciółki. Postanowiła, że zaczepi nastolatkę, gdy nie będą obserwowali jej rodzice.
- Może w domu takie są, tu zachowywały się inaczej. A jak mi pani nie wierzy, że to były one, to możemy sprawdzić raport, wpisałam ich dane po powrocie na komisariat. Było to w sobotę późnym popołudniem - mówiła pewnie Kalicka, a podkomisarz Birkut nie posiadała się z radości, że Lidka jest tak skrupulatna i chwilami wręcz nadgorliwa.
Kalicka sięgnęła po zeszyt do swojego biurka i przeczytała:
- Paulina Wrońska, Lili Śliwińska. - Uniosła wzrok, aby spojrzeć na rodziców. Oboje przytaknęli głowami, ale widać było, że nie rozumieją, o co chodzi. Zaskoczenie było wypisane na ich twarzach. - Jak państwo chcą, to mogę przeczytać, jakich słów przy mnie używały, przekrzykując muzykę z koncertu - rzuciła od niechcenia Lidka.
- Nie, dziękujemy, wierzymy pani - odparł mężczyzna i usiadł skonfundowany.
- Jak tylko się znajdą, to wyjaśnimy to zachowanie - oświadczyła twardo kobieta.
- Lidka, pojedziesz ze mną do Tarkowskiego? Jego syn i jego kumpel podobno przyjaźnili się z dziewczynami - wyjaśniła Birkut, a Lidka zrobiła skwaszoną minę, ale nie odmówiła.
- Nie ma sprawy.
- Pojadą państwo za nami? Radny mieszka niedaleko - zapytała Agnieszka.
- Tak, oczywiście - odpowiedział za żonę i córkę elegancki mężczyzna.
* * *
Wyszli przed komisariat, gdzie stały radiowóz i auto Wrońskich. Policjantki były zaskoczone, że rodzicom Pauliny udało się przejechać przez miasto, gdyż zwykle na czas festiwalu ulice były zamknięte dla normalnego ruchu samochodów osobowych. Wynikało to ze względów bezpieczeństwa. Ich auto było jednak na tyle eleganckie, że całkiem możliwe, że osoby pilnujące wjazdu do miasta mogły pomyśleć, że to ktoś z gości festiwalowych.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.