Długi pocałunek z Glasgow - Craig Russell

Reflow text when sidebars are open.
Niektóre pojęcia są obce umysłowości glasgowczyków, ot chociażby surówka czy stomatologia, a także przebaczenie.
Do owego wieczoru, kiedy zmarł Bilon MacFarlane, nie miałem wyobrażenia, jak pamiętliwe potrafi być Glasgow. Moja edukacja w tej dziedzinie miała się dopiero rozpocząć.
Przez Glasgow przetaczała się fala upałów i wszyscy lepili się od potu, a ja szczególnie, jako że właśnie owego wieczoru, gdy został zamordowany Bilon MacFarlane, miałem randkę z jego wystrzałową córką Lorną. Zaparkowałem swojego austina atlantica na wzgórzach Glennifer Braes, skąd rozciągał się widok na ciemne i ponure tej parnej nocy Glasgow. Szczerze mówiąc, niewiele uwagi poświęciliśmy na podziwianie panoramy. Z perspektywy czasu na ironię wydaje się zakrawać fakt, że dwoje członków rodziny MacFarlane w tym samym mniej więcej czasie znalazło się w zasięgu działania tępego narzędzia.
Lorna wykraczała dość znacząco ponad glasgowską normę: była ładna, miała rudoblond włosy i szałową figurę. Jak większość szumowin, którym udało się w końcu jakoś dorobić, jej ojciec, glasgowski bukmacher, dbał o pozory szacowności i posłał Lornę do ekskluzywnej szkoły z internatem w Edynburgu. Zrobił to prawdopodobnie po to, żeby jego córka wyrosła na układną pannę, ja zaś przekonałem się na tylnym siedzeniu atlantica, że owszem, jeśli chodzi o francuski - pomijając wszystkie inne języki, jakich uczono w tej szkole - Lorna była urodzoną lingwistką.
Gdybym miał opisać swój ówczesny związek z Lorną, najlepiej pasowałoby do niego określenie "płytki". Muszę przy tym nadmienić, że przymiotnikiem tym można by opisać niemal wszystkie moje dotychczasowe związki z kobietami. Moja zażyłość z Lorną była jednak wyjątkowo mało zobowiązująca. Ona zabijała czas w oczekiwaniu na chwilę, gdy w jej sidła wpadnie odpowiedni kandydat na męża, a ja... cóż, ja robiłem po prostu to co zawsze. Gdyby owej nocy wypadki potoczyły się inaczej, to sądzę, że i tak stopniowo oddalilibyśmy się od siebie bez żalu i wzajemnych pretensji. Jednak wtedy, na wzgórzach Glennifer Braes, nie mieliśmy jeszcze pojęcia, co nas czeka.
Moja ignorancja była szczególnie błoga. Nie zdawałem sobie zupełnie sprawy, że zanosiło się na jakieś krwawe porachunki, ani nie zetknąłem się z określeniem "baro" czy "biczapen". A gdyby ktoś w ów parny, zbyt upalny letni wieczór wymienił nazwisko Johna Largo, to pewnie uznałbym, że mowa o jakiejś postaci z westernu. I w pewnym sensie byłaby to prawda: zachód najdzikszy był właśnie w Glasgow.
John Largo nie był jednak żadnym kowbojem. Był kimś w rodzaju szarej eminencji. Cieniem. Bardzo niebezpiecznym cieniem, którego macki sięgały daleko.
Kiedy zakończyliśmy nasze tango na tylnym siedzeniu atlantica, odwiozłem Lornę do domu w Pollokshields. Glasgow cechowało się własną geografią społeczną, niezrozumiałą dla kogoś z zewnątrz, ale mającą istotne znaczenie dla stanowiących tu mniejszość klas średnich. Było zresztą typem miasta zasadniczo bezklasowego, w którym liczyło się w gruncie rzeczy tylko to, ile kto miał pieniędzy. Wszechobecny glasgowski akcent przekraczał natomiast wszelkie społeczne bariery, i tu jedyną miarą statusu była ocena, na ile czyjaś wymowa była zrozumiała, a ściślej rzecz biorąc - na ile daleka od niezrozumiałości. Jeśli już doszukiwać się kryteriów podziału, to pozycję społeczną wyznaczało zazwyczaj albo miejsce zamieszkania, albo bardziej subtelne wskaźniki o charakterze socjalnym, takie jak odległość od najbliższej spłukiwanej toalety lub to, czy nasza babcia mieszka jeszcze w slumsie.
Działalność bukmacherska Bilona rozwijała się na przestrzeni lat dobrze - pod tym względem szło mu chyba lepiej niż większości glasgowskich bukmacherów. Nie zrobił jednak aż takiej kasy ani nie wyrobił sobie na tyle szacownej pozycji, aby przeskoczyć z południowego zarzecza na drugą stronę rzeki Clyde i awansować w społecznej hierarchii. Rezydencja MacFarlane'ów położona była więc w Pollokshields, na południe od Clyde. Była to duża, solidna i pozbawiona polotu szkocka willa w stylu wiktoriańskim, stojąca przy ulicy pełnej niemal identycznych, solidnych i takoż pozbawionych polotu szkockich willi w stylu wiktoriańskim - zgodnie z prezbiteriańskim imperatywem, aby ukrywać dobrobyt pod maską anonimowości. Aby czymś się jednak od siebie nawzajem odróżniać, prawie wszystkie domy przy tej ulicy opatrzone były nie numerami, lecz nazwami. Kiedy dojechaliśmy do Ardmore, zastaliśmy tam rząd blokujących podjazd czarnych policyjnych wolseleyów.
Taki widok to dla mnie na ogół sygnał, aby jak najszybciej oddalić się w przeciwnym kierunku, ale Lorna wpadła w panikę, więc zaparkowałem na ulicy i podszedłem z nią do budynku. Od razu stało się jasne, że czeka nas tam coś bardzo nieprzyjemnego. I faktycznie: to dwumetrowe coś, odziane w tweed i brunatne broksy, okazało się detektywem nadinspektorem Williem McNabem.
- Co się dzieje? - spytałem, lecz McNab mnie całkowicie zignorował.
- Panna MacFarlane? - odezwał się do Lorny z troską w głosie i byłem pod wrażeniem, jak przekonująco odegrał rolę współczującego bliźniego. - Czy mogłaby pani pójść ze mną? - Poprowadził ją do przedpokoju, najpierw rzucając mi przez ramię spojrzenie, jednoznacznie mówiące: "A ty, kurwa, ani kroku dalej".
Uśmiechnąłem się. Miło być zauważonym...
Chcąc nie chcąc, zostałem przed progiem w towarzystwie gliniarza, postawionego na straży przy drzwiach frontowych. Był to chłop na schwał - góral, tak jak dziewięćdziesiąt procent mundurowych w glasgowskiej policji. Górali rekrutowano ze względu na ich wzrost, a nie zasoby intelektualne, i łatwo ich było omamić błyszczącymi paciorkami albo jakimiś urządzeniami elektrycznymi. Tylko kilka minut zabrało mi wyciągnięcie od niego podstawowych informacji. Okazało się, że Bilon MacFarlane, odnoszący w Glasgow największe sukcesy bukmacher i ojciec Lorny w jednej osobie, leży bezwładnie na podłodze swojego gabinetu, rujnując wyściełający ją miękki dywan typu Wilton sporą ilością czerwonej cieczy.
- Sąciimy, sze właśnie wrócił z wyścików - zwierzył mi się melodyjnym hebrydyjskim narzeczem mój świeżo zapoznany koleś glina. - Wie pan, on był bukmacherem. Ktoś mu przyłoszył fikurą jeko ulubioneko charta... co się wabił Billy Boy.
Zafrasowałem się, marszcząc brwi: - Ależ fuks. I kto by pomyślał?
Kiedy McNab ponownie pojawił się w korytarzu, nadal stałem na zewnątrz. Spojrzałem w jego kierunku i zauważyłem przez otwarte drzwi salonu, że Lorna siedzi zrozpaczona na kanapie obok pocieszającej ją macochy. Odruchowo zrobiłem krok do przodu, ale moja klatka piersiowa napotkała zdecydowany opór wielkiego łapska McNaba.
- A ty jakie niby miałeś powiązania z Jimmym MacFarlane'em, Lennox?
Postanowiłem kontynuować nasz sposób porozumiewania się za pośrednictwem groźnych min, rzucając mu najwymowniejsze spojrzenie typu "łapy, kurwa, przy sobie", na jakie było mnie aktualnie stać. Okazało się równie skuteczne, jak gadanie do niego po nepalsku. Powstrzymująca mnie dłoń ani drgnęła.
- Z Bilonem? Żadne - odparłem. - Jestem... przyjacielem jego córki, to wszystko.
- Na ile bliskim przyjacielem?
- No cóż, powiedzmy, że ostatnio dość często się widujemy.
- I to jedyne, co cię łączy z Jamesem MacFarlane'em? - zapytał McNab. - Na pewno?
- Spotkałem go kilka razy. Zasadniczo dlatego, że widuję się z Lorną - powiedziałem, nie wspominając o tym, że Bilon obiecał mi dwa bilety na zbliżającą się głośną walkę miejscowego Bobby'ego Kirkcaldy'ego z Niemcem Janem Schmidtke. Prawdę mówiąc, pierwsze, o czym pomyślałem, gdy dowiedziałem się o zgonie Bilona, to czy zdążył mi te bilety załatwić, zanim dał sobie rozwalić łeb. Uznałem jednak, że afiszowanie się z tego rodzaju refleksjami ujawniłoby jeden z mniej atrakcyjnych aspektów mojej osobowości. Choć może moja kolejna myśl była jeszcze mniej chwalebna: zaintrygowało mnie bowiem pytanie, jak długo będę musiał czekać, aż Lorna po śmierci ojca odzyska ochotę na kolejną rundę zapasów na tylnym siedzeniu atlantica.
- Żadnych innych interesów? - nie odpuszczał McNab. - Nie wykonywałeś dla niego żadnych zleceń? Jakiegoś węszenia?
Potrząsnąłem głową przecząco i nagle jakoś straciłem humor. Spojrzałem na dłoń opartą o mój tors. Solidna rozwinięta piącha. Grubaśne paluchy z łuszczącą się na knykciach skórą. Wyglądające spod tweedu świeżo wyprasowane, białe mankiety koszuli.
- Zobaczymy... I niech ci nie przyjdzie do głowy wściubiać w to swego nosa, Lennox - powiedział. - To sprawa dla policji.
- Wcale nie mam zamiaru się w to mieszać - odparłem, marszcząc brwi. Zaskoczyło mnie nieco, że McNab w ogóle uważa za konieczne, aby mnie zniechęcać. - A jaki był motyw?
- No cóż... - McNab wolną ręką potarł podbródek, udając głęboki namysł. - MacFarlane był jednym z najbogatszych glasgowskich bukmacherów i hodowców chartów. Właśnie wrócił z wyścigów z torbą pełną gotówki, której nie potrafimy zlokalizować... niech no pomyślę... Mam! Zbrodnia w afekcie.
- Powinien pan trzymać się tego, co panu wychodzi, nadinspektorze, a ironię zostawić mnie.
- A ty zostaw lepiej robotę policyjną mnie. To jest zwykły rabunek. Rozwikłamy to bez niczyjej pomocy, Lennox. Dwa dni i będziemy mieli tego skurwiela pod kluczem.
- Aaa... - uśmiechnąłem się i pokiwałem głową z uznaniem. - Oto szlachetne działanie stojącego na straży sprawiedliwości szkockiego systemu prawnego, według którego każdego obywatela uważa się za niewinnego, dopóki nie udowodni mu się, że jest katolikiem.
Domyślałem się, jak to będzie przebiegać. Włamywacze rzadko uciekali się do przemocy. Oczami wyobraźni widziałem kolejkę tych samych, co zwykle, podejrzanych, dostających w dupę na komendzie. Na filmach policjanci z dochodzeniówki zawsze zapewniali przesłuchiwanych, że to "tylko formalność". Ciekaw byłem, czy właśnie tym zwrotem posługiwała się glasgowska policja: "Nie będziemy panu już więcej zabierać czasu... to zwykła formalność. Jeszcze tylko kilka kopów w żebra, pozbiera pan zęby z podłogi, i to by było na tyle...".
- Mogę ci zadać pytanie, Lennox? - przerwał moją zadumę McNab.
- Zadawanie pytań to przecież pana fach, nadinspektorze - powiedziałem, zachowując dla siebie spostrzeżenie, że zazwyczaj rękoczynami przypominano pytanemu frajerowi, aby za długo nie zwlekał z odpowiedzią. - Śmiało.
- Dlaczego nie spieprzasz do Kanady?
- Czy to pytanie, czy nowy slogan reklamowy kanadyjskiego biura imigracyjnego? Przyznam, że hasło chwytliwe.
- Niezły z ciebie dowcipniś, co, Lennox? - Spojrzał w głąb ogrodu, jakby nie do końca skupiony na naszej rozmowie. Po czym nagle popatrzył mi prosto w oczy i przysunął się bliżej. Mając tuż przed sobą jego twarz oraz dłoń na klatce piersiowej, nie miałem już żadnych wątpliwości, na czym jest skupiony. - Pamiętasz naszą ostatnią pogawędkę przy placu St. Andrew's? - McNab miał na myśli komendę główną glasgowskiej policji.
- Jakże mógłbym zapomnieć? Pan, ja i ten czarujący młodzieniec z Hebryd z owiniętą wokół pięści mokrą szmatą.
- Jak nie przestaniesz dowcipkować, to mogę załatwić powtórkę z rozrywki... Gęba na kłódkę, Lennox. I odpowiedz na moje pytanie: dlaczego nie spieprzasz z powrotem do Kanady?
- Podoba mi się tu - odparłem, ignorując oczywisty dylemat natury logicznej: jak odpowiedzieć na jego pytanie z gębą na kłódkę. - Glasgowskie powietrze mi służy. Gdybym wyjechał, pewnie ozdrowiałbym po przewlekłym zapaleniu opłucnej, a tak długo nad nim pracowałem - westchnąłem, wzruszając ramionami. - Nie wiem, może któregoś dnia tam wrócę. Jak będę na to gotowy.
- Na twoim miejscu poważnie bym się nad tym zastanowił. - Oderwał dłoń od mojej klatki piersiowej. Tkwiła tam tak długo, że przez marynarkę i koszulę nadal czułem jej ciepły ciężar. Komunikat był całkiem jasny. Nadinspektor Willie McNab mógł w dowolnej chwili i na tak długo, jak chciał, położyć swoją łapę na każdym śmiertelniku w Glasgow. - Znam wielu ludzi, którzy cię nie lubią, Lennox. Owi ludzie nadal uważają, że wiesz o sprawie McGahernów więcej, niż się do tego przyznajesz.
- Mylą się. - Szybko przywołałem fałszywy uśmiech, mający pokryć niepokój, jaki wywołało we mnie odgrzebywanie przez McNaba martwej przeszłości. Bardzo martwej przeszłości. - Wciąż panu powtarzam, panie nadinspektorze, że nie jestem aż tak ważną figurą, na jaką wyglądam. Czy mogę teraz pójść i porozmawiać z Lorną?
- Pamiętaj tylko, żeby nie wtykać nosa w sprawę MacFarlane'a, Lennox. - Zapaliwszy playersa, McNab zaciągnął się głęboko i wypuścił smugę dymu w parne nocne niebo Pollokshields. - Bo inaczej osobiście załatwię ci zmianę scenerii. Czy wyrażam się jasno?
- Całkowicie... Jedno mogę z czystym sumieniem powiedzieć o pana zawoalowanych groźbach, nadinspektorze: są przejrzyste jak kryształ.
Maggie MacFarlane nalała mi szkockiej, podczas gdy ja ruszyłem pocieszać jej pasierbicę. Matka Lorny zmarła dziesięć lat temu i Jimmy "Bilon" MacFarlane ożenił się powtórnie. Maggie, jego druga żona, była starsza od Lorny nie więcej niż o dziesięć lat.
Są mężczyźni, którzy osiągnąwszy określony wiek, a także odpowiednio zasobne konto bankowe, rezygnują z rodzinnej limuzyny na rzecz szpanerskiego, wysmukłego samochodu sportowego i ekscytującej jazdy, która daje im choć przez chwilę poczucie, że znowu są młodzi, nawet jeśli nie do końca potrafią zapanować nad mocą silnika. Podobnie bywa z drugimi żonami. Maggie MacFarlane z całą pewnością należała do tej właśnie kategorii - poznałem ją, gdy pierwszy raz przyjechałem zabrać Lornę na randkę, i podczas tamtego spotkania dała mi niedwuznacznie do zrozumienia, że gdybym i ją chciał kiedyś wziąć na szybką przejażdżkę, nie miałaby nic przeciwko temu.
- Jak sobie dajesz radę? - spytałem Maggie. Prawdę mówiąc, na moje oko dawała sobie radę całkiem dobrze. Aż za dobrze.
- Po prostu nie mogę w to uwierzyć - powiedziała, podając mi szkocką i nalewając sobie. - Biedny Jimmy. Kto mógł zrobić coś tak okropnego?
Wziąłem od niej szklaneczkę, objąłem ramieniem Lornę i namówiłem ją, żeby trochę się napiła. Wyczerpana płaczem siedziała, blada i oniemiała. Upiła nieco alkoholu, krztusząc się i zaciskając mocno powieki. Szkocka chyba zadziałała, bo Lorna jakby nabrała animuszu i spojrzała wilkiem na Maggie.
- Paru by się pewnie znalazło - wymamrotała zjadliwie pod nosem. Ech, harmonia rodzinna. Byłem zmartwiony przez wzgląd na Lornę, ale z drugiej strony chciałem się zerwać, bo zerkając na zegarek, stwierdziłem, że wszystkie bary już pozamykano, a jeśli nadal będę zwlekał, to za chwilę nie załapię się nawet do pubu Pod Końskim Łbem, gdzie o tej porze wpuszczają tylko na umówiony sposób pukania.
Postanowiłem rozładować napiętą atmosferę. - Czy to ty znalazłaś cia... To znaczy, czy to ty znalazłaś pana McFarlane'a? - spytałem Maggie, która usiadła na kanapie naprzeciwko nas, zakładając nogę na nogę. Rozległ się syk jedwabiu pieszczotliwie otulającego jej ciało. Była to oczywiście wybitnie nieodpowiednia chwila na przyglądanie się jej nogom i uczyniłem wielki wysiłek, aby się przed tym powstrzymać. Jak zwykle poniosłem porażkę. Włożyła między intensywnie pąsowe wargi papierosa i zapaliła go. Była to jakaś luksusowa zagraniczna marka z filtrem, na którym widniały dwa złote paski.
- Byłam u przyjaciółki w Bearsden - powiedziała, wpatrując się we mnie błękitnymi oczami. - Wróciłam mniej więcej godzinę temu. Od razu zorientowałam się, że coś jest nie tak, bo drzwi frontowe były otwarte na oścież. Potem, kiedy weszłam do gabinetu Jimmy'ego... - Spuściła wzrok i wypiła duży łyk szkockiej.
- A co powiedziała policja?
- Niewiele. Tylko tyle, że ich zdaniem to rabunek. Ktoś musiał wiedzieć, że Jimmy będzie wracał z wyścigów na stadionie Shawfield z wieczornym utargiem.
- Czy wymieniali jakieś nazwiska?
Maggie miała właśnie odpowiedzieć, gdy do pokoju wszedł bez pukania McNab. Pukanie to drobiazg, który pozostawiał innym.
- Panno MacFarlane, czy mógłbym pani zadać kilka pytań? - Spojrzał na mnie wymownie i dodał: - Najwygodniej byłoby w kuchni.
Maggie odczekała, aż Lorna i McNab wyjdą, po czym odpowiedziała: - Nie, nie wymieniali żadnych nazwisk. Ale pewnie coś wymyślą.
Zaśmiałem się pod nosem. - Policja nie bawi się w wymyślanie, wszak ma to tę denerwującą cechę, że podważa z góry powzięte przekonania.
Kiedy Lorna wróciła z rozmowy z McNabem, była we łzach. Jego towarzystwo często i mnie prawie do nich doprowadzało. Poczucie obowiązku sprawiło, że znowu zacząłem ją pocieszać. Dotrzymując towarzystwa córce i macosze, nawet raz nie zapytałem o to, czy Bilon przed swoim przedwczesnym zgonem nie wspominał przypadkiem o biletach na mecz bokserski. Nikt nie mógłby mi zarzucić, że nie jestem dżentelmenem.
Z tego, co byłem w stanie się zorientować, McNab miał prawdopodobnie rację: Bilonowi rozwalono czerep z powodu całodziennego utargu, który przyniósł wieczorem do domu. Z pewnością była to okrągła sumka, ale czy aż tak, aby ryzykować za nią stryczek? Bo jeśli sam McNab zajmował się tą sprawą, to z całą pewnością ktoś zawiśnie. Złapałem się wręcz na tym, że jestem wdzięczny za swoje żelazne alibi.
Pokręciłem się tam jeszcze do drugiej w nocy. Policja zmyła się już wcześniej, więc obiecałem, że zadzwonię rano i też wyszedłem.
Gdy wracałem do domu opustoszałymi ulicami, nasunęła mi się refleksja, że prawdopodobnie istnieją gdzieś cmentarze, na których jest więcej życia niż w Glasgow o drugiej w nocy. Pewnie dlatego zwróciło moją uwagę światło reflektorów odbijające się we wstecznym lusterku. Nie byłem pewien, czy pojawiło się już w Pollokshields, w każdym razie towarzyszyło mi wystarczająco długo, aby wzbudzić moją podejrzliwość. Przejeżdżając obok swojego mieszkania, nie zatrzymałem się, tylko pojechałem dalej ulicą Great Western i skręciłem w ulicę Byres, a potem jeszcze raz na chybił trafił w prawo, w jakąś cichą przecznicę, przy której stały czynszówki i bliźniaki z piaskowca. Budynki były tak okopcone sadzą, że wyglądały na ciemniejsze niż rozpościerające się nad nimi nocne niebo. Samochód, którego światła widziałem w lusterku, przez cały czas utrzymywał największy możliwy dystans, dbając jednak o to, aby mnie nie zgubić na mojej przypadkowo wybranej trasie. Zatrzymałem się przed jakąś czynszówką, wysiadłem z atlantica, zamknąłem drzwi i zdecydowanym krokiem wszedłem w pasaż wiodący na tył budynku.
Samochód przejechał obok. Był to austin. Jeden z większych modeli. Czarny albo ciemnoszary. Taki, jakich używają patrole policji. Zauważyłem w środku kierowcę i pasażera, ale nie byłem w stanie rozeznać nic więcej ponad to, że jedna z postaci miała bary, których mógłby pozazdrościć Atlas. Bilon MacFarlane był bez wątpienia dość grubą rybą, nie rozumiałem jednak, dlaczego śledztwo w jego sprawie cieszy się aż takim zainteresowaniem. I dlaczego, biorąc pod uwagę moje marginalne powiązania z denatem, policja z takim uporem depcze mi po piętach. Samochód zniknął za rogiem i po chwili zawrócił na trzy, co skonstatowałem, wsłuchując się w zgrzyt synchronizatora. Wyszedłem z cienia, wróciłem do atlantica i z założonymi rękoma oparłem się o błotnik, czekając cierpliwie, aż nieoznaczony wóz policyjny wynurzy się zza rogu. Czasem potrafię przechytrzyć sprawę.
Austin pojawił się ponownie i zatrzymał obok mnie. To był model sheerline, zbyt ekskluzywny jak na wóz policyjny. Z fotela obok kierowcy wysunęło się coś wielkiego i ciemnego, rzucając w świetle latarni niewiarygodnie wielki cień.
- Witam ponownie, panie Lennox... - powiedział z uśmiechem Pedikiurek McBride swoim dudniącym barytonem. Wyprostowałem się i oderwałem od błotnika samochodu. A to ciekawostka.
- Pedikiurek? Co ty tu robisz? Myślałem, że to policja. Czemu za mną jedziesz?
- Będzie pan musiał spytać o to pana Sneddona - odparł z powagą. - Jestem pewien, że pana wyeksplikuje. - Pedikiurek starannie wymówił każdą sylabę: wy-eks-pli-ku-je.
- Widzę, że nadal czytujesz "Reader's Digest" - pochwaliłem go.
- Poszerzam zasób słownictwa... - rozpromienił się Pedikiurek. Wyobraziłem sobie, o ile ciekawsze byłoby przy jego poszerzonym słownictwie doświadczenie tracenia kolejnych palców u stóp za sprawą trzymanych przez niego nożyc do prętów. W stosowaniu tego właśnie narzędzia tortur specjalizował się bowiem Pedikiurek i stąd pochodziła jego ksywa. Albo pseu-do-nim, jak pewnie sam by powiedział.
- Wyraziste słownictwo to prawdziwy skarb - uśmiechnąłem się.
- Tu się pan, kurwa, nie myli, panie Lennox - odparł z uśmiechem Pedikiurek.
- Pan Sneddon chce się ze mną widzieć już teraz? - spytałem, otwierając drzwi do samochodu. - W takim razie pojadę za tobą.
Pedikiurek przestał się uśmiechać. Otworzył na oścież tylne drzwi sheerline'a. - Zadbamy, aby wrócił pan później do swego auta. Jeśli nie ma pan o-biek-cji.
- Świetnie - odparłem, jakby wyświadczał mi przysługę. Przemknęła mi jednak przez głowę myśl, że po powrocie mogę nie być w stanie doliczyć się wszystkich dwudziestu palców u rąk i stóp.
Pedikiurek McBride był może sadystycznym, psychopatycznym osiłkiem, ale sprawiał przynajmniej wrażenie przyjaźnie nastawionej bestii. Nie można było tego samego powiedzieć o kierowcy austina - chudym, wrednie wyglądającym zakapiorze z kiepską cerą i nadmiernie naoliwionymi włosami, przyciętymi w kaczy kuper. Już go wcześniej widywałem, jak czaił się złowieszczo wokół Williego Sneddona. Trzeba było wprawdzie przyznać, że owo złowieszcze czajenie wychodziło mu nadzwyczaj dobrze, rekompensując w pełni jego braki konwersacyjne.
Wyjechaliśmy poza miasto, na zachód, i minąwszy Clydebank, wjechaliśmy na drogę do Dumbarton. W zasięgu wzroku nie było żadnych innych samochodów. Brzydkie kamienice zaczęły stopniowo ustępować otwartym przestrzeniom i poczułem się nieswojo. Już sama darmowa podwózka zaoferowana przez Pedikiurka McBride'a powinna skłonić każdego do większej czujności, a dodatkowa wiedza o tym, kto zażyczył sobie audiencji, wystarczała, aby dolne części układu pokarmowego zaczęły przypominać o swoim istnieniu. Pedikiurek był jednym z siepaczy Williego Sneddona. A Willie Sneddon był Królem południowego zarzecza, jednym z tak zwanych Trzech Królów, kontrolujących całą wartą kontrolowania działalność przestępczą Glasgow. Spotkanie ze Sneddonem zawsze wróżyło kłopoty, i to najgorsze z możliwych.
Kiedy zjechaliśmy z głównej drogi w wąski wiejski trakt, pomyślałem, że rzeczywiście mogę się znaleźć w poważnych tarapatach. Zerkałem nawet na klamkę, kalkulując, czy przy tej prędkości opłacałoby mi się ryzykować skręcenie karku podczas próby wyskoczenia z samochodu. Gdyby jednak złapali mnie Pedi i jego milczący kumpel, ryzyko to mogłoby zamienić się w fakt dokonany. Willie Sneddon należał do kategorii gospodarzy, którzy bardzo źle reagują na odmowę przyjęcia ich zaproszenia. Jeśli więc zacząłbym wiać, to chcąc ujść cało z zębami, palcami, a może nawet życiem, musiałbym wiać tak długo, dopóki nie znalazłbym się z powrotem w Kanadzie. Samochód podskoczył na jakimś wyboju. Uspokoiłem się. Było raczej bez sensu, aby Sneddon planował dla mnie coś nieprzyjemnego - coś jeszcze poza swoim towarzystwem, które i tak samo w sobie wyczerpie mój limit nieprzyjemności na ten miesiąc. Nie zrobiłem niczego, czym mógłbym się narazić Sneddonowi czy któremukolwiek z pozostałych dwóch Królów. Prawdę mówiąc, przez ostatni rok w ogóle bardzo starałem się unikać wykonywania dla nich jakichkolwiek zleceń.
Postanowiłem nie robić żadnych pochopnych ruchów i poczekać, co się będzie działo.
Trakt doprowadził nas do gospodarstwa wiejskiego. Duży dom w stylu wiktoriańskim, zbudowany z granitu, wskazywał na właściciela, który sam raczej rzadko wychodził w pole. Obok stała wielka kamienna obora, która, jak się domyślałem, nie była używana zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, chyba że zamieszkiwała ją rasa bydła równie szlachetnie urodzonego. W jedynych dwóch okienkach na wielkiej ścianie budynku widać było ciężkie aksamitne zasłony, jarzące się w ciemności jak czerwone węgielki, a spod masywnych drewnianych drzwi sączył się żółtawy blask.
Pedikiurek i nasz wesołkowaty kierowca poprowadzili mnie z samochodu do obory. Słychać było dobiegające z wnętrza budynku głosy. Dużo głosów. Śmiech, okrzyki i doping. Pedi nacisnął przycisk dzwonka i po chwili ktoś po drugiej stronie drzwi wyjrzał przez judasza, żeby sprawdzić, kto zacz.
- Nigdy jeszcze nie byłem w zakonspirowanym barze mlecznym - zwierzyłem się pogodnie naszemu niezbyt pogodnemu kierowcy. - Czy Sneddon pędzi tu nielegalną maślankę?
W odpowiedzi przyczaił się przy mnie złowieszczo. Pedi jeszcze raz zadzwonił do drzwi.
- Może trzeba sprawdzić drugie wejście - powiedziałem z uśmiechem, podrabiając akcent nowojorskich gangsterów. Ale to tylko wprowadziło w pomieszanie Pedikiurka i pogłębiło złowieszcze przyczajenie jego kumpla.
Spodziewałem się niemal, że otworzy nam jałówka w smokingu. I niewiele się pomyliłem, bowiem w drzwiach stanął jakiś osiłek o byczym karku. Przekroczenie progu przypominało zanurzenie się w basenie: otoczył nas wilgotny zaduch dymu papierosowego, oparów whisky i potu. A także mdławy zapach krwi. Wraz z nasyconą tą intensywną mieszaniną zapachów falą gorąca dotarła też do nas fala hałasu: pełne gniewnej ekscytacji okrzyki mężczyzn, przeplatane z rzadka wyższymi, przenikliwymi głosami kobiet. W środku raczej nie było tłumów, natomiast większość tłoczyła się ramię przy ramieniu wokół podestu, na którym dwóch mocno umięśnionych mężczyzn bez pardonu okładało się nawzajem pięściami. Obaj byli obnażeni do pasa, ale zamiast strojów bokserskich mieli na sobie zwykłe spodnie i buty. I nie nosili żadnych rękawic.
No, nieźle, pomyślałem. Boks na gołe pięści. Organizowany bez licencji, nieuregulowany żadnymi przepisami, nielegalny. I niejednokrotnie tragiczny w skutkach. Nigdy tak naprawdę nie potrafiłem zrozumieć, po co ktoś miałby na zachodzie Szkocji płacić za oglądanie walk na gołe pięści. Szczególnie w Glasgow wydawało się to czymś nadmiarowym, jak umawianie się z dziewczyną na randkę w trakcie orgii.
Pedikiurek położył mi dłoń na ramieniu i niemal ugiąłem się pod tym nagłym ciężarem. - Pan Sneddon polecił, żebyśmy dali panu drinka. Ma pan zaczekać, aż szef będzie gotowy. - Za udrapowanym krepą stołem na koziołkach, pełniącym funkcję baru, stała mniej więcej dwudziestoletnia dziewczyna, zbyt mocno umalowana i zbyt skąpo ubrana. Jak można się było spodziewać, nie miała whisky Canadian Club, a szkocka, którą dostałem, podziałała na moje podniebienie podobnie, jak podziałałby rozpuszczalnik na farbę. Zwróciłem wzrok w kierunku toczącej się walki i przyjrzałem się widowni. Większość mężczyzn miała na sobie smokingi, a kobiety były młode, wystrzałowo ubrane i nie stanowiły bynajmniej materiału na żony. Niedobrze robiło mi się od widoku tych zaróżowionych, wypucowanych facetów z nalanymi twarzami - księgowych, prawników i innych glasgowczyków z niższej klasy średniej, szlajających się po spelunach. To był taki ich mały grupowy rekonesans w krainę występku. Przypuszczam, że na osobiste zaproszenie Sneddona był tu niejeden biurokrata z rady miasta, a nawet co poniektórzy wyżej postawieni gliniarze. Smród korupcji wyczuwało się równie wyraźnie, jak odór potu i alkoholu.
Moją uwagę przyciągnęła dobiegająca od strony podium kolejna fala dopingu. Sam czasem lubiłem popatrzeć na walkę bokserską, ale to, co się tutaj odbywało, nie było żadnym sportem. Wymagało tylko umiejętności rozbijania knykci przeciwnika za pomocą swojej głowy i twarzy. Twarz każdego z walczących stanowiła lustrzane odbicie twarzy przeciwnika: biała, napuchnięta skóra, umazana śliną, potem i wyraźnymi smugami krwi, szparki podbitych oczu i zlepione potem, przyklejone do czaszki włosy. Obie maski były równie pozbawione wyrazu. Nie było na nich widać strachu, gniewu ani nienawiści, tylko wypraną z emocji koncentrację dwóch mężczyzn zaangażowanych w ciężką fizyczną pracę wyrządzania krzywdy drugiej ludzkiej istocie. Odgłos każdego ciosu przypominał mokre plaśnięcie albo szpetne, głuche łupnięcie. Żaden z mężczyzn nie próbował uniknąć ciosów przeciwnika - chodziło w tym wszystkim właśnie o to, żeby okładać się nawzajem pięściami, aż ktoś padnie na ziemię i już się nie podniesie. Obaj walczący sprawiali wrażenie wyczerpanych. W walkach na gołe pięści nie ma podziału na rundy ani przerw na odpoczynek i odzyskanie sił. Jeśli ktoś został powalony na ziemię, miał trzydzieści sekund na to, aby podnieść się i stanąć na nogach przed "krechą", linią narysowaną na ziemi pośrodku terenu walki.
Walka na gołe pięści ma w sobie coś takiego, że chcąc nie chcąc, nie sposób oderwać od niej wzroku. Ja też złapałem się na tym, że z uwagą obserwuję toczący się na podwyższeniu brutalny pojedynek. Walczący zdawali się zupełnie nie zważać na to, co dzieje się wokół nich. A także przypuszczalnie na to, co było i co będzie. Pamiętałem ten stan z czasów wojny. Na polu bitewnym nie ma się żadnej przeszłości ani przyszłości, żadnych powiązań ze światem zewnętrznym. Nie ma się nawet żadnego ludzkiego stosunku do tych, których się zabija. Ten sam stan wyobcowania dostrzegłem u tych dwóch mężczyzn. Jeden z nich był nieco niższy i tęższy od drugiego. Cieknącą z nosa krew miał roztartą wierzchem dłoni na górnej wardze i w poprzek policzka, a jedna ze spurpurowiałych powiek szybko puchła, grożąc całkowitym zasklepieniem oka. Wydawało się, że to tylko kwestia czasu, kiedy roślejszy przeciwnik wykorzysta tę przewagę. Jednak niższy mężczyzna wypuścił nagle niezdarnego, ale mocnego lewego haka, który z nieprzyjemnym odgłosem wylądował na policzku tego bardziej napakowanego. Nawet z drugiego końca obory, poprzez zasłonę papierosowego dymu, widać było, że ten, który oberwał, na chwilę znalazł się świadomością poza ciałem, a ramiona opadły mu bezwładnie w dół.
Wśród zebranych podniósł się ryk zachwytu i wściekłości, w zależności od tego, na kogo kto postawił, a mniejszy gość wymierzył przeciwnikowi łamiący nos cios. Wyższemu trysnęła krew na usta. Wrzawa przybrała na sile. To był koniec. Mniejszy już czuł w zakrwawionych nozdrzach woń zwycięstwa i przypuścił frontalny atak na wyższego zawodnika, okładając go gołymi pięściami po żebrach i brzuchu. Kolejny lewy sierpowy i większy zwalił się na ziemię jak kłoda, zostawiając po sobie w powietrzu tylko lepką smugę krwi i śliny.
Nikt nie gratulował zwycięzcy ani nie litował się nad pokonanym, bo natychmiast rozpoczęło się poważne przedsięwzięcie regulowania rachunków z tytułu postawionych zakładów. Tym razem małe zbiegowisko zrobiło się wokół nielegalnie pracującego dla Sneddona bukmachera i dwóch ochroniarzy. Sneddon byłby szczęśliwy, bo kwaśne miny przegranych przeważały liczebnie nad rozpromienionymi entuzjazmem uśmiechami wygranych.
Po kilku chwilach wszyscy skierowali się do baru, a ja zaszyłem się w jakimś kącie ze swoją podłą szkocką, aby pokontemplować swoje pełne sukcesów życie. Jakże mało brakowało, aby wszystko potoczyło się fatalnie. Wystarczyłoby kilka odmiennych decyzji życiowych, a mieszkałbym wygodnie jako bogaty człowiek pięć tysięcy kilometrów od Glasgow i umknęłoby mi budujące doświadczenie obserwowania dwóch pokiereszowanych człekokształtnych małp bijących się do nieprzytomności w jakiejś szkockiej oborze.
Pedikiurek pojawił się znowu, tym razem w towarzystwie niewysokiego, mocno zbudowanego i wyglądającego na twardziela mężczyzny, ubranego w świetnie dopasowany, drogi, choć nierażący ekstrawagancją garnitur. Jasne włosy faceta wyglądały na świeżo strzyżone. Rysy twarzy miał przystojne, choć tchnęła z nich jakaś brutalność. Fizjonomię szpeciła mu niestety głęboka bruzda na prawym policzku - blizna po cięciu brzytwą, najwyraźniej pochodząca z okresu, kiedy nie mógł sobie jeszcze pozwolić na założenie szwów równie precyzyjnych, jak te widoczne w kroju jego ubrania.
- Witam, panie Sneddon - powiedziałem.
- Czy wiesz, gdzie się znajdujesz, Lennox?
- W Kryjówce Hernanda1?
- Taa... bardzo, kurwa, śmieszne - powiedział Sneddon bez cienia uśmiechu. - To mój najnowszy biznesik. Widziałeś walkę?
- Tak. Śliczna.
- Pajki2... - Sneddon pokręcił z niedowierzaniem głową. - Biją się jak wariaci za marne grosze. Robiliby to nawet za darmo. Popaprańcy.
- A pan przyjmuje zakłady...
Sneddon przytaknął. - To była dobra noc.
- Nie wątpię... - odparłem. Staruszek Benjamin Franklin powiedział kiedyś, że na tym świecie nic nie jest pewne z wyjątkiem śmierci i podatków. Ale tak było, zanim nastał Sneddon - teraz trzeba by to przeformułować na śmierć, podatki i rękę Williego Sneddona w naszych kieszeniach.
- Prowadzę ten lokal od sześciu miesięcy. Trochę trwało, zanim go wyszykowałem. Dostał mi się dom, obora i całe to pieprzone gospodarstwo, bo jakiś arystokrata postawił na koniki więcej, niż miał w gotówce. Dupek. To nawet dość zabawne, że prowadzę tu ten interesik, biorąc pod uwagę, że właśnie dzięki hazardowi mam to miejsce.
- Fakt, panie Sneddon, jest w tym pewna i-ro-nia - powiedział stojący obok Sneddona Pedikiurek.
- Czy ja, kurwa, mówiłem do ciebie? - zjeżył się Sneddon, spoglądając groźnie na górującego nad nim Pedikiurka. Pedi zrobił urażoną minę i Sneddon zwrócił się do mnie, ciągnąc dalej: - W każdym razie tymczasem nie robię wokół tego miejsca zbyt wiele hałasu. Cohen i Murphy chyba jeszcze nic o nim nie wiedzą. Więc ani pary z ust. - Sneddon miał na myśli pozostałych dwóch Królów: Przystojniaka Jonny'ego Cohena i Młota Murphy'ego.
Przez chwilę zadumałem się nad tym, czemu wszyscy uważali, że muszą mi mówić, abym nie puszczał pary z gęby. - Jeśli o nim nie wiedzą, to pewnie wkrótce się dowiedzą - powiedziałem. - Mieszkamy we wsi pozującej na miasto. Nie sposób tu niczego zbyt długo utrzymać w tajemnicy.
- Jak tego, że ktoś rozwalił Bilonowi MacFarlane'owi facjatę... - Sneddon uśmiechnął się pod nosem, a w każdym razie uczynił taką próbę, bo efektem był tylko zimny, bezlitosny grymas.
- Taa... dokładnie. Mój Boże, wieści faktycznie szybko się rozchodzą. MacFarlane przecież jeszcze dobrze nie ostygł. Czy dlatego wysłał pan po mnie Pedikiurka i tego uśmiechniętego młodzieńca?
Sneddon zerknął przez ramię na tłum za sobą. - Przejdźmy lepiej do głównego budynku. Tam jest trochę spokojniej.
Kilka razy zdarzyło mi się być w domu Sneddona w Bearsden - pseudowielkopańskiej rezydencji z wypielęgnowanym ogrodem. Budynek, do którego weszliśmy teraz, był zupełnie inny. Już w holu widać było, że jest to lokal działający w specyficznym sektorze. Z zewnątrz wyglądał na wiktoriańską ziemiańską rezydencję, natomiast po wejściu okazywał się wiktoriańskim burdelem, pełnym szkarłatnych zasłon z grubego atłasu, szezlongów i rubensowskich cycków, wyglądających z powieszonych na ścianach ram. Główny salon został przekształcony na bar z rozstawionymi tu i ówdzie kanapami. Na jednej z nich siedziała dziewczyna z branży, ze znudzoną miną znosząca niezdarne zaloty próbującego się do niej dobrać pijanego klienta. Mel Tormé nucił coś ze stojącego w rogu gramofonu, a bar obsługiwała dwudziestokilkuletnia dziewczyna, która też była zbyt mocno umalowana i zbyt skąpo ubrana.
- I co myślisz? - spytał Sneddon tonem sugerującym, że ma gdzieś moją opinię.
- Sympatyczna atmosfera. Wprawia mnie w romantyczny nastrój.
Parsknięcie Sneddona miało chyba znaczyć, że go to nawet rozbawiło. Klepnął Pedikiurka po klacie i skinął głową w kierunku ubzdryngolonego gościa i dziewczyny. Pedikiurek usłuchał i natychmiast wyprowadził parę z salonu.
- Więc co taki grzeczny chłopiec jak ja robi w takim miejscu? - spytałem. Sneddon polecił dziewczynie za kontuarem, aby nalała nam drinki i zwróciłem uwagę, że wyciągnęła skądś butelkę jęczmiennej whisky single malt. Ten lepszy sort.
- Byłeś dzisiejszej nocy u Bilona w domu. Masz z nim jakieś konszachty? Niuchałeś może za czymś dla niego?
- Jedyne niuchanie, w jakie byłem zaangażowany, dotyczyło jego córki. Żadnych biznesów - czysta przyjemność.
- Jesteś pewien? - Sneddon zmrużył podejrzliwie oczy, co dało taki efekt, jakby z twarzy zostało mu tylko czoło. W Glasgow było to akurat zaletą. Ateny były kolebką demokracji, Florencja dała światu renesans, natomiast Glasgow do perfekcji doprowadziło sztukę zadawania ciosów z byka. Stąd stosowana wśród narodów świata pieszczotliwa nazwa tego uderzenia: glasgowski pocałunek. - Trochę by mnie to wytrąciło z równowagi, gdybyś nie był ze mną całkiem szczery.
- Niech pan słucha, panie Sneddon: poważnie bym się zastanowił, zanim bym pana okłamał. Przecież wiem, że Pedikiurek nie zawdzięcza swojej ksywy temu, że prowadzi dobrze prosperujący salon kosmetyczny. Jestem przywiązany do swoich palców u stóp i mam nadzieję, że z wzajemnością. Zresztą o to samo pytał mnie dzisiejszej nocy nadinspektor McNab.
- McNab? - Sneddon odstawił szklaneczkę na kontuar. - A co on, kurwa, ma do tego? Myślałem, że to po prostu sknocony rabunek.
- Wygląda na to, że to jakaś poważna sprawa. Bilon był dość znany - powiedziałem, starając się nie dać po sobie poznać, jakie wrażenie wywarły na mnie tempo i precyzja, z jaką Sneddon zdobywał informacje. W tej samej chwili uświadomiłem sobie, że przecież sam należę do jego siatki informatorów. - W każdym razie nieźle się musiałem nagimnastykować, żeby go przekonać, że nic mnie z MacFarlane'em nie łączyło.
- Więc nie miałeś nic wspólnego z Bilonem i jego inwestycjami?
- Już mówiłem, że spotykam się z jego córką, to wszystko. W czym problem?
Sneddon machnął w moim kierunku ręką, jakby odganiał jakąś naprzykrzającą się muchę. - W niczym. Po prostu miałem jakieś swoje interesy z Bilonem.
- Ach, tak?
Sneddon spojrzał na mnie wymownie. - Słuchaj, Lennox, jeśli bywasz w domu MacFarlane'a, to może wyświadczyłbyś mi pewną przysługę.
- Jeśli tylko będę mógł... - odparłem, uśmiechem pokrywając złe przeczucia, jakie od razu mnie opadły.
- Informuj mnie na bieżąco, co kombinują gliny. I jeśli nadarzy się okazja, spróbuj odnaleźć notatnik Bilona. Wiesz - coś w rodzaju terminarza, w którym zapisywał szczegóły dotyczące umówionych spotkań. A może to było coś w rodzaju dziennika z różnymi zapiskami.
- A mogę spytać, po co?
- Nie, kurwa, nie możesz. - Po chwili westchnął, jakby ustępował dziecku domagającemu się loda. - No dobra... Ostatniego popołudnia miałem spotkanie z Bilonem. Chodziło o pewne przedsięwzięcie, nad którym wspólnie pracowaliśmy. Mam zamiar wejść w biznes bokserski... Ale nie coś takiego, jak widziałeś tu obok. Nie chodzi o parę pajków, spuszczających sobie nawzajem łomot, ale o prawdziwy boks. Rozmawiałem z MacFarlane'em o kilku zawodnikach. Sprawy mogłyby się pokomplikować, gdyby dowiedziała się o tym policja.
- A jaki miał być wkład Bilona w ten interes?
- Nieważne. Słuchaj, nie chodziło o nic wielkiego. Po prostu nie zależy mi za bardzo na zainteresowaniu policji. To rzecz jasna dotyczy wszystkich moich poczynań, ale tym bardziej za tym nie tęsknię, jeśli to akurat ten palant McNab osobiście zajmuje się sprawą. Możesz dla mnie zrobić to, o co prosiłem, czy nie?
Udałem głęboki namysł. - Niech pan mnie źle nie zrozumie, panie Sneddon, ale gdybym umawiał się z panem na spotkanie, to chyba nie zapisywałbym czegoś takiego w kalendarzu. W końcu... jak pan sam mówi: mogłoby to stanowić materiał dowodowy. A nie przypuszczam, aby MacFarlane'owi zależało na zostawianiu śladów.
- Bo nie myślisz tak jak ja czy MacFarlane. Sam prowadzę taki kalendarz. Zapisuję w nim każde pieprzone spotkanie, każdą rozmowę z Murphym czy Cohenem. Jak sam powiedziałeś: materiały dowodowe. Przydadzą się, gdybym kiedyś miał być świadkiem koronnym. Cohen i Murphy robią to samo. Taka polisa ubezpieczeniowa, kumasz? Poza tym wiem, że MacFarlane miał, kurwa, głowę jak sito... W każdym razie jeśli chodzi o tego typu szczegóły. Bo jako bukmacher potrafił bez namysłu powiedzieć, co, gdzie i kiedy biegło i jakie były notowania. Natomiast w ogóle nie miał pamięci do takich rzeczy jak terminy spotkań i musiał je zapisywać.
- Chyba na nic się tu nie przydam. Gliniarze powynosili z jego gabinetu całe kartony różnych materiałów i pewnie już położyli łapę na tym kalendarzu.
- Pomyśl chwilę, Lennox. - Sneddon utkwił we mnie surowe spojrzenie. - Przecież Bilon nie trzymałby tego kalendarza w żadnym rzucającym się w oczy miejscu, a gliniarze są zbyt głupi, żeby szukać dokładniej. Wiesz co, gdybym był podejrzliwy, to mogłoby mi przyjść do głowy, że tak naprawdę wcale nie chcesz mi pomóc. Mógłbym nawet pomyśleć, że od dłuższego czasu starasz się mnie unikać. Tak samo jak Murphy'ego i Cohena. Co się dzieje, Lennox... przeszedłeś do wyższej ligi, czy co?
- Już wykonałem dla pana kawał roboty, Sneddon... - Odstawiłem szklaneczkę na kontuar. Za chwilę mogły mi być potrzebne wolne ręce. Choćby po to, żeby Pedikiurek mógł mi je skrócić o palce. - Jeśli dobrze pamiętam, to właśnie do mnie pan zadzwonił, kiedy w zeszłym roku odwieźli pana na komendę przy placu St. Andrew's. Nie wydaje mi się, abyście wraz z Murphym i Cohenem mieli na co narzekać. Poza tym nie jesteście moimi jedynymi klientami.
Sneddon rzucił mi szydercze spojrzenie. - Dobra, dobra, Lennox, już łapię - twardziel z ciebie. Znajdź terminarz Bilona albo jakikolwiek inny notes, w którym zapisywał terminy spotkań, i dostarcz mi go, a zapłacę ci trzysta funtów. Niezależnie od tego, czy znajdę w nim swoje nazwisko, czy nie.
- Rozejrzę się tam, jeśli tylko nadarzy się sposobność. - Powiedziałem wcześniej Sneddonowi, że poważnie bym się zastanowił, zanim bym go okłamał, ale gdy przyszło co do czego, poszło mi to jak z płatka. Ani mi było w głowie myszkować dla Sneddona po domu MacFarlane'a. Z drugiej strony, trzysta funtów piechotą nie chodzi, więc wolałem nie stawiać kropki nad i. - Czy chciał się pan ze mną spotkać tylko w tej sprawie?
- Jest coś jeszcze.
Przyklejony uśmiech nie schodził mi z twarzy. Ale Sneddon mnie przejrzał.
- Jeśli oczywiście nie jesteś ponad to, żeby przyjąć ode mnie jeszcze jakieś zlecenie - powiedział złośliwie.
- Jasne, że nie.
- W każdym razie nie musisz martwić się o to, że zabrudzisz sobie rączki. To legalna robota.
- A konkretnie?
- Jak już wspominałem, zaczynam wchodzić w biznes bokserski. Razem z mośkiem Jonnym zainwestowaliśmy w pewnego zawodnika.
- Z Przystojniakiem Jonnym Cohenem?
- Tak, z Cohenem. Masz z tym jakiś problem?
- Ja? Żadnego. Ma pan bardzo ekumeniczne podejście.
- Nie mam uprzedzeń. Mogę robić interesy z każdym. Absolutnie każdym. - Zamilkł na chwilę. - Oczywiście poza fenianami3. W każdym razie ten młody zawodnik, którego finansujemy... zaczyna już odnosić sukcesy. Ma zabójczy prawy hak. Tylko że ostatnio ktoś próbuje napsuć mu krwi.
- W jakim sensie?
- A, takie, kurwa, różne głupoty. Ktoś mu podrzucił martwego ptaka do skrzynki na listy, potem oblał farbą samochód - tego rodzaju gówniane numery.
- Wygląda na to, że komuś nadepnął na odcisk. Zgłaszał to na policji?
Sneddon obrzucił mnie kpiącym spojrzeniem. - Taa... biorąc pod uwagę, w jakiej świetnej jestem z nimi komitywie, od razu mu to poradziłem. Myśl trochę, Lennox. Jeśli gliny zaczną węszyć, to prędzej czy później zapukają do moich drzwi albo do Jonny'ego Cohena. A my wolimy się nie afiszować z tą inwestycją. To Cohen zasugerował, żebyśmy cię zaangażowali do zbadania tej sprawy. Tylko sam rozumiesz: dyskretnie.
- Dyskrecja - odparłem sentencjonalnie - to moja specjalność. No więc kogo wkurzył na tyle, żeby narazić się na wendetę?
- Nikogo. W każdym razie nikt taki nie przychodzi mu do głowy. To znaczy, na ringu, owszem, niejednemu zdrowo przyłożył, ale nie wydaje mi się, żeby to miało jakiś związek. Przypuszczam, że ktoś po prostu obstawił jego przegraną w walce ze Szkopem i teraz próbuje napędzić mu nieco stracha. Wiesz, coś takiego jak podrzucenie chartowi na dzień przed gonitwą rybiej kolacji.
- Chwila, chwila... powiedział pan coś o walce ze Szkopem. Czy ten Szkop to przypadkiem nie Jan Schmidtke? A ten pana bokser to nie Bobby Kirkcaldy?
- To nie jest mój bokser. Mam w nim tylko swój udział, że tak powiem. A bo co?
Gwizdnąłem przeciągle. - To mądra inwestycja, panie Sneddon. Kirkcaldy to łakomy kąsek. I ma pan rację, zaczyna mu się nieźle powodzić.
- Och... - powiedział Sneddon z jedynym uśmiechem, do jakiego był zdolny: szyderczym. - Tak się, kurwa, cieszę, że moje decyzje biznesowe zyskują twoją aprobatę, Lennox. Cohen i ja nie mogliśmy ostatnio spać po nocach, bo martwiliśmy się, że wzięliśmy się do czegoś, nie uzyskawszy wcześniej twojej zgody.
Musiałem przyznać, że jeśli chodzi o talent do sarkastycznych uwag, Sneddon zdecydowanie przewyższał McNaba. Mnie i tak nie dorastał jednak pod tym względem do pięt.
- Chcę tylko powiedzieć, że Kirkcaldy to gorący towar - powiedziałem. - Gra toczy się o wysoką stawkę, i to dosłownie. Ma pan jakieś pomysły, kto może próbować go nastraszyć?
Sneddon wzruszył ramionami. - To właśnie twoje zadanie, żeby się tego dowiedzieć... Tylko zrób to tak, żeby ci goście się nie zorientowali, że ich rozpracowałeś. Bierzesz tę robotę?
- Stawki te, co zwykle?
Sneddon sięgnął do kieszeni swojej uszytej na miarę marynarki, wyciągnął portfel i wręczył mi czterdzieści funtów w pięciofuntowych banknotach. To więcej, niż większość ludzi zarabiała w miesiąc, ale nie wyglądało na to, żeby portfel Sneddona jakoś znacząco zmniejszył swoją objętość. - Dostaniesz jeszcze setkę, kiedy poinformujesz mnie, kto stoi za tymi wygłupami.
- Gra. - Odebrałem pieniądze z uśmiechem, który stanowił stały element mojej polityki relacji z klientem. Zresztą uśmiechanie się, kiedy ludzie dawali mi pieniądze, przychodziło mi nader łatwo, można by rzec, leżało w mojej naturze. To była czysta robota. Legalna, jak powiedział Sneddon. Moim zadaniem było jedynie dostarczenie nazwiska, choć starałem się nie myśleć za dużo o tym, co stanie się z osobą, która to nazwisko nosiła.
- Powiedział pan, że rozmawiał z Bilonem MacFarlane'em o kilku bokserach. Czy chodziło między innymi właśnie o Kirkcaldy'ego?
- Ależ nie. Nie, to zupełnie nie ten poziom. Po prostu kilku nieźle zapowiadających się gości, to wszystko. Bilon nie wiedział nawet, że interesuję się Kirkcaldym. Trzeba, kurwa, uważać na to, w co się wtajemnicza buków. Tu masz adres Kirkcaldy'ego. - Sneddon podał mi złożony wpół karteluszek. - Coś jeszcze będzie ci potrzebne?
Udałem głęboki namysł, choć gdy tylko usłyszałem wzmiankę o Kirkcaldym, postanowiłem wykorzystać okazję. - Może dobrze by było, gdyby mi pan załatwił bilet na tę wielką walkę. Mógłbym wtedy rozejrzeć się za jakimiś podejrzanymi typami.
- Mam, kurwa, szczerą nadzieję, że rozgryziesz tę sprawę wcześniej. Ale owszem, to się da zrobić. Coś jeszcze?
- Gdyby coś wynikło, dam panu znać - powiedziałem, klnąc w duchu, że nie pomyślałem o tym, aby pod jakimś pretekstem wydębić od niego dwa bilety.
- Dobra. Teraz możesz już spieprzać - rzekł Sneddon. Ciekaw byłem, czy nowo koronowana królowa stosuje taki sam ceremoniał dworski. - I nie zapomnij powęszyć za terminarzem Bilona. Każę Śpiewakowi odwieźć cię z powrotem do twojego samochodu. Poznałeś już Śpiewaka, prawda? - Sneddon kiwnął na Teddy Boysa, który przywiózł mnie i Pedikiurka na farmę.
- Jasne... jadąc tu, gadaliśmy jak najęci. - Pochyliłem się i dodałem konspiracyjnym szeptem. - Prawdę mówiąc, wręcz trudno mi było dojść do słowa.
Sneddon poczęstował mnie swoim kolejnym szyderczym uśmiechem. Wyglądało na to, że Śpiewakowi zdecydowanie nie spodobał się mój dowcip, i może popadałem już w paranoję, ale odniosłem wrażenie, że czai się w pobliżu jeszcze bardziej złowieszczo.
- Taa... - odparł Sneddon. - Rozmówca ze Śpiewaka faktycznie nietęgi. I jeśli już o tym mowa, to śpiewak z niego też marny, prawda, Śpiewak?
Śpiewak przestał się czaić akurat na tyle, żeby przytaknąć ruchem głowy.
- Można by rzec, że jest człowiekiem czynu, a nie słów. - Sneddon przerwał na chwilę, aby wyjąć papierosa ze złotej papierośnicy, tak ciężkiej, że groziła zwichnięciem nadgarstka. Mnie nie poczęstował. - Tata Śpiewaka był niezłym skurwysynem. Prał Śpiewaka na kwaśne jabłko, kiedy ten był dzieciakiem, i jego mamy też nie oszczędzał. Wiesz, w sensie, że dostawało jej się ponad normę. A Śpiewak miał pewien talent. Odziedziczył po mamie świetny głos. Tak przynajmniej ludziska gadają. Sam go nigdy nie słyszałem. W każdym razie na różnych weselach i innych tego typu imprezach zawsze proszono Śpiewaka i jego mamę, żeby wstali i coś razem zaśpiewali. Nie żeby trzeba było szczyla długo prosić, prawda, Śpiewak? Śpiewał na okrągło. To była jego jedyna przyjemność...
Spojrzałem na Śpiewaka, który zwrócił w moim kierunku pozbawioną wyrazu twarz. Najwyraźniej przyzwyczaił się już do tego, że Sneddon bez żadnych zahamowań publicznie omawia najintymniejsze szczegóły jego życia. A może mu to wszystko po prostu wisiało.
- To jednak strasznie wkurzało jego tatę. Kiedy wracał do domu pijany, nikomu nie wolno było nawet miauknąć. Jedna nuta z ust Śpiewaka, a dostawał od taty wciry. Któregoś dnia staruszek Śpiewaka wraca do domu z fatalnie podbitym okiem. Mały Śpiewak jak zwykle niewinnie nuci coś z mamą w kuchni, a tacie strzela nagle do głowy, że powinien na niego czekać na stole gotowy obiad. Odpieprza mu na całego. Dopada Śpiewaka i zaczyna mu spuszczać łomot. Mama próbuje stanąć w obronie małego. Wiesz, co wtedy robi stary Śpiewaka?
Wzruszyłem ramionami. Spojrzałem na Śpiewaka. Przewyższałem go wzrostem o dobre dziesięć centymetrów, ale i tak wyglądał na twardego, zaciętego sukinsyna. Mimo wszystko nie było mi w smak wysłuchiwać, jak Sneddon napawa się jego nieszczęściem.
- Poderżnął mamie Śpiewaka gardło - odpowiedział sam sobie Sneddon. O dziwo, wydawał się jakby nieco przejęty. - Wziął scyzoryk - scyzoryk, kumasz? - i na oczach berbecia poderżnął jej gardło od ucha do ucha. I od tamtej pory Śpiewak już nigdy nie zaśpiewał ani nie puścił nawet pary z ust.
- Przykro mi - zwróciłem się do Śpiewaka, bo żadne inne słowa nie przychodziły mi akurat do głowy. Spojrzał na mnie bez wyrazu.
- Taa... to był wredny skurwysyn, ten stary Śpiewaka. Powiesili go w więzieniu przy ulicy Duke, a Śpiewak wylądował w sierocińcu. A potem na jakiejś śmisznej farmie, bo nie mówił i w ogóle. - Sneddon spojrzał wymownie na Śpiewaka. - Ale ty nie jesteś szalony, co, Śpiewak? Tylko zły... zły do szpiku kości. Dowiedziałem się o jego istnieniu, bo zaliczał odsiadkę razem z Tamem, jednym z moich chłopaków. Siedzieli w tej samej celi. Mam mu powiedzieć, w czym się specjalizowałeś, Śpiewak?
Śpiewak, jak można się było spodziewać, milczał. Nie przytaknął, nie wykonał żadnego gestu ani nawet nie mrugnął - nic.
- Śpiewak zrobił jakiś skok i ktoś go zakablował na policji. Tylko że zeznania świadka stanowiły jedyne dostępne dowody. Wyobraź sobie, że Śpiewak go nie zabił, tylko, kurwa, wyciął mu język. Cały. Taki jakby poetycki zwrot akcji, co nie?
- Taa... - odparłem. Kamienna twarz Śpiewaka nadal ani drgnęła. - Faktycznie. Coś w stylu Audena.
- No więc - kontynuował Sneddon - lubię mieć Śpiewaka przy sobie. Wiesz, że starożytni Grecy często sprowadzali na pogrzeby niemowy? To byli zawodowi żałobnicy. W każdym razie to ja się teraz opiekuję Śpiewakiem. Prawda, Śpiewak?
Śpiewak przytaknął.
- A Śpiewak opiekuje się mną. I pilnuje moich interesów.
Podczas kursu powrotnego do miasta wyraźnie czuło się nieobecność Pedikiurka, tak jakby została po nim podwójna pustka: przestrzeni i ciszy. Wyciągnąłem paczkę playersów navy blue i poczęstowałem Śpiewaka, który jednak potrząsnął przecząco głową, nie odrywając wzroku od drogi. Taki właśnie był. Skupiony. Sam zapomniałem, gdzie dokładnie zostawiłem samochód, ale Śpiewak trafił na miejsce bezbłędnie.
- Dzięki - powiedziałem, wysiadając z samochodu. Śpiewak miał już odjeżdżać, gdy pod wpływem jakiegoś impulsu zapukałem w szybę wozu. Opuścił ją.
- Słuchaj, chciałem tylko powiedzieć... - Co? Co, do cholery, chciałem mu właściwie powiedzieć? - Chciałem tylko powiedzieć, że przykro mi z powodu tych dowcipów, które puszczałem na twój temat... wiesz, o niemówieniu. Nie miałem pojęcia o... no wiesz... cholerny pech... - Zamilkłem. I chyba dobrze, biorąc pod uwagę, że jakoś nie mogłem sklecić żadnego sensownego zdania.
Śpiewak patrzył na mnie przez chwilę z tym właściwym sobie zimnym, pozbawionym emocji wyrazem twarzy, po czym kiwnął głową i odjechał. Stałem, patrząc, jak austin znika za rogiem i zachodząc w głowę, skąd - zważywszy na te wszystkie podłości, jakie widziałem w swoim życiu i których sam byłem sprawcą - zebrało mi się nagle na przepraszanie jakiegoś pospolitego glasgowskiego bandziora. Może stąd, że to wszystko spotkało Śpiewaka, kiedy był jeszcze dzieckiem. To jedno naprawdę trudno mi było strawić: że takie rzeczy przydarzają się dzieciom. Na wojnie. A nawet, co gorsza, w ich rodzinnych domach.
Nie po raz pierwszy zadumałem się nad barwnym życiem, jakie sobie zafundowałem tu w Glasgow. I nad tym, jakich fascynujących spotykam tu ludzi.