Muzyka na początku
Muzyka na początku
Dęte drewniane: Na tyłach pensjonatu, gdzie
nisko zawieszone zimowe słońce chlapnęło na bujne chwasty plamkami
złota, dwoje czarowników umiera przy herbacie i ciasteczkach.
Starszy mężczyzna, który ze schludną bródką w stylu Van Dyke'a wygląda
niemal wykwintnie, ma w sobie coś ptasiego. Kiedy tak siedzi z kolanami
przyrzuconymi kraciastym pledem, chudszy o kilkadziesiąt funtów i uboższy o znaczącą część swojej wystudiowanej potworności, przywodzi na
myśl emerytowanego nauczyciela malarstwa, być może kogoś, kto za młodu
widział siebie w roli nowego Sargenta. Siedząca po drugiej stronie
rozkładanego stołu z herbacianym serwisem kobieta odgarnia zdmuchnięte
wiatrem pasemko włosów z godnego heroiny czoła. Jest niemal piętnaście
lat młodsza od gospodarza. Patrzy, jak ten przelewa parującą strugę
sjeny palonej do porcelanowych filiżanek nie od kompletu. Niegdyś był
postrachem swojej epoki. Dziś trzęsą mu się ręce.
Podaje jej ciężki spodeczek z filiżanką podzwaniającą jak wózek
mleczarza i mierzy ją pytającym spojrzeniem.
-?Moja droga... Rozumiem, że jesteś poważnie chora?
Jego wysoki, śpiewny głos za każdym razem brzmi zaskakująco. Kobieta
mruży wiecznie rozczarowane oczy. Wbrew sobie jest pod wrażeniem
przenikliwości gospodarza. W końcu wybucha śmiechem.
-?Nieźle. Naprawdę nieźle. Niewiele brakowało, żebym wzięła cię za
prawdziwego maga. Wiesz jednak, rzecz jasna, że jesteś naprawdę ostatnią
osobą, od której chciałabym usłyszeć pytanie, ile słodzę.
Mężczyzna zerka przelotnie na zaniedbany trawnik i uśmiecha się
przepraszająco. Ona przygląda mu się jeszcze przez chwilę, na jej
buldogowato szerokiej twarzy maluje się wyraz zadumy.
-?A gdyby tak prześledzić, dokąd zaprowadzi nas ta logika... O rety. Ty
też?
Daleko w górze dmące na wielkich wysokościach wiatry ściągają pomiętą
pościel z nieposłanego nieba nad Hastings. Mężczyzna ze smutkiem wzrusza
ramionami: chorowity święty z apokalipsy odwołanej z powodu deszczu.
-?Niestety. Nic konkretnego, jeżeli wszechświat pozwoli, pociągnę
jeszcze zapewne rok albo dwa... Tak w każdym razie twierdzą karty i monety. Oczywiście jestem chodzącą antyczną ruiną, po której należy się
spodziewać takich właśnie komplikacji. Ale wróćmy do ciebie. Jesteś
jeszcze dzieckiem, masz raptem pięćdziesiąt parę lat. Przeklęty pech,
czyż nie?
W domu, w kuchni, najnowszy -?i zarazem ostatni -?z uczniów diabolisty
skwapliwie szykuje kanapki z jajkiem i rzeżuchą, których wszystkie
składniki poza chlebem i rzeżuchą pochodzą spoza rządowych przydziałów,
i z namaszczeniem kroi je na skos. Na dworze najwyższa kapłanka marszczy
nos. Nie przyjmuje współczucia.
-?Ha... Albo złośliwość Wszechmocnego. Deo, non Fortuna. Bóg, nie
szczęście. To sympatyczna myśl, dopóki dobrze ci idzie, ale kiedy się
nie układa, to wybitnie głupie motto i wybitnie głupie miano. Wygląda na
to, że cierpię na nieuleczalną przypadłość. Coś nie tak ze szpikiem, tak
mi przynajmniej powiedziano, chociaż nigdy przedtem o tym nie słyszałam.
Leukemia. Dla mnie to brzmi jak imię służącej Hery. Tak czy inaczej,
zostało mi kilka miesięcy, żeby uporządkować swoje sprawy, a potem
przekonam się, ile z tego wszystkiego było tylko teorią. Mam nadzieję
dotrwać do końca wojny, ale tylko pod warunkiem, że wygramy.
Garbi się i otula grubym płaszczem. Ze swoim rezolutnie uniesionym
podbródkiem zawsze przypomina mu Churchilla.
Mężczyzna prostuje się na krześle i współczująco kiwając głową, próbuje
dodać kobiecie otuchy.
-?Wygramy, wygramy. Szczerze mówiąc, byłbym zdziwiony, gdyby Niemcy
przetrwały dłużej niż do końca sezonu krykietowego. Właściwie to nawet
trochę szkoda, miałem szczerą nadzieję, że to będzie mój Eon Horusa,
surowego, promiennego, obleczonego w słoneczne kręgi. A jednak nie.
Wygląda na to, że myliłem się w wielu kwestiach.
Popija herbatę, po czym wysysa jej nadmiar z żółknących wąsów. Kobieta
prycha.
-?Zważywszy, że przez połowę swojej czarodziejskiej kariery musiałam co
rusz przepraszać za będący twoim dziełem piekielny bałagan, muszę
powiedzieć, że to nadzwyczaj trafiona hipoteza. -?Zastanawia się chwilę
i łagodnieje. -?Aczkolwiek przypuszczam, że moja Era Wodnika wkrótce
podąży w ślad za twoim eonem na śmietnik epok. Czasem głosy w eterze
niosą obfitość skrajnie niedorzecznych bzdur, nie uważasz?
Oboje parskają śmiechem na tę herezję, zaskoczeni, jak dobrze czują się
w swoim towarzystwie, gdy nie przeszkadza im ta cała pantomima światła i ciemności. Szeleszczą jasnoty, poruszone krótkim, lecz silnym powiewem
wiatru. Z niedalekich podmiejskich uliczek dobiega rżenie wyczerpanego
perszerona. Targnięta krępującym spazmem sympatii do trzęsącego się
wabika dla diabłów, kobieta pochyla się delikatnie i kładzie mu dłoń na
przedramieniu.
-?Mimo dzielących nas różnic pozostajesz najbardziej doświadczonym
czarownikiem, jakiego kiedykolwiek czytałam. Wiesz o tym, prawda?
Naturalnie pod względem moralnym jesteś najbardziej niegodziwą kreaturą,
jaką tylko można sobie wyobrazić, ale jeśli chodzi o sztukę
czarnoksięską, żywię do ciebie wyłącznie najgłębszy szacunek, staruszku.
Nie spodziewał się tego, ale jej słowa wywołują w nim niedorzeczne wręcz
wzruszenie. Herbata stygnie.
-?Podobnie jak ja do ciebie, cara soror. Zawsze uważałem cię za
najbardziej utalentowaną przedstawicielkę twojego pokolenia.
Nagle obojgu, skrajnie zakłopotanym, oczy prawie szklą się od łez.
Kobieta zarzuca głową i wzgardliwym prychnięciem ratuje sytuację.
-?Jestem przekonana, że wcale tak nie myślisz. Pamiętam twoje
insynuacje, jakoby "panna Firth kształciła się w Radcliffe Hall". I to z ust takiego bezczelnego łajdaka jak ty! Jesteś okropnym, naprawdę
okropnym człowiekiem, który zrządzeniem losu jest także genialnym
magiem. Chociaż niewiele dobrego wynikło z tego dla nas obojga.
Wszystkie te piękne szaty... A teraz? Wyglądamy, jakby ubierała nas Armia
Zbawienia. Ale nie, całkiem poważnie pytam: jak sobie radzisz? Z czego
opłacasz czynsz?
Jego mina niewiniątka jest małym arcydziełem sztuki komediowej.
-?Dzięki magii. Jakżeby inaczej? W ramach opłat za najem dostarczam
właścicielowi Netherwood tabletek, które, nasączone moją osobistą
esencją jogiczną, wspomagają jego słabnącą męskość.
Kobieta mierzy go przeciągłym spojrzeniem i mruga, zaskoczona, a po
chwili spływa na nią niechciane olśnienie.
-?Na litość boską... Powiedz mi, że w tych tabletkach jest coś więcej niż
kruszona kreda zmieszana z twoim ejakulatem.
Zażenowany rozkłada ręce. Skóra na jego dłoniach marszczy się jak folia.
Ma nieprzycięte paznokcie.
-?Chciałbym, moja droga. Uwierz mi, naprawdę bym chciał.
Wszystko ocieka historią pod rozstrzelanym przez myśliwce niebem. Na
całym świecie rzeczy niepewne i niespokojne znajdują niewygodne
zakończenia. Kobieta spogląda na mężczyznę z czymś, co -?gdyby nie jego
szemrana reputacja -?mogłoby być niedowierzaniem, po czym oboje parskają
śmiechem: dwójka zleżałych, kruchych jak pergamin dzieciaków. Wybuch
wesołości przygasa i starszy z dwojga czarodziejów zapatruje się
kaprawymi oczami w przestrzeń. Poważnieje. Wszystko się zmienia, nawet
eony potykają się w swoim pochodzie. Nigdy już nie powtórzy się
popołudnie z tym konkretnym błękitem nieba rodem z papierosowych kart
kolekcjonerskich.
Po jakimś czasie kobieta się odzywa:
-?Wiesz, w Anglii zapanuje wielka wesołość, kiedy ta awantura się
skończy. Nie jestem pewna, czy moje anioły coś pomogły. V-1 i V-2
przechodzą przez nie na wylot. A gdy nas zabraknie, w magii będzie ziała
diabelnie wielka dziura. Nawet jeśli większość naszych idei była tylko
ułudą, to jednak oboje znamy takie, które nią nie są. Okultyści, którzy
przyjdą po nas, wypowiadają się całkiem przekonująco, jak znawcy tematu,
tylko że ten temat nie próbuje im odpowiedzieć. Nie zdarza się, żeby
znalazł się z nimi w jednym pokoju, żywy i pulsujący. Jedyne obce byty
spotykają w książkach.
Jak na dany znak młody Grant wychodzi przez tylne drzwi domu ze swoją
prezencją gwiazdy filmowej, makasarskim glansem i półmiskiem kanapek
trzymanym na uniesionej dłoni.
Emerytowana Bestia mierzy swojego gościa niezgłębionym spojrzeniem spod
nastroszonych jak głogi brwi.
-?Pamiętasz tamtego strasznego kota?
Kobieta sztywnieje na krześle i patrzy na mężczyznę z wyrzutem. Jego
uwagę zwraca przelotny odruchowy dreszcz, który wyraźnie starała się
ukryć.
-?Naturalnie. Zjawił się w moim domu po tym, jak Moina Mathers go na
mnie wypuściła. To było najbardziej przerażające wydarzenie w moim
życiu.
Niosący przekąski ochoczy uczeń zbliża się do stołu, brodząc w kosmatym
trawniku. Kobieta zniża głos i podsuwa swojemu moralnemu przeciwieństwu
i jedynemu żyjącemu równorzędnemu partnerowi ostatnie spostrzeżenie:
-?Powiem ci coś jeszcze: drugi Londyn stanowi doskonałą ilustrację mojej
tezy. Bo to nie była tylko nasza wyobraźnia, prawda?
Kiedy tak mierzą się nawzajem smutnymi spojrzeniami, mogliby być starym
małżeństwem. Mężczyzna z powagą kręci głową.
-?Nie. To było naprawdę.
Pojawia się piknikowy poczęstunek, którego nikt nie ma siły jeść. Na
nieskoszonej trawie rozwijają się cienie, czarne kobierce rozpostarte w oczekiwaniu uroczystości o północy. Jest luty tysiąc dziewięćset
czterdziestego piątego roku. Rapsodia samotnego ptasiego śpiewaka odbija
się od obniżającej się jonosfery, a oni przekomarzają się przy stole,
przyjaźnie, z przerwami, w gasnącym blasku angielskiej magii.
* * *
Dęte blaszane: Cable Street jest w tej chwili prawdziwą rzeką krzyków i ciosów. Bije z niej woń ogarniętego paniką cyrku. Szczecina pięści,
flag, butelek, pogrzebaczy, łopat i ludzi wygląda jak grubo wyciśnięta
na bruk farba i dlaczego, zadaje sobie pytanie David Gascoyne, dlaczego
nie istnieje poezja, która zawarłaby w sobie namiętność i intensywność
tych scen, ich chaos i miażdżący uszy zgiełk? Zawieszony w morzu barków,
wtłoczony w gniewną bliskość gabardynowych grzbietów zrzeka się swojej
woli na rzecz rozjuszonej bestii, której częścią się stał. Może pójść
tylko tam, gdzie ona idzie, w zdartych butach wcielonych do jej
stonogowego falowania: przypadkowy pasażer awantury.
Poddanie się brutalnemu konsensowi niesie w sobie nieoczekiwaną
zmysłowość: ciepło i ruch podnieconych ludzkich ciał, kiedy się o niego
ocierają, powódź barw z październikowej palety rozmazana na pochmurnych
stopniach domów, symfonia tupotu buciorów, walenia w pokrywy śmietników
i kwiecistych przekleństw w jidysz:
-?Obyś udusił się watą cukrową! Niech ci śmierć słodką będzie!
W przyszłą sobotę skończy dwadzieścia lat, zaledwie przed miesiącem czy
dwoma opublikował swoją trzecią książkę i cały aż wzbiera chwilą,
dygocze historią. Zawodzące kobiety, miotające cegłami dzieciaki, ale
przede wszystkim zdecydowani na wszystko mężczyźni owiani perfumami
papierosowego dymu, płynu po goleniu i niedzielnego obiadu, wszyscy
gotowi do rozróby. Nigdy w życiu nie czuł się bardziej Żydem niż w tym
wrzącym wirze łokci. W tej chwili jego obawy budzi jedynie perspektywa
erekcji.
Od najgęstszego ścisku dzieli go jakieś sto jardów. Jego pierś jest
dźwięczącym kowadłem. Ponad falą wygolonych szyj i odwróconych głów
widzi przed sobą gliniarzy w granatowych szynelach. Niektórzy są konno.
Zataczają pałkami kruszące czaszki łuki wymierzone w prastarą twarz East
Endu. Fioletowiejące, na wpół zapuchłe oko tej ciemnoniebieskiej burzy
znajduje się przed domem towarowym Gardinera, który stracił już szybę w jednej z witryn. Stoją tam chłopcy w błękicie o szczękach jak gotowane
szynki i oczach jak wciśnięte w słoninę szklane kulki. Tłuką bez litości
nauczycieli i pasamoników, chronią stojących kawałek dalej ciapowatych
przedstawicieli czystej krwi: chłopców w czerni.
Ci z kolei, bladzi jak duchy, wzdrygają się na każdy głośniejszy trzask,
zdumieni i zaskoczeni takim przyjęciem w Whitechapel, jego rozmachem, od
którego serce zamiera w piersi. David szacuje, że zebrało się od tysiąca
do dwóch tysięcy faszystów, chociaż kiedy się tak ciasno zbijają, wydaje
się, że jest ich mniej. Policjantów z pałkami jest ze dwa razy więcej,
ale nawet kiedy dodać czarne koszule do niebieskich, to koszule brudne
mają dziesięciokrotną przewagę liczebną. Z okien na piętrach domów po
obu stronach ulicy matki i żony ciskają mrożące krew w żyłach wyzwiska,
leją wrzątek, rzucają bryłami węgla, zgniłymi warzywami, odchodami z nocników, a także samymi nocnikami: istny front atmosferyczny z wielką
rozmaitością opadów. W sumie tysiąc dziewięćset trzydziesty szósty jest
całkiem zabawny.
Wśród tej zgiełkliwej przepychanki przypomina się Davidowi
Międzynarodowa Londyńska Wystawa Surrealistów, którą pomagał organizować
w czerwcu, i dzikie grymasy Dalego, kiedy z podkręconym wąsem dusił się
za przykurzoną szybą. Artysta uparł się, żeby przyjść na wernisaż w stroju nurka głębinowego, po czym nagle zdał sobie sprawę, że nie może
ani zaczerpnąć tchu, ani ściągnąć hełmu. Tylko dzięki interwencji
uzbrojonego w klucz płaski Davida udało się ocalić od wyginięcia stada
płonących żyraf i odwróconych w lustrze słoniołabędzi. Kiedy teraz z niedowierzaniem wodzi spojrzeniem błyszczących oczu ćmy po kłębiącej się
wokół niego masie śmiertelników, zastanawia się, czy surrealizm
przesadza -?czy może jednak nie dorasta do faktów. Wściekła młoda
dziewczyna z jedną ręką ściska w dłoni oderwaną kończynę sklepowego
manekina. Bezzębny dziadyga łypie złym okiem, wlokąc za sobą worek
lwiego gnoju podwędzony z zoo, żeby płoszyć nim policyjne konie. Pustaki
i ekskrementy zawisają nieruchomo w jesiennym powietrzu. To nie jest
rzeczywistość, to nadrzeczywistość, surrealizm w pierwotnym znaczeniu,
jakie miał, zanim André Breton zaczął się nim bawić. Oto, myśli David,
prawdziwy ogień, w którego żarze topią się zegary. Wspomnienie, które
trwa.
W pobliżu epicentrum coś się dzieje, rodzi się jakiś nowy prąd i spiralnie rozchodzi po ludzkim wirze. Z niosących się nad tłumem urywków
słów poeta skleja obraz wypadków.
-?To Spotty! Spotty idzie! Spotty i jego chłopaki!
Domyśla się, że mowa o miejscowym oprychu Spottym Comerze i jego
koszernych pałkarzach, którzy za wątłą fasadą antyfaszyzmu skrywają
makabryczną przemoc, jakiej i tak by się dopuszczali. Spoglądając ponad
otaczającymi go zwartymi w zmaganiach popiersiami, dostrzega
nacierających drabów w kaszkietach, z antracytowymi twarzami i łomami w dłoniach. Jest ich blisko setka. Hałaśliwy, niszczycielski szary klin
rzuca się na policjantów, prowadzony przez idącego na samym czubku
ryczącego Comera, który wymachuje czymś ciężkim i ozdobnym, co -?jak
później dowie się David -?jest napełnioną ołowiem nogą od sofy. Hucząca
mięsna lokomotywa z impetem zderza się ze ścianą posterunkowych. Chodzi
jej wyłącznie o rozlew krwi, nie prowadzi innej polityki.
Sprzymierzeniec ekscytujący, choć niewygodny. Etyka tego sojuszu została
rozsadzona w drobny mak.
Coś eksploduje: albo wybuchowa atmosfera, albo mózg Davida. Tratująca
wszystko na swojej drodze ciżba przelewa się w przód i w tył, ruchoma
płynna masa porywa go ze sobą, z ekscytacji i zgrozy wstrzymując oddech.
Wokół niego transparenty chwieją się, chylą i tną powietrze, przykrawają
widok, czas i ciągłość zdarzeń do ziarnistych fotografii w jutrzejszych
gazetach, niewprawnie posklejanych i przez to niezrozumiałych kolaży.
Ktoś przełamał policyjny szyk, być może Spotty Comer, i właśnie
druzgocze żebra sześciostopowemu gorylowi stojącemu obok Oswalda
Mosleya. Policyjny koń staje dęba, szykując się do roztrzaskania głowy
uczniowi krawieckiemu. Ktoś bez żadnego widocznego powodu podpalił
zabrudzone prześcieradło. Poeta gubi się w kaskadzie obrazów jak w wierszu pozbawionym dyscypliny. Rok, dzień, chwila wzbierają w nim
niczym atak serca albo akord muzyczny, migawkowy wir rzuca na jego
siatkówki kalejdoskop odbić: utykający chłopiec w jednym bucie rzuca
kawałkiem mebla, płonące prześcieradło odbija brudny pomarańcz szyb na
wyższych piętrach, koty jeżą grzbiety, z przewróconych koksowników
rubiny wysypują się w zmierzch, nikomu nieznany wicehrabia kuli się i szlocha, spada deszcz rybich wnętrzności, podkute buty krzeszą iskry,
olbrzymka, rozwścieczeni rabini, zawzięte małe dziewczynki z tasakami w rękach, weterani wojenni, oszalałe psy, ptaki fruwające w zagubieniu jak
podczas zaćmienia...
Olbrzymka.
Przemieszcza się w tłumie. Ma co najmniej dziewięć, dziesięć stóp
wzrostu, ale nikt jej nie widzi, wszyscy w ostatniej chwili odwracają
wzrok, na ich twarzach maluje się niejasny niepokój. Horda rozstępuje
się przed nią, a jednak żaden z jej członków nie zdaje sobie z tego
sprawy. Jakby świat nie mógł przystać na jej istnienie. Brnie zanurzona
po brzuch w komunistach i biedakach, stąpa obojętnie pośród ludzkiej
rzeszy. David się zatacza, myśli, że umiera. Jaskrawoszkarłatna czapka
wieńczy płynną miedź jej bujnych loków. Zwisająca z jednego ramienia
marszczona biało-czerwona tkanina -?szal, szarfa, może toga, David nie
widzi dokładnie -?nie zasłania piersi, nie jest to jednak żadna
prowokacja, lecz oznaka niepodważalnego autorytetu. Na wysokości
większej niż najwyższe latarnie -?błoga twarz, kochające oczy skromnie
spuszczone na ujadających rewolucjonistów ocierających się o jej szatę,
odciskający dołeczki w policzkach uśmiech matczynej dumy na widok tych
wszystkich ran i broni. Cienie przepływające po jej koralowym ciele,
kiedy się porusza, zdają się ryte w stali. Na Boga, jest wyższa niż dom!
Dlaczego nikt nie krzyczy, nie ucieka, nie oddaje jej czci? Dlaczego
nikt jej nie zauważa? Deszcz wszelakiego śmiecia zupełnie jej się nie
ima. Brodzi w fali bijatyki, w której wykrzywione twarze koncentrują się
zawzięcie na niezauważeniu tej, która znajduje się pośród nich, święta i nie do zniesienia, tak piękna, że nawet ogniste płótno nie waży się jej
tknąć.
David zgina się wpół i zarzyguje sobie mankiety spodni. Oto na
londyńskiej ulicy zobaczył uosobienie metafory. Widział jej ogrom.
Dzwoni mu w uszach, świat widziany przez łzy rozpływa się w poskręcaną,
wijącą się plamę, z ust niegdyś ociekających liryką snują się ciągliwe
nici żółci. Kiedy podnosi głowę, olbrzymki już nie ma. Może była tylko
złudzeniem, figlem światła na upstrzonych plamami sadzy murach, może
przeszła dalej w swoim pochodzie histerycznie ślepą aleją. Kilka
miesięcy po zamieszkach David wstępuje w szeregi komunistów i wyprawia
się do Hiszpanii. Silniej niż kiedykolwiek przedtem wierzy w moc poezji,
ale po deskach zdrowych zmysłów stąpa od tej pory lękliwie. Czuł, jak
się pod nim uginają. Słyszał ich złowieszcze trzaski.
* * *
Kotły: -?Czarny człowiek daje fart, biały ducha niesie hart! -
wykrzykuje udawany Afrykanin głosem jak kościelne dzwony.
Słońce jak narysowane kredką przez uczniaka maluje wzgórza prostymi,
szczęśliwymi kolorami, kiedy on przemieszcza się w epsomskim tłumie,
lity kawał muzyki wśród zebranych przy torze kapeluszy i cylindrów.
Kapelusze witają go okrzykami radości, cylindry pobłażliwymi uśmiechami,
wszyscy jednak są równie zadziwieni, jakby angielskie oko widziało w nim
nosorożca, orchideę albo kontynent.
-?Spion Kop pierwszy, reszta bez znaczenia! -?obwieszcza mahoniowy
flaming. Czerwcowy wietrzyk rozwiewa przedłużone poły jego kamizelki jak
haftowane skrzydła.
Dotykają go, kiedy koło nich przechodzi, pocierają podkowę albo pazur
lwa, który nosi na szyi, głaszczą naszyte na jego szacie słońca,
księżyce, gwiazdy i listki koniczyny: mesjasz wyścigów konnych przybył
leczyć trąd chybionych decyzji hippicznych. Utrzymuje, że potrafi
wyczytywać pewną przyszłość z fusów herbacianych, gwiazd lub wnętrzności
zebry, jeśli zajdzie taka konieczność, po czym z radością przyznaje, że
to wszystko brednie, a jego jedynym przewodnikiem duchowym jest fachowa
wiedza -?chociaż i to wyznanie jest (jakżeby inaczej!) kłamstwem.
-?O ho, ho, ho! -?dudni pośród ślicznych sukienek i garniturów w prążki.
-?Spion Kop wygra Epsom Derby!
W białej koszuli jak wydęty żagiel i zatkniętych na topie masztu
krzykliwych strusich piórach triumfalnym krokiem wypływa spośród snów
Imperium Brytyjskiego na krótko przystrzyżone obrzeża toru i w przechyle, kołysząc się na boki, sunie wśród dźwięcznych dzwoneczków
konwersacji i letniego mamrotania.
Jego sława poprzedza go równie nieuchronnie, jak wierzyciele podążają
jego śladem. Wszyscy znają jego burzliwą legendę: abisyński książę,
podstępem zmuszony do służby na brytyjskim statku (który następnie
rozbił się w Portugalii), ostatecznie wylądował w Tilbury Docks i okazał
się najlepszym typerem w dziejach kraju. Saint Croix w Duńskich Indiach
Zachodnich i syn zbiegłego hodowcy koni nazwiskiem Peter Carl McKay to w tej historii tylko nieciekawe, pozbawione wszelkiej wagi dodatki; lepiej
czym prędzej o nich zapomnieć, a najlepiej -?w ogóle o nich nie
wspominać.
-?O ho, ho, ho! -?grzmi jak róg przeciwmgłowy do stojących przy barierce
graczy w obszernych marynarkach, z lornetkami w dłoniach. To jegomoście
z wyższych sfer. -?Mam konia!
I rzeczywiście, ma. Jak wszedł w jego posiadanie -?to zupełnie inna
historia.
Kiedy to było... osiem lat temu? Miał wtedy złą passę, nawet rozliczne
talenty nie pomagały mu odeprzeć wilków gromadzących się pod drzwiami.
Prawdę mówiąc, stracił wówczas także same drzwi. Typowane przez niego
konie docierały na metę okulawione, o ile w ogóle ukończyły gonitwę, a prowadzony na boku interes wróżbiarski znalazł się w nieprzewidzianym
dołku. Handel medykamentami własnego pomysłu zapowiadał się niezbyt
perspektywicznie, a po fiasku ulicznego zakładu dentystycznego (gdzie
gromkim "O ho, ho, ho!" zagłuszał wrzaski pacjentów, którym przez
przypadek wyrwał zdrowy ząb) dalsze bolesne ekstrakcje groziły już tylko
jego portfelowi. Z tego powodu angaż w wędrownej trupie aktorskiej
udającej się do Petersburga zdał się idealnym zrządzeniem losu. Kariera
teatralna z pewnością stałaby się kolejnym atutem w jego arsenale -?o ile tylko znalazłoby się tam na nią miejsce. Tańczy teraz chybotliwe
shimmy w słońcu przy torze, istny gejzer gwałtownego śmiechu i niedorzecznych barw, i podsuwa swoim zachwyconym poddanym bezcenne
przepowiednie. Od wielkiej europejskiej przygody nie minęło wiele czasu,
ale jego zdaniem wszystko w jego życiu uległo zmianie. Jest innym
człowiekiem i w innym świecie dosiada innej szkapy.
W Rosji, gdzie podawał się za członka abisyńskiej rodziny królewskiej,
został przedstawiony swojemu odpowiednikowi -?tamtejszej głowie państwa,
carowi Mikołajowi. Car, choć zapewne zdumiony pojawieniem się takiego
gościa, wydał mu się całkiem życzliwym facetem, zupełnie niepasującym do
późniejszego wizerunku budzącego zgrozę tyrana, który padł ofiarą
morderstwa. Po tym, jak murzyński show zwinął się ostatecznie wraz z całym swoim niedorzecznym ekwipunkiem, on wałęsał się po Europie -?przez
Włochy, Francję, Szwajcarię, wykorzystując niezręczny mechanizm
deportacji w charakterze środka transportu międzynarodowego. Ta właśnie
niezbyt fortunna marszruta zaprowadziła go do zasranych Niemiec w pamiętnym roku tysiąc dziewięćset czternastym. Kiedy wkrótce potem
tamtejsze władze wpadły na pomysł internowania kolorowych, trafił -?nie
wiedział nawet, na jak długo -?do obozu Ruhleben pod Berlinem. W niespiesznym pochodzie wśród miłośników gonitw zmierza na swoje ulubione
miejsce przy linii mety, tubalnym głosem obwieszczając darmowe
proroctwo:
-?Spion Kop przyjdzie pierwszy, resztę trafi szlag! O ho, ho, ho, ho!
Uśmiecha się na wspomnienie niemal komicznego zbiegu okoliczności: obóz
Ruhleben powstał na torze wyścigów konnych. Po tym, jak wraz z innymi
więźniami sypiał w brudnej stajni, zaczął darzyć zamieszkujące ją na co
dzień dumne zwierzęta znacznie większym współczuciem. Znacznie bardziej
też znienawidził Niemców.
W zimnej, cuchnącej stajni dzielił wyłożoną sianem pryczę ze starszym
kolorowym dżentelmenem z Londynu, który za panowania królowej Wiktorii
był palaczem w lokomotywie. Zanim przegrał z zapaleniem płuc, zdążył
zdradzić swojemu towarzyszowi łoża wiele sekretów. Nieraz wspominał o trudniejszych do opisania rewirach rodzinnego miasta i o tym, jak mógłby
je wykorzystać ktoś obdarzony stosowną wiedzą -?bądź też odpowiednio
głupi. Ciekawie słuchało się jego opowieści, chociaż najprawdopodobniej
staruszkowi po prostu brakowało piątej klepki -?albo to, albo był jednym
z tych denerwujących facetów, którzy zmyślają nieprawdopodobne historie
dla samej frajdy zmyślania.
Kiedy jednak po zakończeniu wojny w ubiegłym roku wrócił w końcu do
kraju przodków, zyskał argumenty, które kazały mu przemyśleć tę
wcześniejszą krzywdzącą opinię. Udał się na Seven Sisters Road, zrobił,
co mu kazano, odprawił cockneyowskie obeah i na własne oczy ujrzał
niewiarygodne przedłużenie metropolii.
Głęboko wdycha orzeźwiające powietrze (powstrzymując się od żartu o zdrowotnych solach epsomskich) i napawa się kuszącym aromatem traw,
wonią ubrań pranych i niepranych, nutą potu spod pach i słodkim akcentem
gnoju. Przechadza się pomiędzy stojącymi na kozłach stolikami
bukmacherów i podziwia rozmazujące się przed oczami semafory bladych
dłoni, których błyskawiczna sygnalizacja pozostaje niepojęta, dopóki nie
zgłębi się ich alfabetu, podobnie jak niepojęty był tamten fragment
miasta w okolicy Highbury, który odkrył dzięki wskazówkom nieżyjącego
palacza. Natknął się tam na coś o nazwie Domniemany Saracen, napotkał
też piękną damę dosiadającą nadzwyczajnego wierzchowca. Powiedziała mu,
że docenia jego klasę, ale zatriumfuje ten, który przyjdzie po niej.
Wtedy nie do końca zrozumiał jej słowa, bo najpierw był bez reszty
pochłonięty panicznym wrzeszczeniem na widok jej rumaka, a następnie
pospiesznym oddalaniem się z owych nieznośnych peryferii. Dopiero
znacznie później docenił jej wzmiankę jako najcenniejszą wskazówkę w całym swoim na wpół zmyślonym życiu.
Zatrzymuje się tak blisko słupa wytyczającego linię mety, jak to tylko
możliwe. Mierzy siedem stóp wzrostu, jeśli liczyć strusie pióra na
czubku głowy. Pechowcom, którzy znajdą się za jego plecami, pozostanie
oglądanie amuletów, którymi obwieszona jest jego wydęta wiatrem szata.
Jego basowy głos zagłuszy tętent kopyt.
-?Wszystko, co macie, postawcie na Spion Kopa! Czarny człowiek daje
fart!
Kilka miesięcy po spotkaniu z niezapomnianą amazonką, które zdążył
tymczasem złożyć na karb przywidzeń wywołanych niestrawnością, kręcił
się w pobliżu stajni Petera Gilpina, nasłuchując przydatnych ploteczek,
jak to miał w zwyczaju.
-?Klasa wydobrzeje? -?zapytał stajenny szefa. -?Jak pan myśli?
-?Nic jej nie będzie -?usłyszał w odpowiedzi. -?Pokonała tego ogierka.
Jest najlepsza.
Te słowa trąciły najcichszą ze strun jego pamięci. Należąca do majora
Gilesa Lodera młoda klacz imieniem Klasa prezentowała się wprost
nadzwyczajnie. Po tym, jak okazała się szybsza od młodego Spion Kopa,
major postanowił wystawić ją w Epsom Derby. Dlaczego jednak stajenny się
niepokoił?
Natychmiast podszedł i rozpoczął swoją głośną, denerwującą paplaninę,
wymachując zapieczętowanymi kopertami z typami na gonitwy, po czym
zamaszystym, teatralnym, niby przypadkowym gestem rozsypał je na bruku
przed boksem Klasy. Przybrał swój najbardziej zbolały wyraz twarzy i wszedłszy w rolę biednego, niewykształconego czarnucha, zaczął zbierać
rozrzucone pakieciki, korzystając z okazji do podpatrzenia przyszłej
czempionki. Raz po raz zabawnie zarzucała łbem w bok -?jego zdaniem był
to pewny znak, że koń zaczyna wariować. I wtedy zrozumiał.
Nie polepszy jej się. Zostanie wycofana z gonitwy i zastąpiona przez
następnego w kolejności kandydata. Otoczony troskliwą opieką i poddany
odpowiedniemu treningowi Spion Kop będzie miał za zadanie wynagrodzić
rozczarowanie majorowi Loderowi. To on stanie się tym, "który przyjdzie
po Klasie". Dlatego postawił wszystko, co miał, na outsidera po kursie
100/6 i bez żadnej prowizji zachęcał wszystkich innych, by zrobili to
samo.
Daleko, przy początku toru, którego stąd nie widzi, potwór o tysiącu
gardeł ryczy:
-?Poszły!
Czas zgniata się i zwija jak przegrany kupon, gonitwa się zaczyna, trwa
i kończy się jednocześnie. W mgnieniu oka po twarzach w otaczającej go
ciżbie przepływa piętnaście różnych emocji -?nadzieja, lęk, dziki
triumf, rozpacz -?kiedy w rozmazanych plamach na torze usiłują wyczytać
swój przyszłomiesięczny czynsz. Dostrzega następcę Klasy ze stojącą w strzemionach żółto-niebiesko-czarną sylwetką Franka O'Neilla, a potem
nie widzi już nic, gdy otaczający go ludzie krzykiem próbują wymusić
ziszczenie się ich wymarzonych wyników:
-?Dalej, Archaic!
-?Dasz radę, Orpheus!
Wygląda spoza kapelusza jeszcze bardziej pretensjonalnego niż jego
własny i aż krzyczy z zachwytu, gdy O'Neill, przykucnięty inkub, popędza
Spion Kopa i pierwszy mija celownik. Dzień eksploduje konfetti
gratulacji, a on biega tam i z powrotem, tupiąc donośnie i wymachując
rękami.
-?A nie mówiłem? -?powtarza chrapliwie. -?A nie mówiłem?
Wszystko staje się cudownym snem. Robi obchód buków, odbiera wygrane i brodzi w morzu radości i żalów, a wdzięczni beneficjenci jego porad
wciskają mu w dłonie i kieszenie monety i banknoty. Wzbogacił się ponad
swoje najśmielsze nadzieje i choć domyśla się, że jeszcze przed końcem
roku zdąży stracić tę fortunę, ta piękna chwila nie traci przez to ani
krztyny blasku. Kiedy śmiechem grzmiącym jak trzęsienie ziemi kwituje
dziesięciofuntowe banknoty i klepnięcia po plecach, nie może nie
wspomnieć swojej prześwietnej patronki, która udzieliła mu enigmatycznej
wskazówki i może oczekiwać w zamian jakiejś przysługi. Wyobraża ją sobie
siedzącą wtedy po damsku na lśniącej górze ruchomych kości, które
grzechotały głośno, gdy stwór potrząsał łbem i wbijał w niego spojrzenie
pustych oczodołów. Ona naprawdę miała nie byle jakiego konia.
* * *
Smyczki: Tyły popadłych w ruinę czynszówek przylegają do jednej z dawnych londyńskich liberties. Tamtędy właśnie dostał się do środka.
Zmyślnie zawieszony na przegubach, poszczeliniony, upstrzony otworami
korpus tkwi prawie nieruchomo w świetle ognia tuż pod nisko sklepionym
sufitem. Podtrzymują go trzy z pięciu wypustek opatrzonych niezliczoną
liczbą stawów: jedna blisko drzwi, druga przy trzaskającym kominku,
trzecia u stóp łóżka, obok przewróconego nocnika. Pozostałe dwie trzyma
w tej chwili uniesione i nieruchome jak u zastygłej w medytacyjnej pozie
modliszki. Szkło aparatury optycznej w jego piersi skrzy się odblaskiem
dziewiętnastowiecznego płomienia, gdy kontempluje leżące w dole misterne
dzieło sztuki, z trzaskiem i pstrykaniem przełącza obiektywy, dobierając
właściwe powiększenia. Na obłażącym z farby suficie kładzie się ogromny,
chybotliwy cień.
Po trwającym kilka minut namyśle dokonuje delikatnych poprawek.
Połyskuje lepko w piekielnym różu płomieni. Najgorsze jest jego zgoła
niestosowne piękno: poskręcane chitynowe arabeski na wszystkich pięciu
przegubowych narządach ruchu, hydromechanika jak łodyżki maku,
niepokojące ornamenty zahaczające o art nouveau i zarazem trącące
odrażającą estetyką. Przy każdym -?nieczęstym -?oddechu zwisające
pomiędzy rozpostartymi kończynami fałdy miękkiej czarnej błony falują
jak teatralne kurtyny. Kiedy wyciągnięty nad śmiałym impastem na płótnie
materaca pochyla się, obraca, dzióbie i wprowadza korekty, jego
poruszenia są jak balet. Górne ramiona w ruchu przypominają opancerzone
łabędzie szyje: tonąc w rumianych wyziewach, z przerażającą gracją
opadają i podnoszą się, przechylają i tną, klik-klik-klik-klik-klik.
Krótko po drugiej, gdy obrazu nie da się już bardziej upiększyć,
ostrożnie obniża się i przyjmuje bardziej praktyczny kształt i rozmiar.
Cztery kończyny składają się, podkurczają, skracają i grubieją. Staje w rozkroku na dwóch z nich. Piąte odnóże skręca się i tworzy zbity płaski
dysk, wielkością zbliżony do głowy i umieszczony na szczycie. Żałobne
błony z ohydnym drżeniem dostosowują się do nowych konturów i do
złudzenia przypominają opadające poły długiego płaszcza; dopiero z bliska można dostrzec perlące się na nich kropelki mlecznego potu.
Przywodzi na myśl stającą dęba stonogę, kiedy podchodzi do krzywo
osadzonych w futrynie drzwi, otwiera je jednym ruchem brzytwiastego
palca i wymyka się na brukowany ziąb.
W sąsiedniej dzielnicy, skąd pochodzi, nazywają go Papieżem Ostrzy. Nie
powinien się zbliżać do Commercial Street.
* * *
Perkusja: Minęły cztery dni od Bożego Narodzenia, a on rozbija liczniki
gazu w Aldersgate -?albo przynajmniej usiłuje to robić. Bo działa to
tak: najpierw trzeba poczekać, aż zawyją syreny, a potem, kiedy wszyscy
już zejdą do schronów, wśliznąć się przez piwniczne okienko i zgarnąć
wszystkie szylingi. Tyle że Dennis pokpił sprawę: nie dość, że nie udało
mu się wyłamać zamknięcia licznika, to jeszcze teraz ma w dodatku kłopot
z wygramoleniem się z powrotem na górę przez zsyp na węgiel. Kumple by
go wyśmiali, gdyby go teraz zobaczyli, jak czołga się na brzuchu w tumanach węglowego pyłu, zasapany i kaszlący. Marny z niego złodziej,
zdążył się już z tym pogodzić -?ale przecież ma dopiero dziewięć lat.
Zahaczył palcami o drewnianą ramę, z której przy wejściu zdjął przegrodę
z metalowej siatki, i teraz młóci nogami, jakby płynął pieskiem,
szukając na szorstkiej pochyłości oparcia dla stóp. Zdziera sobie przy
tym wszystkie strupy z kolan, a przy okazji także skórę; prawdę
powiedziawszy, zaczyna się trochę bać. Jeżeli nie zdoła się wydostać
przed odwołaniem alarmu i właściciele wrócą do domu, to wezwą policję,
jego mama o wszystkim się dowie, a on sam może wylądować w więzieniu. Na
tę myśl ogarnia go panika, ale wtedy czubkiem buta udaje mu się wreszcie
zaprzeć o ceglaną powierzchnię, rozpaczliwym rzutem całego ciała w przód
wypycha tułów na zewnątrz i ląduje nosem na zimnym bruku. Syreny
ucichły, Dennis ma za to wrażenie, że całe niebo się trzęsie (starsze
panie mawiają, że kiedy grzmi, to anioły przestawiają meble), i dopiero
teraz przychodzi mu do głowy: może są gorsze rzeczy niż gliniarze,
więzienie i jego mama. Zaczyna się bombardowanie.
Noc -?chyba gdzieś nad Moorgate -?eksploduje taką masą ognia, jakiej
jeszcze nigdy w życiu nie widział. Sekundę później przychodzi coś więcej
niż po prostu dźwięk: jakby ktoś uderzył świat pięścią. Drugi raz. I trzeci. Dalej Dennis nie liczy. Wydając odgłosy, których sam nie słyszy,
usiłuje wstać, kiedy coś go podcina, powala i niewiele brakuje, żeby
ponownie wylądował w zsypie. Znów leży twarzą na bruku i płacze wbrew
sobie. Zaczyna się czołgać, podparty na łokciach, podobny do gąsienicy,
i tak bardzo rozpłaszczony na ziemi, jak to tylko możliwe. Dopada w ten
sposób do najbliższego węgła. Co sekundę następuje kolejny huczący
rozbłysk, tak że w samym środku niedzielnej nocy Dennis raz po raz widzi
swój cień. Przeczołguje się za róg na -?jak mu się wydaje -?Glasshouse
Yard, gdzie ze zdumieniem stwierdza, że wciąż żyje i żadna część ciała
nie zwisa mu bezwładnie. Prześlizguje się pod bramą na dziwnie pachnący
teren pod rozjazgotanym niebem. To garbarnia. Zwija się w kłębek za
stertą oślizłych skór na palecie. Nie umie stwierdzić, czy to cały świat
kurczy się i klęśnie, czy tylko on.
A właściwie to BUMBUMBUMBUMBUMBUMBUM co on tu w ogóle robi? Nawet nie
wie BUMBUMBUMBUM nie wie, na co BUMBUMBUM na co zamierzał wydać swój
łup, pewnie na słodycze i BUMBUM słodycze i komiksy, coś dla mamy, a BUMBUMBUM a teraz BUMBUMBUMBUMBUMBUM teraz BUMBUMBUM teraz pewnie
zginie, tak sobie myśli.
Nie ma pojęcia, jak długo to trwa. Małą wieczność. Przez cały czas się
boi, że któraś spadnie na niego, prosto na jego głowę, bo to najgorsza
rzecz, jaką jest w stanie sobie wyobrazić. Zaczyna się modlić, bo, no,
bo tak trzeba, ale dochodzi tylko do "święć się imię Twoje", bo wtedy
robi mu się głupio i zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę to nie wierzy
porządnie w Boga. Dudniące eksplozje i niewidoczne w górze szwabskie
bombowce: to jedyne dwie rzeczy w niebiosach, co do których ma pewność,
że naprawdę istnieją. W końcu, gdy cisza trwa już minutę albo dwie, a on
ośmiela się pomyśleć, że to koniec, wstaje i na nogach jak z waty
przemyka wśród skór i wózków, przeciska się pod bramą i dalej, za róg,
na główną ulicę. Siada na lodowatym progu czyjegoś domu i po prostu
patrzy.
Cripplegate zniknęło.
Nic nie ma... ale jak to... nie wyleciało w powietrze... Zniknęło. Nic tam nie
ma, ulic ani domów. Nic. Aż do Moorgate ciągnie się ogromne pochyłe
pole, na którym zamiast trawy rośnie ogień. Wygląda jak diabelskie
boisko piłkarskie. Cripplegate zniknęło. Ale przecież stało tam przez
setki lat. Od czasów Rzymian? Nie tak ktoś mówił? A teraz co, nie minęło
pół godziny i nie ma śladu. Zniknęły zakłady fryzjerskie, sznury z bielizną, sklepy tekstylne, domy mieszkalne, miejsca, które znał od
dziecka -?wszystko to się spaliło i nic nie zostało. Patrzy z niedowierzaniem na wielką pustą dziurę w środku Londynu.
Wstaje, siada, znów wstaje. Nie wie, co powinien zrobić, nie wie nawet,
co właśnie robi. Bez żadnego zrozumiałego powodu rusza w stronę katedry
Świętego Pawła, chociaż powinien iść w przeciwnym kierunku, bo mieszka
gdzie indziej, w Shoreditch, niedaleko Old Street. Przez dłuższą chwilę
wydaje mu się, że ziemia cały czas drży, ale to tylko on idzie w taki
sposób. Nie potrafi oderwać wzroku od płonących gruzowisk po drugiej
stronie ulicy, nie dalej niż dziesięć jardów od niego. Wiatr tarmosi
ściany ognia, szarpie nimi jak praniem na sznurze. Coś trzaska, zgrzyta,
pęka, słychać też dzwonki wozów straży pożarnej, chociaż nie wie, skąd
dobiegają. W kłębach dymów i w snopach iskier majaczą dosłownie cztery
domy, które wciąż stoją. Cztery budynki w całym Cripplegate.
Najbliższy z nich, tkwiący w głębi rozpalonego do czerwoności
piekarnika, który dawniej był -?jak mu się wydaje -?Beech Street, to
remiza strażacka. Coś się tam dzieje, widać to, kiedy rozsnuwa się gruba
kurtyna czarnego dymu, ale to nie stamtąd dobiega dźwięk dzwonków, bo
ten, jak dopiero teraz uświadamia sobie Dennis, rozbrzmiewa wyłącznie w jego głowie. Dalej... czy to Chiswell Street? Tam znowu widać coś, co nie
zostało zrównane z ziemią. Może to stary browar. Dennis już się nie boi;
właściwie, prawdę mówiąc, w ogóle nic nie czuje. Ten natłok wrażeń to
dla niego zbyt wiele, może się tylko gapić. Jeszcze dalej, u dołu
pochyłości, wznosi się kościół: bomba wpadła do środka przez dach i wypalona skorupa rzyga ogniem. A tutaj, bliżej, jest... Co właściwie?
Wśród szalejącej pożogi trudno mieć pewność.
Jakby łuk? Brama jakaś? Tylko że na samej górze wysokiej konstrukcji
tonącej wśród przewalających się chmur dymu i ognistych eksplozji stoi
coś jak normalny dom, z jednym albo dwoma rzędami małych okienek. Oczy
pieką go wściekle, lecz mimo to wytęża wzrok, próbuje coś dostrzec, coś
rozpoznać, ale budowla co rusz ginie w czarnych mgłach i pomarańczowych
rozbłyskach. Coś z nią jest nie w porządku, Dennis wcale nie ma
pewności, że ona naprawdę istnieje; że jej sobie nie wymyślił, nie
ulepił z ruchomych świateł i skaczących cieni. W końcu dostrzega, co
jest nie tak z bramą: jest otwarta, nie przegradzają jej żadne wrota,
ale kiedy spogląda przez nią na wskroś, po drugiej stronie jest tylko
ciemność. Nie ma tam płomieni, w ogóle nic nie ma, mimo że wszystko
dookoła płonie jak rzymskie ognie. Kiedy mruży załzawione oczy i próbuje
zrozumieć, co widzi, a czego nie, w nagłym rozbłysku pożogi dostrzega
pod łukiem bramy postać: jakiś mężczyzna stoi tam i patrzy na niego.
Ubrany w długi płaszcz albo pelerynę, jedną ręką opiera się o ścianę
łuku, a drugą zakrywa usta, jakby widok, który się przed nim roztacza,
zaparł mu dech w piersi. Jegomość jest prawie łysy, tylko po bokach
głowy zwisają mu nędzne resztki włosów w przetłuszczonych strąkach.
Trudno byłoby go nazwać olbrzymem, nie wygląda też na to, żeby mógł być
z niego pożytek podczas jakiejś rozróby, ale oczy ma niezwykłe,
wielgachne jak u sowy. Garbi się, wodząc wzrokiem po szalejących
pożarach i pochłoniętej przez nie dzielnicy. Dennis nie przypomina
sobie, żeby kiedykolwiek w życiu widział kogoś tak zasmuconego. Na widok
wyrazu twarzy tamtego człowieka staje jak wryty. Jak się tak zastanowić,
to znalazł się w naprawdę paskudnym miejscu. Już, już prawie zawraca,
żeby wrócić do Aldersgate, ale kiedy spogląda jeszcze raz przez ramię,
nie widzi już ani bramy ze strażnicą na szczycie, ani pogrążonego w smutku mężczyzny. Wszędzie rozpościerają się zgliszcza. Nie jest nawet
szczególnie zdumiony, wcale by się nie zdziwił, że po nalocie ludziom
zwidują się najdziwniejsze rzeczy. Słyszy natarczywe głosy dorosłych,
syreny obwieszczające koniec alarmu i -?tym razem prawdziwe -?dzwonki
wozów strażackich. Zaczyna kropić. Chce tylko wrócić do domu. O ile dom
jeszcze stoi.
W ciągu następnych kilku tygodni tak często opowiada kumplom swoją
historię, że w końcu sam się już nie słucha. Pomija w niej zresztą wizję
łuku, którą zdążył już złożyć na karb szoku po nalocie. Dwa lata
później, kiedy amputowany kikut Cripplegate przeobraża się w różową
połać kwitnącej wierzbówki kiprzycy (potocznie nazywanej londyńską
rakietą), ma jedenaście lat i w szkole zaczynają się uczyć o sztukach
teatralnych. Z marsem na czole wpatruje się w umieszczony na stronie
tytułowej portret dramatopisarza w ozdobnym owalu i próbuje sobie
przypomnieć, kogo mu przypomina. Nie interesuje go to jednak na tyle, by
chciał się dłużej nad tym zastanawiać.
Dopiero w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym dziewiątym, w wieku lat
osiemnastu, Dennis Knuckleyard ma powód, by wrócić pamięcią do tamtej
nocy. Później nie ma już wyboru. Tajemny rdzeń miasta podjął decyzję.
1. Najlepszy początek książki
1
Najlepszy początek książki
"Był jasny, zimny dzień kwietniowy i zegary
biły trzynastą"1 -?w opinii Dennisa Knuckleyarda to najlepszy
początek książki, o jakim w życiu słyszał. Niestety refleksja ta naszła
go w nadzwyczaj niefortunnym momencie porannego reżimu treningowego
osiemnastolatka, w którym jedynym przyrządem gimnastycznym był
sfatygowany egzemplarz "Picture Show" z tysiąc dziewięćset dwudziestego.
Zdławił jęk, gdy dotarło do niego, że nici z Orwellgazmu, zniechęcony
pociągnął smętnie jeszcze trzy, cztery razy i porzucił całe
przedsięwzięcie. Zdechł.
W Shoreditch dzień był wybitnie beznadziejny, a zegary niczego nie
wybijały po tym, jak większość okolicznych kościołów rozsypała się w gruzy w nieporadnych dłoniach ubiegłego dziesięciolecia. Było krótko po
siódmej, sądząc po błękitnawym jak ultramaryna Reckitt's Blue odcieniu
październikowego światła, które przez zgorzkniałe zasłony przesączało
się do gościnnego pokoiku u Ady zwanej Kaszlącą Kostuchą. W żółtym jak
lep na muchy świetle małej lampki posłał swojej niedoszłej sympatii z szesnastej strony "Picture Show" przepraszające spojrzenie, po czym
bezceremonialnie odrzucił ją na piętrzący się na nocnym stoliku stosik
makulatury. Była oszałamiająco piękna. Muskające szyję ciemne włosy,
przypominające połyskliwe płatki kwiatu i upięte w atramentowoczarny
kok; rzęsy utuszowane sadzą jakby z opiłków metalu zniewolonych
magnetycznym przyciąganiem nieprzeniknionych oczu; lekki dąs odętych w lubieżnym uśmieszku warg, przyozdobiony ciemną kropką szminki, która
dawała widzowi do zrozumienia, że oto ma przed sobą wszystko, czego
kiedykolwiek pragnął -?i zarazem nie ma żadnych szans; kontur ciała jak
falujące, płynne maźnięcie pędzla. Prawdopodobnie zginęła w wypadku
równie eleganckim jak Isadora Duncan, uduszona sznurem pereł wciągniętym
w śmigło spitfire'a, przy wtórze If You Knew Susie płynącego z nakręcanego gramofonu.
Z parteru dobiegło ujadanie wściekłych psów, czyli charkot płuc jego
starszawej gospodyni, co znaczyło, że Ada wstała już z łóżka i zaczyna
gnębić posępny dzień swoim niezrównanie przykrym charakterem. Była nie
tylko jego gospodynią, lecz także, należałoby chyba przyznać,
pracodawczynią oraz -?co niepokojące -?namiastką matki. Miał dwanaście
lat, kiedy zaczął załatwiać różne sprawy dla prowadzonej przez Adę
Benson księgarni; na szyldzie widniał wprawdzie napis "Lowell's Books
& Magazines", ale nikt tak tego przybytku nie nazywał, a Dennis
zawsze zakładał, że Lowell to po prostu nazwisko poprzedniego
właściciela. Kiedy miał czternaście lat i zmarła jego matka, Ada
przygarnęła go i pozwoliła mu u siebie zamieszkać, o ile tylko -?jak to
ujęła -?będzie na siebie, kurwa, zarabiał i nie będzie, kurwa, traktował
jej jak matki. O tym drugim nie mogło zresztą być mowy: matka Dennisa
była miła i sympatyczna, w odróżnieniu od rzężącej lokomotywy wzgardy i złości, jaką była Kaszląca Kostucha.
Układ ten miał jednak swoje zalety. Nudząc się za kasą, Dennis mógł do
woli zaczytywać się w książkach wybranych z obłędnie zróżnicowanej
oferty antykwariatu, pod warunkiem że nie będzie ich wynosił -?bo to by
już podchodziło pod wypożyczanie, Ada zaś wielokrotnie i przy różnych
okazjach podkreślała, że nie prowadzi żadnej pierdolonej biblioteki.
Obszarpany egzemplarz "Picture Show", podwędzony z piętrzącego się przy
ladzie chaotycznego stosu wraz z tuzinem innych dogorywających
szmatławców po trzy pensy, w sposób oczywisty nie podlegał temu
ograniczeniu, które najwyraźniej odnosiło się wyłącznie do książek.
Powieść Orwella musiał czytywać w odcinkach, siedząc za kasą, odkąd jej
egzemplarz trafił do sklepu w sierpniu, zaledwie dwa miesiące po wydaniu
przez Seckera i Warburga, w idealnym stanie, włącznie z nieuszkodzoną
zieloną obwolutą, przyniesiony przez oburzonego komunistę albo
oburzonego torysa, który poczuł się osobiście dotknięty treścią książki.
Dennisowi do głowy by nie przyszło, żeby wykraść taki skarb i przemycić
go do swojego pokoju, zwłaszcza że nawet teraz, stojąc spokojnie na
dole, na regale w dziale beletrystyki współczesnej, powieść zdążyła
zepsuć mu poranek.
Niechętnie przeczołgał się z ciepłego łóżka prosto w zimne ubranie i dalej, na spotkanie jeszcze zimniejszego dnia, w którym para z oddechu
skraplała mu się przed oczami. Kostkami dłoni wycisnął z zaropiałych
oczu resztki snu i przelunatykował po schodach na parter, na zaplecze,
gdzie z ulgą stwierdził, że oskrzelowa kanonada dobiega ze sklepu od
frontu, gdzie Ada zajęta była zapewne porządkowaniem towaru albo
przeliczaniem drobnych. Przeszedł przez podwórko do wychodka, żeby się
wysikać. Tępym wzrokiem zarejestrował nagłówki wiszących na zgiętym
gwoździu kawałków gazet sprzed dwóch tygodni i czym prędzej wrócił do
kuchni, wydmuchując po drodze ogromne balony pary jak komiksowe dymki.
Ablucje, których, rozebrawszy się, dokonał w obłupanym kamiennym zlewie,
stanowiły zdawkowy ukłon wymierzony z grubsza w stronę wymogów higieny,
a cienka warstewka margaryny w połączeniu ze skromną skibką
przydziałowego chleba udawały śniadanie. Słysząc, jak Dennis nalewa wody
do czajnika i czyści imbryk z fusów, Ada zdołała jednocześnie zakaszleć
i krzyknąć ze sklepu tym swoim denerwującym głosem niczym krakanie
pięćdziesięciu wron:
-?Nam też możesz zaparzyć, ty bezużyteczny gnojku!
Tak w przybliżeniu brzmiały jej słowa, z charknięciem w miejscu
przecinka.
Chrząknął na znak potwierdzenia, zaparzył im obojgu herbaty z mlekiem i dwiema kostkami cukru, po czym z filiżankami w rękach przeszedł do
sklepu, łokciem otwarłszy dzielące go od niego drzwi. Na szczęście jego
chlebodawczyni zdążyła się już ubrać: miała na sobie okropny różowy
szlafrok przewiązany w pasie. Na wpół wypalony park drive plain tkwił
już przyklejony w kąciku jej wykrzywionych ust. Kaszląca Kostucha zawsze
tak właśnie wyglądała. To był jej strój służbowy.
Zmierzyła parującą filiżankę beznamiętnym spojrzeniem i podniosła wzrok
na kulącego się odruchowo ekspedienta. Tęczówki jej oczu, obsypane
szarymi i zielonymi cętkami, wyglądały jak zatopione w wodzie szklane
kulki skolonizowane przez glony.
-?Pięknie, kurwa. Pięknie. Połowa wylądowała na spodeczku, w dodatku
wygląda na to, że krowa zdechła, ale, khe, khe, khe, będzie mi to
musiało wystarczyć.
Czyli za mało mleka, ale poza tym ujdzie. Więcej nawet: całkiem nieźle.
Dennis przepraszającym wzruszeniem ramion zamaskował swoją ulgę i zapytał, czy Ada życzy sobie dzisiaj jego pomocy w sklepie. Sącząc
herbatę, przeszyła go pogardliwym spojrzeniem na wskroś.
-?Psiakrew, Dennis, skarbie ty mój, gdybym nie była zdesperowana i bliska śmierci, nie życzyłabym sobie twojej obecności w moim sklepie ani
dzisiaj, ani w żaden inny dzień. Nie mogę znieść twojego widoku. Khe,
khe, khe, khe. Dzisiaj pójdziesz na Charing Cross, jest tam taka
gówniana księgarenka, Harrison's Books. Słyszałam, khe, khe, że mają
trochę Arthura Machena, który jakoś im się nie sprzedaje.
Odstawiła spodeczek z filiżanką na ladę i zaczęła obchodzić sklep,
szurając kapciami, które były albo kraciaste, albo wyjątkowo intrygująco
poplamione. Zwrócona plecami do Dennisa, cmokając z dezaprobatą,
przywracała zbłąkane książki na przynależne im miejsca, przetarłszy
wcześniej okładkę brudnym mankietem szlafroka. Na czubku czaszki
powleczonej cienką jak pergamin skórą sterczało coś, co w przeszłości
musiało być fryzurą, zanim dziesięciolecia zaniedbań upodobniły ją do
brudnobiałego rogu nosorożca.
-?A kto to jest ten Machen? -?zaryzykował pytanie Dennis i natychmiast
tego pożałował.
Ada oderwała się od swojego zajęcia, odwróciła się powoli i zmierzyła go
spojrzeniem, jakim można by obrzucić psie gówno. Kręcąc jednocześnie
głową i zasuszonym kłębem tego, co kiedyś było jej włosami, wróciła do
przekładania książek, zanim raczyła odpowiedzieć.
-?Był porządnym pisarzem. -?Od tonu jej głosu mleko mogłoby skwaśnieć. -
W niczym nie przypominał Hanka Jansona, więc nie dziwota, że o nim nie
słyszałeś. Khe, khe, khe, khe. Przyjechał z Walii, zwariował na punkcie
Londynu i w latach dziewięćdziesiątych publikował tu niewąskie
makabreski. Zmarł rok albo dwa lata temu, gdzieś niedaleko Buckingham.
Pod koniec zdarzały mu się z lekka faszystowskie odchyły, ale miał
naprawdę diabelnie, khe, khe, khe, khe, lekkie pióro.
Przez okno od frontu wpadały wąskie ukośne smugi światła, w których
drobinki kurzu popisywały się jak primabaleriny. Ulicą przechodziło już
trochę ludzi, głównie mężczyzn w drodze do pracy, co znaczyło, że
dochodzi ósma i Ada wkrótce otworzy antykwariat. Słońce, niewidziane od
wielu dni, przemykało ukradkiem po wytartych grzbietach i złoconych
nazwiskach nieżyjących pisarzy, składając lśniące czcionki w miedzianym
mauzoleum niechcianych zdań. Dennis dopiero teraz przypomniał sobie, że
powinien zamieszać herbatę, a ponieważ zdążył już wypić trzy czwarte
filiżanki, reszta zgęstniała w cukrzycowy muł. Postanowił dowiedzieć się
czegoś więcej o czekającej go misji ratunkowej.
-?Myśli pani, że to przez ten faszyzm tamten gość chce się pozbyć dzieł
Machena?
Ada znieruchomiała na granicy działów "Medycyna" i "Duchy",
zastanawiając się nad odpowiedzią.
-?Nie -?odparła. -?Nie wydaje mi się. Napisał tylko jedną taką książkę,
w latach trzydziestych, kiedy każdy pisarz usiłował wcisnąć publice
swoje trzy grosze na temat wojny domowej w Hiszpanii. Wtedy, khe, khe,
poparł Franco. Przypuszczam raczej, że dzisiaj Machen po prostu nikogo
nie interesuje. Domyślam się, że książki stały się niesprzedawalne. Nie
nadają się nawet na, khe, khe, khe, khe, zasraną darowiznę dla
sierocińca.
Na wpół zatarty szkic ulicy za oknem przedstawiał dwóch lub trzech
ewentualnych klientów, którzy mrużyli oczy i przez lekko zabrudzoną
szybę oglądali lekko sprośne książki ilustrujące strategię handlową Ady:
Walter: moje sekretne życie, Źródło samotności, Porwany lok.
Stanąwszy po drugiej stronie szyby w drzwiach, dobrodziejka Dennisa
zmierzyła potencjalnych nabywców przeciągłym spojrzeniem niemrugających
oczu, które mówiło wyraźnie, że owszem, wie o ich obecności, ale nie,
nie zamierza wpuścić ich do środka przed wybiciem godziny ósmej,
ponieważ jej się nie podobają.
Zajrzawszy w głąb filiżanki, gdzie herbaciane fusy zataczały senne kręgi
w glukozowej brei, niepocieszony Dennis ostrożnie zagadnął, dlaczego
właściwie Adzie zależy na zapomnianych dziełach walijskiego faszysty,
które -?jak sama przecież utrzymuje -?są absolutnie niesprzedawalne.
Gdzieś w poturbowanej dali ocalały zegar zaczął wybijać godzinę, ale Ada
z przyjemnością zatrzymała się w swojej niespiesznej dreptaninie w stronę wejścia, by jednocześnie udzielić odpowiedzi swojemu
ekspedientowi i zagrać na nerwach drżącym z zimna przyszłym czytelnikom
za drzwiami.
-?Dlatego, że, khe, khe, khe, wiem, co to znaczy dobra inwestycja,
psiakrew. Ten tuman z Charing Cross Road sam twierdzi, że to białe
kruki, w dodatku z autografami. Z czasem będą warte, khe, khe, fortunę.
Zobaczysz. Z tym okultystycznym badziewiem zawsze tak jest: niby nikt go
nie chce, ale ci, którzy chcą, najchętniej wyrwaliby ci je razem z ręką,
w której je trzymasz. A większość z nich, khe, khe, śpi na pieniądzach.
Odwróciła wyblakłą tabliczkę z MKNIĘTE na WARTE, po czym udała, że nie
wie, który klucz z pęku otwiera drzwi, i próbowała każdego po kolei. Jej
podkrążone oczy łyskały złowrogą satysfakcją na widok krótkiej kolejki
na dworze, z której powoli wyciekała wola życia. Dennis uważał, choć
nigdy nie mówił o tym głośno, że Kaszląca Kostucha prawdopodobnie jest
Draculą karmiącym się ludzkim zakłopotaniem. W końcu drzwi zostały WARTE
i Ada, niby w przerwanym napadzie złości, przywitała klientów
nieprzyjazną gestykulacją, ponaglając ich z irytacją, by weszli do
środka i zagłębili się w wilgotny tuman jej miazmatów płucnych. Tym
sposobem kwartet mężczyzn w średnim wieku, sprowadzonych do roli żywego
inwentarza, bez entuzjazmu poczłapał do wybranych półek, Ada zaś -?w pończochach marszczących się przy kostkach jak blacha falista, cały czas
usiłując palić mimo targającego nią kaszlu -?wycofała się w stronę lady
i kulącego się przy niej podwładnego. Tężejące oczy budyniowej barwy
zbadały krystalizującą masę w jego filiżance, zanim ostentacyjnie
zamieszała swoją herbatę, siorbnęła ją głośno i otworzyła osadzoną na
sprężynie szufladę kasy. Wyjęła z niej dwa piątaki i garść banknotów
jednofuntowych.
-?Harrison, khe, khe, khe, khe, uważa, że te jego Macheny są warte dwie
dychy. Ja też tak sądzę, ale niech się, khe, khe, khe, goni. Daję ci tu
piętnaście funtów. Jeżeli uda ci się utargować coś więcej, możesz, khe,
khe, khe, zatrzymać resztę.
Wcisnęła mu w dłoń pieniądze wraz ze sporządzonym ołówkiem spisem
żądanych książek. Schował wszystko do wewnętrznej kieszeni marynarki,
tej, w której nie było dziur. Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał z wyrzutem, gdy jeden z czterech mężczyzn i przelotnie nawiedzające
antykwariat słońce wyszli razem, nie dokonawszy żadnego zakupu; Dennis
nie umiał powiedzieć, czy strychninowy grymas Ady był przeznaczony dla
niedoszłego klienta, czy dla ulatujących promieni słonecznych. W jej
wypowiedzi nastąpił niemający końca, zdałoby się, akapit złożony z samych kaszlnięć, po czym wyrzęziła kolejne polecenia:
-?W ogóle miej oko na wszelkie okultystyczne ciekawostki. Spodziewam się
wybuchu zainteresowania takimi sprawami. I narzuć płaszcz, bo, khe, khe,
khe, khe, khe, khe, wymrozi cię na śmierć.
Skinął potakująco głową (zwykle było to bezpieczniejsze wyjście niż
odzywanie się) i z lakierowaną cukrem filiżanką wycofał się do kuchni,
zabierając po drodze gabardynowy płaszcz przeciwdeszczowy. Wrócił do
sklepu i był w trakcie zakładania płaszcza, gdy zauważył, że jeden z trzech pozostałych klientów przemyka chyłkiem w stronę kasy z ładnie
zachowanym egzemplarzem Dope Saksa Rohmera w dłoni i wyniosłym wyrazem
twarzy. Dennis wiedział z doświadczenia, że raczej nie zanosi się tutaj
na przyjemną transakcję. W pośpiechu zapiął guziki płaszcza i zaczął się
przekradać do wyjścia, żeby ulotnić się, zanim Ada da się poznać ze
swojej jeszcze gorszej strony, ale nie był dość szybki. Potępieniec
dotarł tymczasem do kasy i posłał właścicielce protekcjonalny uśmieszek,
który w jego zamyśle miał zapewne budzić grozę. Ada powiodła czubkiem
różanego języka po spierzchniętych wargach. Dennis usilnie starał się
przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek widział, żeby mrugała powiekami.
Powątpiewał, czy w ogóle ma powieki.
-?Proszę, proszę, Sax, khe, khe, khe, khe, Rohmer. Świetny wybór. Bardzo
popularna rzecz. Khe, khe, khe. Życzy pan sobie torebkę, khe, khe, khe?
Zaskoczony klient, być może nauczyciel, lekarz, w każdym razie człowiek
nawykły do posiadania autorytetu i władzy, którego klapy płaszcza
mieniły się teraz kropelkami flegmy, ponownie spróbował wprowadzić w życie obraną wcześniej strategię wyniosłego rozbawienia.
-?Ha, ha, ha. Tak, proszę. Ale tak sobie oglądam okładkę...
-?A owszem, owszem, nadzwyczaj atrakcyjna. Śliczna płócienna, khe, khe,
khe, oprawa w oliwkowym odcieniu. Pierwsze wydanie, Cassell, tysiąc
dziewięćset dziewiętnasty. Siedem szylingów to nadzwyczaj przystępna,
khe, khe, khe, khe, cena.
-?Ha, ha, ha. Niezupełnie to miałem na myśli. Okładka jest przetarta, a grzbiet pęknięty. Co powie pani na pięć?
Rysy Ady pozostały jak wykute w kamieniu. Wytrzymała przez chwilę
spojrzenie klienta, spuściła wzrok na trzymaną w dłoni sfatygowaną
książczynę, jakby nie rozumiała, co do niej mówią, aż w końcu ponownie
zadarła głowę zwieńczoną spetryfikowaną koafiurą i popatrzyła w coraz
bardziej niepewne oczy mężczyzny.
-?Aha, khe, khe, khe. Chcemy się targować.
Dennis miał dość.
-?No dobrze -?rzucił pospiesznie -?to ja lecę. Widzimy się później.
I ruszył do wyjścia, przechodząc pomiędzy dwoma pozostałymi klientami,
którzy stali jak wrośnięci w ziemię i śledzili rozwój nieprzyjemnych
wypadków przy kasie. Za jego plecami rozległ się cierpki głos Ady:
-?Chcemy się, kurwa, khe, khe, khe, targować, tak? Mam rację, ty, khe,
khe, khe, khe, khe, khe, khe, khe, chciwy złamasie?
Tchórzostwo przydało mu chyżości i Dennis wypadł przez dźwięczące
dzwonkiem drzwi na dwór. Owionęły go spaliny, pył z cegieł, dym z węgla,
odór końskiego gnoju, gotowanych podrobów, chemikaliów z garbarni, tuman
drobinek z fabryki kleju, woń moczu zalatującego piwem, aromat
medycznych smarowideł oraz świeże powietrze. Stąpał sztywno jak bocian,
ale mimo że poruszał się całkiem żwawo, zdążył pokonać zaledwie połowę
szerokości Gibraltar Walk, kiedy drzwi ponownie brzęknęły. Nie musiał
pytać, kogo tym razem żegna dzwonek, ale wbrew sobie wykręcił szyję i obejrzał się przez ramię.
Lowell's Books & Magazines znajdował się przy górnym krańcu
Gibraltar Walk: samotny spróchniały ząb jakimś cudem ocalały w szczęce,
której cała zawartość poza tym zniknęła, wybita w niedawno zakończonej
walce o pas mistrzowski. Wszystkie inne domy przy tej ulicy, a co za tym
idzie -?także sama ulica, przeobraziły się w bryły gruzłowatego pumeksu,
podobnie zresztą jak przyległe odcinki Gossett Street i Satchwell Road.
Nieszczęsny klient cofał się spod drzwi antykwariatu, w których stała
jego dręczycielka, odziana w makabryczny szlafrok i kapcie, podobna do
szkieletu i grzechocząca jak kobieta zrobiona z wieszaków. Wymachiwała
przed sobą książką Saksa Rohmera niczym łowczyni czarownic, która Biblią
usiłuje przepędzić heretyków.
-?Pięć, khe, khe, khe, szylingów, ty skurwysynu? Ja ci się potarguję,
kutasino. Khe, khe, khe. Ja ci się zaraz, khe, khe, khe, potarguję.
Zachciało ci się książki za piątaka, khe, khe, khe, ty nadęta klucho
spermy? Mam dla ciebie, khe, khe, propozycję.
Nadęła się potężnie, charknęła, oddarła przednią okładkę i cisnęła nią w jąkającego się, próbującego umknąć szubrawca. To samo zrobiła z grzbietem książki, po czym w rozedmowym szale rozszarpała jej wnętrze na
opatrzone wytłuszczonymi tytułami fragmenty: Kerry zasięga rady
wyroczni; Nocne życie Soho; Czarny dym. Większość z nich
frunęła w ślad za przerażonym i biegnącym już teraz ile sił w nogach
mężczyzną i opadała z trzepotem na puste wspomnienie po Gibraltar Walk.
Najokropniejsza stara kobieta na świecie splunęła w miejsce, gdzie
dawniej znajdował się rynsztok, i wróciła do swojego zatęchłego bunkra.
Ukryci za firankami po drugiej stronie Gossett Street obserwatorzy
patrzyli na to oszołomieni, z otwartymi ustami, jakby takie sceny nie
rozgrywały się tu co drugi dzień.
Słońce, które przez moment dało się dostrzec z wnętrza sklepu, przepadło
bez śladu w przepastnym, brudnym runie nieba. Dennis, który szczerze
żałował, że z Adą Benson łączy go nie tylko miejsce zamieszkania, lecz
także przynależność gatunkowa, postawił kołnierz płaszcza, żeby nadać
sobie filmowo tajemniczy i niebezpieczny wygląd, i krokiem, który w jego
mniemaniu mógłby uchodzić za sposób poruszania się detektywa albo
tajnego agenta, zagłębił się markotnie w pozostałości Shoreditch. Nucąc
temat Harry'ego Lime'a, skierował się w stronę Old Street i piętrzących
się za nią gruzów miasta.
Pomrukując dum-badum-badum-badum, dotarł do Clerkenwell i dalej, na
drugą stronę Gray's Inn Road. Po drodze rozmyślał o seksie, książkach,
Orwellu, Adzie, znalezieniu sobie nowego miejsca do mieszkania, znów o seksie, pieniądzach, a także o relatywnych atutach samotnej, lecz za to
dramatycznej śmierci w wiedeńskich kanałach ściekowych, nieszczególnie
zdając sobie sprawę z otaczającej go fizycznej rzeczywistości.
Niewidzialni maszyniści teatralni przewijali malowane tło jego wędrówki,
sunący w powolnym tempie fryz domów od czasu do czasu przetykanych
gruzowiskami, a on nie zauważał pokrzywionych kominów zionących materią
nocy, koni, wozów, rowerów, wózków straganiarskich, nielicznych
automobili i drepcących ulicami rzesz nieznajomych. Otrząsnął się z transu, dopiero minąwszy wejście na Red Lion Square w Holborn,
domniemane miejsce złożenia zaginionej głowy Olivera Cromwella,
skradzionej ponoć po tym, jak Karol II kazał wykopać ciało byłego Lorda
Protektora, przetrzymać rozkładającego się trupa przez noc w Red Lion
Inn, a potem włóczyć zwłoki po londyńskich ulicach. Jeśli wierzyć
plotkom, był to widok niezapomniany w swojej makabryczności.
Doszedłszy do wniosku, że opowiedziałby się zapewne po stronie
okrągłogłowych, a następnie -?po restauracji monarchii -?wszystkiego się
wyparł, Dennis minął sczerniały od sadzy kościół przy Bloomsbury Way, po
czym przed dotarciem do Oxford Street skręcił w lewo w Charing Cross
Road.
Zachodni Londyn naparł na niego ze wszystkich stron, liternictwo szyldów
i krzykliwe nazwy towarów jak makijaż usiłowały maskować zrujnowaną
cerę. Wijąca się kręto w dół ku rzece księgarska arteria przypominała
ścieżkę na przełęcz w afgańskich górach biegnącą pomiędzy dwoma
handlowymi urwiskami. Witryny sklepowe były jak wciśnięte w przyciasną
przestrzeń wystrzępione woluminy. W górze wśród chaotycznie spiętrzonej
architektury ciągnął się blady, wąski pasek nieba o krawędziach
przykrojonych jak elementy puzzli. Uzbrojony wyłącznie w nazwę przybytku
-?w sytuacji, gdy bardziej przydatny byłby po prostu numer domu -?Dennis
pogodził się z koniecznością mozolnego śledztwa i chodzenia od drzwi do
drzwi. Bez entuzjazmu człapał więc długą ulicą, zanurzony w wypełniającej ją niezgrabnej melodii stukoczących kopyt, ludzkich
pokrzykiwań, automobilowych klaksonów i silników gardłowo
odkrztuszających kataralną flegmę.
Trochę to trwało. Szedł wzdłuż wschodniej pierzei i mrużąc oczy,
wpatrywał się w malowane szyldy, na których angielskie słowa wyblakły
lub zatarły się do postaci leksykonu obcego języka egzotycznej krainy,
tej drugiej planety, na której wylądowali wszyscy po wojnie. Szybko
przebiegł przez Shaftesbury Avenue, uskoczył przed ciężarówką i ruszył
dalej wzdłuż lewej nogawki ulicy. Minął zdemoralizowane teatry przy
Leicester Square i z lekka nierzeczywisty, onieśmielająco urokliwy
zaułek Cecil Court. Owszem, w połowie jego długości znalazł
okultystyczną księgarenkę, Watkins, Ada zaś kazała mu wypatrywać tego
typu ofert, ale raczej nie zachwyciłyby jej pozycje, których cenę
podbiła już konkurencja. Interesowały ją rzadkie nowinki, o których nikt
nie słyszał, a których cenę mogłaby sama ustalić w myśl swoich
nieprzeniknionych ezoterycznych zasad. Przeszedł przez ulicę i zaczął
wracać wzdłuż fasad po jej drugiej stronie. Zaczynał wątpić w istnienie
Harrison's Books.
Cierpliwe odszyfrowywanie trędowatych napisów przyniosło w końcu efekt:
znalazł szukaną księgarnię blisko górnego krańca ulicy, nieopodal
Foyle's, wtłoczoną pomiędzy dwa większe sklepy i niewiele grubszą niż
hojnie przyrządzona kanapka. Była zamknięta. "Nieczynne do od wołania" -
głosiły źle rozstrzelone litery na kartce przylepionej od środka na
przeszklonej górnej połówce drzwi. W zagraconym i ciemnym wnętrzu po ich
drugiej stronie nic się nie poruszało. Na zapleczu nie paliło się
światło. W środku nikogo nie było. Sprawa załatwiona. Dennis nie bardzo
wiedział, co mógłby w tej sytuacji zrobić. Nienawykły do okazywania
uporu, natychmiast się poddał. Nie umiał czerpać z własnych wewnętrznych
zasobów wytrwałości, bo ich nie miał; odwoływanie się do nich mogło
grozić poważnym uszczerbkiem na zdrowiu. W wieku osiemnastu lat taka
wygodnie niewygórowana ocena własnych możliwości była dla niego
najlepszą namiastką filozofii. Najlepszą gwarancją nieponiesienia
porażki było, rzecz jasna, niepodejmowanie żadnych prób.
W tym jednak wypadku doszedł do wniosku, że powinien przynajmniej
popytać sąsiadów -?chociażby po to, żeby móc potem powiedzieć
pracodawczyni, że się starał, chociaż takie twierdzenie nie znalazłoby
oparcia w żadnej rozsądnej definicji "starania się". W sąsiedniej
księgarence, specjalizującej się w wyglądających na nudne pozycjach
religijnych, pracowała nadzwyczaj zafrasowana i zdumiewająco pomocna
kobieta w późnym wieku średnim, o której Dennis pomyślał, że mogłaby być
anty-Adą. Co rusz przepraszając za niedostatki swojej pamięci, wyjaśniła
mu, że pan Harrison od wczoraj lub nawet przedwczoraj nie pokazał się w sklepiku, ale, jeśli dobrze pamięta, ma mieszkanie przy Berwick Street,
nad sklepem z wyrobami wełnianymi, zdaje się. Wszystko to powiedziała
Dennisowi bez nazywania go półgłówkiem, łajdakiem, szemranym bałwanem,
leniwym alfonsem i owocem nieudanej aborcji. Wyjąkawszy wyrazy
wdzięczności, uciekł od niej najszybciej, jak tylko mógł, oszołomiony
jej zwykłą ludzką przyzwoitością i pełen obaw, że jeszcze chwila, a jej
się oświadczy.
Znalazłszy się na zgiełkliwej głównej ulicy, zaryzykował skręt w lewo w Manette Street i wśliznął się w ochrypłe gardło Soho. Inne dzielnice
Londynu miały w jego oczach skłonność do płynnego przechodzenia jedna w drugą bez najmniejszej choćby zmiany atmosfery. Soho było inne: Dennis
dokładnie wiedział, kiedy się w nim znajduje, a kiedy je opuszcza. Miało
się wrażenie, że jelitowy supeł mrocznych przejść wykształca zbiorową
świadomość i osobowość w podobny sposób, jak dzieje się to w mrowiskach
-?z tą tylko różnicą, że mrówki nie mają kolorowych żaróweczek.
Złachmaniony duch Soho, ozięble sympatyczny i emanujący aurą zuchwałej
zabawy, która niezawodnie przyciągała rzesze ludzi nieszczęśliwych,
zdawał się uważać, że każdego z takich biedaków potrafi przejrzeć na
wskroś, do samego brudnego sedna. I może naprawdę tak właśnie było.
Dennis nigdy nie spędzał tu wiele czasu, dlatego Soho wciąż wydawało mu
się zarazem groźne i ekscytujące. Z rękami wbitymi głęboko w kieszenie
przeciął Soho Square, następnie przeszedł przez ucho igielne Queen
Anne's Court i trafił na Wardour Street. Niegdyś z tutejszych śmietników
wysypywały się całe jardy niewykorzystanej taśmy filmowej -?tak
przynajmniej słyszał, bo od czasu wojny mniej się jej widywało. Nikt nie
miał pieniędzy.
Z twarzy przechodniów i zabitych deskami oczu sklepików i małych firm
można było wyczytać najświeższe nowiny gospodarcze. Dosłownie kilka
miesięcy po wojnie Jankesi zamknęli program Lend-Lease, przez co na nie
wiadomo jak długi okres wepchnęli Brytanię w wyniszczające długi.
"Przeklęci lichwiarze", jak określił ich jeden z parlamentarzystów. Od
zakończenia bombardowań upłynęły cztery lata, a większość towarów w dalszym ciągu była reglamentowana. Pozostawały bułki z wątróbką i cebulą. Dzieci rosły koślawe od krzywicy, zdemobilizowani żołnierze nie
mieli gdzie się podziać, a młode chłopaki w wieku Dennisa dokonywały
napadów uzbrojone w lugery, które ich ojcowie poprzywozili do domów jako
pamiątki. Jeżeli tak ma wyglądać zwycięstwo, myślał, to Bogu niech będą
dzięki, że nie przegraliśmy.
Zanim się obejrzał, znalazł się przy początku Berwick Street. Lawina
odpadków z ulicznego targowiska rozlewała się w dół po całej Broadwick
Street cuchnącą falą opakowań po woodbine'ach, rozdeptanych dorszy i przypominających pomarszczone szmaragdy liści kapusty włoskiej.
Odkopując śmieci z drogi i wypatrując śladów sklepu z wyrobami
wełnianymi, powlókł się w górę wąskiej pochyłości pełnej wózków, kramów
i zakutanych w grube płaszcze ludzi zajętych porównywaniem marchewek.
Zgiełk tłumu wezbrał wokół niego, kiedy przepychał się wśród kraciastych
kaszkietów i pogrzebowych czepków, strzępy "No dalej!", "Trzeba mieć
tupet" i "Nie może być!" mieszały się z arią wyszczekanego psa, lamentem
niemowlęcia i tubalnymi insynuacjami handlarzy. Mały człowieczek z tułowiem wielkoluda stojący przy składanym stoliku z błyskotkami wartymi
mniej od aksamitu, na którym zostały wyłożone, uniósł brew i zdawał się
przyglądać pytająco Dennisowi, ale prawda była taka, że wysoki chłopak
był zakłopotany i miał wrażenie, iż dosłownie wszyscy na niego patrzą,
częstokroć złowieszczo. W wewnętrznych rozważaniach ćwiczył swoje role w bójkach, do których nie dochodziło.
W połowie długości ulicy po jej wschodniej stronie wypatrzył Dzianinowy
Świat E.J. Tate, jedyny w okolicy przybytek, który mógł handlować wełną.
Obok wciśniętych we wnękę drzwi dla klientów znajdowały się drugie,
prowadzące z Berwick Street w głąb budynku i -?najprawdopodobniej -?do
mieszkania na piętrze. Do nich właśnie zapukał Dennis, najpierw lekko,
uprzejmie, potem mocniej, bardziej nagląco, zawołał "Halo! Jest tam
kto?", załomotał pięściami jak dobijający się komornik, zanim wreszcie z drugiej strony dobiegł wątły, drżący, staropanieński falset:
-?Kto tam? Jestem starszą damą, nie przyjmuję gości.
Dennis westchnął. Nie szło mu najlepiej -?chociaż nie był pewien, czy
tylko dzisiaj, czy w ogóle w życiu. Przekrzykując wydzierającą się tuż
obok straganiarkę sprzedającą trąbiki, spróbował się przedstawić:
-?Najmocniej panią przepraszam, może TRĄBIKI! zły adres. Pracuję w księgarni Ady Benson SMAKOWITE TRĄBIKI! w Shoreditch i szukam niejakiego
pana Harrisona. Podobno ma książki Arthura ZAPRASZAM PO TRĄBIKI! których
chętnie by się pozbył.
Za pokrytymi łuszczącą się farbą deskami zapanowało milczenie brzemienne
namysłem, po którym nastąpił trwający prawie pełną minutę szczęk kluczy
przekręcanych w opornych zamkach, brzęk zdejmowanych łańcuchów i stukot
odwodzonych zasuw. W końcu wątła starowinka uchyliła drzwi i -?co
niepokojące -?zmieniła się w dobiegającego czterdziestki brzuchatego
mężczyznę z wąsem, ubranego w musztardowy pulower i zdradzającego
wyraźne podenerwowanie. Drobne oczka, którymi cały czas strzelał na
boki, były dwiema kropelkami czekolady pływającymi w leguminie.
-?Najmocniej przepraszam, ostrożności nigdy za wiele. Proszę wejść,
szybko, żeby ciepło nie uciekało.
Pozbawiony przebrania głos brzmiał cicho i chrapliwie. Dennis dał się
pospiesznie wprowadzić do zagraconego korytarza, w którym lekko
zalatywało dżinem i pachą. Ciepło albo już zdążyło z niego uciec, albo w ogóle nigdy w nim nie mieszkało. Gdy wyraźnie stroskany człowieczek
zamykał drzwi z powrotem na cztery spusty, jego nerwowy gość przyglądał
się bieżnikowi, próbując stwierdzić, czy na zadeptany deseń składały się
w przeszłości rozłożyste paprocie, czy olbrzymie pająki. Zabezpieczywszy
wejście, mężczyzna podający się za kobietę poprowadził Dennisa na górę
po schodach, którymi kończył się korytarz z niejednoznacznie zdobionym
dywanem. Po drodze dokonał niezbędnej prezentacji.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki