Długi deszczowy tydzień - Jerzy Broszkiewicz

Kup ebooka

23.10 zł
15.86 zł (12,71 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I. Poniedziałkowy deszcz

- Skąd to się wzięło? - powiedziała Ika.

- O szóstej było jeszcze słońce - powiedział Groszek.

- Może siądziemy i będziemy płakać? - chciał spytać z uprzejmą pogardą Włodek, ale mu nie wyszło, bo świeżo wymutowany bas zawiódł i "kać" w słowie "płakać" zaskrzypiało jak pianie wylękłego kogutka.

W związku z tym Włodek poczerwieniał, odchrząknął i cofnął się z werandy do cichego wnętrza domu.

- Nie macie się co śmiać - powiedziała Katarzyna, zwana też "Albertem". - Mutacja to jest mutacja. Każdy mężczyzna musi to przejść.

- Ja już to przeszedłem - zagrzmiało basem z wnętrza domu. - Dawno! Widocznie zaczyna mi się bronchit.

Potem trzasnęły drzwi.

- Znowu się na mnie obraził - szepnęła Katarzyna, zwana też Albertem.

- Dobrze ci tak, drogi Albercie - stwierdziła Ika, a w głosie jej nie było litości. - Żaden mężczyzna nie znosi adwokatów. Szczególnie damskich. I szczególnie wtedy, kiedy już chce być, a jeszcze nie jest mężczyzną.

- Przepraszam - powiedział Groszek, który podobnie jak Włodek ukończył już lat czternaście. - Czternaście lat to jest czternaście lat.

- Trzeba jeszcze rzecz przemyśleć - zaśmiała się z najgorszą intencją Ika. - Problem istotnie poważny. Czternaście to jest czternaście, podobnie jak latająca ryba to nie ptak, a muł to nie osioł. Mutacja zaś to jest mutacja i każdy mężczyzna musi ją przejść. Zależy tylko, w którą stronę.

- Hi, hi - oświadczył Janek, zwany też "Pacułką".

- Przestańcie się kłócić - powiedziała Katarzyna. - Wystarczy, że pada deszcz.

- Właśnie dlatego się kłócimy - wyjaśnił Groszek. - Zmiany atmosferyczne wywierają zły wpływ na system nerwowy. Także u dzieci.

- O jakich d z i e c i a c h mówisz? - spytała z bardzo niebezpiecznym uśmiechem Ika.

- O sobie - odpowiedział Groszek i na drewnianej werandzie nastało milczenie.

A deszcz rzeczywiście padał, wzdłuż okapów zbiegały się popielate strugi, rynna dudniła, po trawie otaczającej dom łąki szedł szemrzący szelest i, co gorsza, wszystko to weszło w jednostajny rytm, który świadczył, że minęła już pierwsza rzęsista fala i że deszcz się zadomowią w pięknej, lesistej, nadrzecznej dolinie - choć o szóstej rano było jeszcze słońce.

- Ale rzeczywiście: skąd się to wzięło? - spytał w końcu Włodek, który znów stanął na progu werandy.

Janek zwany też Pacułką westchnął, odłożył drewniany klocek oraz nóż, dzięki któremu z drewnianego klocka zaczęły się wyłaniać dziób i łeb starego pelikana - i powoli poczłapał w głąb domu. Wrócił po minucie z gazetą i położył ją na stole.

- O - powiedział.

I znów zajął się łbem drewnianego pelikana. Groszek pokiwał głową nad gazetą.

- No tak - mruknął i czytał dalej głośno. - Nad Polskę południową napływa z południowego zachodu zatoka niżowa, niosąca wilgotne powietrze, które...

Odłożył gazetę.

- Trzydniówka? - spytał ostrożnym basem Włodek. Groszek wzruszył ramionami.

- Trzeba to jeszcze przemyśleć - szepnął do siebie.

Ice nawet nie chciało się już kłócić ani wyśmiewać żadnych przemyśleń. Przymknęła oczy z rezygnacją, usiadła na wilgotnej ławie. Potem zaś naszło ją coś w rodzaju jasnowidzenia, bo ziewnęła i powiedziała nudnym głosem trzy ważne słowa:

- Długi deszczowy tydzień.

- O - przytaknął Pacułką i otworzył oko pelikana.

A był to poniedziałek, pierwszy wakacyjny lipcowy poniedziałek, godzina dziewiąta dwanaście rano i dokładnie, jak obliczyła zwana Albertem Katarzyna, dziewięćdziesiąta siódma minuta deszczu.

"Na razie deszcz jest tak młody - pomyślał Pacułką - że liczy mu się wiek na minuty. Potem się postarzeje i zaczniemy go liczyć na godziny, dni albo i na doby.

Przynajmniej to jest dobrze, że nie będą cię włóczyć po spacerach" - myślał dalej wytrzeszczając oko pelikana - i nadzieja ta wywołała w nim nagły a niespodziewany przypływ wielomówności.

- A deszcz padał - rzekł wesoło - przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy.

Wrażenie było piorunujące: Pacułką wypowiedział za jednym zamachem dziewięć prawdziwych słów! Katarzyna ledwo złapała oddech. Sam Włodek cofnął się o krok. Jedna Ika nie straciła przytomności :

- Ty nie bądź taki religiant, Pacułko - powiedziała ostro.

- E - odpowiedział radosny Pacułką i poszedł sprawdzić, czy w spiżarni nie zostało ze śniadania jeszcze trochę miodu. Obrośnięty drzewem pelikanowy łeb został na stole i gapił się wytrzeszczonym okiem na zebrane wokół siebie milczące postaci, na góry, na dolinę, na las, pola i rzekę.

I - oczywiście - na deszcz.

* * *

Przez następną godzinę należało się zastanowić: co dalej? Jak wybrnąć z tego deszczu? A raczej: jak wybrnąć z tej zadeszczonej sytuacji, w jakiej znalazło się pięć młodych osób w swym pierwszym wakacyjnym dniu?

Wczoraj jeszcze wszystko było "o key" - jak stwierdzał Włodek. Podróż w słońcu, pod otwartym dachem samochodu, podgórskimi serpentynami.

Podróż ta odbyła się na dwie raty. W pierwszej turze ojciec Iki przywiózł żonę, córkę, Groszka i Pacułkę. W turze drugiej matka Iki zawróciła po Włodka, Katarzynę i resztę bagaży, bo ojciec Iki zaraz po przyjeździe oświadczył, że on dla nich, a oni dla niego od tej chwili istnieć przestają, bo nie na wakacje tu przyjechał, tylko po to, żeby kończyć pracę habilitacyjną, i że jedyna rzecz, na którą go może będzie stać, to opowiedzenie jednego dowcipu do każdego obiadu - z wyłączeniem śniadań i kolacji. Poza tym ogłasza się ciszę wokalną i radiową przynajmniej przez kilka pierwszych dni.

Żądanie ojca Iki zostało przyjęte przez aklamację - ale tylko dlatego, że niedzielny wieczór był czysty jak leśne źródło i można było przypuszczać, że następny dzień będzie równie rewelacyjny, "elear and wonderful" - wedle opinii Włodka.

Tymczasem - jak wiadomo - nazajutrz, w poniedziałek, o dziewiątej dwanaście, deszcz padał już dziewięćdziesiątą siódmą minutę, rynna dudniła, po łące szedł deszczowy szelest, a na domiar wszystkiego matka Iki zwołała do jadalni krótką naradę produkcyjną, prosząc na wstępie wszystkich o zajęcie miejsc.

Zajęli zatem miejsca w porządku następującym, licząc od lewej ku prawej:

1) Katarzyna, zwana też Albertem, córka wieloletniej przyjaciółki matki Iki, zaprzyjaźniona od trzech lat z samą Iką (wiek: 12 lat, wzrost: 152 cm, włosy: bardzo jasne, oczy: bardzo niebieskie, znaki szczególne: wybitny talent do zakochiwania się w wysokich szatynach oraz niezwykłe wprost uzdolnienia w dziedzinach takich, jak fizyka, chemia, elektrotechnika itp. - skąd właśnie przydomek Albert, pochodzący w prostej linii od imienia samego Alberta Einsteina).

2) Włodek, brat cioteczny i rówieśnik Groszka (wiek: 14 lat, wzrost: 174 cm, włosy: ciemne, oczy: piwne, znaki szczególne: poza urodą, wdziękiem i inteligencją - nie ukończona mutacja, zamiłowanie do posługiwania się angielszczyzną oraz pokrywające niejaką skłonność do bałwańskiego snobizmu zdecydowane poczucie wyższości nad resztą społeczeństwa).

3) Ika (wiek: 12 lat, wzrost: 151 cm, włosy: ciemne, oczy: zielone, znaki szczególne: różne, a między innymi bardzo długi warkocz i jeszcze dłuższy jęzor).

4) Groszek, syn przyjaciół domu i wieloletni kumpel Iki (wiek: 14 lat, wzrost: 163 cm, włosy: ciemne, oczy: niebieskie, znaki szczególne: skłonność do przemyśliwania różnych rzeczy oraz daremna walka z pewnym, nie całkiem jeszcze przemyślanym, uczuciem).

I na koniec:

5) Janek czy Jasio, czyli Jaś, zwany również nie wiadomo czemu - Pacułką, stryjeczny brat Groszka i najmłodszy z rodu (wiek: 9 lat, wzrost: 128 cm, włosy: prawie białe, oczy: prawie czarne, znaki szczególne: tysiąc i ileś tam piegów, absolutna niechęć do mówienia oraz talent rzeźbiarski połączony z takim zamiłowaniem do słodyczy, że Pacułką nie psując sobie zresztą nigdy żołądka, okresowo rósł szybciej wszerz niż wzdłuż).

* * *

Zasiedli zatem wokół stołu w jadalni, a matka Iki, rozejrzawszy się uważnie po zwróconych ku niej pięciu twarzach, powiedziała:

- Obywatele i obywatelki! Wprawdzie deszcz pada, ale wakacje zostały rozpoczęte, i to przez wszystkich, czyli przeze mnie również. W związku z tym - mówiła dalej tonem nie znoszącym sprzeciwu - proszę uprzejmie o poszanowanie ustalonych od dawna zasad. Podział i kalendarz zajęć takich, jak gotowanie, sprzątanie, pranie, prasowanie i tym podobnie, jest wywieszony w kuchni. Jako zwolenniczka równouprawnienia młodzieży z dorosłymi nie będę pomagała chłopcom w gotowaniu, a dziewczętom w rąbaniu drzewa. Pigułki przeczyszczające i bandaże będą na powyższe okoliczności w pogotowiu. Z punktu widzenia prawa jesteście niepełnoletni, dlatego też pod duchową nieobecność mego małżonka przejmuję za was odpowiedzialność prawną. Ponieważ jednak z mojego punktu widzenia jesteście osobami mniej więcej myślącymi, całą resztę odpowiedzialności składam na wasze młodzieńcze barki. Nie będę: godzić skłóconych, pocieszać nieszczęśliwych, bawić znudzonych i tak dalej, i tak dalej. Przypominam: wasze wakacje są też moimi wakacjami i dlatego proszę łaskawie szanować nie tylko swoją młodość, ale i moją starość.

Tu matka Iki, osoba młoda, zgrabna i, wedle opinii Włodka, "very charming", zakończyła swoje przemówienie uprzejmym uśmiechem.

- Kto przeciw? Nie widzę - dodała szybko. - Uważam, że moje wnioski społeczeństwo przyjęło jednogłośnie. Dziękuję zebranym.

I wyszła.

- Jak to się nazywa? - spytała Ika.

- To się nazywa demokracja kierowana - wyjaśnił Groszek.

- E - zwątpił Pacułką, zabierając się do chudej szyi pelikana.

- A tymczasem - jęknęła Katarzyna - nic się nie dzieje. Nic się nie działo, nie dzieje i dziać się nie może. Chłopcy będą gotować obiady. Dziewczyny będą rąbać drzewo. Po powrocie do szkoły dostaniemy zadanie na temat: jak spędziłam wakacje? Odpowiem po pacułkowsku, jednym zdaniem: eee...