Dług jest dobry - Rafał Woś

Kup ebooka

45.00 zł
31.80 zł (31,36 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP: Dług jest do­bry

Prze­nie­śmy się do ma­łego szte­tla. Gdzieś na kre­sach II Rzecz­po­spo­li­tej. Do mia­steczka przy­jeż­dża bo­gaty re­li­gijny Żyd. Staje w je­dy­nej go­spo­dzie i od­daje wła­ści­cie­lowi na prze­cho­wa­nie bank­not stu­do­la­rowy. Tłu­ma­czy, że wiara nie po­zwala mu na no­sze­nie pie­nię­dzy w sza­bas. Ale na­stęp­nego dnia o świ­cie bo­gacz musi pil­nie wy­je­chać. Robi się za­mie­sza­nie - jak to przy na­głym po­spiesz­nym wy­jeź­dzie. Bank­not przez nie­uwagę zo­staje u obe­rży­sty.

Karcz­marz czeka parę dni. W końcu jest czło­wie­kiem uczci­wym, co to nie swo­jego nie bie­rze. Ale w końcu my­śli so­bie: "Pal li­cho, on już tu nie wróci". Bie­rze więc bank­not i idzie ure­gu­lo­wać swój dług u rzeź­nika. W końcu od mie­sięcy jest ciężko, więc tro­chę się tego na­zbie­rało. Rzeź­nik cie­szy się sza­le­nie i daje pie­niądz żo­nie, która idzie za­pła­cić za­le­głe zo­bo­wią­za­nia u szwaczki. W końcu od mie­sięcy jest ciężko i tro­chę się tego na­zbie­rało. Szwaczka płaci bank­no­tem za­le­głe ko­morne. Od mie­sięcy tro­chę się tego na­zbie­rało. I tak da­lej. W ciągu za­le­d­wie kil­ku­dzie­się­ciu go­dzin bank­not tra­fia z po­wro­tem do obe­rży­sty, któ­remu ktoś w mia­steczku też był coś tam "krewny". W końcu od mie­sięcy jest cieżko i tro­chę się tego na­zbie­rało.

Na­stęp­nego dnia do szte­tla zjeż­dża znów ten sam bo­gaty re­li­gijny Żyd. Staje w go­spo­dzie, a obe­rży­sta od­daje mu bank­not. "Ach tak, zu­peł­nie o tym za­po­mnia­łem" - mówi przy­bysz i bie­rze swoją stówkę. Po czym... od­pala od niej grube cy­garo. W jed­nej chwili z setki zo­staje tylko po­piół. Obe­rży­sta nie wie­rzy wła­snym oczom. "Co się pan tak pa­trzysz? I tak był fał­szywy" - wy­ja­śnia bo­gacz onie­mia­łemu karcz­ma­rzowi.

Ta aneg­dota - po­cho­dząca od wiel­kiego pol­skiego eko­no­mi­sty Mi­chała Ka­lec­kiego - po­ka­zuje wiel­kie sprzecz­no­ści i ogromne szanse kry­jące się w sta­rym jak świat me­cha­ni­zmie zwa­nym dłu­giem. Me­cha­ni­zmie wcze­śniej­szym niż wszyst­kie inne spo­soby for­mal­nego re­gu­lo­wa­nia zo­bo­wią­zań mię­dzy­ludz­kich. Hi­sto­rycy go­spo­darki pod­kre­ślają, że dług jest w za­sa­dzie tak stary jak pie­niądz. A pew­nie na­wet i star­szy. W ostat­nich la­tach pi­sał o tym sporo (zmarły w 2020 roku) eko­no­mi­sta i an­tro­po­log Da­vid Gra­eber. W swoim dziele Dług. Pierw­sze pięć ty­sięcy lat prze­ko­nu­jąco roz­pra­wia się z pew­nym uży­tecz­nym mi­tem, do któ­rego wielu do dziś się od­wo­łuje. Był to mit bar­teru - prze­ko­na­nie, że na sa­mym po­czątku lu­dzie wy­mie­niali się na to­wary. Ryba za drewno. Chleb za mięso. I tak da­lej. Ten mit współ­cze­śni po­wta­rzają w ślad za wiel­kim eko­no­mi­stą Ada­mem Smi­them. Smith stwo­rzył tę po­pu­larną do dziś ba­jeczkę w 1776 roku, pi­sząc swoje naj­słyn­niej­sze dzieło, czyli Ba­da­nia nad na­turą i przy­czy­nami bo­gac­twa na­ro­dów. Mit bar­teru miał rze­komo wy­ni­kać z pra­sta­rej i na­tu­ral­nej po­trzeby. Z tej ludz­kiej pre­dy­lek­cji Smith wy­wo­dził cały swój sys­tem fi­lo­zo­ficzny, któ­rego fi­la­rami stały się: sa­kra­li­za­cja rynku i han­dlu, sza­cu­nek dla wła­sno­ści pry­wat­nej, bez któ­rej nie bę­dzie spo­łecz­nego ładu, czy po­dział pracy. Fi­lo­zo­fia Smi­tha z bie­giem czasu stała się ka­mie­niem wę­giel­nym eko­no­mii li­be­ral­nej, która od XIX wieku pre­ten­do­wać bę­dzie do mo­no­polu na praw­dziwą wy­kład­nię rze­czy­wi­sto­ści spo­łecz­nej i go­spo­dar­czej. A na prze­ło­mie XX i XXI wieku bę­dzie tego mo­no­polu bar­dzo bli­ska. Wraz z nią ukształ­to­wało się na­sze ro­zu­mie­nie długu.

Tylko, że ba­da­cze, tacy jak Gra­eber, po­ka­zują, że bar­ter to wy­mysł. I nie ma żad­nych prac, które by po­tra­fiły opi­sać re­al­nie ist­nie­jące spo­łecz­no­ści funk­cjo­nu­jące w opar­ciu o bar­ter. Nie cho­dzi o to, że bar­teru w ogóle nie ma i ni­gdy nie było. Naj­czę­ściej jest on jed­nak uży­wany do ob­sługi kon­tak­tów z ob­cymi. Tymi, któ­rym się nie ufa. Ze swo­imi - oraz tymi, któ­rych już tro­chę po­zna­li­śmy - roz­li­czano się ra­czej przy po­mocy długu. Zresztą nie dało się ina­czej. Zwłasz­cza, że na­wet naj­bar­dziej pry­mi­tywne formy wy­miany obej­mo­wać mu­szą nie tylko to­wary (ryba za chleb, chleb za mięso), ale także usługi. Świad­czone cza­sem tu i te­raz. A cza­sem odło­żone w cza­sie. Na przy­kład w for­mie... no wła­śnie, wy­po­wie­dzia­nego lub nie­wy­po­wie­dzia­nego długu. Cza­sem usank­cjo­no­wa­nego tra­dy­cją i po­czu­ciem obo­wiązku, in­nym znów ra­zem kal­ku­la­cją. Zro­bię coś dla cie­bie dziś. Nie za­pła­cisz? Trudno, kie­dyś mi się ja­koś od­wdzię­czysz. Tak to przez ty­siące lat dzia­łało. I tak działa do dziś. Nie ma sensu uda­wać, że tak nie jest.

W tym sen­sie dług jest czymś bar­dziej pier­wot­nym niż pie­niądz i prze­różne pa­piery war­to­ściowe. Albo ina­czej - dług jest ich oj­cem lub dziad­kiem. Pie­niądz i dług łą­czy to, że oba te na­rzę­dzia oparte są na za­ufa­niu. Ale to dług jest star­szy. Bo dług po­prze­dzał na­wet sam han­del i zwią­zane z nim nie­uchronne uto­wa­ro­wie­nie re­la­cji mię­dzy ludźmi. Czego wdzięcz­nym przy­po­mnie­niem jest prze­cież obecne na­wet w na­szym pol­skim ję­zyku sfor­mu­ło­wa­nie "być ko­muś coś krew­nym". Co jest gwa­ro­wym i ar­cha­icz­nym na­wią­za­niem do epoki wspól­noty ro­do­wej, czasu, kiedy osoby po­cho­dzące od jed­nego przodka były po­wią­zane wię­zami krwi. A ród miał obo­wią­zek każ­dego swego członka ży­wić; w ra­zie śmierci także go po­mścić. Po­nadto stąd wy­ni­kała kon­cep­cja od­po­wie­dzial­no­ści za winy i zo­bo­wią­za­nia swo­ich "krew­nych". Czyli też za ich długi. Jesz­cze na­wet ośmio­to­mowy Słow­nik ję­zyka pol­skiego (1900-1927), zwany war­szaw­skim, pod re­dak­cją Kar­ło­wi­cza, Kryń­skiego i Niedź­wiedz­kiego, wy­ja­śnia gwa­rowy przy­miot­nik "krewny" jako "wi­nien, dłużny".

Ale w hi­sto­rii z Ży­dem i karcz­ma­rzem cho­dzi o coś wię­cej. Z jed­nej strony po­ka­zuje ona, że dług to me­cha­nizm po­ten­cjal­nie dość nie­bez­pieczny, a na­wet nisz­czący. Za­nim do mia­steczka przy­bywa bo­gacz, jest ono po­grą­żone w głę­bo­kim ma­ra­zmie. Rów­nież, a może wła­śnie dla­tego, że każdy jest tam za­dłu­żony u każ­dego. W związku z czym wszy­scy żyją w cią­głym stra­chu przed nie­wy­pła­cal­no­ścią dłuż­nika, po­nie­waż po­cią­gnie to za sobą ich wła­sną nie­wy­pła­cal­ność. Ów sztetl to nie jest więc miej­sce pełne na­dziei i pro­spe­rity. Prze­ciw­nie. Od dawna nie­re­mon­to­wana obe­rża. Ży­jący nad wy­raz oszczęd­nie i ni­gdy "po­nad stan" miesz­kańcy, któ­rych i tak na nic nie stać. Eg­zy­sten­cja odarta z ko­loru i ja­kich­kol­wiek per­spek­tyw na roz­wój. To miej­sce, gdzie dłu­giem stra­szy się dzieci. I mówi się im, że dług to grzech. Wina, prze­jaw sła­bo­ści. Dno.

Z dru­giej strony do­kład­nie ten sam dług po­ja­wia się w tej hi­sto­rii jako... wy­ba­wie­nie. To in­stru­ment, przy po­mocy któ­rego do szte­tla wraca ży­cie. To jakby do­wód na praw­dzi­wość (po­zor­nie prze­cież ab­sur­dal­nej) opo­wie­ści ba­rona Mün­ch­hau­sena prze­ko­nu­ją­cego, że sam wy­cią­gnął się za włosy z ba­gna. I tu też tak było. Uwol­nieni od wza­jem­nych zo­bo­wią­zań miesz­kańcy mogą znów z na­dzieją spoj­rzeć w przy­szłość. Jak im się to udało? Wła­śnie przez ów bank­not. Ka­wa­łek pa­pieru z na­dru­ko­wa­nym wi­ze­run­kiem ja­kie­goś dawno zmar­łego dżen­tel­mena. Świ­stek pa­pieru. A jed­nak to ta stu­do­la­rówka tchnęła ży­cie w za­dłu­żony sztetl. A po­tem się na­gle oka­zało, że nie miała żad­nej war­to­ści. Była fał­szywa. A na­wet gdyby nie była, to też można ją bez trudu spo­pie­lić. Ot tak. Ale prze­cież to nie ma dla na­szej hi­sto­rii żad­nego zna­cze­nia. Fał­szywa czy praw­dziwa, nie­ważne. Ważne, że bank­not przy­niósł re­alną zmianę. Zre­se­to­wał. Tchnął ży­cie. Wy­cią­gnął z ba­gna. To me­ta­fora tego, jak działa dług. Czyli pod­sta­wowy me­cha­nizm roz­woju spo­łecz­nego. Naj­więk­sza in­no­wa­cja w dzie­jach, bez któ­rej biedni na za­wsze po­zo­sta­liby biedni. A in­we­sto­wać, roz­wi­jać się i ma­rzyć mo­gliby tylko ci, co już mają do­stęp do ka­pi­tału. Zna­czy ci, co już są bo­gaci.

Ży­jemy w cza­sach, który swój roz­mach i ol­brzy­mie suk­cesy na wielu po­lach za­wdzię­cza temu, że używa długu. Na­sze wy­na­lazki tech­no­lo­giczne, po­stępy zdro­wia pu­blicz­nego, względ­nie trwały po­kój albo spój­ność spo­łeczna. Wszyst­kie te zdo­by­cze na­szych cza­sów były, są i będą fi­nan­so­wane dłu­giem. Tak pu­blicz­nym, jak i pry­wat­nym.

Ale jed­no­cze­śnie dług przy­pra­wia nas o drże­nie serca. Bywa też raz po raz te­ma­tem zbio­ro­wej me­dial­nej hi­ste­rii. Dzieje się tak dla­tego, że dług jest to­tal­nie zde­mo­ni­zo­wany. Na­zywa się go "ży­ciem na koszt przy­szłych po­ko­leń". Ko­lejne ge­ne­ra­cje po­li­ty­ków, pu­bli­cy­stów i ak­ty­wi­stów ro­bią ka­riery na­ma­wia­jąc do jego spła­ca­nia. Choćby nie wiem co. Choćby wa­liło się i pa­liło. Choćby bo­lało. A może wła­śnie żeby bo­lało. Jak gdyby współ­cze­sne spo­łe­czeń­stwa - choć tak chęt­nie de­mon­stru­jące swoją la­icy­za­cję - za­cho­wały ja­kąś prze­dziwną skłon­ność do re­li­gij­nych ka­te­go­rii. Do grze­chu i do bo­le­snej po­kuty. Wielu uważa więc dług wręcz za grzech. Obrzy­dliwe mo­ralne zło. Normą jest też to, by­śmy - za­miast z niego ko­rzy­stać - cią­gle się go wsty­dzili i za niego prze­pra­szali.

Nie zga­dzam się z tym.

Uwa­żam, że dług jest... do­bry. I wła­śnie o tym bę­dzie ta książka. Chcę po­ka­zać w niej różne ob­li­cza długu. Zwłasz­cza tego współ­cze­snego: ry­nek chwi­lówki, pro­blem za­dłu­że­nia hi­po­tecz­nego i dług przed­się­biorstw. A także róż­nicę po­mię­dzy dłu­giem pry­wat­nym i pu­blicz­nym. Tak we współ­cze­snej Pol­sce, jak i in­nych kra­jach. Za­równo bied­niej­szych, jak i bo­gat­szych od nas. Nie chcę jed­nak tylko bia­dać, ro­nić łezki, obu­rzać się.

Ce­lem tej książki jest coś wię­cej. Cho­dzi o to, by po­ka­zać, że bez długu nasz świat nie może ist­nieć. Bo dług jest zwy­czajną kon­se­kwen­cją funk­cjo­no­wa­nia w ra­mach zło­żo­nych spo­łe­czeństw i go­spo­da­rek. A każdy, kto prze­ko­nuje was, że jest ina­czej - kto was dłu­giem stra­szy i twier­dzi, że w imię kom­pul­syw­nego uni­ka­nia długu ma­cie zre­zy­gno­wać z ży­cia "tu i te­raz" - ten albo się myli, albo chce was wpro­wa­dzić w błąd.

Za­miast więc z dłu­giem kom­pul­syw­nie wal­czyć oraz za wszelką cenę go uni­kać, na­leży za­cząć czer­pać z niego ko­rzy­ści. Nie tylko in­dy­wi­du­alne, ale także spo­łeczne. Dla siły pań­stwa oraz dla do­bro­bytu jego oby­wa­teli. Wszyst­kich lub przy­naj­mniej licz­nych. A nie tylko naj­bo­gat­szych.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki