Dlaczego zostałem lekarzem. Wspomnienia - Władysław Zawadzki

-
Proszę czekać

? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2015

? Copyright by Władysław Zawadzki, 2015

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment ani zdjęcie nie mogą być publikowane ani reprodukowane bez pisemnej zgody wydawcy.

 

Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek, Magdalena Muszyńska

Korekta: Klaudia Dróżdż, Bożena Dembińska, Irena Zaucha-Nowotarska

Skład: Wojciech Ławski

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad

 

 

 

Książka wydana w Systemie Wydawniczym Fortunet?

www.fortunet.eu

 

 

 

ISBN: 978-83-63506-90-2

 

Wydawnictwo Poligraf

ul. Młyńska 38

55-093 Brzezia Łąka

tel./fax (71) 344-56-35

www.WydawnictwoPoligraf.pl

ROZDZIAŁ I

 

MOJA CHOROBA Z DZIECIŃSTWA I MOJE UZDROWIENIE ZRODZIŁO WE MNIE MARZENIE ZOSTANIA LEKARZEM

 

 

Pojechali! Władeczek leżał w powozie opatulony poduchami i kocami. Może to turkot zaprzęgu spowodował, że mniej płakał, zasnął nawet na moment. Zajechali przed szpital zrozpaczeni rodzice ze swoim chorym synkiem. Marcin wziął synka na ręce. Władyś zaczął znowu bardzo płakać. Przyjął ich sam dyrektor szpitala, doktor Kaczor. Obejrzał i zbadał malca:

– Nie jest dobrze! A kiedy to się zaczęło?

– On od niedzieli tak! Rano dzieciaki głodne były, to dałam na pierwszy głód po kawałku kiełbasy. Może skórka się do kiszki przykleiła, bo w nocy już nie spał, tylko płakał.

– Dam lekarstwo! Niech pije trzy razy dziennie. Ale nadziei wielkiej nie daję!

Minął dzień, noc, drugi dzień, druga noc. Poprawy żadnej. Domownicy nie śpią. Sypialnia jedna, a Władek drze się niemal bez przerwy. Tylko jakby coraz słabiej, siły traci. Cierpi dziecko. Jedynie w chwilach wytchnienia cichnie na moment i znowu płacze biedaczek.

– A co to Julka taka zapłakana chodzi? – spytała spotkana na drodze sąsiadka.

– Nieszczęście u nas wielkie. Władyś już trzecią noc nie śpi. Płacze z bólu.

– A co doktory?

– A byliśmy w Dunajowie, w Przemyślanach! Kropelki doktor przepisał i kazał się modlić. Znachorkę wołaliśmy! Czary jakieś odprawiła, ziołami napoiła i nic nie pomogło.

– Słuchaj, Julka! Mówią, że młody doktor jest w Przemyślanach. Że bardzo dobrze leczy. Niejednemu już pomógł. Jedźcie do niego!

– Tak, trzeba spróbować! Lecę, powiem Marcinowi!

Pojechali znowu, chwytając się kolejnej nadziei na uratowanie synka ukochanego. Szybko znaleźli młodego a już cieszącego się uznaniem lekarza. Obejrzał malca, zbadał. Wyjął z szafki jakieś tabletki. Jedną dał do buzi chłopcu i kazał połknąć. Nie było to łatwe. Pomógł łyk wody.

– Spokoju dziecku potrzeba, snu, wypoczynku! A te tabletki trzy razy dziennie dawajcie. Będzie dobrze.

– Nie śpi już cztery dni i cztery noce.

– Po tych tabletkach powinien spać, powinien wyzdrowieć. Silny jest.

– Dziękujemy, panie doktorze. A co się należy?

– Nic się nie należy. Niech szybko zdrowieje.

– Niech Pan Bóg panu wynagrodzi!

Władeczek leżał. Starszy brat Michał zabawiał braciszka. To kawałek drewienka przyniósł, to jakiś kamyczek, to kotka, to jakiś patyczek, to opowiadał, co się we wsi dzieje. Po kolejnej spokojnej nocy wstał rankiem syneczek z łóżka i na podwórko wybiegł. Słońce na niebie świeciło, ptaszki wkoło ćwierkały, świat był piękny i takim zobaczył go maleńki wrócony do życia chłopiec. Zaświeciło słońce w sercach rodziców i dziadków. Już tej nocy Władek mniej płakał. Lekarstwo zaczęło chyba działać. Chciał pić. Następna noc zupełnie spokojna już była. Matka patrzyła na śpiące dziecko i łzy jej po policzkach płynęły. Łzy szczęścia i nadziei to były. Rankiem zacierki na mleku pojadł Władeczek i uśmiech na jego twarzy zagościł. Wróciła radość do domu Zawadzkich. Starszy brat Michał nie odstępował na krok brata. Miłosiernemu Bogu dziękowali wszyscy za wrócenie zdrowia ukochanemu Władysiowi.

Nie było w naszej rodzinie lekarza – opowiada pan Władysław. – Nie było tradycji. Najważniejsza to była ziemia. Wszystko kręciło się wokół ziemi. Tak w rodach szlacheckich było. Moja choroba z dzieciństwa i moje uzdrowienie zrodziło we mnie marzenie zostania lekarzem. Chciałem być taki jak ten doktor. Służyć ludziom. Pomagać ludziom. Leczyć tak dobrze i skutecznie jak tamten doktor, który mnie wyleczył. W czasie te marzenia znikały. Stawały się mrzonkami. Wydawały się niemożliwe do spełnienia. Ledwo podstawówkę skończyłem. A i świadectw żadnych na to nie miałem.

Kresy, tereny na wschód od Lwowa, lata międzywojenne. Zamieszkujący tam ludzie cierpieli ogromną biedę. Niewyobrażalną, wszechogarniającą biedę. Podstawą wyżywienia były kartofle i kapusta. Rzadko kto miał na co dzień chleb prawdziwy, z mąki na zakwasie. A mięso! Nieliczni jedli mięso, przeważnie od święta. Do wyrobu ubrań służyło to, co wyprodukowali. Siali len, konopie i z tego wyrabiali płótno, a z tego płótna szyli ubrania. Do miasta było co prawda niedaleko. Mimo że dróg nie było, można było się udać na zakupy. Ale do zakupów potrzebne są pieniądze. Nie było przemysłu, nie było pracy, nie było dochodów. Mieszkańcy wsi pieniądze pozyskiwali tylko z tego, co udało im się wyhodować w gospodarstwie albo ze sprzedaży inwentarza lub ziemi. Ale żeby sprzedać, musiał być kupiec. Ludzie nie mieli pieniędzy. Ci, co mieli dużo ziemi, byli właściwie samowystarczalni. Produkowali żywność, odzienie, w gorzelniach wyrabiali spirytus, we własnym młynie mąkę. Zaspokajali swoje potrzeby we własnym zakresie. Biedacy, nieposiadający ziemi, żyli z tego, co zarobili, pracując na pańskim. Zapłatę dostawali w naturze, nie otrzymywali pieniędzy, ponieważ ci, co ich zatrudniali, też ich nie mieli.

Wiele polskich rodzin, w tym Zawadzcy, Czajkowscy, Matkowscy, Dzikowscy, zamieszkiwało na tej ziemi od niepamiętnych czasów. Polacy, szlachta z dziada pradziada. Osiedleni i zakorzenieni, wrośli w tę ziemię z całą tradycją, zwyczajami, religią. Mieszkali w miejscowości Pleników[1], w województwie tarnopolskim, w powiecie Przemyślany, w granicach dumnej Rzeczypospolitej Polskiej.

Wioska rozciągała się ze wschodu na zachód na długości kilometra, może dwóch. Część wschodnia nazywana była hutą. Hutą dlatego, że kiedyś była tu huta szkła. Położona była jakby w dole, w niszy, której dnem płynęła rzeczka mająca dwa źródła. Rzeczka Złota Lipa w Plenikowie wpadała do Zgniłej Lipy płynącej przez Ciemiężyńce. Były też u podnóża zbocza dwa jeziorka. Złota Lipa nigdy nie zamarzała. Jak patrzyło się od wschodu, to na prawo były pola, a na lewo zbocze pokryte lasem. Mieszkańcy w większości usadowili się na zboczu. Rzeczka czasem, choć rzadko, wylewała, zalewając pola. Wzdłuż rzeczki, powyżej, biegła polna droga. Każdego roku po wiosennych roztopach mieszkańcy musieli doprowadzać ją do stanu używalności. Część mieszkańców usadowiła się również po drugiej stronie rzeczki, ale znacznie mniej. Były tam ogrody, sady, jakieś uprawy. Wioskę oprócz Polaków zamieszkiwali Białorusini – mówiono na nich Rusini. Mniej więcej pół na pół. Pięćdziesiąt procent Rusinów i pięćdziesiąt procent Polaków. Naliczyć można było w wiosce ponad sto numerów. Była w niej cerkiew, był kościół. Większość mieszkańców Plenikowa używała języka ruskiego. Mówiono dwoma językami: ruskim i polskim. My w domu rozmawialiśmy tylko po polsku. Sąsiedzi zaczęli postrzegać naszą rodzinę jako innych. Mówiono o nas: "O! To ta szlachta, te Polaczki!". Z czasem ta sytuacja się obróciła przeciw nam. Wytypowano nas na "odstrzał".

Podział społeczeństwa Plenikowa na Rusinów i Polaków skutkował tym, że jedni modlili się w cerkwi, a inni w kościele rzymskokatolickim. A w ogóle to było trochę śmieszne. Zdarzało się tak, że część rodziny była prawosławna, a część wyznania rzymskokatolickiego. Dotyczyło to również rodziny Zawadzkich. Tak wspomina te momenty wnuk Władysław:

– Jeżeli chodzi o dziadka Zawadzkiego, to on, z tego co pamiętam, nie chodził do kościoła. Uważał się za chorego, miał chyba cukrzycę. Natomiast babcia, czyli żona dziadka Zawadzkiego, była prawosławna. U nich było w domu czworo dzieci. Najstarszy chłopiec Jan, potem mój ojciec Marcin, potem była Katarzyna i najmłodsza Anna. Idą w niedzielę do kościoła. Z domu wychodzą wszyscy razem, idą razem. Ale przed cerkwią szli do cerkwi, a pozostali do kościoła. Oczywiście po mszy znowu wspólnie wracali do domu. Tak to wyglądało. Z tym że, o dziwo, po wojnie wszyscy czuli się Polakami. Nie czuli się jakoś związani z prawosławiem czy z Ukrainą i zgłosili się do wyjazdu. Wtedy było tak, że każdy miał obywatelstwo Polak. Nieważne, czy był Żydem, czy Rosjaninem, czy Ukraińcem, czy Polakiem. Miał obywatelstwo polskie. A do tego dopiero określano wyznanie: mojżeszowe, prawosławne, greckokatolickie, rzymskokatolickie. Nie było podziału na Polak, Rusin, Żyd, Ukrainiec. Wszyscy byli Polakami, tylko różnych wyznań. Taki był podział.

 

Kiedyśmy byli Kozakami

I nic o unii nie słyszeli,

Na wolnych stepach, wolni sami,

Brataliśmy się z Polakami

I żyli sobie najweselej!

W sadach dziewczęta, niczym białe

Lilije, kwitły dla miłości.

A matki z dumą spoglądały

Na swoich synów, którzy rośli [...]

Aż przyszli księża i w imieniu

Chrystusa Pana podpalili

Nasz cichy raj [...]

I tak, Polaku, druhu, bracie,

Zachłanni księża i magnaci

Nas poróżnili, rozdzielili,

A my wciąż zgodnie byśmy żyli.

Podajże rękę Kozakowi

I serce swe do niego przychyl,

I razem w imię Chrystusowe

Odbudujemy raj nasz cichy!

Taras Szewczenko (tłum. Jerzy Jędrzejewicz)

 

Minął rok 1918. Skończyła się wojenna przygoda Marcina Zawadzkiego – ojca Władysława, bohatera tej książki – urodzonego w 1896 roku z ojca Michała i matki Marii Zawadzkich. Podobnie jak ojciec jego przyszłej żony Michał Czajkowski – wyrosły z tej ziemi, z polskiej ziemi. Podobnie jak przyszły teść – wychowany w wierze przodków. Kontynuator szlacheckości w najlepszym wydaniu. Zgarnięty w szeregi obcej armii, rzucony do walki o wartości sobie obce i nic niemające wspólnego z polskością, ze szlacheckością. Polityka możnych tego świata zawirowała jego młodym życiem. Wrócił z wojny. Wrócił do wioski młody Zawadzki, Marcin Zawadzki. Miał za sobą straszne przeżycia wojenne. Niósł bagaż doświadczeń, które nie pozwalały niejednokrotnie zamknąć oczu, gdy chciał zasnąć, żeby odpocząć po ciężkim dniu. Jednak życie było dla niego teraz takie lekkie, smakował swobody, chciałby korzystać pełnymi garściami z dobrych jego stron. Jego wrodzona odporność psychiczna pozwoliła wyjść z tego wojennego bałaganu prawie bez szwanku. Wydarzenia frontowe, których był świadkiem, wzmocniły go, nie rozmyślał za wiele nad otaczającą go rzeczywistością. Traktował sprawy tak, jakimi były. Był młody, silny, cechował go wrodzony optymizm i chęć życia. A poza tym w czasie wojny zdobył, to znaczy uzyskał zaświadczenie od jakiegoś generała, pod którym brał udział w walkach na wschodzie w szeregach Polskiej Armii. W nim upatrzył sobie Michał Czajkowski kandydata na zięcia i swojego następcę. Córka jego, Julia, nie była przeciwna. Julia urodzona 26. września 1902 roku była sześć lat młodsza od przyszłego męża. Marcin był młodym, zdrowym, wykształconym, przystojnym mężczyzną, trochę zawadiaką. Wyprawiono zaślubiny i wesele.

 

1924 r. Rok mający kluczowe znaczenie dla powstania tej książki. W roku tym wydarzyło się wiele zarówno w Polsce, jak i na świecie. Na przykład:

26 stycznia Piotrogród został przemianowany na Leningrad.

7 lutego w USA w stanie Nevada po raz pierwszy użyto gazu do wykonania egzekucji.

1 kwietnia Adolf Hitler został skazany na 5 lat pozbawienia wolności za próbę zamachu stanu (spędził w więzieniu tylko dziewięć miesięcy).

28 kwietnia powołaniem Banku Polskiego rozpoczęła się reforma walutowa Władysława Grabskiego.

29 kwietnia marka polska została zastąpiona złotym polskim jako obowiązującą walutą w kraju.

21 września Stefan Żeromski zakończył pracę nad powieścią "Przedwiośnie".

13 listopada Władysław Reymont otrzymał literacką Nagrodę Nobla.

30 grudnia amerykański astronom Edwin Hubble ogłosił odkrycie istnienia innych niż Droga Mleczna galaktyk.

 

Rok obfitował w wydarzenia polityczne i gospodarcze. Zima przyszła wcześnie. Zapowiadała się długa i mroźna. Ledwo trochę pochlapał jesienny deszcz, a już spadł śnieg i ścisnął mróz. Ci, co nie zdążyli narąbać drew, robili to teraz na śniegu i mrozie. Zmarznięte ręce Marcina trzymały mocno stylisko siekiery. Z właściwą sobie regularnością i precyzją uderzał w pocięte sosnowe pieńki, rozłupując je. Następnie układał je pod ścianą domu, żeby było blisko po nie sięgnąć z sieni. Myśli jego krążyły wokół żony. Lada dzień urodzi im się drugie dziecko. Pierworodny Michał urodził się na przednówku, wiosną, w kwietniu. Jeszcze wiosna wtedy nie przyszła, a zima nie chciała odejść. Zdrowo się chował, rósł na silnego, zdrowego mężczyznę. "Teraz syn będzie czy córka?" Dumał, uderzając z rozmachem w sękaty pieniek. "Baby mówią, że po brzuchu Julci sądząc, będzie chłopak! Ano zobaczymy!" Uderzył mocno i kolejny pieniek rozłupał się na połówki. "Ten jest smolny, to połupię go na szczapy, będą na rozpałkę. Dzisiaj mamy którego? Jest grudzień, do świąt jedna niedziela została. Czy to osiemnasty czy dziewiętnasty dzień grudnia?". Nie potrafił powiedzieć, który to dzień miesiąca. Rok jest dwudziesty czwarty, miesiąc grudzień, ale który dzień? Zaraz, zaraz, po kolei, jest piątek. Łup, i drwa potoczyły się po bokach pniaka. W niedzielę był w kościele – był czternasty, ksiądz mówił z ambony. Poniedziałek był piętnasty, wtorek szesnasty, środa siedemnasty – zamach i kolejny pieniek pęka, czwartek osiemnasty, to dzisiaj piątek dziewiętnasty grudnia. Tak! Trach! I znowu pod silnym uderzeniem rozłupuje się wysuszony pienieczek. Dziewiętnasty dzień miesiąca grudnia.

– Marcin! Marcin! – wyrywa go z zadumy wołanie żony z chałupy. – Marcin! Zaczyna się!

– Co się zaczyna? – Przypada do żony, która siedzi zgięta na zydelku.

– Już się zaczyna! Rodzić będę! Biegnij po matkę!

– Jak! Sama zostaniesz?

– Biegnij! To niedaleko! Zdążysz! – powiedziała Julia, ściskając brzuch i jęcząc z narastającego bólu.

Zdążył Marcin. Nie upłynęło wiele czasu i na świat z radosnym krzykiem przyszedł zdrowy, śliczny chłopczyk.

– Władek mu damy na imię! – oznajmił żonie, patrząc z dumą na kruszynkę owiniętą w becik.

– Władysław! Władyś! Władeczek! – Matka z miłością wymawiała imię swojego synka.

– A chrzciny wyprawimy na drugi dzień świąt.

– Tak, Marcinku. Na drugi dzień świąt – wyszeptała Julia i zasnęła z uśmiechem szczęścia na twarzy.

Zajrzyjmy w gwiazdy. Jakim będzie człowiekiem maleńki Władeczek? Co ma zapisane w gwiazdach na swoje przyszłe życie? Urodzony 19 grudnia w trzeciej dekadzie zodiakalnego Strzelca.

 

Strzelec (22 listopada–21 grudnia) Słońce lub silnie podkreślona faza Strzelca daje osoby niezależne, samodzielne, optymistyczne, kochające wolność. Mają one inklinacje do filozofii i silną intuicję. Strzelcem włada ekspansywny Jowisz, który odpowiada za naukę, filozofię i dalekie podróże. Będą też dalekowzroczni i nastawieni na zdobywanie wiedzy. Jako znakowi ognistemu nie brakować im będzie energii i chęci do działania. Jeśli reprezentować będą pozytywne cechy charakteru, to wykazywać się będą szlachetnością, uczciwością, sprawiedliwością, otwartością i prostolinijnością. Osoba spod tego znaku urodzona w trzeciej dekadzie (13 a 21 grudnia) znajduje się pod dodatkową opieką Saturna, który wzmacnia realistyczny i praktyczny stosunek do życia. Saturn, w przeciwieństwie do Jowisza, uświadamia swoim podopiecznym, że każdy rozwój, każda ekspansja życiowa musi mieć swoje granice. Strzelcy z tej dekady mają najbardziej różnorodne charaktery, co wynika z układu opiekuńczych planet. Osoby urodzone w tym okresie są inteligentne, dociekliwe, łatwo przyswajają sobie wiedzę i potrafią wykorzystać ją praktycznie. Na ogół są bardziej przewidujące i powstrzymują się przed zbytnim ryzykiem. Ograniczają się do zadań realnych w stosunku do ich możliwości i wykonują je z dużym zaangażowaniem. Pracę ich cechuje logika i porządek. Większą wagę przywiązują do spraw istotnych, natomiast bagatelizują często drobiazgi. Otaczają się ludźmi odpowiedzialnymi, mądrymi i lojalnymi. W towarzystwie są mile widzianymi kompanami. Ich dobry humor i trafne oceny rozładowują niejedną napiętą sytuację. Znany jest ich obiektywizm i duża odwaga cywilna. W obliczu jawnej niesprawiedliwości nie ugną się przed niczyim autorytetem i nie będą obawiać się żadnych konsekwencji.

Pozytywne cechy tego znaku to: samodzielność, uczciwość, szczerość, lojalność, honor, optymizm, mądrość, szlachetność, silna wola, zdolności organizacyjne, śmiałość, energia, wielkoduszność, otwartość na inne kultury i poglądy, zdolność abstrakcyjnego myślenia.

Negatywne cechy charakteru to: nadmierna ekspansywność, nieliczenie się z ograniczeniami, przesada w działaniu, nadmierne upodobanie do rozrywek, ryzykanctwo, awanturnictwo, lekkomyślność, działania na pokaz.

Strzelce więc, jako przedstawiciele fazy ognistej, będą miały żywe usposobienie i gorący temperament i działać będą zdecydowanie. Bardzo ważne jest dla nich poczucie wartości, dążyć mogą do wiedzy, sławy i wysokiego statusu społecznego.

[1] Pleników – wieś na Ukrainie w rejonie przemyślańskim należącym do obwodu lwowskiego, 12 km na wschód od Przemyślan. Powierzchnia 2,75 kilometra kwadratowego, liczba ludności 242 osoby (źródło Internet).

ROZDZIAŁ II

 

ROK 1931

 

 

W życiu Władysława nastąpiła radykalna zmiana. Skończyła się beztroska, koniec ze zbijaniem bąków. Cudowne dni, jakie spędzał Władyś u dziadków, na zawsze zostaną w jego pamięci.

Dziadek Michał Czajkowski bardzo sobie upodobał wnuka Władysława. Być może w nim widział swojego następcę. Mimo nieporozumień z Marcinem postanowił im pomóc i wziąć wnuka do siebie na wychowanie. Chciał osobiście nauczyć Władysława gospodarzenia.

– Julio! Marcinie! Co było to było! Widzę, że radzicie sobie dobrze. Macie czworo dzieci, wszystko to moja krew. Chcemy z babcią wam pomóc. Weźmiemy jedno na wychowanie.

– Tak! A które weźmiecie?

– A Władzik niech do nas idzie. Jemu będzie u nas dobrze, nam będzie weselej, a i wam będzie lżej.

I tym sposobem Władzio w okresie swojego życia od sześciu do dziesięciu lat mieszkał u dziadków Czajkowskich. Czyli w latach 1930 do 1934. Babcia Czajkowska rozpieszczała wnuka. Dobrze go ubierała i dobrze karmiła. Kazała pić codziennie mleko, świeże z udoju.

Marcin natomiast zaczął murowaną stajnię stawiać. Zabudowania krył dachówką. Ciągle spierał się z żoną swoją na temat ubrania i żywienia.

– Marcin! Michał butów nie ma, a Janek wyrósł z kurtki.

– A co? Stare już niedobre, porwane?

– No niby całe, ale jak oni wyglądają. A Misia też wyrosła z sukienki i płaszczyka.

– Ważne, żeby zdrowi byli. Żeby mieli co jeść.

– To co, goli mają chodzić?

– Goli nie. Ale muszą mieć co zjeść, wtedy będą zdrowi i sobie w życiu poradzą. Lepszy zdrowy, choć obdarty, niż chory, a ubrany – ucinał dyskusję.

Marcin ciężko pracował, pospłacał długi i zaczął kupować działki w pobliżu swoich ziem. Ziemia była dobra, ale dosyć droga. Umiał się Marcin targować i zawsze taniej dostał.

***

We wsi po pierwszej wojnie długo nie było szkoły. Ale był obowiązek szkolny dla dzieci od siedmiu lat.

– Synu! – mówi ojciec Władysława. – Skończyłeś siedem lat. Trzeba zapisać cię do szkoły.

– Gdzie?

– Pan Grendysz w swoim domu udostępnił pokój i będziesz tam chodził.

Poszedł Władysław do szkoły. Był duży pokój i tam ustawiono ławki szkolne. Nauczycielką była pani, która przyjeżdżała z Wiśniowczyk, z sąsiedniej wsi.

Pamiętam – wspomina Władysław – przyjeżdżała często z córką, taką ładną dziewczynką. Blond włosy zaplecione w warkocze. Zadzierała trochę nosa. Zajeżdżali ładnymi konikami, powoził woźnica, ubrany w surdut, z sumiastymi wąsami, na głowie czapka, w ustach fajka, a w ręku bat. Przyjeżdżała dwa, trzy razy w tygodniu, czasem codziennie, a czasem jej nie było cały tydzień, ale się chodziło do tej szkoły. Chodziłem do tej szkoły, ale potem w niedługim czasie zaczęto budować nową szkołę.

Dosyć szybko wybudowano szkołę w środku wsi. Wioska zbudowała. Nie żałowali mieszkańcy sił ani środków. Ci, co mieli, dawali pieniądze, ci, co nie mieli pieniędzy, dawali swoją pracę. Od siedmiu lat był obowiązek szkolny i wszystkie dzieci były zapisywane. W jednym pomieszczeniu były dzieci w różnym wieku, czyli było kilka klas, przeważnie dwie. Na przykład pierwsza–druga, a potem trzecia–czwarta. Były w tej szkole tylko cztery klasy. A w sumie było sześć klas podstawowych, a potem dopiero gimnazjum. Przeszły dzieci do nowej szkoły. Również Władek Zawadzki w niej się znalazł:

– Zaczynaliśmy naukę u tego pana, a potem, jak wybudowano szkołę, dosyć ładną, z dużą świetlicą, nawet biblioteka była, przeszliśmy do tej nowej szkoły. Był taki profesor, właściwie nauczyciel, młody człowiek, bardzo zaangażowany, i on ciągnął budowę. Pan Bury – nauczyciel, porucznik z wojska, często chodził w mundurze – odkrył, że ja jestem zdolny i rozmawiał z ojcem o mojej dalszej edukacji. Mieszkał przy szkole w kawalerce, pokoiku. Żywił się u pani Tarnawskiej, byłej nauczycielki. Czasem pomagałem mu przy motorze. Powstał punkt oświaty, że tak powiem. Można było tam zebrania robić, jakąś działalność prowadzić. Nauczyciel zaczął organizować, jak pamiętam, jakieś chóry, spotkania kobiet ze wsi, założono koło gospodyń wiejskich, zaczęło się to życie na tej wsi organizować. Cztery oddziały tylko były. Oczywiście dzieci chodziły w lecie boso, a w zimie mało kto chodził. Ja miałem to szczęście, że byłem u dziadków i dziadek oczywiście dał mi eleganckie buty, elegancki płaszcz. Inni wołali za mną "panok!". Ja przychodziłem, czasem jeszcze ktoś przyszedł, a czasem byłem sam. Jak byłem sam, to była rozmowa z nauczycielem. Ale jeszcze na początku, jak tylko zacząłem chodzić do szkoły, to mi się nie bardzo chciało uczyć, chociaż miałem całkiem niezłą pamięć. Pomagałem chętnie kolegom z klasy, Ukraińcom, licząc, że okażą może kiedyś wdzięczność. Jak się potem okazało, nie tylko nie odczuwali wdzięczności, lecz niektórzy z nich stali się zdrajcami w trudnych dla mnie chwilach, gdy musiałem się ukrywać.

***

Świat parł do przodu. Wiele działo się zarówno w polityce, jak i w życiu społecznym, gospodarczym, kulturalnym, w sporcie czy nauce.

Oto kilka wydarzeń z tego 1931 roku, tak przełomowego dla młodego Władysława:

20 lutego stan Kalifornia uzyskuje fundusze przyznane przez Kongres Stanów Zjednoczonych na rozpoczęcie budowy mostu nad zatoką San Francisco łączącego Oakland z San Francisco (ang. San Francisco – Oakland Bay Bridge).

11 marca w Związku Radzieckim wprowadzono program usportowienia społeczeństwa pod nazwą "Gotowi do pracy i do obrony ZSRR" (ros. Готов к труду и обороне СССР).

11 maja w Hiszpanii powszechne wystąpienia przeciwko Kościołowi, w Madrycie i innych miastach doszło do podpaleń i plądrowań kościołów i klasztorów; władze powstałej republiki (14 kwietnia 1931) zniosły naukę religii w szkołach i nakazały konfiskatę dóbr należących do szlachty i kleru.

18 maja strajk 35 tysięcy górników z Zagłębia Dąbrowskiego spowodowany zapowiedzią obniżki płac.

19 maja w ZSRR ogłoszono drugi plan pięcioletni.

11–12 lipca odbyły się XII Mistrzostwa Polski Mężczyzn w lekkiej atletyce: trzy zwycięstwa odniósł Janusz Kusociński 1500 m – 4.00,0 s; 5000 m – 15.03,5 s; 8 km przełaje – 27.25,0 s.

Lipiec – wynalazca John Haven Emerson z Cambridge w stanie Massachusetts udoskonalił żelazne płuco tuż przed wybuchem epidemii choroby Heinego-Medina.

31 sierpnia wylew rzeki Jangcy spowodował, że około 23 milionów ludzi w Chinach zostało bez dachu nad głową.

24 października Al Capone został skazany na karę pozbawienia wolności za przestępstwa podatkowe.

22 listopada Dar Pomorza pierwszy raz przepłynął równik.

5 grudnia wysadzono w powietrze moskiewską cerkiew Chrystusa Zbawiciela w celu zbudowania na jej miejscu gigantycznego gmachu Pałacu Rad, którego budowy jednak nigdy nie ukończono.

29 grudnia Harold Clayton Urey poinformował o odkryciu ciężkiej wody, czyli tlenku deuteru. Harold Clayton Urey, chemik z Uniwersytetu Columbia, został laureatem Nagrody Nobla w 1934. Amerykański botanik Cyrus Lundell odkrył z powietrza Calakmul, jedno z największych starożytnych miast Majów na Jukatanie w Meksyku.

30/31 grudnia w willi architekta Henryka Zaremby pod Lwowem, w nocy doszło do zabójstwa podczas snu jego 17-letniej córki Elżbiety. Proces oskarżonej o dokonanie zbrodni guwernantki Rity Gorgonowej był jednym z najgłośniejszych w II RP. W 1977 roku na postawie tej historii nakręcono film fabularny "Sprawa Gorgonowej" w reż. Janusza Majewskiego z Ewą Dałkowską w roli tytułowej.

***

Wrodzona dobra pamięć Władysława pomagała mu bez problemów chłonąć wiedzę przekazywaną przez nauczycieli w szkole.

– No jak tam w szkole? – pyta ojciec.

– Dobrze. Łatwe wszystko.

– A uczysz się?

– E tam! Dziadek ciągle mi mówi, że to do niczego nie jest potrzebne.

– Co ci dziadek mówi?

– Żebym nauczył się prowadzić gospodarstwo, żebym nauczył się, kiedy siać, kiedy zbierać. A pisać i czytać już umiem, to po co mi więcej.

– No a czego was tam w tej szkole uczą?

– Liczyć uczą, mapy pokazują, jak wygląda świat, historii uczą, śpiewać też uczą.

– I ty mówisz, że to wszystko łatwe?

– Tak, tatku! Śmiać mi się chce, jak koledzy zapytani przez pana nauczyciela nie potrafią odpowiedzieć na takie proste rzeczy.

– A w domu każą się uczyć?

– Czasem każą. Ale ja nie mam czasu. Dziadek ciągle coś każe.

***

"Hołodomor, klęska głodu w latach 1932–1933. Przymusowa kolektywizacja rolnictwa powodowała chaos na wsi. Niszczono dobytek chłopów, wyprzedawano, zarzynano konie w obawie przed ich konfiskatą. Władza tępiła tak zwanych kułaków, a jednocześnie spodziewała się, że w wyniku kolektywizacji produkcja rolna wzrośnie, na planach eksportu opierała swoje plany industrializacyjne. Władze utrzymywały, że załamanie skupu zboża jest wynikiem ukrywania plonów przez chłopów i mimo próśb władz lokalnych nie obniżały wymaganych kontyngentów dostaw. W rezultacie lokalni działacze prowadzili akcje szukania ukrytego zboża, które prowadziły do zabierania zboża przeznaczonego na siew, a także zapasów niezbędnych do wyżywienia rodzin chłopskich. Nastąpiła fala migracji głodowych, na które władze odpowiedziały wprowadzeniem paszportów i zakazem podróży koleją. W wyniku głodu zginęła znacząca część populacji Ukrainy; wymarło wiele wsi i dochodziło do licznych przypadków kanibalizmu.

Według ukraińskiej gazety Den (luty 2007) na Ukrainie zmarło wtedy 21 000 Polaków.

 

Dekret o pięciu kłosach

Dla tych, którzy zostawali na wsi, częstokroć jedynym miejscem, gdzie można było coś znaleźć do jedzenia było pole kołchozowe. Jednak zerwanie tam choćby kłosa było przestępstwem przeciwko ZSRR. Mołotow i Kaganowicz na rozkaz Stalina opracowali dekret 'O ochronie mienia przedsiębiorstw państwowych, kołchozów, spółdzielni oraz wzmocnieniu własności społecznej'. Opublikowany 7 sierpnia 1932 r. nazywany był potocznie prawem pięciu kłosów, gdyż za zerwanie takiej liczby groziła kara śmierci lub 10 lat łagru. Skazani nie mogli liczyć na amnestię.

Rolnicy umierali lub uciekali do miast, gdzie żywność można było kupić w specjalnych sklepach, torgsinach, za walutę, złoto, srebro lub inne kosztowności. Dla państwa określającego się mianem kraju robotników i chłopów torgsiny okazały się doskonałym interesem. Dwa torgsiny w Charkowie w okresie od stycznia do lutego 1932 r. przyjęły od ludzi 374 kg złota o wartości 294 tys. rubli. W miarę nasilania się głodu powstawało ich coraz więcej. W styczniu 1932 r. takie sklepy były w ośmiu ukraińskich miastach, w maju 1932 r. było ich już 26, a jesienią – 50 w 36 miastach. Liczba torgsinów zwiększyła się do 263 w najbardziej głodnym 1933 r.

 

Paszporty

Władze ZSRR, by poradzić sobie z masowym opuszczaniem wsi przez chłopów, 27 grudnia 1932 r. wprowadziły paszporty wewnętrzne (dokumenty tożsamości). Nieposiadający takiego dokumentu nie mógł przebywać poza miejscem zamieszkania pod groźbą administracyjnej kary obozu koncentracyjnego. Ludność wiejska nie miała faktycznie prawa do paszportów, a w konsekwencji nie mogła opuścić wsi. Wydanie paszportu (dowodu osobistego) było bowiem decyzją szefa kołchozu/sowchozu, a dokumenty tożsamości były przechowywane przez administrację kołchozową/sowchozową. Stan taki utrzymał się aż do 1974 r. Restrykcje te oczywiście nie mogły całkowicie zatrzymać głodujących chłopów na wsi. Jednak bardzo niewielki odsetek, tych, którzy przedostali się nielegalnie do miast, mógł poprawić swój los. Nie mogąc znaleźć pracy lub kupić albo ewentualnie wyżebrać trochę chleba, rolnicy umierali na ulicach Charkowa, Kijowa, Dniepropietrowska, Połtawy, Winnicy, Humania i innych większych miast Ukrainy.

 

Reakcje

Fakt głodu był negowany; wszelkie wypowiedzi na ten temat aż do upadku ZSRR były kwalifikowane jako przestępstwo 'propagandy antyradzieckiej'. Utajnione zostały też wyniki spisu ludności w 1937 roku, ujawniające demograficzny aspekt Wielkiego Głodu. Zastosowano też aktywne środki dezinformacji wobec dziennikarzy zachodnich; o świadome ukrywanie faktów oskarża się obecnie wielu ówczesnych korespondentów w ZSRR ( określanych jako tzw. użyteczni idioci). Najbardziej znanym negacjonistą Wielkiego Głodu był Walter Duranty. Podobne stanowisko zajął premier Francji Edouard Herriot, celowo obwożony po terenie Ukrainy podczas swego pobytu w ZSRR"[1].

 

Następne lata

Kiedy Władysław zaczął czwartą klasę, a zdawał z klasy do klasy bez żadnych problemów, nauczyciel, pan Bury, wybrał się do jego ojca na rozmowę. Gdy już Julia zrobiła herbatę, a Marcin postawił naleweczkę na stole, zaczął rozmowę:

– Panie Zawadzki! Syn pański Władysław jest nieprzeciętnie uzdolniony. (STRZELEC)

– Władek!

– Tak! Trzeba zrobić wszystko, żeby się dalej uczył.

– Ale jak? Musiałby w Dunajowie, to dwanaście kilometrów. Chodzić nie będzie, a na stancje nas nie stać.

– Ja mam propozycję!

– Słucham! Jaką ma pan propozycję?

– Ja będę go indywidualnie przygotowywać. Przerobimy program piątej i szóstej klasy.

– Ale czy on poradzi?

– Poradzi, poradzi! To zdolny chłopak, tylko trzeba go trochę przypilnować. Jak mówiłem, będę go indywidualnie uczył i wystawię świadectwo, że zaliczył program szkoły podstawowej.

– I przyjmą go do gimnazjum?

– Tak! Już rozmawiałem z kim trzeba w tej sprawie.

– No to dobrze. Jeżeli pan chce sobie głowę zawracać. No to proszę naleweczki skosztować, wiśniowa, tegoroczna!

Dostawał Władek zadania do przerobienia, książki do przeczytania, nauczyciel odpytywał i tym sposobem opanował program szkoły podstawowej. Jest rok 1938. Ojciec Władysława załatwił, że będzie mieszkał u ciotki w Dunajowie. Już ma jechać Władek do gimnazjum, a tu ciotka informuje, że nie ma kwatery. Pokłóciła się z wujkiem i teraz ona zajmuje pokój przeznaczony dla siostrzeńca. Cóż robić. Może za rok coś się zmieni. Będzie Władek ten rok pracował u ojca, a we wrześniu 1939 roku zacznie naukę w gimnazjum w Dunajowie. Niestety wybuchła wojna. Do gimnazjum Władysław nie poszedł.

[1] Wielki Głód na Ukrainie [online]. Wikipedia: wolna encyklopedia, 2014.09.25 [dostęp 2014.11.10]. Dostępny w Internecie: //pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Wielki_G%C5%82%C3%B3d_na_Ukrainie&oldid=40508017.

ROZDZIAŁ III

 

WYBUCH DRUGIEJ WOJNY ŚWIATOWEJ 1939 R.

 

 

Druga wojna światowa – największy konflikt zbrojny w historii świata, trwający od 1 września 1939 do 2 września 1945 roku (w Europie do 8 maja 1945), obejmujący zasięgiem działań wojennych prawie całą Europę, wschodnią i południowo-wschodnią Azję, północną Afrykę, część Bliskiego Wschodu i wszystkie oceany. Niektóre epizody wojny rozgrywały się nawet w Arktyce i Ameryce Północnej. Oprócz większości państw europejskich i ich kolonii brały w niej udział państwa Ameryk Północnej i Południowej oraz Azji. Głównymi stronami konfliktu były państwa Osi i państwa koalicji antyhitlerowskiej (alianci). W wojnie uczestniczyło 1,7 mld ludzi, w tym 110 mln z bronią. Według różnych szacunków zginęło w niej od 50 do 78 milionów ludzi.

Za datę rozpoczęcia wojny przyjmuje się 1 września 1939 roku – atak Niemiec na Polskę. Trzeciego września przystąpiły do wojny Wielka Brytania i Francja (w piśmiennictwie zachodnim podaje się czasami tę drugą datę jako początek wojny światowej). Niektórzy historycy za początek wojny światowej uznają wojnę chińsko-japońską, rozpoczętą 7 lipca 1937 roku najazdem wojsk japońskich, jednakże aż do 1941 roku konflikt ten pozostawał lokalny. W historiografii radzieckiej istniało pojęcie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, rozpoczętej 22 czerwca 1941 roku atakiem niemieckim. Dla Amerykanów wojna rozpoczęła się 7 grudnia 1941 roku, wraz z japońskim atakiem na Pearl Harbor.

***

Wojna wybuchła. Najokrutniejsza z wszystkich, druga wojna światowa. Nie ogarnęła jeszcze zawierucha wojenna Plenikowa. Czuć było z zachodu zbliżanie się nawałnicy niemieckiej. Również na wschodzie czaiła się Armia Czerwona. Pojawiali się dziwni ludzie, żołnierze, nie żołnierze, jakby zwiadowcy, przychodzili i znikali. Coś szykowało się na wschodzie.

Był jesienny wieczór, czternasty września 1939 roku. Wracał młody Władysław Zawadzki od dziadków do domu rodzinnego. Dla skrócenia sobie drogi szedł polem, zbliżając się do krzewów rosnących przy drodze. Było już ciemno, księżyca nie było. Władek świetnie znał drogę, a poza tym widział w ciemnościach jak kot. Słuch wtedy miał również znakomity. W pewnym momencie usłyszał od drogi, do której się zbliżał, odgłosy rozmowy. Przyczaił się i cicho zaczął zbliżać się do tych głosów. Rozpoznał głos kobiecy:

– Tak! Widziałam dokładnie!

– I to było w biały dzień? – Z niedowierzaniem zapytał jakiś mężczyzna.

– Tak! Tuż po południu.

– To nasi chłopcy wykazali odwagę.

Rozpoznał Władysław głos kobiecy – niewątpliwie należał do panny, córki sąsiadów mieszkających niedaleko od jego domu. Głos młodej Ukrainki. Nie potrafił przypisać do żadnej znanej osoby głosu mężczyzny. Przyczaił się i wytężył uwagę:

– Nauczyciel, ten Polak, Bury, jechał swoim motorem w mundurze oficera, na głowie miał pilotkę.

– A gdzie nasi chłopcy zasadzili się na niego?

– Czekali na niego na końcu wsi, przy skrzyżowaniu dróg na Ciemiężyńce, Pleników, Wiśniowczyk, na drodze na Zaleszczyki. Wcześniej go obserwowali i wiedzieli, że szykuje się do ucieczki.

– I co? Jak go załatwili? Mieli pistolety, karabiny?

– Nie, uzbrojeni byli w widły. Jak przyjechał, to go zatrzymali. Nie było żadnej rozmowy, zakłuli go widłami. Próbował się bronić. Nie miał szans. Nawet dużo nie krzyczał, chyba któryś go w gardło trafił. Krew się mocno lała.

– Dzielne chłopaki. Szkoda, że mnie nie wzięli do tej roboty.

– Z trupa zdjęli mundur, zabrali też pilotkę, którą miał na głowie.

– A co zrobili z "padliną"?

– A zakopali w rowie i już.

Ścierpła skóra na Władku! Jeszcze bardziej się przyczaił, żeby go przypadkiem nie zauważyli. Bardzo lubił i cenił pana Burego. Miał nadzieję, że to, co mówi ta panna z sąsiedztwa, to może przechwałki, że to nie jest prawda. Dla Władka ten nauczyciel, około trzydziestoletni mężczyzna, oficer w stopniu porucznika był idolem. Wysoki blondyn, blisko metr osiemdziesiąt wzrostu, szczupły, kulturalny, wykształcony. Pan Bury dostrzegł we Władku zdolności do nauki. To on namówił ojca, żeby Władek kontynuował naukę w gimnazjum. To on przygotował Władka do dalszej nauki, poświęcając swój wolny czas i nie biorąc za to żadnej zapłaty. "Ten człowiek, który dla mnie tyle zrobił, miałby tak skończyć? To nie może być! I zrobili to ludzie, którzy go znali, ludzie, których być może uczył!", myślał gorączkowo Władek. Rozmówcy oddalili się. Poszedł Władysław do domu.

– Gdzie ty się włóczysz? Nie ma cię i nie ma.

– Oj, mamo! Byłem u dziadka, przecież wiesz.

– Czas niespokojny! Wojna wybuchła! Ukraińscy bandyci na nas polują! Martwiłam się.

– Mamo. Słyszałem straszną rozmowę. Córka naszych sąsiadów opowiadała komuś, że widziała, jak mordują na drodze naszego nauczyciela, pana Burego.

– Zmyślała pewnie. Co im zrobił pan Bury? Uczył ich przecież.

– Mamo, to straszne! To nie może być prawda! Taki dobry człowiek.

– W Bogu nadzieja, Władku. W Bogu ufność.

Jak się później okazało, nauczyciel zniknął, wszelki słuch po nim zaginął. Dowiedział się Władysław, że zamierzał pan Bury jechać przez Zaleszczyki do Rumunii. Prawdopodobnie chciał dostać się do Wojska Polskiego, przeczuwając, że Stalin wnet uderzy od wschodu. To, co usłyszał tamtego wieczoru, to była prawda! Okrutna prawda!

***

Pierwszego września 1939 roku wybuchła wojna. Niemcy zaatakowały od zachodu. Siedemnastego września Armia Czerwona bez wypowiedzenia wojny zaatakowała Polskę. Zgodnie z radziecko-niemieckim porozumieniem zawartym w tajnym protokole paktu Ribbentrop-Mołotow Armia Czerwona przekroczyła granice Polski. Związek Radziecki złamał pakt o nieagresji, który miał obowiązywać do końca 1945 roku. Rosjanie zaatakowali niespodziewanie. Zaskoczeni Polacy nie byli w stanie stawić czoła przeważającym siłom radzieckim. Propaganda sowiecka określała agresję na Polskę jako "wyprawę wyzwoleńczą" w obronie "ludności zachodniej Ukrainy i zachodniej Białorusi". W wyniku tych działań do niewoli sowieckiej trafiło ponad pół miliona polskich żołnierzy. Miejsce miały także masowe deportacje polskich obywateli. Armia Czerwona dopuściła się licznych zabójstw i mordów, zarówno na jeńcach wojennych, jak i na ludności cywilnej. Rozstrzelano m.in. generała J.K. Olszynę-Wilczyńskiego. Za stawianie zbrojnego oporu Armii Czerwonej dokonano zbiorowych egzekucji żołnierzy polskich w okolicach Wilna, w Rohatynie i Wólce Wytyckiej, jeńców wojennych maltretowano w Grodnie, Wołkowysku, Oszmianie, Mołodecznie, Nowogródku, Sarnach, Kosowie Poleskim i Tarnopolu. Dokonywano mordów na ludności cywilnej, nie oszczędzając kobiet i dzieci...

Nie minął nawet miesiąc, a wschodnią granicę Rzeczypospolitej Polskiej przekroczyła Armia Czerwona. Rozpoczęła się okupacja radziecka. Zaczęły się rządy NKWD. Doszło do pierwszych wywózek.

– Marcin! Wy musicie się gdzieś schować. Będą wywozić. Transport szykowany jest na luty – mówi sołtys do Marcina Zawadzkiego zaraz po świętach Bożego Narodzenia 1939 roku.

– A co, widziałeś listy?

– Są listy. Wy jesteście! Wiecie, co się o was mówi: te Polaki, ta polska szlachta! Wszyscy wiedzą, że u was tylko język polski. A poza tym wy bogaci, wykształceni, wy inteligenty.

– Co my mamy robić? – załamuje ręce Julia, żona Marcina.

– Macie przecież w innych wioskach rodzinę. Jak przeczekacie czas szykowania transportu, to później jakiś czas będzie spokój.

I tym sposobem uniknęła rodzina Marcina wywózki na zesłanie. Z tej wioski jeszcze raz szykowano transport, w którym mieli być zesłani, byli znowu na liście, jako Polacy, jako polska inteligencja, jako polska szlachta. Dzięki życzliwym ludziom zostali w porę ostrzeżeni i uniknęli wywózki w głąb Rosji.

Po ataku III Rzeszy na ZSRR w czerwcu 1941 r. zajęte zostały obszary obecnej zachodniej Ukrainy, czyli wtedy ziemie polskie.

Zaczęła przychodzić teraz władza w innych sprawach. Niemcy nakazali, że wioska musi dać w ramach kontyngentu ludzi do pracy na rzecz Niemiec. Przyszedł sołtys do domu Marcina:

– Wiesz – powiada – że Niemcy nakazali dać młodych do roboty dla Rzeszy?

– A co mi do tego! To dajcie!

– Marcin, u ciebie trzech chłopaków. Musisz jednego posłać. Nie ma innego wyjścia.

– Jak to, mam syna dać na poniewierkę?

– Michała daj! Jest silny, zdrowy, da radę i na pewno wróci.

– Ojcze przenajświętszy i Ty Maryjo! – odezwała się Julia siedząca dotąd cicho. – Synka mamy dać, jakże to?

– Ano tak. Wojna!

"W niedzielę, 22 czerwca 1941 roku, o godz. 3.15 rozpoczęła się operacja "Barbarossa", uderzenie państw Osi na Związek Radziecki od Bałtyku po Karpaty. Państwa Osi zaangażowały siły wielkości ponad 4 milionów żołnierzy – była to największa operacja sił lądowych w historii. Oprócz 3 milionów Niemców po stronie Osi walczyło m.in. ćwierć miliona Włochów i 300 tys. Rumunów. W zachodnich okręgach wojskowych ZSRR znajdowało się 2 517 054 żołnierzy Armii Czerwonej, których atak całkowicie zaskoczył. Sytuacja byłaby dla nich beznadziejna, gdyby nie trwająca od 14 czerwca 1941 roku sprawnie prowadzona mobilizacja Armii Czerwonej na stopę wojenną. W ciągu 9 dni od wybuchu wojny w różnych częściach ZSRR dodatkowo zmobilizowano 5 milionów ludzi. Spora część z nich uzupełniła straty pierwszego tygodnia wojny. W przemówieniu 3 lipca Józef Stalin wezwał do utworzenia ruchu partyzanckiego i walki przeciwko Niemcom.

W pierwszym dniu wojny, 22 czerwca 1941 roku, samoloty Luftwaffe przypuściły zmasowane naloty na radzieckie lotniska znajdujące się przy granicy niemiecko-radzieckiej. Nad 66 lotnisk wybranych jako priorytetowe cele do zniszczenia wysłano 637 bombowców i 231 myśliwców. Straty Radzieckich Sił Powietrznych w pierwszym dniu niemieckiej inwazji wyniosły ok. 2000 samolotów zniszczonych na ziemi, w powietrzu, uszkodzonych i porzuconych bądź zniszczonych przez własne załogi w czasie odwrotu. W wyniku walk z radzieckimi samolotami, które zdążyły wystartować, i ognia artylerii przeciwlotniczej, która zdołała otworzyć ogień do nieprzyjacielskich samolotów, Luftwaffe straciła 61 samolotów, zaś lotnictwo rumuńskie 11 samolotów"[1].

[1] Atak Niemiec na ZSRR [online]. Wikipedia: wolna encyklopedia, 2014.10.02 [dostęp 2014.11.10]. Dostępny w Internecie: //pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Atak_Niemiec_na_ZSRR&oldid=40610444.