Dlaczego właśnie ja - E.G. Scott

-
Proszę czekać

1

WOLCOTT

Słyszę trzask i spoglądam w górę, akurat kiedy odłamany konar spada wprost na nas. Odciągam krzyczącą kobietę, która uczepiła się mojego ramienia, i w następnej chwili o chodnik uderza potężna gałąź.

- Lionel! - piszczy kobieta.

Ponownie zadzieram głowę i widzę, że mojemu partnerowi udało się znaleźć punkt zaczepienia. Niewiele brakowało, a podzieliłby los konara. Obejmuję odchodzącą od zmysłów kobietę i zamykam jej dłoń w swojej.

- Wszystko będzie dobrze - mówię kojącym tonem radiowca puszczającego pościelówki o północy. - Mój partner panuje nad sytuacją.

- Ale Lionel zwykle nie wychodzi z domu - przekonuje kobieta. - Na pewno jest przerażony. I zdezorientowany!

- Nic mu nie będzie, proszę pani - woła z góry Silvestri. - Detektywie Wolcott, czy zechciałby pan podejść bliżej? Podam go panu.

- Tylko błagam, ostrożnie! - nalega kobieta.

- Zapewniam panią - odpowiada Silvestri, stojąc na gałęzi - że pani kot znajduje się w odpowiedzialnych rękach. Mój partner to ucieleśnienie spokoju i stabilności.

Ściśnięciem dłoni dodaję jej otuchy, po czym uwalniam ją ze swych objęć i podchodzę bliżej pnia. Widzę dwóch nastolatków stojących po przeciwnej stronie ulicy. Celują do nas z telefonów. Na pewno znacznie szybciej niż my ściągnęliby Lionela z drzewa, myślę.

Trzymając kota w jednej ręce, Silvestri powoli kładzie się na brzuchu, następnie uważając, by nie stracić równowagi na wąskiej gałęzi, opuszcza Lionela, który wygląda na sparaliżowanego strachem i rozcapierza przed sobą łapki niczym przerażony Pan Stopek ręce przed nadjeżdżającym autem. Odbieram go od Silvestriego, delikatnie ujmując za klatkę piersiową, a następnie umieszczam w zgięciu łokcia.

Jego właścicielka o mało mnie nie przewraca, wyciągając ręce po swojego zbiega.

- Och, bardzo wam dziękuję, panowie detektywi! Tak się cieszę, że akurat przejeżdżaliście. Uratowaliście Lionelowi życie! - Przenosi uwagę na swojego pupila, za­sypuje go pocałunkami, jednocześnie strofując za nie­posłuszeństwo: - Niegrzeczny z ciebie chłopiec, wiesz? Straszna niedobrota.

Silvestri zeskakuje z drzewa i dołącza do tej fiesty miłości, drapiąc Lionela za uchem. Kociak łasi się do niego.

- Dziękuję, detektywie! - Kobieta przygląda się mojemu partnerowi. - Jest pan bardzo dzielny. - Zaczyna szeptać kotu do uszka, nie odrywając wzroku od Silvestriego. - Lionelku, podziękuj przystojnemu panu policjantowi. Właśnie tak. Powiedz: "Dzię-ku-ję".

- Nie ma za co, proszę pani. - Silvestri kiwa głową najpierw do kobiety, potem do jej kota. - Lionelu. Możecie wrócić do domu. Życzę wam obojgu miłego dnia.

- Zrobiłeś na niej wrażenie, Silvestri. - Włączam się naszym nieoznakowanym radiowozem do ruchu. Właścicielka Lionela macha do nas, stojąc na werandzie.

- Elita policji Long Island w akcji - odpowiada śmiertelnie poważnym tonem. Podwija rękawy. Widzę, że całe przedramiona ma upstrzone maleńkimi rankami.

- O cholera, stary. Nic ci nie jest?

- Wszystko gra - odpowiada, odmachując kobiecie z kotem. - Ale dobrze, że założyłem gruby podkoszulek z długimi rękawami, inaczej moje ręce wyglądałyby jak po spartolonej sesji akupunktury.

- Co za dziwny dzień - mówię.

- Raczej wyjątkowo niespieszny tydzień.

- W każdym razie nieźle się spisałeś z tym kotem. Gdzie się nauczyłeś tak łazić po drzewach, ty mieszczuchu?

- Może się zdziwisz - rechocze - ale nie zawsze byłem wzorowym obywatelem.

- Ach tak?

- Pakowałem się w kłopoty przez złe sprawowanie. - Ostatnie dwa słowa ujmuje palcami w cudzysłów. - Rodzice wpadli na pomysł, żeby wysłać mnie na jeden z tych letnich obozów, Outward Bound. Zrobiłem na tobie wrażenie wspinaczką na drzewo? Powinieneś zobaczyć, jak wiążę węzeł prosty. Pękłbyś z zazdrości.

- Prawdziwy traper z ciebie.

- A jak myślisz, dlaczego tak mi dobrze tutaj, na tej głuchej prowincji?

- Cesar Millan mógłby się od ciebie uczyć obchodzenia się ze zwierzętami - dodaję.

- Mam na kim ćwiczyć.

- A właśnie. Jak się mają Molly i Duff?

- Jak zawsze. Są wielkie, szczęśliwe i ślinią się na potęgę - odpowiada i odwraca głowę w moją stronę. - Znam kogoś, o kim mógłbym powiedzieć to samo.

- Dobra, Silvestri, dosyć tego lizania się po fiutach. To był szalony poranek. Proponuję zajrzeć do Gusa na sandwicza.

- Przedni pomysł - rzuca. - Śnił mi się Ruben ze świeżą... - Przerywa mu wibrowanie komórki, którą trzyma we wnęce na kubek. Sięga po nią i odbiera. - Detektyw Silvestri... Yhy... Tak, możemy zaraz tam być... Jasne... No, dzięki. - Rozłącza się i zwraca do mnie: - Sorry, Wolcott, ale trzeba będzie przesunąć lunch.

- Bo?

- Czeka nas spacer po parku.

- O, coś nowego. Co się urodziło?

Mój partner marszczy czoło i wzrusza ramionami.

- Wygląda na to, że trup.

Zatrzymujemy się na placu tuż przy parku. Rozległy trawnik jest pusty, jeśli nie liczyć stada mew rozgrzebujących zawartość kosza na śmieci, a także czegoś, co z tej odległości przypomina wylegującego się na plaży człowieka.

- Wiadomo, kto to zgłosił? - pytam, rozglądając się wokół.

- Ktoś, komu nie chciało się na nas zaczekać.

Wysiadamy i wchodzimy na trawnik, płosząc ptaki.

- Wygląda na to, że się odmeldowała - mówię, zakładając lateksowe rękawiczki. Kucam nad ciałem i przykładam dwa palce do tętnicy szyjnej. Po chwili spoglądam na Silvestriego i smętnie kręcę głową.

Silvestri dołącza do mnie, żeby lepiej przyjrzeć się ofierze.

- Młoda - zauważa, ściągając brwi. Patrzy zasępiony. - Wielka szkoda.

Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka kobieta ma nie więcej niż trzydzieści parę lat. Jest ubrana w cienką bluzę z kapturem i podwiniętymi rękawami, legginsy i buty do biegania. Włosy związane w koński ogon. Leży w pozycji wskazującej na nagły upadek. Przyglądam się twarzy. Jest pozbawiona koloru, ale nie rzuca mi się w oczy nic, co świadczyłoby o obrażeniach. Strój też jest nienaruszony. Przyglądam się jej dłoniom. Niepomalowane paznokcie, przycięte krótko i równo, nie są połamane. Na odsłoniętej części przedramienia oraz nadgarstku nie zauważam żadnych siniaków ani śladów urazów, pomijając kilka drobnych, powierzchownych zadrapań. Wyjmuję latarkę kieszonkową i świecę kobiecie w oczy. Pochylając się nad nią, czuję dobywającą się z jej ust woń wymiocin. Rozglądam się, ale nie stwierdzam obecności plam po torsjach w najbliższym otoczeniu.

- I jak? - pyta Silvestri.

- Rozszerzone źrenice - mówię. - Zapach taki, jakby niedawno zwróciła zawartość żołądka. I tyle.

- Czyli co: brak oznak przestępstwa? Może miała problemy z sercem? Wyszła pobiegać i nagle bach!

- Niewykluczone - odpowiadam z namysłem.

Silvestri najpierw powoli przesuwa po jej ciele wzrokiem, a potem robi to samo dłonią, natrafia na kieszonkę w bluzie. Wsuwa palce do środka i wyjmuje trochę gotówki oraz inhalator.

- O proszę - zauważam. - To mógł być atak astmy.

- Niewykluczone - potwierdza ponuro Silvestri. Kiedy przelicza pieniądze (dwanaście dolarów; dwie piątki, dwie jedynki), spomiędzy banknotów wypada karta rozmiarów wizytówki. - Forsa na kawę? - zastanawia się, odkładając gotówkę na miejsce i sięgając po kartę.

- Co tam masz?

Obraca ją w palcach, ogląda, po czym wręcza mi.

- Tylko coś takiego.

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji