Dlaczego nikt nie widzi, że umieram - Renata Kim

-
Proszę czekać

Wstęp. Żeby ktoś wreszcie uwierzył

Rozpoznaję je od razu, wszystkie mają ze sobą coś wspólnego. Jakiś rodzaj gorączkowej ekscytacji, gdy opowiadają swoje historie. I łzy, które pojawiają się nagle, a potem już nie przestają płynąć. Żal, że nikt nie rozumie, co im się przydarzyło. Ale przede wszystkim złość, że człowiek, który im te wszystkie straszne rzeczy zrobił, nie poniósł żadnej kary, że chodzi z podniesioną głową i poluje na kolejną ofiarę. Tak, ofiarę, bo są przekonane, że ten człowiek, o którym z takim napięciem, niechęcią i strachem opowiadają, jest niebezpiecznym drapieżnikiem. Przecież to przez niego miały głęboką depresję, a niejednokrotnie myśli samobójcze. Uważają się za ofiary przemocy i chciałyby, żeby je tak traktowano.

Więc wciąż od nowa opowiadają swoje historie, każdemu, kto chce słuchać. Boli je to, że niewielu ludzi rozumie, a jeszcze mniej im wierzy. Przecież nie mają podbitych oczu, żadnych siniaków na ciele. Byłoby łatwiej mówić o przemocy, gdyby drapieżca bił. A jak wytłumaczyć, że ktoś codziennie, przez lata upokarzał, poniżał, manipulował i odbierał pewność siebie?

A przecież ich ból jest prawdziwy, rozpacz i poczucie krzywdy też.

- Dlaczego byłam taka ślepa? - pytają. - Czy on jest z gruntu zły? Chciał mnie skrzywdzić, czy tak mu po prostu wyszło?

Dlaczego mi to robił?

Dlaczego nikt nie widzi jego prawdziwej twarzy?

Dlaczego, dlaczego, dlaczego...

Z czasem ofiary zaczynają się złościć same na siebie, pytają: dlaczego na to wszystko pozwoliłam? Jak mogłam być tak głupia? Dlaczego tak się nie szanowałam? I tym bardziej nie mogą zrozumieć, czemu związały się z takim człowiekiem. Owszem, był uroczy, bystry i szarmancki, bardzo się na początku starał, ale przecież szybko orientowały się, że to skrajny egocentryk, skupiony wyłącznie na sobie. Przecież już po pierwszej przykrej sytuacji, kiedy płakały z poczucia krzywdy i upokorzenia, przychodziły im do głowy takie słowa jak narcyz, socjopata, a nawet psychopata. Odpychały je od siebie, nie chciały takich diagnoz. Zwłaszcza że on zaraz potem znowu był czarujący, znowu się starał, łatwo było zapomnieć o tym, co się stało.

A potem, kiedy już nie dało się zapomnieć, było za późno. Wiedziały, że związały się z niewłaściwym człowiekiem, ale nie potrafiły się od niego uwolnić. Płakały, powtarzały sobie, że muszą uciekać, ale tkwiły dalej w relacji, która je niszczyła. Dosłownie, bo dochodziły do etapu, gdy nie mogły jeść, spać ani normalnie pracować.

Wszystkie opowiadają, że z takiego związku się nie odchodzi, z niego się ucieka. Bo sprawca nie wypuszcza ofiary z rąk, zbyt mu jest z nią dobrze, zbyt wygodnie, zbyt mu jest potrzebna. Do wykorzystywania, do oszukiwania, do poniżania. Ale przede wszystkim, by mieć poczucie władzy i kontroli.

Uciekały, ale nie było łatwo. Bo on przyrzekał poprawę, znowu miało być dobrze. Więc wracały, by odebrać kolejną gorzką lekcję. I dopiero kiedy staczały się na dno upokorzenia, podejmowały decyzję, żeby się ratować.

Wychodziły z tych związków pogruchotane. Czuły się brzydkie, stare, głupie i żałosne. Nienawidziły swoich oprawców, a mimo to strasznie za nimi tęskniły. I tego też się wstydziły.

Wszystkie mi mówiły, że życie z osobą, która stosuje przemoc psychiczną, to nieprawdopodobnie bolesne doświadczenie, nie da się go opisać słowami. A one mimo to próbują opowiadać swoje historie, mówią: proszę wszystko dokładnie opisać, może komuś to pomoże, może kogoś uchroni przed takim związkiem.

Ofiar jest zaskakująco dużo, często wystarczyło, żebym powiedziała, że piszę o przemocy psychicznej, by usłyszeć: mnie też to spotkało, to moja historia. Słyszałam to od kobiet i mężczyzn, od gejów i lesbijek, bo - jak się szybko dowiedziałam - w przemocowych związkach działają zawsze te same mechanizmy.

W mojej książce opowiadam wyłącznie historie ofiar, nie interesuje mnie wersja sprawców ani ich perspektywa. Chcę, żeby czytelnicy zrozumieli, co to jest przemoc psychiczna, i żeby potrafili ją rozpoznać.

Ale przede wszystkim chciałabym, aby umieli pomóc osobie, która przyjdzie do nich i powie, że wprawdzie nie ma siniaków na twarzy, ale bardzo cierpi i chce, by ktoś jej wreszcie uwierzył. I żeby nie tłumaczył, że przecież zgadzała się na wszystko, choć mogła odejść, tylko żeby powiedział: tak, zostałaś skrzywdzona. Tak, zostałeś skrzywdzony, bo mężczyźni też bywają ofiarami. I jeszcze jedno chcą usłyszeć: wiem, że cię bardzo boli. Ale kiedyś ten ból minie.

Wszyscy moi bohaterowie mówili jedno: najgorsza w przemocy psychicznej jest samotność. I to, że rozpoznają ją tylko terapeuci i psychiatrzy. Oraz ci, którzy sami taki koszmar przeżyli.

Chciałabym, żeby było nas, rozumiejących, znacznie więcej. Ofiary tego potrzebują.

Rozdział I. Ukryta przemoc

Rozbiję to lustro, niech mnie zrani

Kiedy go widzę, nawet z daleka, cała się trzęsę. Z niepokoju, złości, bezsilności. A potem myślę o nim przez kilka kolejnych dni. Przypominam sobie, jak mnie upokarzał, oszukiwał, wykorzystywał. Marzę o zemście i żeby cały świat się dowiedział, kim on jest. I wciąż za nim tęsknię, marzę, żeby było jak dawniej. Kiedy mówił, że jestem najważniejsza, a ja się czułam jak śmieć.

- Boli mnie życie, strasznie - mówiłam, kiedy przyjaciele pytali, jak się czuję. Nie umiałam im precyzyjnie wytłumaczyć, co to znaczy, więc mówiłam tak: że lepiej byłoby nie żyć. Wpadali wtedy w panikę i musiałam ich uspokajać. Nie, nie planowałam samobójstwa, ale wiele razy myślałam, że śmierć przyniosłaby mi spokój. Nie czułabym już tego bólu, którego nie umiałam opisać słowami. Nieżycie wydawało się lepsze niż życie.

Najgorsze w tamtym czasie były środy. Siedziałam w gabinecie terapeutki, opowiadałam, co wydarzyło się w ostatnim tygodniu, i szlochałam. Z rozpaczy, bólu i wstydu. Tak, wstydu, bo bardzo szybko zaczęłam się wstydzić tego, że tkwię w niedobrej dla mnie relacji. Już mniej więcej pół roku po tym, jak zaczęłam o niej opowiadać terapeutce, obie doszłyśmy do wniosku, że najlepiej byłoby ją zakończyć. Bo raniąca, beznadziejna. I że jestem od tego mężczyzny całkowicie uzależniona, jak od papierosów, do których wróciłam, kiedy go poznałam.

Czasami myślałam, że chciałabym, żeby on umarł. Bo sama nie umiałam uciec, a wiedziałam, że ta dziwna relacja mnie wyniszcza. Ale zaraz potem zaczynałam szlochać z przerażenia: jak ja bym bez niego żyła?

Pamiętam dzień, kiedy po raz pierwszy w gabinecie terapeutki padła taka diagnoza: toksyczna relacja. To było zaraz po tym, jak powiedział, że wprawdzie mnie kocha, ale już nigdy nie będzie się ze mną całować. Ani mnie dotykać, ani w ogóle nic. Powtarzał potem tę odmowę regularnie. Trzymał na odległość wyciągniętej ręki, a kiedy próbowałam tę odległość skrócić, odpychał. I pewnie szybko bym to zaakceptowała, ale on wciąż powtarzał, że kocha. Że jestem najfajniejsza, najlepsza, najbliższa.

- A dlaczego nie chcesz być naprawdę blisko? - żebrałam.

- Bo nie - odpowiadał krótko. - I nie muszę ci tego tłumaczyć.

- Ale ja chcę zrozumieć - prosiłam.

- A ja nie chcę o tym rozmawiać - ucinał dyskusję, już wściekły.

I to też bym zaakceptowała, gdyby nie fakt, że od czasu do czasu wyciągał po mnie rękę. Zwykle wtedy, gdy już zdołałam się pogodzić z odrzuceniem. Albo gdy sama podjęłam decyzję, że go nie chcę, nie potrzebuję takiej niby-relacji. Wtedy na przykład przysyłał mi zdjęcie swojego penisa we wzwodzie albo filmik, na którym widać było, jak się onanizuje. Albo na imprezie odprawiał żonę do domu, a potem zaczynał się ze mną całować. Kiedy potem pytałam, dlaczego to zrobił, spokojnie odpowiadał, że po alkoholu robi się chutliwy.

W takich chwilach - i tego też się wstydzę - odżywała nadzieja, rozum szedł spać. Znowu wmawiałam sobie, że mnie kocha i chce ze mną być. Tylko jeszcze tego nie wie, więc poczekam, aż zrozumie. To nic, że czekanie wyczerpuje i boli, kiedyś będzie lepiej.

Jestem terapeutką, Ewa przyszła do mojego gabinetu w połowie maja 2016 roku. Kobieta o oryginalnej urodzie, atrakcyjna, drobniutka, pełna życia i energii. Już na pierwszej wizycie otwarta, odważnie opowiadająca o swojej historii oraz obecnych problemach. Określała siebie jako DDA, dorosłe dziecko alkoholika. Jej ojciec był uzależniony od alkoholu, "pił nawet, gdy brał chemię", zmarł trzy lata temu. Mama odeszła rok po nim.

Ewa od dwudziestu pięciu lat była mężatką, małżeństwo pomogło jej opuścić rodzinny dom, ale trochę się w nim nudziła, byli sobie z mężem coraz bardziej odlegli. Mąż był mocno związany emocjonalnie z rodzicami, miała poczucie, że jest bardziej lojalny wobec nich niż wobec niej. Podczas trwania terapii zdecydowali się na separację.

Muszę mu to dać

Pamiętam ćwiczenie z gabinetu terapeutki: biorę zapałki i rozkładam je na dwie kupki. Na jednej plusy tej znajomości. Na drugiej - minusy. I liczymy, w której kupce zapałek jest więcej.

Na początku terapii plusów było więcej, wyliczałam: bo mnie rozśmiesza jak nikt inny, bo mówi, że kocha, bo uwielbiam z nim rozmawiać, spędzać razem czas. W minusach: okłamał mnie, sprawił przykrość, postawił w trudnej sytuacji, zawiódł po raz pierwszy, potem drugi i kolejny.

Z czasem zapałek po stronie minusów było coraz więcej: nieustannie mnie rani, ciągle przez niego płaczę, czuję się skrzywdzona, wykorzystana i upokorzona. Mam wrażenie, że mną manipuluje, że chodzi mu tylko o władzę i kontrolę. I coraz częściej podnosi na mnie głos.

Pamiętam, jak pierwszy raz na mnie krzyczał. Siedzieliśmy w moim samochodzie, a on wrzeszczał tak, że głos mu się załamywał z wściekłości. Patrzyłam na niego zdumiona i próbowałam dyskutować, ale każde słowo prowokowało go do kolejnej lawiny bluzgów.

- Kurwa, ja jebię, przestań pierdolić, dlaczego mi to robisz? - piszczał, bo lekko skrytykowałam jego najnowszy projekt artystyczny. - Kurwa, zepsułaś mi wszystko! - lamentował. - Też bym chciał, żeby to było lepiej zrobione, ale skąd mam wziąć na to pieniądze? Kurwa, skąd! - krzyczał, a ja już kombinowałam, jak mu te pieniądze znaleźć. Bo skoro on czegoś chce, muszę mu to dać.

Później dałam jakąś magiczną wtyczkę do komputera, która miała mu pomóc komponować. I kamizelki w prezencie na święta, i piękny krawat przywieziony z podróży. I nowiutki czytnik e-booków, bo jego właśnie się zepsuł, więc oddałam mu swój. On musiał mieć, ja niekoniecznie.

Jeszcze później, kiedy wyprowadził się od żony, dostał na imieniny pralkę. Bo biedny był, trzeba go było ucieszyć. Kiedy remontował nowe mieszkanie, wysyłał mnie po brakujące płytki łazienkowe i nie zwracał za nie pieniędzy. Lubił chodzić ze mną na zakupy, bo jak coś mu się podobało, kupowałam. Niech ma, niech się cieszy, niech wygląda. Wzięłam też dla niego w abonamencie najnowszy model iPhone'a, spłacam go do dziś. I co miesiąc, kiedy przychodzi rachunek, czuję palący wstyd.

Od niego dostałam tylko jeden prezent: książkę pod choinkę. I jeszcze parę magnesików na lodówkę, które przywiózł z podróży.

Wtedy, kiedy tak strasznie krzyczał, przeprosiłam go za to, że skrytykowałam jego dzieło. Dziś wydaje mi się, że tym przypieczętowałam swój los. Już wiedział, że może wrzeszczeć i miotać przekleństwa, a ja chwilę popłaczę i wszystko wróci do normy. Jak tylko do mnie napisze, jak zadzwoni, natychmiast odpowiem. I będę spokojna i miła, jakby nic się nie stało. Więcej, będę wesoła i uwodzicielska, bo już nic nie będzie ważniejsze niż utrzymanie jego uwagi, zmuszenie go, by znowu patrzył na mnie z takim zainteresowaniem, jak na początku, kiedy się poznaliśmy.

Bo wtedy byłam, ach, jaka piękna! I najfajniejsza, najbardziej interesująca, najinteligentniejsza. Najlepsza - tak często do mnie mówił.

"Myślałem sobie dzisiaj o Tobie, że tylko w oczach można się zakochać" - pisał.

I jeszcze: "Uwielbiam Cię. Uwielbiam Twój głos. Mógłbym Cię słuchać i słuchać. Jesteś dla mnie szalenie i niespodziewanie ważna. Kocham Cię. Możemy się mieć bardzo. Jesteśmy sobie bardzo bliscy i to może trwać. Zawsze jestem i będę. Nawet jak będziesz kazała mi spierdalać".

Cieszę się, że zapisywałam sobie te słowa, bo dziś trudno mi uwierzyć, że kiedykolwiek padły. Wprawdzie on do końca mnie zapewniał, że kocha, ale nic tego nie potwierdzało. No, może tylko to, że kiedy kazałam mu spierdalać, zawsze wracał. Zawsze znalazł drogę, by do mnie jakoś dotrzeć. Nawet wtedy, gdy mówiłam, że nie chcę mieć z nim kontaktu, gdy blokowałam go na Facebooku, prosiłam, by dał mi spokój.

A ja głupio myślałam, że to jest dowód miłości. Że nie może beze mnie żyć, tak jak ja bez niego też nie bardzo potrafię. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że on po prostu nie chce wypuścić mnie z rąk, bo jestem mu bardzo przydatna: zakochana, gotowa rzucić wszystko, gdy tylko zawoła. Płacąca za niego rachunki w kawiarniach, odwożąca go do domu z drugiego końca miasta, zawsze gotowa pocieszyć, gdy wpadał w te swoje doły i trzeba go było z nich wyciągać, godzinami zapewniać, że jest piękny, bystry i zdobędzie każdy szczyt. Z czasem to się stało moim głównym zadaniem i celem: sprawić, by czuł się przy mnie pewnie i bezpiecznie, żeby był silny. Nie wiedziałam, że kiedy już urośnie w siłę, wykorzysta ją przeciwko mnie. I że ja z każdym dniem będę słabnąć.

Niedawno Ewa weszła w bliską relację z mężczyzną, flirtują, ma poczucie, że on zaspokaja jej potrzeby emocjonalne. Temat tego związku, zaledwie pobieżnie zaznaczony na pierwszych sesjach terapeutycznych, bardzo szybko okazał się kluczowy. Zajął wiele czasu, kosztował ją wiele wysiłku, trudnych emocji, łez i pracy - przede wszystkim pracy nad uwolnieniem się z relacji, która początkowo wydawała się źródłem bliskości i dobrych emocji, a okazała się toksyczna i wyniszczająca.

Ewa szybko zaczęła powtarzać stary schemat, w którym ktoś inny - ojciec, mąż, znajomy - staje się ważniejszy od niej samej, jej własnych spraw i uczuć. Była gotowa się poświęcać, nawet własnym kosztem: kosztem swojego czasu, zmęczenia, emocji, nerwów, pieniędzy.

Bliskość boli

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz przez niego płakałam. Pamiętam za to, kiedy pierwszy raz wyłam. To było wtedy, gdy poszłam do niego na imieniny. Nie chciałam tam iść, wstydziłam się, bo wiedziałam, że oboje oszukujemy jego żonę, ale tak długo mnie namawiał, że w końcu uległam. Żona, którą wcześniej widziałam tylko na zdjęciach, na żywo była jeszcze ładniejsza. I bardzo miła.

Robiłam wszystko, by na nią nie patrzeć. Jego też omijałam wzrokiem, bałam się, że się czymś zdradzę. Ale w końcu stało się to, czego się obawiałam - zobaczyłam, jak żegnając kogoś, obejmują się. Dobre małżeństwo. Wymówiłam się innym spotkaniem i uciekłam. A w windzie zaczęłam płakać tak, jakby świat rozpadł się na kawałki. Szlochałam też w taksówce, aż w końcu kierowca zaczął mnie pocieszać.

Już w domu trzęsącymi się rękami zmywałam makijaż i stojąc przed łazienkowym lustrem, ryczałam, drapiąc sobie twarz. I miałam jedną myśl: rozbiję to lustro, niech rozpryskujące się szkło mnie porani. Chcę spłynąć krwią, chcę poczuć ból i strach, bo tylko w ten sposób zagłuszę to niezrozumiałe cierpienie.

Potem jeszcze wiele razy stałam tak przed lustrem i wyłam, bo życie bolało mnie coraz bardziej. Bo on z człowieka, który wcześniej wszystko rozumiał, potrafił spokojnie mi wszystko wytłumaczyć, był czuły i wyrozumiały, nagle stał się zimny i odległy. Bo coraz częściej miał wybuchy złości i agresji, a ja zaczęłam chodzić na palcach, by go nie urazić. Bo było coraz bardziej oczywiste, że nie da mi tego, czego chcę, że nie będzie mnie naprawdę kochał, wystarczy mu, że będę na jego usługi.

Przestałam wyć dopiero, kiedy poszłam do psychiatry i zaczęłam brać leki. Ale nadal płakałam, prawie codziennie. Kiedy mówiłam mu, że bardzo cierpię, odpowiadał, że w każdej relacji jest miejsce na ból.

- Tym większy, im bliższa jest relacja. Nasza jest przecież bardzo bliska - tłumaczył mi, a ja zaczynałam wierzyć, że to normalne, iż bliskość boli. Musi boleć.

Ewa czuła się przez przyjaciela używana do realizowania jego potrzeb emocjonalnych, których nie zaspokajał sobie w małżeństwie. Dość szybko, bo zaledwie po trzech-czterech miesiącach (a w skali emocjonalnej to jest bardzo szybko), zaczęła sobie zadawać pytanie, dlaczego pozwala się tak traktować. Ale dużo czasu musiało jeszcze upłynąć, aby sformułowała odpowiedź na to pytanie i wyraziła stanowczą niezgodę.