Dlaczego mleko jest białe? Historyjki dla ciekawskich dzieci - Susanne Orosz

-
Proszę czekać

Pomidory na urodziny

Przed supermarketem stoją doniczki, a w nich rośliny o miękkich liściach. Janek delikatnie głaszcze palcem pokryte drobniutkimi włoskami listki. Krzaczek sięga mu aż do pasa, a jego zapach przypomina woń mchu.

Natalka podbiega do Janka i ogląda dziwną roślinę.

- Czy to są słoneczniki? - pyta.

Janek pochyla się i rozgarnia liście.

- Chyba nie. Przecież słoneczniki są żółte. A te rośliny nie mają żadnych kwiatów.

- Może one zaczynają kwitnąć później - zastanawia się Natalka. Janek zerka na stojące obok doniczki ze słonecznikami. Nie, te tutaj są zupełnie inne.

- Ależ one są wspaniałe - woła ktoś za nimi. Janek odwraca się przestraszony. Kobieta z brzęczącymi bransoletkami na ręce i wielkimi kolczykami w uszach odsuwa go na bok i sięga od razu po dwie rośliny. - Tylko dwa dziewięćdziesiąt. Przecież to prawie darmo. Wezmę od razu dwie.

Janek i Natalka spoglądają na siebie, potem śledzą wzrokiem kobietę, która kroczy w stronę wejścia do sklepu, trzymając po jednej doniczce w każdej ręce.

Natalka trzyma w dłoni pięciozłotówkę. Pieniądze dostała od mamy na kwiatek dla Adeli, z okazji jej urodzin. Impreza zaczyna się o piątej. Za pół godziny. Jeśli Janek i Natalka nie chcą się spóźnić, już teraz muszą się zdecydować, jaki kwiatek kupią koleżance.

- Moglibyśmy za dwa złote kupić nalepki z piłkarzami, jeśli weźmiemy to coś bez kwiatków - szepce Natalka i uśmiecha się.

Jankowi nawet się ten pomysł podoba. Jemu i Natalce brakuje jeszcze tylko trzech naklejek i będą mieli Ligę Mistrzów w komplecie.

- Ale jeśli one nie kwitną, to może to nie są żadne kwiaty - zastanawia się Janek.

- Bzdura. Sam przecież widziałeś, jak ta pani ucieszyła się na ich widok. "Prawie darmo" - powiedziała. To chyba nic złego, że ta roślina nie ma kwiatów. A dla Adeli będzie w sam raz. Ona jest taka trochę dziwna.

Janek namyśla się chwilę. Natalka chyba nie ma racji. Nie wypada dawać Adeli na urodziny doniczki z zieloną łodygą, na której rosną brzydko pachnące liście. Nawet jeśli Adela jest nowa na osiedlu, a Janek i Natalka jeszcze się z nią dobrze nie zaprzyjaźnili.

- Wiesz, wydaje mi się... - zaczyna Janek. Ale Natalka już chwyta doniczkę i maszeruje z nią do kasy.

- Chodź szybko, spóźnimy się. Powiemy Adelce, że nam się po drodze ta roślinka wywróciła i kwiatek się ułamał. Nie musi wiedzieć, jak było naprawdę.

Janek wkłada ręce do kieszeni i człapie za Natalką do kasy. Jest mu jakoś nieswojo. Ale gdy Natalka podaje mu paczuszkę nalepek z piłkarzami, nastrój mu się poprawia.

Natalka i Janek idą ulicą Modrzewiową, a następnie skręcają w Olchową. Tam mieszka Adela. Z ogrodu za domem dobiegają głośne krzyki i śmiechy. Natalka wciska Jankowi doniczkę w dłonie.

- Ty ją daj! - mówi i przyciska dzwonek. Śmiechy w ogrodzie stają się głośniejsze i Janek próbuje dojrzeć przez żywopłot, co się tam dzieje. Adela i inne dzieci zbudowały w ogrodzie domek z koców. Furtkę otwiera kobieta z czarnymi loczkami.

- Cześć, ja jestem Katarzyna, mama Adeli. Pewnie chodzicie do tej samej klasy, co Adela?

Natalka kręci głową.

- Ja jestem z Adelą w tej samej klasie. Janek nie. To mój młodszy brat. On jeszcze nie chodzi do szkoły.

- Zapraszam do środka.

Adela wypełza z domku i macha do nich. Cieszy się,  że Natalka przyszła.

- Cześć. To jest nasz zamek. Chcielibyście zbudować taki sam?

- Jasne - mówi Natalka. - Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Mamy dla ciebie prezent.

Janek niepewnie przygląda się roślinie. Cóż, trochę głupio, że nie ma na niej ani jednego kwiatka. Gdyby to od niego zależało, dawałby teraz Adeli prawdziwy żółty słonecznik. Ale on nie miał nic do gadania. Chłopczyk czuje, jak schowana w kieszeni paczuszka z naklejkami kłuje go delikatnie w udo poprzez materiał spodni.

- Przykro mi - mruczy Janek. - Eee, to znaczy wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.

- Ale super - woła Adela, odbierając roślinkę z rąk Janka. - Skąd wiedzieliście, że właśnie taką chciałam?! Bardzo dziękuję. - Adela biegnie z doniczką na taras. - Zaraz ją zasadzę. Pomożecie mi?

Janek bardzo się ucieszył, że podarunek sprawia dziewczynce tyle radości. Odwraca się w stronę siostry. Natalka właśnie znika w domku z koców. Janek nie ma zielonego pojęcia o sadzeniu roślin. Nigdy jeszcze tego nie robił. Wzdycha i wkłada ręce do kieszeni.

- Tutaj ją zasadzimy, obok tego krzaczka malin. Będzie miała dużo słońca. - Adela wygrzebuje łopatką spory dołek w ziemi. Jest tak podekscytowana, że aż zarumieniły jej się policzki. Janek klęka obok niej i dłońmi odsuwa na bok wykopaną ziemię.

- Też lubisz pracować w ogródku? - pyta Adela. - Ja uwielbiam!

Janek patrzy na nią i przełyka ślinę. Nie wie, co powiedzieć.

- Szkoda, że tej roślinie ułamał się czubek. Ale może urośnie jej drugi? - mówi nagle.

Adela marszczy czoło.

- Jaki czubek? Co masz na myśli?

- No, ten z kwiatkiem.

- Ale przecież kwiatki dawno już przekwitły. Popatrz tutaj. - Adela pokazuje palcem liczne zielone kuleczki rosnące na gałązkach. Janek wcześniej ich nie zauważył.

- Każda z tych kuleczek jeszcze niedawno była małym żółtym kwiatkiem - wyjaśnia Adela.

- Aha, no tak, teraz rozumiem - mówi Janek i przytrzymuje mocno doniczkę, podczas gdy Adela wyciąga z niej roślinę. Dziewczynka wkłada teraz część z korzeniami do wygrzebanego dołka i zasypuje ziemią, a następnie mocno uciska glebę wokół łodygi.

Janek delikatnie obmacuje zielone perełki na gałązkach. Jest bardzo ciekawy, co z nich wyrośnie.

- Będą bardzo smaczne - zapewnia go Adela. - Bajecznie pyszne, mówię ci!

Janek kiwa głową. W co też zamienią się te zielone kulki? Czy naprawdę będą smaczne?

- Sprawiliście mi tym prezentem wielką radość. Bardzo dziękuję. - Adela całuje Janka w policzek. Chłopczyk ściera sobie szybko całusa i przygląda się, jak Adela wsadza w ziemię długi bambusowy kijek i przywiązuje do niego krzaczek. Ależ ona jest fajna! Janek wyciąga z kieszeni nalepki z piłkarzami i podsuwa je dziewczynce.

- Proszę bardzo, weź. One też są dla ciebie.

- Dziękuję, Janku. To miłe z twojej strony. Ale mnie piłka nożna w ogóle nie interesuje. Lepiej przyjdź, gdy dojrzeją pomidory, i pomóż mi je zbierać. Oczywiście dam ci spróbować.

Janek marszczy czoło. I wreszcie zaczyna rozumieć. Te zielone kuleczki to są pomidory! No jasne! Teraz są jeszcze bardzo małe i muszą urosnąć. To co podarowali Adeli, to nie jest żaden słonecznik, tylko krzaczek pomidorów!

- A kiedy dojrzewają pomidory? - dopytuje się Janek.

- No cóż, potrwa to jakieś dwa - trzy miesiące. Przychodź do mnie co tydzień. Sam zobaczysz, jak rosną i nabierają czerwonego koloru.

Janek ani słowem nie wspomina Natalce o tajemnicy pomidora. Po prostu raz w tygodniu odwiedza Adelę. W każdy wtorek, po treningu piłki nożnej. Od początku lata do jego połowy roślina urosła tak bardzo, że sięga mu teraz do ramienia. Mama Adeli wkopała obok pomidora kubek po jogurcie, w którym wcześniej zrobiła liczne dziurki. Pomidorów nie wolno polewać z góry. W każdy wtorek Janek wlewa więc do kubka po jogurcie pół konewki wody. Już niedługo pomidory na gałązkach zrobią się ciężkie i duże jak małe jabłka.

Lato zbliża się ku końcowi i nadchodzi wreszcie ta pora: pomidory są jędrne i mają piękny czerwony kolor. Wystarczy delikatnie za nie pociągnąć, a same odpadają z szypułek. Adela myje je wodą z węża ogrodowego i podaje jeden Jankowi. Chłopczyk odgryza wielki kęs. Pomidor Adeli ma owocowy, lekko pikantny i jednocześnie słodki smak. W każdy wtorek dziewczynka wręcza Jankowi trzy piękne owoce. Dzieli się z nim wszystkim, co wyrasta na krzaczku. Janek uważa, że to super z jej strony. Zabiera pomidory do domu i z dumą przygotowuje z nich kolację dla siebie i Natalki. Pajdy chleba z pomidorem, tak jak nauczyła go Adela. Natalka najpierw kręci nosem, udaje, że nie znosi pomidorów. Ale gdy Janek odwraca się na chwilę, pochłania pospiesznie dwie kanapki.

Długi i pyszny

- Tomku, pomożesz mi zebrać pranie? - woła mama. Znienacka lunęło jak z cebra, jakby ktoś wylewał nad balkonem wodę z konewki.

- Jasne, już idę. - Tomek otwiera drzwi balkonowe.

Mama łapie z jednej strony suszarkę do bielizny, a Tomek z drugiej. I razem podnoszą ją w górę.

- A niech to wszystko gęś kopnie! - nagle ktoś obok zaklął głośno. Mama i Tomek zaglądają ciekawie na sąsiedni balkon. Stoi na nim pan Słowik. Jest nowy w ich kamienicy, wprowadził się dopiero niedawno. Ani Tomek, ani jego rodzice nie zdążyli jeszcze poznać sąsiada bliżej. Pan Słowik ma różową łysinę, na nosie okulary z grubymi szkłami, a pod luźną koszulą ukrywa pokaźny brzuch. Nieporadnie próbuje schować suszarkę na bieliznę w mieszkaniu. Pręty suszarki łomocą o poręcz balkonu. - To bezczelne ptaszyska! Prawie wszystko mi wyżarły.

Mama i Tomek uśmiechają się.

- Od kiedy to ptaki jedzą majtki? - szepce chłopczyk.

- Albo skarpetki? - chichoce mama.

Zaniepokojony Tomek rozgląda się w poszukiwaniu swojej drugiej skarpetki ze Spidermanem. Na szczęście znajduje ją, wisi obok szala mamy.

- Proszę tylko spojrzeć! - Pan Słowik podnosi dwoma palcami czarną sznurówkę i pokazuje ją Tomkowi i jego mamie. - Przecież czegoś takiego nie zje już żaden człowiek, prawda?

Chłopczyk kręci głową.

- Oczywiście, proszę pana. Nikt nie jada sznurówek. Ja na pewno nie.

Mama z Tomkiem wnoszą suszarkę z bielizną do salonu. Ale Tomek natychmiast wysuwa głowę przez drzwi balkonowe i przygląda się, jak sąsiad bierze jedną po drugiej wszystkie sznurówki i wyrzuca je z balkonu na trawnik. Natychmiast nadlatują dwie wygłodniałe wrony i rzucają się na zdobycz. Tomek nie może się nadziwić. Tego, żeby ptaki pożerały sznurówki, chłopczyk jeszcze nie widział.

- Nie, to niemożliwe! - woła.

Pan Słowik śmieje się.

- Dlaczego nie? Wrony to prawdziwi smakosze. Uwielbiają moje spaghetti.

Teraz Tomek zaczyna rozumieć.

- To nie są żadne sznurówki, tylko spaghetti, prawda?

- Sam je zrobiłem - podkreśla pan Słowik.

Usta Tomka układają się w wielkie "O".

- To pan potrafi robić spaghetti? - dziwi się chłopczyk.

- Oczywiście. Każdy rodzaj makaronu można zrobić w domu. To najprostsza rzecz na świecie. Nie mów mi, że nie wiesz, jak się to robi?

Tomek kręci głową.

- Nie lubisz makaronu? - Pan Słowik wydaje się zmartwiony.

- Wręcz prze-prze-ciwnie - jąka się Tomek. - Uwielbiam makaron. Nieważne, czy jest długi, czy krótki, pozwijany czy z dziurką w środku.

Pan Słowik bierze się pod boki.

- Dzisiaj po południu będę robił nowy makaron. Jeśli chcesz, możesz mi pomóc. Pokażę ci, jak się to robi.

- Wspaniale - cieszy się chłopczyk. Naprawdę bardzo go interesuje, jak się odbywa domowa produkcja makaronu.

Punkt druga Tomek staje przed drzwiami pana Słowika i przyciska dzwonek. Sąsiad otwiera prawie natychmiast.

- Wejdź, proszę, i nie przejmuj się bałaganem.

Tomek idzie za gospodarzem przez zastawiony skrzyniami i pudłami korytarz.

- Jeszcze wszystkiego nie rozpakowałem - wyjaśnia mężczyzna. - Nie miałem czasu. Dwa dni temu zadzwonili do mnie z telewizji i zaprosili do programu kulinarnego. Pięć razy starałem się o udział w tym programie i właśnie teraz mi się udało.

- Naprawdę gotuje pan w telewizji? - Tomek zna wszystkie programy kulinarne. Nadawane są przeważnie po południu. On i mama oglądają je razem, zwłaszcza gdy potrzebują nowych pomysłów na wspólny obiad. Ludzie, którzy w nich występują, muszą gotować bardzo szybko i bardzo dobrze, tyle Tomek wie.

- Na szczęście piec jest już podłączony i rozpakowałem swoje najważniejsze książki kucharskie.

Chłopczyk zatrzymuje się na progu kuchni za panem Słowikiem. Piec jest ogromny i lśni metalicznym blaskiem.

- Proszę, ten jest dla ciebie. - Pan Słowik podaje Tomkowi biały fartuch. Chłopczyk zawiązuje go sobie z tyłu. Fartuch leży doskonale i Tomek czuje się jak prawdziwy mistrz kucharski.

- Kiedy pan będzie w telewizji? - pyta.

- Już w przyszłym tygodniu - odpowiada pan Słowik i przesiewa na stole kuchennym mąkę, robiąc z niej wielką górę.

- Jeśli dopisze mi szczęście, przejdę przez wszystkie etapy i zostanę zwycięzcą. Muszę ugotować pięć różnych dań, a znani szefowie kuchni będą ich próbować i wystawią mi ocenę.

- Czy pan jest kucharzem? - dopytuje się Tomek.

- Gotowanie to moje hobby. Z zawodu jestem nauczycielem matematyki. - Tomek aż się skulił. Pan Słowik uśmiecha się. - Matematyka jest wspaniała... i bardzo ważna w kuchni. - Sąsiad pokazuje na pudełko z jajkami stojące na stole.

- Raz, dwa, trzy jajka proszę. Rozbij je i wlej do tego małego dołka, który zrobiłem w kopcu mąki.

Tomek bierze ostrożnie jajko i rozbija je delikatnie o brzeg metalowej miski, którą podstawił mu pan Słowik. Na szczęście chłopczyk bardzo często pomaga mamie w gotowaniu i wie, że skorupkę surowego jajka trzeba rozbijać ostrożnie, z wyczuciem, bo inaczej cała zawartość wypłynie na stół i na palce.

Tomek wylewa jajko ze skorupki do dołka.

- Świetnie to robisz - chwali go pan Słowik i sypie na mąkę szczyptę soli. - Jeszcze tylko trochę wody i będziemy to wszystko zagniatać.

Tomek podwija rękawy, wsuwa obie dłonie w mąkę i zaczyna wyrabiać ciasto. Ale to nie jest takie proste. Jajka wyślizgują się pomiędzy palcami, a mąka pyli tak, że Tomkowi zakręciło się w nosie i zaczyna kichać. Do jego palców i do twarzy kleją się kawałeczki masy. Ciasto jest jak zaczarowane - nie chce się dać zagnieść.

Chłopczyk wzdycha. Bolą go dłonie i ramiona, a z wysiłku prawie nie może zginać palców.

- Dobrze ci idzie - mówi z uznaniem pan Słowik. - Ciasto robi się już gładkie. - I rzeczywiście z pokruszonej masy powoli robi się gładkie i elastyczne ciasto.

Teraz sąsiad wyrabia je na lśniącą kulę, którą na koniec wkłada pod odwróconą do góry dnem miskę.

- Teraz ciasto odpocznie. W mące znajdują się substancje kleiste, które muszą się rozpuścić. Ten klej sprawi, że ciasto będzie się lepiło. Zrobi się bardziej elastyczne i zwarte. Tymczasem zastanów się, czym zabarwimy nasz makaron. Na czarno koloruję go atramentem produkowanym przez pewien gatunek kałamarnicy. Dodatek koncentratu pomidorowego sprawi, że makaron będzie czerwony, szafran zabarwi go na żółto, a szpinak nada mu kolor zielony.

- Czerwony byłby zabawny - uważa Tomek. - Czarny makaron wyglądałby jednak dziwnie.

- To prawda. Czerwony makaron jest ładniejszy. - Pan Słowik przynosi z lodówki słoiczek z koncentratem pomidorowym.

Ciasto już odpoczęło. Sąsiad zagniata je z dodatkiem koncentratu i pozwala Tomkowi rozwałkować kulę na wielkim stole. Ależ to pięknie wygląda. Różowe ciasto makaronowe. Chłopczyk wałkuje coraz cieniej i cieniej, aż zaczyna przez nie prześwitywać stół.

Następnie pan Słowik zwija ciasto w rulon i tnie na cieniutkie paseczki. A Tomek rozwija te paseczki i rozwiesza na suszarce do bielizny.

- Tym razem nie postawimy suszarki na balkonie. Bo ptaki znowu będą szybsze.

- Nie - śmieje się pan Słowik. - Tym razem sami zjemy makaron.

Suszarka jest już zapełniona i Tomek rozwiesza makaronowe nitki na oparciach krzeseł, na kartonach i nawet na lampie stojącej. W całej kuchni nie ma już ani jednego wolnego miejsca, gdzie można by usiąść lub stanąć, nie przyklejając się do makaronu.

- Suszony makaron można dłużej przechowywać - tłumaczy sąsiad. - Zamykam go w puszce i zjadam później. Czasami daję go nawet w prezencie. Powiedz mi, z czym właściwie będziemy jedli nasz makaron? Dobrze byłoby zrobić do niego jakiś sos, prawda?

- Mamy w domu zielony groszek i szynkę - przypomina sobie Tomek.

- Zrobię z tego pyszny sos - zapewnia pan Słowik. - Może twoi rodzice też będą mieli ochotę na makaron z sosem?

Wieczorem mama wyjmuje z szafki butelkę wina, a tata wyciąga z lodówki zielony groszek. A potem się zaczyna: pan Słowik wyczarowuje do makaronu sos śmietanowy z groszkiem i szynką. Tomek i jego rodzice mlaskają i wzdychają, i wznoszą przy jedzeniu oczy do nieba, tak bardzo są zachwyceni. Mama prosi sąsiada o przepis na makaron. Ale nie musi go zapisywać - Tomek ma wszystkie składniki w głowie. Już jutro planuje pokazać mamie, jak robi się makaron.

- Pyszne - chwali tata Tomka. - Na pewno wygra pan ten konkurs kulinarny.

- Nie jestem tego taki pewien. Niestety, bardzo się denerwuję występem w telewizji. Ale może chcecie wszyscy troje być gośćmi w tym programie i siedzieć na widowni? Mniej bym się denerwował, gotując.

- Oczywiście - odpowiada Tomek. - Przyjdziemy i będziemy panu kibicować!