Dlaczego kochamy. Naukowe kulisy najbliższych więzi - Anna Machin

-
Proszę czekać

Sieć kontaktów społecznych według Robina Dunbara Źródło ilustracji: Robin Dunbar

Poza poziomem 150 są już w większości tylko znajomi. Pięćsetkę tworzą osoby przypuszczalnie znane z imienia i nazwiska bądź osobiście, warstwa 1500 grupuje tych, których potrafimy nazwać, w  tym osoby nigdy niespotkane, jak na przykład celebryci czy politycy. Nieznani osobiście królowa Elżbieta II czy prezydent USA wciąż znajdują się w sieci naszych kontaktów społecznych. Warstwa 5000 obejmuje twarze, ale bez nazwisk.

Dość stabilne ograniczenie do 150 liczby aktywnych kontaktów społecznych w sieci wynika z dwóch czynników: czasu, który musimy poświęcić związkom, i zasobów poznawczych wkładanych w relacje. Jednego i drugiego starcza dla w sumie 150 osób. Dysponujemy skończonym czasem, na drodze społecznemu zaangażowaniu stoją inne potrzeby życiowe: praca, jedzenie, odpoczynek. Nie wszystkie kontakty są jednakowo intensywne. Czterdzieści procent naszych zasobów poświęcamy pięciu osobom tkwiącym wraz z  nami w  centrum sieci. Dziesiątce, tworzącej następny poziom, poświęcamy 20 procent. Udzielanie się społecznie wymaga solidnego zaangażowania umysłowego potrzebnego do śledzenia dokonań innych, zapamiętywania nie tylko kto jest kim, ale co najważniejsze także historii kontaktów z poszczególnymi osobami. Wszystko po to, by przestrzegać reguł interakcji, w tym zasad konwersacji, i powstrzymywać własne niepożądane reakcje i zachowania, oraz w porę dostrzegać krętactwa (więcej na ten temat w dalszej części). Towarzyskość jest domeną kory przedczołowej, inne obszary mózgu - na przykład odpowiadające za rozpoznawanie sygnałów węchowych - zostały u nas drastycznie zredukowane w porównaniu z pozostałymi ssakami. Liczba stabilnych relacji z innymi ludźmi mniej więcej na poziomie 150 wynika z takiego, a nie innego podziału funkcji mózgowych na obsługę potrzeb społecznych oraz na resztę czynności życiowych.

Na tę wartość systematycznie wskazują badania zachowań społecznych. Zyskała więc miano liczby Dunbara. Profesor Robin Dunbar, mój szef na Oksfordzie uważany za guru przez menedżerów mediów społecznościowych z Doliny Krzemowej, danych dotyczących interakcji społecznych poszukał wśród tak odmiennych grup, jak europejscy użytkownicy telefonów komórkowych, afrykańskie plemiona łowcówzbieraczy, robotnicy fabryczni czy bohaterowie wikińskich sag. Chociaż wielkość sieci zwykle mieściła się w przedziale 100-250, średnia zawsze wynosi 150. Przypatrzmy się, jak to wygląda we współczesnej armii NATO. Na pierwszym poziomie jest drużyna sił specjalnych (~5 żołnierzy), na drugim sekcja (patrol; do 14 żołnierzy), na trzecim pluton (do 45 żołnierzy), na czwartym kompania (~150 żołnierzy), a na piątym batalion (~300-800 żołnierzy). Podane liczebności wynikają z wieloletnich doświadczeń na polu walki.

Obowiązują, gdyż taka organizacja daje największe szanse przeżycia, wynikające z  zadzierzgniętych więzi i  sprawności komunikowania się w określonych warunkach. Struktura sieci społecznych, podobnie jak wiele cech nabytych, jest wynikiem adaptacji sterowanej doborem naturalnym. Konsekwencją są stabilne liczebności relacji społecznych, od wikingów (być może z okresu jeszcze dawniejszego) do dziś.

Wahania liczby Dunbara zależą między innymi od wieku (pełnię sieci kontaktów społecznych osiąga maksimum w trzeciej dekadzie życia, później maleje), osobowości (jak należało oczekiwać, ekstrawertycy są bardziej zaangażowani społecznie niż introwertycy) oraz płci (kobiety górują tu nad mężczyznami). Robin Dunbar i  zespół współpracowników z  Uniwersytetu Aalto w  Espoo (Finlandia) analizowali bilingi telefonów 24 komórkowych 3,2 miliona abonentów. Okazało się, że rozmowy z osobami z wewnętrznego poziomu relacji trwały siedem razy dłużej niż średni czas rozmów z osobami spoza niego. Zarówno w grupie mężczyzn, jak i kobiet liczba społecznych kontaktów była najwyższa, gdy mieli 25 lat. Mężczyźni mieli tych kontaktów więcej. Później relacji ubywało, a w wieku około 39 lat panie zaczęły górować nad panami liczbą kontaktów społecznych.

Jako 50latki osiągnęły drugie maksimum relacji z  innymi osobami. To interesujące spostrzeżenie, gdyż na ogół w  tym wieku pojawia się menopauza, zatem nasilenie kontaktów społecznych może mieć związek z dorośnięciem dzieci. Wyfrunęły z gniazda, matkom ubyło obowiązków opiekuńczych, a zyskany czas poświęciły sobie. Jeszcze ciekawsze jest to, że w wewnętrznych kręgach kobiecych sieci kontaktów społecznych znajduje się więcej osób, czyli bliższych przyjaciół, niż u  mężczyzn. Że poświęcają im więcej czasu. Znaczeniem bliskich przyjaciół dla kobiet - i uczuciem, które im okazują - zajmiemy się powtórnie w rozdziale 4.

Trochę Szekspira

Zdolności poznawcze są ważnym czynnikiem zróżnicowania osobniczego. Ludzie z  większą korą przedczołową - częścią mózgu w  poważnym stopniu odpowiadającą za poznawanie społeczne - i gęstszą istotą białą, zapewniającą szybkie komunikowanie się w obrębie ośrodkowego układu nerwowego (mózgu), skłaniają się do posiadania większych sieci kontaktów, potrafią bowiem lepiej śledzić poczynania ich członków. Na poziomie elementarnym przewidywanie, nazwane teorią umysłu, kto i co zamierza, ma kluczowe znaczenie. Ale potrzeba rozumienia, co myślą inni, na tym się nie kończy. A to z powodu złożoności 25 naszej sieci kontaktów społecznych - utrzymujemy relacje ze wszystkimi, którzy do niej należą, oni zaś przypuszczalnie są też powiązani ze sobą. Zatem potrafimy także pojmować okoliczności, które dają się opisać tak:

Domyślam się, że John jest przekonany, iż Mary wie, że Stuart przypuszcza, że Jane go zdradza.

Fragment wyróżniony kursywą to teoria umysłu - intencjonalność drugiego rzędu - wymagana przez bezpośredni związek dwojga osób. Całe zdanie tworzy intencjonalność piątego rzędu i  umożliwia rozumienie stanu umysłu osób, z którymi nie łączą nas bezpośrednie związki. W rzeczywistości pozwala tylko wnioskować o intencjach na podstawie tego, co o nich powiedziano.

Wszyscy różnimy się tak zwaną mentalizacją - zdolnością do odczytywania intencji innych. Przeciętna osoba daje sobie radę z intencjonalnością piątego rzędu zawartą w przytoczonym wyżej zdaniu. Mniej elokwentna czyta intencjonalność trzeciego rzędu (to znaczy: "ja", John i  Mary), najbystrzejsi - nawet siódmego rzędu (cytowane zdanie musiałoby uwzględnić jeszcze dwie osoby), ale to wielka rzadkość. Dramaty Szekspira wskazują, że był specem od mentalizacji - radził sobie z intencjonalnością szóstego rzędu. Jego utwory obfitują w złożone, współzależne związki i dlatego odbiorcy z obniżoną zdolnością do odczytywania intencji mogą mieć kłopoty z ich rozumieniem. Umiejętność mentalizowania ma kluczowe znaczenie w wykrywaniu krętactw, orientacji, kiedy należy zabrać głos w rozmowie prowadzonej przez kilka osób czy w przewidywaniu, jak nasze zachowanie mogłoby wpłynąć na innych członków własnej sieci kontaktów. Ma też decydujące znaczenie dla języka, który jest spoiwem interakcji społecznych. Rzadko mówimy wprost to, co mamy na myśli. Zamiast tego polegamy na wspólnej znajomości środowiskowych żartów, przenośni czy wyrażeń. Oznacza to, że przy interpretacji znaczenia cudzych wypowiedzi odwołujemy się do intencjonalności. Badania pokazują, że istnieje bezpośrednie, pozytywne sprzężenie między mentalizacją, wielkością mózgu i  rozległością sieci kontaktów społecznych. Robin Dunbar z grupą oksfordzkich współpracowników odkrył, że w miarę zwiększania poziomów intencjonalności, wynikających z rozbudowania opowieści o kolejne epizody, nie tylko wzrasta aktywność neuronów, ale także widać bezpośredni związek między rozmiarem kory oczodołowoczołowej (fragmentu kory przedczołowej usytuowanego tuż za oczami) a rozpoznawalną liczbą poziomów intencjonalności. Inaczej mówiąc, istnieje dodatnia korelacja pomiędzy wielkością tej części mózgu a siecią kontaktów społecznych danego osobnika. Czy to nie jest zdumiewające?

Musimy więc współpracować. By istnieć, zdobywać wiedzę i wychowywać dzieci. Nasze zdolności poznawcze niezbędne do nawiązywania kontaktów społecznych i ograniczenia czasu poświęcanego na nie powodują, że mamy skłonność do komunikowania się ze sobą w bardzo podobny sposób. Stąd już tylko krok do rozpoznawalnej i powtarzalnej struktury sieci wzajemnych relacji ze 150 osobami. Tyloma, ile wskazuje liczba Dunbara.

Gdyby tak być samotną wyspą

Kłopot w byciu razem wynika z tego, że ludzie kłamią, oszukują, kradną... Uniknięcie wydatkowania cennego czasu i  energii na relacje społeczne, które w wersji najmniej dolegliwej potrafią przynieść szkody emocjonalne bądź finansowe, a  w  skrajnie niekorzystnych okolicznościach mogą się odbić na zdrowiu lub zagrozić egzystencji, wymaga świetnego poznawania się na ludziach. Nie dać się oszukać oznacza co najmniej posługiwanie się teorią umysłu, a także intencjonalnością wyższych rzędów, jeśli w  perfidne działania zaangażowane jest więcej osób. W idealnej, błogiej izolacji wysiłek neuronów można by spożytkować na coś innego. A w grę wchodzi jeszcze stres towarzyszący życiu w stadzie, wynikający ze współzawodnictwa o  dostęp do dóbr, z  potrzeby dostosowania harmonogramu dnia do innych osób zamiast dowolnego gospodarowania swoim czasem czy z konieczności życia w zhierarchizowanym społeczeństwie. Jak większość gromadnie żyjących naczelnych podlegamy ściśle uporządkowanej strukturze opartej na atrakcyjności, zamożności i  pozycji społecznej. Wymienione czynniki i inne w jakiejś mierze określają szanse na pomyślną reprodukcję. Ta zaś z punktu widzenia ewolucji jest najważniejszą miarą udanego życia. Funkcjonowanie na drabinie społecznej jest stresogenne i czasochłonne. Miejscu na jej szczycie towarzyszy poświęcanie czasu i zasobów na utrzymanie zajmowanej pozycji: na układanie się, często służalcze, z sojusznikami, na demonstrowanie majątku, wyniosłość i usuwanie konkurentów próbujących wygryźć. Miejsce na dole oznacza koniec kolejki do wszelkich dóbr, może wiązać się z pragnieniem, głodem i brakiem okazji do rozmnażania. Najgorszym miejscem jednak są szczeble pośrednie, bo tymi na dnie ci z samej góry nie zawracają sobie głowy, uznając za nic niewartych. Ci wyżej tłamszą, utrudniając awans, warstwy niżej w hierarchii naciskają, próbując wspiąć się jak najszybciej w górę. Średniacy tkwią więc między młotem a kowadłem. Wszystko to oznacza bezustanne obserwowanie działań otoczenia. Obciąża mózg, testując zdolność do mentalizacji, i zabiera czas. I co równie ważne, nie wolno bagatelizować jedynych w swoim rodzaju obciążenia i kosztów, jakie wynikają ze współpracy z płcią przeciwną przy wychowywaniu dzieci. W tej materii w ciągu ostatniego pół miliona lat międzypłciowy kompromis niczego nie ułatwił.

Reasumując, współpraca jest niezbędna i zarazem potencjalnie zgubna. Jak zatem ewolucja zaradziła trudnościom i sprawiła, że współpracujemy, by egzystować i przedłużać gatunek?

Miłość

Na podstawowym poziomie jest biologicznym łapownictwem. Sprowadza się do grupy substancji chemicznych: neuroprzekaźników i neuromodulatorów, które skłaniają do wikłania się w niezbędne do życia relacje społeczne, na przykład z przyjaciółmi, rodziną, kochankami, a następnie wynagradzają za pielęgnowanie tych kontaktów. Jak się przekonacie w  następnym rozdziale, doznaniom osobniczym wywoływanym przez te substancje - kochaniu lub co najmniej sympatii czy lubieniu - towarzyszą serdeczność, zadowolenie i  euforia. Skłaniają nie tylko do poszukiwania nowych ich źródeł, ale też starań, by wywołujące je relacje trwały, a kluczowa dla egzystencji kooperacja nigdy się nie skończyła.

Miłość: droga do zdrowia i szczęścia

Kim tak naprawdę jestem w izolacji? Zawsze utrzymuję relacje z innymi, czyli te osoby coś w sobie mają. Wydobywają to, co we mnie najlepsze. Najszczęśliwszą część osobowości. Ujawniają mnie taką, jaką się lubię najbardziej. Przebywanie z nimi jest jak pokrzepienie "Aha, nie tylko cieszy bycie z wami, ale także to, że mogę być sobą". Samolubna radość z przebywania z kimś, kogo się kocha, pojawiająca się tylko podczas bycia razem. Margaret

Jestem pewna, że wszyscy potrafią sobie wyobrazić, jak krytyczni byliśmy wobec siebie w niepewnych środowiskach z ewolucyjnej przeszłości. Bez wątpienia wciąż są na świecie obszary, gdzie współpraca lub jej brak decydują o życiu lub śmierci. Jednak na Zachodzie, gdzie środowisko jest dość łagodne i bez ruszania się z kanapy można mieć wszystko, co niezbędne do przeżycia, współpraca, a zwłaszcza nasze najbliższe kontakty, jest nie tyle kwestią egzystencji, co zabawy i przynależności. Znamy czynniki najważniejsze do życia w zdrowiu: aktywność fizyczna, zbilansowana dieta, niepalenie tytoniu i  odpowiednia masa ciała.

I tyle. Wiemy, od czego zależy powodzenie. Tymczasem studium wykonane w 2010 r. przez grupę psychologów kierowaną przez Julianne HoltLunstad wskazuje na coś innego. Zebrali wyniki 148 badań, które dotyczyły śmiertelności z powodu przewlekłych chorób: nowotworów, sercowonaczyniowych i  nerek, by wymienić najważniejsze, w  kontekście osobniczych relacji społecznych. Te ostatnie mierzono między innymi wielkością sieci kontaktów, istniejącym bądź możliwym dostępem do opieki społecznej, izolacją lub osamotnieniem albo poziomem integracji z posiadaną siecią kontaktów. Analiza statystyczna, gwarantująca porównywanie podobieństw, dowiodła, że sieć wspierających relacji społecznych zmniejsza o połowę ryzyko zgonu. To mniej więcej tyle samo, co rzucenie palenia, a więcej niż utrzymywanie właściwego BMI.

Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej

PROLOG

? ? ? ?

Miłość... Jest trudna do ogarnięcia.

Uczciwie przyznam, że nie jest to pierwsza książka poświęcona miłości. Przeciwnie, półki w księgarniach i bibliotekach uginają się pod ciężarem dzieł autorów proponujących własne poglądy na ten temat. Formułowane rozmaicie, z punktu widzenia psychologii, filozofii, nauki czy kultury. Badam miłość od lat, przeczytałam wiele z tych publikacji. Dostarczyły pomocnych spostrzeżeń, wskazały nowe kierunki poszukiwań. Sporo próbowało odpowiedzieć na pytanie, czym jest miłość? Zwyczajowo sprowadza się ją do grupy mózgowych substancji chemicznych, do wyłącznie kulturowego konstruktu bądź do krynicy artyzmu albo inwencji. Nic dziwnego. Jesteśmy gatunkiem spragnionym wiedzy, który nie znosi przypadkowości. Nic nie uszczęśliwia nas bardziej niż jasne zrozumienie tego, dokąd zmierzamy. I tu mamy kłopot, bo miłość jest skomplikowana.

Jako antropolog param się obserwowaniem ludzi, następnie objaśniam - najlepiej jak potrafię - przyczynę zachowania lub anatomiczny kaprys, który widzę przed sobą. Aby zyskać pewność, że odszukam wszystkie dowody pozwalające na udzielenie odpowiedzi na każdym poziomie pojmowania, zapożyczam pomysły i metody z innych dziedzin zajmujących się człowiekiem.

Działam więc trochę jak sroka. Kiedy celem jest wszechstronne poznanie, często nie udaje się uzyskać jednoznacznej odpowiedzi. Badanie miłości nie jest wyjątkiem. Rozmaite dyscypliny naukowe wydają się mieć własne rozwiązania miłosnej łamigłówki. Bywa, że objaśnianie wyników badań w różnych dziedzinach przyprawia o ból głowy. We mnie zaś miłość wzbudza podziw. Podziwiam jej ogrom. Sposób przenikania do każdej dziedziny naszego życia oraz w naturę naszego bytu. Zachwyca mnie, jak ulokowała się w samym centrum egzystencji z mocą wpływania na zdrowie, kształtowania szczęścia i  wytyczania życiowych dróg. Budzi mój szacunek, na jak wiele sposobów jest przeżywana, jak obdarzamy nią tak wiele osób, zwierząt i bytów. Sądzę, że jesteśmy niesamowitymi szczęściarzami.

Książka nie odpowiada wprost na pytanie, czym jest miłość. Nie taki był zamiar. Zamiast redukowania przyczyny do jednego czynnika i serwowania zgrabnego, miłego wytłumaczenia, ujmuje rzecz dokładnie odwrotnie. Daje bardzo obszerną odpowiedź. Przedstawiłam 10 okoliczności. Każda dostarcza dobitnej, solidnie udokumentowanej odpowiedzi na pytania wybrzmiewające w rozważaniach o miłości. Żadna nie wyczerpuje tematu, zebranie ich razem daje jednak choć blade pojęcie o zdumiewającej naturze oraz ogromie ludzkiej miłości. Uwzględniłam wszelkie jej formy - między innymi romantyczną, platoniczną, duchową, futurystyczną, a także do celebrytów (paraspołeczną), wzięłam pod lupę wszystkie naukowe i społeczne wyjaśnienia.

Oznacza to, że koniec końców nie pojawi się definicja miłości ani żaden zgrabny komentarz, który pokieruje życiem: utrzyma na obranym kursie i zgodnie z harmonogramem. Mam natomiast nadzieję na przywrócenie uznania dla jej potęgi oraz rewizję poglądów na jej obecność w rozmaitych sferach życia. Odnoszę bowiem wrażenie, że chcielibyśmy potraktować miłość jako coś oczywistego, sprowadzając ją do obowiązku, który daje się odfajkować dzięki mediom społecznościowym. Dominujące na Zachodzie stawianie romantycznej miłości ponad wszystkim może oznaczać, że w zapomnienie idą inne jej rodzaje odczuwane w  życiu, na przykład kochanie rodziny, przyjaciół, zwierząt, bóstw. A przecież wszystkie odpowiadają za to, jacy jesteśmy. Są częścią frajdy z bycia człowiekiem. Przeżywanie miłości na bardzo wiele sposobów odróżnia nas od podobnych nam stworzeń.

W argumentacji posłużę się dowodami z wszelkich dziedzin wiedzy. Regularnie sięgnę do nauk ścisłych, takich jak genetyka, farmakologia i dyscypliny wspólnie określane mianem neuronauki. Przywołam psychologię, filozofię, antropologię społeczną oraz teologię, gdyż objaśnianie jakiegoś postępowania lub przeżycia ma nieuniknienie wielowarstwowy wymiar. Tak, to książka naukowa, ale przede wszystkim mówi o kluczowych aspektach kondycji ludzkiej. I mam nadzieję, że każdy w niej znajdzie coś dla siebie. Nadążanie za argumentacją nie wymaga wiedzy uczonego ani antropologa, wszyscy bowiem jesteśmy znawcami miłości. Oprócz podania łatwych do zrozumienia podsumowań wiedzy akademickiej zapoznaję również z głosami zwykłych ludzi, opowiadających o przeżywanych miłościach (i związkach) do własnego dziecka i przyjaciół, psa, boga, nawet do ulubionego zespołu muzycznego. Mam nadzieję, że każdy z czytelników wzbogaci listę o własne doświadczenia.

Książka jest o miłosnym abc: dlaczego? jak? co? i kto? Wyjaśni, dlaczego najpierw rozwija się uczucie i jak dostrajają się mechanizmy ustrojowe - behawioralne, fizjologiczne i nerwowe - by miłość pochwycić i podtrzymać. Wyjawi, co sprawia, że miłość jest szczególnie zindywidualizowanym doświadczeniem, zgłębi maszynerię - biologiczną i kulturową - która odpowiada za to, jak kocham ja, i za to, dlaczego ty kochasz inaczej. Objaśni nie tylko, dlaczego osobiste uczucie, jakim jest miłość, trafia do domeny publicznej, ale także dlaczego to, kogo i jak kochamy, jest narzucane przez społeczeństwo. Badam niedoceniane jej rodzaje i zachęcam do potraktowania miłości nie jako uczucia, ale jako potrzeby równie niezbędnej, jak jedzenie czy powietrze, którym oddychamy. Wspomnę o rzadziej branych pod uwagę aspektach miłości, o  jej ciemnych stronach i  tym, dokąd może zaprowadzić pogoń za nią. Żywię gorącą nadzieję, że książka zarazem pokrzepi i  stanie się wyzwaniem. Człowiek ma wiele okazji do odczuwania miłości, zatem głęboko wierzę, że wszyscy w życiu znajdą jakąś miłość: do kochanki/kochanka, przyjaciółki/przyjaciela, psa bądź boga. Nie straci tylko ważności pytanie, czy wygodnie nam ze zjawiskiem, które potrafi leczyć i ranić, a które w ostatecznym rozrachunku z całą pewnością okaże się nieprzewidywalne.

Piszę prolog podczas drugiej fali COVID19 w Wielkiej Brytanii. Chociaż choroba działa niszczycielsko na wielu frontach, sądzę, że przyniosła dwojaką korzyść. Po pierwsze przywróciła zrozumienie tego, co najważniejsze w życiu dla zdrowia, szczęścia, życiowego zadowolenia. Po drugie zwróciła uwagę na kochane osoby. COVID, pozbawiając nas okazji do spotkań, uwidocznił przemożną instynktowną potrzebę obcowania: uścisku przyjaciela bądź rodziców albo ludzi, którzy w swojej pracy dbali, by nie zabrakło tego, co niezbędne do życia: pożywienia, wody, opieki.

Człowieka, który być może poświęcił kontakty z bliskimi, tak jak wielu pracowników ochrony zdrowia, by doglądać osób kochanych przez innych. Współpraca ludzi oraz miłość budzą respekt i podziw. Wierzę, że definiują człowieczeństwo. COVID odzierając nas ze wszystkiego, pokazał, że tylko te wartości nam pozostały i koniec końców tylko ich potrzebujemy.

Ale od początku. Zacznijmy od miłości jako ratunku. Kilka słów o autorach cytowanych wypowiedzi Miłość jest niezwykle subiektywnym uczuciem. Kochanie przeze mnie i kochanie przez kogoś innego przypuszczalnie się różni.

W konsekwencji żaden raport na temat miłości, jestem o tym przekonana, nie będzie pełny bez przytoczenia opinii i przeżyć innych osób. Tak, to prawda, że obiektywniej niż dotąd pojmujemy miłość, są jednak pytania, na które nie odpowie ekran tomografu ani zawartość szalki Petriego. Zatem częścią mojej pracy zawsze są rozmowy z ludźmi i zapis ich przemyśleń. Nie inaczej jest w tej książce. W wielu miejscach zamieściłam anonimowe opisy przeżyć tych, którzy mogli doświadczyć jakiejś formy miłości, w tym osób poliamorycznych, aromantycznych i mniszek, a także przejmująco szczere opinie natury ogólnej, będące odzewem na mój apel zamieszczony na Twitterze. W okresie przymusowej izolacji oraz konieczności zachowywania dystansu społecznego cieszyły tak liczne spotkania na ekranie, a zasłyszane opowieści często poprawiały humor. Wszystkich prosiłam o definicję miłości i podzielenie się wrażeniami z jej przeżywania. Jednym sprawiało to przyjemność, innym wyznania przychodziły z trudem. I przede wszystkim za to im dziękuję.

ROZDZIAŁ 1

PRZETRWANIE

? ? ? ?

Miłość i współczucie są koniecznością, nie luksusem.

Bez nich ludzkość nie przetrwa.

Dalajlama

Na tej planecie nie ma nic bardziej irytującego niż inna osoba.

Dr Stan Tatkin, terapeuta par

Kochać znaczy przetrwać. Nie mam na myśli desperacji nastoletniej osoby przekonanej, że umrze, jeśli obiekt uwielbienia choćby nie zwróci na nią uwagi. Ani odtrąconego kochanka, który za jedyny lek na ból złamanego serca - oznakę niechybnej śmierci - uważa szybkie pojednanie. Chodzi o fundamentalne być albo nie być: "Masz zamiar przekazać trochę genów kolejnym pokoleniom czy nie?". Ludzie to skomplikowane bestie. Dzięki okazałym mózgom tworzą, poznają, podbijają i wynajdują. Ale te same mózgi przeszkadzają w  skutecznej reprodukcji bez udziału innych osób. Nie wyposażają we wszystko, co powinniśmy wiedzieć - potrzebują wsparcia naszych przyjaciół, rodziców czy Google'a (krynicy ludzkiej mądrości). Czy nam się to podoba, czy nie, jesteśmy skazani na siebie. Fundamentem wszystkich związków - zarówno bliskich i trwałych, jak i przelotnych - jest współpraca. Wyniki prowadzonych przez dekady badań zgodnie podkreślają, że człowiek rozumny jest gatunkiem najbardziej skłonnym do kooperacji. Wskazują na to rozległość sieci społecznych, zróżnicowanie tworzących je elementów, złożoność ich powiązań i związków w ich obrębie. Miłość wynika ze współdziałania, ono zaś wytycza drogę do przetrwania.

Współcześnie zrozumienie miłości wymaga wiedzy, dlaczego ona się rozwija, a to oznacza, że zacząć trzeba od zrozumienia kooperacji. Poznania, dlaczego jest kluczowa dla naszego przetrwania i dlaczego czasami przyprawia o poważny ból głowy.

Niechętny rodzic

Jako nastolatka nie byłam fanką niemowląt ani dzieci. Niektórzy z moich przyjaciół dostawali bzika w kontakcie z brzdącami. Ja byłam gotowa obdarzyć uczuciem każde futrzaste maleństwo, najlepiej z pazurkami. W dzieciństwie miałam nadmiar zwierząt, ale pierwszy prawdziwy sprawdzian w opiekowaniu się młodym przeszłam, przygotowując pracę magisterską poświęconą naczelnym. W londyńskim zoo przyglądałam się zachowaniom towarzyszącym zdobywaniu pożywienia przez stado makaków czubatych. Starałam się rozgryźć ewolucyjne źródła płciowego uwarunkowania orientacji przestrzennej. Wiele się o tym mówiło, stało się to tematem wielu seksistowskich żartów. Przymilnie wyglądające małpy z fryzurą na Elvisa codziennie urządzały widowisko - spierały się, godziły, prężyły muskuły i  rodziły. To ostatnie było ważne dla przyszłych małpich mam. Cały ten teatr wciągał mnie bardziej niż powód, dla którego przybyłam do małpiej społeczności. Generalnie, mimo życia w  stadzie, samice muszą z  macierzyństwem radzić sobie same. Często rodzą nocami bez wsparcia. Potem troszczą się o noworodka zasadniczo bez większej pomocy ze strony pobratymców. Nowy członek stada na początku wszystkich fascynuje, chcą go potrzymać lub poiskać. Młodsze samice ku niezadowoleniu matki próbują od czasu do czasu - dla nabycia wprawy - podkraść noworodka. W istocie jednak wychowywanie nowo narodzonego makaka to zadanie jednego członka stada. Małpie noworodki, podobnie jak inne z rzędu naczelnych z wyjątkiem ludzi, szybko się usamodzielniają. Już kilkutygodniowe małpiątka buszują po wybiegu, bawią się z młodzieżą. Matki dbają tylko o żywienie bądź interweniują, kiedy igraszki stają się zbyt wyczerpujące.

Zauważyłam, że jedna z samic - wabiąca się Mia - zmagała się z  matkowaniem. Przez własne niedbalstwo straciła pierwsze dziecko, zatem po drugim porodzie opiekunowie pilnie śledzili jej poczynania. Niestety historia się powtórzyła. Samica znowu nie miała ochoty opiekować się noworodkiem. Adopcja w królestwie zwierząt jest rzadkością, więc nie było wyboru, ludzie musieli zastąpić matkę. Moje pierwsze doświadczenie macierzyństwa zawdzięczam więc futrzastemu dziecku z ogromnymi oczyma, maciupeńkimi palcami, niezaspokojoną potrzebą baraszkowania i zwiedzania zakamarków pokoju, w którym piliśmy poranną herbatę.

Po dziesięciu latach sama stanęłam oko w oko z pierworodną. Czytałam, co się dało, uczęszczałam na szkolenia, stałam się kobiecą encyklopedią. Własne przeżywanie macierzyństwa dalece różniło się od małpiego. Mój dzidziuś okazał się niewiarygodnie nieporadny. Nie potrafił skupić wzroku, skoordynowanie poruszać kończynami, wymagał karmienia, dbania o bekanie, zasypianie, zabawianie. Najuciążliwsze było mycie i przewijanie po każdym wypróżnieniu. Do czwartego tygodnia życia córeczka nie potrafiła dźwignąć główki, musiało upłynąć 16 tygodni, nim rączką trafiła do ust. Do 24. tygodnia gaworzyła, od 32. tygodnia samodzielnie siedziała. Zaczęła się bawić około szóstego miesiąca, chodzić dopiero w wieku dwóch lat. Dzieciństwo i dorastanie wymaga towarzystwa dorosłych: rodziny, przyjaciół, belfrów i lekarzy. Korzysta więc z mądrości nauczycieli, opieki medyków, wsparcia i wyzwań rówieśników oraz rodzinnej opieki. Bez tego wszystkiego przypuszczalnie by nie przeżyła, a z pewnością nie rozwinęła się prawidłowo.

Anomalia anatomiczna

Moje koleżanki, także mamy, są ważnymi przyjaciółmi, jesteśmy w tym samym wieku, mamy około 35 lat i brakuje nam czasu. Mamy wspólne zainteresowania. "Wiesz, moje nie chce jeść". To wygodna sytuacja. Joan

W odróżnieniu od makaków ludzkie noworodki wymagają bardzo dużego wkładu bezliku osób, gdyż kaprys ewolucji sprawił, że nasze dzieci przychodzą na świat dużo wcześniej, niż powinny. Owo dziwactwo ma dwojakie podłoże: okazałość mózgu - jest sześć razy większy niż u innych ssaków naszej wielkości - oraz poruszanie się na dwóch nogach. Gdyby płód w pełni się rozwinął, główka nie zmieściłaby się w zwężeniu dróg rodnych. Byłby to wyrok śmierci na matkę, dziecko, a w konsekwencji na cały gatunek. Ewolucja sprawiła więc, że rodzimy potomstwo bardzo wcześnie, z nie w pełni wykształconym mózgiem, całkowicie niesamodzielne jeszcze długo po porodzie. A matka, która sama potrzebuje opieki i wsparcia, musi się użerać z wciąż powiększającą się gromadą nieporadnych dzidziusiów i  niesfornych maluchów. W  świecie makaków, w którym potomstwo przychodzi na świat dostatecznie rozwinięte, matka opiekuje się tylko jednym dzieckiem. Następne rodzi, gdy poprzednie osiągnie całkowitą samodzielność. U ludzi tak się nie dzieje, co potwierdzi niejeden znękany rodzic. Nasze dzieci przez wiele lat uzależnione są od opiekunów. Moje, choć już nastoletnie, nadal wymagają sporego wsparcia. Moi rodzice często przekonują, że choć mam 45 lat, nadal przysparzam im zmartwień i  jestem powodem stresu. A  ponieważ nowinek technologicznych przybywa z  prędkością światła, pociecha oprócz rutynowej opieki wymaga także wysiłku nauczycieli. Wszystko ma sprawić, że przeżyje, a w dorosłym życiu będzie prosperowała w coraz bardziej skomplikowanym świecie.

Moc dziewczyn

Na samym początku matka poszukiwała wśród krewniaczek pomocy w ujarzmianiu krnąbrnej gromady. To one na zmianę niańczyły, zdobywały niezbędne do przeżycia pokarmy i płyny, starsze wpajały młodszym elementarne zasady sprawowania opieki. Cała grupa dbała, by nastolatki (kategoria wyłączna dla naszego gatunku) poznawały najnowsze metody polowania i krzesania ognia, wprowadzała w subtelności polityki stada. Współpraca to w istocie polityczny labirynt. Jak u większości ssaków tatuś pozostawał anonimowy. Około pół miliona lat temu nasz mózg znów się powiększył i  wydawane na świat potomstwo nagle stało się jeszcze bezradniejsze i rozwijało się jeszcze dłużej. Opieka matki, pomoc ciotek i  sióstr już nie wystarczały. Ewolucja wymogła więc, by do roboty wziął się rzutki ojciec, co chroniło gatunek przed zabrnięciem w rozwojową ślepą uliczkę. Temu zagadnieniu poświęciłam książkę The Life of Dad.

Wojna płci

Pojawienie się na scenie ojca wprowadziło do kooperacji nowy zestaw zagadnień. Chowanie potomstwa we współpracy z krewniaczkami - rozważane w kategoriach przysług opiekuńczych - było jak handel ze swoimi. Współdziałanie z płcią przeciwną oznaczało zupełnie nowe rozdanie. Zamiast altruistycznie opiekować się potomstwem, tatuś w zamian za pomoc w jego chowaniu oczekiwał, że zostanie następnym, łatwo dostępnym seksualnym partnerem mamy, czyli każdy potomek, w  którego przyjdzie mu inwestować, będzie na pewno jego. Wymiana seks za opiekę nad dzieckiem jest poznawczo znacznie bardziej złożona niż dzielenie obowiązków opiekuńczych tylko z kobietami. Płaci się inną walutą. Należało przekalkulować wszystko na nowo, tak by nikt źle na tym nie wyszedł. Z jednej strony dołączenie taty było mile widzianym powiększeniem grona opiekunów, z drugiej jednak oznaczało poświęcanie więcej cennego czasu i większe zaangażowanie umysłu w utrzymanie relacji międzypłciowych. Struktura społeczna robiła się bardziej złożona.

Oprócz opieki nad potomstwem i uczenia go potrzebujemy jeszcze jednego czynnika, bez którego przetrwanie stałoby się niemożliwe, nie wspominając o przedłużaniu gatunku - współpracy. Bez niej utrzymanie się przy życiu staje pod znakiem zapytania. W  środowisku, w  którym ewoluowaliśmy, mogła oznaczać poleganie na wiedzy innych, by nauczyć się polowania czy znajdowania źródeł wody, kooperację przy budowie schronień i zbieraniu pożywienia albo wyświadczanie przysług, na przykład za wykonanie nowej dzidy bądź grota strzały. Nawet współczesny świat, który zaopatruje w artykuły spożywcze bez potrzeby porzucenia przez nas wygodnej kanapy, nie obchodzi się bez współpracy wielu ludzi. Dostarczenie towarów pod drzwi, gdy bezpośredni kontakt z dostawcą jest ograniczony do minimum, jest poprzedzone pracą osób zaangażowanych w uprawę, zbiór, transport, pakowanie, przyjmowanie zamówienia i  dowóz. Współpracujemy ze wszystkimi, aczkolwiek zdalnie. Musimy, by przetrwać. A także żeby się uczyć, wychowywać dzieci, jeść. Musimy tylko pielęgnować rozbudowaną i złożoną strukturę społeczną gwarantującą wszystko, co nam niezbędne do przeżycia.

Magia stu pięćdziesięciu

Dotkliwa, przymusowa izolacja uświadomiła mi, że nie mam tak wielu przyjaciół, jak mi się zdawało! Zdumiało mnie, jak niewiele osób podtrzymało kontakty i  ilu ludzi... praktycznie prawie nikt się nie wysilił, by sprawdzić, czy wszystko ze mną OK. Zacząłem dużo rozmyślać o przyjaciołach. Skonstatowałem, że mam mnóstwo znajomych, których pewnie lubię, ale nie kocham. Tak naprawdę nic mnie z nimi nie łączy. Uświadomiłem sobie, że mam tylko jednego przyjaciela. James

Często nawracająca potrzeba współpracy, by się rozmnażać, uczyć i utrzymać przy życiu, skutkuje tworzeniem sieci kontaktów społecznych. Ma strukturę warstwową, a  tym, co frapuje, są mniej więcej identyczne relacje międzyludzkie, niezależnie od wieku, osobowości, płci, przynależności etnicznej czy czegokolwiek innego. Jądro owej sieci tworzy cztery, pięć osób, z  którymi jest się uczuciowo najbliżej, z którymi utrzymuje się najczęstsze kontakty, nie rzadziej niż co tydzień. To ten jeden przyjaciel wspomniany przez Jamesa i przypuszczalnie kilkoro członków rodziny - zwykle małżonek oraz dzieci. Tworzą doborowe towarzystwo, wewnętrzny krąg, który na Uniwersytecie Oksfordzkim przyjęto nazywać central support clique. Mogą ją tworzyć rodzice, partner/partnerka, dzieci albo najbliższy przyjaciel/ przyjaciółka. W  najtrudniejszych chwilach u  nich szuka się murowanej pomocy. Kolejny krąg (poziom) tworzy około piętnastu osób - "grupa sympatyków". Badania prowadzone pod koniec lat 70. XX w. przez psychologów Christiana Buysa i  Kennetha Larsena wykazały, że mniej więcej z  taką liczbą osób utrzymuje się bliskie kontakty nacechowane uczuciem wzajemnego zrozumienia. Trywializując, to ci, z którymi wieczorami gdzieś wychodzimy: do pubu, kina czy restauracji. Rozrywkowa ekipa. Następny poziom - 50 - to "grupa wspólnotowa". Zasadniczo szerzej pojęta rodzina, krąg znajomych i niektórzy ze współpracowników. Kolejny poziom obejmuje krytyczne 150 - maksymalną liczbę osób pozwalającą utrzymywać aktywne, satysfakcjonujące kontakty. Forma wspólnoty, której członkowie mogą się spotykać nie rzadziej niż raz w roku. Sieć ma kolejne kręgi: 500, 1500, 5000 i tak dalej. Można zauważyć, że w miarę oddalania się od środka, czyli ciebie - ego - z grubsza potraja się liczebność zaangażowanych osób. Każdy kolejny poziom obejmuje wcześniejsze. Koncentryczne kręgi z  tobą w centrum. Tarcza do gry w rzutki, na której dziesiątką jesteś ty. Rysunek pomoże zrozumieć, o co w tym chodzi.

Sieć kontaktów społecznych według Robina Dunbara Źródło ilustracji: Robin Dunbar