Dla Wilka - Michał Szcześniak

-
Proszę czekać

Część pierwsza

Najpierw organizm traci ciągłość w sensie fizycznym. Mózg przestaje spajać świadomością to, co było dotychczas projekcją fizis. Czuję, lub właściwie przestaję czuć, że ciało jest jakby tylko warstwą perfum, mgiełką,- materializującą się w pewnych, rzadko występujących w naturze warunkach. Może i wyświetloną w wyjątkowo realistycznym kinie, ale tylko projekcją.

Wytrącony ze swojej skóry, dotychczasowego postrzegania, wszystkiego, co wydawało mi się być mną, - nagle pojawiam się w kilku miejscach jednocześnie. Widzę trzy swoje ciała. Po chwili cztery, po kolejnej kilkanaście i wreszcie nie jestem już w stanie ich policzyć. Mój umysł dekoncentruje się.

Za to wyjątkowo wyraźne staje się "Ja". Jakbym całe życie patrzył na nie przez kolorowe szkiełko, które wreszcie odłożyłem (spojrzałem wprost na siebie?). Kiedy fizis znika, a więc znikam jakiś ja, o taaak! Wtedy naprawdę pierwszy raz w życiu umieram.

Ale wyczuwam kogoś jeszcze. Obecność tak silną, jak nigdy wcześniej we śnie. To, jak to się mówi... On. Stajemy obok siebie i żonglujemy tematami ostatecznymi.

- Nie przejmuj się sercem. Tu mu już nic nie grozi. W sensie fizycznym oczywiście. Właśnie się uspokoiłeś. Twoja narzeczona odetchnęła, bo nie wiercisz się w łóżku. Zupełnie, jakbyś był martwy. - mówi Fixe.

- A nie jestem?

- Jesteś... nie mniej miło cię poznać.

- Nie sądziłem, że będę się czuł tak, no wiesz, intymnie.

- Jestem z tobą od narodzin. Znamy się, jak bracia.

- Uch... - Wstrząsa mną nagle dziwne uczucie. To tylko wstęp, przygrywka do inicjacji, zdążam jednak zaniepokoić swojego rozmówcę.

- Zimno ci? - pyta.

- Tak, ale jakoś zupełnie cudownie.

- Ha ha ha. Widzisz, życie i śmierć są pełne paradoksów. Cudownie. Wyobraź sobie wszystko, co najlepsze i to jest właśnie życie i śmierć. Opowiedz mi, jak ci teraz jest?

- Zimno.

- Och, pamiętam, jak mi pierwszy raz było zimno. Mam ogromny sentyment do tej chwili. A słyszysz muzykę?

- Nie.

- Cicho?

- Cicho. Za to piękne widoki.

- Serio? Co widzisz?

- Kolumny, wodę, piękne kobiety w białych rzymskich togach i przyjaciół.

- Dziwne, ja nic nie widziałem.

- I czuję zapachy - słonej morskiej wody, spalonych słońcem skał, młodych ciał, ogrodu. Zaczynam słyszeć... jeszcze daleko, są daleko.

- Taaaak, no to najwyższy czas, żebyś przeszedł się ze mną i zobaczył, co jest dalej.

- To znaczy naprawdę umrzeć?

- Nie. Możesz tam zajrzeć, bo zasłużyłeś. Ci, których do tego dopuszczamy mają później tak zwaną spokojną śmierć. Inni jeszcze przed zejściem mają szansę się nawrócić.

Zasłużyłeś też na to, żeby wrócić i skończyć swoje życie. Dostaniesz pewnie jakieś kilka dni.

#

Zaglądam. Oślepia mnie światło, rozpala ciepło i podnoszę się, obudzony. W głowie dźwięczy tylko - Będziesz wiedział i... już nie pamiętam. Jakieś słowo na pożegnanie. Może: Fixe...

- Spałeś, jak bobasek. Nie chciałam ciebie budzić. - mówi Ola. - No czemu jesteś taki poważny? Coś ci się śniło?

Ale jest piękna.

- Kawa... - podpowiadam jej.

- A no tak. Zapomniałam, że przed kawą nie myślisz.

- Wstawiłaś wodę?

- Nie... ty wstawisz wodę, ja pójdę się kąpać, a potem ty przyjdziesz do mnie, ok? Dla mnie mleczko i dwie łyżki cukru.

Powiedziała to już nago. Chwilę pozwoliła mi cieszyć wzrok widokiem jej ciała i już jej nie było. Zaparzyłem kawę i poszedłem do niej. Wskoczyłem do wanny, w której mieściliśmy się tylko, kiedy byliśmy bardzo blisko przytuleni.

- Miałem dziwny sen.

- O czym?

- Nie wiem. Nie pamiętam dokładnie.

- Ale nie taki, jak ja, że mnie biskupi gonili po lesie.

- Nie, nie, raczej taki, że spotkałem Morfeusza, a może to był Los...

- Ten z komiksu?

- Nie, bardzo realny, prawdziwy. To znaczy podobny do rzeczywistej, ale nieludzkiej postaci.

- Aha... - myśli, że jestem dziwak, no jestem. - Fajnie i co mówił?

- Nie wiem, nie pamiętam.

- No tak, to może zadam inne pytanie, kochamy się?

- Tak, jasne.

#

Oto gra, - utwór na dwa ciała. We wstępie wprowadzamy siebie w trans. Dziś używamy olejków, muzyki i świec. Robimy klimat, bo Ola pod tym względem jest taka jak one wszystkie, - lubi, jak w tych chwilach otoczenie jest wyjątkowe. W naszej ciemnej, małej łazience światło małych płomyków ognia daje efekt, jak ze snu choć o wiele bardziej kameralnego niż ten mój, można pomyśleć, kapliczki, małej świątyni, w której składamy ofiarę.

Chwilę potem ona szybko się wsuwa i zaczynamy się układać w najróżniejsze figury i cyfry. Znamy siebie doskonale i pozwalamy się prowadzić nieomylnej intuicji. Jesteśmy zgrani ze swoimi ciałami i z tą wanną. Dostrojeni. Oczekujemy rajskich jabłek. I je dostajemy. Za darmo, bez grzechu. Bezpieczni, szczęśliwi i zakochani, oddani sobie, wierzący.

#

Piętnaście minut później odezwała się codzienność. Opłukaliśmy się i poszliśmy na śniadanie.

- A co z szefem?

- Nic nowego. Ciągle muszę zapieprzać, bo ma genialne pomysły, które mam załatwiać na raz. Rozpieszczony przez życie i mamę.

- Odejdź wreszcie stamtąd.

- Tylko widzisz, to nie będzie proste, bo on nam teraz szykuje opcje na akcje, żeby nas jeszcze zanęcić. Oczywiście to ja mam to wszystko pozamiatać.

- Czyli z każdym dniem będzie trudniej, ale jednak chcesz brnąć dalej.

- Tak, dopóki nie znajdę lepszej roboty. No... Co znowu?

- Weź gumę do żucia, albo lepiej by było, jakbyś umyła zęby.

- Straszny, straszliwy, potwór.

Ola szczotkuje zęby, potem nachyla się i całuje mnie czubkami warg w moje czubki. Bardzo przyjemna chwila, szkoda, że tak krótka. Musi pędzić. Ja też wracam do obowiązków.

#

Jestem dziennikarzem "Życia". Artykuły kulturalne, recenzje, wywiady. Na dobry początek dnia lubię skupić się na dźwiękach muzyki, którą będę recenzował. Taki mam rutynowy harmonogram na wszystkie pracujące poranki. Tym razem coś jednak odwraca moją uwagę. Wyglądam na balkon znajdujący się naprzeciwko mojego. Sąsiad ma widocznie gościa. Stoi tam, u niego na tarasiku, znerwicowany, roztrzęsiony ze zmęczenia, albo długotrwałego głodu palacz papierosów. Po chwili patrzenia na niego zaczynam mieć absurdalne wrażenie, że gość czuje jednak inny głód. Głód zanieczyszczanego przez niego właśnie powietrza... Zupełnie, jakby teraz nie oddychał. Nie, absurd, literacka bujda.

"Gość" patrzy gdzieś, gdzie ja widzę tylko chmury. Może to, o czym myśli, mogłoby mnie też zainspirować, na przykład do napisania pierwszego zdania recenzji, albo po prostu na dobry początek dnia. Ale nie. Jego zamyślenie to tylko zasłona dymna. Mam wrażenie, że aż go korci żeby łypnąć na mnie, zeskanować i wrzucić do szufladki z napisem "ciekawość zaspokojona". Pewnie to zrobi, kiedy tylko to ja nie będę podglądał jego. Odwracam się więc, po czym momentalnie patrzę na niego z powrotem. O cholera!

Jego wygląd wyzwala coś, czego dawno nie doświadczałem, ukryte bardzo dziwne uczucie, jakby z głębin mojej świadomości. Ale nie pytajcie mnie, co to jest. Nie wiem. Dociera do mnie tylko, że sekundę temu, kiedy spotkaliśmy się spojrzeniami, mignęło mi przed oczami dzieciństwo. On... ma jasne niebieskie oczy, takie jak moje. Teraz są wpatrzone we mnie z nie mniejszym zaskoczeniem, jak moje na widok jego spojrzenia. Gapił się... i dał się przyłapać. Głupio mu teraz, ale nie spuszcza wzroku. Twardo sobie obaj pogrywamy. Kowboje.

Przypomina mi Fixe'a, tego, którego spotkałem w nocy, - Pana Sen, czy też Pana Los. W głowie kołacze mi się myśl, że gdyby okazało się, że te dwie dziwne postaci są w istocie jedną, to z naszych spotkań ułożyłby się ciekawy ciąg zdarzeń. No bo spójrzmy na to tak. Kolega sąsiada jest otępiały, jakby dopiero co wstał, bo przecież dopiero co skończył robotę w zaświatach, w moich snach. Wychodzi na balkon, żeby wypalić ostatniego papierosa przed jego prywatnymi zaświatami, jego świętym snem. Już jest myślami pod pierzyną, pogrążony w błogim śnie, a tu kto? - ostatni klient. Oto Matrix Panie Ktoś, Matrix.

Nałogowy poszukiwacz przygód

No ale wróćmy do tego świata i spójrzmy, na tego pana chłodnym okiem. Ma pomięte ubranie i jego ubiór w ogóle razi niedbałością, rozchełstaniem, chaotycznością, choć wyjątkowo kontrastuje z tym wyglądem, jego zogniskowane, przeszywające spojrzenie, które jego oczy, kierują na drugą w tym towarzystwie parę, o czym jestem coraz bardziej przekonany identycznych, - moich oczu.

Więc czas na to, by wprowadzić tu bohatera, który już istnieje na papierze, a teraz ujawnił się w realu. Zupełnie tak, jak nikotynista, wygląda bohater mojej powieści, Ernest Wolf. Facet pozbawiony życia, który o nie dopiero walczy, ale żeby je dostać musi zabić człowieka. Ponieważ jest duchem, nie jest to takie proste. Musi się uciec do diabelskiej sztuczki. Tylko jakiej? Wiecie może jakiej?

To powieść, na którą mam kontrakt sam ze sobą. Pomysł, który mnie śledzi i nęka. Czyli wszystko tak, jak być powinno, bo temat powinien śledzić i nękać. Patrzę jeszcze na mojego, żywego Wolfe'a, jak zahipnotyzowany. Taaak, to on. Dzięki chłopie, że mi się ujawniłeś. Właśnie takiego ciebie potrzebowałem. Będzie ci do twarzy z tymi niebieskimi oczami w mojej powieści. Mam nadzieję, że ja tobie nie byłem do niczego potrzebny.

Uśmiecham się do siebie. Myślę, że gdyby to on, mój nowo odkryty sąsiad, miał kraść dusze, gdyby miał być takim duchem, który chce koniecznie być człowiekiem i żyć! To miałby właśnie takie cierpiące spojrzenie. Rzeczywiście podobne do mojego, ale pełne bólu. Póki, co to najwyżej ja mogę mu ukraść duszę. Opisując ją.

#

Jakby to ubrać w słowa? Wolf ma oczy swojej ofiary. Moje oczy.

Wolf nigdy nie żył, tak naprawdę. Bo kiedyś już zmarnował jedno życie. Ale czuje się niesprawiedliwie potraktowany przez los. Wolf jest diabłem? Nie, to człowiek. Pod tym względem od jego śmierci nic się nie zmieniło.

Wiem już, że bardzo pragnie życia i żeby je zdobyć postanowił już - zabije. Pochłania teraz ogromne ilości kawy i papierosów. Śmierdzi mu z ust tą mieszanką. Może bierze kokę? Wszyscy teraz biorą kokę.

Czy kiedy ukradnie wreszcie duszę naprawdę będzie żył? Tak - żyć będzie, ale czy będzie wolny?

Nie sądźcie, że wymyślam bohatera powieści na gorąco. Zbieram już tylko skrawki w jedną całość. Zszywam je. Ale wciąż pozostaje wiele pytań, mimo że już naprawdę dobrze znam Wolfe'a. Więc teraz przychodzi mi do głowy, żeby to on mi powiedział, czy będzie wolny, jeśli zabije. Odwiedzę sąsiada... Dobry pomysł.

To musi być mieszkanie skierowane na wschód w klatce obok. Trzecie piętro. Zjeżdżam na parter, robię dwa kroki do windy obok i wjeżdżam na moje piętro. Jestem tylko 2 metry dalej, ale jakbym był po drugiej stronie lustra. Te same ściany i numer drzwi zamiast 15 - 51. Po tylu wcześniejszych podobieństwach, to kolejne zdaje się być surrealistycznym żartem. Przychodzę trochę, jak do siebie, chociaż nigdy tu nie byłem. Puk, puk. Nikogo nie ma. Dzyń, dzyń. Nic, pusto. Ta sama droga z powrotem.

I znów siadam przed monitorem. Odruchowo jednak spoglądam na balkon obok. Niedopałek jeszcze dymi w popielniczce sąsiada. W środku jakby ktoś się poruszył, załopotała firanka. Może to złudzenie.

Muszę sam sobie zadać pytanie, które mnie dręczy. Czy Wolf może być wolny? I szczerze odpowiadam, - nie wiem.

Reszta dnia to proza życia, przed komputerem, z dawką dobrej muzyki.

#

Wieczór to natomiast odlot towarzyski. Jesteśmy dziś w komplecie, Gargamel, Kulek i Żydek, oraz Damka i Kasia "Luźna guma". To jeden z wielu kręgów, w których się obracam. Oceniając go z perspektywy czasu, mój ulubiony.

Ja jestem z Olą. Żartujemy, opowiadamy kolejne odcinki swoich biografii i staramy się przyciągnąć absurdalne sytuacje, jak z "Latającego cyrku Monty Pythona". Sprowokować je, żeby to do nas się dziś przypałętały. I co się wydarza?... Najpierw się upijamy.

Kiedy jest już nam lekko na duszach, najchętniej usiedlibyśmy i pogadali, ale zaczyna się to, co zawsze o tej porze. Na początku jest jedna, tylko jedna osoba, którą nagle ni stąd ni zowąd nosi, to znaczy jakieś uwewnętrznione pragnienie każe jej się przemieścić, ale też równocześnie po prostu ją roznosi. Ten stan ducha jest zaraźliwy i po chwili już wszyscy chcą gdzieś się wybrać, tyle tylko, że każdy w inne miejsce. W związku z tym rozpoczynają się niekończące dyskusje na najświętsze argumenty, gdzie są najlepsze imprezy, a gdzie poruta.

Tym razem, na szczęście chociaż pod tym względem jest inaczej. Widzicie, to jest ta jesienna pora, kiedy wszystko ma kolor złota, a słońce jeszcze nie zachodzi przed imprezą i jest tak ciepło, że aż chce się zwiedzać dobrze znane kąty. Szybko dochodzimy do zgody.

Żydek, kolega nazwany tak zanim się dowiedzieliśmy, że rzeczywiście ma pochodzenie (jego rodzice z wściekłością reagowali na tą ksywę i w końcu Krzysiek nam powiedział, o co chodzi), wyciąga nas na ognisko pod las. Jesteśmy zaskakująco zgodni, że to najlepszy pomysł na świecie. Co do Żydka, kiedy do nas ni stąd ni zowąd dołączył, przychodząc któregoś dnia bez zaproszenia na naszą imprezę, intuicja błyskawicznie podsunęła nam poczucie pewności, że jego pomysły będą się podobać wszystkim z naszej paczki. To się czuje. Ale o Żydku, pogodzeniu naszej grupy i intuicji później.

Teraz fragment o przyrodzie. Za Ursynowem, tam, gdzie kończy się Warszawa, zaczyna się rezerwat, Kabaty. Dziko tu jednak, nie tylko w sensie przyrodniczym. W strefie ochronnej lasu, czyli wszędzie wokół niego, rozgrywa się niekontrolowana przez nikogo impreza, raj dla antropologa dzikich plemion. Jest tu pewnie z pięćset osób, między którymi o tej porze zachodzi coś, co można nazwać symbiozą. Każdy z każdym chętnie osuszy brudzia. Upodlą się bardziej, lub mniej wespół ludzie z bloków, studenci, warszawiacy i przyjezdni, którzy ostatnio odważają się penetrować miejsca należące do tej pory wyłącznie do miejscowych. Jest tu oczywiście też bandytka, która w tym chaosie czuje się jak na biwaku, więc raczej nie rozrabia. W końcu, nie dociera tu policja, a jak już dotrze to i tak nikt nic nie wie i nie widział, choćby go bili po mordzie, więc o co się martwić?

Jeszcze jedna ciekawostka dotycząca wpływu przyrody na ludzi miasta. Jeśli się bliżej przyjrzeć to w pasie ochronnym Kabat, kobiety są dziś wyjątkowo napalone. Jest to o tyle zaskakujące, że naprawdę nie widać, z powodu kogo miałyby się podniecać. Może są napalone na przykład dymem z ogniska?, - bo przecież nie demonstrowanym, specyficznym, typowo pijackim savoir vivrem amantów, którzy są ledwo ciepli i tylko wykrzywiają gęby w niezrozumiałych grymasach. One i oni to szalone pokolenie złotej, polskiej wolności. "Nie o take Polske walczyliśmy." - powiedziałoby chórem starsze pokolenie.