Dla nich - Tadeusz Jaroszyński

Reflow text when sidebars are open.
Do wagonu wtłacza się niezwykle korpulentna dama. Powiadam niezwykle, gdyż drzwi przedziału, obliczone przy konstrukcji na osoby tuszy przeciętnej, tu okazały się stanowczo za wąskie, przeciskała się przez nie bowiem z najwyższym trudem. Z po za pleców grubej pani przez srebrzysty, pełen swobody, i wesołości śmiech niewieści wołano:
- Prędzej mateczko, prędzej, bo mnie tu jeszcze zostawisz.
Dźwięk głosu tego obudził Zbigniewa z dumań. Począwszy od Terespola w ekstatycznym uniesieniu wpatrywał się przez okno wagonu w krajobraz kiedyś tak znajomy, taki swój, którego od dziesięciu lat nie widział. Nowo przeprowadzona kolej zmieniła wprawdzie znacznie oblicze kraju, jednakże poznawał od czasu do czasu jakąś bielejącą się w oddali wioskę, w lesie grupę starodrzewu, kępę olch na moczarach, i chciało mu się wtedy wyskoczyć z wagonu, biec po tej ziemi grząskiej, zielonej, obejmować rękoma stare pnie omszałe, całować ich korę szorstką, spękaną, i tarzać się w miękkich mchach podścieliska, rwać pełnymi garściami trawę, zielę, wciągać w nozdrza tę woń wilgotną błot podlaskich. Przejeżdżał przez strony rodzinne. Wspomnienia czasów dzieciństwa zalewały serce marzeniami; odurzały go do utraty pamięci... Wracał z daleka, hen, aż z za gór Bajkalskich, z dzikich, pustynnych stepów. Po dziesięciu latach dotarł do miejsc tych kochanych. Zda się, że mu radość piersi rozsadzi, że głowa pęknie od wirów myśli, które jak wichry zrywają się w duszy i prą straszliwie na sklepienie czaszki.
O szczęście!
Czuje potrzebę ruchu, strasznego jakiegoś krzyku, siedzi jednak, jak zahipnotyzowany, wpatrzony w krajobraz, który ucieka przed nim, ucieka dziwnie szybko, bezlitośnie, niby widzenie senne nieuchwytne. I nie można go zatrzymać, nasycić się nim, nacieszyć. W miarę zwalniania ruchu pociągu osłabia się i rytm gorączkowy biegu wrażeń. Na stacjach z ustaniem stuku kół kolejowych urywa się chwilowo zupełnie - nastaje moment jakiejś agonii, niby krótkiego spoczynku, po wściekłym galopie rozigranej wyobraźni.
Zbudzony dźwiękiem głosu oderwał wzrok od szyby:
Tłusta pani sadowiła się na ławce naprzeciwko, a za nią wskoczyła lekko do przedziału dziewczyna, ubrana bardzo modnie i bardzo wytwornie. Zalewając się jak skowronek szczerym, swobodnym, dźwięcznym śmiechem, wołała:
- Będzie mateczka musiała obstalować sobie specjalny wagon - bo już niedługo do zwykłych się nie zmieści żadną miarą.
Tłusta pani, okropnie sapiąca jeszcze i zalterowana wysiłkiem, nie gniewała się na te żartobliwe uwagi, trzpiocącej się córki, ale owszem z całą pogodą i słodyczą rozkochanej matki tłomaczyła się żałośnie.
- Ha - moje dziecko - starość nie radość: w twoim wieku i ja byłam, jak trzcina wiotka i wysmukla... Ale, mój Boże, piąty krzyżyk - nie żarty. Właśnie wjechała do przedziału nieprzeliczona mnogość pak, paczek i pakunków. Panie zajęły się umieszczaniem ich na półkach, pod siedzeniami, koło siebie. Potem trzaśnięto drzwiami i pociąg ruszył. Panie stały jeszcze czas jakiś w otwartym oknie, kłaniając się i machając chustkami komuś, zostającemu na peronie.
W przedziale siedział dotąd, prócz Zbigniewa, jeden tylko podróżny, o minie handlarza wołów, lub co najwyżej fabrykanta świec łojowych, zresztą ustawicznie drzemiący. Wtargnięcie pań, a zwłaszcza wesołe i dość głośne zachowanie się młodszej, wybiło jednego z drzemki, drugiego z dotychczasowej zadumy i zmusiło do zwrócenia uwagi na siebie. Jakoż i panie zajęły się przeglądem swych współtowarzyszy podróży. Przede wszystkim powierzchowność mniemanego handlarza wołów, który po chwilowej przerwie, wywołanej wejściem nowych pasażerów, układał się do snu w rogu przedziału, wywołało u młodej panny lekkie, niemniej przeto, pełne pogardy wydęcie usteczek. Poczym wzrok jej przeniósł się na Zbigniewa, który, zwrócony do niej w trzech czwartych, oświetlony po Rembrantowsku ostrą smugą światła, wpadającego przez okno, przedstawiał się naprawdę interesująco.
Nie był on może piękny, tą egzotyczną urodą romantycznych kochanków o pociągająco bladej cerze, o długich, kruczych, wijących się fantastycznie kędziorach, o nieskalanej czystości rysów, o wielkich marzących oczach; ale wprost przeciwnie, przedstawiał doskonały typ zdrowego, urodziwego szlachcica hreczkosieja: Ogorzały, z jasnym, białym czołem, o jasnych blond włosach, krótko na jeża przystrzyżonych i tęgich sumiastych wąsach, które się jaśniejszą plamą odcinały na ciemnym tle opalonych policzków. - Nie wyglądał nawet na lat trzydzieści, choć miał już podobno trzydzieści pięć. Zresztą rysy regularne i tęga prawie atletyczna budowa przy wytworności kształtów składały się na całość pociągającą serca niewieście. To też panna badała go wzrokiem z widocznym zajęciem, jakoby z odcieniem już rodzącej się sympatii. Zbigniew odczuł prawie fizycznie wzrok ten oparty o siebie, odczuł sympatyczny w nim promień i zrobiło mu się dziwnie przyjemnie, starał się promień ten uchwycić i zatrzymać go w sobie. Ze swej strony przyglądał się dziewczynie zarazem z ciekawością i wdzięcznością. Przyglądał się jej oczom czarnym, żywym, ciskającym ku niemu jakby snopy blasków.
Przyglądał się jej ciemnym włosom, uczesanym w ogromny kok pod małym kapelusikiem i małym różowym, jakby umyślnie do pocałunków, wyciętym usteczkom, zajął go w najwyższym stopniu jej kostium, obciskający wysmukłe, ale pełne, kształty. Miała na sobie jasną suknię ubraną mnóstwem falban i falbanek, strzępiących się z tyłu w wysoką tiurniurę. Suknia ta, wąska niezmiernie w kolanach, jak gdyby pętała swobodniejsze ruchy, ale o ileż wdzięczniej rysowały się naturalne kształty ciała, niż pod ową wstrętną krynoliną, którą, wyjeżdżając z kraju, zostawił jako wszechwładną panią mody.
- Po chwilowym, obopólnym badaniu się, panienka dzieliła się szeptem z matką swymi spostrzeżeniami...
Tłusta pani przyjmowała je z pobłażliwym uśmiechem i wzruszaniem ramion, nie bez pewnych, zdaje się, łagodnych napomnień. Mężczyzna tymczasem oddał się rozkosznej igraszce zmysłowych omamień. Zdawało mu się, że wchodzi z tą piękną dziewczyną w jakiś mistyczny związek uczuciowy. Marzył, że choć siedzą zdała od siebie, łączą jednak dłonie swe w uścisku, że czuje ciepło tych alabastrowych dłoni, miękkość ich i atlasowość i ciśnie, ciśnie je coraz mocniej, coraz gwałtowniej, coraz namiętniej. Ona mu się nie broni, owszem nachyla swą młodą, świeżą, pachnącą główkę, on dotyka ustami swej duszy jej ust wilgotnych, karminowych, jak dwie dojrzale wiśnie. Drgnął z rozkoszy. - I zjawia się nieprzeparte pragnienie zbliżenia się do niej istotnie, wszczęcia rozmowy, zamienienia stów kilku, ale czuje jednocześnie, że gdyby chciał coś powiedzieć, głos odmówi mu posłuszeństwa, będzie drżał i łamał się. Krew uderzyła do głowy, więc zakrył twarz rękami, zasłonił oczy i dobrze mu było i błogo, że trwał tak chwil kilka.
Panna obserwowała stale młodego, przystojnego towarzysza podróży. Teraz miała sposobność widzieć jego ręce. Były opalone i, zda się, utrzymywane bez zbytnich starań i dbałości, ale małe, kształtne, zdradzające rasowość pochodzenia. Nadto... Nachyliła się do ucha matki i z oznakami żywej, źle hamowanej radości, rzekła szeptem, tak jednak głośno, że Zbigniew jak najdokładniej dosłyszał:
- Mateczko, nie ma obrączki na palcu!
- Mama już naprawdę niezadowolona ze zbyt szczerej, a mogącej uchodzić za interesowną, uwagi, a zwłaszcza ze zbyt wyraźnego akcentu radości, który stanowczo nie licował z konwenancjonalnymi wymaganiami światowej przyzwoitości, zaczęła półgłosem strofować lekkomyślną dziewczynę. Panna ze swej strony, czując również, iż rzeczywiście za głośno obwieściła swoje spostrzeżenie, spiekła potężnego raka i zasunęła się w kąt wagonu zadąsana.
Najniespodziewaniej jednak uwaga roztrzepanej panny podziałała na Zbigniewa. Zbladł, ciemna, ciężka chmura osiadła mu na czole, usta skurczyły się bolesnym skrzywieniem. Cały różowy, rozkoszny nastrój, w jakim pozostawał do tej chwili, rozwiał się nagle bez śladu i duszę poczęły owijać jakieś mroczne mgły nieznanych przewidzeń.
Odwrócił się do okna. Tor kolejowy biegł przez płaską, monotonną równinę, wzdłuż żółtych, świeżo rozkopanych piasków. Pejzaż nie mógł go zająć, nie mogłyby go zresztą zająć najpiękniejsze widoki natury, bo w duszy zalęgło się wstrętne robactwo zgryzot, żalu do siebie, do losu, do świata, przykre poczucie strasznej niemocy wobec faktów już spełnionych. Przez dziesięć lat po gwałtownych wstrząśnieniach, wśród niebezpieczeństw, dalekich podróży, twardego bytu na dzikich, odległych stepach nie zastanawiał się prawie zupełnie nad swoim położeniem i przyszłością, tak był oderwany od zwykłych warunków życia.
Powrót do kraju wypełniał całą jego istotę radością niewypowiedzianej siły i napięcia. Byłby płakał, śmiał się, krzyczał, brał w objęcia każdego spotkanego. Byłby szalał.
Teraz na wstępie samym staje na drodze postać niewieścia... cudna... młoda... świeża, jak tchnienie wiosny. I trysnął nowy zdrój innych, odmiennych rozkoszy, jakieś inne nowe struny zadrgały w nabrzmiałej radością piersi i nagle, jakby nieunikniona reakcja z nadmiaru szczęśliwych wrażeń, zjawia się przykre widmo bezwzględnej konieczności. Dziesięć lat, przeżytych hen daleko wśród warunków twardych, niezwyczajnych, były jakby przebyte w ciężkim, męczącym śnie, w czasie parnej, burzliwej nocy, jakby wyrzucone za nawias z budżetu jego życia. Przeszło. Teraz wraca, pełen sił, pragnień, rojeń, młody jeszcze...
Ba, w każdym razie starszy jest o całe lat dziesięć. Wszyscy, których znał, starsi są o lat dziesięć! I ona... Wzdrygnął się calem jestestwem swoim. Przytulił twarz do szyby. Drzewa, słupy telegraficzne, domy, wsie uciekały z przed oczu. Krajobraz rwał jak szalony w stronę przeciwną tej, w którą on jechał. Ani go cofnąć ani zatrzymać. Tak myśl jego przebiegała dzieje życia, mijając zdarzenia, które uciekały w tył gwałtownie z przerażającą szybkością, pozostawiając po sobie w sercu żal jakiś i ból i niechęć. Ogarnęła go obawa przed przyszłością. Załamał ręce.