Dla nas zawsze będzie lato - Jenny Han

-
Proszę czekać

roz­dział trze­ci

Drzwi do sie­dzi­by brac­twa były sze­ro­ko otwar­te, lu­dzie sta­li i sie­dzie­li na traw­ni­ku przed bu­dyn­kiem. Dokoła non­sza­lanc­ko wi­siały ko­lo­ro­we lamp­ki cho­in­ko­we: na skrzyn­ce na li­sty, nad wejściem, je­den sznur prze­ciągnięto na­wet wzdłuż chod­ni­ka. Lu­dzie leżeli w trzech dmu­cha­nych ba­se­ni­kach dla dzie­ci, mie­li przy tym ta­kie miny, jak­by znaj­do­wa­li się w łaźni. Kil­ku chłopaków bie­gało dokoła z pi­sto­le­ta­mi na wodę, strze­lając so­bie wza­jem­nie pi­wem pro­sto w usta. Niektóre dziew­czy­ny miały na so­bie ko­stiu­my kąpie­lo­we.

Ze­sko­czyłam z pleców Je­re­mie­go, zdjęłam buty i rzu­ciłam je na traw­nik.

- Kan­dy­da­ci na członków wy­ko­na­li niezłą ro­botę - stwier­dził Je­re­mi, z uzna­niem wska­zując ru­chem głowy na dmu­cha­ne ba­se­ny. - Wzięłaś ko­stium?

Potrząsnęłam głową.

- Mam spy­tać, czy któraś z dziew­czyn nie wzięła przy­pad­kiem dwóch? - za­pro­po­no­wał.

Szyb­ko od­parłam:

- Nie, dzięki.

Znałam członków brac­twa, bo często bywałam w ich sie­dzi­bie, ale dziew­czyn ra­czej nie ko­ja­rzyłam. Większość należała do Zeta Phi, sio­strza­ne­go sto­wa­rzy­sze­nia brac­twa Je­re­mie­go. To ozna­czało, że często or­ga­ni­zo­wa­li wspólnie spo­tka­nia in­te­gra­cyj­ne, im­pre­zy i tym po­dob­ne. Je­re­mi chciał, żebym za­pi­sała się do Zeta Phi, ale odmówiłam. Po­wie­działam mu, że nie mogę po­zwo­lić so­bie na płace­nie składek i do­dat­ko­we opłaty związane z kosz­tem miesz­ka­nia w sie­dzi­bie sto­wa­rzy­sze­nia, ale tak na­prawdę cho­dziło o to, że chciałam po­znać różne dziew­czyny, nie tyl­ko "sio­stry". Chciałam zdo­być roz­ległe doświad­cze­nia, jak zwykła określać to moja mama. Tay­lor twier­dziła, że Zeta Phi jest dla im­pre­zo­wi­czek i pro­sta­czek, w prze­ci­wieństwie do sto­wa­rzy­sze­nia, do którego należała ona, jej zda­niem znacz­nie bar­dziej eks­klu­zyw­ne­go i gro­madzącego dziew­czyny z klasą. A także sku­pio­ne­go przede wszyst­kim na pra­cy społecz­nej, jak dodała po namyśle.

Dziew­czy­ny pod­cho­dziły do Je­re­mie­go i ści­skały go na po­wi­ta­nie. Mówiły mi "cześć", ja od­po­wia­dałam "cześć". Po­tem poszłam na górę zo­sta­wić torbę w po­ko­ju Je­re­mie­go.

Kie­dy scho­dziłam z po­wro­tem po scho­dach, zo­ba­czyłam ją.

La­cie Ba­ro­ne była ubra­na w ob­cisłe dżinsy, ko­szulkę bez rękawów, chy­ba je­dwabną, i czer­wo­ne la­kier­ki na ob­ca­sach, które pew­nie do­da­wały jej ja­kieś dzie­sięć cen­ty­metrów wzro­stu. La­cie zaj­mo­wała się or­ga­ni­zo­wa­niem im­prez w Zeta Phi i była na trze­cim roku - rok star­sza od Je­re­mie­go, dwa lata ode mnie. Miała ciem­nobrązowe włosy przy­cięte na boba i była bar­dzo drob­na. Każdy mu­siałby przy­znać, że jest nie­zwy­kle sek­sow­na. Tay­lor twier­dziła, że La­cie ma coś do Je­re­mie­go. Po­wie­działam jej, że zupełnie mnie to nie mar­twi, i mówiłam prawdę. Bo niby dla­cze­go miałabym się przej­mo­wać?

To ja­sne, Je­re­mi po­do­bał się dziew­czy­nom. To był taki typ. Ale na­wet tak ślicz­na dziew­czy­na jak La­cie nie mogła nam za­szko­dzić. Cze­kało nas wie­le wspólnych lat. Nikt nie znał go tak do­brze jak ja i nikt nie znał mnie tak do­brze jak on. Wie­działam, że na­wet nie spoj­rzałby na inną.

Je­re­mi po­ma­chał do mnie.

Po­deszłam do nich i po­wie­działam:

- Cześć, La­cie.

Je­re­mi przy­ciągnął mnie do sie­bie.

- La­cie po wa­ka­cjach będzie stu­dio­wać w Paryżu. - Zwrócił się do La­cie: - W przyszłym roku wy­bie­ra­my się na wy­prawę do Eu­ro­py.

La­cie upiła łyk piwa i od­parła:

- Faj­nie. Do których krajów?

- Na pew­no do Fran­cji - od­parł. - Bel­ly mówi płyn­nie po fran­cu­sku.

- Nie­praw­da - wtrąciłam zażeno­wa­na. - Uczyłam się w li­ceum i tyle.

- Ja też je­stem bez­na­dziej­na - od­parła La­cie. - Ale chcę tam po pro­stu po­miesz­kać, za­mie­rzam obżerać się se­rem i cze­ko­ladą.

Głos miała lek­ko schryp­nięty, za­ska­kujące jak na kogoś tak drob­ne­go. Może paliła? Uśmiechnęła się do mnie i pomyślałam, że Tay­lor po­my­liła się co do La­cie, bo na mnie robiła bar­dzo do­bre wrażenie.

Kie­dy kil­ka mi­nut później poszła po drin­ka, po­wie­działam do nie­go:

- Bar­dzo sym­pa­tycz­na.

Je­re­mi wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Jest okej. Przy­nieść ci coś do pi­cia?

- Ja­sne.

Objął mnie i po­sa­dził na ka­na­pie.

- Siedź tu i nie ru­szaj się. Za­raz wrócę.

Pa­trzyłam, jak prze­ci­ska się przez tłum. Czułam się taka dum­na, że należy do mnie. Mój chłopak, mój Je­re­mi. Pierw­szy chłopak, w którego ra­mio­nach spałam. Pierw­szy chłopak, któremu po­wie­działam, jak w wie­ku ośmiu lat nie­chcący weszłam do po­ko­ju, kie­dy ro­dzi­ce to ro­bi­li. Pierw­szy chłopak, który po­szedł kupić dla mnie prosz­ki prze­ciwbólowe, kie­dy miałam okrop­ne bóle men­stru­acyj­ne. Pierw­szy chłopak, który po­ma­lo­wał mi pa­znok­cie u nóg. Pierw­szy, który trzy­mał mnie za głowę, kie­dy wy­mio­to­wałam, bo tak strasz­nie upiłam się przy jego zna­jo­mych. Pierw­szy chłopak, który na­pi­sał dla mnie liścik miłosny na ta­bli­cy wiszącej na ko­ry­ta­rzu przed drzwia­mi mo­je­go po­ko­ju: "Je­steś mle­kiem w moim sha­ke'u. Na za­wsze Twój, J."

Pierw­szy chłopak, z którym się całowałam. Mój naj­lep­szy przy­ja­ciel. Co­raz lep­szy. Tak właśnie miało być. On był tym je­dy­nym. Wy­bra­nym.

roz­dział dru­gi

Brac­two, do którego należał Je­re­mi, urządzało im­prezę na zakończe­nie roku. Za nie­cały ty­dzień wszy­scy mie­liśmy roz­je­chać się do domów i wrócić do Finch do­pie­ro pod ko­niec sierp­nia. Za­wsze lubiłam lato naj­bar­dziej ze wszyst­kich pór roku, ale te­raz, gdy ry­so­wała się przede mną per­spek­ty­wa po­wro­tu, miałam mie­sza­ne uczu­cia. Każdego ran­ka spo­ty­kałam się z Je­re­mim na stołówce, późno w nocy ro­bi­liśmy ra­zem pra­nie w jego aka­de­mi­ku. Świet­nie składał moje ko­szul­ki.

Tego lata za­mie­rzał zno­wu odbyć prak­ty­ki w fir­mie ojca, ja zaś miałam pra­co­wać jako kel­ner­ka w ro­dzin­nej re­stau­ra­cji Behrs, tej sa­mej, co w zeszłym roku. Pla­no­wa­liśmy spo­ty­kać się w let­nim domu w Co­usins, tak często, jak tyl­ko się da. Po­przed­nie­go roku nie po­je­cha­liśmy tam ani razu. Obo­je byliśmy zbyt zajęci. Ja sta­rałam się brać jak naj­więcej zmian, oszczędzałam na szkołę. Ale czułam lek­ki smu­tek - moje pierw­sze lato bez Co­usins.

Za­pa­dał zmrok, nie było bar­dzo gorąco. W po­wie­trzu ja­rzyły się świe­tli­ki. Włożyłam buty na wy­so­kim ob­ca­sie, bar­dzo głupio, bo w ostat­niej chwi­li zde­cy­do­wałam się iść na pie­chotę, za­miast po­je­chać au­to­bu­sem. Uświa­do­miłam so­bie, że to ostat­nia oka­zja, żeby po­spa­ce­ro­wać po kam­pu­sie w piękną let­nią noc.

Za­pro­po­no­wałam Ani­ce i na­szej wspólnej koleżance Shaw, żeby ze mną poszły, ale Ani­ka wy­bie­rała się na im­prezę z ze­społem ta­necz­nym, do którego należała, Shaw zaś zdążyła upo­rać się z sesją i po­le­ciała do domu, do Tek­sa­su. Klub Tay­lor or­ga­ni­zo­wał spo­tka­nie in­te­gra­cyj­ne, więc też nie mogła przyjść. Byłam sama ze swo­imi bolącymi sto­pa­mi.

Wysłałam ese­mes do Je­re­mie­go, że idę na pie­chotę, więc pew­nie chwilę to po­trwa. Co jakiś czas mu­siałam przy­sta­wać i po­pra­wiać buty, które wpi­jały mi się w pięty. Uznałam, że ob­ca­sy to kre­tyński wy­na­la­zek.

W połowie dro­gi zo­ba­czyłam Je­re­mie­go. Sie­dział na mo­jej ulu­bio­nej ławce. Wstał i po­wie­dział:

- Nie­spo­dzian­ka!

- Nie mu­siałeś po mnie wy­cho­dzić - stwier­dziłam bar­dzo za­do­wo­lo­na, że to zro­bił.

Usiadłam obok nie­go.

- Sek­sow­nie wyglądasz - po­wie­dział.

Cho­dzi­liśmy ze sobą już od dwóch lat, ale nadal ru­mie­niłam się, kie­dy mówił coś ta­kie­go.

- Dzięki - od­parłam.

Miałam na so­bie su­kienkę pożyczoną od Ani­ki, białą w małe nie­bie­skie kwiat­ki, na ta­kich przy­marsz­czo­nych ramiączkach.

- Ta su­kien­ka ko­ja­rzy mi się z Dźwiękami mu­zy­ki, ale w taki kręcący sposób.

- Dzięki - powtórzyłam.

Czyżbym wyglądała jak Ma­ria? Nie­zbyt miła per­spek­ty­wa. Wygładziłam trochę marsz­cze­nia na ramiączkach.

Paru chłopaków, których nie ko­ja­rzyłam, przy­stanęło i przy­wi­tało się z Je­re­mim. Ja zo­stałam na ławce, bo nogi nadal mnie bolały.

Kie­dy po­szli, Je­re­mi za­py­tał:

- Go­to­wa?

Jęknęłam.

- Chy­ba umrę z bólu. Ob­ca­sy są bez­na­dziej­ne.

Je­re­mi przy­kucnął.

- Wska­kuj, dziew­czy­no.

Chi­chocząc, wdra­pałam mu się na ple­cy. Chi­cho­tałam za każdym ra­zem, gdy na­zy­wał mnie dziew­czyną. Nie mogłam się opa­no­wać.

Za­wsze mnie tym roz­ba­wiał.

Pod­niósł mnie, a ja szyb­ko za­rzu­ciłam mu ra­mio­na na szyję.

- Twój tata przy­jeżdża w po­nie­działek? - spy­tał, ru­szając przez traw­nik.

- Tak. Pomożesz?

- No wiesz. Nie dość, że noszę cię na rękach, jesz­cze mam po­ma­gać przy prze­pro­wadz­ce?

Pacnęłam go po głowie. Schy­lił się, robiąc unik.

- No do­bra, do­bra.

Dmuchnęłam mu w kark, a on pisnął jak mała dziew­czyn­ka. Śmiałam się przez całą drogę.

roz­dział dzie­siąty

Po na­szej kłótni tam­te­go lata myślałam, że szyb­ko się po­go­dzi­my, tak jak zwy­kle. Byłam prze­ko­na­na, że po ty­go­dniu wszyst­ko wróci do nor­my, maks. Bo tak na­prawdę o co się po­gnie­wałyśmy? Ja­sne, obie mówiłyśmy przy­kre rze­czy, ja na­zwałam ją dziec­kiem, a ona mnie pseu­do­przy­ja­ciółką, ale prze­cież wcześniej też się kłóciłyśmy. Naj­lep­sze przy­ja­ciółki cza­sem się kłócą.

Kie­dy wróciłam z Co­usins, włożyłam rze­czy Tay­lor do tor­by go­to­wa od­nieść je do niej do domu, kie­dy tyl­ko da mi sy­gnał, że już się na sie­bie nie gnie­wa­my. To za­wsze ona dawała sy­gnał, za­wsze ona pierw­sza wyciągała dłoń do zgo­dy.

Cze­kałam, ale na próżno. Kil­ka razy poszłam do Mar­cy's z na­dzieją, że może wpadnę na nią i po pro­stu będzie­my mu­siały po­ga­dać. Ale nig­dy jej nie spo­tkałam. Mijał ty­dzień za ty­go­dniem. Lato po­wo­li się kończyło.

Je­re­mi po­wta­rzał to samo, co po­wta­rzał w lip­cu i przez pra­wie cały sier­pień.

- Nie martw się. Na pew­no się po­go­dzi­cie. Za­wsze się go­dzi­cie.

- Nie ro­zu­miesz, tym ra­zem jest in­a­czej. Ona na­wet nie chce na mnie spoj­rzeć.

- Za chwilę wam mi­nie.

Wku­rzyłam się.

- Nie­praw­da.

- Wiem, wiem... Za­cze­kaj, Bel­ly. - Usłyszałam, jak z kimś roz­ma­wia, po­tem znów po­wie­dział do słuchaw­ki: - Przy­je­chały skrzy­dełka. Mam za­dzwo­nić do cie­bie, jak zje­my? Mogę się po­spie­szyć.

- Nie, nie trze­ba.

- Nie bocz się.

Od­parłam, że wca­le się nie boczę. I nie bo­czyłam się. Nie tak na­prawdę. Jak niby miał zro­zu­mieć, co się dzie­je między Tay­lor a mną? Był fa­ce­tem. To znaj­do­wało się poza zasięgiem jego możliwości. Nie ro­zu­miał, że dla mnie to nie­mal kwe­stia życia i śmier­ci, żeby po­go­dzić się z Tay­lor i ra­zem z nią zacząć ostat­nią klasę li­ceum.

A więc dla­cze­go nie mogłam po pro­stu do niej za­dzwo­nić? Częścio­wo prze­szka­dzała mi duma, częścio­wo coś jesz­cze. To ja od­da­lałam się od niej przez cały czas, to ona za­bie­gała o naszą przy­jaźń. Może od­no­siłam wrażenie, że z tego wy­rosłam, że tak będzie le­piej. Następnej je­sie­ni i tak miałyśmy się pożegnać, w ten sposób łatwiej nam to przyj­dzie. Może za bar­dzo się od sie­bie uza­leżniłyśmy, szczególnie ja od niej, i te­raz chciałam stanąć na własnych no­gach. Tak to so­bie tłuma­czyłam.

Następne­go dnia po­dzie­liłam się tymi prze­myśle­nia­mi z Je­re­mim, a on po­wie­dział:

- Po pro­stu do niej za­dzwoń.

Przy­pusz­czałam, że nie ma ocho­ty więcej wysłuchi­wać mo­ich żalów, więc od­parłam:

- Może i za­dzwo­nię. Za­sta­no­wię się.

W ostat­nim ty­go­dniu przed roz­poczęciem szkoły - zwy­kle wra­całam wte­dy z Co­usins - za­wsze cho­dziłyśmy ra­zem na za­ku­py. Za­wsze. Od pod­stawówki. Tay­lor wie­działa, które dżinsy należy kupić. Szłyśmy do Bath&Body; Works i ko­rzy­stałyśmy z tych pro­mo­cji typu "kup trzy, jed­no do­sta­niesz za dar­mo", a po­tem, w domu, dzie­liłyśmy się łupa­mi, tak że każda do­sta­wała cały ze­staw, mlecz­ko do ciała, żel do my­cia i pe­eling. Za­pa­sy star­czały co naj­mniej do Gwiazd­ki.

Tego roku wy­brałam się z mamą. Mama nie­na­wi­dziła cho­dzić na za­ku­py.

Właśnie cze­kałyśmy w ko­lej­ce do kasy, gdy do skle­pu wkro­czyły Tay­lor i jej mama obłado­wa­ne tor­ba­mi.

- Luce! - zawołała moja mama.

Pani Je­wel po­ma­chała do nas i ru­szyła w naszą stronę. Tay­lor po­wlokła się za nią. Miała na so­bie szor­ty z obciętych dżinsów i oku­la­ry prze­ciwsłonecz­ne. Moja mama uści­skała Tay­lor, pani Je­wel uści­skała mnie i po­wie­działa:

- Daw­no się nie wi­działyśmy. - A do mo­jej mamy: - Lau­rel, czy po­tra­fisz uwie­rzyć, że na­sze dziew­czyn­ki są już do­rosłe? Pamiętam, kie­dy jako małe brzdące upie­rały się, że wszyst­ko będą robić ra­zem. Kąpać się, pod­ci­nać włosy. Wszyst­ko.

- Tak, pamiętam - od­parła moja mama z uśmie­chem.

Uchwy­ciłam spoj­rze­nie Tay­lor. Na­sze mamy gawędziły, a my zer­kałyśmy na sie­bie ukrad­kiem.

Po chwi­li Tay­lor wyciągnęła te­le­fon. Nie chciałam prze­ga­pić oka­zji, więc za­py­tałam:

- Kupiłaś coś faj­ne­go?

Przy­taknęła. Po­nie­waż ciem­ne szkła zasłaniały jej oczy, trud­no było od­gadnąć, co myśli. Ale ja do­brze znałam Tay­lor. Uwiel­biała opo­wia­dać o naj­now­szych zdo­by­czach.

Za­wa­hała się, ale w końcu po­wie­działa:

- Świet­ne buty z dwu­dzie­sto­pięcio­pro­cen­tową zniżką. I kil­ka su­kie­nek na ramiączkach. Zimą można nosić do nich raj­sto­py i swe­try.

Kiwnęłam głową. Na­deszła na­sza ko­lej­ka, więc rzu­ciłam jesz­cze tyl­ko:

- No to do zo­ba­cze­nia w szko­le.

- Na ra­zie - od­parła i odwróciła się.

Nie­wie­le myśląc, podałam dżinsy ma­mie i za­trzy­małam Tay­lor. Wie­działam, że jeśli nic nie zro­bię, być może jest to na­sza ostat­nia roz­mo­wa.

- Za­cze­kaj. Może wpad­niesz dziś wie­czo­rem? Kupiłam spódnicę, ale nie wiem, czy mam nosić do niej bluz­ki do środ­ka, czy jak...

Wydęła war­gi. Po chwi­li od­parła:

- Okej. Za­dzwoń.

I przyszła wie­czo­rem. Po­ka­zała mi, jak nosić nową spódnicę, które buty i które topy będą naj­le­piej do niej pa­so­wać. Między nami było te­raz in­a­czej niż przed­tem. Może już tak miało zo­stać. Do­ra­stałyśmy. Cały czas uczyłyśmy się, jak ist­nieć w życiu tej dru­giej oso­by, nie będąc przy tym dla niej całym świa­tem.

Za­baw­ne, ale tra­fiłyśmy na tę samą uczel­nię. Ze wszyst­kich szkół na całym świe­cie mu­siałyśmy wylądować w tej sa­mej. To było prze­zna­cze­nie. Widać na­sza przy­jaźń miała trwać wiecz­nie. Widać nadal dla każdej z nas ist­niało miej­sce w życiu tej dru­giej. I wca­le mnie to nie mar­twiło. Nie spędzałyśmy ze sobą wszyst­kich wol­nych chwil tak jak kie­dyś. Tay­lor miała swo­je koleżanki z or­ga­ni­za­cji, a ja dziew­czy­ny z aka­de­mi­ka. Nadal jed­nak miałyśmy też sie­bie na­wza­jem.

roz­dział dzie­wiąty

Wyszedłszy od Ani­ki, włączyłam te­le­fon. Je­re­mi przysłał mnóstwo ese­mesów i e-ma­ili. Wlazłam pod kołdrę i prze­czy­tałam je wszyst­kie po ko­lei. A po­tem jesz­cze raz. Po­tem od­pi­sałam: "Daj mi trochę cza­su". Od­po­wie­dział "OK" i to była ostat­nia wia­do­mość od nie­go tego dnia. Co jakiś czas spraw­dzałam, czy przy­pad­kiem nie na­pi­sał, i za każdym ra­zem przeżywałam roz­cza­ro­wa­nie, choć wie­działam, że nie mam pra­wa. Chciałam, żeby dał mi spokój - i jed­no­cześnie chciałam, żeby wszyst­ko na­pra­wił. A sko­ro sama nie wie­działam, cze­go chcę, to skąd on miał to wie­dzieć?

Resztę dnia spędziłam w po­ko­ju, pa­kując się. Byłam głodna i nadal miałam nie­wy­ko­rzy­sta­ne obia­dy w abo­na­men­cie, ale bałam się, że mogę wpaść na La­cie. Albo, co gor­sza, na Je­re­mie­go. W każdym ra­zie cie­szyłam się, że mam ja­kieś zajęcie. I że mogę głośno słuchać mu­zy­ki bez narażania się na skar­gi Ji­lian.

Kie­dy już nie mogłam wy­trzy­mać z głodu, za­dzwo­niłam do Tay­lor i o wszyst­kim jej opo­wie­działam. Darła się tak głośno, że mu­siałam trzy­mać te­le­fon da­le­ko od ucha. Zja­wiła się po chwi­li z bur­ri­to z czarną fa­solą i smo­othie o sma­ku ba­na­no­wo-tru­skaw­ko­wym. Potrząsała głową i po­wta­rzała:

- Co za suka, co za suka.

- To nie tyl­ko jej wina. Jego też - za­uważyłam między jed­nym kęsem a dru­gim.

- No wiem. Po­cze­kaj tyl­ko, jak go zo­baczę, to po­dra­pię mu gębę pa­zu­ra­mi i zro­bię ta­kie bli­zny, że już żadna nig­dy na nie­go nie spoj­rzy. - Przyj­rzała się swo­im pa­znok­ciom, jak­by robiła przegląd bro­ni. - Aku­rat ju­tro idę na ma­ni­kiur. Po­wiem Da­niel­le, żeby porządnie je na­ostrzyła.

Zro­biło mi się ciepło na ser­cu. Pew­ne rze­czy można usłyszeć tyl­ko od przy­ja­ciółki, która znała cię przez całe two­je życie. Od razu ciut le­piej się po­czułam.

- Nie mu­sisz robić mu blizn.

- Ale chcę. - Splotła mały pa­lec z moim i dodała: - Jak tam?

Kiwnęłam głową.

- Le­piej. W każdym ra­zie le­piej, od kie­dy tu je­steś.

Kie­dy sączyłam ostat­nie kro­ple smo­othie, Tay­lor za­py­tała:

- Jak myślisz, po­zwo­lisz mu wrócić?

Z za­sko­cze­niem i praw­dziwą ulgą stwier­dziłam, że w żaden sposób nie próbuje mnie osądzać.

- A co ty myślisz? - za­py­tałam.

- To zależy od cie­bie.

- Wiem, ale... Czy ty na moim miej­scu tak byś zro­biła?

- W nor­mal­nych oko­licz­nościach nie. Gdy­by jakiś fa­cet zdra­dził mnie czy choćby spoj­rzał na inną dziew­czynę, nie. Byłby skończo­ny. - Przez chwilę żuła słomkę, po czym dodała: - No ale Je­re­mi to nie jest "jakiś fa­cet". Wie­le was łączy.

- A co tymi bli­zna­mi?

- Nie od­wra­caj kota ogo­nem. W tym mo­men­cie nie­na­widzę go śmier­tel­nie. Dał ciała na całej li­nii. Ale nig­dy nie będzie "ja­kimś fa­ce­tem", na pew­no nie dla cie­bie. To jest fakt.

Nic nie po­wie­działam. Ale zda­wałam so­bie sprawę, że Tay­lor ma rację.

- Mogłabym ze­brać dziew­czy­ny z or­ga­ni­za­cji, pocięłybyśmy mu opo­ny - za­pro­po­no­wała Tay­lor, waląc mnie w ramię. - Hmm? Co ty na to?

Próbowała mnie roz­ba­wić. I na­wet jej się udało. Śmiałam się - po raz pierw­szy od chy­ba całej wiecz­ności.

pro­log

Kiedy byłam mała, w śro­do­we wie­czo­ry za­wsze oglądałyśmy z mamą sta­re mu­si­ca­le. Uwiel­białyśmy to. Cza­sa­mi przy­cho­dzi­li tata czy Ste­ven, przy­sia­da­li na chwilę, ale prze­ważnie to my dwie ko­czo­wałyśmy na ka­na­pie z ko­cem i miską słody­czy, i so­lo­ne­go po­pcor­nu, każdej środy. Oglądałyśmy ta­kie fil­my jak: The Mu­sic Man, West Side Sto­ry, Spo­tka­my się w St Lo­uis. Wszyst­kie mi się po­do­bały, a szczególnie Desz­czo­wa pio­sen­ka. Ale żaden nie przy­padł mi do gu­stu tak jak Bye, Bye, Bir­die. Ze wszyst­kich mu­si­ca­li ten był moim nu­me­rem je­den. Oglądałam go na okrągło, narażając cier­pli­wość mamy. Chciałam ma­lo­wać się tu­szem i szminką tak jak Kim Ma­cA­fee, nosić wy­so­kie ob­ca­sy i czuć się jak "praw­dzi­wa ko­bie­ta". Chciałam, żeby chłopcy gwiz­da­li za mną na uli­cy. Chciałam do­rosnąć i być taka jak Kim, bo ona miała to wszyst­ko.

A po­tem, szy­kując się do snu, śpie­wałam: "Ko­cha­my cię, Con­rad, o tak, ko­cha­my cię". Do lu­stra w łazien­ce, z usta­mi pełnymi pa­sty do zębów. Wyśpie­wy­wałam wszyst­ko, co kryło się w moim ser­cu ośmio-, dzie­więcio- i dzie­sięcio­let­nim. Ale nie śpie­wałam dla Con­rada Bir­die, śpie­wałam dla mo­je­go Con­rada. Con­rada Bec­ka Fi­she­ra, chłopca z mo­ich snów.

Ko­chałam w swo­im życiu tyl­ko dwóch chłopców - i obaj no­si­li to samo imię. Con­rad był pierw­szy i ko­chałam go tak, jak to się zda­rza tyl­ko za pierw­szym ra­zem. To miłość niemądra - i nie chce być mądra, jest głupia, oszałamiająca i gwałtow­na.

A po­tem był Je­re­mi. Kie­dy pa­trzyłam na nie­go, wi­działam przeszłość, teraźniej­szość i przyszłość. Znał mnie nie tyl­ko taką, jaka byłam kie­dyś, znał mnie także taką, jaka byłam te­raz, i ko­chał mnie.

Moje dwie wiel­kie miłości. Chy­ba za­wsze wie­działam, że któregoś dnia będę na­zy­wać się Bel­ly Fi­sher. Nie prze­wi­działam tyl­ko, że tak to się wszyst­ko po­to­czy.

roz­dział szósty

Kiedy za­my­kałam oczy, wi­działam ich dwo­je, ra­zem, całujących się w gorącej kąpie­li. Na plaży. W ja­kimś klu­bie. La­cie Ba­ro­ne na pew­no znała różne sztucz­ki, o ja­kich ja na­wet nie słyszałam.

Nic dziw­ne­go.

Nadal byłam dzie­wicą.

Nig­dy nie upra­wiałam sek­su ani z Je­re­mim, ani z ni­kim in­nym. Kie­dyś wy­obrażałam so­bie, że przeżyję swój pierw­szy raz z Con­ra­dem. Ale nie cze­kałam na nie­go, nic z tych rze­czy. Cze­kałam na od­po­wied­ni mo­ment. Chciałam, żeby to było coś wyjątko­we­go, ide­al­ne­go.

Wy­obrażałam so­bie, że to sta­nie się w let­nim domu, przy wyłączo­nym świe­tle, wszędzie świe­ce, żebym nie czuła się onieśmie­lo­na. Wy­obrażałam so­bie, że Je­re­mi będzie czuły i de­li­kat­ny. Myślałam, że to może sta­nie się tego lata, kie­dy spo­tka­my się w Co­usins - wy­da­wało mi się, że właśnie wte­dy to nastąpi.

Te­raz czułam się taka upo­ko­rzo­na. Ale byłam na­iw­na. Sądziłam, że Je­re­mi po­cze­ka, aż będę go­to­wa. Na­prawdę w to wie­rzyłam.

Ale jak mogłam te­raz z nim być? Kie­dy myślałam o nim i La­cie, star­szej, bar­dziej sek­sow­nej i wy­ra­fi­no­wa­nej ode mnie - przy­najm­niej w moim mnie­ma­niu - czułam tak sil­ny ból, że tra­ciłam dech w pier­siach. Uważałam za naj­większą zdradę na świe­cie, że ona po­znała go w taki sposób, że przeżyła z nim coś, cze­go ja nie przeżyłam.

Mie­siąc wcześniej, mniej więcej w cza­sie, gdy przy­pa­dała rocz­ni­ca śmier­ci Su­san­ny, leżeliśmy ra­zem w jego łóżku. Położył się na boku i spoj­rzał na mnie, jego oczy tak przy­po­mi­nały oczy Su­san­ny, że wyciągnęłam rękę i je za­kryłam.

- Wiesz, cza­sa­mi pa­trze­nie na cie­bie spra­wia mi ból - po­wie­działam.

Czułam się szczęśliwa, że po­tra­fiłam po­wie­dzieć coś ta­kie­go, a on wie­dział dokład­nie, co mam na myśli.

- Za­mknij oczy.

Za­mknęłam, a on przy­sunął się tak, że po­czułam na po­licz­ku jego ciepły, pachnący pastą od­dech. Sple­tliśmy ra­zem nogi. Ogarnęło mnie prze­możne uczu­cie, że chciałabym za­wsze mieć go tak bli­sko.

- Myślisz, że za­wsze tak będzie? - spy­tałam.

- A dla­cze­go nie?

Zasnęliśmy objęci. Jak dzie­ci. Całko­wi­cie nie­win­nie.

Te­raz nie mo­gliśmy do tego wrócić. Jak?

Wszyst­ko wy­da­wało się brud­ne, zbru­ka­ne. Wszyst­ko, od mar­ca wszyst­ko było zbru­ka­ne.

roz­dział ósmy

Było to pierw­sze­go dnia po świętach Bożego Na­ro­dze­nia. Mama po­je­chała na wy­cieczkę do Tur­cji, którą przekładała już dwa razy: raz, kie­dy Su­san­na miała nawrót cho­ro­by, i dru­gi raz, kie­dy Su­san­na zmarła. Tata był w Wa­szyng­to­nie, u ro­dzi­ny swo­jej dziew­czy­ny, a Ste­ven na nar­tach ze zna­jo­my­mi ze szkoły. Je­re­mi i pan Fi­sher po­je­chali z wi­zytą do krew­nych w No­wym Jor­ku.

A ja?

Sie­działam w domu, oglądając po raz trze­ci Pre­zent pod cho­inkę. Miałam na so­bie swoją gwiazd­kową piżamę, którą kil­ka lat wcześniej do­stałam od Su­san­ny, z czer­wo­nej fla­ne­li w mod­ny wzo­rek z je­mioły. No­gaw­ki i rękawy były za długie, należało je pod­wi­jać, na tym po­le­gała cała za­ba­wa. Właśnie zjadłam ko­lację - mrożoną pizzę pep­pe­ro­ni i cia­stecz­ka, które je­den z uczniów upiekł dla mo­jej mamy.

Za­czy­nałam czuć się jak Ke­vin. Ósma wie­czo­rem, so­bo­ta, a ja tańczyłam w sa­lo­nie do Roc­kin' Aro­und the Chri­st­mas Tree i użalałam się nad sobą. Miałam bez­na­dziej­ne stop­nie na ko­niec se­me­stru. Cała ro­dzi­na wy­je­chała. Sie­działam sama i jadłam pizzę z mrożonki. A kie­dy Ste­ven zo­ba­czył mnie po przy­jeździe, przy­wi­tał mnie tek­stem: "O, pierw­szo­rocz­ny tłuszczyk. Widzę, że stołówko­we je­dzon­ko ci służy". Szturchnęłam go w ramię, a wte­dy po­wie­dział, że żar­to­wał, ale wca­le nie żar­to­wał. W ciągu czte­rech mie­sięcy przy­było mi pra­wie pięć kilo. Pew­nie wszyst­ko przez ob­ja­da­nie się skrzy­dełkami i japońskim rosołem o czwar­tej rano. Ale co z tego? Pierw­szo­rocz­ny tłuszczyk to część stu­denc­kie­go obrzędu przejścia.

Poszłam do łazien­ki i po­kle­pałam się po po­licz­kach, tak jak to robi w fil­mie Ke­vin.

- I co z tego! - wrzasnęłam.

Nie za­mie­rzałam się dołować. Na­gle przy­szedł mi do głowy do­sko­nały po­mysł. Po­biegłam na górę i zaczęłam wrzu­cać rze­czy do ple­ca­ka: książkę, którą mama kupiła mi pod cho­inkę, leg­gin­sy, gru­be skar­pe­ty. Dla­cze­go mam sie­dzieć w domu, sko­ro za chwilę mogę zna­leźć się w naj­uko­chańszym miej­scu na świe­cie?

Piętnaście mi­nut później, kie­dy po­zmy­wałam na­czy­nia i po­ga­siłam wszyst­kie światła, sie­działam w sa­mo­cho­dzie Ste­ve­na. Lubiłam go bar­dziej niż swój, a poza tym, cze­go oczy nie widzą... Nie mówiąc już o tym, że był mi to wi­nien za pierw­szo­rocz­ny tłuszczyk.

I ru­szyłam do Co­usins, bu­jając się do Ple­ase Come Home for Chri­st­mas (oczy­wiście w wer­sji Bon Jovi) i po­gry­zając pre­cel­ki w cze­ko­la­dzie z czer­wo­no-zie­loną po­sypką (również pre­zent od mamy). Wie­działam, że podjęłam słuszną de­cyzję. Za chwilę miałam zna­leźć się w Co­usins. Roz­palę w ko­min­ku, zro­bię gorącą cze­ko­ladę - pa­su­je do pre­celków - a rano obudzę się i pójdę na plażę. Uwiel­białam plażę zimą. Ja­sne, la­tem uwiel­białam plażę jesz­cze bar­dziej, ale zimą miała jakiś wyjątko­wy urok. Po­sta­no­wiłam, że ni­ko­mu nie po­wiem o swo­jej wy­pra­wie. To miał być mój mały se­kret.

Rze­czy­wiście, do­tarłam do Co­usins lo­tem błyska­wi­cy. Na au­to­stra­dzie było pu­sto. Za­je­chaw­szy przed dom, wydałam z sie­bie okrzyk radości. Tak się cie­szyłam, że zno­wu tu je­stem, po raz pierw­szy od po­nad roku.

Za­pa­so­we klu­cze leżały tam, gdzie zwy­kle - pod luźną deską na pomoście. Kie­dy weszłam do środ­ka i włączyłam światło, aż mi się zakręciło w głowie.

W domu było po­twor­nie zim­no, w do­dat­ku oka­zało się, że roz­pa­le­nie ognia jest znacz­nie trud­niej­sze, niż sądziłam. Dość szyb­ko dałam za wy­graną. Przy­go­to­wałam cze­ko­ladę i cze­kałam, aż ogrze­wa­nie za­cznie działać. Po­tem zniosłam na dół stos koców, które zna­lazłam w bie­liźniar­ce, zro­biłam z nich ciepłe gniazd­ko na ka­na­pie i zwinęłam się w nim za­opa­trzo­na w cze­ko­ladowe pre­cel­ki i cze­ko­ladę na gorąco. W te­le­wi­zji le­ciał film Grinch: świąt nie będzie, śpiew miesz­kańców Kto­sio­wa ukołysał mnie do snu.

A obu­dził zupełnie inny dźwięk. Ktoś włamy­wał się do domu. Naj­pierw za­pu­kał do drzwi, a po­tem zaczął maj­stro­wać przy klam­ce. Przez chwilę leżałam ze­sztyw­niała pod ko­ca­mi, śmier­tel­nie prze­rażona, sta­rając się od­dy­chać jak naj­ci­szej. Po­wta­rzałam w myślach: "Jezu, Jezu, to zupełnie jak w "Ke­vi­nie"". Co zro­biłby Ke­vin? Co zro­biłby Ke­vin? Pew­nie podłożyłby bombę w holu, ale ja nie miałam na to cza­su.

A po­tem włamy­wacz zawołał:

- Ste­ven? Je­steś tu?

Pomyślałam: "Boże, dru­gi włamy­wacz już jest w środ­ku, ma na imię Ste­ven!".

Scho­wałam się pod ko­cem, ale po­tem stwier­dziłam, że Ke­vin na pew­no tak by nie za­re­ago­wał. Próbowałby bro­nić swo­je­go domu.

Do jed­nej ręki wzięłam po­grze­bacz, do dru­giej te­le­fon i prze­kradłam się do holu. Byłam zbyt prze­rażona, żeby spoj­rzeć przez okno, a poza tym nie chciałam, żeby in­truz mnie zo­ba­czył, więc przy­warłam całym ciałem do drzwi i nasłuchi­wałam, z pal­cem na kla­wia­tu­rze.

- Ste­ve, otwórz. To ja.

Moje ser­ce na chwilę prze­stało bić. Znałam ten głos. To nie był włamy­wacz. To był Con­rad.

Otwo­rzyłam drzwi. Tak, to był on. Wle­piłam w nie­go wzrok, a on wle­pił wzrok we mnie. Nig­dy nie przy­pusz­czałam, że tak za­re­aguję, kie­dy znów się spo­tka­my. Ser­ce w gar­dle, pra­wie nie mogłam od­dy­chać. Na kil­ka se­kund za­po­mniałam o całym świe­cie. Ist­niał tyl­ko on.

Miał na so­bie płaszcz, którego wcześniej nie wi­działam, ja­snobrązowy, w ustach trzy­mał cu­krową la­seczkę. La­secz­ka wy­padła i Con­rad za­py­tał:

- Co, u li­cha?

Nie za­mknął ust.

Uści­skałam go.

Pach­niał miętą i świętami. Po­licz­ki miał zim­ne.

- Dla­cze­go trzy­masz w ręku po­grze­bacz?

Zro­biłam krok w tył.

- Myślałam, że to włamy­wacz.

- No tak.

Po­szliśmy ra­zem do sa­lo­nu, usiadł na fo­te­lu na­prze­ciw­ko ka­na­py.

Wy­raz kom­plet­ne­go za­sko­cze­nia nie zni­kał z jego twa­rzy.

- Co ty tu ro­bisz?

Wzru­szyłam ra­mio­na­mi i położyłam po­grze­bacz na sto­li­ku. Po­ziom ad­re­na­li­ny w mo­ich żyłach gwałtow­nie opa­dał i po­czułam się strasz­nie głupio.

- Sie­działam sama w domu i na­gle stwier­dziłam, że mam ochotę tu przy­je­chać. A co ty tu ro­bisz? Na­wet nie wie­działam, że wróciłeś.

Con­rad miesz­kał te­raz w Ka­li­for­nii. Nie wi­dzie­liśmy się od roku, od cza­su, gdy się prze­pro­wa­dził. Miał na twa­rzy lek­ki za­rost, jak­by nie golił się od paru dni, ale za­rost wyglądał na miękki, nie szorst­ki. I był opa­lo­ny. W pierw­szej chwi­li pomyślałam, że to dziw­ne, bo prze­cież jest śro­dek zimy, ale po­tem przy­po­mniałam so­bie, że prze­cież w Ka­li­for­nii za­wsze świe­ci słońce.

- Tata przysłał mi bi­let w ostat­niej chwi­li. Z po­wo­du śnie­gu strasz­nie długo lądo­wa­liśmy, więc do­tarłem do­pie­ro te­raz. Po­nie­waż Je­re­mi i tata są w No­wym Jor­ku, po­sta­no­wiłem tu przy­je­chać. - Zerknął na mnie z uko­sa.

- Co? - za­py­tałam, na­gle zdając so­bie sprawę, że chy­ba nie wyglądam zbyt wyjścio­wo.

Przygładziłam włosy po­tar­ga­ne od snu i dys­kret­nie do­tknęłam kącików ust. A jeśli się obśliniłam?

- Na całej twa­rzy masz cze­ko­ladę.

Otarłam usta wierz­chem dłoni.

- Nie­możliwe. To na pew­no brud.

Z roz­ba­wie­niem uniósł brwi, spoglądając na nie­mal pustą puszkę pre­celków.

- Co, wsa­dziłaś tam całą głowę, żeby za­oszczędzić na cza­sie?

- Za­mknij to - po­wie­działam, ale nie mogłam po­wstrzy­mać się od uśmie­chu.

Pokój oświe­tlał je­dy­nie mi­gający ekran te­le­wi­zo­ra.

Wy­da­wało się całko­wi­cie nie­rze­czy­wi­ste, że je­steśmy tu­taj ra­zem. Nie­sa­mo­wi­ty zbieg oko­licz­ności, a może zrządze­nie losu.

Wzdrygnęłam się i przy­ciągnęłam koc do sie­bie.

Con­rad zdjął płaszcz i za­py­tał:

- Chcesz, żebym roz­pa­lił w ko­min­ku?

- Ja­sne! Z ja­kie­goś po­wo­du nie udało mi się tego do­ko­nać.

- To wy­ma­ga szczególnych umiejętności - od­parł aro­ganc­ko.

Wie­działam, że nie mówi tego poważnie.

Wszyst­ko było ta­kie zna­jo­me. Ta sama sy­tu­acja, co w święta dwa lata temu. Od tam­te­go cza­su tyle się wy­da­rzyło. Con­rad miał te­raz zupełnie nowe życie, ja też. A jed­nak zda­wało się, że nie dzie­li nas prze­strzeń ani czas. W jakiś sposób wszyst­ko było po sta­re­mu.

Możliwe, że pomyślał o tym sa­mym, bo po­wie­dział:

- Już trochę za późno, żeby roz­pa­lać ogień. Chy­ba pójdę się położyć, pa­dam z nóg. - Pod­niósł się i skie­ro­wał w stronę schodów, ale jesz­cze odwrócił się i dodał: - Śpisz tu, na dole?

- Aha. Już so­bie uwiłam gniazd­ko.

Przy scho­dach przy­stanął jesz­cze raz.

- Wesołych świąt, Bel­ly. Miło cię zno­wu wi­dzieć.

- Wza­jem­nie.

Kie­dy obu­dziłam się rano, ogarnęło mnie dziw­ne prze­czu­cie, że Con­rad wy­je­chał. Sama nie wiem dla­cze­go. Ze­rwałam się z łóżka i po­biegłam spraw­dzić i aku­rat w chwi­li, gdy do­padłam schodów, po­tknęłam się o swo­je długie no­gaw­ki i wyłożyłam na ple­cy, boleśnie ude­rzając się w głowę.

Przez chwilę leżałam wpa­trzo­na w su­fit, ze łzami w oczach. Ból wy­da­wał się aż nie­rze­czy­wi­sty. Na­gle zo­ba­czyłam twarz Con­ra­da.

- Wszyst­ko w porządku? - za­py­tał z usta­mi pełnymi je­dze­nia, chy­ba płatków śnia­da­nio­wych.

Wyciągnął rękę, ale szyb­ko go odpędziłam, ma­chając ze znie­cier­pli­wie­niem.

- Zo­staw mnie - mruknęłam z na­dzieją, że jeśli będę mru­gać w wy­star­czająco szyb­kim tem­pie, łzy same wy­schną.

- Ude­rzyłaś się? Możesz wstać?

- Myślałam, że wy­je­chałeś.

- Jak widać, nadal tu je­stem. - Ukląkł obok mnie. - Może spróbuję cię pod­nieść?

Potrząsnęłam głową.

Położył się obok mnie. Leżeliśmy tak obok sie­bie na drew­nia­nej podłodze jak dzie­ci, które chcą zro­bić orła w śnie­gu.

- Jak bar­dzo boli w ska­li od je­den do dzie­sięciu? Coś so­bie uszko­dziłaś?

- W ska­li od je­den do dzie­sięciu... Je­de­naście.

- Nie masz ani odro­bi­ny od­por­ności na ból - stwier­dził, ale jego głos zdra­dzał za­nie­po­ko­je­nie.

- Nie­praw­da.

Chy­ba jed­nak mu­siałam przy­znać mu rację. Sama słyszałam, jak płacz­li­wie to za­brzmiało.

- Hej, to był poważny upa­dek. Wyglądałaś zupełnie jak te zwierzątka w kreskówkach, kie­dy pośli­zgną się na skórce od ba­na­na.

Ocho­ta do płaczu przeszła mi w oka­mgnie­niu.

- Według cie­bie je­stem zwierzątkiem? - za­py­tałam, spoglądając na nie­go.

Próbował za­cho­wać ka­mienną twarz, ale kąciki jego ust same się uniosły. Po­tem odwrócił głowę i również na mnie spoj­rzał. Obo­je zaczęliśmy się śmiać. Śmiałam się tak bar­dzo, że roz­bo­lały mnie ple­cy.

- Au - po­wie­działam.

Usiadł i oznaj­mił:

- Zbiorę cię z podłogi i za­niosę na ka­napę.

- Nie ma mowy - za­pro­te­sto­wałam słabo. - Je­stem za ciężka. Za­raz sama wstanę. Pozwól mi jesz­cze chwilę poleżeć.

Con­rad zmarsz­czył brwi, jak­by po­czuł się urażony.

- Może nie wy­ci­skam tak jak Je­re­mi, ale je­stem w sta­nie unieść dziew­czynę.

Za­mru­gałam.

- Nie o to cho­dzi. Je­stem cięższa, niż ci się wy­da­je. No wiesz, pierw­szo­rocz­ny tłuszczyk, te spra­wy.

Za­czer­wie­niłam się i na chwilę za­po­mniałam, jak okrop­nie bolą mnie ple­cy. I jak dziw­nie się po­czułam, kie­dy wspo­mniał o Je­re­mim. Te­raz czułam je­dy­nie zakłopo­ta­nie.

Od­po­wie­dział ci­cho:

- Według mnie wyglądasz tak samo. - Po­tem bar­dzo de­li­kat­nie wziął mnie na ręce. Objęłam jego szyję. - Nic się nie martw. Trzy­mam cię.

Zaniósł mnie na ka­napę i po­sa­dził.

- Dam ci coś prze­ciwbólo­we­go. Po­win­no trochę pomóc.

Spoj­rzałam na nie­go i na­gle prze­mknęło mi przez głowę: "O rany. Ja nadal go ko­cham".

Sądziłam, że moje uczu­cia do Con­ra­da leżą bez­piecz­nie na ja­kimś stry­chu, tak jak sta­re wrot­ki czy złoty ze­ga­rek, który tata mi kupił, kie­dy na­uczyłam się od­czy­ty­wać go­dzinę.

Ale nie wy­star­czy scho­wać ja­kiejś rze­czy, żeby prze­stała ist­nieć. Te uczu­cia nig­dy nie znikły. Były tam przez cały czas. Mu­siałam to przy­znać. Con­rad sta­no­wił część mo­je­go DNA. Tak jak miałam brązowe włosy i pie­gi, tak on na za­wsze po­zo­stał w moim w ser­cu.

Za­miesz­ki­wał taki nie­wiel­ki jego skra­wek, ten należący do małej dziew­czyn­ki wierzącej w świat z mu­si­ca­li. Ale to wszyst­ko. Nic więcej. To Je­re­mi miał do­stać całą resztę, mnie obecną i przyszłą. I tyl­ko to się li­czyło. Nie przeszłość.

Może tak to jest w przy­pad­ku każdej pierw­szej miłości. Na za­wsze po­zo­sta­je w two­im ser­cu. Con­rad w wie­ku dwu­na­stu lat, trzy­na­stu, czter­na­stu, piętna­stu i na­wet sie­dem­na­stu. Za­wsze będę o nim ciepło myśleć, tak jak wspo­mi­na się ciepło pierw­sze­go psa czy kota, pierw­szy sa­mochód. Pierw­sze razy są naj­ważniej­sze. Ale ostat­nie chy­ba jesz­cze ważniej­sze. A Je­re­mi miał być moim ostat­nim, na za­wsze i na wie­ki wieków.

Ten dzień spędzi­liśmy ra­zem, ale jak­by nie ra­zem. Con­rad roz­pa­lił w ko­min­ku, a po­tem czy­tał przy sto­le w kuch­ni, a ja oglądałam To wspa­niałe życie.

Na obiad zje­dliśmy zupę po­mi­do­rową z pusz­ki i resztę cze­ko­la­do­wych pre­celków. Po­tem Con­rad po­szedł bie­gać na plaży, a ja zaczęłam oglądać Ca­sa­blankę.

Kie­dy Con­rad wrócił, aku­rat ocie­rałam oczy ręka­wem.

- Ser­ce mi pęka, kie­dy oglądam ten film - wy­chry­piałam wzru­szo­na.

Con­rad zdjął po­lar i za­py­tał:

- Dla­cze­go? Prze­cież kończy się szczęśli­wie. To do­brze, że Ilsa zo­stała z Lasz­lem.

Po­pa­trzyłam na nie­go z za­sko­cze­niem.

- Oglądałeś Ca­sa­blankę?

- No ja­sne. To kla­syk.

- Hm, wi­docz­nie nie uważałeś, bo prze­cież Rick i Ilsa są so­bie prze­zna­cze­ni.

Con­rad prychnął.

- Ten ro­man­sik to nic w porówna­niu z tym, co robił Lasz­lo dla Ru­chu Opo­ru.

Wy­dmu­chałam nos w chu­s­teczkę i po­wie­działam:

- Jak na tak młode­go człowie­ka je­steś sta­now­czo zbyt cy­nicz­ny.

Wywrócił ocza­mi.

- A ty jak na teo­re­tycz­nie do­rosłą dziew­czynę je­steś sta­now­czo zbyt emo­cjo­nal­na.

Skie­ro­wał się w stronę schodów, a ja wrzasnęłam za nim:

- Ro­bot! Cy­borg!

Śmiejąc się, za­mknął za sobą drzwi łazien­ki.

Następne­go ran­ka już go nie było. Znikł dokład­nie tak, jak myślałam. Bez pożegna­nia, bez słowa. Po pro­stu znikł. Jak duch. Con­rad, duch mi­nio­nych świąt Bożego Na­ro­dze­nia.

Kie­dy wra­całam do domu, za­dzwo­nił do mnie Je­re­mi. Za­py­tał, co po­ra­biam, a ja od­parłam, że jadę sa­mo­cho­dem, ale nie po­wie­działam, skąd wra­cam. Nie za­sta­na­wiałam się, dla­cze­go tak zro­biłam, dla­cze­go skłamałam. Wie­działam tyl­ko, że nie chcę mu po­wie­dzieć.

Stwier­dziłam, że Con­rad jed­nak miał rację. Ilsa do­brze zro­biła, zo­stając z Lasz­lem. Tak właśnie po­win­no się skończyć. Rick był tyl­ko drobną cząstką jej przeszłości, cząstką, którą za­wsze będzie nosiła w ser­cu, ale ni­kim więcej. Bo hi­sto­rie z przeszłości są właśnie tym i ni­czym więcej - hi­sto­rią.

roz­dział piąty

Nasze kwiet­nio­we ze­rwa­nie było jak grom z ja­sne­go nie­ba. Owszem, kłóciliśmy się od cza­su do cza­su, ale tak na­prawdę na­wet trud­no byłoby na­zwać te sprzecz­ki kłótnia­mi.

Na przykład wte­dy, gdy Shay zor­ga­ni­zo­wała im­prezę w let­nim domu swo­jej chrzest­nej. Za­pro­siła mnóstwo lu­dzi i po­wie­działa, że mogę przy­pro­wa­dzić Je­re­mie­go. Mie­liśmy się wy­stroić i tańczyć na zewnątrz do sa­me­go rana. I zo­stać na cały week­end. Shay twier­dziła, że będzie nie­sa­mo­wi­cie. Bar­dzo cie­szyłam się z tego za­pro­sze­nia. Ale Je­re­mi po­wie­dział, że w ten week­end odbędzie się wewnątrzu­czel­nia­ny mecz piłki nożnej. A ja mam iść bez nie­go. Za­py­tałam: "Na­prawdę mu­sisz? To prze­cież nie jest praw­dzi­wy mecz". Za­cho­wałam się wstrętnie, ale cóż, stało się. Poza tym na­prawdę tak uważałam.

To była na­sza pierw­sza kłótnia. No, na­wet nie do końca praw­dzi­wa kłótnia, nie krzy­cze­liśmy na sie­bie ani nic ta­kie­go, ale Je­re­mi był wściekły i ja też.

Za­wsze spędza­liśmy czas z jego to­wa­rzy­stwem. W pew­nym stop­niu było to zro­zu­miałe. Znał tych lu­dzi już od ja­kie­goś cza­su, ja do­pie­ro zdo­by­wałam nowe zna­jo­mości. Ale po­zna­wa­nie lu­dzi wy­ma­ga cza­su. Ciągle prze­sia­dy­wałam u nie­go, a tym­cza­sem dziew­czy­ny z mo­je­go ko­ry­ta­rza za­przy­jaźniały się beze mnie. Czułam, że coś stra­ciłam, na­wet nie zdając so­bie z tego spra­wy. Za­pro­sze­nie na im­prezę do Shay wie­le dla mnie zna­czyło i chciałam, żeby zna­czyło coś również dla Je­re­mie­go.

Były też inne rze­czy, które mnie iry­to­wały. Rze­czy, których o nim nie wie­działam, których nie mogłam wie­dzieć, wi­dując go tyl­ko la­tem w domu nad mo­rzem. Jak bez­na­dziej­nie za­cho­wy­wał się w to­wa­rzy­stwie swo­ich kum­pli, kie­dy pa­li­li zioło, obżera­li się pizzą z szynką i ana­na­sem, słucha­li Gang­sta's Pa­ra­di­se Co­olio i re­cho­ta­li przez go­dzinę albo i dłużej.

I te jego aler­gie. Nig­dy nie spo­ty­ka­liśmy się wiosną, więc nie miałam o nich pojęcia.

Raz za­dzwo­nił do mnie, na­ki­chał do słuchaw­ki i po­pro­sił żałośnie przez nos:

- Mogłabyś przy­je­chać i po­sie­dzieć przy mnie? - Po­tem wy­smar­kał się i dodał: - I przy­nieść za­pas chu­s­te­czek. I sok po­ma­rańczo­wy.

Miałam wielką ochotę po­wie­dzieć: "Masz aler­gię, a nie świńską grypę", ale ugryzłam się w język.

Byłam u nie­go poprzednie­go dnia. Grał z kum­pla­mi na kom­pu­te­rze, pod­czas gdy ja od­ra­białam za­da­nia do­mo­we. Po­tem obej­rze­liśmy film kung-fu i zamówiliśmy in­dyj­skie je­dze­nie, cho­ciaż nie prze­pa­dam za in­dyjską kuch­nią, bo często boli mnie po niej brzuch. Je­re­mi oznaj­mił, że kie­dy aler­gia na­prawdę bar­dzo mu do­ku­cza, je­dy­nie in­dyj­skie żar­cie przy­no­si ulgę. Jadłam więc naan i ryż, patrząc z wściekłością, jak on pochłania swo­je­go kur­cza­ka tik­ka ma­sa­la i gapi się na film. Cza­sa­mi całko­wi­cie mnie lek­ce­ważył i za­sta­na­wiałam się, czy robi to spe­cjal­nie.

- Bar­dzo bym chciała, ale muszę na­pi­sać na ju­tro esej - po­wie­działam, sta­rając się nadać głoso­wi zmar­twio­ny ton. - Więc to ra­czej nie­możliwe. Przy­kro mi.

- To może ja do cie­bie przyjdę? - za­pro­po­no­wał. - Wezmę tonę ta­ble­tek prze­ciw­hi­sta­mi­no­wych i pośpię, kie­dy będziesz pisać. A po­tem może zno­wu zamówimy coś z in­dyj­skiej re­stau­ra­cji.

- Aha - od­parłam cierp­ko. - Ja­sne, dla­cze­go nie.

Przy­najm­niej nie będę mu­siała wy­cho­dzić z domu i tłuc się au­to­bu­sem. Ale za to będę mu­siała pójść do łazien­ki po rolkę pa­pie­ru to­a­le­to­we­go, bo Ji­lian nieźle by się wku­rzyła, gdy­by Je­re­mi zno­wu zużył jej wszyst­kie chu­s­tecz­ki.

Jesz­cze nie wie­działam, że te wy­da­rze­nia przy­go­to­wują grunt pod naszą pierwszą praw­dziwą kłótnię. Taką z wrza­ska­mi i płaczem, dokład­nie taką, ja­kiej obie­cy­wałam so­bie nig­dy nie odbyć. Słyszałam, jak Ji­lian kłóci się w ten sposób przez te­le­fon, dziew­czy­ny z mo­je­go ko­ry­ta­rza, Tay­lor. Nig­dy nie przy­pusz­czałam, że i mnie to spo­tka. Sądziłam, że za długo zna­my się z Je­re­mim, żeby coś ta­kie­go nam gro­ziło.

Kłótnia jest jak ogień. Wy­da­je ci się, że go kon­tro­lu­jesz i możesz po­wstrzy­mać w każdej chwi­li, ale za­nim się obej­rzysz, sta­je się żywą od­dy­chającą istotą, nad którą nie po­tra­fisz za­pa­no­wać, i na­gle zda­jesz so­bie sprawę, że byłaś idiotką, wierząc, że jest in­a­czej.

Je­re­mi i jego ko­le­dzy z brac­twa w ostat­nim mo­men­cie zde­cy­do­wa­li się na wy­jazd do Cabo w cza­sie fe­rii wio­sen­nych. Zna­leźli jakąś okazję w in­ter­ne­cie.

Ja już pla­no­wałam, co będę robić w domu: pojeździ­my z mamą do cen­trum, pójdzie­my na ba­let. Ste­ven też miał przy­je­chać. Bar­dzo chciałam po­je­chać do domu, ale kie­dy pa­trzyłam, jak Je­re­mi or­ga­ni­zu­je wy­jazd, czułam się co­raz bar­dziej rozżalo­na. Początko­wo on też za­mie­rzał po­je­chać do domu. Te­raz, kie­dy Con­rad prze­niósł się do Ka­li­for­nii, panu Fi­she­ro­wi do­skwie­rała sa­mot­ność. Je­re­mi mówił, że chciałby spędzić z nim trochę cza­su, może od­wie­dzić grób Su­san­ny. Pla­no­wa­liśmy, że na kil­ka dni wy­bie­rze­my się do Co­usins. Wie­dział, ile to dla mnie zna­czy. W tym domu wy­da­rzyło się tyle ważnych rze­czy, więcej niż w moim domu ro­dzin­nym. A po śmier­ci Su­san­ny czułam, że tym bar­dziej po­win­niśmy tam wra­cać.

Ale nie, Je­re­mi po­sta­no­wił po­je­chać do Cabo.

Beze mnie.

- Je­steś pe­wien, że to do­bry po­mysł? - za­py­tałam.

Sie­działam na łóżku, on zaś przy biur­ku zgar­bio­ny, stu­kając w kla­wia­turę.

Pod­niósł wzrok i po­pa­trzył na mnie z za­sko­cze­niem.

- To bar­dzo ko­rzyst­na ofer­ta. Poza tym wszy­scy jadą. Nie mogę prze­puścić ta­kiej oka­zji.

- No tak, ale myślałam, że chciałeś po­je­chać do domu, pobyć z tatą.

- Po­jadę la­tem.

- To do­pie­ro za kil­ka mie­sięcy. - Skrzyżowałam ra­mio­na na pier­si, po­tem roz­plotłam je.

Je­re­mi zmarsz­czył brwi.

- O co cho­dzi? Nie po­do­ba ci się, że wyjeżdżam bez cie­bie?

Oblałam się ru­mieńcem.

- Skąd?! Możesz so­bie je­chać, dokąd tyl­ko chcesz .Co mi do tego. Po pro­stu pomyślałam, że two­je­mu ta­cie byłoby miło, gdy­byś spędził z nim trochę cza­su. I na­gro­bek jest go­to­wy. Sądziłam, że ze­chcesz go obej­rzeć.

- Ja­sne, że chcę, ale mogę to zro­bić po zakończe­niu roku. Mogłabyś ze mną po­je­chać. - Zerknąwszy na mnie, dodał: - Je­steś za­zdro­sna?

- Nie!

Uśmiechnął się sze­ro­ko.

- Pew­nie wy­obrażasz so­bie te wszyst­kie kon­kur­sy mo­kre­go pod­ko­szul­ka?

- Nie!

Wca­le mi się nie po­do­bało, że ob­ra­ca to wszyst­ko w żart. Wy­cho­dziło na to, że tyl­ko ja się przej­muję.

- Sko­ro tak się nie­po­ko­isz, to jedź z nami. Będzie faj­nie.

Nie po­wie­dział: "Nie masz po­wodów do nie­po­ko­ju". Po­wie­dział: "Sko­ro tak się nie­po­ko­isz, to jedź z nami".

Wie­działam, że nie miał na myśli ni­cze­go złego, ale i tak się zde­ner­wo­wałam.

- Wiesz, że nie mam pie­niędzy. Poza tym wca­le nie chciałabym spędzić fe­rii w to­wa­rzy­stwie two­im i two­ich "bra­ci". Byłabym je­dyną dziew­czyną i tyl­ko psułabym wam za­bawę.

- Nie je­dyną. Dziew­czy­na Jo­sha, Ali­son, też tam będzie.

A więc za­pro­si­li Ali­son, a mnie nie? Wy­pro­sto­wałam się czuj­nie.

- Ali­son z wami je­dzie?

- No, nie do końca. Ali­son je­dzie z dziew­czy­na­mi ze swo­je­go sto­wa­rzy­sze­nia. Wy­najęły kil­ka po­koi w tym sa­mym ośrod­ku, co my. To właśnie od nich do­wie­dzie­liśmy się o tej pro­mo­cji. Ale nie będzie­my spędzać ra­zem cza­su. My za­mie­rza­my bawić się jak na fa­cetów przy­stało. Wy­ciecz­ki off-road na pu­sty­ni i ta­kie tam. Wypożyczy­my qu­ady, będzie­my scho­dzić po li­nie...

Po­pa­trzyłam na nie­go.

- I w cza­sie, gdy ty będziesz so­bie jeździł po pu­sty­ni, ja mam spędzać czas w to­wa­rzy­stwie dziew­czyn, których na­wet nie znam?

Wywrócił ocza­mi.

- Znasz Ali­son. Byłyście ra­zem w drużynie, kie­dy gra­liśmy w piw­ne­go ping-pon­ga.

- Nie­ważne. I tak nie wy­bie­ram się do Cabo. Jadę do domu. Mama za mną tęskni. - Nie po­wie­działam: "A twój tata tęskni za tobą".

Kie­dy Je­re­mi wzru­szył ra­mio­na­mi, jak­by chciał stwier­dzić, że to moja spra­wa, pomyślałam: "A co tam".

- A twój tata tęskni za tobą.

- O rany. Bel­ly, przy­znaj, że wca­le nie cho­dzi o mo­je­go tatę. Świ­ru­jesz, bo jadę bez cie­bie.

- To może ty przy­znasz, że wca­le nie chciałeś, żebym z wami je­chała?

Wahał się. Wi­działam jego minę.

- Do­bra. Nie miałbym nic prze­ciw­ko ściśle męskiej wy­pra­wie.

Pod­niosłam się i od­parłam:

- Hm, wygląda na to, że będzie tam mnóstwo dziew­czyn. Miłej za­ba­wy.

Jego szy­ja oblała się pur­purą.

- Sko­ro mi nie ufasz, to na­prawdę nie wiem, co mam po­wie­dzieć. Nig­dy dałem ci po­wo­du do po­dej­rzeń. I na­prawdę nie mu­sisz bu­dzić we mnie po­czu­cia winy z po­wo­du ojca.

Zaczęłam wkładać buty. Byłam wściekła i ręce tak mi się trzęsły, że nie mogłam zawiązać sznu­ro­wa­deł.

- Nie mogę uwie­rzyć, że je­steś tak sa­mo­lub­ny.

- Ja? To ja je­stem sa­mo­lub­ny?

Potrząsnął głową, moc­no za­ci­skając usta. Po­tem otwo­rzył je, jak­by chciał jesz­cze coś po­wie­dzieć, ale za­raz za­mknął z po­wro­tem.

- Tak, niewątpli­wie to ty je­steś sa­mo­lubną osobą w tym związku. Za­wsze wszyst­ko kręci się wokół cie­bie, two­ich przy­ja­ciół i two­je­go kre­tyńskie­go brac­twa. Mówiłam ci już, że uważam two­je brac­two za kre­tyńskie? Bo tak właśnie uważam.

- A co w nim jest ta­kie­go kre­tyńskie­go? - za­py­tał ci­cho.

- To ban­da na­dzia­nych uprzy­wi­le­jo­wa­nych gości, którzy wy­dają pie­niądze ro­dziców, oszu­kują na te­stach i przy­chodzą na­wa­le­ni na zajęcia.

Zro­bił urażoną minę.

- Nie wszy­scy tak się za­cho­wują.

- Nie miałam na myśli cie­bie.

- Owszem, miałaś. Co, tyl­ko dla­te­go, że nie stu­diuję me­dy­cy­ny, to od razu je­stem według cie­bie jed­nym z tych obi­boków?

- Nie próbuj po­gry­wać na swo­im kom­plek­sie niższości - po­wie­działam.

Zro­biłam to całko­wi­cie bez za­sta­no­wie­nia. Owszem, taka myśl po­ja­wiła się wcześniej w mo­jej głowie, ale nig­dy głośno o tym nie wspo­mi­nałam.

To Con­rad stu­dio­wał me­dy­cynę. Con­rad uczył się na Uni­wer­sy­te­cie Stan­for­da i pra­co­wał na część eta­tu w la­bo­ra­to­rium. A Je­re­mi opo­wia­dał, że jego przed­miot kie­run­ko­wy to pi­wo­lo­gia.

Wbił we mnie wzrok.

- Co, do cho­le­ry, ma zna­czyć "kom­pleks niższości"?

- Za­po­mnij.

Zbyt późno zo­rien­to­wałam się, że spra­wy zaszły za da­le­ko. Żałowałam, że nie mogę cofnąć tam­tych słów.

- Sko­ro według cie­bie je­stem taki głupi, sa­mo­lub­ny i bez­na­dziej­ny, to dla­cze­go ze mną je­steś?

Za­nim od­po­wie­działam, za­nim miałam szansę po­wie­dzieć: "Nie je­steś głupi ani sa­mo­lub­ny, ani bez­na­dziej­ny", za­nim zdążyłam zakończyć naszą kłótnię, Je­re­mi dodał:

- Chrza­nić to. Nie będę więcej mar­no­wał two­je­go cza­su. Zakończmy to te­raz.

A ja od­parłam:

- Do­sko­na­le.

Chwy­ciłam torbę z książkami, ale nie od razu wyszłam. Cze­kałam, aż Je­re­mi mnie za­trzy­ma. Nie zro­bił tego.

Płakałam przez całą drogę do aka­de­mi­ka. Nie mogłam uwie­rzyć, że ze­rwa­liśmy. To wy­da­wało się całko­wi­cie nie­re­al­ne. Sądziłam, że Je­re­mi za­dzwo­ni do mnie w nocy. Był piątek, w so­botę rano wyjeżdżał do Cabo. Rano też nie za­dzwo­nił.

Fe­rie wio­sen­ne spędziłam, snując się bez celu po domu, pochłaniając tony chipsów i płacząc. Ste­ven po­wie­dział:

- Wy­lu­zuj. Nie dzwo­ni, bo połącze­nie z Mek­sy­ku strasz­nie dużo kosz­tu­je. W przyszłym ty­go­dniu zno­wu będzie­cie ra­zem, je­stem pe­wien.

Ja też byłam tego zda­nia. Je­re­mi po pro­stu po­trze­bo­wał od­de­chu. Okej, w porządku. Kie­dy wróci, pójdę do nie­go i po­wiem mu, jak bar­dzo mi przy­kro, wszyst­ko na­pra­wię i będzie tak, jak­by ta kłótnia się nie zda­rzyła.

Ste­ven miał rację. Rze­czy­wiście wróciliśmy do sie­bie ty­dzień później. Poszłam do nie­go, prze­pro­siłam, on też prze­pro­sił. Nie pytałam, czy coś wy­da­rzyło się w Cabo. Na­wet mi to przez myśl nie przeszło. Ten chłopak ko­chał mnie przez całe życie, a ja wie­rzyłam w tę miłość. W tego chłopa­ka.

Je­re­mi przy­wiózł mi bran­so­letkę z mu­sze­lek. Małych białych mu­sze­lek puka. Po­czułam się taka szczęśliwa. Bo to był znak, że myślał o mnie i tęsknił za mną tak samo, jak ja za nim. I tak jak ja wie­dział, że to nie jest ko­niec, że za­wsze będzie­my ra­zem. Cały pierw­szy ty­dzień po fe­riach spędził w moim po­ko­ju, tyl­ko ze mną, a nie z kum­pla­mi z brac­twa. Moja współspacz­ka Ji­lian mało nie osza­lała, ale zupełnie się tym nie przejęłam. Czułam się z nim związana moc­niej niż kie­dy­kol­wiek wcześniej. Tęskniłam za nim na­wet pod­czas zajęć.

A te­raz po­znałam prawdę. Przy­wiózł mi tę głupią tan­detną bran­so­letkę, po­nie­waż czuł się win­ny. A ja tak bar­dzo chciałam się po­go­dzić, że ni­cze­go nie za­uważyłam.

roz­dział pierw­szy

Kiedy trwa se­sja eg­za­mi­na­cyj­na i ślęczysz nad nauką już od pięciu go­dzin bez prze­rwy, po­trze­bu­jesz trzech rze­czy, żeby jakoś prze­trwać noc.

Pierw­sza to naj­większy slur­pee, jaki uda ci się zdo­być, wiśnia z colą. Spodnie od piżamy tak spra­ne, że ma­te­riał zro­bił się cien­ki jak pa­pier. I wresz­cie prze­rwy na ta­niec. Dużo przerw na ta­niec. Kie­dy oczy same ci się za­my­kają i ma­rzysz tyl­ko o tym, żeby zna­leźć się w łóżku, prze­rwy na ta­niec po­mogą ci przeżyć.

Była czwar­ta rano, uczyłam się do eg­za­mi­nu kończącego mój pierw­szy rok na Uni­wer­sy­te­cie Finch. Sie­działyśmy w bi­blio­te­ce z moją nową naj­lepszą przy­ja­ciółką Aniką John­son i moją starą naj­lepszą przy­ja­ciółką Tay­lor Je­wel. Wa­ka­cje były tak bli­sko, już czułam ich smak. Jesz­cze tyl­ko pięć dni. Od­li­czałam od kwiet­nia.

- Prze­py­taj mnie - zarządziła Tay­lor lek­ko schryp­niętym głosem.

Otwo­rzyłam no­tat­nik na chy­bił tra­fił.

- Po­daj de­fi­nicję pojęć ani­ma i ani­mus.

Tay­lor za­gryzła dolną wargę.

- Po­proszę jakąś pod­po­wiedź.

- Emm... Przy­po­mnij so­bie łacinę.

- Nie miałam łaci­ny! Czy na tym eg­za­mi­nie będą spraw­dzać zna­jo­mość łaci­ny?

- Nie. To była pod­po­wiedź. W łaci­nie słowa męskie­go ro­dza­ju kończą się na -us, a żeńskie­go na -a. Ani­ma to ar­che­typ żeński, ani­mus zaś męski. Ro­zu­miesz?

Wes­tchnęła głęboko i stwier­dziła:

- Nie. Chy­ba nie zdam.

Ani­ka uniosła głowę znad no­ta­tek i po­wie­działa:

- Może gdy­byś prze­stała pisać ese­me­sy i dla od­mia­ny zaczęła się uczyć, to byś zdała.

Tay­lor rzu­ciła jej pio­ru­nujące spoj­rze­nie.

- Po­ma­gam sio­strze za­pla­no­wać śnia­da­nie na zakończe­nie roku. Muszę dyżuro­wać pod te­le­fo­nem.

- Dyżuro­wać? - Ani­ka zro­biła roz­ba­wioną minę. - Jak le­karz?

- Dokład­nie tak jak le­karz - warknęła Tay­lor.

- To co będzie, naleśniki czy go­fry?

- Fran­cu­skie to­sty, dziękuję.

Wszyst­kie trzy uczęszczałyśmy na zajęcia z psy­cho­lo­gii. Tay­lor i ja zda­wałyśmy eg­za­min następne­go dnia, Ani­ka dzień po nas. Oprócz Tay­lor przy­jaźniłam się z Aniką. Tay­lor, która za­wsze lubiła wy­gry­wać, była nie­co za­zdro­sna, ale oczy­wiście nig­dy by się do tego nie przy­znała.

Przy­jaźń z Aniką różniła się od przy­jaźni z Tay­lor. Ani­ka była wy­lu­zo­wa­na i bez­pro­ble­mo­wa. Nie oce­niała lu­dzi z góry. A przede wszyst­kim zo­sta­wiała mi prze­strzeń. Nie znała mnie od nie­pa­miętnych czasów i nie miała w sto­sun­ku do mnie żad­nych ocze­ki­wań czy uprze­dzeń. To dawało mi po­czu­cie wol­ności. Poza tym Ani­ka różniła się od in­nych mo­ich przy­jaciół. Miesz­kała w No­wym Jor­ku, jej oj­ciec był jazz­ma­nem, a mat­ka pi­sarką.

Kil­ka go­dzin później wstało słońce, bi­blio­tekę zalało nie­bie­ska­we światło. Głowa Tay­lor opa­dała co­raz niżej, Ani­ka gapiła się gdzieś przed sie­bie jak zom­bie.

Zwinęłam dwie pa­pie­ro­we kul­ki i cisnęłam w dziewczęta.

- Prze­rwa na tańce - zaśpie­wałam, wci­skając "play".

Zatańczyłam w miej­scu, nie pod­nosząc się z krzesła.

Ani­ka po­pa­trzyła na mnie.

- Coś ty taka rześka?

- Po­nie­waż - od­parłam i klasnęłam w dłonie - już za kil­ka go­dzin będę miała to za sobą.

Miałam przystąpić do eg­za­mi­nu do­pie­ro po południu, więc za­mie­rzałam wrócić do po­ko­ju, po­spać kil­ka go­dzin, wstać od­po­wied­nio wcześnie i powtórzyć ma­te­riał.

Za­spałam, ale i tak udało mi się po­uczyć jesz­cze przez go­dzinę. Nie miałam cza­su zejść do stołówki na śnia­da­nie, więc tyl­ko wypiłam wiśniową colę z au­to­ma­tu.

Test był dokład­nie tak trud­ny, jak się tego spo­dzie­wałyśmy, ale czułam, że do­stanę przy­najm­niej B.

Tay­lor stwier­dziła, że chy­ba jed­nak zda. Obie byłyśmy zbyt zmęczo­ne, żeby świętować, więc tyl­ko przy­biłyśmy piątkę i poszłyśmy każda w swoją stronę.

Ru­szyłam do po­ko­ju z po­sta­no­wie­niem, że będę spała przy­najm­niej do ko­la­cji. Kie­dy otwo­rzyłam drzwi, oka­zało się, że w moim łóżku śpi Je­re­mi. Wyglądał jak mały chłopiec mimo kil­ku­dnio­we­go za­ro­stu na twa­rzy. Leżał na kołdrze, jego sto­py zwi­sały z brze­gu łóżka, do pier­si tulił mo­je­go plu­szo­we­go niedźwie­dzia po­lar­ne­go.

Zdjęłam buty i położyłam się obok. Je­re­mi po­ru­szył się, otwo­rzył oczy i po­wie­dział:

- Cześć.

- Cześć - od­parłam.

- Jak poszło?

- Nieźle.

- To do­brze. - Wypuścił z objęć niedźwie­dzia i przy­tu­lił mnie. - Przy­niosłem ci połowę ka­nap­ki z mo­je­go dru­gie­go śnia­da­nia.

- Je­steś słodki - po­wie­działam, wci­skając głowę w jego ramię.

Pocałował mnie w czu­bek głowy.

- Nie mogę po­zwo­lić, żeby moja dziew­czy­na ciągle opusz­czała posiłki.

- Tyl­ko śnia­da­nie - za­pro­te­sto­wałam. I dodałam po namyśle: - I dru­gie śnia­da­nie.

- Chcesz tę ka­napkę? Jest w tor­bie z książkami.

Stwier­dziłam, że je­stem głodna, lecz również bar­dzo śpiąca.

- Może trochę później - od­parłam, za­my­kając oczy.

Po­tem Je­re­mi zasnął. Ja też zasnęłam. A kie­dy się obu­dziłam, było ciem­no, niedźwiedź leżał na podłodze, Je­re­mi obej­mo­wał mnie i nadal spał.

Zaczęliśmy cho­dzić ze sobą w wa­ka­cje przed moją ostat­nią klasą w li­ceum. "Cho­dzić" właści­wie nie jest od­po­wied­nim słowem. To stało się tak szyb­ko i na­tu­ral­nie, miałam wrażenie, że je­steśmy ra­zem od za­wsze. Przy­jaźniliśmy się, na­gle zaczęliśmy się całować, a po­tem wysłałam pa­pie­ry na tę samą uczel­nię, na której on stu­dio­wał. Tłuma­czyłam so­bie i wszyst­kim dokoła (w tym szczególnie jemu i mo­jej ma­mie), że to do­bra uczel­nia, że znaj­du­je się tyl­ko kil­ka go­dzin jaz­dy od domu, że to bar­dzo sen­sow­ny po­mysł i że biorę pod uwagę różne roz­wiąza­nia. To była praw­da. Ale przede wszyst­kim chciałam być bli­sko nie­go. Chciałam być z nim przez cały rok, nie tyl­ko la­tem.

I oto leżeliśmy ra­zem w moim łóżku. Je­re­mi stu­dio­wał na dru­gim roku, ja właśnie kończyłam pierw­szy. Nie­sa­mo­wi­te, jak da­le­ko to zaszło. Zna­liśmy się przez całe życie; z jed­nej stro­ny to, co się między nami wy­da­rzyło, zda­wało się nie­co za­ska­kujące, ale z dru­giej - po pro­stu nie­unik­nio­ne.

roz­dział czwar­ty

To stało się później tego sa­me­go wie­czo­ru.

Tańczy­liśmy.

Oto­czyłam ra­mio­na­mi kark Je­re­mie­go, mu­zy­ka pul­so­wała. Było mi gorąco i kręciło mi się w głowie od tańca i al­ko­ho­lu. W po­ko­ju było mnóstwo lu­dzi, ale kie­dy Je­re­mi na mnie pa­trzył, czułam się tak, jak­byśmy byli sami na świe­cie. Tyl­ko on i ja.

Po­chy­lił się, od­garnął mi ko­smyk włosów z czoła i założył go za ucho. Po­wie­dział coś, ale nie usłyszałam.

- Co?! - wrzasnęłam.

- Nig­dy nie ob­ci­naj włosów! - wrzasnął w od­po­wie­dzi.

- Wy­klu­czo­ne! Wyglądałabym jak cza­row­ni­ca.

Je­re­mi przyłożył rękę do ucha.

- Nie słyszę!

- Cza­row­ni­ca!

Potrząsnęłam ob­ra­zo­wo włosa­mi i udałam, że mie­szam cho­chlą w wiel­kim ga­rze, re­chocząc do sie­bie.

- Po­do­ba mi się - po­wie­dział. - Może będziesz tyl­ko pod­ci­nać?

Krzyknęłam:

- Obie­cuję, że nie obetnę włosów, jeśli ty zre­zy­gnu­jesz z wy­ma­rzo­nej bro­dy!

Gro­ził, że zapuści brodę od ostat­nie­go Święta Dziękczy­nie­nia, kie­dy je­den z jego ko­legów z li­ceum ogłosił kon­kurs, komu uda się wy­ho­do­wać najdłuższą. Po­wie­działam, że nie ma mowy, bo przy­po­mi­nałby za bar­dzo mo­je­go tatę.

- Roz­ważę to - od­parł i mnie pocałował.

Sma­ko­wał pi­wem, ja pew­nie też.

Po­tem je­den z przy­ja­ciół Je­re­mie­go z brac­twa, Tom, z nie­zna­nych mi po­wodów noszący ksywkę Ry­dzyk, za­uważył nas i za­ata­ko­wał Je­re­mie­go jak szarżujący byk. W ręku dzierżył bu­telkę wody i miał na so­bie je­dy­nie bie­liznę. Nie były to by­najm­niej bok­ser­ki, lecz białe ob­cisłe sli­py.

- Ro­zejść się! - krzyknął.

Zaczęli się siłować. Kie­dy Je­re­mi za­blo­ko­wał ra­mie­niem głowę Ry­dzy­ka, woda z bu­tel­ki wylała się na moją su­kienkę. A właści­wie su­kienkę Ani­ki. Woda oka­zała się pi­wem.

- Sor­ry, sor­ry - mruknął Ry­dzyk.

Kie­dy Ry­dzyk porządnie się schlał, po­wta­rzał wszyst­ko dwa razy.

- Nic nie szko­dzi - od­parłam, wyżymając su­kienkę i sta­rając się nie pa­trzeć na dolną część jego ciała.

Poszłam do łazien­ki, ale była długa ko­lej­ka, więc skie­ro­wałam się do kuch­ni. Kil­ka osób robiło body sho­ty na sto­le, je­den z członków brac­twa, Luke, właśnie wy­li­zy­wał sól z pępka ru­dowłosej dziew­czy­ny.

- Cześć, Isa­bel - po­wie­dział, pod­nosząc wzrok.

- Em, cześć, Luke - od­parłam.

Na wi­dok dziew­czy­ny wy­mio­tującej do zle­wu na­tych­miast się zmyłam.

Ru­szyłam do łazien­ki na górze. Nie­chcący na­depnęłam na rękę chłopa­ko­wi, który in­ten­syw­nie zaj­mo­wał się na scho­dach koleżanką.

- Bar­dzo prze­pra­szam - po­wie­działam, ale chy­ba ni­cze­go nie za­uważył, bo drugą rękę aku­rat wkładał jej za bluzkę.

Kie­dy wresz­cie do­tarłam do łazien­ki, za­mknęłam za sobą drzwi i wes­tchnęłam z ulgą. Ta im­pre­za była jesz­cze bar­dziej sza­lo­na niż zwy­kle. Pew­nie w związku z końcem roku i eg­za­minów wszyst­kim pusz­czały ha­mul­ce. Cie­szyłam się, że Ani­ka nie mogła przyjść. To zde­cy­do­wa­nie nie była za­ba­wa w jej guście. W moim zresztą też nie.

Na­my­dliłam pla­my i błagałam w myślach, żeby znikły. Na­gle ktoś na­cisnął klamkę.

- Chwi­leczkę - zawołałam.

Wal­czyłam da­lej z pla­ma­mi. Na zewnątrz roz­ma­wiały ja­kieś dziew­czy­ny. Nie słuchałam, aż do chwi­li, gdy usłyszałam głos La­cie.

- Sek­sow­nie dzi­siaj wygląda, co?

- Za­wsze wygląda sek­sow­nie - stwier­dził inna.

- Nie da się za­prze­czyć - wybełkotała La­cie.

Dru­ga dziew­czy­na dodała:

- Ale ci za­zdroszczę.

La­cie od­parła śpiew­nie:

- Co­kol­wiek stało się w Cabo, zo­stało w Cabo.

Zakręciło mi się w głowie. Oparłam się o drzwi. Nie­możliwe, żeby mówiła o Je­re­mim. Wy­klu­czo­ne.

Ktoś zabębnił do drzwi, aż pod­sko­czyłam.

Nie­wie­le myśląc, otwo­rzyłam.

Na mój wi­dok La­cie uniosła rękę do ust. Jej mina była jak cios pro­sto w żołądek. Au­ten­tycz­nie po­czułam fi­zycz­ny ból. Słyszałam, jak po­zo­stałe dziew­czy­ny gwałtow­nie wstrzy­mują od­dech, ale wszyst­ko to działo się gdzieś bar­dzo da­le­ko. Minęłam je, czułam się, jak­bym lu­na­ty­ko­wała, i zeszłam na dół.

Nie mogłam w to uwie­rzyć. To nie mogła być praw­da. Nie mój Je­re­mi.

Poszłam do jego po­ko­ju i za­mknęłam za sobą drzwi. Usiadłam na łóżku, pod­ciągając ko­la­na pod brodę, myśli kłębiły się w mo­jej głowie. "Co­kol­wiek stało się w Cabo, zo­stało w Cabo". Mina La­cie, re­ak­cja pozo­stałych dziew­czyn. Ta sce­na wyświe­tlała się w mo­jej głowie jak film po­wta­rza­ny bez końca.

Mu­siałam wie­dzieć na pew­no. Mu­siałam usłyszeć to od nie­go.

Wyszłam z po­ko­ju i zaczęłam go szu­kać. Czułam, jak szok zmie­nia się we wściekłość. Prze­py­chałam się przez tłum. Na­depnęłam na stopę ja­kiejś pi­ja­nej dziew­czy­nie, która wybełkotała "Hej!", ale ani na chwilę się nie za­trzy­małam i nie prze­pro­siłam.

W końcu go zna­lazłam. Stał na zewnątrz, pijąc piwo z chłopa­ka­mi z brac­twa.

- Mu­si­my po­roz­ma­wiać - po­wie­działam.

- Chwi­leczkę, Bel­ly.

- Nie. Te­raz.

Fa­ce­ci zaczęli re­cho­tać.

- Uuuu, ktoś ma kłopo­ty. Fi­sher jest skończo­ny.

Cze­kałam.

Je­re­mi chy­ba zo­ba­czył coś w moim wzro­ku, bo posłusznie wszedł za mną do środ­ka i ru­szył na górę, do swo­je­go po­ko­ju. Za­trzasnęłam drzwi.

- O co cho­dzi? - spy­tał wyraźnie za­nie­po­ko­jo­ny.

Wy­plułam z sie­bie:

- Kręciłeś z La­cie Ba­ro­ne pod­czas fe­rii wio­sen­nych?

Je­re­mi zro­bił się biały jak ścia­na.

- Co?

- Czy kręciłeś z La­cie?

- Bel­ly...

- Wie­działam - szepnęłam. - Wie­działam.

Cho­ciaż tak na­prawdę nie wie­działam. Nic nie wie­działam.

- Za­cze­kaj, wszyst­ko ci wytłumaczę.

- Za­cze­kaj?! - wrzasnęłam. - Jezu, Je­re­mi. Jezu.

Osunęłam się na podłogę. Nie­ste­ty nogi od­ma­wiały mi posłuszeństwa.

Ukląkł obok mnie, próbował mnie pod­nieść, ale ode­pchnęłam jego ręce.

- Nie do­ty­kaj mnie!

Usiadł na podłodze, zwie­sił głowę.

- Bel­ly, to było na tym wyjeździe. Kie­dy ze­rwa­liśmy.

Po­pa­trzyłam na nie­go.

Na­sze tak zwa­ne ze­rwa­nie trwało rap­tem ty­dzień. To nie było praw­dzi­we ze­rwa­nie, w każdym ra­zie nie dla mnie. Przez cały czas wie­działam, że zno­wu będzie­my ra­zem. Płakałam przez cały ty­dzień, a on lizał się w Cabo z La­cie Ba­ro­ne.

- Wie­działeś, że nie ze­rwa­liśmy tak na­prawdę! Wie­działeś, że to nie było se­rio!

Przełknął ślinę, a jego grdy­ka po­ru­szyła się w górę i w dół.

- La­cie wszędzie za mną łaziła. Nie odstępowała mnie na krok. Przy­sięgam, nie chciałem. Po pro­stu się stało. - Głos mu się załamał.

Po­czułam się brud­na. Zupełnie znie­sma­czo­na.

Nie chciałam myśleć o nich ra­zem, nie chciałam so­bie tego wy­obrażać.

- Milcz - po­wie­działam. - Nie mam ocho­ty tego słuchać.

- To był błąd.

- Błąd? Na­zy­wasz to błędem? Błąd to ja popełniłam, kie­dy zo­sta­wiłam klap­ki pod prysz­ni­cem i spleśniały, a po­tem mu­siałam je wy­rzu­cić. To się na­zy­wa błąd, pa­lan­cie. - Wy­buchłam płaczem.

Nic nie po­wie­dział. Przyj­mo­wał wszyst­ko w mil­cze­niu, nie unosząc głowy.

- Już nie wiem, kim je­steś. - Żołądek mi się wywrócił. - Chy­ba zwy­mio­tuję.

Je­re­mi podał mi wia­dro stojące przy łóżku i zaczęłam wy­mio­to­wać, płacząc jed­no­cześnie. Chciał do­tknąć mo­ich pleców, ale od­sunęłam się.

- Nie do­ty­kaj mnie - wy­mam­ro­tałam, ocie­rając usta wierz­chem ręki.

To było całko­wi­cie bez sen­su. To nie był Je­re­mi, ja­kie­go znałam. Mój Je­re­mi nig­dy tak by mnie nie zra­nił. Nig­dy na­wet nie spoj­rzałby na inną dziew­czynę. Mój Je­re­mi był szcze­ry, sil­ny i wier­ny. A tego człowie­ka nie znałam.

- Prze­pra­szam - po­wie­dział. - Na­prawdę bar­dzo cię prze­pra­szam.

Te­raz i on płakał. "I do­brze - pomyślałam. - Cierp, sko­ro ja cier­pię przez cie­bie".

- Chcę być z tobą całko­wi­cie szcze­ry. Żad­nych więcej se­kretów. - Kom­plet­nie się załamał, ry­czał jak dziec­ko.

Wstrzy­małam od­dech.

- Upra­wia­liśmy seks.

Za­nim zdążyłam się za­sta­no­wić, moja ręka już zna­lazła się przy jego twa­rzy. Walnęłam z całych sił. W ogóle nie myślałam. Po pro­stu to zro­biłam. Na jego pra­wym po­licz­ku zo­stał czer­wo­ny ślad.

Pa­trzy­liśmy na sie­bie. Nie mogłam uwie­rzyć, że go ude­rzyłam. On też nie.

Na jego twa­rzy po­ka­zał się wy­raz kom­plet­ne­go za­sko­cze­nia, ja pew­nie wyglądałam po­dob­nie. Nig­dy przed­tem ni­ko­go nie ude­rzyłam.

Po­tarł po­li­czek i powtórzył:

- Prze­pra­szam.

Zaczęłam płakać jesz­cze bar­dziej roz­pacz­li­wie. Wi­działam w myślach, jak robią różne rze­czy. A ja na­wet nie brałam sek­su pod uwagę. Co za idiot­ka!

- To nic dla mnie nie zna­czyło. Przy­sięgam.

Próbował do­tknąć mo­je­go ra­mie­nia, ale za­brałam je, wzdry­gając się. Otarłam po­licz­ki i po­wie­działam:

- Może dla cie­bie seks nic nie zna­czy. Ale dla mnie tak i do­brze o tym wiesz. Wszyst­ko ze­psułeś. Już nig­dy ci nie za­ufam!

Chciał przy­ciągnąć mnie do sie­bie, ale ode­pchnęłam go. Po­wie­dział zroz­pa­czo­nym głosem:

- Za­pew­niam cię, to z La­cie nie miało dla mnie żad­ne­go zna­cze­nia.

- Ale dla mnie tak. I naj­wy­raźniej dla niej również.

- Nie ko­cham La­cie! - wy­krzyknął. - Ko­cham cie­bie! - Je­re­mi przy­czołgał się do mnie, objął moje ko­la­na. - Nie od­chodź, proszę, nie od­chodź!

Próbowałam go ode­pchnąć, ale był sil­niej­szy. Wcze­pił się we mnie, jak­bym była tratwą, a on roz­bit­kiem na środ­ku oce­anu.

- Tak bar­dzo cię ko­cham - po­wie­dział, cały się trzęsąc. - Za­wsze byłaś tyl­ko ty.

Chciałam da­lej płakać i krzy­czeć, zna­leźć ja­kieś roz­wiąza­nie. Ale nie wi­działam żad­ne­go. Kie­dy na nie­go pa­trzyłam, czułam się jak ska­mie­niała. Jesz­cze nig­dy tak się na nim nie za­wiodłam. A naj­gor­sze, że stało się to całko­wi­cie z za­sko­cze­nia. Nie mogłam uwie­rzyć, że za­le­d­wie kil­ka go­dzin wcześniej niósł mnie na ple­cach, a ja czułam, że ko­cham go jesz­cze bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek.

- Nie możemy od­zy­skać tego, co było. - Wi­działam, że moje słowa go ranią. - Wszyst­ko stra­co­ne. Stra­ci­liśmy to dzi­siaj, nie­odwołal­nie.

- Możemy to od­zy­skać - od­parł de­spe­rac­ko. - Wiem, że możemy.

Potrząsnęłam głową.

Z oczu znów popłynęły mi łzy, ale nie chciałam płakać, szczególnie przy nim. Z nim. Nie chciałam czuć tego smut­ku. Ni­cze­go nie chciałam czuć. Jesz­cze raz otarłam twarz, pod­niosłam się i oznaj­miłam:

- Wy­chodzę.

Wstał nie­pew­nie.

- Za­cze­kaj!

Minęłam go, za­brałam to­rebkę leżącą na łóżku i wyszłam, zbiegłam po scho­dach, wy­padłam na zewnątrz. Biegłam przez całą drogę na przy­sta­nek, to­rebka obi­jała mi się o ramię, ob­ca­sy kla­skały o chod­nik. Po­tknęłam się i o mało nie upadłam, ale jakoś utrzy­małam równo­wagę. Zdążyłam na au­to­bus w ostat­niej chwi­li. Nie obej­rzałam się, żeby spraw­dzić, czy Je­re­mi za mną bie­gnie.

Moja współspacz­ka, Jen­ny, wy­je­chała tego dnia do domu, więc przy­najm­niej miałam pokój wyłącznie dla sie­bie i mogłam porządnie się wypłakać. Je­re­mi dzwo­nił i pisał tony ese­mesów, więc wyłączyłam te­le­fon. Ale za­nim poszłam spać, włączyłam go i spraw­dziłam, co na­pi­sał.

"Tak bar­dzo mi wstyd. Proszę, ode­zwij się. Ko­cham cię i za­wsze będę cię ko­chał".

Po­ry­czałam się na całego.

roz­dział siódmy

Kiedy obu­dziłam się rano, oczy miałam tak spuch­nięte, że le­d­wo mogłam je otwo­rzyć. Opry­skałam twarz zimną wodą, ale nie­wie­le to po­mogło. Umyłam zęby. A po­tem wróciłam do łóżka. Cza­sa­mi bu­dziłam się, słyszałam, lu­dzi na ko­ry­ta­rzu i za­raz znów za­sy­piałam. Wie­działam, że po­win­nam się spa­ko­wać, ale chciałam tyl­ko spać. Spałam cały dzień. Kie­dy zno­wu się obu­dziłam, było ciem­no. Nie włączyłam światła. Leżałam w łóżku, aż znów za­padłam w sen.

Wstałam do­pie­ro po południu następne­go dnia. Przez "wstałam" ro­zu­miem "usiadłam na łóżku". Tak, wresz­cie usiadłam na łóżku. Chciało mi się pić. Czułam się jak wyżęta, jak­bym wypłakała z sie­bie wszyst­kie płyny. To skłoniło mnie do tego, żeby wresz­cie zwlec się z łóżka, zro­bić kil­ka kroków dzielących mnie od lodówki i wyjąć z niej bu­telkę z wodą, jedną z tych, które zo­sta­wiła Ji­lian.

Po­pa­trzyłam na jej pu­ste łóżko i pu­ste ścia­ny i ogarnęło mnie jesz­cze większe przygnębie­nie. W nocy chciałam być sama. Ale te­raz czułam, że muszę z kimś po­ga­dać, bo in­a­czej osza­leję.

Wyszłam na ko­ry­tarz i za­pu­kałam do po­ko­ju Ani­ki. Kie­dy tyl­ko mnie zo­ba­czyła, spy­tała:

- Co się stało?

Usiadłam na jej łóżku i przy­tu­liłam po­duszkę do pier­si. Przyszłam, żeby z nią po­roz­ma­wiać, wy­rzu­cić z sie­bie wszyst­ko, a te­raz nie mogłam zna­leźć od­po­wied­nich słów. Czułam wstyd. Przez nie­go i za nie­go. Wszy­scy moi zna­jo­mi uwiel­bia­li Je­re­mie­go. Uważali go za chodzącą do­sko­nałość. Wie­działam, że kie­dy po­wiem Ani­ce, to wrażenie bez­pow­rot­nie znik­nie. Zo­sta­nie naga praw­da. A z ja­kie­goś po­wo­du nadal chciałam go bro­nić.

- Iz, co się stało?

Sądziłam, że już się wypłakałam, ale zno­wu kil­ka łez po­ciekło mi po twa­rzy.

Ze­brałam się w so­bie i oznaj­miłam:

- Je­re­mi mnie zdra­dził.

Ani­ka osunęła się na łóżko.

- Za­mknij drzwi - wy­du­siła. - Kie­dy? Z kim?

- Z La­cey Ba­ro­ne, tą dziew­czyną z jego sio­strza­nej or­ga­ni­za­cji. W cza­sie fe­rii wio­sen­nych. Kie­dy ze­rwa­liśmy.

Kiwała głową, przy­swa­jając in­for­ma­cje.

- Je­stem wściekła na nie­go - dodałam. - Że kręcił z inną i przez cały czas nic mi nie po­wie­dział. Nie po­wie­dzieć to to samo, co skłamać. Czuję się jak idiot­ka.

Ani­ka podała mi pudełko chu­s­te­czek.

- Dziew­czy­no, prze­cież masz pra­wo czuć to, co czu­jesz - po­wie­działa.

Wy­dmu­chałam nos.

- Czuję, że... może nie znałam go tak do­brze, jak mi się wy­da­wało. Czuję, że nie mogę mu więcej za­ufać.

- Naj­gor­sze w tym wszyst­kim jest chy­ba właśnie to, że nic nie po­wie­dział - stwier­dziła Ani­ka.

- A nie sama zdra­da?

- Nie. To zna­czy to też jest okrop­ne. Ale po­wi­nien był ci po­wie­dzieć. A po­nie­waż zro­bił z tego ta­jem­nicę, cała spra­wa na­brała nie­sa­mo­wi­tej mocy.

Mil­czałam. Ja też miałam swój se­kret. Nie po­wie­działam o nim ni­ko­mu, na­wet Ani­ce ani Tay­lor. Po­wta­rzałam so­bie, że to prze­cież nic ważnego i w końcu prze­stałam o tym myśleć.

W ciągu ostat­nich lat cza­sa­mi przy­woływałam wspo­mnie­nia o Con­ra­dzie, przyglądałam się im z przy­jem­nością, mniej więcej tak jak­bym oglądała swoją ko­lekcję musz­li. Lubiłam ich do­ty­kać, prze­su­wać pal­ca­mi wzdłuż krawędzi, czuć ich chłodną gładkość. Na­wet wte­dy, gdy już cho­dziłam z Je­re­mim, od cza­su do cza­su, siedząc na zajęciach czy cze­kając na au­to­bus, leżąc w łóżku przed snem, wyciągałam daw­ne wspo­mnie­nia.

Pierw­szy raz, kie­dy po­ko­nałam go w wyścigu pływac­kim. Jak uczył mnie tańczyć. Jak mo­czył włosy co rano.

Ale jed­ne­go wspo­mnie­nia nie śmiałam do­ty­kać.

Było za­ka­za­ne.