Dla dobra dzieci - Leone Milton

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Ro­dzina, o któ­rej wszy­scy mó­wili

Lato 2018 roku. Trzy ra­dio­wozy su­nęły szosą Öster­le­nvägen w stronę Ystad. Cią­gnące się przy dro­dze pola rze­paku zdą­żyły już po­ciem­nieć i miało mi­nąć wiele mie­sięcy, nim znów roz­kwitną na żółto. Sze­ścioro zmie­rza­ją­cych do ak­cji po­li­cjan­tów było ubra­nych w ka­mi­zelki ku­lo­od­porne, po­dej­rze­wano bo­wiem, że miesz­kańcy otyn­ko­wa­nego na biało domu mogą być uzbro­jeni.

Kiedy funk­cjo­na­riu­sze do­tarli na miej­sce, ostroż­nie wy­sie­dli z wo­zów i za­kra­dli się na tył domu. Bez pu­ka­nia we­szli do środka. Ich oczom jako pierw­sze uka­zało się czworo dzieci. Je­den z po­li­cjan­tów wziął ra­dio i za­mel­do­wał:

- Dzieci żyją.

Na­stęp­nie prze­szu­kali resztę po­miesz­czeń, bo dzieci po­winno być tu pię­cioro, w tym cza­sie zszo­ko­wani ro­dzice krzy­czeli, sta­ra­jąc się zro­zu­mieć, co się dzieje. Kil­koro funk­cjo­na­riu­szy we­szło na pię­tro, gdzie zna­leźli piąte dziecko. Ono także żyło.

Ro­dzice wciąż po­zo­sta­wali mocno wstrzą­śnięci, a sy­tu­acji nie po­pra­wiło to, że do domu we­szło ko­lejne sze­ścioro nie­pro­szo­nych go­ści - pra­cow­nicy po­mocy spo­łecz­nej, któ­rzy po­le­cili dzie­ciom iść do po­ko­jów i spa­ko­wać tro­chę ubrań. Na­stęp­nie - o pięt­na­stej dwie - dzieci po­że­gnały się z ro­dzi­cami.

* * *

Nie­długo póź­niej dzien­ni­ka­rzowi "Syd­sven­skan", dru­giego co do wiel­ko­ści dzien­nika w Szwe­cji, obiło się o uszy, że pewna ro­dzina żyła od­izo­lo­wana w domu w Löde­rup w Öster­len, i na­pi­sał o tym ar­ty­kuł. Mu­siał, rzecz ja­sna, uwa­żać, że to świetna hi­sto­ria, ale z pew­no­ścią nie przy­pusz­czał, że wkrótce trafi ona na czo­łówki wszyst­kich me­diów w Szwe­cji. Na­gle cały kraj za­czął mó­wić tylko o ?sie, Ro­ge­rze i ich pię­ciorgu dzieci, a opi­nia pu­bliczna ko­ja­rzyła ich jako "Ro­dzinę z Ystad". Od tam­tej pory mi­nęło już wpraw­dzie kilka lat, ale wciąż się o nich pa­mięta i cho­ciaż w Szwe­cji każ­dego dnia do­cho­dzi do wielu tra­ge­dii, na stałe za­pi­sali się w szwedz­kiej pa­mięci zbio­ro­wej. Wszy­scy w tym kraju wie­dzą, kim była ta ro­dzina lub - jak na­le­ża­łoby ra­czej po­wie­dzieć - kim jest, bo wciąż żyją, na­wet je­śli w roz­pro­sze­niu i w wa­run­kach, które ani tro­chę nie przy­po­mi­nają ich prze­ra­ża­ją­cej eg­zy­sten­cji z okresu przed wkro­cze­niem do domu po­li­cji i ode­bra­niem dzieci przez po­moc spo­łeczną.

Nie zda­rzyło mi się, żeby ktoś, kiedy dziś wspo­mi­nam o Ro­dzi­nie z Ystad, po­wie­dział:

- Z Ystad, jak to? Jaka ro­dzina?

Wszy­scy, z któ­rymi roz­ma­wiam, do­kład­nie wie­dzą, o kim mowa:

- Ano tak, to te dzieci za­mknięte w Ska­nii? Jedno z nich nie po­tra­fiło obrać samo ba­nana, prawda?

W pracy i przy stole w kuchni lu­dzie za­cho­dzili w głowę, jak ta ro­dzina mo­gła tak żyć, i wszy­scy za­da­wali so­bie jedno py­ta­nie: jak mo­gło dojść do cze­goś ta­kiego?

Cóż, ja sama też się nad tym za­sta­na­wiam. Jak mo­gło do tego dojść? I to w kraju ta­kim jak Szwe­cja. W kraju, który szczyci się tym, że nie ma so­bie rów­nych, je­śli cho­dzi o ochronę nie­let­nich; gdzie prawo za­bra­nia bi­cia dzieci i gdzie tak do­brze roz­bu­do­wana jest sieć przed­szkoli. W kraju, który sły­nie z dłu­giej tra­dy­cji nad­zo­ro­wa­nia oby­wa­teli. Już na po­czątku XVII wieku in­for­ma­cje o każ­dym nowo na­ro­dzo­nym dziecku za­pi­sy­wano w księ­dze ko­ściel­nej sto­sow­nej pa­ra­fii. Pi­sząc ten re­por­taż, sta­ra­łam się zro­zu­mieć, co po­szło nie tak w przy­padku Ro­dziny z Ystad, lecz także dwóch in­nych ro­dzin: dzieci, które do­ra­stały pod czuj­nym okiem swo­jego ojca, pa­stora, w go­spo­dar­stwie w pół­noc­nej czę­ści Ska­nii, i dwóch dziew­czy­nek, które, upro­wa­dzone przez wła­sną matkę, prze­pro­wa­dzały się po­nad dwa­dzie­ścia razy z miej­sca na miej­sce w Szwe­cji (a także w Au­stra­lii), w tym cza­sie ich oj­ciec na próżno ich szu­kał.

Chcę od­dać głos wszyst­kim tym dzie­ciom, bo przez cały okres do­ra­sta­nia żadne z nich nie miało ni­kogo, kto by im po­mógł - ota­cza­jące je spo­łe­czeń­stwo prak­tycz­nie nie wie­działo o ich ist­nie­niu... Chcę im dać coś w ro­dzaju za­dość­uczy­nie­nia, bo my, jako kraj, je za­wie­dli­śmy. Tak jak wciąż za­wo­dzimy inne dzieci. Po­dobne rze­czy na­dal się bo­wiem zda­rzają. Naj­bliżsi ry­zy­kują zdro­wiem swo­ich po­ciech i ła­mią ich prawa. Czy­ta­łam w pra­sie o sied­mio­let­niej dziew­czynce z Eslöv w Ska­nii, którą ro­dzice trzy­mali za­mkniętą w pralni. Była bita i do tego stop­nia za­nie­dby­wana, że z po­wodu nie­do­ży­wie­nia tra­fiła w końcu na od­dział ra­tun­kowy w Lund, gdzie stwier­dzono u niej nie­wy­dol­ność serca i ne­rek. Le­ka­rze mu­sieli wy­ciąć jej żo­łą­dek, bo na­piła się moc­nego octu, któ­rego używa się do zwal­cza­nia chwa­stów. Bar­dzo przy­kro się to czyta - te hi­sto­rie dzieci, któ­rym działa się krzywda. Dla­czego nikt z ich oto­cze­nia nie bił na alarm? Jak ża­den do­ro­sły mógł nie za­uwa­żyć tam­tej dziew­czynki?

Wresz­cie mam na­dzieję, że tą książką przy­czy­nię się do tego, że wię­cej dzieci w Szwe­cji nie bę­dzie już krzyw­dzo­nych przez ro­dzi­ców, któ­rzy trzy­mają je za­mknięte lub sto­sują prze­moc psy­chiczną i fi­zyczną, od­bie­ra­jąc im ta­kie ży­cie, na ja­kie wszyst­kie za­słu­gują - ży­cie na wol­no­ści. Ostatni roz­dział po­świę­cam na roz­mowy z eks­per­tami i eks­pert­kami zaj­mu­ją­cymi się po­mocą nie­let­nim. Mó­wimy tam o tym, ja­kie dzia­ła­nia i zmiany są ko­nieczne, żeby żyło im się le­piej. Nad­rzędne py­ta­nie przy­świe­ca­jące tej książce jest pro­ste: jak do­trzeć wcze­śniej do dzieci, któ­rym dzieje się krzywda w ich do­mach, i jak naj­le­piej im po­móc.

Nie uprze­dzajmy jed­nak zda­rzeń. Wróćmy do Ro­dziny z Ystad. Zmie­ni­łam imiona jej człon­kom. Tak samo po­stą­pi­łam tu z in­nymi, któ­rzy sami byli ofia­rami, w ja­kiś spo­sób w tym uczest­ni­czyli lub które tu opi­suję. Je­dyne wy­jątki to Al­ber, Me­lina i Ro.

* * *

Był rok 2003. ?sa i Ro­ger ku­pili stary dom w nie­wiel­kiej, idyl­licz­nej miej­sco­wo­ści Löde­rup w Öster­len z jed­nym skle­pem spo­żyw­czym, ko­ścio­łem, bo­iskiem i szkołą, a także z kil­koma dom­kami jed­no­ro­dzin­nymi i go­spo­dar­stwami. Wo­kół fa­lują róż­no­barwne pola przy­po­mi­na­jące gi­gan­tyczną ma­katkę. Öster­len to piękny i spo­kojny re­gion, do­kąd chęt­nie ucie­kają kre­atywne du­sze. Z tych te­re­nów na wschod­nim wy­brzeżu Ska­nii wy­wo­dziło się wielu ma­la­rzy, ar­ty­stów i pi­sa­rzy za­miesz­ku­ją­cych liczne, roz­siane na du­żym ob­sza­rze go­spo­dar­stwa. Ulf Lun­dell, Ma­de­le­ine Pyk czy Björn Ra­ne­lid to tylko kilka na­zwisk przy­cho­dzą­cych od razu do głowy, kiedy my­śli się o lu­dziach, któ­rzy po­rzu­cili mia­sto, żeby żyć so­bie spo­koj­nie na wsi. Prze­nio­sło się tam zresztą także wielu in­nych, ale chcia­ła­bym tu opo­wie­dzieć o dwojgu - ?sie i Ro­ge­rze.

Młoda i piękna ?sa o ja­snych wło­sach i przy­jem­nych ry­sach twa­rzy - w ra­mach jed­no­oso­bo­wej dzia­łal­no­ści go­spo­dar­czej - zaj­mo­wała się ob­ro­tem szkłem ar­ty­stycz­nym. Miała do tego smy­kałkę. Jej nieco star­szy mąż był już wcze­śniej żo­naty. Oboje nie mo­gli się do­cze­kać, żeby roz­po­cząć wspólne ży­cie w do­piero co ku­pio­nym domu. Po­miesz­cze­nia za­pla­no­wano tak, żeby ich ar­ty­styczne du­sze mo­gły się swo­bod­nie po­ru­szać. Ich małe dzieci miały do­stać tam jak naj­lep­sze wa­runki do roz­woju. ?sa i Ro­ger wszystko ro­bili z my­ślą o nich, uwiel­biali zaj­mo­wać się swo­imi po­cie­chami, oboje pra­co­wali wcze­śniej jako pe­da­go­dzy przed­szkolni, a Ro­ger był na­wet au pair w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Ich ży­cie krę­ciło się wo­kół dzieci.

Ku­pili też kuce dla dwojga naj­star­szych. Pa­sły się na pa­górku nie­opo­dal domu. W ta­kich to idyl­licz­nych wa­run­kach miesz­kała ta ro­dzina. Dwoje dzieci - Ben­ja­min i Ame­lia - za­częło cho­dzić do szkółki jeź­dziec­kiej, ale im się tam nie po­do­bało. W szkółce nie­ustan­nie do­cho­dziło do awan­tur, kto bę­dzie jeź­dzić na uło­żo­nych ko­niach. Ben­ja­min i Ame­lia nie chcieli jeź­dzić ani na na­ro­wi­stych zwie­rzę­tach, które gryzą, ani na po­wol­nych, które wleką się w ogo­nie. Mogę to zro­zu­mieć, bo skądś to znam. Sama też taka by­łam w dzie­ciń­stwie. W szkółce na Värmdö pod Sztok­hol­mem za każ­dym ra­zem chcia­łam jeź­dzić tylko na jed­nym ko­niu, wa­bił się Jo­ker i za­wsze można było na niego li­czyć. Je­śli któ­re­goś dnia nie do­sta­łam Jo­kera, rów­nie do­brze mo­głam od razu wró­cić do domu, bo wię­cej ma­ru­dzi­łam, niż jeź­dzi­łam. Moi ro­dzice nie byli jed­nak aż tak szczo­drzy jak ro­dzice Ben­ja­mina i Ame­lii, nie po­da­ro­wali mi na wła­sność trzech ku­ców sze­tlandz­kich.

Ro­dzina miesz­kała nie tylko w Öster­len. ?sa i Ro­ger mieli wiel­kie plany na ży­cie swoje i dzieci - mię­dzy­na­ro­dowe plany. ?sa chciała, żeby dużo po­dró­żo­wali i zo­ba­czyli ka­wał świata. Po­sta­wiła so­bie też za cel pre­zen­to­wa­nie swo­ich prac, chciała na przy­kład wy­sta­wić jedną z nich w ga­le­rii na Man­hat­ta­nie. Do tego ma­rzyła o wy­pro­mo­wa­niu wła­snej ko­lek­cji wnę­trzar­skiej i wy­obra­żała so­bie, że klienci będą do niej wa­lić drzwiami i oknami z każ­dego za­kątka świata. Dla­tego para ku­piła jesz­cze jedną nie­ru­cho­mość - dawną wiej­ską szkołę, także w Öster­len, w wio­sce ka­wa­łek od tej, w któ­rej sami miesz­kali. Za­mie­rzali tam urzą­dzić prze­strzeń wy­sta­wien­ni­czą dla me­bli i sta­roci, mo­głaby ona peł­nić rów­nież funk­cję de­si­gner­skiego ho­telu albo, czemu by nie, cen­trum kon­fe­ren­cyj­nego?

?sa i Ro­ger ma­rzyli o wiel­kich rze­czach, a moż­li­wo­ści zda­wały się nie­skoń­czone. Mieli wra­że­nie, że zo­stał przed nimi suto na­kryty stół i wy­star­czy z niego brać to, co tylko przy­pad­nie im do gu­stu. ?sa była obyta w świe­cie, zde­cy­do­wana i roz­mowna, Ro­ger z ko­lei był spo­koj­niej­szy i mil­czący. Bo­ry­kał się z pro­ble­mami zdro­wot­nymi. Żył z za­siłku, bo cier­piał na prze­wle­kły ból głowy, który nie prze­szka­dzał mu jed­nak ro­bić zdjęć - w stu­diu, które urzą­dzili na stry­chu, fo­to­gra­fo­wał przede wszyst­kim szklane przed­mioty wy­ko­nane przez żonę, ale ro­bił też zdję­cia na kon­cer­tach i se­sje dla agen­cji mo­de­lek.

Lata mi­jały i w 2007 roku na­de­szła pora, żeby naj­star­sze z dzieci - Ben­ja­min - po­szło do szkoły. Ro­dzice zde­cy­do­wali się po­słać go do pla­cówki, która nie znaj­do­wała się w Löde­rup, tylko w od­le­głej gmi­nie. Szkoła na szczę­ście po­zwa­lała uczniom wy­ko­ny­wać część pracy w domu, je­śli tylko ro­dzice so­bie tego ży­czyli, a ?sa i Ro­ger z chę­cią ko­rzy­stali z tej moż­li­wo­ści. Pró­bo­wali uczyć Ben­ja­mina sami i wkrótce spo­strze­gli, że po­doba im się edu­ka­cja do­mowa. To roz­wią­za­nie pa­so­wało też Ben­ja­mi­nowi, zwłasz­cza że stwier­dzono u niego wiele cho­rób i za­bu­rzeń: ADHD, au­tyzm i ze­spół To­urette'a.

Dwa lata póź­niej, kiedy na­de­szła pora, żeby Ame­lia roz­po­częła na­ukę, ro­dzice wy­słali wnio­sek o uchy­le­nie obo­wiązku szkol­nego dla obojga dzieci, mo­ty­wu­jąc to tym, że ro­dzina spę­dza sporo czasu za gra­nicą, co - jak wszystko na to wska­zuje - było zgodne z prawdą. ?sa i Ro­ger wie­dli ta­kie ży­cie, o ja­kim za­wsze ma­rzyli - ot, wy­jąt­kowa para przed­się­bior­ców o ar­ty­stycz­nych du­szach ma­jąca bazę w hip­ster­skim Öster­len i udzie­la­jąca się na ca­łym świe­cie. W la­tach 2009-2011 ro­dzina prze­by­wała w Niem­czech i Fran­cji, a także przez dłuż­szy czas w Nor­we­gii. Udało im się na­wet zor­ga­ni­zo­wać tę wy­stawę szkła na Man­hat­ta­nie. Urząd w Ystad przy­chy­lił się do wnio­sku pary o uchy­le­nie obo­wiązku szkol­nego dla dzieci, dzięki czemu nie trzeba było wo­zić ich co­dzien­nie do szkoły w Öster­len.

* * *

?sa i Ro­ger do­cze­kali się ra­zem pię­ciorga dzieci. Pierw­sze uro­dziło się w 2000, a ostat­nie w 2014 roku. Wszyst­kie przy­szły na świat w Szwe­cji, po­dob­nie jak ich ro­dzice, a naj­pew­niej także ich przod­ko­wie. Na­ro­do­wość tej ro­dziny nie bu­dzi naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, je­śli tylko spoj­rzy się na ich zdję­cia. Wy­glą­dają jak ste­reo­ty­powa ro­dzina Svens­so­nów o wło­sach w róż­nych od­cie­niach ko­loru blond. Dla­tego lu­dzie przy­jęli za oczy­wi­ste, że roz­ma­wiają ze sobą po szwedzku, choć wcale tak nie było.

Pierw­szym ję­zy­kiem dzieci był an­giel­ski. ?sa i Ro­ger mieli w końcu mię­dzy­na­ro­dowe am­bi­cje i uwa­żali, że an­giel­ski bar­dziej przyda się ich po­tom­stwu. Poza tym dzieci - zgod­nie z tym, co ro­dzice zgło­sili w urzę­dzie - po­bie­rały edu­ka­cję w ję­zyku an­giel­skim na Lau­rel Springs School. Szkoła fi­zycz­nie znaj­duje się w Ka­li­for­nii, ale sły­nie z na­ucza­nia zdal­nego za po­śred­nic­twem in­ter­netu. Czę­sto uczęsz­czają do niej ak­to­rzy dzie­cięcy i pro­fe­sjo­nalni spor­towcy, któ­rzy ze względu na "pracę" nie mają szans po­bie­rać zwy­kłej edu­ka­cji z in­nymi dziećmi. Ukoń­czyły ją słynne ame­ry­kań­skie gwiazdy: Eli­jah Wood i Lind­say Lo­han, a także sio­stry Ky­lie i Ken­dall Jen­ner na­le­żące do Kar­da­shia­nek. Taka przy­jem­ność jed­nak słono kosz­tuje: bli­sko dzie­sięć ty­sięcy do­la­rów za dziecko za rok.

Ro­dzina z Ystad mu­sia­łaby więc pła­cić ja­kieś pół mi­liona ko­ron rocz­nie, po­sy­ła­jąc dzieci do tej ame­ry­kań­skiej szkoły. Mało która ro­dzina w Szwe­cji by­łaby w sta­nie udźwi­gnąć taki cię­żar, a tym bar­dziej nie ta ro­dzina, bo Ro­ger od dawna prze­by­wał na zwol­nie­niu i mie­sięcz­nie do­sta­wał tylko kilka ty­sięcy ko­ron za­siłku. Do­chody ?sy mocno się wa­hały. Jed­nego roku za­ra­biała cał­kiem sporo, ale na­stęp­nego bu­dżet le­d­wie się spi­nał, nic nie­zwy­kłego w przy­padku ma­łych przed­się­bior­ców. Ro­dzice roz­wią­zali pro­blem tak, że ku­pili pod­ręcz­niki i wzięli na­ucza­nie na sie­bie. I trzeba przy­znać, że pod tym wzglę­dem zda­wali się na­prawdę ustruk­tu­ry­zo­wani i zor­ga­ni­zo­wani. Po­nie­waż książki były po an­giel­sku i w tym ję­zyku od­by­wała się na­uka, dzieci ni­gdy nie na­uczyły się po­rząd­nie pi­sać po szwedzku, za­le­gło­ści miały też z ma­te­ma­tyki. Prze­wyż­szały za to więk­szość szwedz­kich ko­le­gów po­zio­mem wie­dzy z re­li­gii i hi­sto­rii.

Dzieci po­bie­rały "lek­cje" u ro­dzi­ców w cza­sie, gdy ich ró­wie­śnicy prze­by­wali w szkole, a więc mniej wię­cej od dzie­wią­tej rano do trze­ciej po po­łu­dniu. Re­gu­lar­nie pi­sały spraw­dziany i miały też wa­ka­cje. To wszystko jed­nak na nie­wiele się zdało, bo nie cho­dziły do praw­dzi­wej szkoły. Dla­tego bra­ko­wało im po­wszech­nie uzna­wa­nych ocen i wy­ni­ków, z któ­rych mia­łyby ja­kiś po­ży­tek, skła­da­jąc do­ku­menty na stu­dia albo wpi­su­jąc je so­bie do CV, je­śli chcia­łyby się ubie­gać o pracę.

Inny zna­czący pro­blem z od­mienną ścieżką edu­ka­cyjną po­le­gał na tym, że ro­dzice nie byli szcze­rzy z urzę­dem gminy w Ystad. Co roku po­sy­łali za­świad­cze­nie, że dzieci cho­dzą do ame­ry­kań­skiej szkoły, co nie było prawdą. Jako uza­sad­nie­nie, dla­czego ich córki i sy­no­wie wy­ma­gają na­uki zdal­nej, po­da­wali, że ro­dzina sporo po­dró­żuje, co za­sad­ni­czo się zga­dzało, choć je­dy­nie na po­czątku. Około 2012 roku ży­cie ro­dzinne zmie­niło się bo­wiem dra­ma­tycz­nie i para prze­stała w ogóle do­kąd­kol­wiek wy­jeż­dżać. Od­cięli się od świata w swoim domu w Öster­len. I cho­ciaż przez kilka lat prak­tycz­nie go nie opusz­czali, ?sa i Ro­ger da­lej po­świad­czali w gmi­nie, że więk­szą część roku spę­dzają w po­dróży i dla­tego dzieci nie mają moż­li­wo­ści cho­dzić do nor­mal­nej szkoły w Ystad. Prawda jest jed­nak taka, że w tym cza­sie do­szło je­dy­nie do kilku wy­jaz­dów na drugą stronę cie­śniny Sund, do Da­nii. Dla ko­goś, kto mieszka w Ska­nii, to mniej wię­cej taki wy­si­łek, jak do­jazd z Väste­r?s do Sztok­holmu.

W ma­ilu, który ?sa na­pi­sała do ku­ra­tora oświaty z Ystad la­tem 2015 roku, można prze­czy­tać, że ro­dzina w nad­cho­dzą­cym roku pla­nuje spę­dzić "po­nad sie­dem mie­sięcy" za gra­nicą, głów­nie w Da­nii, Niem­czech i Fran­cji, bo ?sa roz­sze­rza swoją dzia­łal­ność na te kraje. Na­prawdę jed­nak prze­by­wała na zwol­nie­niu le­kar­skim ze względu na do­kucz­liwe pro­blemy żo­łąd­kowe, a dzieci nie miały waż­nego pasz­portu od 2012 roku... Z ze­wnątrz ich dom wy­glą­dał na opusz­czony, nie pod­no­szono ża­lu­zji za­sła­nia­ją­cych okna, a wy­soka brama była za­mknięta na kłódkę. Każdy, kto prze­cho­dził obok, otrzy­my­wał ja­sny sy­gnał: nikt nie jest tu mile wi­dziany i nikt stąd nie wyj­dzie. Cóż więc ta­kiego działo się w środku?

ROZ­DZIAŁ 2

Dzia­dek jest nie­bez­pieczny

- Dla­czego nie po­zwa­lała nam cho­dzić do szkoły? - to py­ta­nie za­dał Jo­han, jedno z pię­ciorga dzieci Ro­dziny z Ystad, se­kre­tarce spo­łecz­nej w 2018 roku, kiedy on i jego ro­dzeń­stwo zo­stali ode­brani ro­dzi­com i tra­fili do róż­nych ro­dzin za­stęp­czych.

Gdy ?sę i Ro­gera skon­fron­to­wano z tym, co mó­wiły dzieci, w ogóle nie ro­zu­mieli, o co cho­dzi im czy ko­mu­kol­wiek in­nemu, kto kwe­stio­no­wał te me­tody wy­cho­waw­cze. Ich zda­niem dzieci nie miały wcale złego dzie­ciń­stwa, mimo że były trzy­mane w domu. Po pro­stu chro­nili je nieco bar­dziej, niż więk­szość ro­dzi­ców chroni swoje po­tom­stwo. Jako jedną z przy­czyn ta­kiego po­stę­po­wa­nia ?sa po­dała zdia­gno­zo­wane u dzieci za­bu­rze­nia neu­rop­sy­cho­lo­giczne i różne pro­blemy zdro­wotne. To dla­tego miało im być le­piej w domu niż w szkole. We­dług in­nego wy­ja­śnie­nia ro­dzina mu­siała się ukry­wać przed oj­cem ko­biety.

?sa była w pełni prze­ko­nana, że jej oj­ciec, dzia­dek dzieci, sta­nowi za­gro­że­nie dla nich wszyst­kich. Że za­mie­rza zro­bić krzywdę jej po­cie­chom, a może na­wet jesz­cze go­rzej - za­bić je. Wy­znała, że w głębi serca od dawna oba­wiała się swo­jego ojca, w su­mie od­kąd tylko pa­mięta, był nie­przy­jemny, groźny i agre­sywny. Kiedy była mała, wy­ka­zy­wał skłon­no­ści sa­dy­styczne, a te­raz, gdy już do­ro­sła, bez ogró­dek na­zy­wała go pe­do­fi­lem i psy­cho­patą. Tak więc chciała chro­nić ro­dzinę przed swoim oj­cem, a jed­nym ze spo­so­bów było na przy­kład po­sła­nie ich naj­star­szego syna Ben­ja­mina do szkoły znaj­du­ją­cej się z dala od domu za­miast do tej, która była naj­bli­żej. My­ślała, że tak jej ojcu nie uda się na­mie­rzyć, gdzie Ben­ja­min prze­bywa w ciągu dnia. Oba­wiała się bo­wiem, że dzia­dek przyj­dzie do niego do szkoły i Bóg je­den wie, co zrobi wnu­kowi. To rów­nież z jego po­wodu zde­cy­do­wała się osta­tecz­nie za­brać Ben­ja­mina ze szkoły i przejść z nim na edu­ka­cję do­mową, a także nie po­zwo­liła po­zo­sta­łym dzie­ciom cho­dzić do zwy­czaj­nej szkoły.

Wy­gląda więc na to, że ?sa i Ro­ger nie spę­dzali aż tyle czasu za gra­nicą wy­łącz­nie ze względu na to, że chcieli wieść swoje wy­ma­rzone ży­cie by­wa­łych w świe­cie przed­się­bior­ców o ar­ty­stycz­nej du­szy, lecz także dla­tego, że ?sa czuła się ści­gana i za­stra­szona przez wła­snego ojca. Raz, gdy od­nio­sła wra­że­nie, że męż­czy­zna wpadł na ich ślad, oświad­czyła pod wpły­wem na­głego im­pulsu:

- Prze­no­simy się do Nor­we­gii.

Tak też zro­bili. W 2010 roku ro­dzina zo­stała za­mel­do­wana w V?ler, ma­łym mie­ście nie­opo­dal szwedz­kiej gra­nicy, na pół­noc od Oslo. Miesz­kali tam cały rok.

Można by więc za­ło­żyć, że ?sa wie­lo­krot­nie skła­dała za­wia­do­mie­nia na po­li­cji na swo­jego ojca, skoro ten - jak twier­dzi - był nie­bez­pieczny. Tak groźny, że z po­czątku ro­dzina była zmu­szona tu­łać się z kraju do kraju, a póź­niej od­izo­lo­wać we wła­snym domu, żeby tylko nie wpaść w jego ręce. Coś ta­kiego od­ci­ska prze­cież piętno na ży­ciu czło­wieka i ogra­ni­cza jego wol­ność - oczy­wi­ste wy­daje się więc, że ?sa szu­kała po­mocy na po­li­cji. Ale nie, o ile mi wia­domo, po­li­cja w ogóle nie zo­stała w to włą­czona, a ko­bieta nie zgło­siła się na nią ani razu.

Cho­ciaż twier­dziła, że przez lata oj­ciec kil­ka­krot­nie do­pu­ścił się w sto­sunku do nich czy­nów ka­ral­nych, więc je­śli to prawda, po­li­cja po­winna mieć pełne ręce ro­boty, żeby to wy­ja­śnić. ?sa wspo­mi­nała mię­dzy in­nymi, że oj­ciec pod ich nie­obec­ność wła­mał się im do domu i świa­do­mie zo­sta­wił drzwi otwarte, żeby wie­działa o jego wi­zy­cie. Miał też uszko­dzić ha­mulce w ich sa­mo­cho­dzie, wy­kra­dać li­sty ze skrzynki i usi­ło­wać pod­ło­żyć ogień pod bu­dy­nek go­spo­dar­czy. Była też pewna, że re­gu­lar­nie za­krada się na ich wy­bieg dla kucy i daje zwie­rzę­tom jabłka w ta­kich ilo­ściach, że w końcu po­psuły im się ko­pyta. Dla­tego prze­nie­śli ko­nie do sta­rej szkoły, ku­pio­nej nie­gdyś z my­ślą o ich wiel­kich pla­nach, któ­rych przez te wszyst­kie lata nie udało im się jed­nak wcie­lić w ży­cie. Na tam­tej działce kuce pa­sły się przez rok albo dwa, aż do 2010 roku, kiedy po­li­cja otrzy­mała zgło­sze­nie, że trzy po­rzu­cone zwie­rzęta znaj­dują się na pa­stwi­sku i wszystko na to wska­zuje, że nie mają ani po­ży­wie­nia, ani wody.

Kiedy po­li­cja po­je­chała do szkoły, fak­tycz­nie za­stała tam trzy głodne i prze­mar­z­nięte kuce. Był śro­dek zimy, a woda w ka­łu­żach za­mar­zła. Funk­cjo­na­riu­sze od­szu­kali wła­ści­cieli i do nich za­dzwo­nili. Po pew­nym cza­sie ?sa ode­brała i wy­ja­śniła, że mieszka w daw­nym bu­dynku szkoły, a zwie­rzęta do­stają pa­szę i wodę, i tylko chwi­lowo prze­bywa z dala od tam­tego miej­sca, w dru­gim domu. Po­li­cja ro­zej­rzała się jed­nak po daw­nej szkole, po­wąt­pie­wa­jąc, żeby na­prawdę ktoś tam miesz­kał, poza końmi i co naj­mniej tu­zi­nem ko­tów. Po­li­cjanci skon­tak­to­wali się z od­po­wied­nimi wła­dzami, a te ja­kiś czas póź­niej udały się na miej­sce, wtedy jed­nak kuce miały pa­szę. We­te­ry­narz, który przy oka­zji je zba­dał, stwier­dził jed­nak, że ze względu na bar­dzo zły stan ko­pyt trzeba je jak naj­szyb­ciej uśpić, żeby ukró­cić ich cier­pie­nie. ?sa się wście­kła - nie na sie­bie, tylko na swo­jego ojca. To jego wi­niła za śmierć koni.

* * *

Nic nie wska­zuje na to, by oskar­że­nia ?sy pod ką­tem jej ojca były praw­dziwe. Kiedy ten o nich usły­szał, do­znał szoku. Oświad­czył, że już od kil­ku­dzie­się­ciu lat nie ma żad­nego kon­taktu ani z nią, ani z jej ro­dziną. Ostat­nią rze­czą, jaką sły­szał, było to, że miesz­kają w Nor­we­gii. Nie miał na­wet po­ję­cia, że kilka lat wcze­śniej wró­cili do Szwe­cji.

Bar­dzo wiele prze­ma­wia zaś za tym, że ?sa cier­piała na ma­nię prze­śla­dow­czą, pa­ra­noję lub psy­chozę. Jej spo­sób mó­wie­nia o ojcu przy­wiódł mi na myśl star­szą parę, która miesz­kała w Lund, kiedy stu­dio­wa­łam tam pięt­na­ście lat temu. Cho­dzili po mie­ście z białą ta­blicą, na któ­rej czar­nymi, nie­rów­nymi li­te­rami za­pi­sano: "Carl-Erik Ro­sén za­strze­lił Olofa Pal­mego". Ca­łymi dniami trzy­mali ją przed sobą, do­słow­nie ob­no­sząc się ze swoim sza­leń­stwem. Pew­nego razu za­trzy­ma­łam ich, żeby spy­tać, kim jest ten Carl-Erik. Męż­czy­zna od­po­wie­dział, że to jego ko­lega z pod­sta­wówki. Para była świę­cie prze­ko­nana, że to wła­śnie on od­po­wiada za mor­der­stwo pre­miera Szwe­cji. Rów­nie pewni byli tego, że Geo­rge W. Bush, który w tam­tym cza­sie spra­wo­wał urząd pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych, ko­mu­ni­kuje się z nimi przez te­le­wi­zor. Jego prze­mó­wie­nia do Ame­ry­ka­nów to w grun­cie rze­czy wia­do­mo­ści za­ko­do­wane wła­śnie dla nich. W ich domu pod­słu­chy za­ło­żyło CIA, w związku z czym czę­sto spali w sa­mo­cho­dzie za­par­ko­wa­nym na Cle­men­stor­get na­prze­ciwko dworca głów­nego w Lund.

Roz­ma­wia­li­śmy może ja­kieś pół go­dziny i kiedy ich zo­sta­wia­łam, by­łam zdu­miona, że oboje są jed­na­kowo po­my­leni i wie­rzą w to samo. Jak to w ogóle moż­liwe? Póź­niej usły­sza­łam o czymś, co po fran­cu­sku nosi na­zwę fo­lie a deux, a w tłu­ma­cze­niu ozna­cza "sza­leń­stwo dwojga lu­dzi". Dwie osoby w pe­wien spo­sób zra­stają się psy­chicz­nie i mają ta­kie same uro­je­nia. Być może tak to wła­śnie wy­glą­dało w przy­padku ?sy i Ro­gera w re­la­cji do jej ojca. Ro­ger też za­czął w końcu wie­rzyć, że jego teść jest nie­bez­pieczny. A może wcale nie? Może chciał po pro­stu za­do­wo­lić żonę? Mogę wpraw­dzie tylko spe­ku­lo­wać, ale ?sa była piękną ko­bietą, w do­datku młod­szą od męża. Ro­ger mu­siał po­strze­gać ją jako swego ro­dzaju tro­feum. W końcu mówi się żar­to­bli­wie: Happy wife, happy life - kiedy męż­czy­zna woli się nie wy­chy­lać, byle tylko nie zde­ner­wo­wać żony. ?sa była wy­ga­dana i ka­te­go­rycz­nie wy­ra­żała swoje po­glądy, za­pewne była więc przy­zwy­cza­jona, że udaje się jej prze­for­so­wać swoje zda­nie, o czym miała oka­zję prze­ko­nać się póź­niej po­moc spo­łeczna - ko­bieta ucho­dziła za pro­ble­ma­tyczną we współ­pracy i trudną w dia­logu.

Ni­gdy nie prze­stała jed­nak oskar­żać ojca o wszystko, co tylko moż­liwe. Twier­dziła na przy­kład, że to on zło­żył za­wia­do­mie­nie do opieki spo­łecz­nej, które do­pro­wa­dziło do ode­bra­nia im dzieci w 2018 roku. A w 2020 roku, dwa lata po tym, jak za­brano z domu wszyst­kie dzieci z wy­jąt­kiem peł­no­let­niego już wów­czas Ben­ja­mina, wy­stą­piła z wnio­skiem o chro­nioną toż­sa­mość dla swo­ich po­ciech. Do­łą­czyła do niego kilka stron tek­stu za­wie­ra­ją­cego jedno oskar­że­nie za dru­gim i utrzy­my­wała, że musi je chro­nić przed dziad­kiem. Znów jed­nak nic nie wska­zuje na to, żeby te oskar­że­nia miały ja­kie­kol­wiek po­kry­cie w fak­tach.

Zresztą nie tylko oj­ciec ?sy sta­no­wił za­gro­że­nie dla ro­dziny. To samo do­ty­czyło sio­stry Ro­gera, Lisy. Ta pro­boszczka, za­nim ?sa po­ja­wiła się na ho­ry­zon­cie, była bli­sko zwią­zana z bra­tem. Ro­dzeń­stwo wy­je­chało ra­zem do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, w któ­rych pra­co­wali jako au pair. Póź­niej prze­nie­śli się do Eslöv, gdzie cho­dzili do szkoły lu­do­wej i ra­zem stu­dio­wali teo­lo­gię w Lund. Kiedy Ro­ger po­znał ?sę w 1998 roku, re­la­cje ro­dzeń­stwa ule­gły ra­dy­kal­nej zmia­nie, bo ?sa wkrótce oświad­czyła, że nie ży­czy so­bie wi­zyt szwa­gierki. Twier­dziła, że jej obec­ność nie służy dzie­ciom. Jej zda­niem sio­stra Ro­gera była zgorzk­niała i sta­no­wiła za­gro­że­nie dla ko­biet, które uro­dziły, bo sama po­ro­niła. Para zdy­stan­so­wała się też od matki Ro­gera, która nie mo­gła po­jąć, dla­czego tak się stało. Pró­bo­wała skon­tak­to­wać się z sy­nem, żeby usły­szeć ja­kieś wy­ja­śnie­nie, ale bez skutku. Wielu krew­nym było przy­kro, że zo­stali wy­klu­czeni z ży­cia Ro­gera, ?sy i ich dzieci - nie mo­gli po pro­stu zro­zu­mieć dla­czego.

Wy­gląda też na to, że para nie miała przy­ja­ciół i nie utrzy­my­wała kon­tak­tów z ro­dzi­cami in­nych dzieci, bo ich wła­sne nie miały ko­le­gów. ?sa, Ro­ger i piątka dzieci byli za­mknięci w swoim domu jak w kap­sule - tylko ich sied­mioro w ma­łej bańce, do któ­rej nikt nie może na­wet po­dejść i jej prze­bić.

W ma­łej miej­sco­wo­ści, w któ­rej miesz­kali, po­zo­sta­wili po so­bie nie­wiele śla­dów. Ro­ger cza­sem za­glą­dał do ko­ścioła, bo in­te­re­so­wał się teo­lo­gią, ale dzieci prak­tycz­nie w ogóle nie wi­dy­wano. Są­sie­dzi miesz­ka­jący naj­bli­żej, rap­tem po dru­giej stro­nie ży­wo­płotu, przy czym działki nie były wcale duże, od czasu do czasu sły­szeli ich śmiech prze­dzie­ra­jący się przez ga­łę­zie i li­ście. Raz, kiedy są­siadka, która do­piero co prze­pro­wa­dziła się w te strony, za­pu­kała, żeby spy­tać, czy ich dzieci mo­głyby się ra­zem po­ba­wić, usły­szała szorst­kie "nie" i za­trza­śnięto jej drzwi przed no­sem.

Co naj­wy­żej od czasu do czasu można było zo­ba­czyć prze­bie­ga­jącą przez po­dwórko jedną z có­rek, poza tym dzieci po­ru­szały się jakby w czap­kach-nie­wid­kach.

* * *

Gdyby są­sie­dzi zo­stali kie­dy­kol­wiek wpusz­czeni do środka, zo­ba­czy­liby bar­dzo za­ba­ła­ga­niony dom. Brudny. Wręcz nie­hi­gie­niczny, jak póź­niej okre­ślali go pra­cow­nicy po­mocy spo­łecz­nej, opi­su­jąc swoje wra­że­nia. Nie ma jed­nak co się dzi­wić. ?sa i Ro­ger na prze­mian lą­do­wali na zwol­nie­niu le­kar­skim, oboje pro­wa­dzili firmy, do tego mieli koty i psy, a przede wszyst­kim miesz­kało tam pię­cioro dzieci, które non stop prze­by­wały w domu. Je­śli wziąć to wszystko pod uwagę, mogę zro­zu­mieć, ja­kim wy­zwa­niem było utrzy­ma­nie tam po­rządku zna­nego ze zdjęć agen­tów nie­ru­cho­mo­ści. Warto mieć też na uwa­dze to, że ?sa i Ro­ger pre­fe­ro­wali styl boho w urzą­dza­niu wnętrz, a dom pe­łen chwie­ją­cych się me­bli z od­cho­dzącą farbą, po­rdze­wia­łych świecz­ni­ków i zro­bio­nych ze ścin­ków dy­wa­ni­ków, które leżą je­den na dru­gim, może wy­da­wać się bar­dziej cha­otyczny, niż jest w rze­czy­wi­sto­ści.

Tak, Ro­dzina z Ystad miała w domu ba­ła­gan, który ucho­dził za "za­gro­że­nie sa­ni­tarne", cy­tu­jąc słowa pra­cow­ni­ków opieki spo­łecz­nej, ale nie to było naj­więk­szym pro­ble­mem. Nie było nim też to, że ku­wetę kota na­le­żało może opróż­nić kilka dni wcze­śniej. Nie­po­ko­jące było to, że dzieci spra­wiały wra­że­nie, jakby nie czuły się do­brze. Prze­by­wa­nie ca­łymi mie­sią­cami w domu samo w so­bie nie jest czymś do­brym. Nie­trudno się tego do­my­ślić. Kiedy je ba­dano wkrótce po ode­bra­niu ich ro­dzi­com, oka­zało się, że mają kło­poty z utrzy­ma­niem rów­no­wagi i bra­kuje im siły w no­gach. Jedna z có­rek zda­wała się tak słaba fi­zycz­nie, że ro­dzeń­stwo mu­siało jej po­móc wejść po scho­dach. Wia­domo, że zdro­wie dzieci po­gar­sza się od sie­dzą­cego trybu ży­cia i dla­tego zgod­nie z ofi­cjal­nymi wy­tycz­nymi już nie­mow­laki po­winny się po­ru­szać, żeby wzmoc­nić mię­śnie i szkie­let.

Dzieci z Ystad były szczu­płe, co wy­ni­kało z od­ży­wia­nia, ści­śle re­gla­men­to­wa­nego przez matkę. ?sa miała też bzika na punk­cie wy­da­la­nia. Jed­nemu z dzieci aż do dzie­wią­tego roku ży­cia co­dzien­nie ro­biła le­wa­tywę. Sama de­cy­do­wała o tym, w co każde z nich ma się ubrać i kiedy jest pora na ką­piel. Dzieci je­dy­nie z rzadka by­wały w skle­pach lub ku­po­wały je­dze­nie, nie umiały na­wet jeź­dzić au­to­bu­sem. ?sa i Ro­ger nie bili swo­ich po­ciech, wręcz prze­ciw­nie - ota­czali je mi­ło­ścią. Mimo wszystko de­cy­zji o tym, żeby trzy­mać je w izo­la­cji, po­zba­wia­jąc zdro­wego roz­woju - ka­zali im bo­wiem do­ra­stać bez przy­ja­ciół i tra­dy­cyj­nej szkoły - ni­gdy nic im nie zre­kom­pen­suje.

ROZ­DZIAŁ 3

Coś tu nie gra

Pew­nego dnia Ja­smin, re­fe­rentka w urzę­dzie po­dat­ko­wym, sie­działa przy biurku, a na ekra­nie wy­świe­tlały się jej dane Ro­dziny z Ystad. Za oknem lato trwało w naj­lep­sze, w urzę­dzie nie pa­no­wał jed­nak tak po­godny i bez­tro­ski na­strój - in­tu­icja pod­po­wia­dała Ja­smin, że coś tu nie gra. Dzieci zdą­żyły już pod­ro­snąć - miały od czte­rech do osiem­na­stu lat - i nie zo­sta­wiły prak­tycz­nie żad­nego śladu w ota­cza­ją­cym je spo­łe­czeń­stwie. Dla­tego Ja­smin wy­re­je­stro­wała te pię­cioro dzieci ze szwedz­kiej ewi­den­cji lud­no­ści i przy­pi­sała je do ka­te­go­rii "kraj za­miesz­ka­nia nie­znany". Za­miast jed­nak po pro­stu od­ha­czyć ro­botę i szybko przejść do ko­lej­nej sprawy, zde­cy­do­wała się spraw­dzić in­for­ma­cje po­da­wane przez ?sę i Ro­gera - wła­śnie wtedy ja­kiś szwedzki urzęd­nik zro­bił to po raz pierw­szy.

Ro­dzice pi­sali, że ich dzieci uczą się w ofe­ru­ją­cej na­ucza­nie zdalne ame­ry­kań­skiej szkole z tra­dy­cjami Her­mods, ale kiedy Ja­smin skon­tak­to­wała się z tą pla­cówką, usły­szała, że nikt o ta­kim na­zwi­sku nie jest i ni­gdy nie był do niej za­pi­sany. Na­szły ją wąt­pli­wo­ści, czy dzieci w ta­kim ra­zie w ogóle cho­dziły kie­dy­kol­wiek do szkoły, i zgło­siła ro­dzinę do po­mocy spo­łecz­nej w Ystad. Od tego wszystko się za­częło. Po­moc spo­łeczna we­zwała ro­dzi­ców i dzieci na roz­mowę do swo­jej sie­dziby w cen­trum mia­sta. Po spo­tka­niu se­kre­tarka so­cjalna Yvonne uznała, że re­fe­rentka z urzędu po­dat­ko­wego po­stą­piła słusz­nie, kon­tak­tu­jąc się z nimi - ona sama także miała po­czu­cie, że coś tu nie gra. Na py­ta­nia o edu­ka­cję dzieci ro­dzice od­po­wia­dali wy­mi­ja­jąco i nie­spój­nie.

Pię­ciorgu dzieci mo­gło gro­zić nie­bez­pie­czeń­stwo. Wy­glą­dało na to, że ich pod­sta­wowe prawa do edu­ka­cji szkol­nej i bez­piecz­nego do­ra­sta­nia nie są re­spek­to­wane. Po­moc spo­łeczna nie za­dzia­łała jed­nak szybko i ka­te­go­rycz­nie. W związku z okre­sem urlo­po­wym roz­pa­try­wa­nie sprawy prze­cią­gnęło się w cza­sie i przez cały li­piec nie wy­da­rzyło się zu­peł­nie nic. Zdą­żył się na­wet na do­bre za­cząć sier­pień, za­nim ktoś wró­cił do tej sprawy. Se­kre­tarka so­cjalna chciała po­now­nie skon­tak­to­wać się z ro­dziną i za­dać im dal­sze py­ta­nia kon­tro­lne. Wtedy jed­nak ?sa i Ro­ger prze­stali być rów­nie sko­rzy do współ­pracy. W ostat­niej chwili od­wo­ły­wali je­den wy­zna­czony ter­min po dru­gim. A to ich córka się roz­cho­ro­wała, a to mu­sieli je­chać do le­ka­rza. Yvonne i jej ko­le­dzy w po­mocy spo­łecz­nej ro­bili się co­raz bar­dziej za­nie­po­ko­jeni i za­częli tra­cić cier­pli­wość.

Rów­no­le­gle do to­czą­cej się sprawy w po­mocy spo­łecz­nej nowy ku­ra­tor w gmi­nie Ystad, Den­nis Hjelm­ström, zwró­cił uwagę na tę ro­dzinę. Czy­sty przy­pa­dek spra­wił, że do­szło do tego w tym sa­mym cza­sie - ani on, ani Yvonne nie wie­dzieli nic o swo­ich dzia­ła­niach. Den­nis miał czter­dzie­ści lat i wcze­śniej uczył mię­dzy in­nymi szwedz­kiego, hisz­pań­skiego i wy­cho­wa­nia fi­zycz­nego w Sztok­hol­mie. Do jego obo­wiąz­ków na­le­żało udzie­la­nie zgody na to, żeby dzieci nie cho­dziły do szkoły na te­re­nie gminy. Do­tąd jego po­przed­nicy po­dej­mo­wali de­cy­zje w tej kwe­stii dość po­chop­nie. Kiedy do­ku­menty tra­fiły na biurko Den­nisa, za­wa­hał się, czy po­wi­nien je pod­pi­sać - po raz pierw­szy od dzie­się­ciu lat ktoś się nad tym za­sta­na­wiał.

Den­nis zwró­cił uwagę, że do wnio­sku nie za­łą­czono żad­nego za­świad­cze­nia z Lau­rel Springs School i tak samo jak re­fe­rentka z urzędu po­dat­ko­wego za­czął czuć pi­smo no­sem. Coś mu pod­po­wia­dało, że nie wszystko w tej spra­wie jest tak, jak na­leży, i dla­tego na­pi­sał ma­ila do ame­ry­kań­skiej szkoły z sie­dzibą w Ka­li­for­nii. Miało to miej­sce 21 sierp­nia i po ja­kiejś go­dzi­nie otrzy­mał od­po­wiedź od dy­rek­torki. Pi­sała, że do szkoły nie są i nie były ni­gdy za­pi­sane dzieci o po­da­nym na­zwi­sku. ?sa i Ro­ger je­dy­nie za­ku­pili uży­wane w szkole ma­te­riały, ale miało to miej­sce kilka lat wcze­śniej. Den­nis wy­łą­czył kom­pu­ter i udał się do domu.

Na­stęp­nego dnia, ja­dąc do pracy sa­mo­cho­dem, po­sta­no­wił zro­bić coś, co wy­kra­cza poza za­kres jego obo­wiąz­ków służ­bo­wych - za­je­chał do tej ro­dziny. Nie miał aż tyle cier­pli­wo­ści, żeby cze­kać, mu­siał do­wie­dzieć się na­tych­miast, gdzie są dzieci i jak się czują. Kiedy do­tarł na miej­sce, od razu za­uwa­żył, że wszyst­kie okna są za­sło­nięte. Dom spra­wiał wra­że­nie nie­mal opusz­czo­nego. Mimo to wy­siadł z sa­mo­chodu i pod­szedł do śmiet­nika. Uniósł po­krywę ko­sza i zo­ba­czył, że są w nim świeże śmieci. Ktoś więc prze­by­wał w tym domu, na­wet je­śli wy­glą­dał on tak, jak wy­glą­dał.

Wtem Den­nis usły­szał za sobą głos i po­spiesz­nie się od­wró­cił. Za nim stał męż­czy­zna, który przed­sta­wił się jako są­siad. Py­tał, czego Den­nis szuka, grze­biąc w śmie­ciach. Py­ta­nie jest, rzecz ja­sna, cał­ko­wi­cie uza­sad­nione, szkoda tylko, że ten sam są­siad nie wy­ka­zał rów­nie dużo do­cie­kli­wo­ści i za­in­te­re­so­wa­nia, kiedy cho­dziło o izo­lo­wa­nie dzieci przez ?sę i Ro­gera... Od dawna się nad tym za­sta­na­wiam i nie udało mi się do ni­czego dojść: dla­czego są­sie­dzi za­cho­wy­wali się tak pa­syw­nie? Dla­czego nikt się nie wmie­szał i nie za­pu­kał do drzwi, żeby spraw­dzić, czy z ro­dziną wszystko w po­rządku? Czy nie wy­da­wało im się dziwne, że ro­dzice z piątką dzieci nie wy­chy­lają nosa za próg?

Po fak­cie są­sie­dzi przy­znali, że Ro­dzina z Ystad za­cho­wy­wała się dziw­nie. Dla­czego więc tego nie drą­żyli? Może leży to w szwedz­kiej na­tu­rze? Wpraw­dzie coś wy­daje się nam dziwne, ale mimo wszystko le­piej się nie mie­szać. Lu­dzie nie chcą prze­szka­dzać i psuć at­mos­fery. Ot, taka po­zo­sta­łość po mi­nio­nej epoce chłop­skiej, kiedy nie na­le­żało wtry­niać nosa w nie­swoje sprawy. Na myśl na­suwa mi się coś ta­kiego jak od­waga cy­wilna - czy nie by­łoby do­brze, gdy­by­śmy wy­ro­bili so­bie w Szwe­cji jej tyle, ile mają miesz­kańcy in­nych kra­jów, mię­dzy in­nymi Nor­we­gii i Fin­lan­dii? Tam są­sia­dom z Öster­len gro­zi­łaby kara grzywny za to, że mo­gli po­móc dzie­ciom w po­trze­bie, ale tego nie zro­bili.

Wra­ca­jąc do te­matu - Den­nis przed­sta­wił się i spy­tał są­siada, czy wie coś o tym, żeby w tym domu miesz­kały dzieci. Są­siad od­po­wie­dział, że zda­rzało mu się sły­szeć dzie­cięce głosy, ale ni­gdy nie wi­dział żad­nego dziecka. Den­nis znów wsiadł do sa­mo­chodu i po­je­chał do pracy. W tym sa­mym cza­sie, kiedy przy­glą­dał się ro­dzi­nie na wła­sną rękę, ?sa po raz trzeci od­wo­łała spo­tka­nie z po­mocą spo­łeczną. Tym ra­zem po­wie­działa, że jedno z dzieci ma grypę żo­łąd­kową i dla­tego nie mogą przyjść. Po­moc spo­łeczna nie miała jed­nak za­miaru dłu­żej z tym zwle­kać. Po­sta­no­wiono na­tych­miast in­ter­we­nio­wać i we­zwano po­li­cję.

Już kilka go­dzin póź­niej trzy ra­dio­wozy z sze­ścior­giem po­li­cjan­tów w ka­mi­zel­kach ku­lo­od­por­nych je­chało do domu pod Ystad. Czworo dzieci zo­stało od razu stam­tąd za­brane, z ko­lei Ben­ja­min, który w mię­dzy­cza­sie skoń­czył osiem­na­ście lat, mógł sam zde­cy­do­wać, co ro­bić ze swoim cza­sem i ży­ciem, i po­sta­no­wił zo­stać z ro­dzi­cami. Do dzi­siaj z nimi mieszka, po­zo­stałe ro­dzeń­stwo nie zo­stało po­łą­czone i wciąż prze­bywa u róż­nych ro­dzin za­stęp­czych, roz­siane po Szwe­cji. Jesz­cze do tego wrócę. Ta hi­sto­ria nie ma bo­wiem na ra­zie szczę­śli­wego za­koń­cze­nia, cho­ciaż dzieci z tego domu udało się ura­to­wać...

* * *

W po­ło­wie drogi mię­dzy Ystad a Sim­ri­shamn znaj­duje się nie­wielka, oto­czona wierz­bami miej­sco­wość zwana cza­sem ser­cem Öster­len. Tam miesz­kają dziś ?sa i Ro­ger. Na­dal pro­wa­dzą wy­co­fane ży­cie, ale prze­nie­śli się z otyn­ko­wa­nego na biało domu przy dro­dze kra­jo­wej w Löde­rup do czer­wo­nego, ce­gla­nego bu­dynku dzie­sięć ki­lo­me­trów da­lej. Ben­ja­min wciąż nie wy­pro­wa­dził się od ro­dzi­ców, choć ma dwa­dzie­ścia kilka lat. Pra­cow­nicy po­mocy spo­łecz­nej wo­le­liby, żeby się usa­mo­dziel­nił, tak się jed­nak nie stało. Może zro­bie­nie tego kroku utrud­niają mu za­bu­rze­nia, które u niego zdia­gno­zo­wano, a może ro­dzice mocno go do sie­bie przy­wią­zali przez te wszyst­kie lata lub jest to wy­pad­kowa obu tych czyn­ni­ków.

Ben­ja­min uczył się zdal­nie w szkole ar­ty­stycz­nej, co nie dziwi, je­śli wziąć pod uwagę, że zna tylko taką formę na­uki. Po pew­nym cza­sie szkoła na­brała jed­nak po­dej­rzeń, że to nie Ben­ja­min sam wy­ko­nuje za­da­nia, tylko robi to za niego mama. Po­zo­stałe dzieci, jego ro­dzeń­stwo, z wy­jąt­kiem Ame­lii, nie wró­ciły jesz­cze do domu. Z ko­lei Ame­lia skoń­czy wkrótce dwa­dzie­ścia lat i mieszka z na­rze­czo­nym w mie­ście w środ­ko­wej Szwe­cji. Pro­wa­dzi tam cał­ko­wi­cie nor­malne ży­cie, w któ­rym jest miej­sce i na na­ukę, i na mi­łość, jak to w ży­ciu każ­dej mło­dej ko­biety. Cho­ciaż...

Or­ga­ni­za­cja Cen­trum för rät­tvisa (Cen­trum Spra­wie­dli­wo­ści) udziela bez­płat­nych po­rad praw­nych w spra­wach są­do­wych, które jej zda­niem mają fun­da­men­talne zna­cze­nie. Na ich stro­nie znaj­dziemy mię­dzy in­nymi zdję­cie Ame­lii. Stoi tam ra­zem z dwoj­giem do­brze ubra­nych ad­wo­ka­tów, a tekst po­ni­żej głosi, że wal­czy o kon­takt z młod­szym ro­dzeń­stwem. Czy w ta­kim ra­zie Ame­lia nie wi­działa ich od 2018 roku? Po­sta­na­wiam skon­tak­to­wać się z jed­nym z praw­ni­ków ze zdję­cia. Wy­ja­śniam w ese­me­sie, że chcia­ła­bym po­roz­ma­wiać z Ame­lią, a on prosi, że­bym ode­zwała się ty­dzień póź­niej, bo chwi­lowo ma za dużo spraw na gło­wie.

Cze­ka­jąc na to, aż będę mo­gła po­roz­ma­wiać z tym dwoj­giem, kon­ty­nu­uję zbie­ra­nie ma­te­ria­łów na te­mat izo­lo­wa­nych od świata dzieci i znaj­duję coś in­nego, co przy­ciąga moją uwagę - szwedzki film pod ty­tu­łem Granny's Dan­cing on the Ta­ble z 2015 roku. Opo­wiada o mło­dej dziew­czy­nie, która żyła w le­sie z oj­cem, agre­syw­nym fa­na­ty­kiem re­li­gij­nym. W jego rolę wcie­lił się je­den z mo­ich ulu­bio­nych ak­to­rów, Len­nart Jäh­kel. Sia­dam na so­fie, żeby obej­rzeć film. Główna bo­ha­terka - Eini - ucieka od rze­czy­wi­sto­ści w świat wy­obraźni. Fan­ta­zjuje o babci, która ucie­kła z wie­lo­po­ko­le­nio­wej izo­la­cji w ro­dzin­nym go­spo­dar­stwie i wy­ru­szyła w świat, żeby żyć swoim ży­ciem.

Po obej­rze­niu tego bo­le­snego ob­razu ży­cia dziew­czynki, która dzięki swo­jej wy­obraźni i od­wa­dze uod­par­nia się na za­nie­dba­nia i prze­moc, bu­dzi się we mnie cie­ka­wość - chcę do­wie­dzieć się wię­cej o tym fil­mie, a przede wszyst­kim o jego twór­czyni, Ami-Ro Sköld, która - jak ro­zu­miem - jest Szwedką. W in­ter­ne­cie znaj­duję po­ru­sza­jący wy­wiad, w który Ami-Ro mówi, że film jest po czę­ści au­to­bio­gra­ficzny. Sto­puję wy­wiad w po­ło­wie zda­nia... Au­to­bio­gra­ficzny? Czy to może być prawda? Czyżby ta re­ży­serka na­prawdę do­ra­stała w ta­kim od­izo­lo­wa­nym od świata go­spo­dar­stwie, z uci­ska­ją­cym ją oj­cem tak jak dziew­czyna z filmu? Oczy­wi­ście mu­szę zgłę­bić tę kwe­stię, więc pi­szę ma­ila do Ami-Ro i mam szczę­ście, szybko do­staję od­po­wiedź. Oka­zuje się, że choć na co dzień mieszka w Göte­borgu, jest aku­rat w Sztok­hol­mie w związku z pracą nad no­wym fil­mem.

Dzwo­nię do Ami-Ro i już kilka go­dzin póź­niej spo­ty­kamy się przed sie­dzibą firmy pro­du­cenc­kiej TriArts na Gamla stan. Dziś Ami-Ro jest osobą nie­bi­narną i nie iden­ty­fi­kuje się z żadną płcią. Uro­dziła się jako ko­bieta i w dzie­ciń­stwie uwa­żano je za dziew­czynkę, mimo że w głębi du­szy ni­gdy się nią nie czuła. Te­raz wcho­dzi przez cięż­kie drew­niane drzwi, za­pewne rów­nie stare, co sta­tek Vasa. Ma krót­kie włosy, modną fry­zurę i nie ma naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że to osoba znaj­du­jąca się obec­nie w zu­peł­nie in­nym miej­scu w swoim ży­ciu. Je­stem pod wra­że­niem ener­gii Ami-Ro, bo sama, bę­dąc w trzy­dzie­stym czwar­tym ty­go­dniu ciąży, ja­kiś mie­siąc przed roz­wią­za­niem, czuję się nie­mal uwię­ziona w tej fi­zycz­nej po­włoce. Mę­czę się i do­staję za­dyszki już przy naj­mniej­szym ru­chu.

Ami-Ro, albo po pro­stu Ro, jak zwra­cają się do niej przy­ja­ciele i ro­dzina, idzie ze mną na spa­cer przez cen­trum mia­sta, a ja cał­ko­wi­cie za­po­mi­nam o do­le­gli­wo­ściach cią­żo­wych i daję się wcią­gnąć w opis dzie­ciń­stwa Ro.

ROZ­DZIAŁ 4

Bi­bli­sta z go­spo­dar­stwa z pie­kła ro­dem

Nocą przy­cho­dzi dia­beł i za­biera nie­grzeczne dzieci. Cią­gnie je za włosy wiel­kimi, ku­dła­tymi łap­skami wprost pod bramy pie­kieł. Nie ma zna­cze­nia, ile się mo­dlą i pro­szą o wy­ba­cze­nie, w jego czer­wo­nych oczach nie ma ani odro­biny współ­czu­cia.

Ro wpo­jono, że tak się wła­śnie sta­nie, je­śli nie bę­dzie słu­chać ojca, który utrzy­muje za­żyłe re­la­cje z Bo­giem w nie­bie i dia­błem w pie­kle. Dla­tego wła­śnie Ro spę­dziło pierw­sze sie­dem­na­ście lat w cią­głym stra­chu, ży­jąc w od­lud­nie po­ło­żo­nym go­spo­dar­stwie w pół­noc­nej Ska­nii, nie­da­leko gra­nicy z Ble­kinge. Ro miesz­kało ra­zem z sied­mior­giem ro­dzeń­stwa, mamą Stiną i oj­cem Beng­tem. Ro­dzina nie utrzy­my­wała kon­tak­tów ze świa­tem ze­wnętrz­nym. A więc dwa­dzie­ścia lat przez dziećmi z Ystad Ro także żyło w izo­la­cji na­rzu­co­nej przez ojca, który póź­niej, ska­zany na wię­zie­nie za prze­moc wo­bec ro­dziny, otrzy­mał w ga­ze­tach przy­do­mek "Bi­bli­sta".

Bengt był w pełni od­dany wie­rze w Boga i nie po­zwa­lał, żeby dzieci same de­cy­do­wały o tym, jak usto­sun­kują się do jego wiary. Zo­stała im ona na­rzu­cona i przez całą dobę, w każ­dej mi­nu­cie i se­kun­dzie mu­siały po­zo­sta­wać jej wierne. W pla­nie dnia za­wsze znaj­do­wało się coś o cha­rak­te­rze re­li­gij­nym - na­bo­żeń­stwo, mo­dli­twy, czy­ta­nie Bi­blii lub śpie­wa­nie psal­mów. Przy tych oka­zjach Bengt czę­sto wy­ko­rzy­sty­wał nada­rza­jącą się spo­sob­ność i spraw­dzał, czy dzieci znają od­po­wied­nie wer­sety z Bi­blii, a je­śli zda­rzyło im się po­peł­nić błąd, cze­kała je kara: je­den lub dwa klapsy. Groźba ude­rze­nia ręką lub pa­sem nie­ustan­nie wi­siała w po­wie­trzu. Bengt nie szczę­dził ra­zów, je­śli tylko uznał je za ko­nieczne. Cza­sem dzieci same pro­wa­dziły szkółkę bi­blijną, Bengt nie był przy tym obecny, ale na­wet wtedy trzeba było mieć się na bacz­no­ści i pra­wi­dłowo od­po­wia­dać, żeby nikt z ro­dzeń­stwa nie do­niósł ojcu. Jego wła­dza była ab­so­lutna, ma­ni­pu­lo­wał nimi tak, że były lo­jalne wo­bec niego, nie wo­bec sie­bie na­wza­jem. U ma­łego dziecka od­po­wia­dał za to po pro­stu in­stynkt prze­ży­cia.

Ro­dzina miała "per­spek­tywę bi­blijną" na całą swoją eg­zy­sten­cję, nie na­le­żała jed­nak do żad­nego zgro­ma­dze­nia. Prak­ty­ko­wali chrze­ści­jań­stwo, ale ni­gdy nie ro­bili tego w to­wa­rzy­stwie in­nych. Bengt chciał, żeby trzy­mali się jego in­ter­pre­ta­cji Bi­blii. Nie cho­dzili więc do ko­ścioła, na­wet pod­czas waż­nych świąt. Niby po co? Bengt uwa­żał, że jego spo­sób dba­nia o ro­dzinę i czcze­nia Boga jest o wiele lep­szy od wszyst­kich in­nych. Są­dził, że dzieci są sil­niej­sze i lep­sze dzięki jego me­to­dom wy­cho­waw­czym, niż by­łyby, gdyby uczyły się w szkole lub na­le­żały do Ko­ścioła Szwe­cji. Dla­tego Ro nie cho­dziło ani do przed­szkola, ani do szkoły. Nie mo­gło też cho­dzić na plac za­baw ani od­da­wać się in­nym za­ję­ciom, jak upra­wia­nie sportu z ró­wie­śni­kami. Tata nie po­zwa­lał im na kon­takty z ota­cza­ją­cym spo­łe­czeń­stwem, jego zda­niem nie było to po­trzebne, ro­dzina miała bo­wiem w go­spo­dar­stwie wszystko, czego było jej trzeba. Jed­nak mama Stina re­gu­lar­nie uda­wała się z nimi do przy­chodni i den­ty­sty, a pie­lę­gniarka szkolna by­wała u nich w domu, żeby zro­bić bi­lans i za­szcze­pić dzieci.

Poza tym żyli jed­nak w cał­ko­wi­tej izo­la­cji. Edu­ka­cja dzieci spro­wa­dzała się do tego, że przez kilka go­dzin dzien­nie na­wza­jem prze­ka­zy­wały so­bie wie­dzę. Star­sze na­uczyły się czy­tać i pi­sać od mamy, a póź­niej uczyły młod­sze ro­dzeń­stwo. Bengt zor­ga­ni­zo­wał im salę lek­cyjną, ale rzadko mie­szał się do na­uki, tak więc dzieci do­stały po pro­stu stertę pod­ręcz­ni­ków i tylko w ich wła­snej ge­stii po­zo­sta­wało, żeby na­le­ży­cie je wy­ko­rzy­stać.

Bengt i Stina otrzy­mali zgodę na edu­ka­cję do­mową dla dzieci aż do siód­mej klasy, póź­niej za­żą­dano, żeby dzieci cho­dziły fi­zycz­nie do szkoły, ale Bengt zi­gno­ro­wał ten na­kaz i da­lej trzy­mał je w domu bez for­mal­nego po­zwo­le­nia. Wów­czas ode­zwała się do niego po­moc spo­łeczna i po­pro­siła o spo­tka­nie, ale Bengt bez trudu uni­kał wszel­kich prób kon­taktu, na przy­kład ka­zał dzie­ciom się ukry­wać, nie otwie­rać drzwi, gdy pra­cow­nicy po­mocy spo­łecz­nej zja­wiali się u nich z wi­zytą, lub wno­sił naj­róż­niej­sze skargi. Po pew­nym cza­sie także ku­ra­to­rium prze­stało się od­zy­wać, zo­sta­wia­jąc ich w spo­koju, ale mniej wię­cej raz w roku cała ro­dzina je­chała do szkoły w Kri­stian­stad, żeby dzieci za­li­czyły eg­za­miny z róż­nych przed­mio­tów.

Ro ni­gdy nie za­po­mni spoj­rzeń, ja­kie inne dzieci po­sy­łały jej i jej ro­dzeń­stwu - jakby byli ko­smi­tami z in­nej pla­nety, co w grun­cie rze­czy do pew­nego stop­nia było prawdą. Cza­sem Ro mo­gło mimo wszystko tro­chę po­ba­wić się z in­nymi dziećmi, ale tylko przez chwilę, po­tem nad­cho­dził bo­wiem czas pi­sa­nia eg­za­mi­nów, a za­raz po nich pora od­jazdu. W dro­dze do domu za­trzy­my­wali się w skle­pie spo­żyw­czym. Nie­zwy­kle rzadko zda­rzało się, że dzieci mo­gły wejść do środka, pa­trzyły wtedy na te wszyst­kie to­wary wiel­kimi oczami i do­ty­kały ko­lo­ro­wych opa­ko­wań. Ro­dzina nie ku­po­wała zbyt wiele, głów­nie przy­prawy, mąkę, cu­kier i inne pro­dukty pod­sta­wowe, po­nie­waż go­spo­dar­stwo było sa­mo­wy­star­czalne, je­śli cho­dzi o mięso i wa­rzywa.

Kiedy dzieci nie zaj­mo­wały się re­li­gią ani pod­ręcz­ni­kami, mu­siały ha­ro­wać od świtu do nocy. Dzień pracy za­czy­nał się prze­waż­nie o szó­stej rano dla star­szych dzieci, które po­świę­cały więk­szą część dnia na wy­peł­nia­nie obo­wiąz­ków w ro­dzin­nym go­spo­dar­stwie i nie­rzadko pra­co­wały do dzie­sią­tej wie­czo­rem. Wolno im było ro­bić prze­rwy je­dy­nie na stu­dio­wa­nie Bi­blii i mo­dli­twy oraz na na­ukę we wła­snej szkole, cho­ciaż to aku­rat znaj­do­wało się na sza­rym końcu.

Ro wraz z ro­dzeń­stwem po­ma­gało we wszyst­kich moż­li­wych za­ję­ciach - upra­wiało wa­rzywa, rą­bało drewno, zaj­mo­wało się zwie­rzę­tami, pie­liło chwa­sty. W go­spo­dar­stwie za­wsze zna­la­zło się coś do zro­bie­nia, a praca była mę­cząca i ciężka, ale Ro lu­biło prze­by­wać ze zwie­rzę­tami. Sta­no­wiły swego ro­dzaju ra­tu­nek, za­stę­pu­jąc mi­łość, któ­rej nie za­zna­wało od in­nych lu­dzi. Ro nie wie, czy w ogóle da­łoby radę prze­żyć, gdyby nie zwie­rzęta i las. Po­dob­nie jak bo­ha­terka filmu Granny's Dan­cing on the Ta­ble Ro znaj­do­wało siłę, żeby da­lej wal­czyć, u zwie­rząt, na­wet w chwi­lach, kiedy wszystko zda­wało się po­zba­wione ja­kie­go­kol­wiek sensu.

* * *

Kilka razy zda­rzało się, że Ro z ro­dzi­cami i ro­dzeń­stwem je­chało z wi­zytą do pew­nej ro­dziny w Sma­lan­dii. Bengt po­znał ich przez stu­dia bi­blijne. Dla Ro była to po­dróż na ko­niec świata, a sie­dząc z tyłu pod­czas jazdy, aż trzę­sło się z ocze­ki­wa­nia - tak bar­dzo pra­gnęło kon­tak­tów z in­nymi ludźmi. Je­dy­nymi oso­bami, z któ­rymi ob­co­wało dzień w dzień przez te wszyst­kie lata, byli człon­ko­wie ro­dziny. Nie wi­dy­wało na­wet dal­szych krew­nych. Dziad­ko­wie ze strony matki miesz­kali na pół­nocy Szwe­cji, to tam uro­dziła się i wy­cho­wała jej mama. I to tam Stina spo­tkała mi­sjo­na­rza Bengta. Po­dró­żo­wał on po świe­cie (był mię­dzy in­nymi w In­diach), po czym za­trzy­mał się na ja­kiś czas w Nor­r­lan­dzie, żeby za­stą­pić tam­tej­szego ka­zno­dzieję. Za­brał ze sobą mamę Ro w swoje ro­dzinne strony do Ska­nii, a tam po­woli, ale sku­tecz­nie zła­mał jej wolę, stra­sząc je, umniej­sza­jąc jej i ogra­ni­cza­jąc ży­cie i kon­takty spo­łeczne. Z cza­sem Stina ze­rwała kon­takt z ro­dzi­cami i ro­dzeń­stwem. Mimo to od czasu do czasu je­chała na pół­noc, żeby przez ja­kiś ty­dzień po­być u ro­dzi­ców. Bengt nie po­zwa­lał jej jed­nak za­bie­rać ze sobą dzieci, a ona nie miała siły się sprze­ci­wić.

Lata, przez które mąż znę­cał się nad nią psy­chicz­nie i fi­zycz­nie, spra­wiły, że Stina stała się nie­mal nie­zdolna do ja­kie­go­kol­wiek dzia­ła­nia, cza­sem jed­nak zbie­rała w so­bie siły dla do­bra dzieci, na­wet je­śli ro­biła to bar­dzo dys­kret­nie, żeby nie ścią­gać na sie­bie gniewu Bengta. Na przy­kład za­czy­nała mó­wić bar­dzo gło­śno, je­śli któ­reś dziecko się za­po­mniało i zbyt ści­szyło głos. Nie wolno im bo­wiem było roz­ma­wiać po ci­chu, a co gor­sza - szep­tać. Za coś ta­kiego gro­ziło la­nie. Bengt wy­ma­gał, żeby wszy­scy mó­wili gło­śno i wy­raź­nie, tak żeby sam ich sły­szał - oba­wiał się, że mogą coś knuć za jego ple­cami.

Pew­nego razu do go­spo­dar­stwa przy­je­chało ro­dzeń­stwo Stiny i za­dzwo­niło do drzwi. Chcieli wie­dzieć, jak wła­ści­wie czuje się ich sio­stra, ale Stina od­rzu­ciła pod­jętą przez nich próbę kon­taktu. Nie tylko była cał­ko­wi­cie za­stra­szona, lecz także prze­szła pra­nie mó­zgu.

Bengt także nie utrzy­my­wał kon­taktu ze swoją ro­dziną. Był naj­star­szy z sied­miorga ro­dzeń­stwa, któ­rych Ro ni­gdy bli­żej nie po­znało. Jego oj­ciec zmarł przed uro­dze­niem Ro, a swoją babkę spo­ty­kało nad­zwy­czaj rzadko. Raz jed­nak, kiedy Ro było u niej z wi­zytą, a Bengta nie było aku­rat w po­koju, bab­cia za­py­tała Ro i kil­koro z ro­dzeń­stwa, czy ich tata nic im nie robi:

- Jest dla was do­bry?".

To zmro­ziło Ro i ni­czym ro­bot od­po­wie­działo:

- Tak, tata jest bar­dzo do­bry - na co jej ro­dzeń­stwo po­ki­wało twier­dząco głową, bo ni­gdy nie od­wa­ży­łoby się wy­znać prawdy - Bóg wi­dział i sły­szał wszystko i od razu do­no­sił Beng­towi. Je­śli coś ja­kimś cu­dem na­wet uszłoby bo­skiej uwa­dze, sie­dzące w po­koju ro­dzeń­stwo z całą pew­no­ścią do­nio­słoby o tym ojcu.

Jed­nak samo to, że bab­cia za­dała to py­ta­nie, spra­wiło, że Ro zdało so­bie sprawę z tego, że bab­cia wie, jaki jest jej syn - że nie jest ani nor­malny, ani do­bry. Rów­nież ona żyła z prze­mo­cow­cem. Dzia­dek Ro był taki sam, Bengt otrzy­mał prze­moc w ge­nach. Ro zdało so­bie sprawę, że nie do­ra­stał wcale w idylli. Wręcz prze­ciw­nie.

* * *

Idziemy przez Kung­sträd­g?r­den, park w cen­trum Sztok­holmu. Drzewa wy­cią­gają na­gie ga­łę­zie ku sza­remu niebu, a wil­gotny chłód szczy­pie w po­liczki. Po­środku parku jest dzia­ła­jące zimą lo­do­wi­sko, po któ­rym wła­śnie jeż­dżą dzieci i ro­dzice do kul­to­wego utworu Ma­rii Ca­rey All I Want For Chri­st­mas, który leci z gło­śni­ków. Prze­cho­dzimy da­lej i za­trzy­mu­jemy się na czer­wo­nym świe­tle na przej­ściu dla pie­szych, a ja za­sta­na­wiam się, czy Ro kie­dy­kol­wiek na­uczyło się jeź­dzić na łyż­wach. Czy umie pły­wać?

Słu­cha­jąc, jak opo­wiada o ży­ciu w od­izo­lo­wa­nym go­spo­dar­stwie, mam wra­że­nie, jakby przy­było tu­taj we­hi­ku­łem czasu i miesz­kało w tym go­spo­dar­stwie w XIX wieku, a nie w la­tach osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych XX wieku. Trudno po­jąć, że ktoś za­le­d­wie kilka lat star­szy ode mnie, kto mówi tym sa­mym ję­zy­kiem i wy­cho­wy­wał się w tym sa­mym kraju, mógł mimo wszystko do­ra­stać w tak dia­me­tral­nie od­mien­nych wa­run­kach. Kiedy Ro bro­no­wało pole, ja sie­dzia­łam na prze­rwie obia­do­wej, wy­mie­nia­łam się po­ke­mo­nami lub kar­mi­łam ta­ma­got­chi, może py­ta­łam An­dre­asa, czy chce ze mną cho­dzić, albo wpa­try­wa­łam się w pla­kat Pe­tera "Floppy" Fors­berga, który po­wie­si­łam po we­wnętrz­nej stro­nie otwie­ra­nego pul­pitu ławki. Na wi­dok jego lo­do­wato nie­bie­skich oczu roz­pły­wa­łam się za każ­dym ra­zem, gdy chcia­łam wy­jąć ja­kiś pod­ręcz­nik. Ro ni­gdy nie do­stało szansy, żeby mieć ko­le­gów ze pod­sta­wówki czy gim­na­zjum, nie prze­żyło też w li­ceum siły na­sto­let­niego za­ko­cha­nia.

Oprócz tego, że Bengt znę­cał się nad żoną i dziećmi, miał też eks­tre­malną po­trzebę kon­troli, je­śli cho­dzi o każdy aspekt ich ży­cia. Na przy­kład w kwe­stii tego, jak wy­glą­dało ciało Ro, kiedy we­szło w okres doj­rze­wa­nia. Spra­wiał wra­że­nie, jakby nie do­strze­gał żad­nej, na­wet naj­mniej­szej nie­sto­sow­no­ści w tym, że jako oj­ciec ma opi­nię na ten te­mat. Ni stąd, ni zo­wąd mógł oświad­czyć, że Ro na­brało za dużo kształ­tów i musi zrzu­cić parę kilo. Je­śli w oczach ojca fi­gura nie była taka, jak po­winna, Ro mo­gło do­stać za to la­nie. Że­la­zną rurką, prze­wo­dem elek­trycz­nym lub czym­kol­wiek in­nym, co tylko wpa­dło mu w ręce.

Do dzi­siaj upo­ka­rza­jące ko­men­ta­rze ojca na te­mat wy­glądu Ro są ni­czym głę­bo­kie rany, co na­prawdę świet­nie mogę zro­zu­mieć. Sama cho­ro­wa­łam na ano­rek­sję i wiem, jak nie­by­wale wraż­liwe są młode osoby w wieku na­sto­let­nim. Mogę so­bie wy­obra­zić, jak po­twor­nie jest słu­chać ta­kich ko­men­ta­rzy we wła­snym domu, z ust do­ro­słego, który po­wi­nien ko­chać nas bez­wa­run­kowo i uwa­żać, że je­ste­śmy ide­alni tacy, jacy je­ste­śmy. A tym bar­dziej mu­siało być to trudne dla dziecka, które do­świad­czyło dys­fo­rii płcio­wej i jego toż­sa­mość nie po­kry­wała się z płcią bio­lo­giczną, o czym nie miało na­wet od­wagi po­wie­dzieć ro­dzi­com. Skąd wziąć pew­ność sie­bie i po­czu­cie, że jest się wy­star­cza­jąco do­brym, skoro ro­dzice tego nie za­pew­niają?

* * *

Kiedy Ro zdało so­bie sprawę, że nie do­ra­sta w nor­mal­nych wa­run­kach? Za­daję to py­ta­nie, gdy prze­cho­dzimy przez Hamn­ga­tan, zo­sta­wiw­szy już Kung­sträd­g?r­den za ple­cami i wi­dząc przed sobą dom to­wa­rowy NK z ja­sną, mu­ro­waną fa­sadą i licz­nymi oknami. A także nie mniej słynną szopkę bo­żo­na­ro­dze­niową w jed­nej z wi­tryn, do któ­rej piel­grzy­mują sztok­holm­skie ro­dziny. Sama mam stam­tąd cu­downe wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa, bo mama za­bie­rała mnie czę­sto do mia­sta w week­endy i szły­śmy na cia­sto. Za­wsze za­ma­wia­łam to samo: tort księż­niczki i sprite'a. By­łam wtedy w pod­sta­wówce i gim­na­zjum. Kiedy tro­chę pod­ro­słam, za­czę­łam do­ra­biać w skle­pie z bie­li­zną, który znaj­do­wał się na par­te­rze.

Pod­czas spa­ceru z Ro ude­rza mnie, że za­wsze bra­łam to do­ra­sta­nie za coś oczy­wi­stego. Czy Ro po­szło kie­dyś z mamą na cia­sto? Nie, ni­gdy. Je­dyne przy­jemne chwile ze Stiną, ja­kie może so­bie przy­po­mnieć, to te, kiedy Bengt wy­jeż­dżał. Kilka razy w mie­siącu brał nocne zmiany jako stróż na od­dziale psy­chia­trycz­nym szpi­tala w Kri­stian­stad. Mama Ro pra­co­wała jako opie­kunka do­mowa i opie­kunka star­szych, ale co naj­wy­żej na pół etatu. Tata z ko­lei był nie­mal za­wsze w domu, poza wie­czo­rami, kiedy uda­wał się sa­mo­cho­dem do Lund. Wtedy Stina wzy­wała do sie­bie wszyst­kie dzieci, sia­dali wo­kół stołu i ra­zem szyli. Szyli dla za­bawy, coś ta­kiego po­winno być we­dług Bengta su­rowo za­bro­nione. Po­zwa­lał im ro­bić to je­dy­nie wtedy, gdy trzeba było coś uszyć albo na­pra­wić, na przy­kład za­ce­ro­wać dziu­rawe skar­petki.

Wróćmy jed­nak do py­ta­nia, które za­da­łam Ro przed NK - tego, kiedy zdało so­bie sprawę, że do­ra­sta­nie w go­spo­dar­stwie nie prze­biega tak, jak po­winno. Do­staję od­po­wiedź, że nie stało się to tak hop-siup, cho­dziło tu ra­czej o po­czu­cie, które po­woli na­ra­stało w du­szy Ro co­raz wy­raź­niej: tak jak wtedy, kiedy je­chało z ro­dzeń­stwem do szkoły i wi­działo, jak inne dzieci po­sy­łają im zdzi­wione spoj­rze­nia. Ro pa­mięta jed­nak także pewne kon­kretne zda­rze­nie. Raz, prze­glą­da­jąc pod­ręcz­nik, zna­la­zło ulotkę or­ga­ni­za­cji zaj­mu­ją­cej się pra­wami dziecka Bris. Usły­szało wtedy o niej po raz pierw­szy. W ulotce na­pi­sano, że do­ro­słym nie wolno bić dzieci, że jest to wręcz ka­ralne. Ro wcze­śniej tego nie wie­działo. Miało je­de­na­ście lat, a ulotka Bris coś obu­dziła - na­szły je wąt­pli­wo­ści, czy nic wię­cej z tego, co robi i mówi tata, nie jest złe.

Pew­nego wie­czoru za­kra­dło się do kuchni, ro­zej­rzało się, a kiedy zo­ba­czyło, że droga jest wolna, się­gnęło po wi­szący na ścia­nie te­le­fon. Usły­szało mo­no­tonny sy­gnał, po czym wy­brało nu­mer Bris. Roz­legł się dźwięk po­łą­cze­nia i sły­chać było je­den sy­gnał za dru­gim. Serce Ro wa­liło w piersi. Ale kiedy aku­rat ode­zwał się ja­kiś głos, Ro usły­szało zbli­ża­jące się kroki. Rzu­ciło słu­chawkę i ni­gdy wię­cej nie pró­bo­wało już dzwo­nić do Bris ani do ni­kogo in­nego z prośbą o po­moc. Było to zbyt ry­zy­kowne. Za­miast tego da­lej po­zo­sta­wało lo­jalne wo­bec ojca. Zdało so­bie jed­nak sprawę, że Bengt cza­sem kła­mie i nie jest wcale taki do­sko­nały, za ja­kiego chce ucho­dzić. Może więc Bóg wcale nie stoi po jego stro­nie?

ROZ­DZIAŁ 5

W nogi, żeby żyć

Mia­łam ja­kieś szes­na­ście lat, kiedy za­czę­łam do­ra­biać w dziale bie­li­zny dam­skiej w NK. Ta naj­bar­dziej luk­su­sowa i naj­droż­sza - wy­sa­dzana dia­men­tami - le­żała za­mknięta w wi­try­nie. In­te­re­so­wali się nią wy­łącz­nie bo­gaci Ro­sja­nie. Od­wie­dzali nas też człon­ko­wie szwedz­kiej ro­dziny kró­lew­skiej, za­pa­dło mi w pa­mięć, że pa­trio­tycz­nie ku­po­wali pro­dukty marki Björn Borg. Pew­nego dnia do sklepu przy­szła ar­tystka po­powa Ky­lie Mi­no­gue i to ja ją ob­słu­gi­wa­łam. Było to, rzecz ja­sna, eks­cy­tu­jące.

Pierw­sza praca na­sto­let­niego Ro wy­glą­dała zu­peł­nie ina­czej. Oj­ciec nie po­zwa­lał jej ni­g­dzie jeź­dzić ani spo­ty­kać się z no­wymi ko­le­gami czy klien­tami. Za­miast tego Ro sie­działo ca­łymi dniami przy te­le­fo­nie i ro­biło ze star­szą sio­strą w te­le­mar­ke­tingu. Je­den z po­koi słu­żył za "biuro", sie­działy w nim przy te­le­fo­nach i sprze­da­wały. Ro uwa­żało, że dziw­nie jest sły­szeć w słu­chawce głosy tak wielu osób, było przy­zwy­cza­jone do słu­cha­nia roz­mów je­dy­nie człon­ków ro­dziny. Te­raz mo­gło jed­nak usły­szeć naj­róż­niej­sze dia­lekty, któ­rymi mó­wili lu­dzie w ca­łej Szwe­cji. Ro na­prawdę spraw­nie szło sprze­da­wa­nie, ale sio­stra była w tym jesz­cze lep­sza. Ważne było, żeby osią­gały do­bre wy­niki, ina­czej Bengt się zło­ścił, a je­śli miały pe­cha, to bił je za karę.

Pew­nego dnia, kiedy Ro usia­dło przy te­le­fo­nie, żeby przy­stą­pić do pracy, sio­stra się nie po­ja­wiła. Ni­g­dzie jej nie było. Opu­ściła go­spo­dar­stwo. Po fak­cie Ro do­wie­działo się, że otwo­rzyła so­bie konto w banku i prze­le­wała na nie część za­ro­bio­nych przez nie pie­nię­dzy. Sio­strze udało się też za­ła­twić so­bie miesz­ka­nie w Bo­r?s, tak że nikt w ro­dzi­nie się o tym nie do­wie­dział. Pew­nej nocy wy­mknęła się z go­spo­dar­stwa i ni­gdy tam nie wró­ciła. Ro miało szes­na­ście lat, gdy zo­stało naj­star­szym dziec­kiem w domu i od­tąd mu­siało samo pra­co­wać w te­le­mar­ke­tingu.

Bengt stał się jesz­cze su­row­szy dla Ro i in­nych dzieci. Za­pewne wy­ła­do­wy­wał na nich złość w związku z tym, że naj­star­sza córka ucie­kła. Być może gdzieś w głębi du­szy czuł, że sy­tu­acja po­woli wy­myka mu się spod kon­troli, i nie chciał do­pu­ścić, żeby po­zo­stałe dzieci wzięły przy­kład ze star­szej sio­stry. Ro jed­nak za­częło mimo wszystko roz­wa­żać różne opcje, żeby samo także odejść. Tak mocno się nad tym za­sta­na­wiało, że kilka mie­sięcy póź­niej pod­jęło próbę ucieczki.

* * *

Wstało o świ­cie i ostroż­nie prze­szło na pal­cach po pod­ło­dze z siatką, do któ­rej spa­ko­wało naj­waż­niej­sze rze­czy. Po­woli otwo­rzyło drzwi i wy­szło z domu. Cho­ciaż było kom­plet­nie prze­ra­żone i le­dwo mo­gło ustać, nogi nio­sły je przed sie­bie po oszro­nio­nym żwi­rze, aż do­tarło do przy­stanku. Za­wczasu spraw­dziło, kiedy prze­jeż­dża tędy au­to­bus, i po chwili fak­tycz­nie nad­je­chał, tyle tylko że z prze­ciw­nej strony. Do tam­tego czasu Ro je­chało au­to­bu­sem tylko kilka razy w ży­ciu, więc nie orien­to­wało się, że te jeż­dżą w dwie prze­ciwne strony. Za­nim się za­sta­no­wiło i prze­szło na drugą stronę, au­to­bus mi­nął już przy­sta­nek i znik­nął za wznie­sie­niem. Do tego za­czął pa­dać śnieg.

Ro sta­nęło po prze­ciw­nej stro­nie, ma­jąc na­dzieję, że ko­lejny au­to­bus wkrótce się po­jawi. Wtem przez gę­sto pa­da­jące, duże płatki śniegu do­strze­gło świa­tło nad­jeż­dża­ją­cego sa­mo­chodu. Kiedy auto znaj­do­wało się kilka me­trów od przy­stanku, zwol­niło, a Ro zo­rien­to­wało się, że to sa­mo­chód jej ojca. Bengt się za­trzy­mał. Ro za­marło. Nie z zimna. Prze­ra­że­nie z po­wodu tego, co za­raz na­stąpi, prze­szyło ciało Ro jak po­ra­że­nie prą­dem, a przed oczami po­ja­wiły się mroczki. Chciało po pro­stu znik­nąć, ale nie miało siły wal­czyć. Stopy zda­wały się wmu­ro­wane w zie­mię, nie mo­gło więc wziąć nóg za pas. Wsko­czyło po pro­stu do sa­mo­chodu, trzę­sąc się ze stra­chu, co ta­kiego się sta­nie, kiedy wrócą do go­spo­dar­stwa i za­mkną się za nimi drzwi.

Bengt ni­gdy nie bił Ro tak mocno i tak długo jak tam­tym ra­zem - nie­wiele bra­ko­wało, a by tego nie prze­żyło. Dało się za­uwa­żyć, że oj­ciec robi się co­raz bar­dziej zde­spe­ro­wany - te­raz, kiedy jesz­cze jego druga córka usi­ło­wała uciec z go­spo­dar­stwa. Wszyst­kim - i ma­mie, i ro­dzeń­stwu - jego agre­sja co­raz wy­raź­niej da­wała się we znaki. Oni też mieli zo­stać uka­rani za prze­wi­nie­nie Ro.

Znów usia­dło do te­le­fonu i wró­ciło do pracy, tym ra­zem jed­nak sprze­dało tak mało, że je­śli oj­ciec zo­ba­czyłby te wy­niki, mo­gło to mieć dla niej tra­giczne kon­se­kwen­cje. To wtedy w gło­wie Ro zro­dził się po­mysł, żeby oszu­ki­wać. Na li­stę ku­pu­ją­cych tra­fiali ci, do któ­rych po pro­stu za­dzwo­niło, a oni od­rzu­cili ofertę. Firma szybko wy­kryła nie­pra­wi­dło­wo­ści i tylko kwe­stią czasu po­zo­sta­wało, aż po­in­for­mują Bengta, co robi jego dziecko. Ro bało się, że oj­ciec nie da rady za­pa­no­wać nad zło­ścią i po pro­stu je za­bije. Mu­siało uciec i tym ra­zem wi­działo tylko jedną opcję, żeby prze­żyć - do­trzeć do świata poza go­spo­dar­stwem.

Z dwiema re­kla­mów­kami, po jed­nej w każ­dej ręce, opu­ściło w środku nocy dom ro­dzinny. Nie po­peł­niło już jed­nak drugi raz tego sa­mego błędu. Za­miast je­chać au­to­bu­sem, po­sta­no­wiło pójść przez las. Na dwo­rze było zimno, a zie­mię po­kry­wał nie tylko szron, jak przy po­przed­niej pró­bie ucieczki, lecz także śnieg. Ro bie­gło co sił w no­gach. Za­mie­rzało do­stać się do Häs­sle­holm, a stam­tąd po­je­chać au­to­bu­sem do Hel­sing­borga.

Taki był w każ­dym ra­zie plan, kiedy pod osłoną ciem­no­ści ru­szało przy­droż­nym ro­wem w po­dróż do wol­no­ści. Za każ­dym ra­zem, gdy nad­jeż­dżał sa­mo­chód, rzu­cało się na brzuch, a twarz lą­do­wała w śniegu. Kiedy sa­mo­chód od­je­chał, po­woli się pod­no­siło, roz­glą­dało i bie­gło da­lej. Wy­tę­żało wzrok, żeby uchwy­cić słabe, spo­ra­dyczne świa­tło rzu­cane przez usta­wione z rzadka la­tar­nie, cza­sem jed­nak nie spo­sób było zo­ba­czyć przed sobą na­wet wła­sną dłoń. Na­gle za­pie­kło je w ustach. Po­le­ciało do tyłu. Wy­lą­do­wało na ple­cach. Z ust po­pły­nęła jej krew. Prze­je­chało ję­zy­kiem po miej­scu, gdzie naj­bar­dziej bo­lało, po zę­bach, i zo­rien­to­wało się, że stra­ciło ich po­nad po­łowę. Bo­lało, ból ćmił i pul­so­wał, ale pod­da­nie się te­raz nie wcho­dziło w ra­chubę. Ro mo­gło tylko da­lej biec.

Na­stał po­ra­nek i słońce za­częło wspi­nać się nad ho­ry­zont. Ro­snące wo­kół świerki za­częły od­zy­ski­wać swój ciem­no­zie­lony ko­lor, a na drogę wy­je­chało wię­cej sa­mo­cho­dów. Po­ru­sza­nie się w po­bliżu drogi prze­stało być tak bez­pieczne. Ry­zyko, że zo­sta­nie się za­uwa­żo­nym, było zbyt duże, więc Ro we­szło głę­biej w las i po­ło­żyło się pod drze­wem, żeby prze­spać się i ze­brać w so­bie siły. Wy­piło tro­chę wody, tę odro­binę, którą za­brało ze sobą w pla­sti­ko­wej bu­telce. Za­wczasu zro­biło so­bie też ka­napkę z ma­słem i za­pa­ko­wało na drogę.

Dzień zmie­nił się w noc i w le­sie znów za­pa­dła ciem­ność. Ro wró­ciło na drogę i kon­ty­nu­owało wę­drówkę do Häs­sle­holm. Na­stęp­nego dnia wcze­snym ran­kiem do­tarło wresz­cie do celu, ale au­to­busy nie za­częły jesz­cze jeź­dzić, więc krę­ciło się po dworcu, ma­jąc się cały czas na bacz­no­ści. Bengt z pew­no­ścią jeź­dził już po oko­licy i szu­kał tego krnąbr­nego ba­chora, który za­słu­żył so­bie na karę.

Kiedy au­to­bus wresz­cie przy­je­chał, Ro było głodne, zmar­z­nięte i wy­czer­pane. We­szło i po­dało kie­rowcy osiem ko­ron. Tyle zna­la­zło w domu i było prze­ko­nane, że za tę sumę uda się ku­pić bi­let w jedną stronę. Jak już wspo­mi­na­łam, mi­nęło wiele lat, od­kąd Ro je­chało au­to­bu­sem. Cho­ciaż było to zde­cy­do­wa­nie za mało, kie­rowca mach­nął ręką, żeby wsia­dało. Może wi­dział, jak to na­sto­let­nie dziecko źle się czuje i jest zde­spe­ro­wane.

Au­to­bus jed­nak nie za­brał Ro do Hel­sing­borga, tylko kilka ki­lo­me­trów od Häs­sle­holmu, do ma­łej miej­sco­wo­ści o na­zwie Ty­ringe. Ro tam z niego wy­sko­czyło i po­szło do lasu, żeby się zdrzem­nąć. Spało pod go­łym nie­bem jesz­cze kilka nocy, po czym zna­la­zło po­rzu­cony dom, w któ­rym mo­gło prze­no­co­wać. Kiedy głód zbyt mocno za­czął da­wać się we znaki, Ro za­częło cho­dzić po lu­dziach. Wiele drzwi po­zo­stało za­mknię­tych. Ci, któ­rzy je otwie­rali, na­po­ty­kali dziew­czynę pro­szącą o je­dze­nie i łóżko, żeby mo­gła się prze­spać choćby przez jedną albo dwie noce. Ro przed­sta­wiało się jako osoba ar­ty­styczna, która wy­brała się do lasu, żeby ma­lo­wać. Tylko ta­kie nie­winne kłam­stwo udało się jej wy­my­ślić. Z per­spek­tywy czasu Ro nie są­dzi, żeby kto­kol­wiek w to uwie­rzył. Ale nie są­dzi też, żeby kto­kol­wiek z tych lu­dzi był w sta­nie do­my­ślić się prawdy: że Ro ucie­kło z trwa­ją­cej szes­na­ście lat izo­la­cji w go­spo­dar­stwie po­ło­żo­nym wcale nie tak da­leko.

Ro raz za ra­zem sły­szało "nie" od scep­tycz­nie na­sta­wio­nych eme­ry­tów i ro­dzin za­sko­czo­nych w ich skań­skiej idylli. Da­lej jed­nak pu­kało do drzwi i w końcu jedna z ro­dzin zgo­dziła się je przy­gar­nąć i za­pro­siła do sie­bie. Ro naja­dło się do syta, prze­spało w świe­żej po­ścieli na cie­płym łóżku i na­wet do­stało tro­chę pie­nię­dzy, żeby mo­gło udać się au­to­bu­sem w dal­szą drogę do Hel­sing­borgu. Za­nim jed­nak zdą­żyło wy­ru­szyć, ktoś z wio­ski za­dzwo­nił na po­li­cję, która ni stąd, ni z owąd za­pu­kała do tej ro­dziny, żeby po­roz­ma­wiać z Ro. Po­pro­sili je o nu­mer oso­bowy, ale mu­sieli coś źle po­li­czyć, bo wy­szło im, że ma już osiem­na­ście lat i jest peł­no­let­nie, cho­ciaż miało do­piero szes­na­ście. Łut szczę­ścia, ina­czej po­li­cjanci zde­cy­do­wa­liby się może od­wieść je z po­wro­tem do domu, do tego go­spo­dar­stwa z pie­kła ro­dem. Tak jed­nak zo­sta­wili je w spo­koju i od­je­chali, a Ro wsia­dło do au­to­busu.

De­cy­zja o tym, żeby udać się wła­śnie do Hel­sing­borga, nie była w pełni prze­my­ślana. Ro wie­działo tylko, że to dość duże mia­sto, w dzie­ciń­stwie bo­wiem raz przez nie prze­jeż­dżało. Te­raz za­mie­rzało zna­leźć tam pracę, a po­tem miesz­ka­nie, tak przy­naj­mniej za­kła­dało. Ja­koś to bę­dzie, my­ślało, w końcu star­szej sio­strze się udało. Ro nie wie­działo nic o tym, jak jej się układa - nie utrzy­my­wały żad­nego kon­taktu. Ro nie miało jej nu­meru te­le­fonu ani ad­resu. Być może sio­stra oba­wiała się, że Ro wy­gada się przed oj­cem, w końcu na­uczył ich na sie­bie do­no­sić. Gdyby tylko wie­działa, że Ro także udało się uciec z go­spo­dar­stwa i wy­jąt­kowo, po raz pierw­szy w ży­ciu jest na­prawdę wolne, mo­głyby wtedy ra­zem świę­to­wać. Za­miast tego cał­ko­wi­cie się od sie­bie od­da­liły, nie było więc co li­czyć na po­cie­sze­nie czy wza­jemną po­moc, żeby ja­koś prze­żyć poza go­spo­dar­stwem.

Ro przy­było do tak zwa­nego Knut­punk­ten, punktu prze­siad­ko­wego przy dworcu w Hel­sing­borgu.

Nie­pewne, co da­lej się wy­da­rzy, za­częło prze­cha­dzać się po po­sadce. Spało w to­a­le­tach, sie­działo w ka­wiarni, za­bi­jało czas w bi­blio­tece. Przez pół roku było bez­domne i miesz­kało na uli­cach Hel­sing­borgu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki