ROZDZIAŁ 4
Biblista z gospodarstwa z piekła rodem
Nocą przychodzi diabeł i zabiera niegrzeczne dzieci. Ciągnie je za włosy wielkimi, kudłatymi łapskami wprost pod bramy piekieł. Nie ma znaczenia, ile się modlą i proszą o wybaczenie, w jego czerwonych oczach nie ma ani odrobiny współczucia.
Ro wpojono, że tak się właśnie stanie, jeśli nie będzie słuchać ojca, który utrzymuje zażyłe relacje z Bogiem w niebie i diabłem w piekle. Dlatego właśnie Ro spędziło pierwsze siedemnaście lat w ciągłym strachu, żyjąc w odludnie położonym gospodarstwie w północnej Skanii, niedaleko granicy z Blekinge. Ro mieszkało razem z siedmiorgiem rodzeństwa, mamą Stiną i ojcem Bengtem. Rodzina nie utrzymywała kontaktów ze światem zewnętrznym. A więc dwadzieścia lat przez dziećmi z Ystad Ro także żyło w izolacji narzuconej przez ojca, który później, skazany na więzienie za przemoc wobec rodziny, otrzymał w gazetach przydomek "Biblista".
Bengt był w pełni oddany wierze w Boga i nie pozwalał, żeby dzieci same decydowały o tym, jak ustosunkują się do jego wiary. Została im ona narzucona i przez całą dobę, w każdej minucie i sekundzie musiały pozostawać jej wierne. W planie dnia zawsze znajdowało się coś o charakterze religijnym - nabożeństwo, modlitwy, czytanie Biblii lub śpiewanie psalmów. Przy tych okazjach Bengt często wykorzystywał nadarzającą się sposobność i sprawdzał, czy dzieci znają odpowiednie wersety z Biblii, a jeśli zdarzyło im się popełnić błąd, czekała je kara: jeden lub dwa klapsy. Groźba uderzenia ręką lub pasem nieustannie wisiała w powietrzu. Bengt nie szczędził razów, jeśli tylko uznał je za konieczne. Czasem dzieci same prowadziły szkółkę biblijną, Bengt nie był przy tym obecny, ale nawet wtedy trzeba było mieć się na baczności i prawidłowo odpowiadać, żeby nikt z rodzeństwa nie doniósł ojcu. Jego władza była absolutna, manipulował nimi tak, że były lojalne wobec niego, nie wobec siebie nawzajem. U małego dziecka odpowiadał za to po prostu instynkt przeżycia.
Rodzina miała "perspektywę biblijną" na całą swoją egzystencję, nie należała jednak do żadnego zgromadzenia. Praktykowali chrześcijaństwo, ale nigdy nie robili tego w towarzystwie innych. Bengt chciał, żeby trzymali się jego interpretacji Biblii. Nie chodzili więc do kościoła, nawet podczas ważnych świąt. Niby po co? Bengt uważał, że jego sposób dbania o rodzinę i czczenia Boga jest o wiele lepszy od wszystkich innych. Sądził, że dzieci są silniejsze i lepsze dzięki jego metodom wychowawczym, niż byłyby, gdyby uczyły się w szkole lub należały do Kościoła Szwecji. Dlatego Ro nie chodziło ani do przedszkola, ani do szkoły. Nie mogło też chodzić na plac zabaw ani oddawać się innym zajęciom, jak uprawianie sportu z rówieśnikami. Tata nie pozwalał im na kontakty z otaczającym społeczeństwem, jego zdaniem nie było to potrzebne, rodzina miała bowiem w gospodarstwie wszystko, czego było jej trzeba. Jednak mama Stina regularnie udawała się z nimi do przychodni i dentysty, a pielęgniarka szkolna bywała u nich w domu, żeby zrobić bilans i zaszczepić dzieci.
Poza tym żyli jednak w całkowitej izolacji. Edukacja dzieci sprowadzała się do tego, że przez kilka godzin dziennie nawzajem przekazywały sobie wiedzę. Starsze nauczyły się czytać i pisać od mamy, a później uczyły młodsze rodzeństwo. Bengt zorganizował im salę lekcyjną, ale rzadko mieszał się do nauki, tak więc dzieci dostały po prostu stertę podręczników i tylko w ich własnej gestii pozostawało, żeby należycie je wykorzystać.
Bengt i Stina otrzymali zgodę na edukację domową dla dzieci aż do siódmej klasy, później zażądano, żeby dzieci chodziły fizycznie do szkoły, ale Bengt zignorował ten nakaz i dalej trzymał je w domu bez formalnego pozwolenia. Wówczas odezwała się do niego pomoc społeczna i poprosiła o spotkanie, ale Bengt bez trudu unikał wszelkich prób kontaktu, na przykład kazał dzieciom się ukrywać, nie otwierać drzwi, gdy pracownicy pomocy społecznej zjawiali się u nich z wizytą, lub wnosił najróżniejsze skargi. Po pewnym czasie także kuratorium przestało się odzywać, zostawiając ich w spokoju, ale mniej więcej raz w roku cała rodzina jechała do szkoły w Kristianstad, żeby dzieci zaliczyły egzaminy z różnych przedmiotów.
Ro nigdy nie zapomni spojrzeń, jakie inne dzieci posyłały jej i jej rodzeństwu - jakby byli kosmitami z innej planety, co w gruncie rzeczy do pewnego stopnia było prawdą. Czasem Ro mogło mimo wszystko trochę pobawić się z innymi dziećmi, ale tylko przez chwilę, potem nadchodził bowiem czas pisania egzaminów, a zaraz po nich pora odjazdu. W drodze do domu zatrzymywali się w sklepie spożywczym. Niezwykle rzadko zdarzało się, że dzieci mogły wejść do środka, patrzyły wtedy na te wszystkie towary wielkimi oczami i dotykały kolorowych opakowań. Rodzina nie kupowała zbyt wiele, głównie przyprawy, mąkę, cukier i inne produkty podstawowe, ponieważ gospodarstwo było samowystarczalne, jeśli chodzi o mięso i warzywa.
Kiedy dzieci nie zajmowały się religią ani podręcznikami, musiały harować od świtu do nocy. Dzień pracy zaczynał się przeważnie o szóstej rano dla starszych dzieci, które poświęcały większą część dnia na wypełnianie obowiązków w rodzinnym gospodarstwie i nierzadko pracowały do dziesiątej wieczorem. Wolno im było robić przerwy jedynie na studiowanie Biblii i modlitwy oraz na naukę we własnej szkole, chociaż to akurat znajdowało się na szarym końcu.
Ro wraz z rodzeństwem pomagało we wszystkich możliwych zajęciach - uprawiało warzywa, rąbało drewno, zajmowało się zwierzętami, pieliło chwasty. W gospodarstwie zawsze znalazło się coś do zrobienia, a praca była męcząca i ciężka, ale Ro lubiło przebywać ze zwierzętami. Stanowiły swego rodzaju ratunek, zastępując miłość, której nie zaznawało od innych ludzi. Ro nie wie, czy w ogóle dałoby radę przeżyć, gdyby nie zwierzęta i las. Podobnie jak bohaterka filmu Granny's Dancing on the Table Ro znajdowało siłę, żeby dalej walczyć, u zwierząt, nawet w chwilach, kiedy wszystko zdawało się pozbawione jakiegokolwiek sensu.
* * *
Kilka razy zdarzało się, że Ro z rodzicami i rodzeństwem jechało z wizytą do pewnej rodziny w Smalandii. Bengt poznał ich przez studia biblijne. Dla Ro była to podróż na koniec świata, a siedząc z tyłu podczas jazdy, aż trzęsło się z oczekiwania - tak bardzo pragnęło kontaktów z innymi ludźmi. Jedynymi osobami, z którymi obcowało dzień w dzień przez te wszystkie lata, byli członkowie rodziny. Nie widywało nawet dalszych krewnych. Dziadkowie ze strony matki mieszkali na północy Szwecji, to tam urodziła się i wychowała jej mama. I to tam Stina spotkała misjonarza Bengta. Podróżował on po świecie (był między innymi w Indiach), po czym zatrzymał się na jakiś czas w Norrlandzie, żeby zastąpić tamtejszego kaznodzieję. Zabrał ze sobą mamę Ro w swoje rodzinne strony do Skanii, a tam powoli, ale skutecznie złamał jej wolę, strasząc je, umniejszając jej i ograniczając życie i kontakty społeczne. Z czasem Stina zerwała kontakt z rodzicami i rodzeństwem. Mimo to od czasu do czasu jechała na północ, żeby przez jakiś tydzień pobyć u rodziców. Bengt nie pozwalał jej jednak zabierać ze sobą dzieci, a ona nie miała siły się sprzeciwić.
Lata, przez które mąż znęcał się nad nią psychicznie i fizycznie, sprawiły, że Stina stała się niemal niezdolna do jakiegokolwiek działania, czasem jednak zbierała w sobie siły dla dobra dzieci, nawet jeśli robiła to bardzo dyskretnie, żeby nie ściągać na siebie gniewu Bengta. Na przykład zaczynała mówić bardzo głośno, jeśli któreś dziecko się zapomniało i zbyt ściszyło głos. Nie wolno im bowiem było rozmawiać po cichu, a co gorsza - szeptać. Za coś takiego groziło lanie. Bengt wymagał, żeby wszyscy mówili głośno i wyraźnie, tak żeby sam ich słyszał - obawiał się, że mogą coś knuć za jego plecami.
Pewnego razu do gospodarstwa przyjechało rodzeństwo Stiny i zadzwoniło do drzwi. Chcieli wiedzieć, jak właściwie czuje się ich siostra, ale Stina odrzuciła podjętą przez nich próbę kontaktu. Nie tylko była całkowicie zastraszona, lecz także przeszła pranie mózgu.
Bengt także nie utrzymywał kontaktu ze swoją rodziną. Był najstarszy z siedmiorga rodzeństwa, których Ro nigdy bliżej nie poznało. Jego ojciec zmarł przed urodzeniem Ro, a swoją babkę spotykało nadzwyczaj rzadko. Raz jednak, kiedy Ro było u niej z wizytą, a Bengta nie było akurat w pokoju, babcia zapytała Ro i kilkoro z rodzeństwa, czy ich tata nic im nie robi:
- Jest dla was dobry?".
To zmroziło Ro i niczym robot odpowiedziało:
- Tak, tata jest bardzo dobry - na co jej rodzeństwo pokiwało twierdząco głową, bo nigdy nie odważyłoby się wyznać prawdy - Bóg widział i słyszał wszystko i od razu donosił Bengtowi. Jeśli coś jakimś cudem nawet uszłoby boskiej uwadze, siedzące w pokoju rodzeństwo z całą pewnością doniosłoby o tym ojcu.
Jednak samo to, że babcia zadała to pytanie, sprawiło, że Ro zdało sobie sprawę z tego, że babcia wie, jaki jest jej syn - że nie jest ani normalny, ani dobry. Również ona żyła z przemocowcem. Dziadek Ro był taki sam, Bengt otrzymał przemoc w genach. Ro zdało sobie sprawę, że nie dorastał wcale w idylli. Wręcz przeciwnie.
* * *
Idziemy przez Kungsträdg?rden, park w centrum Sztokholmu. Drzewa wyciągają nagie gałęzie ku szaremu niebu, a wilgotny chłód szczypie w policzki. Pośrodku parku jest działające zimą lodowisko, po którym właśnie jeżdżą dzieci i rodzice do kultowego utworu Marii Carey All I Want For Christmas, który leci z głośników. Przechodzimy dalej i zatrzymujemy się na czerwonym świetle na przejściu dla pieszych, a ja zastanawiam się, czy Ro kiedykolwiek nauczyło się jeździć na łyżwach. Czy umie pływać?
Słuchając, jak opowiada o życiu w odizolowanym gospodarstwie, mam wrażenie, jakby przybyło tutaj wehikułem czasu i mieszkało w tym gospodarstwie w XIX wieku, a nie w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku. Trudno pojąć, że ktoś zaledwie kilka lat starszy ode mnie, kto mówi tym samym językiem i wychowywał się w tym samym kraju, mógł mimo wszystko dorastać w tak diametralnie odmiennych warunkach. Kiedy Ro bronowało pole, ja siedziałam na przerwie obiadowej, wymieniałam się pokemonami lub karmiłam tamagotchi, może pytałam Andreasa, czy chce ze mną chodzić, albo wpatrywałam się w plakat Petera "Floppy" Forsberga, który powiesiłam po wewnętrznej stronie otwieranego pulpitu ławki. Na widok jego lodowato niebieskich oczu rozpływałam się za każdym razem, gdy chciałam wyjąć jakiś podręcznik. Ro nigdy nie dostało szansy, żeby mieć kolegów ze podstawówki czy gimnazjum, nie przeżyło też w liceum siły nastoletniego zakochania.
Oprócz tego, że Bengt znęcał się nad żoną i dziećmi, miał też ekstremalną potrzebę kontroli, jeśli chodzi o każdy aspekt ich życia. Na przykład w kwestii tego, jak wyglądało ciało Ro, kiedy weszło w okres dojrzewania. Sprawiał wrażenie, jakby nie dostrzegał żadnej, nawet najmniejszej niestosowności w tym, że jako ojciec ma opinię na ten temat. Ni stąd, ni zowąd mógł oświadczyć, że Ro nabrało za dużo kształtów i musi zrzucić parę kilo. Jeśli w oczach ojca figura nie była taka, jak powinna, Ro mogło dostać za to lanie. Żelazną rurką, przewodem elektrycznym lub czymkolwiek innym, co tylko wpadło mu w ręce.
Do dzisiaj upokarzające komentarze ojca na temat wyglądu Ro są niczym głębokie rany, co naprawdę świetnie mogę zrozumieć. Sama chorowałam na anoreksję i wiem, jak niebywale wrażliwe są młode osoby w wieku nastoletnim. Mogę sobie wyobrazić, jak potwornie jest słuchać takich komentarzy we własnym domu, z ust dorosłego, który powinien kochać nas bezwarunkowo i uważać, że jesteśmy idealni tacy, jacy jesteśmy. A tym bardziej musiało być to trudne dla dziecka, które doświadczyło dysforii płciowej i jego tożsamość nie pokrywała się z płcią biologiczną, o czym nie miało nawet odwagi powiedzieć rodzicom. Skąd wziąć pewność siebie i poczucie, że jest się wystarczająco dobrym, skoro rodzice tego nie zapewniają?
* * *
Kiedy Ro zdało sobie sprawę, że nie dorasta w normalnych warunkach? Zadaję to pytanie, gdy przechodzimy przez Hamngatan, zostawiwszy już Kungsträdg?rden za plecami i widząc przed sobą dom towarowy NK z jasną, murowaną fasadą i licznymi oknami. A także nie mniej słynną szopkę bożonarodzeniową w jednej z witryn, do której pielgrzymują sztokholmskie rodziny. Sama mam stamtąd cudowne wspomnienia z dzieciństwa, bo mama zabierała mnie często do miasta w weekendy i szłyśmy na ciasto. Zawsze zamawiałam to samo: tort księżniczki i sprite'a. Byłam wtedy w podstawówce i gimnazjum. Kiedy trochę podrosłam, zaczęłam dorabiać w sklepie z bielizną, który znajdował się na parterze.
Podczas spaceru z Ro uderza mnie, że zawsze brałam to dorastanie za coś oczywistego. Czy Ro poszło kiedyś z mamą na ciasto? Nie, nigdy. Jedyne przyjemne chwile ze Stiną, jakie może sobie przypomnieć, to te, kiedy Bengt wyjeżdżał. Kilka razy w miesiącu brał nocne zmiany jako stróż na oddziale psychiatrycznym szpitala w Kristianstad. Mama Ro pracowała jako opiekunka domowa i opiekunka starszych, ale co najwyżej na pół etatu. Tata z kolei był niemal zawsze w domu, poza wieczorami, kiedy udawał się samochodem do Lund. Wtedy Stina wzywała do siebie wszystkie dzieci, siadali wokół stołu i razem szyli. Szyli dla zabawy, coś takiego powinno być według Bengta surowo zabronione. Pozwalał im robić to jedynie wtedy, gdy trzeba było coś uszyć albo naprawić, na przykład zacerować dziurawe skarpetki.
Wróćmy jednak do pytania, które zadałam Ro przed NK - tego, kiedy zdało sobie sprawę, że dorastanie w gospodarstwie nie przebiega tak, jak powinno. Dostaję odpowiedź, że nie stało się to tak hop-siup, chodziło tu raczej o poczucie, które powoli narastało w duszy Ro coraz wyraźniej: tak jak wtedy, kiedy jechało z rodzeństwem do szkoły i widziało, jak inne dzieci posyłają im zdziwione spojrzenia. Ro pamięta jednak także pewne konkretne zdarzenie. Raz, przeglądając podręcznik, znalazło ulotkę organizacji zajmującej się prawami dziecka Bris. Usłyszało wtedy o niej po raz pierwszy. W ulotce napisano, że dorosłym nie wolno bić dzieci, że jest to wręcz karalne. Ro wcześniej tego nie wiedziało. Miało jedenaście lat, a ulotka Bris coś obudziła - naszły je wątpliwości, czy nic więcej z tego, co robi i mówi tata, nie jest złe.
Pewnego wieczoru zakradło się do kuchni, rozejrzało się, a kiedy zobaczyło, że droga jest wolna, sięgnęło po wiszący na ścianie telefon. Usłyszało monotonny sygnał, po czym wybrało numer Bris. Rozległ się dźwięk połączenia i słychać było jeden sygnał za drugim. Serce Ro waliło w piersi. Ale kiedy akurat odezwał się jakiś głos, Ro usłyszało zbliżające się kroki. Rzuciło słuchawkę i nigdy więcej nie próbowało już dzwonić do Bris ani do nikogo innego z prośbą o pomoc. Było to zbyt ryzykowne. Zamiast tego dalej pozostawało lojalne wobec ojca. Zdało sobie jednak sprawę, że Bengt czasem kłamie i nie jest wcale taki doskonały, za jakiego chce uchodzić. Może więc Bóg wcale nie stoi po jego stronie?