Rozdział 1
Ze snu wyrwała go wibracja telefonu. Spojrzał na wyświetlacz i nacisnął zieloną słuchawkę.
- Panu dyżurnemu się trochę nie pojebało? - szepnął, by nikogo nie obudzić.
- Marek, mamy alarm, dawaj do jednostki.
- Kurwa. - Usiadł na krawędzi łóżka i przetarł oczy. - Jeśli to znowu jakieś ćwiczenia... - Nie zdążył dokończyć, bo dyżurny rozłączył się bez słowa. - Kurwa! - powtórzył, tym razem nieco głośniej.
- Wszystko w porządku? - zapytała Amelia, odwracając się w jego stronę.
- Tak, muszę jechać do roboty.
- Uważaj na siebie.
Położyła mu dłoń na plecach, jakby chciała przekazać mu trochę swojej energii. Zamknęła oczy i wróciła do krainy snów. Lubiła do niej wracać.
Przetarł ciężkie niczym ołów powieki. Nie pomagało też klepanie się po twarzy, zagryzanie policzka czy nawet opuszczona szyba. Takie manewry nie zastąpią potrzebnej mu do życia kofeiny, ale nie chciał budzić domowników. Stwierdził, że kawę wypije na komendzie.
Po jakichś dwudziestu minutach wjechał na policyjny parking. Od razu zauważył, że i parking, i budynek komendy tętnią życiem - rzecz niespotykana o drugiej w nocy. Pomyślał, że albo komenda zorganizowała ćwiczenia z przytupem, albo...
Gdy mijał kolejnych prewencjuszy1, nie patrzył im w oczy. Standardowa procedura - młodzi posterunkowi lub sierżanci z góry zakładali, że kryminalny będzie szybciej wiedział, co mogło się wydarzyć. Marek nie miał ochoty tłumaczyć, że jest inaczej. Teraz liczył się tylko łyk gorącej kawy. No, dwa łyki, jeśli wziąć pod uwagę, że poprzedniego dnia pracował piętnaście godzin.
Udało mu się przejść do windy i błyskawicznie uciec na drugie piętro. Wszedł do wydziału, zastanawiając się, czy siekiera z trzech czubatych łyżeczek poradzi sobie z jego brakiem entuzjazmu.
- Kurwa, wreszcie - powiedział Paweł Kruśko, wkładając do kabury waltera. Wyglądał inaczej niż zwykle, znacznie gorzej. - Zbrój się2 i zapierdalamy na glinianki.
- Gdzie reszta?
- Już w terenie. Mam jeździć z tobą. Dawaj.
Czyli jednak nie ćwiczenia - skwitował w myślach Marek.
Poszedł do swojego pokoju po broń i ŚPB3. Kątem oka spojrzał na czajnik elektryczny i ciężko westchnął.
- Gotowy. Masz auto?
Paweł wymownie machnął kontrolką4 od pojazdu i skierował się do wyjścia.
- Ty, a jakaś odprawa czy coś?
- Nie ma czasu, połowa komendy już w terenie. Coś tam wiem, a resztę dyspozycji wyda nam Bandura.
- Czemu Bandura?
- Kurwa, Bary! Nie pierdol tyle, tylko zapierdalaj do auta!
Kruśko nie patrzył na partnera. Ruszał się chaotycznie, dynamicznie i nie do końca z sensem. Cokolwiek się wydarzyło, solidnie nim wstrząsnęło. Auto prowadził też zbyt szybko i niebezpiecznie. Wprawdzie miał włączone bulaje, ale Marek nie chciał ginąć za sprawę, o której nawet nie miał pojęcia.
- Wita... nie żyje... - Ostatnie słowo Kruśko wymówił z trudem.
- Kurwa! Jak?!
- Nie znam szczegółów, ale ktoś zadzwonił na straż, że przy gliniankach pali się samochód. Po zgaszeniu okazało się, że to auto Wity.
Niegdyś glinianki były miejscem schadzek młodzieży: imprezy, alkohol, dragi i seks, ale od momentu, gdy miasto wykopało własny staw i zamontowało wokół niego ławeczki, altany i prąd, wszyscy przenieśli się właśnie tam. Nie dlatego, że nowa miejscówka była lepsza. Po prostu znajdowała się znacznie bliżej. Tym samym znikał problem siedmiu kilometrów do przebycia. Miasto miało w tym swój cel. Po pierwsze, na gliniankach nie było żadnego nadzoru. Dzikie imprezy często zmieniały się w krwawe sparingi i wielu imprezowiczów kończyło z połamanymi żebrami czy wybitymi zębami. Po drugie, rocznie kilku z nich topiło się w resztkach wody i znacznej ilości błota. Za każdym razem takie utopienie kończyło się śledztwem z uwagi na podejrzenie ingerencji osób trzecich. W końcu jak można utopić się w wodzie po kolana? Ostatecznie śledztwa umarzano, a winę zwalano na zbyt duże ilości narkotyków w organizmie denata.
- A sam Wita? - zapytał Marek zszokowany.
- Siedział w aucie. - Paweł zacisnął palce na kierownicy.
- Jaja sobie robisz?!
Miał wrażenie, że to wszystko to jego kolejny dziwaczny sen. Wprawdzie poszedł z problemem bezsenności do policyjnego psychiatry, który nawet przepisał mu jakieś leki na uspokojenie, ale nie zrealizował recepty. Od dwóch miesięcy musiał mocno oszczędzać. Miał ważniejsze rzeczy na głowie, na spokojny sen mógł jeszcze poczekać.
Do glinianek dojechali w niecałe dziesięć minut, już w milczeniu. Marek rozumiał zachowanie kolegi. W końcu Wita był kumplem Pawła, jeśli nie przyjacielem. Spotykali się na imprezach, dojeżdżali razem do pracy, a nawet urlopy spędzali wspólnie ze swoimi rodzinami. Kryminalni często nazywali ich relację "gej party". Teraz było mu głupio z tego powodu, chociaż zarówno Paweł, jak i Filip nie mieli problemu z takimi żartami. "Jestem hetero, w żyłach czysty testosteron!" - wykrzykiwał często Paweł, machając przy tym rękoma, jakby odganiał stado komarów. Tłumaczył się, że to tekst piosenki jakiegoś polskiego rapera. Wspominał jego pseudonim, ale Marek go nie zapamiętał. W głowie utkwiło mu tylko, że to musiała być jakaś część ludzkiego ciała. Stopa, Pięta, a może Kciuk. Nie słuchał takiej muzyki i nie zamierzał. "Twoja nie narzeka" - dodawał z nonszalancją Wita. Gruby kaliber docinki, ale on i tylko on mógł sobie na to pozwolić. W taki sposób zawsze kończył homoseksualne żarty, bo nikt nie chciał przesadzić, ale podczas jego nieobecności ta granica była brutalnie masakrowana. Wita nigdy się o tym nie dowiedział. Chyba.
Szybko znaleźli miejsce zdarzenia. Trudno było nie zauważyć kilku zastępów straży pożarnej, licznych radiowozów oraz skorupy jeszcze niedawno niezłego sportowego auta. Marek za żadne skarby nie poznałby, że to samochód przełożonego. Patrolowcy na miejscu pewnie znaleźli numer VIN, a sprawdzenie go w bazie dało im informacje o właścicielu. No tak, ale gdzie Wita...
- Kurwa mać!
Odwrócił się w stronę Pawła. Musiał zrobić wszystko, aby jego aktualny partner nie spojrzał na spalone zwłoki przyjaciela. Może i nie była to dla nich nowość, ale śmierć bliskiej osoby miała zdecydowanie większy kaliber.
- Paweł, jedziemy w teren. Nic tu po nas. Naszych jest od najebania.
Złapał go za ramię i pociągnął za sobą. Paweł ani drgnął.
- Chcę zobaczyć - powiedział jakby do siebie.
- Nie chcesz, kolego.
Kruśko spojrzał na Marka, jakby widział go po raz pierwszy. W ogóle cała ta sytuacja ociekała grozą, mrokiem i nutą abstrakcji. Widział, jak kolega porusza ustami, ale nie docierały do niego żadne słowa. Wbił wzrok w techników. Dzieliło ich jakieś czterdzieści metrów, ale i tak zauważył, że jeden zrobił się kompletnie blady. To ten nowy, na przyuczeniu. Wyglądał, jakby za chwilę chciał się pochwalić przed wszystkimi, co zjadł na kolację.
Paweł postanowił ruszyć w ich stronę. Znowu poczuł na ramieniu czyjąś dłoń, ale nie zwolnił kroku. Przeszedł pod policyjną taśmą i stanął kilka metrów od miejsca oględzin. Nie zamierzał utrudniać pracy kolegom, chciał jedynie potwierdzenia.
Przez zapach spalonego plastiku i gumy brutalnie przebijał się odór śmierci. Znał go doskonale. Wielokrotnie wgryzał się w jego ubranie i znikał dopiero w pralce przy dziewięćdziesięciu stopniach prania. Tym razem to nie była woń trzytygodniowego, wysuszonego jak śliwka trupa, lecz ostrawy, lekko kwaśny smród spalonego mięsa. Spojrzał w kierunku pojazdu i poczuł skurcz żołądka. Dwa jajka i łyżka majonezu, które zjadł na kolację, zgodnie przygotowały się do opuszczenia układu pokarmowego w sposób iście widowiskowy. Przełknął ślinę i jęknął cicho. To jedyny dźwięk, jaki był w stanie z siebie wydobyć. Czy to coś, ten skrawek zwęglonego mięsa, to pozostałości po jego najlepszym przyjacielu?
Usłyszał krzyk. Cichy i oddalony. Odwrócił głowę. Świat wokół niego nadal poruszał się swoim tempem. Spojrzał na kolegów, ale żaden nie zareagował. Krzyk narastał, zamieniał się w rozpaczliwy wrzask, wdzierał się w jego uszy i wypełniał głowę. Znów się rozejrzał. Nic. Teraz ten sam krzyk sprawiał mu fizyczny ból. Złapał się za głowę. Jakim cudem tego nie słyszą?!
Zamarł, gdy zrozumiał, że to jedynie wytwór jego umysłu. Przecież spalony trup nie ma prawa wydać z siebie żadnego dźwięku.
- Ej! - zawołał po raz trzeci Bandura.
Paweł potrząsnął głową. Spojrzał na komisarza i zauważył stojącego przy nim Marka.
- Potrzebuję was w terenie. Technicy i prewencjusze tu ogarną.
- Co?
Cisza była ciężka i nieprzyjemna, nie oszczędzała ich barków. Jedno słowo mieściło w sobie tonę smutku i rozpaczy.
- Skąd w ogóle wiemy, że to Wita? Przecież tam leży pierdolony kawał spalonego mięsa! - Odruchowo wskazał głową w kierunku pojazdu. - To może być każdy. - Kruśko nie patrzył rozmówcom w oczy.
- Od kiedy Wita pożyczał komuś auto? - zapytał Bandura.
- Może, kurwa, właśnie od dzisiaj?! - warknął Paweł.
- Patrol pojechał do jego żony. Wita przed dwudziestą drugą wyszedł z domu, mówiąc, że coś się zesrało i musi jechać na komendę.
- To może pojechał na dziwki?!
- Nieważne. Nie odbiera telefonu i nie możemy go znaleźć. Do momentu nadejścia wyników przyjmujemy, że to ciało Wity. Chwilowo ja przejmuję dowodzenie.
Bandura nerwowo przestępował z nogi na nogę. Nigdy nie chciał być naczelnikiem, tym bardziej w takich okolicznościach.
- Tak, kurwa, ciało nie ostygło, a już sobie dzielicie stanowiska!
Kruśko zrobił dwa kroki w kierunku Bandury.
- Przeginasz, Kruśko! - warknął ten przez zaciśnięte zęby. - Wita nie żyje. Nie wiemy, czy to samobój, czy wyrok, a ty mi tu, kurwa, czas zabierasz! Wypierdalaj w teren albo sam cię wywiozę!
- Samobój? Wyrok? - powtórzył prawie bezgłośnie. - Co ty wygadujesz? To musiał być wypadek.
- Nie - wtrącił się jeden z techników. - To na pewno nie był wypadek. - Podszedł do mężczyzn. - Auto nie ma żadnych innych uszkodzeń oprócz tych spowodowanych pożarem. Do tego nasz piroman zadbał o źródło tlenu: wszystkie szyby były opuszczone.
- Awaria? - zapytał Paweł niepewnie.
- Sraria! - warknął Bandura.
- Mechanizmy szyb są w pozycji otwartej - powiedział technik. - Biegłymi nie jesteśmy, ale wydaje nam się, że ogniskiem pożaru jest - spojrzał na Pawła - Wita.
- Jednak samobój? - zapytał Marek trzeźwo.
- Nie wiem. Nie pasuje mi ułożenie zwłok. Spalenie żywcem to koszmar. Powinien próbować uciec, wyskoczyć przez okno czy chuj tam wie, co jeszcze.
- Czyli dalej gówno wiemy? - zapytał Bandura ze złością.
Nigdy nie chciał tego pieprzonego stanowiska, a teraz nie dość, że odgrywał szefa wydziału kryminalnego, to jeszcze został wrzucony na głęboką wodę. Tylko to nie były wody spokojnego bajorka - trafił do oceanu targanego przez sztormy. Wiedział, jak postępować przy włamaniach, zaginięciach, nawet strzelaninach, ale nie miał bladego pojęcia, co robić, gdy oficer policji zostaje brutalnie zamordowany.
- Jak doszło do zapłonu?
- Chyba czuję tu benzynę albo inne paliwo. No i te grudy w kroczu Wity. To chyba resztki jakiejś bańki czy innego plastikowego pojemnika.
- Czekaj! Czyli że co? Wylał na siebie cokolwiek, odłożył bańkę i spokojnie się podpalił? A później... grzecznie czekał?
- Kurwa, Jacek! Za szybko te pytania. Chciałem rzucić wam ogólnikami. Więcej szczegółów będzie po oględzinach i wizycie biegłego.
Nagle usłyszeli głośne charczenie rozchodzące się z miejsca oględzin. Drugi z techników stał zgięty wpół i trzymał się za brzuch. Pierwsza fala skurczów żołądka przyniosła ze sobą kawałki bliżej nieokreślonego pokarmu. Odgłos, jaki wydał z siebie młody policjant, rozniósł się po polu, po czym zderzył się ze ścianą drzew. Dalej popłynęła żółć. Trzecia i zarazem ostatnia fala nie przyniosła ze sobą nic oprócz charczenia, łez i stłumionych przekleństw.
- Patrzcie gnoja! Zarzyga mi ślady! Co jest z tobą, młody?! - krzyknął w jego kierunku technik, który rozmawiał z policjantami. - Aż taka panienka z ciebie?
Mężczyzna spojrzał w ich stronę. Nadal klęczał na prawym kolanie. Jedną ręką utrzymywał równowagę, a drugą wycierał mokrą od wymiocin i łez twarz.
- To wyrok - wydusił z trudem.
1 Prewencjusz - w policyjnym slangu określenie policjanta pracującego w wydziale prewencji, który służy na ulicy (OPI, OPP, SPP).
2 Zbroić się - zaopatrzenie w środki przymusu bezpośredniego i broń palną (w przypadku policjanta kryminalnego także w dodatkowy magazynek z amunicją, kajdanki i gaz obezwładniający), także pałkę teleskopową.
3 ŚPB - środki przymusu bezpośredniego, określone w ustawie z 24 maja 2013 roku.
4 Kontrolka - książka kontroli pracy pojazdu służbowego.