Dla Ciebie mam inne imię - Anna Patera

Kup ebooka

40.38 zł
33.52 zł (33,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tęsknota

Otworzyła oczy. Coś w niej zaczęło drgać- nie myśl, nie głos, a wibracja, która rozlewała się po całym ciele, ciężka i niepokojąca. Przez chwilę leżała bez ruchu. Ciepło pod kołdrą było jedyną przyjemnością w tym gęstym mroku. Listopadowe noce zdawały się nie kończyć, a moment przebudzenia przypadał zawsze wtedy, gdy ciemność była najgłębsza. Zimne powietrze wypełniało pokój. Chciała wstać, ale ciało przyciągała senność i niechęć do zetknięcia się z rzeczywistością. W końcu wysunęła się spod pościeli, owinęła szlafrokiem, naciągnęła kapcie i ostrożnie postawiła stopy na chłodnej podłodze. Za oknem drżały cienie. Wiatr poruszał nagimi gałęziami drzew, a światło pobliskiej latarni rysowało na ścianie nieregularne obrazy. W pokoju unosił się zapach drzewa sandałowego- jej ulubionego kadzidła, które koiło myśli i ułatwiało sen.

Usiadła przed lustrem. Mała lampka oświetliła twarz: zmęczoną, pomarszczoną, z nieujarzmionymi włosami i cieniami pod oczami. Spojrzała w siebie bez oceniania. Po prostu była. Taka, jaka była. Jeszcze chwilę patrzyła w lustro. Uśmiech przemknął jej przez twarz, a potem roześmiała się głośno i wstała. Stwierdziła, że lepiej już nie będzie i zostawia to jak jest. W sypialni zrobiło się zbyt ciasno od myśli. Z ulgą opuściła pokój i ruszyła do kuchni, marząc o filiżance gorącej kawy. Wciąż potrafiła śmiać się z siebie, żartować z własnego odbicia, ale gdzieś głęboko ten śmiech ranił. Lata samotności zostawiały ślad. Tworzyły w głowie osobne półki, każda z własną etykietą. Jej miała nazwę- może zbyt dosłowną, może bolesną- ale prawdziwą.

Na schodach spał pies, jak zawsze, od ośmiu lat w tym samym miejscu. Blokował jej drogę, zmuszając do przeskoczenia ostatniego stopnia. Nawet nie drgnął, pogrążony w swoim codziennym śnie. Był jak rzeźba wpisana w poranny rytuał. W salonie kotka wdrapała się powoli na kanapę, ale zamiast się położyć, zatrzymała się i zaczęła ją obserwować z ukrycia. Gdy kobieta ruszyła do kuchni, podążyła za nią. Cicho, lekko, niemal z premedytacją. Pasek od szlafroka ciągnął się po podłodze, a kotka wbiła w niego pazury i zaczęła się bawić. Ten prosty gest na moment rozrzedził ciężar poranka.

Stanęła przy czajniku. Para zaczęła unosić się w powietrzu. Kotka podeszła bliżej i zadrapała ją po kostce, jakby upominała się o uwagę. Odepchnęła ją delikatnie nogą. Została sama. Z ulubionym kubkiem czarnej kawy usiadła przy stole, by w ciszy wypić ją do końca i zacząć szykować się do pracy. W całym domu panował jeszcze sen. Tylko pies, który co jakiś czas pomrukiwał i kot biegający po salonie ze swoją zabawką, zakłócali poranną ciszę. Lubiła te chwile. Mogła wtedy spokojnie zaplanować dzień, przeanalizować ostatnie wydarzenia, a czasem nawet pozwolić sobie na krótką wizytę w świecie marzeń.

Od jakiegoś czasu zauważała, że coraz trudniej zapamiętuje, co zaplanowała. Dlatego kupiła notes. Codziennie rano skrzętnie zapisywała w nim listę spraw, tych na dziś i tych na później. Ten prosty rytuał pomagał jej utrzymać porządek w codzienności. Nie była pewna, czy problemy z pamięcią to kwestia wieku, zmęczenia, czy może umysł igrał z nią w jakąś własną grę.

Wstała od stołu. Kawa była dobra, choć wiedziała, że z odrobiną cukru smakowałaby lepiej. Ale tego sobie odmawiała- z powodu diety, której trzymała się głównie o poranku. Cała przyjemność znikała w imię rozsądku, który i tak później przegrywał z pudełkiem czekoladowych cukierków stojącym na biurku w pracy.

Wstawiła bułki do piekarnika, śniadanie dla dzieci i poszła do łazienki umyć włosy. Przyzwyczaiła się już do codziennego ich mycia. Szybko się przetłuszczały. Dziś jednak zauważyła coś nowego: drobne, białe płatki na ramionach. Znów łupież.

Kosmetyki miały pomagać, a przynosiły jedynie irytację. Drogi szampon, mycie dwa razy, dokładne spłukiwanie, suszenie głową w dół. Wszystko na nic. Efekt zawsze ten sam. Nie wypowiedziała ani słowa, ale złość rosła w niej bezgłośnie.

Potem przyszedł czas na twarz. Szybki krem, brwi- cienkie i niechętne do współpracy, poprawione kredką. Rzęsy podkreślone w dwóch ruchach. Była gotowa. Bez większego wysiłku, bez entuzjazmu. Zeszła na dół i spojrzała na zegarek.

Czas uciekał. Zostało tylko pół godziny.

Wyjęła bułki z piekarnika- ciepłe i pachnące. Przygotowała dzieciom śniadanie do szkoły, dorzuciła batony i ciastka, dokładnie tak, jak lubili. Potem szybkim krokiem ruszyła do sypialni. Pies, zbudzony jej pośpiechem, podniósł się i zszedł na dół, by położyć się w ulubionym kącie obok kota. Tam mógł spać dalej.

Ubieranie poszło sprawnie. Ostatnie spojrzenie w lustro, wszystko na miejscu. Czysto, schludnie. Uniform gotowy. Kilka psiknięć perfum. Była gotowa. Z półki koło drzwi zabrała klucze do auta i identyfikator. Dzień mógł się rozpocząć.

Samochód, jak zwykle, nie chciał odpalić od razu. Po chwili zaskoczył, choć silnik brzmiał jak stary traktor. Wiedziała, że w końcu będzie musiała oddać go do mechanika. Ale odpalił. To wystarczyło. To zawsze musiało wystarczyć. Taki był jej każdy poranek. Powtarzalny, przewidywalny. Sama z dziećmi od dziewięciu lat. Radziła sobie ze wszystki - czasem płacząc po cichu w aucie, czasem krzycząc w poduszkę, żeby nikt nie słyszał. Miała w sobie spokój i siłę. Ale coś się w niej wypalało. Poczucie własnej wartości było kruche. Marzenia- wyciszone. Nie liczyła już na zakochanie się, na bezpieczeństwo, na to, że ktoś ją przytuli i zostanie. Pogodziła się z tym, że już nie będzie z kimś. Często zastanawiała się, jak trudne potrafi być życie. I dlaczego właśnie takie przypadło jej w udziale. Dużo czytała- o duszach, kontraktach, reinkarnacjach. O tym, że każda istota wybiera swoją drogę przed narodzinami. I wtedy myślała: co za beznadziejna dusza zgodziła się na to wszystko? Żadna rozsądna, świadoma dusza nie wybrałaby przecież takiego scenariusza!

Wiedziała, że nie ma najgorzej. Ma dach nad głową, zdrowe dzieci, radzi sobie. Ale to nie wystarczało. Chciała więcej. Chciała żyć normalnie, bez balansowania na granicy wyczerpania. Bez tej pomocy, która czasem ją ratowała, a częściej przygniatała. Wsparcie przyjmowała niechętnie. Oferowane z serca, bezinteresownie, dla niej było nie do zniesienia. Nie rozumiała, dlaczego ludzie chcieli jej pomagać. Nie prosiła. Nie mówiła, że sobie nie radzi. A jednak pomagali. I to bolało jeszcze bardziej. Bo bez nich nie byłaby w stanie unieść własnego życia. Zawstydzało ją to. Upokarzało. Nie mówiła dzieciom, że ktoś jej pomaga, ale przeczuwała, że one to wiedzą. Nie przez słowa, przez spojrzenia. Przez milczenie. A ona chciała być dla nich silna. Niezależna. Kiedy czegoś nie potrafiła naprawić, odkręcić, złożyć, wzmocnić- czuła się pusta. Bezradność wysysała z niej dumę. Powoli, systematycznie. Nie potrzebowała litości. Nie znosiła jej. A jednak każda forma pomocy jawiła się właśnie tak- jak litowanie się nad samotną, niezaradną kobietą. Jej duma leżała u jej stóp, poraniona, krwawiąca. A ona z trudem unosiła wzrok znad jej cienia.

Jaka jest jej historia?

Z jednej strony zwyczajna. Z drugiej- absolutnie nie.

Dla jednych to coś, co sami przeżyli. Dla innych- coś, co nigdy się w ich życiu nie wydarzyło. Jedni uznają ją za nudną, drudzy- będą ocierać łzy. Dla tych mniej wrażliwych to kolejna opowieść o kobiecie, która nie radzi sobie z życiem i nie powinna była zakładać rodziny. Ale ci, którzy naprawdę potrafią poczuć drugiego człowieka, zobaczą w tym fragmencie, smutną, cichą historię jednej samotnej kobiety.

Historię?

To może za dużo powiedziane. To raczej urywek. Kawałek. Cząstka tego, co nazywamy życiem. U niej to zawsze było bardziej przetrwanie niż życie. Bycie zamiast istnienia. Walka zamiast odpoczynku. Smutek zamiast radości.

Dlaczego akurat taka opowieść? Taka smutna, pełna żalu i bólu?

Bo jest prawdziwa.

Bo to są emocje.

Bo to jest życie.

Fikcja, romans, lekka książka- tak, to się dobrze czyta. Ale czasem warto spojrzeć w drugą stronę. Na ten moment, gdy człowiek widzi tylko ciemność. Tam też jest coś ciekawego, poruszającego, coś, co wciąga i zostaje. Dlatego wróćmy do niej. Do tej kobiety. Do jej codzienności.

Urodziła się w zwyczajnej rodzinie. Chodziła do zwyczajnej szkoły. Miała wokół siebie ludzi, rodzinę, znajomych, kolegów. Nic niezwykłego. Nic, co by się wyróżniało. Była przeciętna. Ale miała ogromne marzenia i niesamowicie bujną wyobraźnię. To właśnie ona- ta wyobraźnia- uratowała ją od depresji i prób samobójczych w młodości. Bo nie miała wtedy nic: ani prawdziwych przyjaciół, ani pasji, ani miłości. Przeżywała rok za rokiem, zbierając lekcje. Nie wiedziała jeszcze, że każdy z nas je dostaje. Że każdy musi je odrobić. Czy tego chce, czy nie. Czy w to wierzy, czy nie. Sytuacje powtarzały się w jej życiu w kółko. Wciąż te same. Ale to właśnie z nich miała wyciągnąć wnioski. Zrozumieć i iść dalej. Do przodu. Nie zawracać. Nie wiedziała tego. Nie uczono tego w szkole. Ani na zajęciach pozalekcyjnych. A szkoda. Bo uważała, że każdy powinien to wiedzieć.

Zauważyła, że niektórzy mają tę wiedzę od urodzenia. Postępują właściwie, bo ich intuicja i wewnętrzna mądrość prowadzą ich przez życie. Ona nie wiedziała. Ona nie słyszała. Jakby ktoś zatkał jej uszy, kazał zamknąć oczy i iść przez życie, polegając wyłącznie na zaufaniu. Ale to tak nie działa. Wszystko jest wtedy bardziej skomplikowane, trudniejsze- bo nie widzisz dobrze, co jest przed tobą.

Ona zaufała sobie. Tej sobie, która nie wiedziała nic.