Rozdział 1. Aiden, gdzie jesteś?
1
Aiden, gdzie jesteś?
Złożyłam sobie obietnicę - nigdy więcej miłości. Nie chcę kolejny raz
przechodzić przez tę mękę i cierpienie. Wyłączyłam uczucia, a pokiereszowane serce schowałam w najgłębszych zakątkach duszy.
Po tamtym dniu już nie płakałam. On był przeszłością, lekcją. Był
kolejnym przykładem na to, że nikomu nie można ufać. Przez potrzebę
bycia wysłuchaną za szybko uwierzyłam w jego dobre zamiary. Zgubiła mnie
naiwność.
Jeśli nie będę miała nikogo, nikt mnie nie opuści - powtarzałam tę
myśl jak mantrę.
Wnosiłam kolejny karton z napojami do kuchni Harrisów. Wszystkie blaty
były wypełnione przekąskami oraz różnymi alkoholami. Wróciłam do salonu,
który wydawał się mroczny przez okna zasłonięte czarną folią. Dwóch
mężczyzn pracujących w posiadłości rozwieszało przygotowane przez Olivię
dekoracje halloweenowe.
- O słodki Jezu, zaraz wypluję płuca - wydyszał Miles, któremu właśnie
uciekł na wpół napompowany czarny balon.
Przeleciał po salonie i spadł tuż pod moje nogi.
- Następnym razem użyj tego. - Uniosłam leżącą przy nim plastikową
pompkę.
Miles osunął się na kanapie i westchnął ze zmęczenia.
Ruszyłam w stronę wyjścia, aby zabrać z samochodu kolejny karton. Gdy
byłam już prawie przy drzwiach, potknęłam się o wielką wydrążoną dynię z wyciętymi oczami i groźnym uśmiechem.
- Po co to wszystko? Dobrze wiesz, że wystarczyłyby duża ilość alkoholu
i kilka kartonów z pizzą - powiedziałam do Liv, która szła w moją
stronę.
- Gdy Harrisowie coś organizują, to na poważnie! - krzyknęła, a na
podjazd wjechał duży bus. - To pewnie DJ. Zapraszam tutaj! - Wcisnęła mi
ciężki karton w ręce i pobiegła do mężczyzny.
Pokręciłam głową i wzięłam głęboki oddech, po czym wniosłam pudło do
środka.
Liv i Miles wpadli na "genialny" pomysł zorganizowania przebieranej
imprezy halloweenowej podczas nieobecności rodziców, dlatego przez
ostatni tydzień zajmowaliśmy się tylko tym. Jak twierdziła Olivia, nikt
inny nie potrafił zorganizować dobrego przyjęcia, ale ja wiedziałam, że
oboje z Milesem zrobili to tylko po to, by wyciągnąć mnie z domu i zawalić zadaniami, abym nie myślała tyle o...
- Kostiumy przyjechały! - Do posiadłości weszła uśmiechnięta Vera.
W rękach trzymała cztery czarne pokrowce z logo wypożyczalni.
- Wspaniale! Idziemy na górę. - Miles chwycił mnie za dłoń i zaciągnął
do swojego pokoju.
Vera rozłożyła na łóżku stroje dla całej naszej czwórki. Ona miała
wystąpić jako Statua Wolności, Olivia wybrała kostium wróżki, Milesowi
dostała się zakonnica, a mnie - piratka.
- Miał być Draco Malfoy - powiedział zrezygnowany Miles, ze
zdegustowaniem patrząc na długi habit.
- Nie mieli. - Vera machnęła ręką, z uśmiechem przykładając do jego
ciała strój zakonnicy.
Od początku razem z Olivią planowały, że podmienią mu kostium. W grę
wchodziły jeszcze przebrania Teletubisia albo księżniczki Fiony ze
Shreka.
- Uuu, ale będziesz seksowną piratką. - Liv objęła mnie ramieniem.
- No właśnie... To nie miało być aż takie! - Wskazałam na ogromny dekolt.
- Daj spokój, będzie dobrze. Przebieraj się. - Przyjaciółka podała mi
strój i niemal wepchnęła do łazienki.
Pokręciłam tylko głową, wpatrując się w krótką białą sukienkę z brązowym
gorsetem. Po kilku minutach siłowania się z nim szarpnęłam za klamkę i stanęłam w progu, zdenerwowana.
- Pomóż mi z tym albo zaraz coś rozwalę - warknęłam.
Przebrana już Vera wstała z łóżka i śmiejąc się pod nosem, pomogła mi
zapiąć gorset. Rozciągałam materiał w każdą stronę, w nadziei, że
zasłoni więcej ciała. Dodałam chustę, buty, kapelusz i biżuterię, po
czym przyszedł czas na makijaż. Podbierałam Liv kolejne kosmetyki, gdy
ta tworzyła charakteryzację na twarzy brata.
- Może trochę delikatniej, co? - powiedział wkurzony Miles.
- Może się zamknij, co? - odpowiedziała. - Ten pędzel jest jakiś dziwny.
- To nie pędzel jest dziwny, tylko ty. - Odbił piłeczkę i zajęczał, gdy
siostra walnęła go w ramię.
- Jak dzieci - powiedziałam, nachylając się do lusterka.
Przeciągnęłam czerwoną szminką po ustach i potarłam wargi o siebie.
- Ciesz się, że jesteś jedynaczką. Przysięgam, że jeszcze chwila, a wcisnę ją do okna życia! - Miles wymachiwał palcami przed twarzą
siostry, gdy ta coraz mocniej wklepywała farbę pędzlem w jego twarz.
Po godzinie wszyscy w końcu byliśmy gotowi. Cały parter wyglądał
profesjonalnie. Przygotowaliśmy miejsce do tańca, rozmowy, odpoczynku i picia. Wszystko było dobrze przemyślane. Przerażała mnie klimatyczna
upiorność tego miejsca. Kilka balonów z helem przekształcono w latające
duchy, a białe świece oblano czerwonym woskiem przypominającym krew.
Niektóre ślady wykonane zwykłą farbą wyglądały jak z miejsca zbrodni.
Wchodząc do łazienki, za każdym razem dostawałam mikrozawału, gdy
dostrzegałam szkielet stojący pod prysznicem.
Po chwili zaczęli schodzić się ludzie w najróżniejszych przebraniach.
Miałam wrażenie, jakby cała szkoła opanowała właśnie posiadłość
Harrisów.
No prawie cała...
- Czy jest tu jakiś bank do obrabowania? - Usłyszałam za plecami dobrze
znany głos Shawna.
Miał na sobie czerwony kombinezon, a na głowie maskę Salvadora Dalego.
Wyglądał jak żywcem wyjęty z Domu z papieru. Zaraz za nim weszli Lewis
i Sky, przebrani za bohaterów bajki Iniemamocni, oraz Nate w kostiumie...
- A ty kim właściwie jesteś? - zapytała stojąca przy mnie Olivia.
- Jak to kim? Abrahamem Lincolnem. - Wyprostował się i obrócił twarz
tak, byśmy mogli spojrzeć na jego profil. - Myślicie, że Verze się
spodoba? - zapytał podekscytowany, poprawiając przyklejoną brodę.
- Na pewno. Sądzę, że powinieneś od razu się jej pokazać! - rzuciłam, a on natychmiast nas wyminął i ruszył na poszukiwania Very. - Fajnie, że
jesteście, wyglądacie genialnie. - Przytuliłam wszystkich po kolei i zaprosiłam do środka.
Pomimo tego, co się wydarzyło, wszyscy utrzymywaliśmy kontakt. Wszyscy
poza nim oczywiście. Nie byłam w stanie wypowiedzieć jego imienia. Shawn
mówił, że czasami rozmawiają, ale jak sam stwierdził, "nie da się z nim
ostatnio wytrzymać".
Wieczorem impreza rozkręciła się na dobre. Sztuczny dym unosił się w pomieszczeniu, dodając klimatu. Przyglądałam się ludziom, aż mój wzrok
przyciągnął nieznajomy chłopak przebrany za greckiego boga. Na jego
głowie połyskiwał złoty wieniec laurowy, który przywrócił bolesne
wspomnienia.
O nie, nie będziesz teraz o nim myśleć.
Poszłam do kuchni i złapałam butelkę z wódką. Nalałam sporo do
plastikowego kubka, po czym zamierzałam sięgnąć po sok, ale po chwili
namysłu odstawiłam go i wypiłam sam alkohol. Skrzywiłam się przez
nieprzyjemny smak. Ogień rozlał się po gardle, rozpalając całe wnętrze.
Czułam, jak moje ciało powoli się rozluźnia, więc wypiłam jeszcze
trochę.
- Miałeś jedno zadanie! Pilnować, żeby nikt nie rzygał w ogrodzie! -
krzyczała Liv do Milesa, który przewracał oczami na jej uwagi.
- Ludzie! Chyba się zakochałam! - usłyszałam Verę.
- Co? W kim? - zawołała Olivia.
Przestała się złościć, a jej usta rozciągnęły się w uśmiechu.
- No w Nacie! Ja wiem, jest nieco głupiutki, ale przez to całkiem
uroczy. A ten kostium? On to zrobił specjalnie dla mnie, rozumiecie?
Powiedział, że jesteśmy kompatybilni! Aż mam motylki w brzuchu! -
stwierdziła rozanielona.
- Utop je w wódce, zanim będzie za późno - powiedziałam i upiłam spory
łyk prosto z butelki, po czym wcisnęłam ją w ręce przyjaciółki i poszłam
tańczyć. - Poza tym on pewnie nawet nie wie, co znaczy "kompatybilny"! -
krzyknęłam na odchodne, a po chwili zniknęłam w tłumie.
Skakałam przy ludziach, których nawet nie znałam. Kolorowe światła
oślepiały i sprawiały, że jeszcze bardziej wirowało mi w głowie.
Dostrzegłam chłopaka z butelką tequili w dłoni, wyrwałam mu ją i ponownie się napiłam. Kolejne łyki już tak nie paliły.
Nie powinnam tego robić, ale mówienie o motylkach w brzuchu i przebywanie wśród zakochanych wywoływało we mnie ból, którego nie
chciałam czuć. Głośna muzyka skutecznie zagłuszała przygnębienie,
dlatego przez następne godziny nie schodziłam z parkietu. Mieszałam
najróżniejsze alkohole, które co chwilę ktoś przynosił z kuchni. Po
kolejnym kieliszku przestałam się przejmować. DJ krzyknął coś do
mikrofonu i wszyscy unieśli ręce, a z kilku kubeczków wylał się alkohol.
Parę kropel wylądowało na moim nagim przedramieniu, ale miałam to
gdzieś. W pewnym momencie poczułam silne dłonie zaciskające się na moich
biodrach. Tańczyłam dalej, ocierając się plecami o męski tors. Skóra
chłonęła dotyk, jakby nie zaznała go od wieków. Gdy umysł się wyłączył,
ciało szukało ukojenia.
Odwróciłam się i położyłam dłonie na klatce piersiowej chłopaka. Był
niewiele wyższy ode mnie i nosił strój Jokera.
- "Czy żyłabyś dla mnie?"1 - Z głośników wydobył się głos
Jokera.
- To chore - wtrąciłam, poprawiając się na kanapie. Aiden spojrzał na
mnie, unosząc brwi. - No co? On nią manipuluje! Mówi jej to wszystko,
aby była jego narzędziem. Ona się zakochała, a on ją wykorzystał.
Do mojej głowy napłynęło wspomnienie tamtego wieczoru. Jaka ja byłam
głupia. Dałam się nabrać na jego słowa, gesty, a to była tylko
manipulacja...
Moje serce biło nierówno. Zimną dłonią dotknęłam rozpalonej twarzy.
Dotarło do mnie, jak bardzo jestem pijana. Było mi duszno, chciałam jak
najszybciej wyjść. Muzyka dudniła mi w uszach, nie pozwalając się
skupić.
Widziałam Shawna tańczącego z jakąś dziewczyną po drugiej stronie
pomieszczenia, a dalej Verę i Nate'a. Lewis i Sky całowali się na
kanapie. Miles tańczył w tłumie, Olivia rozmawiała z jakimś chłopakiem.
Byłam sama.
Proszę, chcę wyjść.
Aiden, gdzie jesteś?
Jego nie było i nie będzie. Nikt cię stąd nie wyciągnie. Musisz zrobić
to sama. Zawsze robiłaś wszystko sama. Właśnie dlatego nie możesz nikomu
ufać - powtarzałam sobie w myślach.
Uwolniłam się z uścisku chłopaka i zaczęłam przepychać przez tłum,
torując sobie drogę ramieniem, aż dotarłam do drzwi.
Wydostałam się na zewnątrz i wzięłam kilka głębokich wdechów. Było tu o wiele ciszej, ale dalej niemiłosiernie szumiało mi w głowie. Chwiejnym
krokiem ruszyłam w stronę bramy, mijając kilka osób, które akurat wyszły
zapalić albo odetchnąć.
- Ej, laska, a ty dokąd? - krzyknął za mną jakiś chłopak.
W dłoni trzymał papierosa i puszkę z piwem. Po chwili spostrzegłam, że
jest przebrany za Batmana.
To uniwersum na mnie się uwzięło - pomyślałam.
- Przejdę się - odpowiedziałam cicho.
- Mogę ci potowarzyszyć - zaproponował.
Podbiegł do mnie w kilku krokach i zarzucił mi rękę na ramię.
- Spierdalaj - rzuciłam tylko i poszłam dalej.
Usłyszałam śmiech jego znajomych i kilka gwizdów.
Szłam chodnikiem wzdłuż ogrodzeń bogatych posiadłości. Spotkałam kilka
osób w przebraniach halloweenowych, głównie nastolatki, które wracały z cukierkowania. Nie wiedziałam, dokąd idę. Pozwoliłam nogom, by mnie
prowadziły. Nagle zorientowałam się, gdzie jestem. Jakby moje ciało
desperacko szukało wybawiciela.
Kręciło mi się w głowie, więc usiadłam na betonowym krawężniku i wyciągnęłam nogi na asfalcie. Odchyliłam głowę, aby odetchnąć. Na niebie
nie było gwiazd, za to zaczęły spadać kolejne krople.
Widzę go we wszystkim... W gwiazdach, w deszczu. Wszystko mi go
przypomina.
Wyciągnęłam z kieszeni telefon, zamglonym wzrokiem spojrzałam na poziom
naładowania. Dwa procent.
Szybko weszłam w kontakty, ignorując nieodebrane połączenia, i wybrałam
pierwszy z listy...
Rozdział 2. Cassie, gdzie jesteś?
2
Cassie, gdzie jesteś?
POV: Aiden
Każdy wieczór był taki sam. Kolejne imprezy, alkohol i kobiety. Naprawdę
dużo kobiet, ale żadna nie była nią. Ich oczy nie były tak niebieskie,
skóra - tak delikatna, a dotyk, zamiast koić, ranił. Wieszały mi się na
szyi, szeptały coś do ucha i próbowały całować. Chociaż odrzucałem każdą
z nich, i tak czułem się jak zdrajca.
Ale nie mogłem tego pokazać. Musiałem stwarzać pozory. Nawet Shawn,
który zawsze wiedział o wszystkim, musiał być przekonany, że właśnie
taki jestem - egoistyczny i fałszywy. Im wszystkim wyjdzie to na dobre.
Wmawiałem mu, że czuję się rewelacyjnie, a prawda była taka, że sam
siebie nie poznawałem. Codziennie patrzyłem w lustro i zadawałem sobie
pytanie: "Kim ja właściwie jestem?". Może już dawno zostałem spisany na
straty i nie było dla mnie ratunku. Może tylko wmówiłem sobie, że jestem
godny miłości. Może utrata największego szczęścia była karą za grzechy,
które popełniłem.
Siedziałem w jednej z lóż w Divine, a czarnowłosa dziewczyna jeździła
dłonią po mojej klatce piersiowej i składała mokre pocałunki na szyi.
Przymknąłem powieki, a myśli od razu przeniosły mnie do niej.
Siedzieliśmy na kanapie w moim pokoju. Jej pełne usta tak bardzo
rozgrzewały moją skórę, równocześnie powodując dreszcze. Uwalniała mój
umysł od wszystkich problemów, dzięki niej zapominałem. Teraz przez nią
nie mogłem zapomnieć.
Znowu to robiłem. Katowałem się wspomnieniami o niej. Otworzyłem oczy i złapałem nadgarstek dziewczyny, by zsunąć jej dłoń z siebie. Nachyliłem
się nad stolikiem i chwyciłem szklankę z whiskey.
- Wiedziałem, że cię tu znajdę - usłyszałem dobrze znany głos.
Shawn stanął naprzeciw mnie z rękami założonymi na biodrach. Miał na
sobie dziwne przebranie halloweenowe.
- Co, impreza nie wypaliła? Zapraszamy! Im nas więcej, tym weselej.
Koleżanki na pewno nie będą miały nic przeciwko, prawda, dziewczyny? -
Rozłożyłem ramiona na oparciu kanapy i uniosłem pewnie głowę.
- Nie po to tutaj jestem - zakomunikował twardo. - Wiesz może, gdzie
jest Cassie? - Był wyraźnie zmartwiony.
Gdy wypowiedział jej imię, mocniej zacisnąłem szczękę. Tak długo nie
słyszałem tego imienia, choć codziennie wypalało mi blizny w duszy.
Opanuj się. Nie daj nic po sobie poznać.
- Czy ja jestem jej niańką? To twoja przyjaciółeczka - rzuciłem
obojętnie i zaśmiałem się, aby brzmieć przekonująco.
- Wiesz czy nie? - powtórzył zirytowany.
Miał dosyć mojego zachowania. Powstrzymywał się, aby nie powiedzieć
kilku słów za dużo.
- Nie. - Przystawiłem szklankę do ust i dopiłem alkohol.
Shawn odwrócił się i wyszedł. Zacisnąłem pięści i wbiłem paznokcie w skórę.
Po co o nią pytał? Wszyscy mieli być na imprezie. A jeśli coś jej się
stało? Może mój plan nie wypalił. Może ona...
Odepchnąłem nachalną dziewczynę i chwyciłem kurtkę. Przepchnąłem się
przez tłum prosto do wyjścia. Po drugiej stronie ulicy stał niebieski
nissan skyline Shawna. On sam właśnie kłócił się z kimś przez telefon.
- Nie, nie ma jej tutaj. Wiem, cholera, wiem! Nie panikuj, zaraz tam
będę. - Rozłączył się i otworzył samochód.
Podbiegłem do drzwi od strony pasażera i szarpnąłem za klamkę. Shawn
wpatrywał się we mnie, opierając dłoń na dachu pojazdu.
- Nie pytaj - rzuciłem tylko i wsiadłem.
On jeszcze przez chwilę stał przy samochodzie, jakby coś rozważał, ale w końcu zajął miejsce za kółkiem i ruszył w stronę domu Harrisów. Nie
odezwał się do mnie przez całą drogę. Ale wiedział... Znał odpowiedź na
nurtujące go pytanie. Czekał jedynie, aż będę gotowy, aby wyznać prawdę.
Skręcił w kierunku posiadłości i wjechał na zatłoczony podjazd. Wysiadł
jako pierwszy i szybkim krokiem ruszył do przyjaciół. Ja przystanąłem
koło samochodu i oparłem się o maskę.
- Po co go tu przywiozłeś? - krzyknęła Olivia.
Pod domem stało kilka samochodów, ludzie w dziwnych kostiumach kręcili
się po podwórku, a ze środka było słychać głośną muzykę.
Całą grupą ruszyli w moim kierunku, na co nie byłem gotowy, ale nie
mogłem już się wycofać. Było coś ważniejszego.
- Daj spokój, nie to jest teraz ważne - uspokajał ją Shawn. - Odezwała
się?
- Nie, jakaś dziewczyna powiedziała nam tylko, że widziała, jak ktoś się
do niej przystawiał, ale go olała i skręciła w lewo za bramą. Mówiła, że
idzie się przejść - zakomunikował Miles w stroju... zakonnicy? - Podobno
była nieźle wstawiona - dodał nieco ciszej.
Na myśl o innym facecie, który się do niej przystawiał, krew we mnie
zawrzała, a pięści instynktownie się zacisnęły.
Popatrzyłem na Nate'a w dziwnym przebraniu starego dziadka, który
obejmował w talii Verę. Chyba dużo się ostatnio pozmieniało. Miesiąc
ograniczonego kontaktu wystarczył.
- Dobra, stary, chodź. Pojedziemy w tamtym kierunku - rzuciłem do Shawna
i skierowałam się do samochodu.
- Ty już się chyba wystarczająco napomagałeś! - krzyknęła Olivia.
Zatrzymałem się tuż przy drzwiach pasażera, mocno ściskając klamkę.
Każdy mój mięsień się spiął. Zacisnąłem szczękę i wypuściłem powietrze
nosem.
Oni woleli się kłócić, niż ją znaleźć.
Odwróciłem się i w kilku krokach znalazłem się przed dziewczyną. Lewis i Miles próbowali stanąć przede mną, aby utrzymać mnie w bezpiecznej
odległości.
Przecież nic bym jej nie zrobił. Czy aż tak stracili do mnie zaufanie?
- Posłuchaj. Znajdę twoją przyjaciółeczkę i dostarczę ci pod nos, a wy
wracajcie na imprezę i bawcie się jak do tej pory, skoro nawet nie
zauważyliście, że zniknęła - wysyczałem.
Zabrzmiało to trochę agresywniej, niż miałem w planie, ale byłem
wkurwiony.
Nie pilnowali jej, nawet nie mieli pojęcia, kiedy się ulotniła.
Wiedzieli, że jest pijana, i pozwolili jej wyjść. Ona pod wpływem alko
wpada w panikę, robi rzeczy, których normalnie by nie zrobiła. Ufałem
im. Wierzyłem, że będzie w dobrych rękach. Kto wie, gdzie się teraz
podziewa. I z kim...
Patrzyłem na nich, odchodząc. Trzasnąłem drzwiami i szarpnąłem pas.
Shawn wsiadł zaraz za mną i wyjechał z posesji. Reszta została na
podjeździe. Sky i Veronica próbowały uspokoić rozwścieczoną Olivię, a chłopaki drapali się po głowach ze zmieszania.
- Daj mi telefon.
- Po co? - zapytał Shawn. - Nie masz swojego?
- Ode mnie nie odbierze - stwierdziłem, wlepiając wzrok w okno.
Bauer wyciągnął telefon z kieszeni i go odblokował. Wybrałem numer i nacisnąłem zieloną słuchawkę. Nie musiałem nawet szukać w kontaktach, bo
znałem go na pamięć.
Dzwoniłem i dzwoniłem. Kilkanaście razy. Nie odebrała.
Rozglądałem się na boki, patrzyłem na chodniki, parkingi, ścieżki w parkach. Nic.
Na szybach zaczęły pojawiać się pierwsze krople deszczu.
Cassie, gdzie jesteś?
- Telefon dzwoni. - Głos Shawna przywrócił mnie do rzeczywistości.
Spojrzałem na wyświetlacz, ale był czarny. Sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem swoją komórkę. Moje serce stanęło, gdy jej imię wyświetliło
się na ekranie.
- Cassie? - Odebrałem szybko i poczułem gwałtowne hamowanie samochodu.
Pas wbił mi się w żebra. Shawn wpatrywał się we mnie, czekając na
informacje. - Cassie, gdzie jesteś?
- Kiedyś mówiłeś do mnie "księżniczko" - wyszeptała po chwili. Uczucia
rozrywały mnie od środka. Ulga, smutek, złość. Wszystkie mieszały się ze
sobą. - A ja nazywałam cię Apollo.
Jej głos wydawał się rozbawiony, ale wyczuwałem w nim smutek i rozczarowanie.
- Powiedz mi, gdzie jesteś, proszę - powtórzyłem pytanie, czując chęć
rozwalenia wszystkiego, co spotkam na drodze.
- Nie udawaj, że cię to obchodzi. Już się na to nie nabiorę. Po co w ogóle tutaj wtedy przyszedłeś, co? - krzyczała.
Chciałem jeszcze raz zapytać, ale wtedy usłyszałem sygnał klaksonu, a połączenie się urwało.
- Cassie? Cassie! - krzyczałem do telefonu.
Uderzyłem pięścią w drzwi. Próbowałem zadzwonić jeszcze kilkakrotnie,
ale nie było sygnału. Miałem ochotę wyrzucić ten pieprzony telefon przez
okno.
- Powiedziała ci, gdzie jest? - zapytał Shawn.
Pokręciłem głową, a on oparł czoło na kierownicy.
Dokąd mogła pójść, gdzie mogła być? Myśl, Aiden, myśl.
"Po co w ogóle tutaj wtedy przyszedłeś...".
- Wiem. Wiem, gdzie ona jest. - Podniosłem wzrok i spojrzałem na Shawna.
- No już, pośpiesz się!
Wrzucił bieg i ruszył z piskiem opon.
Dobry Boże. Jestem grzesznikiem. Jestem złym człowiekiem i za swoje
czyny trafię do piekła, ale proszę tylko o jedno. Ochroń ją.
Dojeżdżaliśmy do starej fabryki, w której odbyła się impreza ostatnich
klas. Dla niej wszystko zaczęło się właśnie tutaj. Dla niej...
Wycieraczki tańczyły na szybie jak oszalałe, a światła samochodu
odbijały się od mokrego asfaltu.
- Zatrzymaj się - powiedziałem do przyjaciela.
Byłem jak sparaliżowany. W głowie mi szumiało, wypity alkohol w sekundę
podszedł do gardła. Zesztywniałe mięśnie pracowały bez mojej wiedzy.
Widziałem, jak leży na poboczu, cała przemoczona. Wypadłem z auta,
podbiegłem do niej i rzuciłem się na kolana, rozdzierając przy tym
materiał spodni i raniąc skórę. To jednak nie było ważne. Nie czułem nic
poza strachem. Przyłożyłem roztrzęsione dłonie do jej twarzy,
przejechałem palcami po mokrych policzkach. Wpatrywałem się w zamknięte
powieki.
- Księżniczko - wyszeptałem przez piekące gardło.
- Nie dotykaj mnie. - Nagle otworzyła oczy, odsunęła moją rękę i próbowała usiąść.
Wypuściłem całe powietrze z płuc i przetarłem twarz dłońmi, a następnie
uniosłem ją ku niebu. Chłodny deszcz koił moją rozpaloną skórę.
Nic jej nie jest.
- Pomogę ci wstać. - Wyciągnąłem dłoń w jej stronę, ale tylko
przyglądała się jej z bólem w oczach.
- Nie było cię, kiedy cię potrzebowałam. Teraz też cię nie potrzebuję. -
Objęła kolana i przyciągnęła do piersi.
Miała na sobie jedynie krótką sukienkę z gorsetem. Ściągnąłem kurtkę i zarzuciłem jej na plecy, ale ją również odrzuciła.
- Jesteś mokra i przemarznięta. Rozchorujesz się - powiedziałem
spokojnie, wiedząc, że jutro i tak nie będzie tego pamiętać.
- I co? Może znowu zjeździsz pół miasta i przywieziesz mi zupę i lekarstwa? - Zaśmiała się ironicznie.
Pogarda w jej głosie wybrzmiewała jak najgłośniejszy dzwon.
Cierpiała. Zniszczyłem jej piękne serce, a przecież chciałem tylko, aby
była bezpieczna.
- Odwieziemy cię do domu. - Odwróciłem wzrok, aby nie patrzeć jej w oczy.
Widziałem w nich tylko ból.
- Nigdzie z tobą nie pojadę! - zawołała.
- Dobrze, w takim razie Shawn cię odwiezie. - Wstałem i podszedłem do
przyjaciela, który czekał przy samochodzie, trzymając w dłoni parasol. -
Zabierz ją do domu i dopilnuj, żeby trafiła do łóżka.
- A ty? - zapytał, łapiąc mnie za ramię.
- Ja dam sobie radę. - Uśmiechnąłem się do niego smutno i wyminąłem
samochód.
- Skoro tutaj wszystko się zaczęło, to niech tutaj się skończy! -
Usłyszałem jej donośny, ale zachrypnięty głos. - Nie chcę cię więcej
widzieć. - Popatrzyłem w bok, lecz nie byłem w stanie się odwrócić. Nie
mogłem spojrzeć jej w oczy.
Bo to się nie skończy. Ja nigdy nie przestanę cię kochać. Gdybyś tylko
wiedziała...
***
Droga do domu zajęła mi ponad godzinę. Nie chciałem zamawiać taksówki,
wolałem iść w deszczu, który zmywał ze mnie wszystkie winy. Był moją
pokutą.
Niebo stawało się coraz jaśniejsze, a deszcz zelżał. Przemoczony
wszedłem do pokoju i zdjąłem ubrania. Przebrałem się i rzuciłem na
łóżko. Byłem wyczerpany, ale nie fizycznie, tylko psychicznie. Myślałem,
że będzie łatwiej. Myślałem, że podjąłem dobrą decyzję. Miałem nadzieję,
że uda mi się wszystko zmienić. Dla nas.
Drzwi sypialni się uchyliły, a ja automatycznie usiadłem na łóżku. Shawn
zamknął je za sobą po cichu i oparł się o sofę.
- Jak tu wszedłeś? - zapytałem.
- Mam klucz, pamiętasz? Dałeś mi go i powiedziałeś: "Zatrzymaj go, bo i tak bardziej ufam tobie niż sobie" - odpowiedział, na co pokiwałem
głową, zrezygnowany. - Odwiozłem ją i odprowadziłem do łóżka, jak
prosiłeś. Jej telefon był rozładowany, dlatego połączenie się zerwało.
- Spoko - odpowiedziałem wymijająco.
- Jak długo jeszcze zamierzasz udawać? - zapytał spokojnie, ale
stanowczo.
- Nie wiem, o co ci chodzi. - Próbowałem ciągnąć tę grę.
Udawałem pierdolonego egoistę.
- Kogo próbujesz oszukać? Przecież znam prawdę i wiem, po co było to
wszystko.
- Wydaje ci się.
- Tak? To powiedz mi teraz prosto w twarz, że od samego początku nas
wszystkich okłamywałeś. Wszystko, co robiłeś, było zabawą. Powiedz, że
ona nic dla ciebie nie znaczy i gdy patrzysz w jej zielone oczy, nie
widzisz osoby, którą kochasz. Powiedz, że nawet nie wiesz, co znaczy
kochać, bo dla ciebie to słowo nie istnieje. - Podchodził coraz bliżej.
Od razu wyłapałem błąd w jego wypowiedzi i cała reszta przestała się
liczyć. Wstałem gwałtownie i stanąłem z nim oko w oko.
- Niebieskie. Jej oczy są, kurwa, niebieskie - wysyczałem.
Na jego twarzy pojawił się cwany uśmiech. Podszedł mnie jak dziecko, z taką lekkością. Ona powodowała, że nie myślałem trzeźwo.
Przełknąłem nerwowo ślinę. Odwróciłem wzrok, nie mogąc patrzeć na
przyjaciela. Przechytrzył mnie. Wiedział wszystko. Za to właśnie go
polubiłem. Potrafił logicznie ocenić sytuację, łączyć fakty, analizować
zachowania. Wiedziałem, że prędzej czy później zrozumie. Był bystry.
- Wiedziałem - powiedział cicho i usiadł koło mnie. - Jesteś idiotą.
Mogłeś mi powiedzieć, ogarnęlibyśmy to. Nie uważasz, że ona powinna
wiedzieć?
- Nie, bo dzięki temu jest bezpieczna.
- Ale cierpi. Oboje cierpicie. Wszystko, co się dzisiaj wydarzyło, to...
- Nie dowie się. Nie teraz - przerwałem mu.
- A kiedy? - dopytywał, czując, że nie mam już siły udawać.
Wyciągał ze mnie tyle, ile potrafił. Bał się, że kolejnego dnia znowu
będę zaprzeczał, ale miałem już dość udawania.
- Gdy pozbędę się przyczyny naszych problemów.
Rozdział 3. Dwie minuty i 22 sekundy
3
Dwie minuty i 22 sekundy
Dzwonek telefonu odbijał się w mojej głowie jak uderzenia w gong.
Nieprzyjemny ból rozchodził się po ciele. Nawet poduszka przyciśnięta do
głowy nie zdołała wyciszyć denerwującej melodyjki. Wyciągnęłam rękę i chwyciłam telefon, który był podłączony do ładowarki. Nie wysiliłam się
na otworzenie oczu, więc po omacku jeździłam palcem po ekranie.
Wkurzający dźwięk na chwilę ucichł, aby zaraz ponownie wypełnić pokój.
Moja frustracja eksplodowała wewnętrznie, ponieważ nie miałam siły nawet
na rzucenie telefonem o ścianę. Przez minimalnie uchylone powieki
zobaczyłam zieloną słuchawkę.
- Cassie! Ty żyjesz! - krzyknęła Vera, a ja natychmiast odsunęłam
smartfon od ucha.
- Błagam, nie drzyj się tak, bo mi głowa wybuchnie - powiedziałam
zachrypnięta, przecierając twarz dłonią.
- Przepraszam, ja... my wczoraj... mogliśmy bardziej uważać. A jeszcze
wyskoczyłam z tą sprawą z Nate'em - powiedziała już znacznie ciszej,
lecz wciąż dość piskliwie.
- O tym porozmawiamy, jak przestanie mnie męczyć kac - przerwałam jej. -
Nie pamiętam połowy tej nocy. Jak wróciłam do domu? - zapytałam, a ona
zamilkła na chwilę.
- Z Shawnem - odpowiedziała - odwiózł cię do domu i przekazał mamie, bo
zostawiłaś klucze.
To tłumaczyłoby, kto mnie przebrał. Niestety później będę musiała
wysłuchać kazania mamy o tym, że jako "przyszły lekarz nie powinnam się
tak zachowywać".
- Odpocznij teraz. Wieczorem wszyscy będą u Liv i Milesa, musimy trochę
ogarnąć i... posprzątać resztki alkoholu. - Zakasłała sztucznie, a ja
chciałam się zaśmiać, lecz ból głowy mi na to nie pozwolił. - Jak
będziesz na siłach, to wpadaj.
Rozłączyłam się, rzuciłam telefon na łóżko i ponownie schowałam twarz w dłoniach, bezskutecznie próbując przypomnieć sobie, jak trafiłam do
domu. Usiadłam i złapałam butelkę z wodą, którą ktoś postawił na nocnym
stoliku. W ustach miałam Saharę, dlatego wypiłam jedną trzecią naraz.
Sięgnęłam do szuflady po tabletki przeciwbólowe, które zawsze tam
trzymałam. Tuż obok opakowania leżał zerwany biały naszyjnik. Mój
prezent urodzinowy, który miał być naszym symbolem. Pomimo przeciwieństw
mieliśmy stać się harmonią. Niestety tak naprawdę różniliśmy się aż za
bardzo.
Złapałam opakowanie i zasunęłam szufladę, by schować w niej wspomnienia.
Kilkakrotnie chciałam wyrzucić naszyjnik, lecz zawsze jakaś siła mnie
przed tym powstrzymywała. Część mnie dalej miała głupią nadzieję. Dalej
chciała wierzyć, że...
Po wzięciu tabletki przespałam jeszcze kilka godzin, ale w końcu
postanowiłam się ogarnąć. Nie mogłam pozwolić, aby przez to, że byłam
nieodpowiedzialna, przyjaciele teraz sprzątali wszystko sami.
Wzięłam prysznic i spojrzałam w lustro. Zmęczenie starałam się ukryć pod
warstwą korektora i pudru, mimo to na twarzy wciąż odznaczały się
zasinienia pod oczami. Wysuszyłam włosy, a ich rozczesanie zajęło mi
dobrych kilka minut. Wyjęłam z szafy szare spodnie dresowe i czarną
koszulkę. Uznałam, że tyle na dziś wystarczy.
Nie czułam się jeszcze na siłach, aby prowadzić, dlatego postanowiłam
zadzwonić po taksówkę. Sięgnęłam po telefon, który zaplątał się w koc.
Nieprzyjemnie zimny dreszcz przeszedł mi wzdłuż kręgosłupa, gdy
zobaczyłam mnóstwo nieodebranych połączeń z wczorajszej nocy, a wśród
nich to jedno. Numer, z którym jako jedynym przeprowadziłam rozmowę.
Dwie minuty i 22 sekundy.
Wpatrywałam się w kilka liter wyświetlanych na ekranie, próbując coś
sobie przypomnieć. W pamięci widziałam jakieś obrazy, zamazane, jakby
były za mgłą. Nie wiedziałam, które są prawdą, a które snem albo wręcz
koszmarem.
O czym rozmawialiśmy? - Nie miałam pojęcia, ale wiedziałam, że jest
ktoś, kto może mi pomóc.
Zadzwoniłam po taksówkę, która po niecałych dziesięciu minutach stała
już pod moim domem.
- Młoda damo, chyba musimy poważnie porozmawiać. - Mama weszła do
pokoju, gdy akurat miałam wyjść.
- Tak, wiem. Nie powinnam była tyle pić, ale teraz się śpieszę. -
Wyminęłam ją, ale słyszałam, że idzie za mną.
Jej szpilki stukały o kolejne schodki.
- Jako przyszły lekarz musisz znać umiar - powiedziała, a ja
przewróciłam oczami, bo dokładnie wiedziałam, co powie. Popatrzyłam na
nią, gdy zakładałam kurtkę. Jak zawsze wyglądała elegancko, lecz dzisiaj
jej ciemne włosy były bardziej roztrzepane. - Dzwonił twój nauczyciel.
Masz gorsze oceny z chemii, ledwie zdałaś ostatni test.
- Ale zdałam - burknęłam zirytowana.
- Dziecko, co się z tobą dzieje? Jesteś arogancka, pijesz, a teraz
jeszcze telefon ze szkoły? - mówiła zmartwiona.
Widziałam jej napięte mięśnie, ale nie chciałam już słuchać kolejnych
słów wypadających ze starannie umalowanych ust.
- Nic się nie dzieje. Wszystko jest świetnie! Rewelacyjnie wręcz. A teraz przepraszam, ale taksówka zaraz mi odjedzie. - Nie czekając na
odpowiedź, zniknęłam za drzwiami i pobiegłam do taksówki.
Podałam adres i ruszyliśmy. Każda minuta trasy dłużyła mi się w nieskończoność. Liczyłam sekundy, bawiąc się palcami ze zdenerwowania.
Przełknęłam gulę w gardle, gdy kierowca zatrzymał się przy domu Milesa i Olivii. Przez zamyślenie dałam mu za dużo gotówki, ale nawet nie
wróciłam po resztę. Chciałam jak najszybciej dowiedzieć się, co wczoraj
zaszło.
Drzwi był szeroko otwarte, a ze środka dobiegały śmiechy i odgłos
przebijania balonów. Szybkim krokiem weszłam do salonu, a wszyscy
natychmiast na mnie spojrzeli. Ja patrzyłam tylko na jedną osobę.
- Możesz mi powiedzieć, co się, kurwa, wczoraj wydarzyło? - Stałam z odblokowanym telefonem w dłoni i wpatrywałam się w Shawna. Ten
przyglądał się wyświetlonemu kontaktowi, którego nie rozpoznał przez
nazwę. Po kilku sekundach jednak zrozumiał i zdziwienie przerodziło się
w zdenerwowanie. - Po waszych minach wnioskuję, że wszyscy coś wiecie,
więc może łaskawie mnie oświecicie?
- Cass, my... - zaczęła niepewnie Vera.
- Poczekaj, ja to załatwię - zatrzymał ją Shawn. - Chodźmy do kuchni. -
Puścił mnie przodem, pozostawiając w salonie naszych przyjaciół
pogrążonych w ciszy.
Stanęłam naprzeciw dużego okna i stukałam paznokciami o kamienny
parapet.
- Wczoraj sporo wypiłaś - zaczął delikatnie.
- No co ty, Sherlocku. Może powiesz mi coś, czego nie wiem? -
naskoczyłam na niego, wyrzucając ręce w powietrze.
- W pewnym momencie zniknęłaś i nikt nie mógł cię znaleźć. Ktoś
powiedział Milesowi, że poszłaś się przejść. Martwiliśmy się,
dzwoniliśmy do ciebie, ale nie odbierałaś, a po tym, co się ostatnio
stało... musiałem... - Spuścił nagle głowę. Wydawał się taki bezsilny i zmęczony. - Wiedziałem, że on będzie w Divine. Zapytałem go, czy z tobą
rozmawiał, ale zaprzeczył, więc wyszedłem. - Słuchałam uważnie. Nie
przerwałam mu, choć nie wiedziałam, czy chcę poznać resztę historii. -
Miałem wrócić tutaj, a wtedy on wsiadł do auta i kazał nie zadawać
pytań. - Patrzyłam na niego i analizowałam słowo po słowie.
Aiden... mnie szukał? Nie, to było niemożliwe.
Odruchowo chciałam ścisnąć naszyjnik, ale nie było go tam, gdzie zawsze
- Olivia zaczęła się z nim kłócić, a on... krótko mówiąc, zjebał nas
wszystkich i pojechaliśmy cię szukać. Dzwonił do ciebie z mojego
telefonu, ale to ty zadzwoniłaś do niego. Nie wiem, co mu powiedziałaś,
ale domyślił się, gdzie jesteś. Leżałaś na drodze pod starą fabryką. Tą,
w której Ashton zorganizował imprezę.
- Nic nie pamiętam. - Pokręciłam głową i przymknęłam powieki w poszukiwaniu wspomnień.
- Wyglądałaś, jakby ktoś cię potrącił. On był przerażony, nigdy go
takiego nie widziałem. Nagle usiadłaś. Mówiłaś coś, że go nie było i że
go nie potrzebujesz. Chciał cię odwieźć, ale się nie zgodziłaś, więc ja
cię zabrałem, a on wrócił do domu piechotą. - Westchnął głęboko,
chowając ręce do kieszeni bluzy.
- To wszystko? - dopytałam, widząc jego niepewność.
- Powiedziałaś mu: "Skoro tutaj wszystko się zaczęło, niech tutaj się
skończy".
- No i dobrze zrobiłam. To był ostatni raz. Nie chcę go więcej widzieć.
- Odwróciłam się z zamiarem wyjścia.
- Cass, on cię koch...
- Nie, Shawn, on mnie nie kocha! Nigdy nie kochał! - krzyczałam, a moje
serce zaczynało bić coraz szybciej. Żołądek ścisnął się nieprzyjemnie, a w uszach piszczało przez rosnące ciśnienie. Z całych sił powstrzymywałam
łzy. - Gdyby kiedykolwiek coś do mnie czuł, nie powiedziałby tego
wszystkiego. Tamtego wieczoru wszystko umarło - wyznałam cicho.
- Gdybyś tylko wiedziała... - wyszeptał pod nosem.
Prawie niesłyszalnie, ale ja to wychwyciłam. Stanęłam jak wryta.
- O czym ty mówisz? - zapytałam.
- Nie mogę powiedzieć.
Parsknęłam śmiechem, rozglądając się po kuchni. Spojrzałam mu w oczy.
Kiedyś byłabym pewna, że to, co mówi, jest prawdą, teraz jednak nie
potrafiłam mu zaufać. Oboje nie byliśmy już dziećmi.
- Dowiesz się wszystkiego, gdy przyjdzie czas - powiedział z powagą i ze
spokojem, a ja aż zawrzałam od środka.
- Dla was to jakaś gra? Dobrze, w takim razie miłej zabawy. Zobaczymy,
kto wygra - zagroziłam i szybkim krokiem wyszłam bocznymi drzwiami.
Pieprzeni koszykarze, postanowili zabawić się moim kosztem. Nie pozwolę
im na to. Nie jestem już tą samą osobą. Teraz to moja gra.
***
Czekałam w szkolnej stołówce, przy filarze, zza którego dobrze widziałam
Shawna i Aidena. Wymyśliłam plan, który miał mnie wyprowadzić na
najwyższy stopień podium w tej grze. Musiałam działać szybko, aby nikt
nie pomyślał, że ich szpieguję. Idealna okazja nadarzyła się, gdy przez
drzwi wszedł Zane Lang, z którym chodziłam na chemię. Zane był
największym umysłem ścisłym tej szkoły i laureatem wielu konkursów. Na
dodatek nie wyglądał jak typowy nerd.
Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam w jego stronę, rozglądając się przy tym
dookoła. Gdy byłam blisko, zahaczyłam o jego ramię wystarczająco mocno,
by miska z chili con carne na tacy, którą miałam w dłoniach, przewróciła
się na moją koszulkę. Nie lubiłam chili, ale wzięłam je, bo wydawało się
najbardziej efektowne. Miałam rację, bo teraz moje ubranie było pokryte
czerwono-brązową papką, widoczną z drugiego końca stołówki.
- O cholera, przepraszam! - krzyknął skonsternowany Zane.
Kilka osób popatrzyło w naszą stronę, w tym Aiden i Shawn.
- To ja przepraszam, łamaga ze mnie. - Uśmiechnęłam się i zaśmiałam
sztucznie, zakładając pasmo włosów za ucho.
Odłożyłam tacę na najbliższy stół i przyjrzałam się plamie. Musiałam być
urocza w swojej niezdarności, musiałam grać.
- Poczekaj, pomogę ci. - Zane zabrał serwetki ze stolika, przy którym
siedziało kilka osób, i zaczął nieudolnie wycierać plamę.
- Wiesz, chyba robi się tylko gorzej. - Zaśmiałam się, co odwzajemnił. -
Hej, Zane, w zasadzie miałam cię o coś zapytać.
- Wal - powiedział, zgniatając zabrudzone serwetki.
- Ostatni test z chemii nie poszedł mi najlepiej i zastanawiałam się,
czy nie udzieliłbyś mi kilku lekcji? W końcu jesteś najlepszy w grupie.
Przy okazji umówilibyśmy się na kawę, co ty na to?
- Pewnie, ale ja stawiam. Za tę plamę.
Déja vu?
- To może dzisiaj wieczorem? - zapytałam.
- Umówieni. I jeszcze raz sorry.
- Nie przejmuj się. Do zobaczenia. - Wyminęłam go z uśmiechem i zarzuciłam lekko pofalowane włosy na plecy.
Po chwili odwróciłam się, aby pomachać chłopakowi na pożegnanie.
Wychodząc, popatrzyłam na wkurzonego Aidena i wystraszonego jego reakcją
Shawa. Posłałam im arogancki uśmiech, identyczny jak ten, który Wood
opanował do perfekcji.
1:1, chłopaki.
Rozdział 4. Twoje oczy nie kłamią
4
Twoje oczy nie kłamią
Szarpnęłam za klamkę, wprawiając mały dzwoneczek w ruch. Rozejrzałam się
po jasnej kawiarni w poszukiwaniu Zane'a. Chłopak, ubrany w kremowy
sweter, zajmował jeden ze stolików przy oknie. Gdy mnie zobaczył, wstał
nerwowo, a ja poprawiłam torebkę na ramieniu i lekko odgarnęłam włosy z twarzy. Przywitaliśmy się i zajęłam miejsce naprzeciwko niego.
- Czego się napijecie? - zapytała młoda kelnerka, która przyciągnęła
moją uwagę turkusowymi włosami.
- Ja poproszę gorącą czekoladę - powiedziałam.
- W takim razie dwie czekolady - rzucił Zane, a kelnerka zapisała
zamówienie i odeszła. - Wiedziałaś, że czekolada zawiera teobrominę,
która poprawia koncentrację? Pomoże nam w nauce. - Uśmiechnął się i wyciągnął podręcznik do chemii.
Nie zdążyłam nawet nic powiedzieć, a on już zaczął mi tłumaczyć ostatnie
lekcje. Przerwał jedynie na kilka sekund, gdy dziewczyna przyniosła
nasze napoje. Choć czekolada była bardzo gorąca i parzyła w język, co
chwila upijałam łyk, aby szybciej ją skończyć.
- ...I tutaj zajdzie hydroliza, dlatego przyłączy się cząsteczka wody,
rozumiesz? - Chłopak podniósł wzrok, a ja po chwili letargu pokiwałam
głową, choć nie do końca słuchałam jego monologu. - To co, może teraz
zrobimy kilka zadań? - zaproponował i nie czekając na moją odpowiedź,
zaczął szukać czegoś w plecaku.
Zerknęłam na jego filiżankę, która nadal była pełna.
- Wiesz, ja już chyba będę... - zaczęłam niepewnie, czując, że to
odpowiedni moment na ulotnienie się.
W tym samym czasie mój wzrok powędrował w stronę okien wychodzących na
ulicę i szczęka lekko mi opadła. Wood i Bauer minęli właśnie kafejkę jak
gdyby nigdy nic. Było to dość dziwne, bo nigdy nie zapuszczali się w te
rejony. Początkowo myślałam, że coś mi się przywidziało, ale szybko
zostałam sprowadzona na ziemię, gdy dzwoneczek za moimi placami ponownie
zadzwonił.
No chyba sobie, kurwa, żartujecie.
Zadowoleni, przeszli przez kawiarnię, wpatrując się w moją zszokowaną
minę. Zajęli miejsce po drugiej stronie sali, a inna kelnerka chwilę
później przyjęła ich zamówienie.
- ...będę widziała, jak je zrobić! - zmieniłam sens swojej wypowiedzi i uśmiechnęłam się szeroko. - Dobry z ciebie nauczyciel, Zane. - Odsunęłam
podręcznik na bok i musnęłam jego dłoń leżącą na stoliku, przez co na
chwilę oderwał wzrok od plecaka.
Kątem oka zerknęłam na Wooda, który przyglądał się nam z powagą. Przez
chwilę wydawało mi się, jakby w jego oczach pojawiła się iskra, która
zwiastowała, że jego pojawienie się w tej samej kawiarni co ja nie było
przypadkowe.
- Może damy sobie spokój z zadaniami i chwilę pogadamy? -
zaproponowałam.
- Jesteś pewna, że będziesz wiedziała, jak to zrobić? - zapytał Zane, a ja pokiwałam głową. - No dobrze - odpowiedział, chowając podręczniki do
plecaka.
Ja w tym czasie zamówiłam mały sok, a on dopijał zimną już czekoladę.
- Dokąd się wybierasz na studia? - zapytał.
Nie do końca usłyszałam, bo co chwilę przyglądałam się chłopakowi
rozmawiającemu z kelnerką. Wcisnął jej w dłoń jakąś kartkę, a ona
uśmiechała się do niego, jakby tylko czekała, aż będzie mogła wskoczyć
mu do łóżka.
On to robi specjalnie. Przecież nawet nie pije kawy!
Ty też jej nie pijesz, a jednak siedzisz w kawiarni...
- Yyy, przepraszam. Co mówiłeś?
- Pytałem, gdzie idziesz na studia - powtórzył.
- Jeszcze nie zdecydowałam. A ty? - powiedziałam nerwowo, spoglądając to
na chłopaka przede mną, to na dziewczynę, która skończyła rozmowę z Aidenem.
Szła właśnie w naszą stronę, ale ku mojemu zdziwieniu wyciągnęła tylko
szmatkę i zaczęła przecierać stolik za Zane'em.
Czysty stolik.
- Ja idę na MIT. Byłem już nawet na rozmowie i muszę przyznać, że mają
bardzo ciekawe... - Nie dokończył, bo dziewczyna za nim niby przypadkowo
trąciła jego ramię, tak że wylał czekoladę, którą trzymał w dłoni, na
kremowy sweter.
Przyłożyłam dłonie do ust, a potem oboje zerwaliśmy się ze swoich
miejsc.
- Bardzo przepraszam! - krzyczała kelnerka, próbując zetrzeć plamę
szmatką. Chłopak odstawił filiżankę na stolik i strzepał z dłoni krople
lepkiego napoju. - Może pomogę, zapraszam za mną do toalety.
Zane poszedł za dziewczyną, a ja zostałam przy stoliku, który próbowałam
nieco uprzątnąć. W tym samym momencie usłyszałam ciche śmiechy
chłopaków, które ustały, gdy tylko na nich popatrzyłam. Zachowywali się
jak rozwydrzeni gówniarze.
- No nie wierzę - wyszeptałam pod nosem, rzucając mokre serwetki o blat.
Zerwałam się z miejsca, przeszłam na koniec sali i oparłam się dłońmi o stolik ciągle śmiejących się chłopaków. - Bawi was to? - Posłałam im
piorunujące spojrzenie.
- Ale o co chodzi? - zapytał Shawn, starając się zasłonić usta.
- Nie rób ze mnie idiotki. Myślisz, że nie wiem, co jest grane? Może mi
jeszcze powiesz, że przypadkiem znaleźliście się w tej samej kawiarni co
ja? To, że twój przyjaciel jest kretynem, już wiem, ale myślałam, że ty
masz trochę więcej rozumu, Shawn. - Popatrzyłam z góry na blondyna, a on
trochę spoważniał.
- Cass, my tylko...
- Daruj sobie. - Odbiłam się od stolika i pomaszerowałam na swoje
miejsce.
Chwilę później wrócił też Zane, który nadal przecierał sweter papierowym
ręcznikiem.
- Bardzo cię przepraszam - powiedziałam do chłopaka, bawiąc się nerwowo
palcami.
- Daj spokój, przecież to nie twoja wina. To pewnie karma za tamtą
plamę. - Zaśmiał się, czym wywołał uśmiech na mojej twarzy.
Spojrzałam na klejący się stolik i w tym momencie wpadłam na kolejny
pomysł. Uśmiechnęłam się pod nosem, po czym zmieniłam wyraz twarzy na
milszy i niewinny.
- Wiesz co, mam pomysł. Może pojedziemy do mnie, zamówimy pizzę.
Gwarantuję ci, że tam nikt nic na ciebie nie wyleje - powiedziałam,
podchodząc bliżej. Położyłam delikatnie dłoń na jego ramieniu i zadarłam
głowę. Zane się spiął, co spostrzegłam, gdy zgniótł skrawek papieru w dłoni. - Moja mama jest jeszcze w pracy, więc będziemy sami - dodałam,
zbliżając się do niego.
Słyszałam, jak głośno przełyka ślinę, i wiedziałam, że próbuje walczyć z obrazami, które podpowiada mu wyobraźnia.
Przepraszam, Zane, ale na nic się nie nastawiaj. Do niczego między nami
nie dojdzie.
Pokiwał głową i szybko pozbierał swoje rzeczy. Otworzył mi drzwi i puścił przodem, a ja spojrzałam na Bauera i Wooda, wzruszając ramionami.
Obaj wyglądali na wkurzonych, bo przegrywali we własnej grze.
***
Po drodze odebraliśmy zamówioną pizzę i pojechaliśmy do mnie. Zaprosiłam
Zane'a do salonu. Przejechał palcami po czarnych włosach i rozejrzał się
po pokoju. Spojrzał na półkę ze starymi zdjęciami i zatrzymał wzrok na
jednym z nich.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki