Divine (#3). Divine Serenity - Joanna Boczar

Kup ebooka

44.99 zł
37.58 zł (37,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Byłaś kiedyś zakochana?

Podobno, jeśli kogoś kochasz, musisz dać mu wol­ność. Nikt jed­nak nie mówi, jak wtedy masz żyć dalej. Jak budzić się bez czę­ści duszy? Co zro­bić, gdy zatę­sk­nisz za gło­sem, spoj­rze­niem i doty­kiem? Jak żyć, jeśli życie bez niego nie ist­nieje.

Chcia­łam dobrze. Mój wspa­niały Aiden. Nie zasłu­żył na życie, które mu ofe­ro­wano, dla­tego poda­ro­wa­łam mu nowe. Nie chcę przy­po­mi­nać mu o prze­szło­ści. Powi­nien oddzie­lić ją grubą kre­ską, zosta­wić za sobą całe zło.

Ale czy to jedyny powód mojej tchórz­li­wej ucieczki?

Aiden był ze mną szczery od samego początku. Nawet wtedy, gdy oba­wiał się mojej reak­cji. Mówił o wszyst­kim uczci­wie, choć jest jedną z naj­bar­dziej skry­tych osób, jakie znam. Nie lubi się dzie­lić emo­cjami, kamu­fluje je. Dokład­nie tak, jak ja to robi­łam. To dla­tego dla innych był "tym Aide­nem Woodem", kapi­ta­nem dru­żyny koszy­kar­skiej i obiek­tem wes­tchnień płci pięk­nej. Dla mnie to mój Apollo, który wycią­gnął mnie z tłumu. Który cało­wał mnie na szkol­nym boisku, gdy deszcz spły­wał po naszych twa­rzach i ubra­niach. To osoba, która we mnie uwie­rzyła i dała mi nadzieję. Ktoś, komu zawdzię­czam życie, bo dzięki niemu naro­dzi­łam się na nowo.

Za jego szcze­rość odwdzię­czy­łam się kłam­stwem. Zgry­wa­łam cnotkę, a do tego wście­ka­łam się, gdy nie mówił mi prawdy, pod­czas gdy sama przez cały czas go oszu­ki­wa­łam. Zde­zer­te­ro­wa­łam jak tchórz, bo nie jestem w sta­nie spoj­rzeć w te piękne cze­ko­la­dowe oczy. Nie zasłu­ży­łam na jego miłość.

W motelu skła­ma­łam po raz kolejny. Powie­dzia­łam wtedy, że nie mam nic do stra­ce­nia. Och, jak bar­dzo się myli­łam. Stra­ci­łam naj­wspa­nial­szą osobę, jaką poda­ro­wał mi wszech­świat. Może został mi zesłany na poczet przy­szłych wyda­rzeń? Miał mi pomóc przejść przez cały ten syf. Był jak oaza pośrodku pustyni. Był moją ostoją. Był wszyst­kim, czego pra­gnę­łam. To dość zabawne, zwa­żyw­szy na to, że nasza histo­ria, przy­naj­mniej dla mnie, zaczęła się od nega­tyw­nego nasta­wie­nia do niego. Na wspo­mnie­nie pierw­szych słów, jakie wypo­wie­dział w moją stronę, uśmiech sam ciśnie mi się na usta, lecz wraz z nim do oczu napły­wają łzy.

Byłam twoim sła­bym punk­tem, dla­tego zde­cy­do­wa­łeś, że odej­dziesz. Ty rów­nież jesteś moim sła­bym punk­tem. Każde ude­rze­nie w cie­bie jest ude­rze­niem we mnie. Jeśli ktoś wyko­rzy­sta cię prze­ciwko mnie, oboje tego nie prze­ży­jemy.

To jedyne, o czym myśla­łam. Pró­bo­wa­łam prze­ko­nać samą sie­bie, że postę­puję wła­ści­wie, że wyświad­czam mu przy­sługę, zdej­mu­jąc z niego ten cię­żar. Wizja jego szczę­ścia była dla mnie naj­cen­niej­sza, ale to, że mia­łam go już nie zoba­czyć...

Odcho­dzę, bo nie znio­sła­bym two­jego roz­cza­ro­wa­nia.

Zatrzy­ma­łam się na czer­wo­nym świe­tle na jed­nym ze skrzy­żo­wań kil­ka­na­ście mil od San Diego. Tak naprawdę nawet nie wie­dzia­łam, dokąd jadę. Może po pro­stu przed sie­bie. Korzy­sta­jąc z oka­zji, chcia­łam dopro­wa­dzić się do porządku. Czu­łam, jak łzy zmy­wają resztki tuszu z rzęs i zasy­chają na policz­kach. Po nie­dbale nało­żo­nym korek­to­rze, który miał zakryć zmę­cze­nie, praw­do­po­dob­nie nie było już śladu. Otwo­rzy­łam osłonę prze­ciw­sło­neczną, w któ­rej zamon­to­wano lusterko, aby upew­nić się, że moja twarz jest czy­sta. W tym samym momen­cie odkle­iło się małe zdję­cie wyko­nane pola­ro­idem. Byli­śmy na nim wszy­scy, cała paczka w naj­bar­dziej ele­ganc­kim wyda­niu. Zdję­cie z naszego balu. Ja i Miles mie­li­śmy na sobie korony kró­lo­wej i króla balu. Do dzi­siaj nie wiem, kto mnie nomi­no­wał. Byli­śmy tacy szczę­śliwi. Vera cało­wała San­dersa w poli­czek, Lewis pod­no­sił niską Sky, aby na pewno zna­la­zła się w kadrze. Miles opie­rał deli­kat­nie łokieć na gło­wie Liv, która wpa­dła do nas na kilka minut, bo swój bal miała dopiero za rok. Była ubrana tak ele­gancko, że nie dało się jej odróż­nić od naszych rówie­śni­ków. Shawn był widoczny tylko w poło­wie, bo to on robił nam fotkę. A Aiden... On patrzył na mnie, gdy uśmie­cha­łam się w stronę obiek­tywu.

Chcia­ła­bym się cof­nąć do tego czasu i spoj­rzeć na niego jesz­cze ten jeden raz.

Nie udało mi się powstrzy­mać łzy, która spły­nęła po policzku. Otar­łam ją, prze­krę­ca­jąc lekko głowę, gdy moim oczom uka­zał się roz­świe­tlony neon. Podłużny różowy znak przy­cią­gał uwagę w pustej oko­licy. W budynku paliło się jesz­cze świa­tło, ale nikogo nie dostrze­głam. Auto­ma­tycz­nie chwy­ci­łam w palce nie­dawno napra­wiony naszyj­nik, który dosta­łam od Aidena. Dzień, w któ­rym mi go poda­ro­wał, był jed­nym z naj­pięk­niej­szych, jakie dane mi było prze­żyć. Ten moment chcia­łam zapa­mię­tać na zawsze. Stale mieć go ze sobą.

Pod­sko­czy­łam lekko na sie­dze­niu, gdy samo­chód za mną zatrą­bił. Dopiero wtedy zorien­to­wa­łam się, że świa­tło zmie­niło się na zie­lone. Prędko wrzu­ci­łam bieg i ruszy­łam przed sie­bie, ale tylko po to, by zawró­cić na naj­bliż­szym par­kingu. Kilka minut póź­niej zapar­ko­wa­łam pod kamie­nicą ze świe­cą­cym napi­sem "Tatu­aże". Wło­ży­łam bluzę i zarzu­ci­łam sobie kap­tur na głowę. Z rękami scho­wa­nymi w dużej kie­szeni ruszy­łam w stronę na wpół prze­szklo­nych drzwi. Gdy szarp­nę­łam za srebrną klamkę, ogar­nęło mnie roz­cza­ro­wa­nie. Drzwi były zamknięte, ale czego się spo­dzie­wa­łam? Że salony tatu­ażu są otwarte przez całą dobę?

Już mia­łam odejść, gdy do drzwi pode­szła młoda dziew­czyna. Jej szyja i ręce były pokryte prze­róż­nymi malun­kami. Czarne, krót­kie włosy do ramion kom­po­no­wały się ze zło­to­brą­zową kar­na­cją, a kol­czyki w uszach i nosie doda­wały ory­gi­nal­no­ści. Miała ciem­no­brą­zowe oczy i długi, lekko zakrzy­wiony nos. Była nie­wiele star­sza ode mnie, a przy­naj­mniej tak mi się wyda­wało.

- Już zamknięte - powie­działa z dziw­nym akcen­tem, gdy lekko uchy­liła drzwi.

Odwró­ci­łam się w jej stronę i jesz­cze raz zer­k­nę­łam na piękny szyld.

- Rozu­miem, ja tylko myśla­łam... To zna­czy chcia­łam zro­bić mały tatuaż - wydu­si­łam z sie­bie i dopiero wtedy zda­łam sobie sprawę, jak mar­two brzmię.

Dziew­czyna zeska­no­wała mnie od stóp aż po czu­bek głowy. Zatrzy­mała się na zaczer­wie­nio­nych oczach, opuch­nię­tych powie­kach i zasi­nie­niach spo­wo­do­wa­nych zmę­cze­niem. Wes­tchnęła ciężko i skrzy­żo­wała ręce na pier­siach.

- Jak mały ten tatuaż? - zapy­tała, otwie­ra­jąc sze­rzej drzwi.

Patrzy­łam na nią zdzi­wiona, gdy ski­nęła głową w stronę wej­ścia i uśmiech­nęła się cie­pło.

Rozej­rza­łam się po chod­niku, który świe­cił pust­kami, i osta­tecz­nie pod­ję­łam decy­zję. Wsko­czy­łam po dwóch schod­kach i zna­la­złam się w salo­nie. W środku było pełno zdjęć, a może bar­dziej wzo­rów opra­wio­nych w ramki. W kącie dostrze­głam dużą, lekko znisz­czoną białą rzeźbę pokrytą czar­nymi wzo­rami. Wyta­tu­owana bogini.

Przy jed­nej ze ścian stała czarna skó­rzana kanapa, a przy dru­giej - kozetka w tym samym kolo­rze. Nad sufi­tem roz­cią­gały się ledowe paski, które oświe­tlały pomiesz­cze­nie. Neon podobny do tego przed wej­ściem, tyle że pła­ski, wisiał na czar­nej ścia­nie nad kanapą.

- Co to za tatuaż? - zapy­tała dziew­czyna.

Roz­pię­łam naszyj­nik i go jej poda­łam.

- Tylko tę drugą część, czarną. Chcę, żeby był dokład­nie w tym miej­scu, w któ­rym koń­czy się naszyj­nik - odpo­wie­dzia­łam, wska­zu­jąc zagłę­bie­nie mię­dzy pier­siami, na gór­nej czę­ści mostka.

Dziew­czyna wzięła mój naszyj­nik, a kiedy mu się przy­glą­dała, kącik jej ust deli­kat­nie drgnął.

- Mam déja vu - zaśmiała się cicho i pokrę­ciła głową.

- Nie rozu­miem... - odpar­łam zdzi­wiona.

Patrząc na mały sym­bol, z roz­ba­wie­niem pokrę­ciła głową.

- Jakieś dwa mie­siące temu przy­szedł tutaj chło­pak. Wydaje mi się, że mógł mieć dzie­więt­na­ście, może dwa­dzie­ścia lat. Poka­zał mi czarną część tego znaku i powie­dział, że chce wyta­tu­ować drugą, dokład­nie w tym samym miej­scu co ty, na mostku. Chyba mam jesz­cze gdzieś ten wzór, zacze­kaj tutaj, zaraz zaczniemy - powie­działa, zni­ka­jąc w przej­ściu do innego pomiesz­cze­nia.

Wpa­try­wa­łam się w miej­sce, w któ­rym jesz­cze chwilę temu stała dziew­czyna z moim naszyj­ni­kiem w dłoni. Po jej sło­wach roz­chy­li­łam lekko usta, a moje ciało zesztyw­niało.

Czy to moż­liwe, że wylą­do­wa­łam w tym samym salo­nie tatu­ażu co Aiden i do tego z iden­tyczną prośbą?

Byli­śmy w takim samym punk­cie życia. Pełni obaw i stra­chu, ale też miło­ści, dla któ­rej chcie­li­śmy poświę­cić całych sie­bie.

Chcia­łam, żeby jego część choć sym­bo­licz­nie była ze mną.

- Zna­la­złam. Możesz ścią­gnąć bluzę i poło­żyć się na kozetce, a ja przy­go­tuję kalkę - powie­działa tatu­atorka.

Wró­ci­łam na zie­mię na dźwięk jej głosu. Się­gnę­łam do ręka­wów bluzy, a potem odło­ży­łam klu­czyki od samo­chodu na sto­lik. Gdy zosta­łam w samym czar­nym sta­niku, przy­cią­gnę­łam bluzę do ciała, bo czu­łam się nie­kom­for­towo. Mia­łam wra­że­nie, że w każ­dej chwili ktoś może mnie zoba­czyć przez okno wycho­dzące na ulicę.

- To twój pierw­szy tatuaż? - zapy­tała, choć mia­łam prze­czu­cie, że zna odpo­wiedź. - Jeśli chcesz, mogę ci dać swój top, nie będzie prze­szka­dzał w tatu­owa­niu - zapro­po­no­wała, na co przy­tak­nę­łam.

- Dzięki - powie­dzia­łam, kiedy podała mi krótką czarną koszulkę.

- Jestem Mira - wycią­gnęła rękę w moją stronę.

- Cas­sie - przed­sta­wi­łam się i uści­snę­łam jej dłoń.

Dziew­czyna po kolei tłu­ma­czyła mi każdą czyn­ność. Nic nie wie­dzia­łam o tatu­owa­niu, więc to było dla mnie jak lek­cja, dzięki któ­rej mogłam się sku­pić na czymś innym niż chło­pak z takim samym tatu­ażem. Prze­nio­sła wzór z kalki na oczysz­czoną skórę, a następ­nie przy­go­to­wała sprzęt.

- Jesteś stąd? Z Kali­for­nii? - zapy­ta­łam, sta­ra­jąc się nie patrzeć na igłę, która zaraz miała wbić się w moją skórę.

- Nie, z Werony, mia­sta Romea i Julii.

- Jesteś Włoszką? - doda­łam, na co poki­wała głową. Jej akcent był o wiele ład­niej­szy niż Valen­tiny. - W takim razie jak zna­la­złaś się w Sta­nach?

- Długa histo­ria. Rodzice wysłali mnie na stu­dia, ale gdy pry­mu­ska zawa­liła już pierw­szy semestr na uni­wer­sy­te­cie w Bosto­nie, wście­kli się. Zagro­zili, że usuną mnie z testa­mentu, tyle że ja mia­łam to total­nie w dupie. Rzu­ci­łam stu­dia, prze­nio­słam się do Kali­for­nii, wyre­mon­to­wa­łam dwa pokoje na zaple­czu i otwo­rzy­łam stu­dio tatu­ażu - jej głos był pozba­wiony emo­cji, jakby wła­śnie opo­wia­dała fabułę jakie­goś filmu.

Popra­wiła okrą­głą lampę, która oświe­tlała część skóry, na któ­rej miała pra­co­wać.

- Ni­gdy nie chcia­łaś wró­cić?

- Do Werony? - unio­sła kącik ust. - Nie. Tutaj jest mój dom. Para­dok­sal­nie to wła­śnie tutaj zna­la­złam swo­jego Romea. Ni­gdy bym go nie zosta­wiła - posłała mi uśmiech, który odwza­jem­ni­łam. - To co, zaczy­namy? - zła­pała sprzęt w dłoń.

- Będzie bolało? - zapy­ta­łam z prze­ra­że­niem.

Nie bałam się igieł, ale nie byłam też maso­chistką, aby spra­wiać sobie ból dla przy­jem­no­ści.

- A byłaś kie­dyś zako­chana? - zapy­tała nagle, uno­sząc brew.

W pierw­szej chwili myśla­łam, że żar­tuje, lecz gdy jej twarz pozo­sta­wała poważna, zro­zu­mia­łam, że pyta na serio. Poki­wa­łam nie­pew­nie głową, czu­jąc dziwne cie­pło.

Nie byłam, tylko jestem zako­chana.

- W takim razie wiesz, co to praw­dziwy ból.

Kolejne minuty spę­dzi­ły­śmy na two­rze­niu wzoru. Sta­ra­łam się nic nie mówić, aby nie prze­szka­dzać Mirze w pracy, jed­nak w trak­cie tatu­owa­nia z moich ust wydo­stało się kilka nie­cen­zu­ral­nych słów. Bolało jak ope­ra­cja bez znie­czu­le­nia, ale to podobno przez miej­sce na ciele, które wybra­łam.

Ten ból jest niczym w porów­na­niu z tym, który wła­śnie prze­ży­wam, zosta­wia­jąc miłość swo­jego życia.

Po stwo­rze­niu kon­turu popro­si­łam o kilka minut prze­rwy przed wypeł­nia­niem. To był mój pierw­szy tatuaż i jesz­cze nie przy­zwy­cza­iłam się do kil­ku­set ukłuć małą igłą. Kie­dyś roz­ma­wia­łam z mamą na temat skut­ków tatu­aży. Ona sama miała jeden, ale nie wie­działa, że o nim wiem. Powta­rzała mi, że to nie­po­trzebna inge­ren­cja w ciało, a tusz prze­staje wyglą­dać dobrze, gdy skóra się sta­rzeje. Przez cały czas utrzy­my­wała, że ni­gdy by tak sie­bie nie skrzyw­dziła.

Nawet nie zdą­ży­łam jej powie­dzieć, że wiem o jej tatu­ażu.

- Teraz twoja kolej, opo­wia­daj. Co robisz zapła­kana w środku nocy w moim stu­diu? - Mira roz­sia­dła się wygod­nie na kana­pie, gdy ja przez cały czas leża­łam na kozetce, bo mia­łam wra­że­nie, że jeśli wstanę, to runę na pod­łogę.

- Wyjeż­dżam i chcia­łam mieć... pamiątkę - odpo­wie­dzia­łam wymi­ja­jąco, bo czu­łam, że ponowne zagłę­bie­nie się w temat będzie moim koń­cem. Roz­kleję się przed obcą osobą. - Nie wiem dokąd, ale wiem, że nie mogę tutaj zostać. Tak będzie lepiej.

- Dla kogo? - zapy­tała. - Dla niego? - wska­zała na wzór na mojej skó­rze. - Musi być bar­dzo ważny, skoro poświę­ci­łaś mu kawa­łek swo­jej skóry.

Ja cała jestem jego.

- Naj­waż­niej­szy - odpo­wie­dzia­łam, wbi­ja­jąc paznok­cie w dło­nie, aby się nie roz­pła­kać.

- Jeśli zro­bi­łaś dla niego tatuaż, to chyba musi być ten jedyny. W końcu wzór na ciele jest jesz­cze gor­szy niż obrączka - prych­nęła, poda­jąc mi szklankę z wodą.

- Co masz na myśli?

- No wiesz, obrączkę zawsze możesz ścią­gnąć, wyrzu­cić, zgu­bić, a tatuaż jest na zawsze. Nawet jeśli będziesz chciała go usu­nąć, może zostać bli­zna. Słowo "tatuaż" ozna­cza trwały znak. Fizyczna rana się zagoi, a ból z cza­sem minie, ale jeśli ten tatuaż będzie ci o kimś przy­po­mi­nał - o kimś, kogo kocha­łaś - to twoja rana na duszy będzie cią­gle otwarta.

Tatuaż już nie bolał, bolały słowa. Nie ura­ziło mnie to, co powie­działa Mira. Każde wypo­wie­dziane przez nią zda­nie było smutną prawdą. Kiedy wyjadę, ten mały tatuaż będzie mi przy­po­mi­nał, że także on ma na swo­jej skó­rze kawa­łek mnie. Za każ­dym razem, gdy spoj­rzę na ten wzór, wspo­mnę imię chło­paka, od któ­rego ucie­kłam mimo jego cie­pła i miło­ści, którą mnie obda­rzył. Gdy ktoś zapyta o zna­cze­nie sym­bolu, opo­wiem mu histo­rię o słońcu i księ­życu, wodzie i ogniu, które rów­no­ważą się i uzu­peł­niają dzięki prze­ciw­no­ściom. Opo­wiem o gwiaz­dach, które oglą­da­li­śmy, i burzy, jaką wywo­ła­li­śmy, w każ­dej sekun­dzie roz­pa­mię­tu­jąc i roz­my­śla­jąc, czy mogłam zro­bić coś ina­czej. Będę go szu­kać w każ­dej napo­tka­nej oso­bie, z nadzieją, że w końcu dostrzegę jego twarz.

Co ja naj­lep­szego robię? Wal­czy­łam o niego tak długo. Wal­czy­łam o nas, nawet gdy mogłam przez to zgi­nąć. Tak samo on wal­czył, chro­nił mnie, był ze mną. A ja ucie­kam jak dezer­ter, gdy tylko powi­nie mi się noga.

Tylko z nim mogłam sie­dzieć godzi­nami w ciszy, bo nie potrze­bo­wa­li­śmy słów. Nie byli­śmy dobrzy w mówie­niu, wystar­czyło jedno spoj­rze­nie, jeden gest. To one wyra­żały wszystko, czego nie potra­fi­li­śmy ubrać w słowa. To nas wypeł­niało. Odczy­ty­wa­li­śmy sie­bie nawza­jem.

Mira dokoń­czyła wypeł­nia­nie sym­bolu, gdy ja pogrą­ży­łam się w myślach. Nawet nie poczu­łam wbi­ja­ją­cej się pod skórę igły. Po wszyst­kim nało­żyła mi opa­tru­nek i coś tłu­ma­czyła, ale jedyne, co sły­sza­łam w gło­wie, to jego głos. Był taki gło­śny i piękny. Taki żywy, jakby Aiden stał tuż przy mnie i mówił wprost do ucha. Nie chcia­łam z tym wal­czyć. Słu­cha­łam, gdy wypo­wia­dał tylko jedno słowo.

Wróć.

W tam­tej chwili jesz­cze nie rozu­mia­łam, dla­czego serce kazało mi jechać aku­rat tam. Wcze­śniej nie czu­łam celu, nie zna­łam desty­na­cji. Teraz serce dzia­łało jak kom­pas i zapro­wa­dziło mnie nad jezioro. Może los wła­śnie dał nam nową szansę. Podobno to tutaj wszystko się zaczęło. Gdy dostrzegł mnie oglą­da­jącą gwiazdy. Tutaj mogli­śmy zacząć jesz­cze raz. Bez tajem­nic, bez uda­wa­nia. Tabula rasa.

Cały świat zawi­ro­wał na widok czar­nego camaro. Zro­zu­mia­łam, dla­czego to wła­śnie tu mnie cią­gnęło. Tutaj była część mnie. Zoba­czy­łam go. Leżał na pomo­ście. Świa­tło księ­życa ide­al­nie oświe­tlało jego syl­wetkę, jakby było moim dro­go­wska­zem. To księ­życ poka­zał mi kie­ru­nek.

Jakaś cząstka mnie chciała się wyco­fać. Nie ranić go swoim wido­kiem, ale wtedy świeżo zro­biony tatuaż zapiekł. Spu­ści­łam wzrok i przy­ło­ży­łam dłoń do bluzy, pod którą znaj­do­wał się opa­tru­nek. Kiedy wró­ci­łam wzro­kiem do Aidena, dostrze­głam jego dłoń. Leżała na tatu­ażu. Moje serce natych­miast zaczęło się do niego wyry­wać, czuło, jak jest bli­sko.

To było cho­ler­nie trudne.

Posta­wi­łam pierw­szy nie­pewny krok, nie patrząc pod nogi. Wzrok skon­cen­tro­wa­łam na Aide­nie. Byłam pewna, że jeśli choć na sekundę coś mnie roz­pro­szy i spusz­czę go z oka, wyco­fam się. Chcia­łam pamię­tać każdy detal, coraz wyraź­niej widzia­łam, jak jego klatka pier­siowa unosi się i opada. Oczy miał zamknięte, ale nie spał. Poru­sza­łam się jak naj­ci­szej, lecz gdy weszłam na pomost, lekko zaskrzy­piał. Aiden nawet nie drgnął, zupeł­nie jakby nie obcho­dziło go to, co się zaraz sta­nie.

Stra­cił nadzieję.

Zro­bi­łam kilka kolej­nych powol­nych kro­ków, aż w końcu sta­nę­łam nad leżą­cym chło­pa­kiem. Ze spusz­czoną głową patrzy­łam na jego twarz. Oczy wciąż miał zamknięte, a z bli­ska wyda­wał się o wiele smut­niej­szy.

- Nie umiem - wydu­si­łam z sie­bie, prze­ły­ka­jąc wielką gulę w gar­dle.

Po policz­kach cie­kły łzy, a dło­nie i nogi dygo­tały ze stra­chu.

Aiden powoli roz­chy­lił powieki. Patrzył na mnie sko­ło­wa­nym wzro­kiem, jakby sam nie wie­dział, czy to, co widzi, jest realne, czy to tylko wytwór jego wyobraźni. Widzia­łam jego spierzch­nięte wargi i pod­krą­żone oczy.

- Nie potra­fię odejść - wyszep­ta­łam łamią­cym się gło­sem.

Wstał powoli i z lekko roz­chy­lo­nymi war­gami wpa­try­wał się we mnie jak w ducha. Nie wie­dzia­łam, co czuje. Czy jest zły, może nawet wście­kły? Widzia­łam jedy­nie jego oczy. Były zaczer­wie­nione i mokre od łez. Cała twarz wyglą­dała jak po przej­ściu tor­nada. Posza­rzała skóra uwy­dat­niła kości policz­kowe, a kilka ciem­nych kosmy­ków przy­kle­iło się do czoła.

- To ego­istyczne, ale nie mogłam. Musia­łam jesz­cze raz cię zoba­czyć, prze­ko­nać się, że jesteś bez­pieczny - pró­bo­wa­łam odszu­kać w gło­wie słowa, które wypeł­nią ciszę. Aiden pod­szedł krok bli­żej. - Zacho­wa­łam się jak tchórz, ale myśla­łam, że tak będzie lepiej. Tak naprawdę nie wiem, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Nie rozu­miem tego. Nie chcę, żeby teraz zadrę­czała cię moja prze­szłość i...

- Cas­sie... - wychry­piał Aiden.

Unio­słam wzrok na jego twarz. Wyglą­dał, jakby wła­śnie na nowo wstą­piło w niego życie. Oczy lśniły, a łzy niczym fale powo­dziowe prze­biły się przez wały i roz­lały się po policz­kach. Skost­nia­łymi od zimna dłońmi objął moją twarz, po któ­rej rów­nież lały się łzy, a chwilę póź­niej przy­cią­gnął mnie do sie­bie i scho­wał głowę w zagłę­bie­niu szyi. Całą jego twarz zakryły moje włosy, lecz zupeł­nie mu to nie prze­szka­dzało. Wdy­chał ich zapach niczym dro­gie per­fumy. Czu­łam, jak jego ramiona zaci­skają się wokół mojej talii.

- Tak bar­dzo się bałem - wyszep­tał w moje włosy.

Prze­su­wa­łam dłońmi po jego ple­cach, pró­bu­jąc roz­grzać zmar­z­nięte ciało.

- Już nie musisz. Diega już nie ma, jesteś wolny, sły­szysz? - powta­rza­łam.

- Bałem się, że wię­cej cię nie zoba­czę - wyrzu­cił z sie­bie. - Nie zosta­wiaj mnie, pro­szę.

W tym momen­cie odnio­słam wra­że­nie, że coś we mnie pęka. Odrzu­ci­łam całą nie­pew­ność, gdy wtu­lał się we mnie jak mały chło­piec. Unio­słam wzrok ku niebu, aby powstrzy­mać łzy. Ści­ska­łam jego zmę­czone ciało, lekko go pod­trzy­mu­jąc.

- Aiden, zro­bi­łam coś strasz­nego. Przy­czy­ni­łam się do jego śmierci, widzia­łam ją. Widzia­łam jego krew, ale prze­cież zasłu­żył, prawda? To zły czło­wiek. Chcia­łam tylko, żebyś zaczął od początku, żebyś naro­dził się na nowo. Przy­po­mi­na­ła­bym ci o tym, co było. Nie zasłu­guję na tę miłość - odsu­nę­łam się od niego, ale zatrzy­mał mnie i przy­ło­żył dło­nie do moich policz­ków.

- Gdy­bym miał się naro­dzić sto razy, sto razy zako­chał­bym się w tobie na nowo, bo jesteś tego warta. Bła­gam, nie odchodź.

Widok bła­ga­ją­cego Aidena Wooda był czymś nie­spo­ty­ka­nym. Ten czło­wiek jedy­nie żądał, wyma­gał i ocze­ki­wał. Kie­dyś.

Daw­niej cheł­pi­ła­bym się tym, że boski Aiden Wood mnie błaga. Dzi­siaj zro­zu­mia­łam, że już ni­gdy nie zdo­łam mu odmó­wić. Nawet nie musiał bła­gać.

- Nie odejdę. Choć­bym chciała... nie potra­fię cię zosta­wić - wtu­li­łam się w jego ramiona, a on oparł brodę o moją głowę. - Ale nie chcę cię wię­cej okła­my­wać - odsu­nę­łam się od niego i zaci­snę­łam pię­ści, wal­cząc ze sobą.

Musisz to zro­bić. Jesteś mu to winna.

- Powiem ci teraz wszystko, na co wcze­śniej nie mia­łam odwagi. Powiem ci coś, co może zmie­nić twoje zda­nie o mnie, coś, czego nie chcę pamię­tać. To dzień, który wyma­za­łam ze swo­jego życia.

Zro­bię to tutaj, aby­śmy mogli w tym samym miej­scu zacząć od początku. To będzie nasza wigi­lia oczysz­cze­nia.

- Opo­wiem ci swoją histo­rię.

2

Prywatny ideał

Za wszelką cenę sta­ra­łam się unik­nąć tej roz­mowy. Zdzie­rała ona ze mnie wszyst­kie maski, które przez lata przy­kle­ja­łam do twa­rzy, gra­jąc kogoś zupeł­nie innego niż w rze­czy­wi­sto­ści. Cas­sie, którą wykre­owa­łam, była ide­ałem. Była lubiana, ładna i dobrze się uczyła. Tamta Cas­sie nie rozu­miała, dla­czego nie­które osoby celowo nisz­czą wła­sną repu­ta­cję i wysta­wiają się na nie­po­chlebne opi­nie. Aiden Wood repre­zen­to­wał wszystko, do czego żywiła wstręt. Nie przej­mo­wał się, co inni mówią na jego temat. Rozu­miał swoją prze­szłość i otwar­cie żało­wał błę­dów. Zro­bił wszystko, aby się od tego odciąć i iść dalej, ale przy tym ni­gdy nie zapo­mniał. To była część jego życia. Histo­ria, która go ukształ­to­wała, nie­za­leż­nie od tego, jak była trudna. Ni­gdy nie zapo­mniał. Ni­gdy się jej nie wyparł. Tamta Cas­sie nie­na­wi­dziła Aidena Wooda, bo miał wszystko to, o czym ona tylko marzyła.

Nie sądzi­łam, że to będzie tak cho­ler­nie trudne, ale dla niego pra­gnę­łam zro­bić wszystko, choćby zejść do samego pie­kła, bo to dzięki niemu powstała nowa Cas­sie. Powoli i deli­kat­nie ścią­gał maski, pod któ­rymi ukry­łam prawdę.

Mimo to bałam się, że przez prawdę, która podobno ma mnie wyzwo­lić, stracę czło­wieka, któ­rego kocham. Wola­łam uciec z myślą, że mnie kochał, niż patrzeć, jak iskra w jego oczach gaśnie, a on sam zaczyna mną gar­dzić. Nar­cy­styczna część mnie kazała mi znik­nąć bez ostat­niego spoj­rze­nia pro­sto w oczy, bo wie­dzia­łam, że gdy to zro­bię, już nie odejdę. Rozum kazał odejść, a serce bła­gal­nie wołało jego imię, jakby wie­działo, że bez niego wkrótce prze­sta­nie bić. Wła­śnie dla­tego sie­dzia­łam teraz na sta­rym drew­nia­nym pomo­ście z chło­pa­kiem, któ­rego już za kilka minut mogłam stra­cić. Wpa­try­wa­łam się w księ­życ odbi­ja­jący się od tafli jeziora. Nie prze­szka­dzał mi chłodny wiatr, który był typowy dla tej pory roku. Kali­for­nij­skie święta nie sły­nęły ze śniegu i z mrozu, mimo to ich atmos­fera zawsze mi się podo­bała. Teraz zupeł­nie ich nie czu­łam.

Przez kil­ka­na­ście minut sie­dzie­li­śmy w ciszy. Po raz setny powta­rza­łam w gło­wie to, co chcę powie­dzieć, ale nie mogłam się prze­ła­mać. Cho­ciaż patrzy­łam w bok, wie­dzia­łam, że Aiden mi się przy­gląda. Jego dło­nie krę­ciły nie­wiel­kie kółka, roz­grze­wa­jąc mi kolana. Kom­for­towa i nie­na­chalna bli­skość była wszyst­kim, czego potrze­bo­wa­łam, deli­katny dotyk uspo­ka­jał upo­rczywe myśli.

- Moi rodzice długo nie mogli mieć dzieci - zaczę­łam, dalej na niego nie patrząc. - Kiedy w końcu się poja­wi­łam, dawali mi wszystko, ale też dużo ode mnie wyma­gali. Byłam ich ide­ałem. To chyba taki syn­drom jedy­naczki. Od dziecka cho­dzi­łam na różne zaję­cia dodat­kowe, ale wtedy trak­to­wa­łam to jako szansę, a może nawet zabawę. Mimo pracy rodzice zawsze mieli dla mnie czas. Dużo roz­ma­wia­li­śmy, bawi­li­śmy się, co week­end jeź­dzi­li­śmy na plażę, a wie­czo­rami patrzy­li­śmy w gwiazdy. Uwa­ża­łam, że moje życie jest ide­alne - prych­nę­łam pod nosem, zdzie­ra­jąc skórki przy paznok­ciach. - W dniu, w któ­rym odszedł tata, wszystko się zmie­niło. Nagle mój dosko­nały świat runął i nie było nikogo, kto pomógłby mi go poskła­dać. Prze­sta­ły­śmy roz­ma­wiać z mamą, odcię­ły­śmy się od rodziny. Dziad­ko­wie z jej strony ode­szli jesz­cze przed moim naro­dze­niem, a ci ze strony taty... Po jego pogrze­bie bab­cia pokłó­ciła się z mamą. Obwi­niała ją, że to przez nią jej syn nie żyje. To dla­tego nie chcia­łam mieć z nią kon­taktu. Tak naprawdę nie roz­ma­wia­ły­śmy aż do pogrzebu mamy. Po śmierci taty została mi już tylko mama, która całe dnie spę­dzała w pracy. Cza­sami nawet jej nie widzia­łam. Ona pogrą­żyła się w obo­wiąz­kach, a ja... - wzię­łam głę­boki wdech, pró­bu­jąc opa­no­wać roz­trzę­sione ciało.

Musisz to zro­bić.

- Od śmierci taty nie prze­spa­łam w cało­ści ani jed­nej nocy. Budzi­łam się mokra od potu i prze­ra­żona kosz­ma­rem, który nawie­dzał mnie za każ­dym razem, gdy zamknę­łam oczy. Zawsze zaczy­nało się tak samo: sie­dzia­łam pod drzwiami jego sali i cze­ka­łam, aż ktoś po mnie przyj­dzie. Mam wra­że­nie, że część mnie została na tam­tym pie­przo­nym szpi­tal­nym kory­ta­rzu. Każ­dej nocy na nowo prze­ży­wa­łam jego śmierć, sama, despe­racko cze­ka­jąc, aż ktoś mi pomoże, wystawi dłoń i wycią­gnie z tego cho­ler­nego szpi­tala. Utknę­łam w pętli, zupeł­nie jakby czas się zatrzy­mał - czu­łam, jak palce Aidena coraz moc­niej zaci­skają się na moich nogach. - Wtedy przez dwa tygo­dnie nie ode­zwa­łam się ani sło­wem. I tak nikt nie chciał ze mną roz­ma­wiać, a nawar­stwia­jące się myśli stwo­rzyły labi­rynt, z któ­rego nie umia­łam się wydo­stać. Zaczę­łam mieć ataki paniki i nie wie­dzia­łam, co się ze mną dzieje. Ze zmę­cze­nia nie byłam nawet w sta­nie prze­czy­tać tre­ści zada­nia z pod­ręcz­nika - pierw­sza łza spły­nęła mi po policzku.

Jesz­cze ni­gdy się do tego nie przy­zna­łam. Słowa, które wypa­dały z moich ust, powo­do­wały ból każ­dego nerwu, każ­dej komórki i tkanki. Dla kogoś innego mogłoby się to wyda­wać banalne, ale dla mnie było niczym wej­ście do ogni­ska. Pło­nęło we mnie każde wspo­mnie­nie.

Gło­śno wes­tchnę­łam, bo słowa z tru­dem prze­cho­dziły mi przez usta. Widząc moje zde­ner­wo­wa­nie i strach, Aiden zła­pał moje dło­nie i ści­snął, a ja dopiero wtedy zda­łam sobie sprawę, jak bar­dzo były skost­niałe.

- Wie­dzia­łam, gdzie mama trzyma leki. Wzię­łam nasenne, które brała zaraz po odej­ściu taty - moje palce splo­tły się z jego i ści­skały je, jakby były tra­twą na wzbu­rzo­nym morzu. - Wysy­pa­łam wszyst­kie na łóżko i bra­łam jedną po dru­giej. Chcia­łam uci­szyć sza­le­jące myśli i zasnąć - ner­wo­wym ruchem star­łam łzy pły­nące po policz­kach, lecz na ich miej­scu zaraz poja­wiły się kolejne. - Gdyby mama nie wró­ciła wtedy wcze­śniej... Zna­la­zła mnie w ostat­niej chwili. Byłam w takim sta­nie, że nawet nie pamię­tam jej reak­cji, ale pamię­tam, jak pro­wo­ko­wała wymioty i wio­zła mnie do szpi­tala. Kiedy się obu­dzi­łam, lekarz zapy­tał mnie, dla­czego chcia­łam się zabić... - mój głos był coraz bar­dziej ner­wowy, a każde słowo ury­wało się przez dła­wiący płacz. - Ja nie chcia­łam... Nie chcia­łam się zabić. Chcia­łam tylko to uci­szyć i pójść spać. Nie wie­rzyli mi. Nawet sama sobie nie wie­rzy­łam. Pra­wie umar­łam, a tylko chcia­łam spać. Chcia­łam tylko iść spać... - macha­łam rękami i powta­rza­łam w kółko jedno zda­nie.

Czu­łam się jak tam­tego dnia, gdy myśli nie dawały mi spo­koju. Jak obłą­kana...

Potrze­buję pomocy...

Aiden przy­cią­gnął mnie do sie­bie i objął, a jedna z jego dłoni zna­la­zła się na mojej gło­wie, głasz­cząc włosy. Ból, który gro­ma­dził się w klatce pier­sio­wej, zacząć się zmniej­szać, oddech spo­wal­niał, a serce wra­cało do wła­ści­wego rytmu. Nie­pew­nie chwy­ci­łam jego bluzę i zaci­snę­łam na niej dłoń. Umysł wciąż oba­wiał się, że to ostatni raz, kiedy mam szansę go przy­tu­lić, dla­tego tak roz­pacz­li­wie przy­cią­ga­łam go do sie­bie.

- Mama dopil­no­wała, żeby ta infor­ma­cja nie zna­la­zła się w mojej doku­men­ta­cji. Nie chciała znisz­czyć mi przy­szło­ści. Wie­działa, że mogą ją za to pozba­wić prawa do wyko­ny­wa­nia zawodu. Była prze­jęta, ale też roz­cza­ro­wana. Zapy­tała mnie: "Co tata by sobie pomy­ślał?" - mówi­łam spo­koj­niej, przy­tu­la­jąc się do jego ramie­nia. - Wtedy posta­no­wi­łam, że już ni­gdy jej nie roz­cza­ruję. Zary­zy­ko­wała dla mnie swoją uko­chaną pracę. Dla­tego przy­sta­łam na wybór stu­diów medycz­nych. Myśla­łam, że mogę wyma­zać to wyda­rze­nie ze swo­jego życia i dalej być ide­al­nym dziec­kiem, któ­rego oboje tak pra­gnęli - odsu­nę­łam się powoli, po czym odgar­nę­łam kosmyki wło­sów, które opa­dły mi na twarz. - Świa­do­mość, że pra­wie pozba­wi­łam się życia, prze­śla­do­wała mnie każ­dego dnia, gdy uda­wa­łam cnotkę, która gar­dzi nar­ko­ma­nami, pod­czas gdy sama wylą­do­wa­łam na ostrym dyżu­rze po przedaw­ko­wa­niu leków. Byłeś wobec mnie cał­ko­wi­cie szczery, a ja... przez ten cały czas cię okła­my­wa­łam - spu­ści­łam głowę, uni­ka­jąc jego wzroku.

Aiden zła­pał jed­nak mój pod­bró­dek, abym na niego popa­trzyła.

- Cas­sie... - wyszep­tał zachryp­nię­tym gło­sem. - Spójrz na mnie.

Przy­mknę­łam zmę­czone powieki. Byłam prze­ra­żona tym, co mogę zoba­czyć w jego oczach, bo to wła­śnie one mówiły naj­wię­cej. Może zaraz to wszystko miało się skoń­czyć. Tutaj, w miej­scu, w któ­rym się zaczęło.

- Jakiś czas temu pewna sza­lona dziew­czyna powie­działa mi: "Histo­ria jest prze­szło­ścią, za którą nie mogę cię winić". - Kącik jego ust się uniósł, gdy kciuk ocie­rał łzę z mojego policzka.

Przed oczami uka­zała mi się chwila, w któ­rej opo­wia­dał mi o swo­jej prze­szło­ści. Pamię­ta­łam każde słowo, które wtedy do niego powie­dzia­łam. Nie okła­ma­łeś mnie, tylko jesz­cze nie powie­dzia­łeś wszyst­kiego. Ja też tego nie zro­bi­łam. Mówi­łeś, że każdy ma swoją histo­rię. Histo­ria jest prze­szło­ścią, za którą nie mogę cię winić. Jest jak te gwiazdy, pamię­tasz? Możemy na nie patrzeć i o nich roz­ma­wiać, ale więk­szo­ści z nich już nie ma.

- Rozu­miem, że się bałaś. Też cho­ler­nie się bałem, gdy opo­wia­da­łem ci o swo­jej prze­szło­ści. Byłem prze­ra­żony, że będziesz się mnie bała, że w two­ich oczach stanę się potwo­rem. Rozu­miem, że nie chcia­łaś roz­dra­py­wać ran, wiem, jakie to dla cie­bie trudne, ale nie poj­muję, dla­czego mówisz mi to wła­śnie teraz? Co się zmie­niło? To dla­tego chcia­łaś odejść? - zapy­tał ze smut­kiem.

Nie krzy­czał, nie ode­pchnął mnie. W jego oczach nie widzia­łam zło­ści, tylko iskrę tro­ski. Był moim pry­wat­nym ide­ałem, wszyst­kim, o czym marzy­łam. Nie­zmien­nie.

Dzięki niemu zni­kał strach, uspo­ka­jały się myśli, wysy­chały łzy. Był moim lekiem. Przy­szedł i wycią­gnął mnie z kosz­maru.

- Zda­łam sobie sprawę, że nie­roz­wią­zane sprawy z prze­szło­ści będą nisz­czyły mi życie. Diego mnie uświa­do­mił. Zmu­sił Verę, aby wszystko mu powie­działa - spoj­rza­łam na chło­paka, który wła­śnie przy­glą­dał mi się nie­pew­nie. - Wyja­śnię ci wszystko póź­niej. Sporo się wyda­rzyło, gdy cię nie było - doda­łam, wzdy­cha­jąc ciężko. - Ale jest coś jesz­cze... Tamta sprawa tylko utwier­dziła mnie w prze­ko­na­niu, że moje życie nie będzie tylko moje, dopóki nie roz­wiążę wszyst­kich pro­ble­mów. To nie Diego zabił moją mamę, nie miał z tym nic wspól­nego - wydu­si­łam z sie­bie, zmę­czona.

- On ci tak powie­dział? I ty mu uwie­rzy­łaś? Cas­sie, pro­szę cię, prze­cież to mani­pu­lant! - uniósł się na wspo­mnie­nie o Cabre­rze.

Jego nazwi­sko do końca życia będzie budziło u nas nie­przy­jemne emo­cje.

- Dla­czego miałby kła­mać? Tak, to prawda, był mani­pu­lan­tem i śmie­ciem, ale nie kła­mał. Mógł ze szcze­gó­łami opi­sać mi jej śmierć, abym cier­piała jesz­cze bar­dziej, ale tego nie zro­bił. Po wszyst­kim mógł wysłać nam wia­do­mość, tak jak zawsze. Chciał mnie zra­nić, ale do tego użył Very i cie­bie. Nie miał powodu, by kła­mać, Isa­bella i tak by go zabiła.

- Kim jest Isa­bella? - zapy­tał nagle, zmie­szany, bo jego mózg pra­co­wał na naj­wyż­szych obro­tach, aby pojąć to, co mówię.

- Taaak... To też będę musiała ci wyja­śnić... - prze­cią­ga­łam. - Chyba tro­chę naroz­ra­bia­łam, gdy cię nie było. - zupeł­nie nie wie­dzia­łam, jak mu to wszystko wyja­śnić. - W wiel­kim skró­cie: Isa­bella jest nową wła­ści­cielką Divine.

- Zamy­kają mnie na dwa dni, a ty w tym cza­sie zaprzy­jaź­niasz się z wła­ści­cielką klubu, do któ­rej nikt nie miał doj­ścia? A do tego poma­gasz w wykoń­cze­niu naj­groź­niej­szego czło­wieka w Kali­for­nii? Chyba mam na cie­bie zły wpływ. - otwo­rzył sze­rzej oczy i pokrę­cił głową z prze­ra­że­niem, ale i lek­kim podzi­wem.

Wes­tchnął ciężko, roz­ma­so­wu­jąc kark.

- Nie przy­pi­suj sobie wszyst­kich zasług. Myślę, że to głów­nie wina Milesa. Gdy­byś wie­dział, co on zro­bił... A Isa­bella nie jest moją przy­ja­ciółką. W zamian za wska­za­nie, gdzie prze­bywa Diego, zagwa­ran­to­wała ci wol­ność. A w zasa­dzie to nam. Ludzie Diega dostaną wybór: będą mogli pra­co­wać dla niej albo odejść bez kon­se­kwen­cji. Według Isa­belli nie będą się mścić, bo więk­szość już dawno chciała zmie­nić stronę.

Aiden prze­szy­wał mnie wzro­kiem, lecz był spo­kojny.

- Dla­czego wró­ci­łaś? - wyszep­tał.

Zbli­żył twarz do mojej. Mimo chłodu poczu­łam gorąco roz­pły­wa­jące się po policz­kach.

- Chyba zbyt pochop­nie pod­ję­łam decy­zję. Nie mogła­bym tak po pro­stu odejść. Wiesz, jest szkoła, muszę zdać egza­miny i... - prze­rwa­łam, zatrzy­mu­jąc się na jego świ­dru­ją­cym wzroku - ...i nie potra­fię zro­bić tego bez cie­bie - wyszep­ta­łam. - Zro­zu­mia­łam, co czu­łeś. Też myśla­łeś, że tak będzie lepiej.

Jego twarz z każdą sekundą odro­binę się zbli­żała. Nie byłam pewna, czy powin­nam się odsu­nąć, czy bez zbęd­nego cze­ka­nia wbić się w jego usta.

- Mogę zadać ci pyta­nie? - powie­dzia­łam. - Czy był taki moment, w któ­rym pomy­śla­łeś, że mógł­byś do tego wró­cić? No wiesz, spła­cić dług i nie toczyć z nim otwar­tej walki - zapy­ta­łam z dziw­nym spo­ko­jem.

Temat Diega już mnie tak nie prze­ra­żał. Pro­blem, któ­rego panicz­nie się bałam, wypa­ro­wał. Została jedy­nie nasza roz­mowa. Nasze wyzna­nia i zro­zu­mie­nie.

- Nie. Nawet gdy­bym to zro­bił, Diego chciałby wię­cej. Nie uwol­nił­bym się od niego. Poza tym wie­dzia­łem, że sobie cie­bie nie odpusz­czę. Gdy odsze­dłem, i tak zawsze byłem bli­sko. Nawet nie zda­jesz sobie sprawy, jak byłem zazdro­sny, gdy ten pajac się koło cie­bie krę­cił.

- Dalej się zasta­na­wiam, jak prze­ko­na­łeś kel­nerkę, aby przez przy­pa­dek potrą­ciła Zane'a. Wtedy, gdy oblał się cze­ko­ladą - pokrę­ci­łam głową.

- To był pomysł Shawna - uniósł ręce w obron­nym geście. - Chcia­łem mieć cię na oku. Przy­się­gam, że jeśli ten kre­tyn spró­bo­wałby cze­go­kol­wiek, to cze­ko­lada na swe­terku byłaby jego naj­mniej­szym pro­ble­mem - pogro­ził zabaw­nie pal­cem, po czym wes­tchnął i wró­cił do głów­nego tematu. - Sta­ra­łem się zapew­nić ci bez­pie­czeń­stwo, abyś nie musiała już cier­pieć. Chcia­łem, żeby Diego za wszystko zapła­cił. Nie zamie­rza­łem wię­cej dla niego pra­co­wać. Wie­dzia­łem, że byś mi tego nie wyba­czyła. Sam bym sobie tego nie wyba­czył. Powie­dzia­łem ci kie­dyś, że żałuję każ­dego dolara zaro­bio­nego w ten spo­sób, i przy­sią­głem, że z tym skoń­czy­łem. Nie zmar­nuję szansy, jaką dosta­łem, zacznę od nowa, ale tylko z tobą. Pomogę ci. Od teraz nie będzie mię­dzy nami żad­nych tajem­nic. Jeśli będziesz chciała wyje­chać, wyje­dziemy. Jeśli będziesz chciała zostać, zosta­niemy. Razem. Tam, gdzie ty, tam też ja, rozu­miesz? - ujął moje policzki i cze­kał na odpo­wiedź, któ­rej nie byłam w sta­nie udzie­lić.

Zmy­sło­wość jego tęczó­wek, inten­sywny zapach, cie­pły dotyk, bli­skość ciała - wszystko było nie­przy­zwo­icie roz­bu­dza­jące. Nie do opi­sa­nia; silne i obłędne.

Dłu­żej nie wytrzy­ma­łam. Wycią­gnę­łam szyję w jego stronę i poca­ło­wa­łam popę­kane wargi. Nie musia­łam długo cze­kać na odwza­jem­nie­nie poca­łunku. Nie­mal od razu jego usta naparły na moje. Chcia­łam to zro­bić od momentu, gdy zoba­czy­łam go leżą­cego na pomo­ście. Ten poca­łu­nek był prze­peł­niony uko­je­niem i spo­ko­jem. Dawał nadzieję.

Cho­ciaż to, co przed nami, miało zmie­nić wszystko, co znamy. Zmie­nić nas.

Tam, gdzie ty, tam i ja.

3

Koszmar minionej nocy

Kiedy rozum ustę­puje miej­sca sercu, a uczu­cia prze­wyż­szają roz­są­dek, zaczy­nasz robić wiele głupstw. Nie potra­fisz obiek­tyw­nie oce­nić zagro­że­nia, tak naprawdę nawet go nie znasz, bo dotych­cza­sowe, do któ­rego przy­wy­kłeś, znik­nęło.

Myśla­łam, że źró­dłem wszyst­kich moich pro­ble­mów był Ghost. Jed­nak w chwili, gdy jego serce prze­stało bić, zda­łam sobie sprawę, że przez cały ten czas żyłam w błę­dzie. Utknę­łam w mar­twym punk­cie, bez żad­nej poszlaki, bez dowo­dów i wska­zó­wek.

- Jesteś zamy­ślona - stwier­dził nagle Aiden. - Co jesz­cze cho­dzi ci po gło­wie?

- Nie wiem, co dalej - wyzna­łam, uno­sząc głowę ku czar­nemu niebu. - Wszystko się skom­pli­ko­wało. Dalej nie wiem, kto i dla­czego zabił mamę. Prze­cież nie miała wro­gów, była sza­no­waną lekarką. Niczego nie ukra­dziono, a ktoś wyraź­nie cze­goś szu­kał... - mówi­łam, ponow­nie się nakrę­ca­jąc.

Nie potra­fi­łam połą­czyć wyda­rzeń w sen­sowną całość. Nawet Diego nie paso­wał mi do tej ukła­danki. Nie zało­ży­li­śmy odmien­nej wer­sji, bo nie było innych podej­rza­nych. Utknę­li­śmy w mar­twym punk­cie. Nie mia­łam poję­cia, od czego zacząć. Czy zabił ją ktoś obcy? A może wśród nas jest mor­derca uda­jący przy­ja­ciela?

Coraz moc­niej pocie­ra­łam dło­nie w ner­wo­wym geście. Aiden zła­pał je i ści­snął na tyle mocno, że prze­sta­łam nimi poru­szać. Spoj­rza­łam na niego zamglo­nym wzro­kiem. Oczy pie­kły mnie od wcze­śniej­szych łez i zim­nego wia­tru.

- Wszyst­kiego się dowiemy. Obie­ca­łem, że ci pomogę, i dotrzy­mam słowa.

- Jak? Nie mamy żad­nego punktu zacze­pie­nia. Nawet poli­cja nie usta­liła nic kon­kret­nego.

- Bo poli­cja działa legal­nie, a do tego nie potrafi roz­ma­wiać z ludźmi, któ­rzy dużo widzą i sły­szą. Wszyst­kim się zaj­miemy, ale naj­pierw odpocz­niesz. Daj sobie czas.

Wpa­try­wa­łam się w jego łagodny, pro­mienny uśmiech, gdy nagle do naszych uszu dotarły czy­jeś głosy.

- O dzięki ci, bab­ciu! Tutaj jeste­ście! - krzyk­nął Miles, który biegł w naszą stronę.

Za nim podą­żali Oli­via i Shawn, a z kolej­nego samo­chodu wysia­dła reszta paczki.

Zdzi­wieni, przy­glą­da­li­śmy się zna­jo­mym bie­gną­cym w naszą stronę. Zeszli­śmy z pomo­stu, bo stara kon­struk­cja na pewno nie utrzy­ma­łaby nas wszyst­kich, a nie mia­łam ochoty na kąpiel.

- Skąd wie­dzie­li­ście, że tutaj jeste­śmy? - Aiden zadał pyta­nie, na które oby­dwoje chcie­li­śmy poznać odpo­wiedź.

Dyszący Miles pró­bo­wał coś z sie­bie wydu­sić, lecz po prze­bie­gnię­ciu stu metrów opie­rał się jedy­nie o kolana, pró­bu­jąc nabrać powie­trza.

Jakim cudem ten czło­wiek wytrzy­muje na naszych tre­nin­gach?

- Prze­szu­ka­li­śmy wszystko, co mogli­śmy. To Shawn wpadł na pomysł, że któ­reś z was może być tutaj - mówiła Liv, cią­gnąc brata za ramię i poma­ga­jąc mu przy­jąć pio­nową pozy­cję.

- I jeste­ście oboje - dodał po chwili Shawn, a na jego twa­rzy poja­wiła się nie­wy­obra­żalna ulga, jakby wła­śnie ktoś zdjął mu stu­ki­lo­gra­mową sztangę z piersi.

Nagle zmie­nił wyraz twa­rzy pod cięż­kim spoj­rze­niem Aidena. Cała reszta przy­glą­dała się temu, bojąc się zare­ago­wać.

Nie no, tego nie prze­wi­dzia­łam. Jesz­cze tego bra­ko­wało, żeby tych dwóch zaczęło się teraz kłó­cić.

- Dałeś jej odejść - wypa­lił nagle Aiden. Jego głos był cichy, lecz sta­now­czy. Poru­sza­jące się na szyi jabłko Adama i uwi­dacz­nia­jące się żyły zwia­sto­wały kata­klizm. Szy­ko­wa­łam się do inter­wen­cji. Wymie­ni­li­śmy z Lewi­sem szyb­kie spoj­rze­nie, bo wie­dzia­łam, że sama nie zdo­łam powstrzy­mać Aidena, który wolno zbli­żał się do przy­ja­ciela. - Gdyby nie ty... - pod­cho­dził coraz bli­żej, ze wzro­kiem wbi­tym w Shawna, który stał bez ruchu. Nawet nie pró­bo­wał się cof­nąć przed pio­ru­nu­ją­cym wzro­kiem kum­pla. Nagle Aiden zatrzy­mał się kilka cen­ty­me­trów od blon­dyna i uniósł głowę, napi­na­jąc przy tym każdy mię­sień. - Gdyby nie ty, już dawno bym ją stra­cił - powie­dział spo­koj­nie, po czym przy­cią­gnął Shawna do sie­bie i przy­tu­lił.

Wszy­scy ode­tchnę­li­śmy z ulgą, a Bauer odwza­jem­nił uścisk. Myśla­łam, że runę na zie­mię, bo kolana ugięły mi się pod wpły­wem stresu, a póź­niej drugi raz, gdy usły­sza­łam słowa wypo­wie­dziane przez mojego chło­paka.

Aiden był szczę­ścia­rzem, że miał takiego przy­ja­ciela. Mógł liczyć na niego w każ­dej sytu­acji. Nawza­jem wycią­gali się z kło­po­tów, cho­ciaż to Aiden był tym, któ­rego bar­dziej trzeba było pil­no­wać. Gdy dowie­dzia­łam się o ich małym prze­krę­cie i o tym, że Shawn zdra­dził mu naszą tajem­nicę, byłam zła, ale póź­niej uświa­do­mi­łam sobie, że to wła­śnie dzięki niemu mogłam poznać praw­dziwą twarz Aidena Wooda. Zawsze myślał o innych. Może nawet wie­dział wię­cej niż my sami. Zoba­czył w nas podo­bień­stwo, któ­rego sami nie dostrze­ga­li­śmy. Mimo wszystko trzy­mał się na dystans, aby­śmy sami mogli odkry­wać kolejne karty, pozna­wać się, otwie­rać przed sobą. Był jak nasz anioł stróż.

- To wzru­sza­jące... Roz­palmy ogni­sko! - krzyk­nął nagle Nate, a wszy­scy na niego spoj­rzeli.

Zała­mana Vera scho­wała twarz w dło­niach.

- Powiedz mi, po kim masz takie zaje­bi­ste wyczu­cie czasu? - zapy­tała iro­nicz­nie Liv.

- Mama mówi, że po tacie - odparł z uśmie­chem Nate.

- Bła­gam, nie bierz tego, co bie­rzesz, albo przy­naj­mniej bierz pół - Par­ker objął go ramie­niem i odwró­cił w stronę polany.

Cichy chi­chot roz­niósł się wśród całej ekipy. Kocha­łam ich docinki, iro­nię i dystans do sie­bie. Te ele­menty były czę­ścią codzien­no­ści, do któ­rej chcia­łam wró­cić. Ból i tęsk­nota nie minęły, ale cały świat funk­cjo­no­wał tak jak wcze­śniej. Chcia­łam nauczyć się nowej nor­mal­no­ści.

Przy­naj­mniej na chwilę pra­gnę­łam zapo­mnieć o wszyst­kim, co nas spo­tkało. Jak dzie­ciaki cie­szące się życiem sie­dzie­li­śmy w kole, a na środku pło­nęło ogni­sko. Chło­paki przy­nie­śli drewno z pobli­skiego lasku, a dziew­czyny pod­je­chały na sta­cję po kilka prze­ką­sek. Dzięki pło­mie­niom nie czu­łam już zimna, a ciało zaczęło się roz­luź­niać. Nie prze­szka­dzał mi nawet dym lecący pro­sto na mnie.

Po chwili przy­szedł czas na wyja­śnie­nia. Powie­dzia­łam im, co Diego prze­ka­zał mi tuż przed śmier­cią. Opo­wie­dzia­łam o umo­wie z Isa­bellą. Vera powtó­rzyła Aide­nowi histo­rię z Gho­stem i ponow­nie prze­pro­siła wszyst­kich, że dzia­łała prze­ciwko nam, a Miles opo­wie­dział ze szcze­gó­łami, jak wyba­wił ochro­nia­rza z jego kan­ciapy.

Lewis podał mi butelkę z piwem, którą już mia­łam chwy­cić, ale coś sobie przy­po­mnia­łam.

- Dzięki, nie powin­nam - scho­wa­łam dło­nie w mate­riał bluzy.

- Jeśli mar­twisz się o samo­chód, to możemy go zabrać - powie­działa Sky. - Żadna z nas nie pije, więc damy radę - dodała, spo­glą­da­jąc na dziew­czyny, które przy­tak­nęły.

- Nie, nie o to cho­dzi - zaczę­łam, czu­jąc na sobie kolejne spoj­rze­nia. Wie­dzia­łam, że jeśli po pro­stu odmó­wię, nie będą naci­skać. Ni­gdy tego nie robili, zwa­żyw­szy na moją słabą głowę i ostat­nie... przy­gody, lecz praw­dziwy powód był inny i nie­wart kłamstw czy tajem­nic. Prę­dzej czy póź­niej by się dowie­dzieli, a nie chcia­łam, by pomy­śleli, że jestem w ciąży czy coś. - Zro­bi­łam tatuaż - wypa­li­łam.

Gałki oczne Milesa omal nie wypa­dły z jego czaszki, a butelka z piwem, którą trzy­mał w dłoni, wysu­nęła się i upa­dła na pia­sek.

- Ty? Tatuaż? - Vera spoj­rzała na mnie spod przy­mru­żo­nych powiek. - Taki praw­dziwy? Igłą? Boże, chyba mi słabo - dra­ma­ty­zo­wała, ści­ska­jąc grzbiet nosa.

- Chcesz mi powie­dzieć, że zro­bi­łaś swój pierw­szy tatuaż? Beze mnie?! Czuję się oszu­kany i roz­cza­ro­wany, młoda damo. Ile ty masz lat? Fiu-bździu w gło­wie i tyle! W dupach się poprzew­ra­cało! - wykrzy­ki­wał Miles z poważną miną, wyrzu­ca­jąc ręce w powie­trze. - I jesz­cze piwo przez cie­bie wyla­łem! - odwró­cił głowę, obu­rzony.

- Mój mądry ina­czej brat pró­bo­wał przez to powie­dzieć, że nas zasko­czy­łaś, ale cie­szymy się, że w końcu się odwa­ży­łaś - Liv poło­żyła dłoń na ramie­niu brata, lecz ten szybko ją strą­cił i na­dal sie­dział nabur­mu­szony. - Poka­zuj to arcy­dzieło! - zawo­łała piskli­wie i nachy­liła się w moją stronę.

Wciąż obra­żony Miles zer­kał jed­nym okiem, pró­bu­jąc dostrzec wzór na moim ciele.

- Nie mogę, nie tutaj. Musia­ła­bym się roze­brać - przy­ło­ży­łam dłoń do mostka, nie ścią­ga­jąc bluzy z powodu zimna.

- Ja nie mam nic prze­ciwko - wypa­lił Lewis z dziw­nym uśmie­chem, na co sie­dząca koło niego dziew­czyna zamach­nęła się i ude­rzyła go z łok­cia w żebra, wyrę­cza­jąc tym samym pode­ner­wo­wa­nego Aidena.

Stłu­miony jęk Par­kera i iro­niczny chi­chot Sky wywo­łały lekki uśmiech na mojej twa­rzy.

- Wyta­tu­owa­łaś sobie cycki?! - wrza­snął nagle Miles, odwra­ca­jąc się w naszym kie­runku.

Z obra­żo­nego dziecka prze­kształ­cił się w suro­wego rodzica.

- Czy wyta­tu­owa­nie cyc­ków boli? - wtrą­cił Nate, uno­sząc nie­pew­nie dłoń jak uczeń w szkole.

Po jego sło­wach Lewis się zaśmiał, przez co ponow­nie dostał z łok­cia od Sky.

- Roz­ma­wia­li­śmy o tym, kocha­nie. Zamiast "cycki" możesz użyć słowa "piersi" albo "biust" - popra­wiła go Vera, lecz szybko prze­rwały jej ponowne okrzyki Har­risa.

- Boże, kto cię tak zde­mo­ra­li­zo­wał? Ktoś cię zmu­sił? To jakiś gang?! Albo sekta! Na pewno sekta!

- Nie wyta­tu­owa­łam sobie cyc­ków! - pod­nio­słam głos i wsta­łam ze sta­rej ławeczki.

- Ej, no nie... A ona może mówić "cycki" - zazna­czył Nate, wska­zu­jąc pal­cem na mnie.

Mało bra­ko­wało, a przy­pa­liłby sobie bluzę, tak nisko się pochy­lił.

Wes­tchnę­łam ciężko, aby uspo­koić myśli. Nie sądzi­łam, że wia­do­mość o moim nie­wiel­kim tatu­ażu wywoła takie zamie­sza­nie.

- Tatuaż jest na mostku i jest bar­dzo mały. I nie, nie wstą­pi­łam do sekty - doda­łam, bo Miles już uno­sił palec wska­zu­jący i zamie­rzał mi prze­rwać.

Gdy wszyst­kie głosy uci­chły, usia­dłam na swoim miej­scu, dalej jed­nak czu­łam na sobie czyjś wzrok. Aiden patrzył na mnie nie ze zdzi­wie­niem, tylko z uwiel­bie­niem i miło­ścią.

On wie­dział. Zawsze wie­dział, co sie­działo mi w gło­wie.

Mały tatuaż na mostku, w tym samym miej­scu, w któ­rym on miał swój. Na doda­tek zro­biony w tym samym salo­nie, choć przez przy­pa­dek. Wie­dział, że frag­ment mojej skóry należy do niego. Prawda była taka, że cała nale­ża­łam do niego. Cie­pło roz­lało się po moim ciele, gdy chwy­cił moją dłoń, ści­snął i prze­ło­żył na swoje udo.

Jak to jest, że tak zamknięty czło­wiek otwo­rzył się wła­śnie przede mną? Każdy jego gest, ruch źre­nic, każda mała zmarszczka na policzku - wszystko było jak naj­pięk­niej­szy dar.

Patrzył na mnie tylko przez chwilę, kilka sekund. Nikt inny tego nie zauwa­żył. Wie­dzia­łam, że każdy jego ruch jest prze­zna­czony dla mnie. Po chwili jakby ni­gdy nic wró­cił do roz­mowy z innymi, wciąż trzy­ma­jąc moją dłoń.

- Jak dzieci... Zosta­wić was samych na dwa dni... - wes­tchnął. - To, że jestem od was rok star­szy, nie zna­czy, że będę za was odpo­wia­dał.

- Hej, ode mnie dwa. Nie doda­waj kobie­cie lat - Oli­via odgar­nęła swoje blond włosy.

- Komu? - Miles zaśmiał się zwy­cię­sko, ale szybko tego poża­ło­wał, bo sie­dząca koło niego Sky jego rów­nież wal­nęła łok­ciem.

Jak tak dalej pój­dzie, po dzi­siej­szej nocy pew­nie nie pozbę­dzie się sinia­ków do syl­we­stra.

- Jeśli on kie­dyś znik­nie w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach, bła­gam, przy­nie­ście mi kosme­tyczkę do wię­zie­nia - dodała Liv, patrząc na brata.

- Wła­śnie, stary, dla­czego cię podej­rze­wali? - Lewis skie­ro­wał pyta­nie do Aidena.

- Podobno zna­leźli wia­do­mo­ści w tele­fo­nie i jakieś dowody w miej­scu, w któ­rym mia­łeś się spo­tkać z Mad­die - rzu­cił Shawn.

Aiden puścił moją dłoń, a ja natych­miast poczu­łam chłód. Z każdą sekundą jego uśmiech malał. Nie poka­zy­wał tego, ale w środku był roz­bity. Ni­gdy nie lubi­łam Mad­die, ufa­łam Aide­nowi i wie­dzia­łam, że nic go już z nią nie łączyło, lecz wieść o jej śmierci była dla niego cio­sem. Znali się, przy­jaź­nili. Nawet jeśli minęło sporo czasu, kie­dyś była mu bli­ska. Pew­nie obwi­niał się też za jej śmierć.

- Tego wie­czoru, kiedy przy­je­cha­li­śmy z Divine, dosta­łem wia­do­mość - Aiden zro­bił pauzę i spoj­rzał na mnie kątem oka. To wtedy chcia­łam się pozbyć bólu. - Była dość dziwna, ale wtedy o tym nie myśla­łem. Ktoś napi­sał, że może mi pomóc się pozbyć Gho­sta. Poje­cha­łem pod wska­zany adres i spo­tka­łem Mad­die.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki