1. Będę tego żałować...
1
Będę tego żałować...
Najgorszym wrogiem człowieka jest budzik - zwłaszcza ten dzwoniący o szóstej trzydzieści rano, pierwszego dnia szkoły. Bezlitosny dźwięk
zabiera ci chęć do życia. Słysząc go, wiesz, że musisz wrócić do
rzeczywistości.
Te wakacje miały być niezapomniane, przede wszystkim dlatego, że za rok
będę już na studiach, kilkaset mil od domu. I na moje nieszczęście
właśnie takie były - niezapomniane. Całe moje życie wydawało się
idealne. Funkcja kapitanki szkolnej drużyny cheerleaderek, masa
znajomych, miejsce na medycynie w Stanford i wspaniały związek z kapitanem drużyny koszykarskiej.
W całym liceum San Diego nie było osoby, która by nie wiedziała, kim są
Jake Miller i Cassie Thomson, a jeśli nawet, to podczas tych wakacji już
o nas usłyszała. Ludzie lubią sensacje i dramaty, zwłaszcza jeśli
dotyczą z pozoru perfekcyjnych osób. Mogą się dowartościować ich kosztem
i zająć wszystkim poza własnymi problemami.
Nie sposób pominąć więc wydarzeń tych wakacji. Mówiąc najkrócej i najdelikatniej, na jednej z imprez mój - już były - chłopak został
przyłapany w toalecie z jakąś makaroniarą z wymiany szkolnej w dość
kontrowersyjnej, ale jednoznacznej sytuacji, a ja dowiedziałam się o tym
z setek wiadomości, zdjęć i nagrań. Zanim zdążyłam zareagować, Jake mnie
rzucił, a informacja o tym trafiła do wszystkich ze szkoły szybciej niż
historia o tym, jak prawie dwa lata temu jakiś chłopak rzucił krzesłem w nauczycielkę. Do tej pory nikt nie wie, dlaczego to zrobił, ale i tak
cała szkoła uznała go za bohatera.
W czasie mojego załamania związanego z zerwaniem ludzie już wyrobili
sobie o mnie opinię. Usłyszałam wtedy tyle zakłamanych historii i przekręconych wersji wydarzeń, że nie umiem ich wszystkich powtórzyć. Ze
zdradzonej dziewczyny stałam się pośmiewiskiem, gdyż najwyraźniej byłam
niewystarczająca, skoro pan pieprzony kapitan potrzebował innej
rozrywki. Dużo osób lubi się dowartościować na nieszczęściu innych.
Tak zakończyły się moje "niezapomniane" wakacje. Jednym słowem: porażka.
Musiałam wrócić do szarej rzeczywistości i nudnej rutyny. Choć zdążyłam
ochłonąć po zakończeniu związku, nie chciałam widzieć tych wszystkich
twarzy, które nawet nie ukrywają oceniającego wzroku. Za długo
pracowałam na swój wizerunek, aby teraz jakiś wyżelowany gnojek psuł mi
reputację i plany na przyszłość.
Po paru minutach bezsensownego gapienia się w sufit wyłączyłam budzik i zaczęłam się szykować do wyjścia. Musiałam wyglądać tak, jakby cała ta
sytuacja zupełnie mnie nie obchodziła. Wzięłam szybki prysznic i zrobiłam codzienny makijaż. Dłuższą chwilę zajęło mi ogarnięcie długich
brązowych włosów, które jak na złość nie chciały się układać.
Zdenerwowana szarpałam pasma szczotką, przez co pojedyncze włosy
lądowały na puszystym dywanie. Zajrzałam do szafy. Postawiłam na klasykę
i wybrałam jasne lekko przetarte jeansy, biały top i za dużą czarną
ramoneskę. Mój styl nie należał do niezwykłych, ale nie przywiązywałam
do tego dużej wagi. Do całości dobrałam ulubioną złotą biżuterię.
Pominęłam jednak bransoletkę z literą J, którą kiedyś nosiłam
codziennie.
Na wyświetlaczu mojego telefonu pojawił się SMS od Veroniki, która
napisała, że będzie po mnie za dziesięć minut. Wrzuciłam do plecaka
wszystkie potrzebne rzeczy i zbiegłam po schodach. Na kuchennym blacie
leżało dwadzieścia dolarów przeznaczonych na lunch. Melissa Thomson nie
była typem mamy przygotowującej rano śniadanie czy życzącej swojemu
dziecku powodzenia w pierwszym dniu szkoły. Nie robiła mi zdjęć i nie
wstawiała ich na swoje portale społecznościowe, jak inne mamy. Tak
naprawdę prawie jej nie było. Po śmierci taty całe dnie spędzała w pracy, a nasz kontakt... no cóż, powiedzmy, że staramy się nie wchodzić
sobie w drogę. Jest najlepszym ortopedą w całym San Diego i woli składać
innych, niż poukładać własną rodzinę.
Moje rozmyślenia przerwał dźwięk klaksonu. Przez okno w salonie
dostrzegłam czerwoną toyotę Very. Schowałam pieniądze i klucze do
kieszeni, pożegnałam się ze śpiącym na poduszce psiakiem, wsunęłam białe
buty i zamknęłam drzwi na klucz.
Veronica Diaz, moja najlepsza przyjaciółka od najmłodszych lat, powitała
mnie pośpieszającym ruchem ręki i dźwiękami muzyki latynoskiej, która
zawsze leciała w jej samochodzie.
- Jesteś uzależniona - rzuciłam znudzona, widząc, jak dziewczyna popija
dużą mrożoną kawę.
Rzuciłam plecak na tylne siedzenie.
- To nie uzależnienie, tylko styl życia. Poza tym gdyby nie ta kawa, nie
przeżyłabym dzisiejszego dnia. Tobie też polecam, bo wyglądasz, jakbyś
miała zaraz kogoś poćwiartować - zaśmiała się, odstawiając plastikowy
kubek do uchwytu.
Zapięłam pas i ruszyłyśmy.
- Wiesz, nie gwarantuję ci, że to się dzisiaj nie wydarzy. Kawa nie
zdoła tego zmienić - rzuciłam, wpatrując się w szybę.
Kochałam Kalifornię, a zwłaszcza San Diego. Nigdy nie rozumiałam tych,
którzy go nienawidzili.
- Widzę, że pani kapitan dzisiaj nie w humorze - stwierdziła Vera,
zerkając co chwilę na moją twarz.
Wolałam, żeby się skupiła na jeździe, bo mój życiowy pech podpowiadał
mi, że za chwilę możemy wylądować na hydrancie.
- Dziwisz mi się? - powiedziałam, posyłając jej spojrzenie pełne
politowania.
- Daj spokój, Cass. Wiem, że martwisz się gadaniem ludzi, ale przez
chwilę pogadają i przestaną. Tak jak zawsze. Pamiętasz tę laskę z drugiej? Jak jej było...? Amy? Amy Peterson. Wszyscy mówili, że miała
romans z panem Torresem od hiszpańskiego, a po dwóch tygodniach plotki
ucichły. - Vera wystukiwała palcami na kierownicy rytm piosenki lecącej
w radiu.
- To dlatego, że go zwolnili, a Amy zmieniła szkołę. Chodzi teraz do
jakiegoś tandetnego liceum w Arizonie - prychnęłam, opierając głowę o zagłówek siedzenia.
Vera złożyła usta w niezgrabny dziubek i wytrzeszczyła oczy, wzdychając
do siebie.
- Faktycznie, to może zły przykład, ale hej! Ty, o ile mi wiadomo, nie
spałaś z nauczycielem, a do tego jesteś najpopularniejszą laską w szkole, kapitanką drużyny cheerleaderek. Głowa do góry! Co takiego może
się stać?
Bardzo chciałam, żeby miała rację...
***
Trasa z domu do szkoły zajęła nam piętnaście minut. Zaraz za naszą
czerwoną toyotą na szkolny parking wjechał piękny, duży mercedes Milesa
Harrisa i jego młodszej siostry Olivii. Złote dzieci Kalifornii i nasi
bliscy przyjaciele.
Milesa poznałam dopiero w szkole średniej, ale czuję, jakbyśmy się znali
od dziecka. Mamy nawet pewną teorię, że poznaliśmy się już wcześniej,
przypadkiem, ale byliśmy za mali, aby to pamiętać. Miles jest jednym z nielicznych facetów w drużynie cheerleaderek. Oboje zgłosiliśmy się do
niej już w pierwszej klasie. To właśnie dzięki jego pomocy mogłam
ćwiczyć przeróżne akrobacje i zostać kapitanką. Niestety Vera miała
trochę inne zainteresowania. Wolała swoją ciepłą posadę w samorządzie
szkolnym. Mimo to wszyscy nawiązaliśmy świetny kontakt. Rok później
dołączyła do nas Olivia, z najbardziej artystyczną duszą, jaką widziały
mury liceum San Diego. Uwielbiałam tę naszą grupę, bo nie było w niej
zawiści. Podobało mi się, że przy nich mogłam być w stu procentach sobą.
Oni znali mnie naprawdę. Nawet bardziej niż Jake.
Paradoks, bo w tej szkole "znał" mnie każdy.
- Cześć, singielko, jak ci życie mija? - rzucił Miles, na co Vera
przewróciła oczami.
Zabrałam swój plecak i bez słowa udałam się w stronę wejścia do szkoły.
W tle słyszałam tylko jakiś plask - to Olivia musiała zdzielić Milesa po
głowie. Nie musiałam się odwracać, by to wiedzieć. Siostra, mimo że
młodsza, była od niego o wiele dojrzalsza i często temperowała jego
zachowanie. Nie zamieniłabym tej trójki na nikogo innego.
Pierwszy raz po wakacyjnej przerwie weszłam na szkolny dziedziniec.
Wzrok dziesiątek osób stojących w małych grupach spoczął na mnie.
Musiałam iść przed siebie, bo wycofanie się nie wchodziło w grę.
Słyszałam ich szepty i kątem oka widziałam wyciągnięte palce wskazujące.
Niektórzy coś do mnie krzyczeli. W końcu dotarłam do drzwi wejściowych,
ale za nimi wcale nie było lepiej.
- Cass, poczekaj - krzyknął za mną Miles. - Wiesz, że nie chciałem cię
urazić. Jake to palant z włosami przepalonymi od prostownicy -
podsumował, na co kącik moich ust delikatnie się poruszył.
- Nie uraziłeś mnie, jestem tylko poirytowana. - Zatrzymaliśmy się przy
mojej szafce, a zaraz za nami pojawiły się dziewczyny.
- Daj spokój, ludzie przez chwilę pogadają i przestaną - wtrąciła
Olivia.
- A poza tym przecież lubisz, jak o tobie mówią. - Chłopak wyszczerzył
się, ale zachował dystans, na wypadek gdybym się wkurzyła.
Mój cios mógłby się skończyć wizytą u dentysty.
- Jak dobrze mówią, Miles, - położyłam nacisk na drugie słowo - Jake
pokazał wszystkim, jak łatwo mnie zastąpić byle kim. Skąd mam wiedzieć,
że nie zdradzał mnie wcześniej. Może było ich więcej, ale tylko ta
włoska żmija ma parcie na szkło i dała się sfotografować. Nawet już nie
wiem, w co wierzyć.
To prawda, że podobało mi się, gdy ludzie o mnie mówili. Nie chciałam
być szarą myszką, która tylko przechodzi z klasy do klasy. Pragnęłam
zostać zapamiętana i coś po sobie zostawić. Bardzo długo kreowałam swój
wizerunek, dlatego sporo osób uważa, że moje życie jest perfekcyjne. Nic
bardziej mylnego. Postać, którą znają, stworzyłam lata temu. Jak postać
z filmu, w którym gra się przez całe życie. Ja utknęłam w swoim filmie
bez możliwości zmiany scenariusza, więc postanowiłam odegrać główną
rolę. To popierdolone, ale tylko tak umiałam funkcjonować i dzięki temu
jeszcze się nie pogubiłam. Łatwiej sprawiać pozory. Do tej pory mi to
wychodziło...
Moje rozmyślenia przerwały kolejne szepty. Wzrok całej naszej czwórki
powędrował w stronę drzwi, przez które właśnie weszli Jake z Valentiną.
Przemierzali korytarz z wysoko uniesionymi głowami i ze splecionymi
rękami. Byli jak te wszystkie pary w filmach, które chodzą w zwolnionym
tempie. Za nimi podążała cała świta Jake'a, z równie spalonymi włosami.
Ich widok już mnie nie bolał, bardziej obrzydzał. W duchu zadałam sobie
pytanie, czy ja też kiedyś tak przy nim wyglądałam? Przecież to nie
dzięki niemu jestem tym, kim jestem.
- Boże, wy też to czujecie? Laska jest nienormalna! - rzucił Miles z dziwnym wyrazem twarzy, na co wszystkie posłałyśmy mu pytające
spojrzenia. - No co? Typiara tylko koło nas przeszła, a wszędzie daje
różami jak w Sanktuarium Matki Boskiej - stwierdził, a Olivia z Verą
próbowały zdusić śmiech.
Nawet mój humor delikatnie się poprawił. Nie trwało to jednak długo, bo
zgromadzeni na korytarzu ludzie czekali na kolejną scenę z filmu, a mianowicie na moją reakcję. Czułam się jak zwierzątko w zoo wystawione
jako główna atrakcja.
Zawsze bardzo zależało mi na opinii innych. Miałam wrażenie, jakby ich
zdanie było wyznacznikiem tego, jaka jestem. I o ile mogłam sobie
wmawiać, że mam to wszystko gdzieś, to wiedziałam, że to nieprawda.
Lubiłam popularność i to, że ludzie o mnie mówią, tylko... nie w ten
sposób i nie w takich okolicznościach.
Ktoś na górze postanowił się nade mną zlitować - pomyślałam, gdy
usłyszałam dźwięk pierwszego dzwonka. Pożegnaliśmy się w Olivią, która
zmierzała na swoje zajęcia. W drodze do klasy Miles namawiał mnie, abym
się skupiła na najbliższym treningu, wymyślaniu nowego układu i naborze
do drużyny. Miał rację. Skupię się na drużynie, przygotuję genialny
występ i wszyscy zobaczą, że bez Jake'a radzę sobie jeszcze lepiej.
Nadal jestem kapitanką szkolnej drużyny cheerleaderek. I nic się w tej
sprawie nie zmieni.
***
- Jaki nowy kapitan?! - krzyknęłam na całą stołówkę.
- Cassie, kochana, nie bierz tego do siebie, po prostu potrzebujemy
świeżej głowy i nowych pomysłów, to wszystko. Ta cała sytuacja... -
przerwała na chwilę Kate - ...nie wpłynie dobrze na cały nasz zespół -
oświadczyła z cukierkowym uśmiechem przyklejonym do twarzy.
Jej sztuczne usta wyginały się w łuk do tego stopnia, że miałam
wrażenie, jakby coś zaraz miało z nich wystrzelić.
Najgorszy scenariusz właśnie się spełniał. Wszystkie moje wysiłki i starania idą na marne. Chcą odebrać mi nawet drużynę, a to wszystko
przez to, że nie jestem już z Jakiem. To zabawne i żałosne równocześnie.
Nie było łatwo zostać kapitanką, tym bardziej w trzeciej klasie. A teraz
w czwartej mam się poddać? No chyba sobie żartują!
- I ja mam się zgodzić, bo ty tak mówisz? - uniosłam lekko brwi,
starając się zachować spokój.
- Większość dziewczyn tak uważa, Cass. Poza tym to nie jest tak, że
chcemy się ciebie pozbyć, kochana...
Jeszcze raz powie do mnie "kochana", to ją uduszę.
- Słuchaj, za miesiąc mamy nabór do drużyny, więc za dwa miesiące
wybierzemy kapitana. Też możesz wziąć udział w wyborach, jak wszyscy.
Będziemy mieć równe szanse - dopowiedziała po chwili i odeszła od
stolika, a na jej twarzy wymalowała się satysfakcja, jakby już zajęła
moje miejsce, na które od dawna miała chrapkę.
Czułam na sobie palące spojrzenia przyjaciół, podczas gdy sama starałam
się nie wybuchnąć. Gdybym w tej chwili miała możliwość wybrania jakiejś
supermocy, byłyby to lasery w oczach. Bez wahania spaliłabym rude kudły
Kate. Na razie jednak to ja spaliłam się ze wstydu. Mój wcześniejszy
krzyk słyszała chyba cała stołówka.
Miles, Vera i Olivia nie odezwali się ani słowem. Też nie wyobrażali
sobie takiego obrotu spraw. Zacisnęłam pięści tak mocno, że paznokcie
raniły mi skórę, ale to przynajmniej powstrzymało mnie od ostatecznego
wybuchu na oczach całej szkoły.
Nie obchodzą ich moje umiejętności i doświadczenie. Wszystko to dzieje
się przez jedną osobę - Jake'a, który siedzi trzy stoliki dalej,
oblegany przez pół szkoły. Przecież to on powinien być na moim miejscu,
jego powinni wykluczyć. Zrobię wszystko, żeby tak się stało.
W jedną rękę chwyciłam plecak, a drugą złapałam Verę i pociągnęłam za
sobą. Przeprowadziłam nas przez kolejne korytarze, a po chwili byłyśmy
już na trybunach szkolnego boiska futbolowego. Poza nami było tam tylko
kilka biegających osób.
Próbowałam się uspokoić, wciągając w płuca świeże powietrze. Niestety
nie przyniosło to większych efektów. W mojej głowie panował chaos i jedyne, czego teraz pragnęłam, to zaszyć się w łóżku do końca roku
szkolnego.
Wplątałam dłonie we włosy i oparłam łokcie na kolanach. Vera stała nade
mną jak matka nad dzieckiem, które właśnie coś przeskrobało. Nogi mi aż
dygotały ze zdenerwowania.
- Tylko spokojnie. Przecież jesteś najlepszą cheerleaderką w szkole. Ten
konkurs to formalność - pocieszała mnie.
- Vera, dobrze wiesz, że tu nie chodzi o cheerleading. Te wybory są
tylko po to, żeby się mnie pozbyć! Wszyscy myślą, że bez Jake'a jestem
nikim. On jest zwykłym zdrajcą. Nie mogę wszystkiego stracić przez tego
idiotę!
Właśnie wtedy zrodził się najbardziej idiotyczny pomysł, o jakim
słyszałam. Pomysł, od którego wszystko się zaczęło.
- W takim razie pokaż im, jak bardzo się mylą. Myślę, że Jake miał już
swoje pięć minut sławy, a ty za długo jesteś singielką - skwitowała
Vera, dziwnie poruszając brwiami.
Skrzyżowała ręce na piersiach i rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu.
- Możesz jaśniej? Bo chyba nie do końca rozumiem, o co ci chodzi.
- To proste. Musimy ci znaleźć faceta. Lubianego, przystojnego i rozpoznawalnego. Daj Jake'owi do zrozumienia, że też nie jest
niezastąpiony - mówiła jak nakręcona, chodząc tam i z powrotem.
- No super, genialny plan - rzuciłam sarkastycznie. - I kto to ma niby
być, co?
- Jeszcze nie wiem, ale na pewno coś wymyślę - powiedziała pewna siebie
Vera, a ja pomyślałam, że cały ten plan okaże się jedną wielką
katastrofą.
***
Całą następną lekcję spędziłam na pisaniu z przyjaciółmi na czacie
grupowym. Miałam dużo wątpliwości co do planu Very, ale pozostali byli
"za". Niestety ta szkoła rządziła się swoimi prawami, więc obawiałam
się, że moja przemowa o niezależności i feminizmie nic nie da podczas
konkursu. Przez chwilę pomyślałam też, że miło byłoby odegrać się na
Jake'u.
Wybudziłam się z zamyślenia, gdy poczułam wibracje telefonu w ręce.
Nowa wiadomość w grupie Drama Club.
Olivia: Pomysł jest całkiem niezły, poza tym do konkursu tylko dwa
miesiące, później znowu możesz być feministką.
Miles: Albo zostać lesbijką.
Razem z Verą obróciłyśmy się w jego stronę, na co tylko wzruszył
ramionami, a z ruchu jego warg można było wyczytać ponure "No co?".
Przysięgam, że słyszałam przewrócenie oczami Liv, która miała zajęcia na
drugim końcu korytarza.
Veronica: Liv ma rację, Cass. A ja chyba już mam dla ciebie idealnego
kandydata.
Odłożyłam telefon na ławkę i ukryłam twarz w dłoniach, nie zwracając
uwagi na dalszą część lekcji. Jedyna myśl, jaka krążyła po mojej głowie,
brzmiała: Będę tego żałować...
2. Nie ma już odwrotu
2
Nie ma już odwrotu
- Shawn Bauer?! - zawołałam ze zdziwieniem.
Vera stała z założonymi rękami, opierając się o jedno z drzew rosnących
przed szkołą.
Dobrze znałam Shawna, a przynajmniej... kiedyś. Za dzieciaka
mieszkaliśmy po sąsiedzku, ale gdy mieliśmy po dziesięć lat, jego tata
założył firmę, która zaczęła bardzo dobrze prosperować. Przeprowadzili
się wtedy na inne osiedle, bliżej siedziby firmy, spory kawałek od nas.
W rezultacie Shawn zmienił szkołę podstawową, a nasz kontakt się urwał.
Później mój tata zmarł i razem z mamą przeprowadziłyśmy się do innego
domu. Mama chciała odciąć się od wspomnień. Nie umiała mieszkać w miejscu, w którym była tak szczęśliwa, bez osoby, która dawała jej
spokój i bezpieczeństwo. Od tamtego czasu mieszkamy z Shawnem bliżej
siebie, ale nie jesteśmy już tymi samymi dzieciakami. Spotkaliśmy się
dopiero w liceum. Każde z nas miało już nowych znajomych i nowe
zainteresowania. Rzucaliśmy sobie tylko "hej" na korytarzach czy
meczach.
Zawsze uważałam go za dobrego kolegę. Ostatnio pomyślałam nawet, że
wyprzystojniał. Jego włosy znacznie się zmieniły: jasne pasma dobrze
współgrały z błękitnymi oczami. Przez treningi wyraźnie zmężniał; razem
z Jakiem grali w jednej drużynie, ale na pewno się nie przyjaźnili.
Chyba jedynie tolerowali swoją obecność.
Zgodziłam się wziąć w tym udział tylko pod warunkiem, że chłopak,
którego znajdziemy, będzie o wszystkim wiedział i się na to zgodzi.
Gdyby wszystko się wydało, musiałabym chyba zmienić nazwisko i wyjechać
do innego kraju.
Czy miałam wątpliwości? Oczywiście. Obawiałam się odmowy oraz
niezręczności całej tej sytuacji. Nie przyjaźniliśmy się już, dlaczego
więc miałby mi pomóc? Bałam się też, czy będę umiała udawać.
- Nie przekonasz się, jeśli nie spróbujesz - rzuciła Vera, jakby czytała
mi w myślach.
Jej telepatyczne zdolności czasami przyprawiały mnie o gęsią skórkę, ale
po tylu wspólnie spędzonych latach zdążyłam się z tym oswoić.
Nawet jeśli Shawn się nie zgodzi, to może przez wzgląd na dawne czasy
nie rozpowie na całą szkołę, jak nisko upadłam. W przeciwnym razie mogę
już kupować bilet w jedną stronę. Może do Meksyku?
Niewiele myśląc, ruszyłam w stronę grupki chłopaków siedzących przy
jednym ze stolików za szkołą. Zestresowana stawiałam kolejne kroki,
koncentrując wzrok na Shawnie, który właśnie śmiał się z czegoś, co
powiedział jeden z jego kolegów. Przełknęłam powstałą w gardle gulę, aby
zdołać coś z siebie wydusić.
- Cześć, Shawn - wzrok czterech chłopaków spoczął na mnie, przez co
jeszcze bardziej się zestresowałam. - Możemy porozmawiać?
- Hej, Cassie. Jasne, co tam? - zapytał chłopak, poprawiając blond
włosy.
Wyglądał na bardziej pewnego siebie niż w dzieciństwie.
- To prywatna sprawa - dodałam ciszej, oczami dając mu do zrozumienia,
że nie chcę rozmawiać przy jego kolegach.
- Tajemnicza. Lubię takie - wtrącił nagle jeden z chłopaków, a ja
przeniosłam na niego wzrok.
- Przepraszam, czy ty jesteś Shawn? - wytknęłam mu zirytowana, czując,
jak krew zaczyna mi buzować w żyłach.
- Nie denerwuj się, księżniczko, złość piękności szkodzi. - zaśmiał się
cynicznie, mrugając do kolegów, na co ci parsknęli śmiechem.
Gdy myślisz, że twój dzień nie może być gorszy, Aiden Wood udowodni ci,
jak bardzo się mylisz. Przy nim nawet Miles nie jest tak irytujący, gdy
po raz setny od pięciu godzin katuje piosenki Taylor Swift, mówiąc przy
tym, o kim lub o czym jest każda z nich.
Wooda znała cała szkoła, bo liczba dziewczyn, z którymi sypiał, z pewnością przekroczyła jego iloraz inteligencji. Dodatkowo był od nas o rok starszy, ponieważ nie zdał na początku liceum. Niektóre laski
opowiadały, że wystarczy jedno jego słowo, a osiągają szczyt. Jedyny
szczyt, jaki ja osiągnęłam dzięki jego słowom, to szczyt frustracji.
Wood grał razem z Shawnem w drużynie i na moje nieszczęście był jego
najlepszym kumplem. Na pierwszy rzut oka wydawał się w porządku.
Musiałam nawet przyznać, że był przystojny. Wysoki brunet o ciemnych
oczach i sportowej sylwetce. Nie ma się co dziwić, że dziewczyny leciały
na te sto dziewięćdziesiąt centymetrów chodzącego testosteronu.
Niestety, ego tego kretyna przekraczało wszelkie normy. Miał gdzieś to,
co ludzie o nim myślą. Wiedział wszystko najlepiej, nie liczył się ze
zdaniem innych. Nie zależało mu na przyszłości. Żył chwilą, a w jego
świecie nie obowiązywały żadne zasady. Był moim całkowitym
przeciwieństwem.
Nie chciałam wchodzić z nim w dyskusję, bo to by było jak wchodzenie w konflikt z rozwydrzonym dzieciakiem. Przewróciłam tylko oczami na jego
docinki, co musiał zauważyć Shawn, który lekko odepchnął ramię kumpla i pokręcił głową, a chwilę później wskazał na inny stolik, abyśmy mogli
porozmawiać na osobności.
Odeszliśmy kawałek i usiedliśmy naprzeciwko siebie.
Wiem, że to ja powinnam się odezwać pierwsza, ale zupełnie nie
przemyślałam tego, co powinnam powiedzieć. Shawn wpatrywał się we mnie z uśmiechem, czekając na to, co mam mu do powiedzenia. Wzięłam głęboki
wdech, by uspokoić walące serce.
Nie ma już odwrotu.
- Zostaniesz moim chłopakiem? - wypaliłam prosto z mostu, na co oczy
Shawna powiększyły się do rozmiaru piłeczek golfowych. Brawo, Cassie.
- Znaczy, nie tak naprawdę! Och, zacznę od początku - plątałam się,
wymachując przy tym dłońmi.
- Cassie, o czym ty... - zdezorientowany, zamrugał kilkakrotnie.
- Daj mi wyjaśnić - przerwałam mu. - Myślę, że słyszałeś o mnie i Jake'u - popatrzyłam na chłopaka, który delikatnie przytaknął, aby potwierdzić
moje słowa. Czułam, jak na moich policzkach pojawiają się wypieki
spowodowane zażenowaniem. - Teraz cała moja reputacja wisi na włosku.
Moje miejsce na studiach też, bo chcą mnie pozbawić przewodzenia
drużynie cheerleaderek, przez co stracę punkty w rekrutacji, więc Vera -
wskazałam kciukiem za siebie - wymyśliła, że jeśli kogoś sobie znajdę,
to pokażę wszystkim, że nie potrzebuje Jake'a do utrzymania miejsca w drużynie, a tym samym na studiach - powiedziałam na jednym wdechu.
Gdy skończyłam, Shawn wychylił się i spojrzał w kierunku moich
znajomych, którzy obserwowali nas z pewnej odległości. Cała święta
trójca pomachała mu z uśmiechem na twarzach.
- Za dwa miesiące ma się odbyć konkurs na nową kapitankę -
kontynuowałam, podczas gdy Shawn próbował poukładać sobie wszystko w głowie. - Do tego czasu udawalibyśmy... no... jakby parę -
kontynuowałam.
Shawn nie odezwał się ani słowem, lecz wydawał się bardzo zamyślony.
- Albo wiesz co, zapomnij - wypaliłam nagle. - To był głupi pomysł, a ja
wychodzę na desperatkę. To idiotyczne, przepraszam. Nie będę ci zawracać
głowy - bełkotałam skrępowana.
Już miałam odejść, ale poczułam uścisk jego dłoni.
- Cass, poczekaj i daj mi coś powiedzieć - odezwał się, a ja z powrotem
usiadłam. - Nic się nie zmieniłaś, przegadasz każdego - pokręcił głową z rozbawieniem.
Trwaliśmy przez chwilę w ciszy, gdy nagle zorientowałam się, że ciągle
trzyma moją dłoń. Zauważył chyba moje zdziwienie, bo natychmiast ją
puścił i schował pod metalowy stolik.
- Myślisz, że ten plan coś da? Bez obrazy, ale jest trochę dziecinny -
powiedział, śmiejąc się pod nosem.
Przynajmniej nie uciekł od razu...
- Jeśli nie spróbujemy, to się nie przekonamy. To tylko dwa miesiące,
ale mogą zmienić moje życie - powiedziałam ciszej.
- A co ja będę z tego miał? - dopytywał.
- Najlepsze towarzystwo dawnej kumpeli? - rzuciłam niepewnie.
Zdawało się, że intensywnie myśli.
- No dobra - powiedział nagle. - Niech będzie, ale dokładasz do tego
całą miskę ciasteczek czekoladowych twojej mamy, które kiedyś jedliśmy -
nachylił się nad stołem i wyciągnął dłoń w moją stronę.
- Czyli się zgadzasz? - zapytałam ucieszona, na co skinął głową. Miałam
ochotę krzyczeć z radości, ale nie chciałam przyciągać niepotrzebnych
spojrzeń. - Tylko pamiętaj, że nie możesz o tym nikomu powiedzieć.
Zwłaszcza Aidenowi, nie ufam mu - kątem oka spojrzałam na chłopaka,
który jako jedyny z całej paczki dziwnie nam się przyglądał.
Shawn chyba chciał zaprotestować, ale spojrzałam na niego tak, że nic
nie powiedział. W tej kwestii byłam nieugięta. Im mniej osób o tym
wiedziało, tym większe prawdopodobieństwo, że plan wypali.
Uścisnęłam dłoń Shawna. Ustaliliśmy na szybko kilka szczegółów i się
pożegnaliśmy.
Następnego dnia po lekcjach miała się odbyć impreza z okazji rozpoczęcia
roku szkolnego u jednego z jego kolegów. Umówiliśmy się, że to właśnie
tam zaczniemy nasz mały pokaz.
Sama nie do końca wierzyłam w to, co właśnie zrobiłam.
***
Kto robi imprezy w środku tygodnia? - pomyślałam podczas przeglądania
ubrań na dzisiejszy wieczór.
Kolejne wieszaki lądowały na moim łóżku, a ja dalej nie potrafiłam
podjąć decyzji. Osoba, która wymyśliła ten cały plan, pozostawiła mnie
na pastwę losu. Vera powiedziała, że "nie pójdzie na imprezę w środku
tygodnia, a następnie na kacu do szkoły, gdyż jako osoba zasiadająca w szkolnym samorządzie nie może się narazić nauczycielom i dawać złego
przykładu młodszym uczniom". Czasami miałam wrażenie, że brała swoją
funkcję bardziej na poważnie niż kongresmeni w tym kraju.
Ta impreza była tradycją szkół w San Diego. Przychodziły na nią tylko
ostatnie roczniki z każdego liceum w mieście, a najwytrwalsi nawet nie
wracali do domów, tylko szli prosto do szkoły. W tym roku organizatorem
został Ashton Murray. Każdy uczeń z naszego rocznika otrzymał wiadomość
z lokalizacją i tematem przewodnim. W tym roku impreza odbywała się w starej fabryce żarówek na obrzeżach miasta, a temat brzmiał "świeć w ciemności". Nie wiem, ile czasu zajęło Ashtonowi wymyślenie go, ale mam
wrażenie, że nie za dużo.
Po kilkudziesięciu minutach przymierzania ciuchów postawiłam na prostą
białą sukienkę z bufiastymi rękawami i wiązaniem na plecach. Dobrałam do
tego wygodne białe trampki za kostkę i czarną torebkę. Zerknęłam na
swoje paznokcie. Dzień wcześniej Olivia pomalowała je fluorescencyjnym
lakierem, który miał świecić w ciemności. W pośpiechu omal nie
poparzyłam dłoni, gdy podkręcałam włosy lokówką. Dawno tego nie robiłam,
ponieważ Jake zawsze mówił, że źle wyglądam w takich fryzurach. Boże,
jaka ja byłam ślepa.
Zrobiłam mocniejszy makijaż, używając do tego neonowych eyelinerów, aby
wpasować się w tematykę imprezy, a następnie użyłam ulubionych
czereśniowych perfum. Stanęłam przed lustrem i wygładziłam dół sukienki
dłońmi, ponownie zastanawiając się nad zmianą stroju.
- Hej, aniołku, bolało, jak spadłaś z nieba? - w odbiciu zobaczyłam
Milesa, który opierał się ramieniem o framugę drzwi w mojej sypialni.
Nie odwracając się, postukałam się palcem w czoło. Mój przyjaciel
wyglądał świetnie w neonoworóżowej koszuli i czarnych spodniach.
- Jak tu w ogóle wszedłeś? - zapytałam, wkładając czarną przydużą
ramoneskę.
Wyciągnęłam włosy zza kurtki i zarzuciłam je na plecy.
- Twoją mamę wzywają do pracy, był jakiś wypadek i ściągają wszystkich
lekarzy. Kazała mi wejść i powiedzieć ci, żebyś nakarmiła Yodę -
wzruszył ramionami i tradycyjnie zaczął grzebać w moich kosmetykach.
Znalazł rozświetlacz i brokat, które nałożył sobie na twarz.
- No tak, matka roku nie może mi nawet powiedzieć tego osobiście, tylko
musi wysługiwać się tobą - prychnęłam pod nosem.
Zabrałam swoje rzeczy i zbiegłam na parter, ciągnąc za sobą Milesa.
Wyciągnęłam z szafki puszkę z karmą i nałożyłam trochę do małej miski.
Na ten dźwięk przy moich nogach pojawił się mały pies rasy chihuahua.
Dostałam go od taty na dziesiąte urodziny, po tym jak Shawn się
wyprowadził. Dałam mu na imię Yoda, bo jego uszy odstawały delikatnie na
boki, przez co przypominał postać z Gwiezdnych wojen. Był moim
najlepszym przyjacielem.
Trzy lata później nie było już taty.
A Yoda stał się dla mnie jego małą częścią.
Postawiłam miskę na podłodze i pogłaskałam psa na pożegnanie. Włączyłam
też małą lampkę, bo nie chciałam zostawić go w ciemnościach. I tak
zawsze miałam wyrzuty sumienia, gdy zostawał sam wieczorami. Po
zamknięciu domu wsiadłam do mercedesa, którego o dziwo nie prowadził
Miles.
- Długo każecie na siebie czekać, może nie idę na imprezę, ale to nie
znaczy, że nie mam życia towarzyskiego - rzuciła Olivia, a ja
uświadomiłam sobie, że nigdy wcześniej nie widziałam, żeby Miles dał jej
prowadzić swój ukochany samochód.
- Kochana siostrzyczko, nieładnie być zazdrosnym. Za rok będziecie mieli
swoją imprezę. A teraz jedź, bo zamierzam dzisiaj schlać się do
nieprzytomności. Och, i przypominam ci, że twoje życie towarzyskie
jedzie właśnie z tobą w samochodzie. Jak znajdziesz przyjaciół w swoim
wieku, wtedy porozmawiamy.
Wkurzona Liv zacisnęła dłonie na kierownicy i ruszyła tak szybko, że
moja torebka przeleciała przez pół samochodu. Pozbierałam wszystkie
rzeczy i zapięłam pasy. Dziewczyna jechała jak szalona, mimo to jej brat
nawet nie oderwał wzroku od telefonu, gdzie miał wpisany dokładny adres.
Przy okazji puszczał jeszcze piosenki z imprezowej playlisty, aby wczuć
się w nastrój. Muzyka była na tyle głośna, że nie słyszałam własnych
myśli.
Odczytałam jedynie wiadomość od Shawna, który napisał, że się nieco
spóźni. Jego tata miał jakiś kłopot w firmie i musiał mu pomóc. W przyszłości to on miał przejąć interes, więc było oczywiste, że się
wdraża.
Dojechaliśmy pod starą fabrykę, z której dochodziły stłumione dźwięki
muzyki. Byliśmy na odludziu, budynki były opuszczone i zaniedbane, więc
patrzyłam na nie dość sceptycznie.
Zaczęłam się denerwować, gdy uświadomiłam sobie, że to moja pierwsza
impreza po zerwaniu. Jake na pewno się na niej pojawi, a znając moje
szczęście, będzie również makaroniara. W dodatku ja i Shawn mieliśmy
udawać parę, a przez jego spóźnienie nie mogliśmy ustalić dokładnego
scenariusza, co bardzo mnie stresowało.
Wysiadłam z auta i razem z Milesem ruszyliśmy do wejścia oświetlanego
przez kolorowe neony. Barczysty mężczyzna spytał o nasze nazwiska, aby
się upewnić, że jesteśmy na liście maturzystów. Każdego roku kilku
młodszych uczniów próbowało wkraść się na imprezę, ale ochrona
skutecznie pilnowała wejścia. Po sprawdzeniu zostaliśmy wpuszczeni do
środka, gdzie bawiło się już mnóstwo ludzi.
Większość tańczyła na ogromnym parkiecie do remiksu piosenki Just
Dance. Przy ścianach mieściły się małe loże z kanap oraz drewnianych
palet i materaców. Kolorowe światła przebijały się przez sztuczny dym
wypuszczany z maszyny i odbijały się od ogromnych okien. Przez fioletowe
lampy fluorescencyjne mój biały strój świecił w ciemności, dzięki czemu
można było mnie dostrzec z kilkunastu metrów. Miles pociągnął mnie w stronę baru, przy którym stały kolorowe shoty, każdy o innym smaku i mocy.
Jakaś dziewczyna od razu go zobaczyła i niemal rozerwała mu koszulę, gdy
zaczęła malować mu na szyi różne wzory farbą fluorescencyjną. Na
kolejnym stole stały kolorowe kubeczki i akcesoria, takie jak świecące
okulary i opaski. Przeszłam do następnego pomieszczenia, w którym było
troszkę ciszej i można było porozmawiać bądź pograć w różne gry. Ludzie
chodzili ubrudzeni świecącą farbą po grze w Twistera, inni grali w beer ponga na oświetlonym stole. Wszystkie kolory odbijały się od
przestronnych okien, mimo to w całej sali panował półmrok dodający temu
miejscu klimatu. Wróciłam na główną halę w poszukiwaniu Milesa. Spod
sufitu zaczęło lecieć coś na kształt piany, przez co zaczęłam się
zastanawiać, jak Ashton ogarnął te wszystkie atrakcje.
Mój przyjaciel dalej stał przy barze, zerując kolejne shoty z kolorowymi
alkoholami. Napisałam do Shawna, że jesteśmy na miejscu, licząc, że jest
już w drodze. Podniosłam wzrok i wtedy zobaczyłam Jake'a z Valentiną,
całujących się na środku parkietu. Nie wiem, dlaczego tak bardzo się
wkurzyłam. Może dlatego, że cały mój świat się walił, a oni bawili się
jakby nigdy nic. Podeszłam do Milesa, wyrwałam mu kieliszek z ręki i wypiłam całą zawartość. Poczułam palącą ciecz przepływającą przez
gardło. Pierwszy shot zawsze rozchodził się po całym moim ciele, aż do
nóg. Z hukiem odstawiłam świecący kieliszek i złapałam za drugi, który
również przechyliłam. Miles przyglądał mi się zdziwiony. Nigdy nie
narzucałam takiego tempa. Właściwie to bardzo rzadko piłam alkohol, bo
traciłam po nim kontrolę.
Dalej wszystko potoczyło się już szybko. Tańczyłam z Milesem i innymi
przypadkowymi chłopakami, których nie znałam. Piliśmy kolejne drinki.
Mieszałam różne alkohole, jakie tylko wpadły mi w rękę. Graliśmy w beer
ponga. Piliśmy shoty. Kolory wirowały mi przed oczami.
Z głośników zaczęła lecieć piosenka Where Have You Been Rihanny.
Uniosłam ręce nad głowę. Czułam się wolna, lecz paradoksalnie było to
bardzo złudne uczucie. Wypity alkohol zawładnął moim ciałem. Obijałam
się o wszystkich tańczących obok mnie, w rezultacie moja sukienka była
pokryta różnymi kolorami świecących farb. Nagle poczułam, jak duże
dłonie chwytają moją talię i się na niej zaciskają. Ucieszyłam się, że
Shawn nareszcie przyjechał. Mężczyzna za mną odgarnął włosy z mojej szyi
i zaczął mnie po niej całować. To mnie zastanowiło. Shawn by się tak nie
zachował.
Odwróciłam się i zamarłam na widok kogoś zupełnie obcego. Poczułam
panikę. Przypomniałam sobie, dlaczego prawie nie dotykam alkoholu. Nie
potrafię po nim kontrolować swoich myśli. Stany lękowe zaczęły się
pojawiać kilka lat temu, zaraz po śmierci taty. Wiele poświęciłam, aby
nauczyć się z nimi żyć, ale po alkoholu było to naprawdę trudne.
Szarpnęłam się z całych sił, wyswobodziłam z uścisku i rzuciłam przed
siebie. Gdy przepychałam się przez tłum imprezowiczów, dusił mnie odór
potu mieszający się z alkoholem i zapachem farb. Upadłam na kolana, gdy
wpadł we mnie tańczący tłum. Moje serce waliło jak szalone, było mi
duszno. Poczułam przeszywający ból, kiedy ktoś stanął mi na dłoni. Łzy
napłynęły do oczu. Chciałam już tylko się skulić i zasnąć, żeby nic nie
czuć. Tak bardzo chciałam nie czuć.
Dopóki nie poczułam jego dotyku.
3. Apollo
3
Apollo
Derealizacja. Oderwanie od rzeczywistości.
Człowiek ma wtedy wrażenie, że świat wokół niego nie jest realny, a on
sam obserwuje go z góry. Jest jak duch we własnym świecie. Ma wrażenie,
jakby otaczający go świat był snem, ale przecież czuje wszystko, co się
wokół niego dzieje.
Widziałam, jak osoba przede mną toruje nam drogę i ciągnie mnie do
wyjścia, ale nie czułam swoich nóg, gdy za nią podążałam.
Dlaczego właśnie jemu zaufało moje ciało i automatycznie śledziło każdy
jego ruch?
Muzyka cichła, kolory bledły, aż poczułam świeże powietrze.
Oprzytomniałam, gdy chłodny wiatr owiał moje rozpalone ciało. Usiadłam
na betonowych schodach przed wejściem do fabryki i wzięłam kilka
głębokich wdechów, powoli czując, jak moje serce uspokaja swój rytm.
Głowa pulsowała od decybeli i ilości wlanego w siebie alkoholu.
Matka mnie zabije.
Uniosłam wzrok na osobę, która wyciągnęła mnie z tłumu. Chciałam
podziękować za pomoc. Przez mrok panujący na zewnątrz nie mogłam
dostrzec twarzy, jedynie skanowałam męską wysoką sylwetkę.
- Dziękuję za wyciągnięcie mnie z tego piekła - rzuciłam zachrypniętym i zmęczonym głosem.
Nie wiem, jak mogłam się doprowadzić do takiego stanu... Zapewne
wyglądałam naprawdę żałośnie.
- Ja prowadzę na samo dno piekieł, a nie z niego wyciągam, księżniczko.
Znam ten głos.
Nagle poczułam, jak mój organizm się ożywia, a serce ponownie
przyspiesza. Zmrużyłam oczy, aby lepiej dostrzec stojącą przede mną
postać, błagając w myślach, aby mój najgorszy koszmar się nie spełnił.
Aiden Wood.
Ktoś na górze chyba teraz bardzo dobrze się bawił.
Za jakie grzechy?
Chciałam jak najszybciej wstać, znaleźć Milesa lub Shawna i wrócić do
domu. Wypity alkohol znów dał jednak o sobie znać, zachwiałam się i niemal spadłam ze schodów. Chłopak złapał moje ramię, dzięki czemu
zachowałam równowagę i nie upadłam na już i tak obdarte kolana.
Próbowałam go odepchnąć, ale wyszło z tego jedynie marne poklepanie po
ramieniu.
- Twój chłoptaś powinien cię bardziej pilnować - powiedział, zerkając na
moją zranioną dłoń.
Jego dotyk wydawał się inny. Był taki... łagodny, ale to
najprawdopodobniej wyobraźnia płatała mi figle. Jego palce delikatnie
przejeżdżały po zabrudzonych i zakrwawionych knykciach.
- Sama się przypilnuję, nie potrzebuję niańki - rzuciłam pogardliwie,
wyrywając dłoń, przez co lekko się zatoczyłam.
Odeszłam kawałek i wyciągnęłam z torebki telefon, by zadzwonić do
któregoś z przyjaciół.
Rozładowany, świetnie - pomyślałam, sprzedając sobie mentalnego
liścia, bo zawsze zapominam go naładować przed wyjściem.
- Wiesz może, czy Shawn już jest? - zapytałam szybko, drapiąc się po
czole.
Ukrywanie irytacji nie wychodziło mi w tym momencie najlepiej, a pewna
postawa Wooda tego nie ułatwiała. Zawsze taki był: pewny siebie.
- Nie będzie go. Jakieś problemy w firmie ojca. Dzwonił do ciebie, ale
nie odebrałaś, więc kazał mi przekazać - odpowiedział od niechcenia.
Westchnęłam ciężko, chowając twarz w dłoniach, aby powstrzymać się przed
niekontrolowanym krzykiem. Bliska ataku szału odwróciłam się z zamiarem
ponownego wejścia do środka. Byle jak najdalej od Wooda.
- Hej, a ty dokąd? - krzyknął za mną.
Chciałam mu wykrzyczeć, że to nie jego interes, lecz tuż przed wejściem
do hali dostrzegłam Valentinę, Jake'a i jego świtę. Ich twarze wyrażały
wyższość i pogardę. Karmili się plotkami, gardzili mną, a przecież to
nie ja byłam winna. Ich widok był dla mnie jak zapalnik. Jedyna myśl,
jaka pojawiła się wtedy w mojej głowie, to pokazanie im, jak bardzo się
mylą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki