Divine (#1). Divine Destiny - Joanna Boczar

Kup ebooka

44.99 zł
37.73 zł (37,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Będę tego żałować...

1

Będę tego żało­wać...

Naj­gor­szym wro­giem czło­wieka jest budzik - zwłasz­cza ten dzwo­niący o szó­stej trzy­dzie­ści rano, pierw­szego dnia szkoły. Bez­li­to­sny dźwięk zabiera ci chęć do życia. Sły­sząc go, wiesz, że musisz wró­cić do rze­czy­wi­sto­ści.

Te waka­cje miały być nie­za­po­mniane, przede wszyst­kim dla­tego, że za rok będę już na stu­diach, kil­ka­set mil od domu. I na moje nie­szczę­ście wła­śnie takie były - nie­za­po­mniane. Całe moje życie wyda­wało się ide­alne. Funk­cja kapi­tanki szkol­nej dru­żyny che­er­le­ade­rek, masa zna­jo­mych, miej­sce na medy­cy­nie w Stan­ford i wspa­niały zwią­zek z kapi­ta­nem dru­żyny koszy­kar­skiej.

W całym liceum San Diego nie było osoby, która by nie wie­działa, kim są Jake Mil­ler i Cas­sie Thom­son, a jeśli nawet, to pod­czas tych waka­cji już o nas usły­szała. Ludzie lubią sen­sa­cje i dra­maty, zwłasz­cza jeśli doty­czą z pozoru per­fek­cyj­nych osób. Mogą się dowar­to­ścio­wać ich kosz­tem i zająć wszyst­kim poza wła­snymi pro­ble­mami.

Nie spo­sób pomi­nąć więc wyda­rzeń tych waka­cji. Mówiąc naj­kró­cej i naj­de­li­kat­niej, na jed­nej z imprez mój - już były - chło­pak został przy­ła­pany w toa­le­cie z jakąś maka­ro­niarą z wymiany szkol­nej w dość kon­tro­wer­syj­nej, ale jed­no­znacz­nej sytu­acji, a ja dowie­dzia­łam się o tym z setek wia­do­mo­ści, zdjęć i nagrań. Zanim zdą­ży­łam zare­ago­wać, Jake mnie rzu­cił, a infor­ma­cja o tym tra­fiła do wszyst­kich ze szkoły szyb­ciej niż histo­ria o tym, jak pra­wie dwa lata temu jakiś chło­pak rzu­cił krze­słem w nauczy­cielkę. Do tej pory nikt nie wie, dla­czego to zro­bił, ale i tak cała szkoła uznała go za boha­tera.

W cza­sie mojego zała­ma­nia zwią­za­nego z zerwa­niem ludzie już wyro­bili sobie o mnie opi­nię. Usły­sza­łam wtedy tyle zakła­ma­nych histo­rii i prze­krę­co­nych wer­sji wyda­rzeń, że nie umiem ich wszyst­kich powtó­rzyć. Ze zdra­dzo­nej dziew­czyny sta­łam się pośmie­wi­skiem, gdyż naj­wy­raź­niej byłam nie­wy­star­cza­jąca, skoro pan pie­przony kapi­tan potrze­bo­wał innej roz­rywki. Dużo osób lubi się dowar­to­ścio­wać na nie­szczę­ściu innych.

Tak zakoń­czyły się moje "nie­za­po­mniane" waka­cje. Jed­nym sło­wem: porażka.

Musia­łam wró­cić do sza­rej rze­czy­wi­sto­ści i nud­nej rutyny. Choć zdą­ży­łam ochło­nąć po zakoń­cze­niu związku, nie chcia­łam widzieć tych wszyst­kich twa­rzy, które nawet nie ukry­wają oce­nia­ją­cego wzroku. Za długo pra­co­wa­łam na swój wize­ru­nek, aby teraz jakiś wyże­lo­wany gno­jek psuł mi repu­ta­cję i plany na przy­szłość.

Po paru minu­tach bez­sen­sow­nego gapie­nia się w sufit wyłą­czy­łam budzik i zaczę­łam się szy­ko­wać do wyj­ścia. Musia­łam wyglą­dać tak, jakby cała ta sytu­acja zupeł­nie mnie nie obcho­dziła. Wzię­łam szybki prysz­nic i zro­bi­łam codzienny maki­jaż. Dłuż­szą chwilę zajęło mi ogar­nię­cie dłu­gich brą­zo­wych wło­sów, które jak na złość nie chciały się ukła­dać. Zde­ner­wo­wana szar­pa­łam pasma szczotką, przez co poje­dyn­cze włosy lądo­wały na puszy­stym dywa­nie. Zaj­rza­łam do szafy. Posta­wi­łam na kla­sykę i wybra­łam jasne lekko prze­tarte jeansy, biały top i za dużą czarną ramo­ne­skę. Mój styl nie nale­żał do nie­zwy­kłych, ale nie przy­wią­zy­wa­łam do tego dużej wagi. Do cało­ści dobra­łam ulu­bioną złotą biżu­te­rię. Pomi­nę­łam jed­nak bran­so­letkę z literą J, którą kie­dyś nosi­łam codzien­nie.

Na wyświe­tla­czu mojego tele­fonu poja­wił się SMS od Vero­niki, która napi­sała, że będzie po mnie za dzie­sięć minut. Wrzu­ci­łam do ple­caka wszyst­kie potrzebne rze­czy i zbie­głam po scho­dach. Na kuchen­nym bla­cie leżało dwa­dzie­ścia dola­rów prze­zna­czo­nych na lunch. Melissa Thom­son nie była typem mamy przy­go­to­wu­ją­cej rano śnia­da­nie czy życzą­cej swo­jemu dziecku powo­dze­nia w pierw­szym dniu szkoły. Nie robiła mi zdjęć i nie wsta­wiała ich na swoje por­tale spo­łecz­no­ściowe, jak inne mamy. Tak naprawdę pra­wie jej nie było. Po śmierci taty całe dnie spę­dzała w pracy, a nasz kon­takt... no cóż, powiedzmy, że sta­ramy się nie wcho­dzić sobie w drogę. Jest naj­lep­szym orto­pedą w całym San Diego i woli skła­dać innych, niż poukła­dać wła­sną rodzinę.

Moje roz­my­śle­nia prze­rwał dźwięk klak­sonu. Przez okno w salo­nie dostrze­głam czer­woną toyotę Very. Scho­wa­łam pie­nią­dze i klu­cze do kie­szeni, poże­gna­łam się ze śpią­cym na poduszce psia­kiem, wsu­nę­łam białe buty i zamknę­łam drzwi na klucz.

Vero­nica Diaz, moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka od naj­młod­szych lat, powi­tała mnie pośpie­sza­ją­cym ruchem ręki i dźwię­kami muzyki laty­no­skiej, która zawsze leciała w jej samo­cho­dzie.

- Jesteś uza­leż­niona - rzu­ci­łam znu­dzona, widząc, jak dziew­czyna popija dużą mro­żoną kawę.

Rzu­ci­łam ple­cak na tylne sie­dze­nie.

- To nie uza­leż­nie­nie, tylko styl życia. Poza tym gdyby nie ta kawa, nie prze­ży­ła­bym dzi­siej­szego dnia. Tobie też pole­cam, bo wyglą­dasz, jak­byś miała zaraz kogoś poćwiar­to­wać - zaśmiała się, odsta­wia­jąc pla­sti­kowy kubek do uchwytu.

Zapię­łam pas i ruszy­ły­śmy.

- Wiesz, nie gwa­ran­tuję ci, że to się dzi­siaj nie wyda­rzy. Kawa nie zdoła tego zmie­nić - rzu­ci­łam, wpa­tru­jąc się w szybę.

Kocha­łam Kali­for­nię, a zwłasz­cza San Diego. Ni­gdy nie rozu­mia­łam tych, któ­rzy go nie­na­wi­dzili.

- Widzę, że pani kapi­tan dzi­siaj nie w humo­rze - stwier­dziła Vera, zer­ka­jąc co chwilę na moją twarz.

Wola­łam, żeby się sku­piła na jeź­dzie, bo mój życiowy pech pod­po­wia­dał mi, że za chwilę możemy wylą­do­wać na hydran­cie.

- Dzi­wisz mi się? - powie­dzia­łam, posy­ła­jąc jej spoj­rze­nie pełne poli­to­wa­nia.

- Daj spo­kój, Cass. Wiem, że mar­twisz się gada­niem ludzi, ale przez chwilę poga­dają i prze­staną. Tak jak zawsze. Pamię­tasz tę laskę z dru­giej? Jak jej było...? Amy? Amy Peter­son. Wszy­scy mówili, że miała romans z panem Tor­re­sem od hisz­pań­skiego, a po dwóch tygo­dniach plotki uci­chły. - Vera wystu­ki­wała pal­cami na kie­row­nicy rytm pio­senki lecą­cej w radiu.

- To dla­tego, że go zwol­nili, a Amy zmie­niła szkołę. Cho­dzi teraz do jakie­goś tan­det­nego liceum w Ari­zo­nie - prych­nę­łam, opie­ra­jąc głowę o zagłó­wek sie­dze­nia.

Vera zło­żyła usta w nie­zgrabny dziu­bek i wytrzesz­czyła oczy, wzdy­cha­jąc do sie­bie.

- Fak­tycz­nie, to może zły przy­kład, ale hej! Ty, o ile mi wia­domo, nie spa­łaś z nauczy­cie­lem, a do tego jesteś naj­po­pu­lar­niej­szą laską w szkole, kapi­tanką dru­żyny che­er­le­ade­rek. Głowa do góry! Co takiego może się stać?

Bar­dzo chcia­łam, żeby miała rację...

***

Trasa z domu do szkoły zajęła nam pięt­na­ście minut. Zaraz za naszą czer­woną toyotą na szkolny par­king wje­chał piękny, duży mer­ce­des Milesa Har­risa i jego młod­szej sio­stry Oli­vii. Złote dzieci Kali­for­nii i nasi bli­scy przy­ja­ciele.

Milesa pozna­łam dopiero w szkole śred­niej, ale czuję, jak­by­śmy się znali od dziecka. Mamy nawet pewną teo­rię, że pozna­li­śmy się już wcze­śniej, przy­pad­kiem, ale byli­śmy za mali, aby to pamię­tać. Miles jest jed­nym z nie­licz­nych face­tów w dru­ży­nie che­er­le­ade­rek. Oboje zgło­si­li­śmy się do niej już w pierw­szej kla­sie. To wła­śnie dzięki jego pomocy mogłam ćwi­czyć prze­różne akro­ba­cje i zostać kapi­tanką. Nie­stety Vera miała tro­chę inne zain­te­re­so­wa­nia. Wolała swoją cie­płą posadę w samo­rzą­dzie szkol­nym. Mimo to wszy­scy nawią­za­li­śmy świetny kon­takt. Rok póź­niej dołą­czyła do nas Oli­via, z naj­bar­dziej arty­styczną duszą, jaką widziały mury liceum San Diego. Uwiel­bia­łam tę naszą grupę, bo nie było w niej zawi­ści. Podo­bało mi się, że przy nich mogłam być w stu pro­cen­tach sobą. Oni znali mnie naprawdę. Nawet bar­dziej niż Jake.

Para­doks, bo w tej szkole "znał" mnie każdy.

- Cześć, sin­gielko, jak ci życie mija? - rzu­cił Miles, na co Vera prze­wró­ciła oczami.

Zabra­łam swój ple­cak i bez słowa uda­łam się w stronę wej­ścia do szkoły. W tle sły­sza­łam tylko jakiś plask - to Oli­via musiała zdzie­lić Milesa po gło­wie. Nie musia­łam się odwra­cać, by to wie­dzieć. Sio­stra, mimo że młod­sza, była od niego o wiele doj­rzal­sza i czę­sto tem­pe­ro­wała jego zacho­wa­nie. Nie zamie­ni­ła­bym tej trójki na nikogo innego.

Pierw­szy raz po waka­cyj­nej prze­rwie weszłam na szkolny dzie­dzi­niec. Wzrok dzie­sią­tek osób sto­ją­cych w małych gru­pach spo­czął na mnie. Musia­łam iść przed sie­bie, bo wyco­fa­nie się nie wcho­dziło w grę. Sły­sza­łam ich szepty i kątem oka widzia­łam wycią­gnięte palce wska­zu­jące. Nie­któ­rzy coś do mnie krzy­czeli. W końcu dotar­łam do drzwi wej­ścio­wych, ale za nimi wcale nie było lepiej.

- Cass, pocze­kaj - krzyk­nął za mną Miles. - Wiesz, że nie chcia­łem cię ura­zić. Jake to palant z wło­sami prze­pa­lo­nymi od pro­stow­nicy - pod­su­mo­wał, na co kącik moich ust deli­kat­nie się poru­szył.

- Nie ura­zi­łeś mnie, jestem tylko poiry­to­wana. - Zatrzy­ma­li­śmy się przy mojej szafce, a zaraz za nami poja­wiły się dziew­czyny.

- Daj spo­kój, ludzie przez chwilę poga­dają i prze­staną - wtrą­ciła Oli­via.

- A poza tym prze­cież lubisz, jak o tobie mówią. - Chło­pak wyszcze­rzył się, ale zacho­wał dystans, na wypa­dek gdy­bym się wku­rzyła.

Mój cios mógłby się skoń­czyć wizytą u den­ty­sty.

- Jak dobrze mówią, Miles, - poło­ży­łam nacisk na dru­gie słowo - Jake poka­zał wszyst­kim, jak łatwo mnie zastą­pić byle kim. Skąd mam wie­dzieć, że nie zdra­dzał mnie wcze­śniej. Może było ich wię­cej, ale tylko ta wło­ska żmija ma par­cie na szkło i dała się sfo­to­gra­fo­wać. Nawet już nie wiem, w co wie­rzyć.

To prawda, że podo­bało mi się, gdy ludzie o mnie mówili. Nie chcia­łam być szarą myszką, która tylko prze­cho­dzi z klasy do klasy. Pra­gnę­łam zostać zapa­mię­tana i coś po sobie zosta­wić. Bar­dzo długo kre­owa­łam swój wize­ru­nek, dla­tego sporo osób uważa, że moje życie jest per­fek­cyjne. Nic bar­dziej myl­nego. Postać, którą znają, stwo­rzy­łam lata temu. Jak postać z filmu, w któ­rym gra się przez całe życie. Ja utknę­łam w swoim fil­mie bez moż­li­wo­ści zmiany sce­na­riu­sza, więc posta­no­wi­łam ode­grać główną rolę. To popier­do­lone, ale tylko tak umia­łam funk­cjo­no­wać i dzięki temu jesz­cze się nie pogu­bi­łam. Łatwiej spra­wiać pozory. Do tej pory mi to wycho­dziło...

Moje roz­my­śle­nia prze­rwały kolejne szepty. Wzrok całej naszej czwórki powę­dro­wał w stronę drzwi, przez które wła­śnie weszli Jake z Valen­tiną. Prze­mie­rzali kory­tarz z wysoko unie­sio­nymi gło­wami i ze sple­cio­nymi rękami. Byli jak te wszyst­kie pary w fil­mach, które cho­dzą w zwol­nio­nym tem­pie. Za nimi podą­żała cała świta Jake'a, z rów­nie spa­lo­nymi wło­sami. Ich widok już mnie nie bolał, bar­dziej obrzy­dzał. W duchu zada­łam sobie pyta­nie, czy ja też kie­dyś tak przy nim wyglą­da­łam? Prze­cież to nie dzięki niemu jestem tym, kim jestem.

- Boże, wy też to czu­je­cie? Laska jest nie­nor­malna! - rzu­cił Miles z dziw­nym wyra­zem twa­rzy, na co wszyst­kie posła­ły­śmy mu pyta­jące spoj­rze­nia. - No co? Typiara tylko koło nas prze­szła, a wszę­dzie daje różami jak w Sank­tu­arium Matki Boskiej - stwier­dził, a Oli­via z Verą pró­bo­wały zdu­sić śmiech.

Nawet mój humor deli­kat­nie się popra­wił. Nie trwało to jed­nak długo, bo zgro­ma­dzeni na kory­ta­rzu ludzie cze­kali na kolejną scenę z filmu, a mia­no­wi­cie na moją reak­cję. Czu­łam się jak zwie­rzątko w zoo wysta­wione jako główna atrak­cja.

Zawsze bar­dzo zale­żało mi na opi­nii innych. Mia­łam wra­że­nie, jakby ich zda­nie było wyznacz­ni­kiem tego, jaka jestem. I o ile mogłam sobie wma­wiać, że mam to wszystko gdzieś, to wie­dzia­łam, że to nie­prawda. Lubi­łam popu­lar­ność i to, że ludzie o mnie mówią, tylko... nie w ten spo­sób i nie w takich oko­licz­no­ściach.

Ktoś na górze posta­no­wił się nade mną zli­to­wać - pomy­śla­łam, gdy usły­sza­łam dźwięk pierw­szego dzwonka. Poże­gna­li­śmy się w Oli­vią, która zmie­rzała na swoje zaję­cia. W dro­dze do klasy Miles nama­wiał mnie, abym się sku­piła na naj­bliż­szym tre­ningu, wymy­śla­niu nowego układu i nabo­rze do dru­żyny. Miał rację. Sku­pię się na dru­ży­nie, przy­go­tuję genialny występ i wszy­scy zoba­czą, że bez Jake'a radzę sobie jesz­cze lepiej. Na­dal jestem kapi­tanką szkol­nej dru­żyny che­er­le­ade­rek. I nic się w tej spra­wie nie zmieni.

***

- Jaki nowy kapi­tan?! - krzyk­nę­łam na całą sto­łówkę.

- Cas­sie, kochana, nie bierz tego do sie­bie, po pro­stu potrze­bu­jemy świe­żej głowy i nowych pomy­słów, to wszystko. Ta cała sytu­acja... - prze­rwała na chwilę Kate - ...nie wpły­nie dobrze na cały nasz zespół - oświad­czyła z cukier­ko­wym uśmie­chem przy­kle­jo­nym do twa­rzy.

Jej sztuczne usta wygi­nały się w łuk do tego stop­nia, że mia­łam wra­że­nie, jakby coś zaraz miało z nich wystrze­lić.

Naj­gor­szy sce­na­riusz wła­śnie się speł­niał. Wszyst­kie moje wysiłki i sta­ra­nia idą na marne. Chcą ode­brać mi nawet dru­żynę, a to wszystko przez to, że nie jestem już z Jakiem. To zabawne i żało­sne rów­no­cze­śnie.

Nie było łatwo zostać kapi­tanką, tym bar­dziej w trze­ciej kla­sie. A teraz w czwar­tej mam się pod­dać? No chyba sobie żar­tują!

- I ja mam się zgo­dzić, bo ty tak mówisz? - unio­słam lekko brwi, sta­ra­jąc się zacho­wać spo­kój.

- Więk­szość dziew­czyn tak uważa, Cass. Poza tym to nie jest tak, że chcemy się cie­bie pozbyć, kochana...

Jesz­cze raz powie do mnie "kochana", to ją udu­szę.

- Słu­chaj, za mie­siąc mamy nabór do dru­żyny, więc za dwa mie­siące wybie­rzemy kapi­tana. Też możesz wziąć udział w wybo­rach, jak wszy­scy. Będziemy mieć równe szanse - dopo­wie­działa po chwili i ode­szła od sto­lika, a na jej twa­rzy wyma­lo­wała się satys­fak­cja, jakby już zajęła moje miej­sce, na które od dawna miała chrapkę.

Czu­łam na sobie palące spoj­rze­nia przy­ja­ciół, pod­czas gdy sama sta­ra­łam się nie wybuch­nąć. Gdy­bym w tej chwili miała moż­li­wość wybra­nia jakiejś super­mocy, byłyby to lasery w oczach. Bez waha­nia spa­li­ła­bym rude kudły Kate. Na razie jed­nak to ja spa­li­łam się ze wstydu. Mój wcze­śniej­szy krzyk sły­szała chyba cała sto­łówka.

Miles, Vera i Oli­via nie ode­zwali się ani sło­wem. Też nie wyobra­żali sobie takiego obrotu spraw. Zaci­snę­łam pię­ści tak mocno, że paznok­cie raniły mi skórę, ale to przy­naj­mniej powstrzy­mało mnie od osta­tecz­nego wybu­chu na oczach całej szkoły.

Nie obcho­dzą ich moje umie­jęt­no­ści i doświad­cze­nie. Wszystko to dzieje się przez jedną osobę - Jake'a, który sie­dzi trzy sto­liki dalej, oble­gany przez pół szkoły. Prze­cież to on powi­nien być na moim miej­scu, jego powinni wyklu­czyć. Zro­bię wszystko, żeby tak się stało.

W jedną rękę chwy­ci­łam ple­cak, a drugą zła­pa­łam Verę i pocią­gnę­łam za sobą. Prze­pro­wa­dzi­łam nas przez kolejne kory­ta­rze, a po chwili były­śmy już na try­bu­nach szkol­nego boiska fut­bo­lo­wego. Poza nami było tam tylko kilka bie­ga­ją­cych osób.

Pró­bo­wa­łam się uspo­koić, wcią­ga­jąc w płuca świeże powie­trze. Nie­stety nie przy­nio­sło to więk­szych efek­tów. W mojej gło­wie pano­wał chaos i jedyne, czego teraz pra­gnę­łam, to zaszyć się w łóżku do końca roku szkol­nego.

Wplą­ta­łam dło­nie we włosy i opar­łam łok­cie na kola­nach. Vera stała nade mną jak matka nad dziec­kiem, które wła­śnie coś prze­skro­bało. Nogi mi aż dygo­tały ze zde­ner­wo­wa­nia.

- Tylko spo­koj­nie. Prze­cież jesteś naj­lep­szą che­er­le­aderką w szkole. Ten kon­kurs to for­mal­ność - pocie­szała mnie.

- Vera, dobrze wiesz, że tu nie cho­dzi o che­er­le­ading. Te wybory są tylko po to, żeby się mnie pozbyć! Wszy­scy myślą, że bez Jake'a jestem nikim. On jest zwy­kłym zdrajcą. Nie mogę wszyst­kiego stra­cić przez tego idiotę!

Wła­śnie wtedy zro­dził się naj­bar­dziej idio­tyczny pomysł, o jakim sły­sza­łam. Pomysł, od któ­rego wszystko się zaczęło.

- W takim razie pokaż im, jak bar­dzo się mylą. Myślę, że Jake miał już swoje pięć minut sławy, a ty za długo jesteś sin­gielką - skwi­to­wała Vera, dziw­nie poru­sza­jąc brwiami.

Skrzy­żo­wała ręce na pier­siach i roz­cią­gnęła usta w sze­ro­kim uśmie­chu.

- Możesz jaśniej? Bo chyba nie do końca rozu­miem, o co ci cho­dzi.

- To pro­ste. Musimy ci zna­leźć faceta. Lubia­nego, przy­stoj­nego i roz­po­zna­wal­nego. Daj Jake'owi do zro­zu­mie­nia, że też nie jest nie­za­stą­piony - mówiła jak nakrę­cona, cho­dząc tam i z powro­tem.

- No super, genialny plan - rzu­ci­łam sar­ka­stycz­nie. - I kto to ma niby być, co?

- Jesz­cze nie wiem, ale na pewno coś wymy­ślę - powie­działa pewna sie­bie Vera, a ja pomy­śla­łam, że cały ten plan okaże się jedną wielką kata­strofą.

***

Całą następną lek­cję spę­dzi­łam na pisa­niu z przy­ja­ciółmi na cza­cie gru­po­wym. Mia­łam dużo wąt­pli­wo­ści co do planu Very, ale pozo­stali byli "za". Nie­stety ta szkoła rzą­dziła się swo­imi pra­wami, więc oba­wia­łam się, że moja prze­mowa o nie­za­leż­no­ści i femi­ni­zmie nic nie da pod­czas kon­kursu. Przez chwilę pomy­śla­łam też, że miło byłoby ode­grać się na Jake'u.

Wybu­dzi­łam się z zamy­śle­nia, gdy poczu­łam wibra­cje tele­fonu w ręce.

Nowa wia­do­mość w gru­pie Drama Club.

Oli­via: Pomysł jest cał­kiem nie­zły, poza tym do kon­kursu tylko dwa mie­siące, póź­niej znowu możesz być femi­nistką.

Miles: Albo zostać les­bijką.

Razem z Verą obró­ci­ły­śmy się w jego stronę, na co tylko wzru­szył ramio­nami, a z ruchu jego warg można było wyczy­tać ponure "No co?". Przy­się­gam, że sły­sza­łam prze­wró­ce­nie oczami Liv, która miała zaję­cia na dru­gim końcu kory­ta­rza.

Vero­nica: Liv ma rację, Cass. A ja chyba już mam dla cie­bie ide­al­nego kan­dy­data.

Odło­ży­łam tele­fon na ławkę i ukry­łam twarz w dło­niach, nie zwra­ca­jąc uwagi na dal­szą część lek­cji. Jedyna myśl, jaka krą­żyła po mojej gło­wie, brzmiała: Będę tego żało­wać...

2. Nie ma już odwrotu

2

Nie ma już odwrotu

- Shawn Bauer?! - zawo­ła­łam ze zdzi­wie­niem.

Vera stała z zało­żo­nymi rękami, opie­ra­jąc się o jedno z drzew rosną­cych przed szkołą.

Dobrze zna­łam Shawna, a przy­naj­mniej... kie­dyś. Za dzie­ciaka miesz­ka­li­śmy po sąsiedzku, ale gdy mie­li­śmy po dzie­sięć lat, jego tata zało­żył firmę, która zaczęła bar­dzo dobrze pro­spe­ro­wać. Prze­pro­wa­dzili się wtedy na inne osie­dle, bli­żej sie­dziby firmy, spory kawa­łek od nas. W rezul­ta­cie Shawn zmie­nił szkołę pod­sta­wową, a nasz kon­takt się urwał. Póź­niej mój tata zmarł i razem z mamą prze­pro­wa­dzi­ły­śmy się do innego domu. Mama chciała odciąć się od wspo­mnień. Nie umiała miesz­kać w miej­scu, w któ­rym była tak szczę­śliwa, bez osoby, która dawała jej spo­kój i bez­pie­czeń­stwo. Od tam­tego czasu miesz­kamy z Shaw­nem bli­żej sie­bie, ale nie jeste­śmy już tymi samymi dzie­ciakami. Spo­tka­li­śmy się dopiero w liceum. Każde z nas miało już nowych zna­jo­mych i nowe zain­te­re­so­wa­nia. Rzu­ca­li­śmy sobie tylko "hej" na kory­ta­rzach czy meczach.

Zawsze uwa­ża­łam go za dobrego kolegę. Ostat­nio pomy­śla­łam nawet, że wyprzy­stoj­niał. Jego włosy znacz­nie się zmie­niły: jasne pasma dobrze współ­grały z błę­kit­nymi oczami. Przez tre­ningi wyraź­nie zmęż­niał; razem z Jakiem grali w jed­nej dru­ży­nie, ale na pewno się nie przy­jaź­nili. Chyba jedy­nie tole­ro­wali swoją obec­ność.

Zgo­dzi­łam się wziąć w tym udział tylko pod warun­kiem, że chło­pak, któ­rego znaj­dziemy, będzie o wszyst­kim wie­dział i się na to zgo­dzi. Gdyby wszystko się wydało, musia­ła­bym chyba zmie­nić nazwi­sko i wyje­chać do innego kraju.

Czy mia­łam wąt­pli­wo­ści? Oczy­wi­ście. Oba­wia­łam się odmowy oraz nie­zręcz­no­ści całej tej sytu­acji. Nie przy­jaź­ni­li­śmy się już, dla­czego więc miałby mi pomóc? Bałam się też, czy będę umiała uda­wać.

- Nie prze­ko­nasz się, jeśli nie spró­bu­jesz - rzu­ciła Vera, jakby czy­tała mi w myślach.

Jej tele­pa­tyczne zdol­no­ści cza­sami przy­pra­wiały mnie o gęsią skórkę, ale po tylu wspól­nie spę­dzo­nych latach zdą­ży­łam się z tym oswoić.

Nawet jeśli Shawn się nie zgo­dzi, to może przez wzgląd na dawne czasy nie roz­po­wie na całą szkołę, jak nisko upa­dłam. W prze­ciw­nym razie mogę już kupo­wać bilet w jedną stronę. Może do Mek­syku?

Nie­wiele myśląc, ruszy­łam w stronę grupki chło­pa­ków sie­dzą­cych przy jed­nym ze sto­li­ków za szkołą. Zestre­so­wana sta­wia­łam kolejne kroki, kon­cen­tru­jąc wzrok na Shaw­nie, który wła­śnie śmiał się z cze­goś, co powie­dział jeden z jego kole­gów. Prze­łknę­łam powstałą w gar­dle gulę, aby zdo­łać coś z sie­bie wydu­sić.

- Cześć, Shawn - wzrok czte­rech chło­pa­ków spo­czął na mnie, przez co jesz­cze bar­dziej się zestre­so­wa­łam. - Możemy poroz­ma­wiać?

- Hej, Cas­sie. Jasne, co tam? - zapy­tał chło­pak, popra­wia­jąc blond włosy.

Wyglą­dał na bar­dziej pew­nego sie­bie niż w dzie­ciń­stwie.

- To pry­watna sprawa - doda­łam ciszej, oczami dając mu do zro­zu­mie­nia, że nie chcę roz­ma­wiać przy jego kole­gach.

- Tajem­ni­cza. Lubię takie - wtrą­cił nagle jeden z chło­pa­ków, a ja prze­nio­słam na niego wzrok.

- Prze­pra­szam, czy ty jesteś Shawn? - wytknę­łam mu ziry­to­wana, czu­jąc, jak krew zaczyna mi buzo­wać w żyłach.

- Nie dener­wuj się, księż­niczko, złość pięk­no­ści szko­dzi. - zaśmiał się cynicz­nie, mru­ga­jąc do kole­gów, na co ci par­sk­nęli śmie­chem.

Gdy myślisz, że twój dzień nie może być gor­szy, Aiden Wood udo­wodni ci, jak bar­dzo się mylisz. Przy nim nawet Miles nie jest tak iry­tu­jący, gdy po raz setny od pię­ciu godzin katuje pio­senki Tay­lor Swift, mówiąc przy tym, o kim lub o czym jest każda z nich.

Wooda znała cała szkoła, bo liczba dziew­czyn, z któ­rymi sypiał, z pew­no­ścią prze­kro­czyła jego ilo­raz inte­li­gen­cji. Dodat­kowo był od nas o rok star­szy, ponie­waż nie zdał na początku liceum. Nie­które laski opo­wia­dały, że wystar­czy jedno jego słowo, a osią­gają szczyt. Jedyny szczyt, jaki ja osią­gnę­łam dzięki jego sło­wom, to szczyt fru­stra­cji.

Wood grał razem z Shaw­nem w dru­ży­nie i na moje nie­szczę­ście był jego naj­lep­szym kum­plem. Na pierw­szy rzut oka wyda­wał się w porządku. Musia­łam nawet przy­znać, że był przy­stojny. Wysoki bru­net o ciem­nych oczach i spor­to­wej syl­wetce. Nie ma się co dzi­wić, że dziew­czyny leciały na te sto dzie­więć­dzie­siąt cen­ty­me­trów cho­dzą­cego testo­ste­ronu.

Nie­stety, ego tego kre­tyna prze­kra­czało wszel­kie normy. Miał gdzieś to, co ludzie o nim myślą. Wie­dział wszystko naj­le­piej, nie liczył się ze zda­niem innych. Nie zale­żało mu na przy­szło­ści. Żył chwilą, a w jego świe­cie nie obo­wią­zy­wały żadne zasady. Był moim cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem.

Nie chcia­łam wcho­dzić z nim w dys­ku­sję, bo to by było jak wcho­dze­nie w kon­flikt z roz­wy­drzo­nym dzie­cia­kiem. Prze­wró­ci­łam tylko oczami na jego docinki, co musiał zauwa­żyć Shawn, który lekko ode­pchnął ramię kum­pla i pokrę­cił głową, a chwilę póź­niej wska­zał na inny sto­lik, aby­śmy mogli poroz­ma­wiać na osob­no­ści.

Ode­szli­śmy kawa­łek i usie­dli­śmy naprze­ciwko sie­bie.

Wiem, że to ja powin­nam się ode­zwać pierw­sza, ale zupeł­nie nie prze­my­śla­łam tego, co powin­nam powie­dzieć. Shawn wpa­try­wał się we mnie z uśmie­chem, cze­ka­jąc na to, co mam mu do powie­dze­nia. Wzię­łam głę­boki wdech, by uspo­koić walące serce.

Nie ma już odwrotu.

- Zosta­niesz moim chło­pa­kiem? - wypa­li­łam pro­sto z mostu, na co oczy Shawna powięk­szyły się do roz­miaru piłe­czek gol­fo­wych. Brawo, Cas­sie. - Zna­czy, nie tak naprawdę! Och, zacznę od początku - plą­ta­łam się, wyma­chu­jąc przy tym dłońmi.

- Cas­sie, o czym ty... - zdez­o­rien­to­wany, zamru­gał kil­ka­krot­nie.

- Daj mi wyja­śnić - prze­rwa­łam mu. - Myślę, że sły­sza­łeś o mnie i Jake'u - popa­trzy­łam na chło­paka, który deli­kat­nie przy­tak­nął, aby potwier­dzić moje słowa. Czu­łam, jak na moich policz­kach poja­wiają się wypieki spo­wo­do­wane zaże­no­wa­niem. - Teraz cała moja repu­ta­cja wisi na wło­sku. Moje miej­sce na stu­diach też, bo chcą mnie pozba­wić prze­wo­dze­nia dru­ży­nie che­er­le­ade­rek, przez co stracę punkty w rekru­ta­cji, więc Vera - wska­za­łam kciu­kiem za sie­bie - wymy­śliła, że jeśli kogoś sobie znajdę, to pokażę wszyst­kim, że nie potrze­buje Jake'a do utrzy­ma­nia miej­sca w dru­ży­nie, a tym samym na stu­diach - powie­dzia­łam na jed­nym wde­chu.

Gdy skoń­czy­łam, Shawn wychy­lił się i spoj­rzał w kie­runku moich zna­jo­mych, któ­rzy obser­wo­wali nas z pew­nej odle­gło­ści. Cała święta trójca poma­chała mu z uśmie­chem na twa­rzach.

- Za dwa mie­siące ma się odbyć kon­kurs na nową kapi­tankę - kon­ty­nu­owa­łam, pod­czas gdy Shawn pró­bo­wał poukła­dać sobie wszystko w gło­wie. - Do tego czasu uda­wa­li­by­śmy... no... jakby parę - kon­ty­nu­owa­łam.

Shawn nie ode­zwał się ani sło­wem, lecz wyda­wał się bar­dzo zamy­ślony.

- Albo wiesz co, zapo­mnij - wypa­li­łam nagle. - To był głupi pomysł, a ja wycho­dzę na despe­ratkę. To idio­tyczne, prze­pra­szam. Nie będę ci zawra­cać głowy - beł­ko­ta­łam skrę­po­wana.

Już mia­łam odejść, ale poczu­łam uścisk jego dłoni.

- Cass, pocze­kaj i daj mi coś powie­dzieć - ode­zwał się, a ja z powro­tem usia­dłam. - Nic się nie zmie­ni­łaś, prze­ga­dasz każ­dego - pokrę­cił głową z roz­ba­wie­niem.

Trwa­li­śmy przez chwilę w ciszy, gdy nagle zorien­to­wa­łam się, że cią­gle trzyma moją dłoń. Zauwa­żył chyba moje zdzi­wie­nie, bo natych­miast ją puścił i scho­wał pod meta­lowy sto­lik.

- Myślisz, że ten plan coś da? Bez obrazy, ale jest tro­chę dzie­cinny - powie­dział, śmie­jąc się pod nosem.

Przy­naj­mniej nie uciekł od razu...

- Jeśli nie spró­bu­jemy, to się nie prze­ko­namy. To tylko dwa mie­siące, ale mogą zmie­nić moje życie - powie­dzia­łam ciszej.

- A co ja będę z tego miał? - dopy­ty­wał.

- Naj­lep­sze towa­rzy­stwo daw­nej kum­peli? - rzu­ci­łam nie­pew­nie.

Zda­wało się, że inten­syw­nie myśli.

- No dobra - powie­dział nagle. - Niech będzie, ale dokła­dasz do tego całą miskę cia­ste­czek cze­ko­la­do­wych two­jej mamy, które kie­dyś jedli­śmy - nachy­lił się nad sto­łem i wycią­gnął dłoń w moją stronę.

- Czyli się zga­dzasz? - zapy­ta­łam ucie­szona, na co ski­nął głową. Mia­łam ochotę krzy­czeć z rado­ści, ale nie chcia­łam przy­cią­gać nie­po­trzeb­nych spoj­rzeń. - Tylko pamię­taj, że nie możesz o tym nikomu powie­dzieć. Zwłasz­cza Aide­nowi, nie ufam mu - kątem oka spoj­rza­łam na chło­paka, który jako jedyny z całej paczki dziw­nie nam się przy­glą­dał.

Shawn chyba chciał zapro­te­sto­wać, ale spoj­rza­łam na niego tak, że nic nie powie­dział. W tej kwe­stii byłam nie­ugięta. Im mniej osób o tym wie­działo, tym więk­sze praw­do­po­do­bień­stwo, że plan wypali.

Uści­snę­łam dłoń Shawna. Usta­li­li­śmy na szybko kilka szcze­gó­łów i się poże­gna­li­śmy.

Następ­nego dnia po lek­cjach miała się odbyć impreza z oka­zji roz­po­czę­cia roku szkol­nego u jed­nego z jego kole­gów. Umó­wi­li­śmy się, że to wła­śnie tam zaczniemy nasz mały pokaz.

Sama nie do końca wie­rzy­łam w to, co wła­śnie zro­bi­łam.

***

Kto robi imprezy w środku tygo­dnia? - pomy­śla­łam pod­czas prze­glą­da­nia ubrań na dzi­siej­szy wie­czór.

Kolejne wie­szaki lądo­wały na moim łóżku, a ja dalej nie potra­fi­łam pod­jąć decy­zji. Osoba, która wymy­śliła ten cały plan, pozo­sta­wiła mnie na pastwę losu. Vera powie­działa, że "nie pój­dzie na imprezę w środku tygo­dnia, a następ­nie na kacu do szkoły, gdyż jako osoba zasia­da­jąca w szkol­nym samo­rzą­dzie nie może się nara­zić nauczy­cie­lom i dawać złego przy­kładu młod­szym uczniom". Cza­sami mia­łam wra­że­nie, że brała swoją funk­cję bar­dziej na poważ­nie niż kon­gres­meni w tym kraju.

Ta impreza była tra­dy­cją szkół w San Diego. Przy­cho­dziły na nią tylko ostat­nie rocz­niki z każ­dego liceum w mie­ście, a naj­wy­tr­walsi nawet nie wra­cali do domów, tylko szli pro­sto do szkoły. W tym roku orga­ni­za­to­rem został Ash­ton Mur­ray. Każdy uczeń z naszego rocz­nika otrzy­mał wia­do­mość z loka­li­za­cją i tema­tem prze­wod­nim. W tym roku impreza odby­wała się w sta­rej fabryce żaró­wek na obrze­żach mia­sta, a temat brzmiał "świeć w ciem­no­ści". Nie wiem, ile czasu zajęło Ash­tonowi wymy­śle­nie go, ale mam wra­że­nie, że nie za dużo.

Po kil­ku­dzie­się­ciu minu­tach przy­mie­rza­nia ciu­chów posta­wi­łam na pro­stą białą sukienkę z bufia­stymi ręka­wami i wią­za­niem na ple­cach. Dobra­łam do tego wygodne białe trampki za kostkę i czarną torebkę. Zer­k­nę­łam na swoje paznok­cie. Dzień wcze­śniej Oli­via poma­lo­wała je flu­ore­scen­cyj­nym lakie­rem, który miał świe­cić w ciem­no­ści. W pośpie­chu omal nie popa­rzy­łam dłoni, gdy pod­krę­ca­łam włosy lokówką. Dawno tego nie robi­łam, ponie­waż Jake zawsze mówił, że źle wyglą­dam w takich fry­zu­rach. Boże, jaka ja byłam ślepa.

Zro­bi­łam moc­niej­szy maki­jaż, uży­wa­jąc do tego neo­no­wych eyeli­ne­rów, aby wpa­so­wać się w tema­tykę imprezy, a następ­nie uży­łam ulu­bio­nych cze­re­śnio­wych per­fum. Sta­nę­łam przed lustrem i wygła­dzi­łam dół sukienki dłońmi, ponow­nie zasta­na­wia­jąc się nad zmianą stroju.

- Hej, aniołku, bolało, jak spa­dłaś z nieba? - w odbi­ciu zoba­czy­łam Milesa, który opie­rał się ramie­niem o fra­mugę drzwi w mojej sypialni.

Nie odwra­ca­jąc się, postu­ka­łam się pal­cem w czoło. Mój przy­ja­ciel wyglą­dał świet­nie w neo­no­wo­ró­żo­wej koszuli i czar­nych spodniach.

- Jak tu w ogóle wsze­dłeś? - zapy­ta­łam, wkła­da­jąc czarną przy­dużą ramo­ne­skę.

Wycią­gnę­łam włosy zza kurtki i zarzu­ci­łam je na plecy.

- Twoją mamę wzy­wają do pracy, był jakiś wypa­dek i ścią­gają wszyst­kich leka­rzy. Kazała mi wejść i powie­dzieć ci, żebyś nakar­miła Yodę - wzru­szył ramio­nami i tra­dy­cyj­nie zaczął grze­bać w moich kosme­ty­kach.

Zna­lazł roz­świe­tlacz i bro­kat, które nało­żył sobie na twarz.

- No tak, matka roku nie może mi nawet powie­dzieć tego oso­bi­ście, tylko musi wysłu­gi­wać się tobą - prych­nę­łam pod nosem.

Zabra­łam swoje rze­czy i zbie­głam na par­ter, cią­gnąc za sobą Milesa.

Wycią­gnę­łam z szafki puszkę z karmą i nało­ży­łam tro­chę do małej miski. Na ten dźwięk przy moich nogach poja­wił się mały pies rasy chi­hu­ahua. Dosta­łam go od taty na dzie­siąte uro­dziny, po tym jak Shawn się wypro­wa­dził. Dałam mu na imię Yoda, bo jego uszy odsta­wały deli­kat­nie na boki, przez co przy­po­mi­nał postać z Gwiezd­nych wojen. Był moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem.

Trzy lata póź­niej nie było już taty.

A Yoda stał się dla mnie jego małą czę­ścią.

Posta­wi­łam miskę na pod­ło­dze i pogła­ska­łam psa na poże­gna­nie. Włą­czy­łam też małą lampkę, bo nie chcia­łam zosta­wić go w ciem­no­ściach. I tak zawsze mia­łam wyrzuty sumie­nia, gdy zosta­wał sam wie­czo­rami. Po zamknię­ciu domu wsia­dłam do mer­ce­desa, któ­rego o dziwo nie pro­wa­dził Miles.

- Długo każe­cie na sie­bie cze­kać, może nie idę na imprezę, ale to nie zna­czy, że nie mam życia towa­rzy­skiego - rzu­ciła Oli­via, a ja uświa­do­mi­łam sobie, że ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam, żeby Miles dał jej pro­wa­dzić swój uko­chany samo­chód.

- Kochana sio­strzyczko, nie­ład­nie być zazdro­snym. Za rok będzie­cie mieli swoją imprezę. A teraz jedź, bo zamie­rzam dzi­siaj schlać się do nie­przy­tom­no­ści. Och, i przy­po­mi­nam ci, że twoje życie towa­rzy­skie jedzie wła­śnie z tobą w samo­cho­dzie. Jak znaj­dziesz przy­ja­ciół w swoim wieku, wtedy poroz­ma­wiamy.

Wku­rzona Liv zaci­snęła dło­nie na kie­row­nicy i ruszyła tak szybko, że moja torebka prze­le­ciała przez pół samo­chodu. Pozbie­ra­łam wszyst­kie rze­czy i zapię­łam pasy. Dziew­czyna jechała jak sza­lona, mimo to jej brat nawet nie ode­rwał wzroku od tele­fonu, gdzie miał wpi­sany dokładny adres. Przy oka­zji pusz­czał jesz­cze pio­senki z impre­zo­wej play­li­sty, aby wczuć się w nastrój. Muzyka była na tyle gło­śna, że nie sły­sza­łam wła­snych myśli.

Odczy­ta­łam jedy­nie wia­do­mość od Shawna, który napi­sał, że się nieco spóźni. Jego tata miał jakiś kło­pot w fir­mie i musiał mu pomóc. W przy­szło­ści to on miał prze­jąć inte­res, więc było oczy­wi­ste, że się wdraża.

Doje­cha­li­śmy pod starą fabrykę, z któ­rej docho­dziły stłu­mione dźwięki muzyki. Byli­śmy na odlu­dziu, budynki były opusz­czone i zanie­dbane, więc patrzy­łam na nie dość scep­tycz­nie.

Zaczę­łam się dener­wo­wać, gdy uświa­do­mi­łam sobie, że to moja pierw­sza impreza po zerwa­niu. Jake na pewno się na niej pojawi, a zna­jąc moje szczę­ście, będzie rów­nież maka­ro­niara. W dodatku ja i Shawn mie­li­śmy uda­wać parę, a przez jego spóź­nie­nie nie mogli­śmy usta­lić dokład­nego sce­na­riu­sza, co bar­dzo mnie stre­so­wało.

Wysia­dłam z auta i razem z Mile­sem ruszy­li­śmy do wej­ścia oświe­tla­nego przez kolo­rowe neony. Bar­czy­sty męż­czy­zna spy­tał o nasze nazwi­ska, aby się upew­nić, że jeste­śmy na liście matu­rzy­stów. Każ­dego roku kilku młod­szych uczniów pró­bo­wało wkraść się na imprezę, ale ochrona sku­tecz­nie pil­no­wała wej­ścia. Po spraw­dze­niu zosta­li­śmy wpusz­czeni do środka, gdzie bawiło się już mnó­stwo ludzi.

Więk­szość tań­czyła na ogrom­nym par­kie­cie do remiksu pio­senki Just Dance. Przy ścia­nach mie­ściły się małe loże z kanap oraz drew­nia­nych palet i mate­ra­ców. Kolo­rowe świa­tła prze­bi­jały się przez sztuczny dym wypusz­czany z maszyny i odbi­jały się od ogrom­nych okien. Przez fio­le­towe lampy flu­ore­scen­cyjne mój biały strój świe­cił w ciem­no­ści, dzięki czemu można było mnie dostrzec z kil­ku­na­stu metrów. Miles pocią­gnął mnie w stronę baru, przy któ­rym stały kolo­rowe shoty, każdy o innym smaku i mocy.

Jakaś dziew­czyna od razu go zoba­czyła i nie­mal roze­rwała mu koszulę, gdy zaczęła malo­wać mu na szyi różne wzory farbą flu­ore­scen­cyjną. Na kolej­nym stole stały kolo­rowe kubeczki i akce­so­ria, takie jak świe­cące oku­lary i opa­ski. Prze­szłam do następ­nego pomiesz­cze­nia, w któ­rym było troszkę ciszej i można było poroz­ma­wiać bądź pograć w różne gry. Ludzie cho­dzili ubru­dzeni świe­cącą farbą po grze w Twi­stera, inni grali w beer ponga na oświe­tlo­nym stole. Wszyst­kie kolory odbi­jały się od prze­stron­nych okien, mimo to w całej sali pano­wał pół­mrok doda­jący temu miej­scu kli­matu. Wró­ci­łam na główną halę w poszu­ki­wa­niu Milesa. Spod sufitu zaczęło lecieć coś na kształt piany, przez co zaczę­łam się zasta­na­wiać, jak Ash­ton ogar­nął te wszyst­kie atrak­cje.

Mój przy­ja­ciel dalej stał przy barze, zeru­jąc kolejne shoty z kolo­ro­wymi alko­ho­lami. Napi­sa­łam do Shawna, że jeste­śmy na miej­scu, licząc, że jest już w dro­dze. Pod­nio­słam wzrok i wtedy zoba­czy­łam Jake'a z Valen­tiną, cału­ją­cych się na środku par­kietu. Nie wiem, dla­czego tak bar­dzo się wku­rzy­łam. Może dla­tego, że cały mój świat się walił, a oni bawili się jakby ni­gdy nic. Pode­szłam do Milesa, wyrwa­łam mu kie­li­szek z ręki i wypi­łam całą zawar­tość. Poczu­łam palącą ciecz prze­pły­wa­jącą przez gar­dło. Pierw­szy shot zawsze roz­cho­dził się po całym moim ciele, aż do nóg. Z hukiem odsta­wi­łam świe­cący kie­li­szek i zła­pa­łam za drugi, który rów­nież prze­chy­li­łam. Miles przy­glą­dał mi się zdzi­wiony. Ni­gdy nie narzu­ca­łam takiego tempa. Wła­ści­wie to bar­dzo rzadko piłam alko­hol, bo tra­ci­łam po nim kon­trolę.

Dalej wszystko poto­czyło się już szybko. Tań­czy­łam z Mile­sem i innymi przy­pad­ko­wymi chło­pa­kami, któ­rych nie zna­łam. Pili­śmy kolejne drinki. Mie­sza­łam różne alko­hole, jakie tylko wpa­dły mi w rękę. Gra­li­śmy w beer ponga. Pili­śmy shoty. Kolory wiro­wały mi przed oczami.

Z gło­śni­ków zaczęła lecieć pio­senka Where Have You Been Rihanny. Unio­słam ręce nad głowę. Czu­łam się wolna, lecz para­dok­sal­nie było to bar­dzo złudne uczu­cie. Wypity alko­hol zawład­nął moim cia­łem. Obi­ja­łam się o wszyst­kich tań­czą­cych obok mnie, w rezul­ta­cie moja sukienka była pokryta róż­nymi kolo­rami świe­cą­cych farb. Nagle poczu­łam, jak duże dło­nie chwy­tają moją talię i się na niej zaci­skają. Ucie­szy­łam się, że Shawn naresz­cie przy­je­chał. Męż­czy­zna za mną odgar­nął włosy z mojej szyi i zaczął mnie po niej cało­wać. To mnie zasta­no­wiło. Shawn by się tak nie zacho­wał.

Odwró­ci­łam się i zamar­łam na widok kogoś zupeł­nie obcego. Poczu­łam panikę. Przy­po­mnia­łam sobie, dla­czego pra­wie nie doty­kam alko­holu. Nie potra­fię po nim kon­tro­lo­wać swo­ich myśli. Stany lękowe zaczęły się poja­wiać kilka lat temu, zaraz po śmierci taty. Wiele poświę­ci­łam, aby nauczyć się z nimi żyć, ale po alko­holu było to naprawdę trudne.

Szarp­nę­łam się z całych sił, wyswo­bo­dzi­łam z uści­sku i rzu­ci­łam przed sie­bie. Gdy prze­py­cha­łam się przez tłum impre­zo­wi­czów, dusił mnie odór potu mie­sza­jący się z alko­ho­lem i zapa­chem farb. Upa­dłam na kolana, gdy wpadł we mnie tań­czący tłum. Moje serce waliło jak sza­lone, było mi duszno. Poczu­łam prze­szy­wa­jący ból, kiedy ktoś sta­nął mi na dłoni. Łzy napły­nęły do oczu. Chcia­łam już tylko się sku­lić i zasnąć, żeby nic nie czuć. Tak bar­dzo chcia­łam nie czuć.

Dopóki nie poczu­łam jego dotyku.

3. Apollo

3

Apollo

Dere­ali­za­cja. Ode­rwa­nie od rze­czy­wi­sto­ści.

Czło­wiek ma wtedy wra­że­nie, że świat wokół niego nie jest realny, a on sam obser­wuje go z góry. Jest jak duch we wła­snym świe­cie. Ma wra­że­nie, jakby ota­cza­jący go świat był snem, ale prze­cież czuje wszystko, co się wokół niego dzieje.

Widzia­łam, jak osoba przede mną toruje nam drogę i cią­gnie mnie do wyj­ścia, ale nie czu­łam swo­ich nóg, gdy za nią podą­ża­łam.

Dla­czego wła­śnie jemu zaufało moje ciało i auto­ma­tycz­nie śle­dziło każdy jego ruch?

Muzyka cichła, kolory ble­dły, aż poczu­łam świeże powie­trze. Oprzy­tom­nia­łam, gdy chłodny wiatr owiał moje roz­pa­lone ciało. Usia­dłam na beto­no­wych scho­dach przed wej­ściem do fabryki i wzię­łam kilka głę­bo­kich wde­chów, powoli czu­jąc, jak moje serce uspo­kaja swój rytm. Głowa pul­so­wała od decy­beli i ilo­ści wla­nego w sie­bie alko­holu.

Matka mnie zabije.

Unio­słam wzrok na osobę, która wycią­gnęła mnie z tłumu. Chcia­łam podzię­ko­wać za pomoc. Przez mrok panu­jący na zewnątrz nie mogłam dostrzec twa­rzy, jedy­nie ska­no­wa­łam męską wysoką syl­wetkę.

- Dzię­kuję za wycią­gnię­cie mnie z tego pie­kła - rzu­ci­łam zachryp­nię­tym i zmę­czo­nym gło­sem.

Nie wiem, jak mogłam się dopro­wa­dzić do takiego stanu... Zapewne wyglą­da­łam naprawdę żało­śnie.

- Ja pro­wa­dzę na samo dno pie­kieł, a nie z niego wycią­gam, księż­niczko.

Znam ten głos.

Nagle poczu­łam, jak mój orga­nizm się oży­wia, a serce ponow­nie przy­spie­sza. Zmru­ży­łam oczy, aby lepiej dostrzec sto­jącą przede mną postać, bła­ga­jąc w myślach, aby mój naj­gor­szy kosz­mar się nie speł­nił.

Aiden Wood.

Ktoś na górze chyba teraz bar­dzo dobrze się bawił.

Za jakie grze­chy?

Chcia­łam jak naj­szyb­ciej wstać, zna­leźć Milesa lub Shawna i wró­cić do domu. Wypity alko­hol znów dał jed­nak o sobie znać, zachwia­łam się i nie­mal spa­dłam ze scho­dów. Chło­pak zła­pał moje ramię, dzięki czemu zacho­wa­łam rów­no­wagę i nie upa­dłam na już i tak obdarte kolana. Pró­bo­wa­łam go ode­pchnąć, ale wyszło z tego jedy­nie marne pokle­pa­nie po ramie­niu.

- Twój chłop­taś powi­nien cię bar­dziej pil­no­wać - powie­dział, zer­ka­jąc na moją zra­nioną dłoń.

Jego dotyk wyda­wał się inny. Był taki... łagodny, ale to naj­praw­do­po­dob­niej wyobraź­nia pła­tała mi figle. Jego palce deli­kat­nie prze­jeż­dżały po zabru­dzo­nych i zakrwa­wio­nych knyk­ciach.

- Sama się przy­pil­nuję, nie potrze­buję niańki - rzu­ci­łam pogar­dli­wie, wyry­wa­jąc dłoń, przez co lekko się zato­czy­łam.

Ode­szłam kawa­łek i wycią­gnę­łam z torebki tele­fon, by zadzwo­nić do któ­re­goś z przy­ja­ciół.

Roz­ła­do­wany, świet­nie - pomy­śla­łam, sprze­da­jąc sobie men­tal­nego liścia, bo zawsze zapo­mi­nam go nała­do­wać przed wyj­ściem.

- Wiesz może, czy Shawn już jest? - zapy­ta­łam szybko, dra­piąc się po czole.

Ukry­wa­nie iry­ta­cji nie wycho­dziło mi w tym momen­cie naj­le­piej, a pewna postawa Wooda tego nie uła­twiała. Zawsze taki był: pewny sie­bie.

- Nie będzie go. Jakieś pro­blemy w fir­mie ojca. Dzwo­nił do cie­bie, ale nie ode­bra­łaś, więc kazał mi prze­ka­zać - odpo­wie­dział od nie­chce­nia.

Wes­tchnę­łam ciężko, cho­wa­jąc twarz w dło­niach, aby powstrzy­mać się przed nie­kon­tro­lo­wa­nym krzy­kiem. Bli­ska ataku szału odwró­ci­łam się z zamia­rem ponow­nego wej­ścia do środka. Byle jak naj­da­lej od Wooda.

- Hej, a ty dokąd? - krzyk­nął za mną.

Chcia­łam mu wykrzy­czeć, że to nie jego inte­res, lecz tuż przed wej­ściem do hali dostrze­głam Valen­tinę, Jake'a i jego świtę. Ich twa­rze wyra­żały wyż­szość i pogardę. Kar­mili się plot­kami, gar­dzili mną, a prze­cież to nie ja byłam winna. Ich widok był dla mnie jak zapal­nik. Jedyna myśl, jaka poja­wiła się wtedy w mojej gło­wie, to poka­za­nie im, jak bar­dzo się mylą.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki