Wtorek, 12 lipca, godz. 22.30
Wysunięta Placówka Distortion, pustynia Saladh, południowy Remark
Muszę to powiedzieć, drogi synku: nie spotkamy się więcej. Nie wrócę do
wielkiego miasta, by odnaleźć cię w ludzkim mrowisku. Nie zrobimy tylu
rzeczy, które ojcowie i synowie robią zwykle razem. Nie naprawimy
zepsutego kranu, nie obejrzymy filmu o kosmosie i nie pójdziemy na
spacer po lesie. Nie opowiesz mi o swojej pierwszej bójce i pierwszej
miłości. Nie rozbijemy namiotu nad jeziorem ani nie rozpalimy ogniska.
Zostanę tutaj, na tej parszywej pustyni, która oddycha ciężko po gorącym
dniu.
Wszystko się rozpada, mój kochany, świat od dawna nie jest już
całością. Wszystko istnieje osobno: przedmioty, zjawiska i ludzie, jak
kawałki różnych układanek. Niemal mechanicznie rejestruję ciepły wiatr
owiewający mi twarz, przesypujące się ziarna żwiru i łopot flagi na
maszcie. Czuję zapach tej spalonej ziemi wpełzający pod ceramiczną
kamizelkę, czuję ciężki od upału zylonowy hełm i stygnące bagno w moich
butach.
Stoimy tego wieczoru na warcie - twój tata i czterech milczących
mężczyzn, pilnujących głównej bramy do bazy Distortion, pilnujących
siebie nawzajem i błękitnego piekła pod swoimi stopami; potwór, ukryty
pod ziemią, obserwuje nas cierpliwie jak doświadczony drapieżnik.
Poprzednia zmiana zeszła o dwudziestej drugiej, zmęczona czekaniem na
atak partyzantów albo na freniczny ogień. Jestem dowódcą, mój mały, więc
zająłem miejsce dowódcy pod drewnianym dachem oklejonym folią, z lewej
strony bramy.
Mamy tu wielki i szybkostrzelny karabin. Naszego MUG-a kaliber 7,62 mm
obsługuje szeregowy Gaus, barczysty chłopak z Bilden. Pali papierosa i stuka obcasem w kawałek betonu, który odłupał z podłogi miniaturowego
bunkra. Miarowy ruch wyraźnie go uspokaja, tak jak ciebie, gdy nie
mogłeś zasnąć.
Po przeciwnej stronie drogi w bliźniaczym gnieździe siedzi starszy
szeregowy Puric i starszy szeregowy Dafny, na którego wołamy
Rozwielitka. Wiem, kochany, że to głupia ksywka, ale jego nazwisko
skojarzyło nam się z dafnią. Ostatni z drużyny, starszy szeregowy
Ballard, znajduje się znacznie wyżej, w szoferce ciężarówki Kaukaz,
zaparkowanej w poprzek bramy. Kilkunastotonowy potwór jest fajniejszy
nawet od twoich zabawek. Wypełniliśmy go po brzegi piachem, jak
dzieciaki w piaskownicy, służy nam za wrota bazy. Pomiędzy kaukazem a ponaddwumetrowym murem zostawiamy tylko szparę, przez którą może się
przecisnąć człowiek.
Albo to, co z człowieka pozostało.
* * *
Reflektory na narożnych masztach omiatają okolicę ostrym światłem,
wyłuskując z mroku zapory na drodze. Trzeba kluczyć między nimi, kiedy
ruszamy na patrol. I trzeba uważać, żeby nie pomylić trasy, bo saperzy
zaminowali prawie cały teren, na wypadek szturmu partyzantów. Droga wije
się pomiędzy niewielkimi pagórkami i trzy kilometry dalej dochodzi do
zniszczonej autostrady prowadzącej z Harmanu do Fizzy.
Myślę o tym miejscu i o swoich ludziach. Jesteśmy na misji od siedmiu
miesięcy, spędziliśmy razem setki godzin. Przychodzili do mnie i mówili
o swoich sprawach, a ja robiłem, co mogłem, by zasłużyć na ich zaufanie.
I wiedziałem od początku, że muszę ich poznać, bo od tego będzie kiedyś
zależało nasze życie. Ale teraz otacza nas cisza. Szaleństwo, które
kryje się pod naszymi stopami, rozlewa się po całej bazie i zamyka nam
usta.
Zadawaliśmy już dziwne pytania, kłóciliśmy się i próbowaliśmy walczyć. A teraz boimy się jak skurwysyn i nie wstydzę się tego powiedzieć: spokój
jest grą, w którą gramy, żeby nie rzucić karabinów i nie uciec na
pustynię.
- Brama, zgłoście się - rozlega się w słuchawce głos Janga, oficera
dyżurnego.
- Kapral Trent - wołam w odpowiedzi. - Słucham, panie poruczniku!
- Jadą do was dwa skorpiony z trzeciego plutonu. Przepuśćcie ich szybko,
wiozą rannych dezerterów. Zwiad przygotowuje drona, który zaraz przeleci
nad wami.
- Zrozumiałem, panie poruczniku. Bez odbioru.
Wychodzę z bunkra i przecieram swoje gogle z pustynnego pyłu.
- Ballard!
- Tak, Markus?!
- Melduj, co widzisz na drodze.
Chris przykłada lornetkę do oczu i lustruje otoczenie, używając nocnej
wizji. Potrzebuję jego opanowania i uporu, które zazwyczaj udzielają się
reszcie.
- Dwa skorpiony wyjechały właśnie zza prawego Sutka. - Tak nazywamy dwa
bliźniacze wzgórza na wprost. - Będą tutaj za około trzy minuty.
- Dobrze, odpalaj samochód i czekaj na mój znak.
- Tak jest!
Kiwam na Purica i wyjaśniam krótko sytuację. Nad naszymi głowami
przelatuje bezzałogowy sokół i znika w ciemnościach nocy. Maszerujemy w kierunku pierwszej zapory i czekamy na pojawienie się samochodów. Gaus i Rozwielitka siedzą w bunkrach i trzymają palce na kabłąkach spustów
swoich MUG-ów. Po chwili widać światła pozycyjne, na których jeżdżą
kierowcy SSARR, i czerwone "pipacze" na masztach. Nie ma wątpliwości, że
to nasi, ale i tak musimy ich sprawdzić. Pierwszy skorpion hamuje przed
zaporą, wyrzucając w górę tuman kurzu. Z szoferki wychyla się zmęczony
sierżant Sewerin.
- Panowie, przepuszczajcie. Wieziemy ciężko rannych. - Puric świeci do
wnętrza LED-ową latarką. - Kurwa, człowieku, nie po oczach!
Zaglądamy do drugiego wozu, a tam, na tylnym siedzeniu, leżą trzy
spalone kukły, trzej poparzeni żołnierze. Wyglądają tak, że wzrok sam
ucieka w ziemię. Strzelec na dachu opiera głowę o karabin i wydaje się
nieobecny. Pod zapylonymi szmatami rozpoznaję Lukasa. Chłopak się
załamał, jest jak wizytówka naszego oddziału.
Wydaję Ballardowi rozkaz przez radio. Opancerzony kaukaz z rykiem
odsłania wjazd do bazy i patrol mija nas w pośpiechu, żeby jak
najszybciej dotrzeć do punktu szpitalnego. Tam czekają już na nich
kapitan Sauber i chorąży Gilde. Na wszelki wypadek trzymają pod stołem
plastikowe worki na zwłoki. W chłodni, z tego co pamiętam, leży sześciu
innych uciekinierów oraz siódmy, rozerwany na kawałki.
- I co ty na to? - pytam Purica, żeby przerwać ciszę.
- Na nas też przyjdzie kolej. Wolałbym zginąć w walce niż w ten sposób.
* * *
Wracamy na swoje stanowiska. Idziemy wolno, bo obraz poparzonych ludzi
przesłania nam wszystko. Sięgam do kieszeni po zgniecioną paczkę
papierosów, gdy rozlega się głośny okrzyk Gausa. Z malejącej szpary
pomiędzy ciężarówką a murem wybiega jakiś żołnierz i pędzi prosto na
nas, machając karabinem. Widocznie skorzystał z zamieszania podczas
przejazdu patrolu i zakradł się do wyjścia. Postanowił uciec z bazy
pieszo, przebijając się przez wartowników. Jeśli mogę tak się wyrazić,
bardzo ryzykowny plan.
Mierzymy do niego z MBS-ów, ale pędzi dalej z głową wysuniętą do przodu.
Ma na nosie okulary, na głowie przekrzywiony hełm. To kapral Norman z naszego plutonu, o którym zawsze myślałem, że na pewno zwariuje ostatni.
"Wszystko płynie - jak pisał Heraklit - i nic nie pozostaje takie samo".
Zaraz zastrzelimy Normana albo on postrzeli nas, i będzie to kolejna
sprawa do kolekcji. Kolejny z serii incydentów, nad którymi głowi się
kapitan Beck.
Przykładam broń do ramienia, zgrywam przyrządy celownicze i czuję, że
nie potrafię zabić swojego przyjaciela.
- Zatrzymaj się, sukinsynu! - krzyczy nieregulaminowo Puric.
- Norman, stój, bo strzelam!
Ale dla Larsa Normana to, że go zastrzelimy, jest wyraźnie mniejszym
złem niż pozostanie w bazie. Nie teraz, gdy dzieje się to, co się
dzieje. Naciera na nas w pełnym biegu, więc rozstępujemy się na boki i Puric wystawia delikatnie nogę, podcinając go fachowo. W cywilu był
piłkarzem w okręgowej lidze i doświadczenie z boiska daje o sobie znać.
Kapral upada jak długi, upuszcza broń i koziołkuje po piasku, uderzając
w najbliższą zaporę. Kiedy próbuje się pozbierać, na jego plecach ląduje
pancerna pięść Gausa, wyciskając oddech z płuc. Vim Gaus jest zawsze
tam, gdzie można komuś przypierdolić, i załatwia szybko takie sprawy.
Okrążamy leżącego jak wilki. Gaus podnosi karabin, hełm i pęknięte
okulary, a Puric przewraca delikwenta na plecy i świeci latarką. Z rozbitego czoła płynie krew, twarz wygląda jak po tarzaniu się w żużlu.
Norman zasłania się przed światłem podrapanymi dłońmi. Oczy,
wytrzeszczone z przerażenia, nie mogą się skupić na żadnym obiekcie.
Trzęsie go adrenalina, aż szczękają zęby. Ma kłopoty z mówieniem i coraz
mniej przypomina gościa, z którym lubiłem pogadać w kantynie o starych
filmach. Całkowita rozsypka.
- Odjebało ci, Norman? - pyta rzeczowo Puric. - Chciałeś zginąć?
- Wypuśćcie mnie stąd, wypuśćcie... Ja nie chcę być martwy. - Oszalały
kapral skamle jak pies. - Wszyscy tam umrzemy! - Wyciąga rękę w stronę
bazy.
- Zamknij się, Lars! - Uderzam go otwartą dłonią w twarz i odwracam się
do bramy. - Ballard! Połącz się z sierżantem, niech go stąd zabierze. I nikomu ani słowa, panowie, nie potrzebujemy większej paniki.
Rozdział pierwszy
Środa, 6 stycznia, godz. 20.40, pół roku wcześniej
Granica rammańsko-remarska, okolice Tironu, Republika Rammy
Kochany synku, jestem już bardzo daleko, chociaż to zaledwie sześćset
kilometrów od twojego domu. Tak jak wszyscy, zastanawiam się ciągle, czy
to jest bilet w jedną stronę. Prześladuje mnie myśl, że nie zdążę
naprawić swoich błędów. Piszę więc do ciebie i będę pisał w każdej
wolnej chwili. Jedziemy w potężnym konwoju, który zbliża się do granicy
z Remarkiem, a ja stukam zawzięcie w swój komunikator. Głową co chwila
uderzam o burą plandekę i rozcieram dłonie, bo nie jest najcieplej,
kochany. Na początek napiszę ci o tym, jak doszło do tego wyjazdu.
O dziesiątej rano trzydziestego grudnia żandarmeria doręczyła mi
wezwanie do Sił Stabilizacyjnych. Kiedy przyjechałem pożegnać się z rodzicami, twoja babcia, której nie poznałeś, zaczęła płakać i kręcić
się w kółko, dziadek udzielał ostatnich wskazówek, a ja musiałem wracać,
spakować się migiem i załatwić parę spraw. Zawiozłem Kraksa, mojego
wilczura, do ciotki Belli. Myślę, że polubiłbyś ciotkę, jest naprawdę
sympatyczna. Pożegnałem się z nią i z wujem, zwróciłem kuzynowi Erniemu
kilka stów, które byłem mu winny, i odebrałem odkurzacz z naprawy. Na
ekspres z Miasta Ramma do Bilden zdążyłem w ostatnim momencie. Biegłem z wywieszonym językiem jak jakiś zwierzak z kreskówki, wyobrażasz to
sobie? Pociąg odjeżdżał o piątej trzydzieści w sylwestrowy poranek.
Kiedyś zobaczysz, synku, że ludzie lubią się bawić. Na peronie i w przedziałach panował świąteczny nastrój, a ja, siedząc w pociągu,
odwoływałem udział w noworocznej imprezie.
Niedaleko Bilden, w bazie Syrakus, odbywało się zgrupowanie Piątego
Kontyngentu SSARR. Zanim wszedłem na komisję, młody porucznik przeprosił
mnie za ekspresowe tempo mobilizacji. Jakiś kapral złamał rękę na
ćwiczeniach i musieli znaleźć zmiennika. Służyłem w Wojskach Obrony
Terytorialnej i zgłosiłem gotowość do misji. Wszystkie papiery mieli u siebie od roku, a więc padło na mnie, mój mały. Cholernego trzydziestego
grudnia.
Potem były badania i tygodniowe szkolenie, a jeszcze później przydział
do Pierwszego Pułku. Inni ćwiczyli tu od miesiąca, więc czułem się
trochę nieswojo. Jakbym wyprowadził się do innego miasta i zmienił
szkołę. Przez te kilka dni poznałem zaledwie paru chłopaków. Cześć,
cześć! Skąd jesteś, stary? I niewiele więcej. Przeczytałem rozkaz
wręczony przez chorążego: Trzeci Batalion Piechoty, Dziewiąta Kompania,
Pluton Szybkiego Reagowania, Drużyna Trzy. Przydzielono mi czterech
ludzi - Purica, Gausa, Dafnego i Rota, ostatniego dnia szkolenia
zamieniłem z nimi kilka słów. Musiałem to szybko nadrobić.
Sierżant Gola, który objął nasz pluton, wydaje się rozsądnym gościem.
Koledzy mówią o nim: "Mały", bo ma metr sześćdziesiąt parę wzrostu, ale
ludzie słuchają go bez zbędnych dyskusji. Może sprawia to złamany nos
albo szramy na policzkach po walkach bokserskich. W każdym razie budzi
zaufanie i dobrze mieć takiego faceta za sobą. Pamiętaj, synku, że
mężczyzny nie poznaje się po oczach ani po uścisku dłoni. Poznaje się go
po tym, czy mówi prawdę i dotrzymuje obietnic.
* * *
Sierżant dosiadł się do nas na postoju i opowiada ciekawe historie.
Mówi, że brał udział w wyzwalaniu Remarku, a potem w pierwszej i drugiej
misji stabilizacyjnej, na której został ranny i odesłany do kraju. Teraz
jedzie trzeci raz i nie ma złudzeń, że to brudna wojna.
- Uważajcie na kleszcze. To jest najgorsze kurestwo - powtarza
zachrypniętym głosem. - Nie ma łażenia po dziurach bez zakłócaczy. Jeśli
kogoś na tym złapię, będzie, kurwa jego mać, czyścił kible gołymi
łapami.
- Tak jest, panie sierżancie - odpowiadamy bez entuzjazmu.
Ktoś mówi, że na południu Remarku żyją podobno dzicy ludzie, którzy
zjadają swoich wrogów. Ktoś inny dodaje, że czytał o przeklętych
miejscach, które tubylcy omijają w panice albo oddają im cześć. Można
zabłądzić na pustyni i nigdy nie wrócić do domu. Mam tego dość, więc
żeby nie słuchać pieprzenia, zakładam na uszy słuchawki.
Konwój utyka w strasznym korku, musimy się zatrzymać. Zeskakujemy z samochodu kilka kilometrów przed przejściem granicznym. Kuchnia wydaje
nam gorącą zupę, a w oddali, za kępami drzew, widzę prawdziwe miasto z namiotów, oświetlone gęsto latarniami. Obóz przejściowy dla uchodźców,
którzy mieli szczęście i przedostali się do Rammy.
Niektórzy z nich mieszkają tutaj już pięć lat. Na początku pomagała im
Nina, matka mojego Tomasa. Nienawidzę jej za to, że odebrała mi syna,
chociaż nie jestem bez winy. Spieprzyłem to perfekcyjnie. Nina była
wolontariuszką w Fundacji Pokój i współczułem jej szczerze tej pracy.
Ale Tiron ma jedną zaletę: przyjemny klimat, w środku zimy kilka stopni
ciepła. Kiedy wyjeżdżałem ze stolicy, żegnał mnie mróz i brudny śnieg na
chodnikach.
Czwartek, 7 stycznia, godz. 6.05
Okolice Jonu, prowincja Qumran, północny Remark
Przespaliśmy kilka godzin na granicy, a teraz stoimy na przedmieściach
Jonu i znów czekamy jak idioci. Sierżant mówi, że saperzy od godziny
wydłubują coś z wiaduktu przed nami. Poza tym system dowodzenia naszej
armii nie jest doskonały. Oznacza to prawdziwy chaos, kiedy sprawy mają
się inaczej, niż życzyłoby sobie dowództwo.
Wściekamy się, że nie użyto samolotów do naszego transportu. Generał
Dominik Salte, głównodowodzący SSARR, ogłosił jednak Doktrynę
Widoczności i wprowadza ją z zapałem w życie. Mamy być jak najbliżej
cywilów, a nasz widok ma wywoływać panikę wśród wrogów. Samoloty
zabierają czwarty kontyngent do domu, a w konwojach przez okupowany kraj
jedzie piąta zmiana. Dzięki temu wydaje się, że jest nas więcej.
Konwój ciągnie się przez wiele kilometrów i zajmuje połowę dziurawej
ekspresówki. Ciemny wąż składa się z ciężarówek, terenowych skorpionów,
lekkich transporterów i działek Cormax wiezionych na długich naczepach.
Samochodów zaopatrzenia i cystern z paliwem, które przemalowano na
zielono, nawet nie liczę. Gdzieniegdzie widać też furgonetki firmy
ochroniarskiej TigerClaw i pick-upy ze specjalistycznym sprzętem.
Ruch lokalny odbywa się drugą stroną drogi. Remarczycy jeżdżą starymi
samochodami, które noszą często ślady wojny. Niektóre mają potłuczone
reflektory i wgniecioną karoserię. Wzdłuż konwoju krążą patrole ochrony,
nie dopuszczając do nas gapiów, którzy zbiegli się z okolicznych wiosek.
Przez bure pola i pastwiska ciągną grupki dzieci, licząc na coś do
jedzenia. Są ubrane w łachmany, wiele z nich utyka, inne nie mają dłoni
albo całego ramienia.
- Takie okaleczenia powodują wiciowce - odzywa się kapral Lotty. -
Dzieciaki dłubią w ruinach, żeby znaleźć coś do żarcia, albo chodzą do
lasu po drewno. Miny są wszędzie, Gottanie siali tu kleszczami jak
głupi. Do tej pory pełno tego ścierwa w okolicznych lasach.
- Przecież mamy zakłócacze i pułapki, możemy je rozstawić - mówi Gaus.
- Kto będzie marnował na nich taki sprzęt? - Klepię go w plecy. -
Zastanów się, chłopie, czy nasz rząd wyda miliony, żeby mali Remarczycy
mieli wszystkie rączki.
- No to, kurwa, po co tam jedziemy?
- Bo dostaliśmy rozkaz - odpowiada spokojnie sierżant. - Jak nie
zaprowadzimy porządku w Remarku, to dalej będą zalewać nas uchodźcy.
Remarczycy uwielbiają się wyrzynać, więc ci bardziej przedsiębiorczy
uciekają. Chcecie mieć u siebie tłumy tych brudasów?!
Jego pytanie wisi w powietrzu. Odzywają się gwizdki dowódców i ci,
którzy zdążyli wysiąść z ciężarówek, pospiesznie wskakują do środka.
Krzątanina trwa zaledwie kilka minut i ruszamy dalej, na południowy
zachód. Część konwoju zostanie w Portsailu, aby wzmocnić Siły
Stabilizacyjne w stolicy Remarku. Ale większość żołnierzy i sprzętu, w tym moja kompania, pojedzie dalej na południe, do miasta Harman.
Dwa bataliony piechoty, pierwszy i trzeci, które stacjonują w bazie
Erde, na wschodzie Harmanu, poniosły do tej pory największe straty i były najczęściej uzupełniane. Nie napawa to optymizmem. Kilku chłopaków
po otrzymaniu przydziału przeżyło małe załamanie nerwowe. Jednak
większość jest w bojowych nastrojach, śpiewają piosenki albo grają w strzelanki na komunikatorach. Potem przechwalają się przed sobą, ile
headshotów zaliczyli i jaki mają zajebisty level. To jakaś paranoja,
myślę sennie. Od przekroczenia granicy czuję pustkę w głowie, jakbym
łyknął leki uspokajające.
Na szczęście im dalej na południe, tym cieplej. O tej porze roku w Harmanie jest co najmniej piętnaście stopni powyżej zera. A ja tak
bardzo nienawidzę zimy, że wolę znosić upały i gorący wiatr pustyni, niż
czuć, jak przemarza mi dupsko. Sierżant Gola, który stacjonował na
południu, nie podziela mojego zachwytu. Powtarza też, że najwięcej tam
rebeliantów i - ogólnie - jest raczej przesrane. Widziałem w Syrakus
filmy instruktażowe o partyzantach Garcii i hadejczykach samobójcach,
więc domyślam się, o czym mówi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki