Prolog
Na zewnątrz naszego namiotu -?noc;
ciemna, głęboka i przeczysta. Wewnątrz -?zamykam oczy i usiłuję zasnąć.
Ale grunt pod moimi plecami jest zimny i twardy. Zaciskam usta, żeby
powstrzymać zęby przed szczękaniem.
W twoim śpiworze na pewno jest cieplej.
Przekręcam się na bok, żeby na ciebie spojrzeć. Dziś nów, więc świecą
tylko gwiazdy. Powlekają cię marzycielskim odcieniem -?skórę masz
gładką, nie licząc szczeciny, która zaczęła ci rosnąć po trzech dniach
na pustyni. Twoje oczy są zamknięte, twarz odwraca się w kierunku
zasłoniętej moskitierą szczeliny w namiocie, a twoje usta, pełne i doskonałe, układają się w rozluźniony uśmiech, jakbyś podziwiał we śnie
gwiazdy. Na pewno nie jest ci zimno, bo ręce masz na wierzchu śpiwora,
wyciągają się triumfalnie wzdłuż tułowia. Pierś, naga i umięśniona,
unosi się i opada w miarowym rytmie.
Nie kochaliśmy się zaledwie od kilku godzin, a już mam wrażenie, jakby
to były lata.
Byłam przygotowana na to, że dni na pustyni będą gorące, a noce zimne. A w każdym razie słuchałam i potakiwałam, gdy mnie przed tym ostrzegałeś,
co -?jak teraz wiem -?wcale nie oznacza, że się przygotowałam. Nie
doceniłam pogody tak samo, jak dziś w ciągu dnia oboje nie doceniliśmy
otaczających nas poszarpanych wzgórz.
-?Ten szczyt wcale nie jest aż tak wysoki -?stwierdziliśmy. -?Wejdźmy na
samą górę.
Wspinałeś się tak, jakby słońce wcale ci nie przeszkadzało, i gdyby mnie
z tobą nie było, poruszałbyś się znacznie szybciej.
Pod szczytem minęliśmy wejście do jakiejś jaskini. Zastanawiałam się na
głos, co w niej mieszka.
-?Może jakiś ryś -?stwierdziłeś i wzruszyłeś ramionami. Więc ja również
zrobiłam to samo, rzuciłam: "Ekstra", a potem wycofałam się.
Zagrzebuję się głębiej w śpiwór i z żalem myślę, że przydałaby mi się
jeszcze jedna warstwa ubrania. W twoim śpiworze musi być cieplej.
Wyobrażam sobie, że się do niego wczołguję. Ale nie jestem pewna, czy
chciałbyś, żebym cię wybudziła. Nasz związek jest tak świeży, że każda
decyzja wydaje się doniosła, jakby można ją było zinterpretować na opak
-?na przykład gdybym cię obudziła, mogłoby to zasygnalizować, że nie
rozumiem osobistych granic i tego, jak ważna jest odrobina przestrzeni,
żeby zrównoważyć naszą intensywną fizyczną bliskość. Ten początkowy etap
jest odurzający, ale też śliski i niepewny.
Ostatnie trzy dni były upojne, obojgu nam wystarcza najdrobniejszy
szczegół, żeby się nakręcić -?powolne wydmuchanie dymu z trawki,
ramiączko stanika zsuwające mi się z ramienia. Nieustannie odrywamy
wzrok od roboty i przyłapujemy to drugie na tym, że się gapi.
Wsuwam ramiona w rękawki koszulki, żeby się troszkę ogrzać, i wpatruję
się w gwiazdy przez siateczkowy sufit namiotu. Myślę o stromym,
skalistym szlaku, o wejściu do tamtej jaskini. I o rysiu.
Nagle przypominam sobie wełnianą czapkę, którą beztrosko zostawiłam przy
ognisku. Oto sposób na moją bezsenność. To mnie ogrzeje. Muszę ją
odzyskać.
Wysuwam się ze śpiwora -?ostrożnie, żeby cię nie obudzić -?i rozpinam
namiot, żeby po cichu wymknąć się w noc.
Powietrze jest tak zimne, że aż szczypie. Gdzieś w pobliżu siedzi sowa;
słyszę ją, głośną i czujną, gdy macam w poszukiwaniu czapki dokoła
zamierającego ognia. Drzewa na skraju naszego obozowiska wydają się
jarzyć na niebiesko, a pod moimi stopami przebiega jakaś jaszczurka. Tak
łatwo mnie przestraszyć, że aż sama się śmieję.
Biorę głęboki oddech i pocieszam się ostatnimi czerwonymi polanami w ognisku, wyciągając ku nim ręce, żeby się ogrzać. Moje ramiona się
rozluźniają, kiedy spijam tę ciszę.
-?Diana!
Na dźwięk twojego głosu aż się podrywam. Chwytasz mnie za ramiona i przyciągasz do swojego boku. Promień twojej latarki oświetla drzewa,
tańczy wśród nich, aż wreszcie zatrzymuje się na parze oczu -?lśniących,
jasnych i utkwionych gniewnie prosto w nas.
-?Schowaj się do środka.
Głośno wciągam powietrze, a potem wolno zaczynam się cofać. Zwierzę nas
obserwuje.
Już z wnętrza namiotu świecimy latarką przez okienko, aż wydłużony, koci
kształt znika w nocy, oddalając się w kierunku wzgórz.
-?Myślisz, że wróci?
-?Nic nam nie grozi -?mówisz, ale serce nadal tłucze ci się mocno o klatkę piersiową; moje zresztą też. W ciszy przyglądamy się sobie
nawzajem: nasze oczy szeroko otwarte i czujne, nasze ciała zastygłe. Mój
śmiech jako pierwszy przełamuje napięcie. Po nim rozlega się twój.
-?Ale się strachu najadłem -?mówisz.
-?Ja też.
Namiot jest mały, ale dzieląca nas odległość nagle wydaje się aż nazbyt
duża. Twój wzrok przenosi się z moich oczu na usta. Ja spoglądam na
twoją szyję, potężne mięśnie twoich ramion, twoją twarz.
Gdy nasze wargi się spotykają, uświadamiam sobie, że drżę. Usta masz
ciepłe i słonawe. Całujemy się, aż oboje zaczynamy czuć ciepło
promieniujące z mojego ciała. Ściągam koszulkę. Odchylasz się w tył,
żeby objąć spojrzeniem krzywizny moich piersi, miękkich i spragnionych w bladej poświacie.
Rozpinasz śpiwór i rozkładasz go dla nas jak koc. Kładziemy się na
plecach, oboje nadzy od pasa w górę, i tylko nasze dłonie delikatnie się
dotykają. Próbujemy spowolnić ekstazę tej chwili.
-?Nie chcę wracać jutro do miasta -?mówię. "Bo kiedy wrócimy", dodaję w myślach, "wszystko się ulotni, łącznie z nami".
Patrzę na nocne niebo, ale za bardzo mnie rozpraszasz. Gdy odwracam się
twarzą do ciebie, też już jesteś odwrócony, żeby spojrzeć mi w oczy.
Przekręcamy się na boki i przyciągasz mnie do siebie. Skórę masz ciepłą,
jakbyś wylegiwał się na słońcu.
Zsuwam ci z bioder spodnie i muskam cię nagą skórą swojego brzucha.
Czuję, jak twardniejesz.
Biorę cię do ręki i aż stękasz.
-?Gdzie ja jestem? -?pytasz. Uśmiecham się i ujmuję cię mocniej. -?I co
my robimy?
Śmieję się.
-?Ogólnie ze swoim życiem czy konkretnie w tej chwili?
Całujesz mnie, kąsając lekko moją dolną wargę.
-?Jedno i drugie.
-?Obozujemy -?mówię. A potem dodaję: -?I jeszcze uprawiamy seks. Dużo
seksu.
-?Mhm, racja -?mruczysz, nadal mnie całując.
-?I może jeszcze kryjemy się przed światem. -?Zarzucam na ciebie nogę, a potem cała się na ciebie przesuwam. -?Ale może nikt nas nie szuka. -
Może czuwa nad nami tylko tamta sowa.
Twoje dłonie zsuwają się po moich plecach, wkradają do moich spodni.
-?Trzeba to z ciebie ściągnąć -?mówisz.
Uśmiecham się i unoszę biodra, żebyś mógł mnie rozebrać.
-?A tego to już na pewno musimy się pozbyć -?dodajesz i wspólnymi siłami
zsuwamy ze mnie majtki, tak że teraz oboje jesteśmy nadzy.
-?Nadal ci zimno?
W odpowiedzi rozsuwam nogi, tylko trochę, żeby musnąć twojego członka
najcieplejszą, najmiększą częścią siebie.
Z rozkoszy odchylasz głowę w tył i chwytasz mnie za biodra.
-?Lubię się z tobą ukrywać.
-?Ja z tobą też. -?Całuję szczecinę na twoim policzku. Przyciągasz mnie
jeszcze bliżej do siebie i namiot wypełniają twoje gardłowe jęknięcia.
"A poza tym się w sobie zakochujemy", dodaję, ale nie na głos.
Zahaczam nogami o twoje uda i poruszam się na tobie. Muszę cię w sobie
mieć. To już nie kwestia pragnienia, tylko potrzeby. Delikatnie
przesuwam się wyżej i napieram miednicą, tak że końcówka twojego penisa
wchodzi we mnie.
-?Poczekaj. -?Chwytasz mnie za biodra. -?Najpierw chcę cię dotknąć.
Przesuwasz się delikatnie na mnie, opierając się przedramionami o ziemię
obok. Rozsuwam szerzej nogi. Ale ty kręcisz głową.
-?Nie ruszaj się. -?Przytrzymujesz mi ręce w górze. Przetacza się przeze
mnie fala żaru i wiję się pod tobą, chcąc poczuć w sobie twoją twardość.
Ale ty znowu kręcisz głową. -?Ani drgnij -?szepczesz.
Puszczasz moje nadgarstki i przesuwasz rękami po moim ciele. Dłonie mam
teraz wolne, ale zostawiam je tam, gdzie są. Zamykam oczy. Oboje
jesteśmy teraz gdzie indziej, unosimy się jakby w rozgorączkowanej
ciemności, gdzie jedynym, na czym mogę się skupić, jest podążanie za
twoimi wskazówkami, które prowadzą nas do głębi rozkoszy.
Całujesz dołeczek w mojej szyi w miejscu, gdzie spotyka się ona z klatką
piersiową, i bierzesz w dłonie moje piersi. Całujesz mnie po sutkach,
które twardnieją pod twoimi ustami. Wsuwasz we mnie dwa palce i wiem, że
czujesz, jaka jestem nabrzmiała. Nie mogę się powstrzymać, moja dłoń
szuka twojej.
-?Proszę -?mówię szeptem. -?Chcę się z tobą ruchać.
Ale ty nie cofasz ręki, zataczasz palcami powolne kółka.
-?Chcę cię w sobie mieć -?błagam.
-?Zaufaj mi.
Na dźwięk twojego głosu, niskiego i zgłodniałego, zaczyna we mnie
narastać jakaś pełnia, napięcie, któremu tylko ty możesz ulżyć. A może
po prostu do tej pory nikt oprócz ciebie nie starał się tak dokładnie
zapoznać się z topografią mojego ciała.
Im pełniejsza się staję, tym bardziej chcę się odsunąć. Zwalczam chęć,
żeby odepchnąć twoją rękę, i nagle rozbudza się we mnie jakaś
cząsteczka. Zastanawiam się, czy wyparuje, czy też zacznie narastać.
Znika i korzystam z tej chwili, żeby złapać oddech.
-?Nie rozpraszaj się -?szepczesz mi do ucha.
Wyginam plecy w łuk i mocniej na ciebie napieram. Twoja szczecina drapie
mnie w policzek, aż piecze. Cząsteczka powraca i tym razem zaczyna się
mnożyć. Moje usta się otwierają, oddycham szybciej i ciężej.
-?Zaufaj mi -?mówisz. -?Jesteś już tak blisko.
Moje biodra poruszają się razem z twoją ręką, domagają się, żebyś
nacisnął mocniej, został dłużej, nie przestawał, póki się z tobą nie
stopię.
-?Jesteś już tak blisko -?powtarzasz, jakbyś znał moje ciało lepiej niż
ja sama.
Napieram na ciebie, aż czuję, że chyba się roztrzaskam.
-?Zaraz dojdę.
Ta głośna deklaracja udziela mojemu ciału pozwolenia. Moja głowa opada
do tyłu. Krzyczę w pustynne niebo.
Uśmiechasz się, całujesz mnie chciwie i już wiem, że to jeszcze nie
koniec.
Moje ciało drży.
-?Co to było? -?pytam.
Ale ty tylko dalej się uśmiechasz, a potem pytasz między pocałunkami:
-?Mogę cię przelecieć?
Moje ciało należy do ciebie. Możesz z nim robić, co tylko zechcesz.
Kiwam głową i kładę się z powrotem na ciepłym śpiworze, rozsuwam przed
tobą nogi. Uda jeszcze mi drżą. Wchodzisz we mnie szybko i teraz jeszcze
wyraźniej czuję, jak nabrzmiałeś. Zaciskam się wokół ciebie, jakbym
błagała, żebyś został. "Nigdy nie odchodź".
Chwytasz mnie za ręce i splatamy palce, wbijamy się w twardą ziemię.
-?Boże, jak mi w tobie dobrze -?szepczesz.
Przetaczam się na ciebie tak, że obejmuję cię w pasie nogami. Ty też
siadasz prosto, z rękami na moim krzyżu. Bierzesz do ust moją pierś,
gryziesz sutek, a potem go ssiesz, jakbyś chciał przeprosić. Unoszę i opuszczam biodra, gdy wchodzisz we mnie coraz głębiej. Poruszamy się w jednym rytmie, coraz szybciej i szybciej.
Odchylam się w tył i nagle czuję na szyi dziwne łaskotanie. Jest ciepłe.
Za ciepłe. Odpędzam ręką to uczucie.
Prostuję się i skupiam na tobie. Na naszych ciałach, na twojej skórze
przy mojej, na tym, jakie to uczucie, gdy cię dosiadam.
Teraz łaskotanie przenosi się na mój policzek. Przypomina mdły wiatr.
Znowu macham ręką, żeby je odgonić. Poruszam się na tobie, lecz wzajemne
tarcie naszych ciał zniknęło. Pod sobą czuję twardą ziemię -?ale
przecież siedzę na tobie, powinnam czuć ciebie, a nie grunt. Ta dziwna,
irytująca bryza powraca na mój policzek i odciąga od ciebie moją uwagę.
Spoglądam w dół, ale odwracasz się ode mnie. Nie widzę twojej twarzy.
Zaciskam powieki i siłą woli próbuję zmusić się, żeby wrócić do swojego
ciała, do przetaczających się przez nie fal rozkoszy. Rozpaczliwie
pragnę odzyskać ten żar, który nas łączy.
Ale jestem już gdzie indziej.
Moje oczy otwierają się gwałtownie. Wpatruję się prosto w twarz męża,
który śpi obok mnie. Nie jestem w żadnym namiocie ani pod gwiazdami.
Leżę we własnej sypialni, w wykrochmalonej prążkowanej pościeli.
Gorąco, które czuję, to nie moje pożądanie, ale oddech męża, ciepły i nieświeży, na mojej twarzy. Przy każdym wydechu wydobywa się z niego
odgłos jakby maleńkiej rowerowej pompki, ciężko pracującej, żeby
nadmuchać ogromną tratwę ratunkową.
Chowam twarz w poduszkę i staram się wrócić do swojego snu, do namiotu,
do zimnej, rozgwieżdżonej nocy.
Ale to na nic. Już się rozbudziłam.
Rozdział 1
W naszym domu jest taki pokój, do którego
rzadko zaglądamy. Ostatnia z trzech sypialni, mała i idealnie
kwadratowa; pokój, w którym nikt nie sypia. Jest to także jedyne
pomieszczenie, w którym nadal mamy wykładzinę -?o gęstym, kremowym
włosiu, położoną jeszcze przez poprzednich właścicieli.
Weszliśmy tu z Oliverem w poszukiwaniu papieru prezentowego -
potrzebujemy tylko trochę, żeby opakować plastikową syrenkę, którą on i nasza córka Emmy kupili na urodziny jej najlepszej przyjaciółki.
-?Przecież mogli wam to opakować w sklepie -?mówię. Nie mogę się
powstrzymać. -?Za darmo.
Oliver zerka na przepełnioną szafę.
-?Musieliśmy się stamtąd zwijać, bo inaczej Emmy znowu by coś ukradła.
-?Oliver. -?Śmieję się. -?Przecież to był tylko jeden raz. Prawie rok
temu.
Nasza pięcioletnia córka ukradła paczkę gumy balonowej, gdy staliśmy w kolejce w spożywczym. Potem w samochodzie zgrywała niewiniątko,
jednocześnie próbując nadmuchać balona.
-?Diano, ona jest złodziejką. Zimnokrwistą kleptomanką. -?Oliver
uśmiecha się i wycofuje z pokoju, zostawiając mnie, żebym poszukała
papieru.
Na początku marzyło nam się, że to pomieszczenie będzie pracownią dla
nas obojga. Co prawda jest za ciasne, żeby Oliver mógł się w nim
rozstawić z przyzwoitym warsztatem, ale po południu mamy tu dobre
światło i zmieściłby się stół kreślarski, o jakim Oliver zawsze marzył.
A ja miałabym miejsce na swoje sztalugi i farby.
Gdy się poznaliśmy, miałam dwadzieścia sześć lat i mieszkałam w Dallas z siedmiorgiem współlokatorów w ruderze, która rzekomo miała być
artystyczną komuną. Nazywaliśmy ją "kooperatywą", ale wyglądała bardziej
jak imprezownia, której nikt nigdy nie sprzątał. Raz zebrałam się w sobie i zawiesiłam tabelę obowiązków domowych z kolumną, w której można
się było zapisywać. Myślałam, że to załatwi sprawę. Ale współlokatorzy,
zamiast wpisywać swoje inicjały, wpisywali "Matthew McConaughey" przy
ubikacjach i "Duch sir Aleca Guinnessa" przy kuchni.
W środku lata ktoś zostawił surowe mięso w zepsutym zsypie na śmieci i zalęgły nam się robaki, więc zaczęłam trzymać jedzenie we własnym
pokoju. Czasami po południu zabawiałam się szkicowaniem domu i współlokatorów, nadając im przesadny i nieco groteskowy wygląd. Garść
tych rysunków przesłałam mojemu przyjacielowi Barry'emu w Santa Fe, a resztę mojej przyjaciółce Alicii, która wyjechała do szkoły filmowej w Nowym Jorku. Podpisywałam je "Dirty Diana", bo przesadzone opowieści o moich przygodach w zasyfionej kooperatywie przejmowały Barry'ego
dreszczem zgrozy, a w Alicii wzbudzały śmiech. Oboje przysyłali mi
długie, kochane listy, a raz Alicia odpowiedziała tylko karteczką o treści: "Zamrugaj dwa razy, jeśli mam wysłać pomoc", którą przykleiła do
nieużywanej gąbki do zmywania naczyń.
Wreszcie pewnego dnia czymś się strułam -?prawdopodobnie w restauracji,
gdzie pracowałam jako kelnerka, po wspólnym posiłku dla personelu -?i musiałam się zaszyć w dolnej łazience. Leżałam na zimnej podłodze
wyłożonej kafelkami ze spoconą twarzą oblepioną długimi ciemnoblond
włosami i modliłam się, żeby te wymioty już się skończyły, tymczasem
współlokatorzy imprezowali w najlepsze, a goście przestępowali nade mną,
żeby skorzystać z toalety. Zwinięta w kulkę przy wannie zauważyłam, że
ktoś narysował coś flamastrem na brzegach. To była całkiem niezła
podobizna Barta Simpsona na deskorolce. Ktoś inny ułożył rymowankę:
"Poślady spinam i balasek / wyciskam z siebie wielki jak Teksasek".
Głowa pękała mi z bólu, ale pomyślałam wtedy: "Fajny rym, tylko rytm się
nie zgadza". Następnego dnia zaczęłam szukać nowego lokum.
Obejrzałam pięć kawalerek, wszystkie z zaciekami i dziwnym zapaszkiem,
aż wreszcie dotarłam do ostatniego miejsca na swojej liście. Budynek
stał w zacisznej uliczce, był niski i szary, kryty stiukiem, z rzędem
wesołych różowych róż przy wejściu.
Na zewnątrz siedział jakiś mężczyzna i ze spokojem zabijał komary.
-?Pani Reece?
Złożył gazetę, którą czytał, w perfekcyjny kwadrat i wstał, chowając ją
do kieszeni spodni. Ubrany był jak ktoś znacznie starszy, w beżowe
spodnie z zakładkami i miętową zapinaną koszulę. Dopiero gdy podeszłam
bliżej, zorientowałam się, że jesteśmy chyba w podobnym wieku. Miał
gęste brązowe włosy, szerokie ramiona i niebieskozielone oczy w kolorze
-?przynajmniej tak sobie wyobrażałam -?jeziora gdzieś na środkowym
zachodzie w środku lata: żadnych poszarpanych fal, tylko ciepła, lśniąca
woda.
Przeprosiłam, że musiał czekać.
-?Wsiadłam do złego autobusu. I to dwa razy. Najpierw wysiadłam, żeby
złapać ten właściwy, a potem wsiadłam z powrotem do nie tego co trzeba.
Popatrzyłam badawczo w jego twarz, w te życzliwe oczy, i od razu
zaczęłam sobie wyobrażać, jak go narysuję: z tym idealnie prostym nosem
spuszczonym w dół, z utkwionym we mnie spojrzeniem i zmarszczonymi
brwiami, a nad jego głową będzie chmurka z myślą: "Jezu, a tę kto
przysłał?".
Ale w rzeczywistości na jego twarzy nie było widać żadnej dezaprobaty,
przez jego spokojne oczy nie przemknął nawet jej ślad. Odgarnęłam z czoła grzywkę i pożałowałam, że nie umyłam włosów, lecz skręciłam je w nieporządny węzeł na karku.
-?A potem w trzecim autobusie nie działała klima, więc chociaż to była
ta właściwa linia, miałam wrażenie, że... -?O, jest, pojawiło się: drobne,
ale zauważalne zmarszczenie brwi. -?No, to był właściwy autobus -
podsumowałam. -?Ale miałam wrażenie, że nie.
Milczał przez chwilę, jakby chciał mi pozwolić na złapanie oddechu.
-?Jestem Oliver Wood. Chciała pani obejrzeć cztery "B", prawda?
-?Zgadza się. Jestem Diana.
Podaliśmy sobie dłonie i ruszyłam za nim do windy. Była tak mała, że gdy
stanęliśmy obok siebie, muskałam ramieniem jego biceps i czułam zapach
jego płynu po goleniu, lekki i czysty. Drzwi się zamknęły. Oliver
nachylił się do przodu i trzy razy wcisnął przycisk czwartego piętra.
Nic się nie stało. Czekaliśmy w milczeniu. Spróbował jeszcze raz. Wciąż
nic. Chyba go to zmieszało, więc podskoczyłam, a wtedy winda szarpnęła i się obudziła.
-?Dzięki. -?Odchrząknął. -?Od dawna mieszkasz w Dallas?
-?Nie, niezbyt długo. Jakiś rok.
-?Studiujesz?
-?Nie. Maluję. -?W windzie było gorąco i cicho, więc dodałam: -?Właśnie
wydałam książkę.
-?Naprawdę? -?Jego brwi się uniosły, jakby autentycznie cieszył się moim
sukcesem. -?Będę musiał kupić egzemplarz.
-?Trochę trudno ją znaleźć. Wydało ją takie maleńkie lokalne
wydawnictwo.
-?Aha. -?Zaskoczyło mnie jego rozczarowanie.
-?Ale jak chcesz, mogę ci przesłać egzemplarz.
Ta książka była całym powodem, dla którego wylądowałam w Teksasie -
jedna tutejsza redaktorka bardzo pozytywnie wyrażała się o moich pracach
i nawet znalazła mi pokój w kooperatywie. Już sobie wyobrażałam, co by
się stało, gdybym teraz, w tej windzie, wyciągnęła swoją książkę i razem
z tym uprzejmym nieznajomym zaczęlibyśmy wspólnie oglądać moje obrazy;
niektóre z nich przedstawiały kobiety w różnych stanach seksualnej
tęsknoty, a okalały je przeprowadzone przeze mnie wywiady o ich
pragnieniach.
-?Moja ciocia też maluje -?rzucił Oliver.
-?Tak?
-?Głównie portrety. Jej psów. -?Oliver ściszył głos, jakby ciotka mogła
go usłyszeć. -?Trochę są przerażające. Ale jak się zastanowić, to te psy
też są przerażające, więc może ciocia ma większy talent, niż mi się
wydaje?
-?Może. -?Uśmiechnęłam się i poczułam, jak jego ramiona się rozluźniają.
Oliver zaprowadził mnie do drzwi mieszkania, a potem wyciągnął z teczki
ogromny pęk kluczy i zaczął kolejno je sprawdzać. Uszy coraz bardziej mu
czerwieniały. Wreszcie zamek zaskoczył z trzaskiem, a on odetchnął z ulgą.
-?Niezłe zabezpieczenia, nie? Nawet najemca nie dostanie się do środka.
Mieszkanie nie było specjalnie imponujące: kwadratowy pokój z dwoma
niewielkimi oknami, jedno wychodziło na parking, a drugie na róże. Do
tego niewielki aneks kuchenny z lodóweczką, kuchenką elektryczną i zlewem. Oliver zajrzał do swoich papierów i powiedział:
-?Wszystkie urządzenia są nowe!
Otworzył lodówkę -?w środku znajdowały się na wpół pusta butelka
ketchupu, słoik majonezu i piwo.
-?I patrz, jakie dodatkowe luksusy!
Gdy się roześmiałam, zrobił taką minę, jakby mu ulżyło.
-?Oprowadziłbym cię, ale w sumie wystarczy się obrócić dokoła -
stwierdził. -?Choć to niekoniecznie wada. Mniej do sprzątania, prawda?
Przypomniały mi się wierszyki na wannie i lepka podłoga łazienki w kooperatywie.
-?Dla mnie bomba.
-?Rachunki za wodę i wywóz śmieci są wliczone w czynsz. Lubisz kąpiele?
-?Lubię.
-?To fajnie. Ja też. -?Oliver otworzył drzwi, które znajdowały się na
wprost przed nami, i zbladł na widok rozmiarów łazienki: z trudem
zmieściła się w niej ubikacja, o wannie nie wspominając. -?Jestem
beznadziejny w oprowadzaniu najemców.
-?Nie, to najsympatyczniejsze mieszkanie, jakie dzisiaj widziałam.
-?No dobrze, ale ty przecież zasługujesz na wannę. -?Osobisty charakter
tej uwagi zaskoczył nas oboje. Oliver oblał się rumieńcem.
-?No a kuchnia zdecydowanie jest najlepsza z tych, które dziś widziałam.
-?Dużo gotujesz?
-?Wcale. -?A potem, ponieważ odniosłam wrażenie, że żadne z nas nie
chciało jeszcze kończyć tego oprowadzania, otworzyłam lodówkę i wyciągnęłam tamto piwo. -?Ale doceniam dodatkowe luksusy.
Oliver znowu się uśmiechnął, wyjął mi z rąk butelkę i otworzył ją jednym
z wielu kluczy na swoim breloku. Piwo było zimne i pyszne. Wyciągnęłam
je na powrót do niego, żeby się poczęstował.
-?Nalałabym ci do szklanki, no ale... -?Objęłam gestem pustą kuchnię. -?Za
to możemy usiąść na mojej nieistniejącej kanapie.
Zastanowił się nad zaproszeniem -?albo nade mną jako taką -?i kiedy to
robił, wyobraziłam sobie, że nad naszymi głowami pojawia się napis
"ogłuszająca cisza", jak w mandze. Oliver obrócił butelką w dłoni. A potem machnął ręką w stronę ściany, pod którą powinna stać kanapa.
-?Nie spodziewałem się, że pójdziesz w obicie z wiśniowej skóry, ale
dobrze tu wygląda.
Parsknęłam śmiechem.
-?Pasuje do plecionych podstawek pod szklanki, które dla mnie zrobiłeś.
Usiedliśmy na podłodze i piliśmy piwo, podając je sobie na zmianę.
Pomarańczowe światło zgasło za zachodnim oknem, ale żadne z nas nie
ruszyło się, żeby włączyć lampę, i w pokoju zapanował półmrok.
Przeciągnęłam ręką po starannie odkurzonej wykładzinie.
-?Widać, że dopiero co ją wyczyszczono. Doceniam to.
Oliver zrobił taką minę, jakby musiał zrzucić z serca jakąś tajemnicę.
-?Muszę ci coś powiedzieć. Tak naprawdę nie jestem opiekunem tej
nieruchomości. Budynek należy do moich rodziców. Ale Connie, która
zwykle oprowadza zainteresowanych, musiała odebrać skądś dziecko, więc
powiedziałem, że ją zastąpię.
Ulżyło mi, że oboje mamy coś do wyznania.
-?A ja, jeśli mam być szczera, nie mogę sobie pozwolić na to mieszkanie.
Starczyłoby mi na czynsz za pierwszy miesiąc i na depozyt. Ale nie na
opłacenie z góry ostatniego miesiąca. -?Oparłam się głową o ścianę. -?A do tego mam fatalną historię kredytową.
Gdy to mówiłam, jego spojrzenie przenosiło się z moich oczu na usta i z powrotem.
-?Masz jakąś pracę? Znaczy poza malowaniem?
-?Jestem kelnerką. W Momo's.
-?W tej knajpie stylizowanej na gangsterską spelunę z lat trzydziestych?
Tej, gdzie kelnerki na każde "dziękuję" muszą odpowiadać "adapanspokój"?
-?Nie innej. -?Podniosłam ręce jak podczas napadu z bronią. -?Byłeś tam
kiedyś?
Oliver pokręcił głową.
-?Widziałem tylko w wiadomościach. Właściciel ma na koncie jakieś
przestępstwa seksualne, nie?
-?Hmm. -?Zastanowiłam się nad pytaniem. -?Nawet by się zgadzało.
-?No dobra. -?Oliver spuścił wzrok na swoje nogi. -?Czyli teraz w wolnym
czasie będę ci szukał nowej roboty.
-?Dzięki.
Nachylił się bliżej i dał mi delikatnego szturchańca ramieniem.
-?Adapanispokój.
Osiem lat później, gdy wprowadzaliśmy się do naszego obecnego domu z trzema sypialniami, byłam już w ciąży z Emmy. Kolejnych kilka miesięcy
spędziliśmy na przygotowywaniu się na dziecko, dobieraniu odcieni farb i głowieniu się nad dziecinnymi mebelkami z Ikei. Oliver sam potrafił
robić piękne drewniane meble od zera, jednak instrukcje montażu budziły
w nim taką samą konsternację jak we mnie.
-?Coś tu się nie zgadza -?powtarzał, przekręcając kartki do góry nogami
i z powrotem. -?Może brakuje nam jakiegoś elementu?
A potem zjawiła się Emmy, a wraz z nią bezsenne noce i napady
miażdżących lęków przeplatane chwilami czystego szczęścia i nieskończonymi ładunkami prania.
Emmy ma teraz sześć lat. Wolny pokój wypełniają plastikowe pudła
wypchane zabawkami, na które jest już za duża, ubrankami, z których
wyrosła, i ogromną kolekcją lalek w historycznych kostiumach, od których
ma koszmary, tylko że Oliver boi się powiedzieć o tym swojej matce.
Oznaczyliśmy te pudła napisami "DO ODDANIA" i obiecujemy sobie -?raz po
raz -?że w następny weekend na pewno się z nimi uporamy. To już nasz
stały dowcip. Wieczorem, gdy padamy na łóżko i jednemu z nas chce się
pić, ale nie ma ochoty się ruszać, mówimy:
-?Jeśli przyniesiesz mi wody, przysięgam, że zabiorę te pudła do
oddania. Jutro.
W tych pojemnikach nie ma za to choćby skrawka papieru prezentowego.
Przeciskam się między dwiema wieżami z plastiku, żeby dostać się do
garderoby w głębi pokoju. Włączam górne światło i rozglądam się po
półkach. Znajduję zapasowe koce, dmuchany materac zwinięty w kulkę i stare pudełko na haczyki wędkarskie, w którym trzymam zapasowe pędzle.
Pod ścianą stoją dwa moje stare płótna: olejny obraz przedstawiający
łubin i scenka plażowa -?jedno i drugie namalowałam kilka lat temu na
zajęciach wieczorowych.
Zaglądam głębiej do garderoby. Za pudełkiem na haczyki zauważam
sponiewierane czerwone pudełko na buty. Zapomniałam już, że tu leży.
Zapieczętowałam je taśmą malarską, więc teraz znajduję jakąś skrobaczkę
i ją rozcinam. W środku znajdują się dyktafon i dwa rzędy minikaset.
Oznaczono je różnymi imionami: "Jess", "Claudia", "Brynn", "Theresa" i tak dalej. Ogarnia mnie znajome uczucie -?tak jakby coś mi uszło na
sucho. A pod pudełkiem leży stara teczka wypchana szkicami: wszystko to
portrety tych kobiet z kaset. Kiedyś miały mi posłużyć do namalowania
obrazów do drugiej książki. Naszkicowałam je szybko grubym węglem
rysunkowym: tu profil kobiety wyglądającej przez okno, tam innej,
rozpartej w fotelu i rozcierającej sobie kark dłonią.
Po mojej przeprowadzce do Dallas redaktorka, z którą pracowałam przy
pierwszej książce, często zabierała mnie na bilard i jasne piwo.
Patrzyła na mnie spod ciężkich powiek i próbowała mi sprzedać moją
własną książkę, tak jakbym w życiu o niej nie słyszała.
-?To idealne połączenie kronikarstwa ze sztuką -?powtarzała, a ja tylko
potakiwałam głową, nie bardzo wiedząc, co jeszcze mogę dodać.
Kilka tygodni po ukazaniu się mojego albumu przeprowadziła się do
Michigan i już nigdy nie wróciła do pracy. Na jej posadę wskoczył jej
dotychczasowy asystent, młody chłopak o cichym głosie. Był tak nieśmiały
i skrępowany, że nie chciał spotykać się ze mną twarzą w twarz.
Przesłałam mu kilka wstępnych pomysłów na drugą książkę i powiedział, że
fajne te szkice, ale za miękkie.
-?Spróbuj dokopać się do mięsa. Ale tak wiesz, naprawdę się w nie
wgryźć.
Tamtego dnia, gdy Oliver pokazał mi mieszkanie, wgryzałam się w to mięso
już od miesięcy i szło mi bardzo wolno.
Teraz wyciągam pudełko z kasetami z garderoby i siadam na podłodze
między dwoma pojemnikami -?mam tam dość miejsca, żeby wyciągnąć nogi,
ale nie tak dużo, żebym czuła się odsłonięta. Przeglądam kasety, jedną
po drugiej. Wszystkie te wywiady, które spakowałam i nigdy do nich nie
wróciłam...
Wyjmuję taśmę opatrzoną imieniem "Jess" i wkładam do dyktafonu. Wciskam
play i słyszę jej głos:
Był wysoki. I wiesz co? To wystarczyło, żeby nabrał pewności siebie.
Nic więcej. Był wysoki. Wyobrażasz sobie? Kobiety muszą pilnować każdego
szczegółu, żeby poczuć się choćby okej, a jemu, słowo daję, wystarczyło,
że bozia nie poskąpiła mu wzrostu. Był wysoki i miał fajne bary, więc
wszystkie od razu stwierdziłyśmy: "mhm, w sumie czemu nie, dałabym mu".
Ale na serio, wcale poważnie tak nie myślałam. Że prześpię się z tym
barmanem. W życiu nie zaliczyłam jednorazowego numerka. Tylko że,
proszę: nagle znowu byłam do wzięcia -?okej, facet mnie rzucił -?w dodatku pracowałam jako kelnerka w barze w obcym mieście i próbowałam
pokazać, co to nie ja. W pracy nietrudno było o pewność siebie, bo
zawsze mieliśmy tłok i wszyscy żebrali o drinki, więc nawet jeśli byłaś
tam po to, żeby obsługiwać ludzi, to miałaś nad nimi pewną władzę. Jeśli
trafił się klient do dupy, zwyczajnie przez cały wieczór go olewałaś i mówiłaś pozostałym dziewczynom, żeby też nie zwracały na niego uwagi.
No, w każdym razie: ten gościu był przyzwoitym barmanem i flirtował ze
wszystkimi kelnerkami w barze, bez wyjątku. Mógłby wyrwać dosłownie
każdą z nas, nawet hostessę, a przecież ona miała chłopaka. No więc
tamtego wieczoru w pracy roznosiłam tacę za tacą z drinkami i przez cały
czas myślałam sobie, że tak, że mam ochotę przespać się z kimś, kogo nie
znam. Z kimś, czyje ciało będzie dla mnie totalną niespodzianką. Tak że
jak zacznie mnie dotykać, to nie będę wiedziała, na jakie uczucie się
przygotować i czego się dalej spodziewać.
No więc gdy podawałam mu zamówienia z moich stolików, pisałam na nich
coś w rodzaju: "Wódka z wodą sodową. Szkocka z lodem. Może stąd
wyjdziemy?".
Przez cały wieczór tak się zgrywaliśmy. I za każdym razem moje
wiadomości robiły się coraz śmielsze. "Martini z twistem. Pokażesz mi,
jak mieszkasz?"
A potem na przykład: "Dwie Stelle. Margarita z lodem. Sex on the Beach
-?nie no, to aż za łatwe". Takie, wiesz, durne wygłupy. Ale oboje się z tego śmialiśmy.
A potem zrobiła się druga nad ranem, bar się zamknął i muzyka ucichła.
Włączyli mocne światła sufitowe i pomyślałam, że już po atmosferze. Ale
kiedy sprzątałam, czułam, że on nadal mnie obserwuje. Miał takie
błękitne oczy i nawet przy włączonym świetle igrał w nich taki chochlik.
No więc wreszcie zgarniam swoje napiwki -?i od razu poczułam na krzyżu
jego dłoń. Jakby mnie prąd przeszył -?znaczy, czyli ja naprawdę
zamierzam to zrobić. Odwróciłam się twarzą do niego, a on wziął mnie za
rękę i pociągnął na ulicę. Padało, ale jakoś udało nam się złapać
taksówkę, więc może tak miało być. No więc wskoczyliśmy na siedzenie,
ale to migiem, i w tej ciemności włożyłam mu ręce za pasek, a on zaczął
mnie dotykać pod koszulą... Nawet nie pamiętam, jak miał na imię -?serio
nie pamiętam -?za to pamiętam, jakie to było uczucie, gdy wsunął mi
dłonie pod stanik. Zimne, ale było mi dobrze, tak jakby całe moje ciało
zaczynało się budzić. Miałam ochotę z miejsca zedrzeć z siebie wszystkie
ubrania, żeby mu to pokazać. Żeby mógł wszędzie mnie dotknąć. I żebym
mogła zobaczyć, jak na to reaguje. Chciałam, żeby dotykał mnie po całym
ciele...
-?Diana? - woła Oliver z korytarza i aż się podrywam z miejsca.
Wciskam stop i wpycham dyktafon do kieszeni. A potem zakrywam pudełko po
butach i chowam je głęboko do pojemnika z niemowlęcymi ubrankami Emmy.
Oliver staje w drzwiach pokoju.
-?I jak, udało się znaleźć jakiś papier?
-?Nic a nic. -?Kręcę głową. -?Kupię, jak wyjdę.
Oliver podaje mi kubek termiczny z kawą i obejmuje ramieniem w talii.
-?Dzięki.
-?Nie ma sprawy.
Wtula nos w moją szyję.
-?Ładnie pachniesz.
Czuję, jak moje ciało się spina, choć powinno się rozluźnić.
Oliver przyciąga mnie bliżej i zerka na drzwi.
-?Emmy wciąż jeszcze mocno śpi.
Skanuję każdy element swojego ciała, pragnąc, aby zbudziła się we mnie
właściwa reakcja -?jednak wszelka tęsknota za tym, by odwzajemnić jego
czułość, wydaje się po prostu poza moim zasięgiem. Odsuwam się i uśmiecham.
-?No co? -?pyta.
-?Jak to: "no co"?
-?No bo tak dziwnie na mnie patrzysz. Gapisz się.
-?Wcale że nie. -?Wcale że tak. Rzeczywiście się gapię, a konkretnie na
kręcony włosek, który wystaje mu z lewego nozdrza. "Nie myśl o włosie.
Skup się na jego życzliwych oczach. Na kubku, na jego dłoniach, na
parze".
Oliver pociera się po brodzie, tak jakby myślał, że może przykleiły mu
się tam jakieś resztki jedzenia.
-?Tyle że masz... taki włosek. -?Pokazuję palcem. -?O tutaj.
-?Kurna. -?Śmieje się. -?Zmieniam się we własnego ojca. Któregoś dnia
sięgnę po ten trymer, który od ciebie dostałem, słowo honoru. -?Przesuwa
palcem pod nosem, próbując wepchnąć włosek na miejsce. -?Tak lepiej?
Na zewnątrz trąbi L'Wren. Trzy szybkie klaksony.
-?Szkoda, że muszę już iść. -?Wysuwam się z jego ramion, dając mu całusa
w policzek.
Oliver rozgląda się po pokoju i wszystkich gratach, których trzeba się
stąd pozbyć.
-?Następny weekend? -?Uśmiecham się.
-?Jasne. -?Jego oczy skierowane są nie na mnie, tylko na te góry
nieużywanych rupieci.
Rozdział 2
-?Nie wiem, co jest bardziej
przygnębiające: pięćdziesięciosiedmiolatek, który próbuje robić z siebie
dwudziestokilkulatka, czy dwudziestoczterolatek, który wciąż mieszka z rodzicami. -?L'Wren wzdycha i zjeżdża na pas dla wspólnych przejazdów.
Kompletnie nie potrafi się skupić jednocześnie na rozmowie i prowadzeniu
samochodu. Chwytam się mocno krawędzi beżowego skórzanego fotela. -?Oni
są moją rodziną, a mam wrażenie, że to bardziej współlokatorzy -?ciągnie
L'Wren. -?A Halston? Ma sześć lat, a zachowuje się, jakby miała
szesnaście. Ciągle każe mi googlować "Harry Styles bez koszuli".
-?L'Wren! Nie rozśmieszaj mnie! -?krzyczy z tyłu Jenna. -?Bo wypełniacze
mi się spartaczą! -?Przyciska rękami policzki, jakby chciała je
przytrzymać na miejscu.
L'Wren spogląda na nią w lusterku wstecznym. Przyjaźnią się od liceum, a teraz wszystkie trzy mamy córki w tym samym wieku.
-?Przecież po botoksie wolno się śmiać.
-?Ale to nie botoks, tylko wypełniacz. Dermatolożka powiedziała, że
przez dwadzieścia cztery godziny nie powinnam ćwiczyć ani zanadto ruszać
twarzą, bo mogą się przemieścić.
-?Jezu. Gdzie ty sobie robiłaś te wypełniacze, na parkingu pod
supermarketem?
-?Nie. No weź przestań. -?Jenna niemal parska śmiechem. -?U doktor
Laredo. Robiła usta Raleigh, a przecież byłaś nimi zachwycona.
Na wzmiankę o Raleigh wszystkie trzy milkniemy. Siedzimy przy
akompaniamencie klimatyzacji, a L'Wren pędzi dalej trasą szybkiego
ruchu. To nasza doroczna wyprawa do Round Top, na południe od Dallas, na
ogromne targi antyków. Pierwszy raz wybrałyśmy się tam pięć lat temu,
gdy wszystkie co sobotę chodziłyśmy na te same zajęcia dla mam z dziećmi. L'Wren zrobiła Jennie i mnie niespodziankę: wynajęła opiekunkę
do dzieci i zaproponowała, żebyśmy urwały się z zajęć i zamiast tego
wybrały się na wycieczkę.
Jenna odchrząkuje. Wysuwa głowę między naszymi fotelami i blond loki
podskakują jej na głowie.
-?Zawsze mogłaś trafić na gorszych współlokatorów. Przynajmniej Liam to
jak darmowa opiekunka na miejscu. Przecież na pewno wam pomaga. -?Liam
to pasierb L'Wren, zwykle za bardzo nawalony trawą, żeby na coś się
przydać. Już raczej można go uznać za dobrotliwego ducha, który snuje
się po domu. -?No i przynajmniej twój mąż jeszcze nie wyłysiał.
-?Ojej, jakie to słodkie, naprawdę w to wierzysz? -?pyta L'Wren. -?Że
Kev nadal ma własne włosy? Mam ci przypomnieć ostatnie lato? I te
przeszczepy?
Tłumię śmiech.
-?Diana, nie musisz się krygować, że cię to nie bawi. -?L'Wren odwraca
się w moją stronę, całkowicie odrywając wzrok od jezdni. -?Fakt, Kevin
nic na to nie poradzi, że łysieje. No ale nikt mu nie kazał paradować w tym berecie.
-?Aaa... -?mówi Jenna. Często ma opóźniony zapłon. -?Kompletnie o tym
zapomniałam. Coś takiego. A ja myślałam, że on przechodził wtedy taki
europejski kryzys wieku średniego.
-?Co to, kurna, jest "europejski kryzys wieku średniego"? -?pyta L'Wren.
Przez całe zeszłe lato jej mąż Kevin nie pokazywał się bez nakrycia
głowy. Raz na ich przyjęciu przy basenie z okazji Memorial Day
widzieliśmy z Oliverem, że nawet pod prysznic wszedł w myśliwskiej
czapce.
-?W sumie nieźle wyglądał -?przyznaje z czułością L'Wren. -?Ale,
biedactwo, co chwilę musiał zmieniać opatrunki na tych swoich mieszkach
włosowych.
Rozkładam lusterko nad fotelem i spoglądam na siebie w porannym słońcu,
przyglądam się skórze pod swoją szczęką -?do tej pory nigdy nie
zwracałam na nią szczególnej uwagi. Pod bursztynowymi oczami mam cienie,
ale przynajmniej włosy posłusznie układają się w długie, równe fale.
Naciągam skórę aż na uszy, jakbym robiła sobie domowy lifting, i w myślach odmalowuję swój portret w zretuszowanej wersji, z promiennym,
gładkim czołem i policzkami jak pulchne jabłuszka. Marszczę nos,
uśmiechając się na widok swojej głupiej miny, i odsuwam ręce, ale Jenna
już mnie przyłapała. Udaję, że tylko poprawiam szminkę, i dotykam palcem
warg.
-?Za to Liama nikt nie namówi na strzyżenie -?ciągnie L'Wren.
Składam na powrót lusterko.
-?A co to ma za znaczenie, jakie on ma włosy?
-?No bo wydaje mi się, że to przez nie go wylali.
-?Kogo? -?pyta Jenna.
-?No Liama -?tłumaczy L'Wren. -?Serio, ja nawet nie wiedziałam, że można
kogoś wylać ze stażu. Chyba najpierw muszą ci coś płacić, zanim będą
mogli cię zwolnić, nie?
Tak się składa, że wiem, że Liam bynajmniej nie został zwolniony. Po
prostu przestał przychodzić do pracy. Ale nic nie mówię. Wiercę się na
fotelu i nagle czuję dyktafon, który nadal trzymam w kieszeni. Ukradkiem
wsuwam go do torebki, a L'Wren dalej wyrzuca z siebie frustrację:
-?Myślałam, że może mu się tam spodoba, w końcu to agencja reklamowa,
branża kreatywna. Ale on tej pracy nie znosił. Tylko że, no na litość
boską, przecież wszyscy mieliśmy kiedyś pracę, której nie znosiliśmy, no
nie? Niby skąd się wzięło pojęcie niedzielnej chandry?
Kiedy Liam zamieszkał z nimi jakiś rok temu, myślałam, że L'Wren po
prostu oszaleje. Notorycznie przygarnia bezdomne zwierzaki -?koty,
króliki, jaszczurki -?a mimo to powrót pasierba do domu okazał się dla
niej wyjątkowym szokiem. Szybko się jednak do niego przywiązała. Nie
rozumie go, ale chyba postanowiła sobie, że zdoła go rozszyfrować.
Teraz wzdycha głośno.
-?Nie mam problemu z tym, żeby został artystą, jeśli tego właśnie
pragnie. Tylko, wiecie, chciałabym, żeby był artystą z jakąś ambicją.
Drogę zajeżdża nam czerwone maserati. L'Wren trąbi, ale nie zwalnia.
-?Może po prostu ciachnę mu te kudły golarką, jak będzie spał...
Za oknami łagodne falujące wzgórza porośnięte łubinem i upstrzone
pasącymi się końmi ustępują miejsca polom niebotycznych słoneczników.
Przestaję zwracać uwagę na rozmowę przyjaciółek. Myślami przenoszę się
do starych płócien, które znalazłam w garderobie. I tych nieszczęsnych
łubinów, które usiłowałam namalować. Wyglądały jak psu z gardła wydarte.
Potem myślę o pudełku z nagraniami i szkicach. Nie przypominam sobie,
czy kiedykolwiek pokazałam komuś te rysunki. Nawet Alicii. Przez jakiś
czas i ona, i Barry dopytywali przy każdej rozmowie, jak tam nowa
książka. Ale z czasem oboje chyba też o niej zapomnieli.
Dzwoni mój telefon i okazuje się, że to Alicia -?tak jakby wyczuła, że o niej myślę. Odrzucam połączenie i w zamian wysyłam szybką wiadomość:
Oddzwonię wieczorem!
Zastanawiam się, czy nie puścić jej którejś z tych kaset. Albo wysłać
pocztą, tak bez zapowiedzi, dla zabawy.
-?Diana, a wy? -?pyta L'Wren.
-?Słucham?
-?Jak często się kochacie z Oliverem? -?L'Wren mówi to tak zwyczajnym
tonem, jakby pytała, jak często używam nici dentystycznej. -?Dzwoniła do
mnie matka, żeby opowiedzieć mi o jakimś wywiadzie z Madonną, który
gdzieś przeczytała. I podobno Madonna twierdzi, że klucz do zdrowego
małżeństwa to seks trzy razy na tydzień.
-?Ale z mężem? -?pytam.
-?Diana! -?Jenna chichocze z tylnego siedzenia.
-?Nie no... -?Czuję, że się rumienię. -?Miałam na myśli, że Madonna chyba
nawet nie ma męża!
-?Matka trzyma w domu wyłącznie stare numery "Poradnika Domowego" sprzed
dwudziestu lat. Ale łapiesz, o co chodzi -?tłumaczy L'Wren. -?No więc
jak często?
-?Hmm. -?Mrużę oczy, tak jakbym musiała się nad tym zastanowić. Na
wspomnienie ostatniego razu, kiedy kochaliśmy się z Oliverem, czuję na
karku gorące mrowienie. To było, gdy wybraliśmy się na randkę. Wieczór
był nietypowo ciepły, więc usiedliśmy w ogródku Delmonico i szybko
pożałowaliśmy, że w taki upał zamówiliśmy makaron. Przepychaliśmy
jedzenie po talerzach, wypiliśmy za dużo białego wina i potem ręce nam
się plątały, gdy wyciągaliśmy pieniądze dla opiekunki do dziecka. Na
górze w sypialni zdarliśmy z siebie ubrania i zaliczyliśmy szybki,
spocony seks. Dobrze mi było, gdy czułam w sobie Olivera, zresztą jak
zawsze, a mimo to z jakiegoś powodu wolałam to wszystko przyśpieszyć.
-?Chcę, żebyś doszedł -?szepnęłam mu na ucho.
-?Już? -?spytał. -?Tak od razu?
-?Tak, tak od razu.
-?Jenna... -?L'Wren klepie mnie po udzie, żebym niczego nie przegapiła. -
Powiedz Dianie, jak często robisz to z Charliem.
Jenna odlicza na palcach, pokazując nam francuski manicure z lawendowymi
krawędziami.
-?Cztery razy na tydzień, no chyba że jedno z nas albo któreś z dzieci
się pochoruje. W każdy poniedziałek, środę i piątek, a w niedzielę robię
mu ręką, bo padam z nóg.
-?Wow -?komentuję. -?Cztery razy.
-?Jenna, ale ty wiesz, że sine jaja to mit, prawda? Żaden facet po
pięćdziesiątce nie potrzebuje tylu orgazmów! -?mówi L'Wren.
-?No ale Charlie ma dopiero czterdzieści lat. Poza tym to tak jak z ćwiczeniami -?kontruje Jenna. -?Nie zawsze ci się chce, ale jak już się
zmusisz, to potem masz satysfakcję. A Charlie po seksie jest znacznie
łatwiejszy w obejściu. To tak, jakbyś miała szczeniaka i musiała go
przegonić, żeby się zmęczył.
-?Ha -?parska L'Wren. -?Fakt.
-?Zrobimy przystanek na siusiu? -?pytam ją.
L'Wren zerka na mnie i włącza migacz.
-?Jenna, od teraz się nie krępuj: w poniedziałki rób sobie wolne. Przy
tobie możemy się schować! Kev i ja robimy to co drugi piątek.
-?My mniej więcej tak samo -?kłamię.
-?Ale przecież ty z Oliverem nie musicie wpisywać seksu w grafik. Jesteś
artystką, więc idziesz za głosem serca...
-?Seks na spontanie. -?Jenna kręci głową. -?Wyobrażacie to sobie?
Trudno stwierdzić, czy ta myśl ją podnieca, czy przeraża.
-?Jak mus to mus, nie? -?L'Wren przejeżdża przez dwa pasy, żeby nie
przegapić zjazdu. -?Bo co, jak przestaniesz sypiać ze swoim mężem? Wtedy
ktoś inny przejmie pałeczkę.
-?Mhm. -?Jenna poważnie przytakuje głową. -?Jak z Raleigh. Smutna
sprawa.
I znowu na wzmiankę o Raleigh w samochodzie zapada cisza, a ja nie
bardzo wiem, co takiego mnie ominęło.
-?Ale myślałam, że to Raleigh zdradziła swojego męża, a nie na odwrót,
no nie? -?pytam. Sama nie wiem, czemu jej bronię. Prawie jej nie znam,
widujemy się tylko wtedy, gdy podrzucamy dzieci do szkoły, i na
urodziny, i podczas ich meczów piłki nożnej, kiedy wymieniamy się
uwagami o niczym.
Nie mogę przestać rozmyślać o tym, że nikt nigdy nie mówi, jaka to
tajemnicza sprawa: małżeństwo. Bo co się tyczy ciąży i macierzyństwa,
wszystkie trzy, jak tu siedzimy, dzielimy się każdym, nawet najbardziej
intymnym szczegółem.
-?Wiem, że po porodzie nie powinno się za szybko patrzeć na swoją waginę
-?wyznała raz Jenna -?ale nie mogłam się powstrzymać. Poszłam z lusterkiem do szpitalnej łazienki... i myślałam, że zemdleję. Dziewczyny,
ona w ogóle była innego koloru!
A jednocześnie nie mam pojęcia, jak się mają sprawy w ich małżeństwach.
Jak one się kłócą z mężami? Jaka jest Jenna, gdy na poważnie się wkurzy?
Co prawda teraz już wiem dokładnie, jak często uprawia seks, ale czy
dowiedziałam się czegoś, czego nie wyczytałabym z jej kalendarza? Czy
ona w ogóle lubi uprawiać seks z Charliem? Czy z nim dochodzi?
Wiem, jak ważny jest seks w małżeństwie -?na ten temat bynajmniej nie
brakuje różnych tekstów -?a jednak... Mam wrażenie, że im lepiej rozumiem
jego znaczenie, tym mniejszą sprawia mi przyjemność. Ostatnio na samą
myśl o seksie z Oliverem czuję w środku takie jakby trzepotanie, panikę,
jakbym prosiła się o kłopoty. Jakbym pukała do drzwi nawiedzonego domu i rozbudzała śpiące w nim duchy. Nigdy dużo nie rozmawialiśmy o naszym
życiu erotycznym. Po prostu je mieliśmy -?to znaczy mamy. No więc może
Oliver lubi seks bardziej niż ja. I chciałby go częściej uprawiać.
Staram się nie roztrząsać tematu -?ale potem zaczynam roztrząsać sam
temat roztrząsania tematu i kończy się tym, że wszystko to przemienia
się jakby w żyjący byt, z którego wysysam całą krew.
-?Słyszałam, że to nie był tylko ten jeden raz -?ciągnie Jenna. Wciąż
gadamy o Raleigh. -?Nie wiem, czy to prawda (więc jakby co, to ja nic
nie mówiłam), ale podobno to się ciągnęło już od dawna, ona miała z pięciu różnych facetów.
L'Wren pogwizduje cicho.
-?Jezu kochany, ja tu ledwo mogę doczłapać na rowerek do ćwiczeń, a ona
się prowadza z pięcioma typami?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki