2
Ową pamiętną, pierwszą przemowę w audytorium uniwersyteckim w Leżymborgu rozpoczął w te słowy:
- Szanowni zgromadzeni goście. Przybyłem na waszą planetę z racji zamieszania, jakie wywołało odkrycie w lokalnym skupisku gwiezdnym obecności świata w warstwie biologicznej osobliwie podobnego do waszego i naszego. Zaszła więc okoliczność skrajnie nieprawdopodobna. Oto ziściło się marzenie wszelkiej maści ewolucjonistów, aby zjawiska takie badać naocznie. Powstałe z tego powodu zamieszanie na mej ojczystej planecie uważam za uzasadnione. Z obowiązku podjąłem się działania dla sukcesu naszej obopólnej inwestygacji. Łączą się bowiem niebezpieczeństwa przejęcia kontroli puli genów przez siłę trzecią, co obliguje nasze społeczeństwa do obopólnej reakcji. A jako że ogromnie sobie cenię wasz wkład naukowy w badania planetologiczne, przybyłem aby skonsultować wyniki naszych prac z rezultatami wam dostępnymi. Pragnę również wypracować procedurę, która doprowadzi nas do wynalezienia skutecznego antidotum na wynikłe z manipulacji biologicznej niebezpieczeństwo.
Stałem tuż obok mównicy jako oficjel prezenter na schodku do niej przymocowanym i doprawdy nic z tego świergotu nie rozumiałem.
- Niech się opanuje do cholery! - ryknąłem na niego, a że znajdował się stosunkowo blisko, aż się pod mym rozkazem skurczył. - Madame Lesztyńska wspomniała, żeś pan złożył podanie na jej usługi. - W mej celnej uwadze znalazły się cenne informacje, które natychmiast podchwycili obecni wokół reporterzy prasowi. Zakotłował się tłum bliżej stojący i ucichł ten dalszy. Rozbłysły flesze fotograficznych skrzynek.
- Tak, owszem. Lecz sprawy są prywatne.
- Dlaczego więc nie przedstawisz pan prawdziwych powodów przybycia na naszą planetę? - atakowałem, zbliżywszy się niemal do gościa na odległość oddechu.
- No dobrze, powiem to - się nagle zreflektował. - Planuję ekspedycję do dzikiego, niedostępnego świata. Podbój naukowy zamierzam uczynić i ufam, że pośród męskiej części ziemskiej populacji odnajdę odkrywców i eksploratorów, którzy zechcą mi towarzyszyć. - Kiwnąłem głową, pokrywając własne zdumienie zamieszaniem. "A więc jednak" - pomyślałem.
- Gdzie pan szanowny próbujesz się dostać? - padły zewsząd pytania. Otoczyły mnie grupy podnieconych dziennikarzy. Ich oczy pałały chciwością informacji, a lica płonęły czerwienią. Wyraźnie mnie spychali ze schodka ku obrzeżu. Nakazałem im cofnąć się aż do namalowanej linii ordynku. Zamruczeli przekleństwami. Niektórzy spłoszeni moją silną reakcją potulnie posłuchali.
- Czyżby była to nieodkryta planeta? - pierwsze pytanie rzucone z ust, zapewne pospolitych, nie zrobiło na gościu żadnego wrażenia. - Czyżby nam czymś zagroziła rasa ją zamieszkująca?
- Ależ nie. Jest to obiekt, który biegli nasi ocenili i uznali za gigantyczny kosmiczny statek. Ciężko opancerzona asteroida niesie w sobie cały obcy świat.
- Okręt międzygwiezdny? - dopytywał się jakiś uczony z Międzyrzecza.
- Z, że tak powiem, niezwykle udanie dobraną załogą - rzucił z ironicznie brzmiącym śmiechem Amonis. - Nie wchodząc w szczegóły dodam, że niosący się na pokładzie z różnogatunkową treścią.
- Ale jak pan doszedłeś do przeświadczenia, iż jesteśmy tu na Ziemi w dziedzinach geologicznych aż tak biegle wykształceni, że aż przydatni? - ni z tego, ni z owego zapytali studenci roku dziesiątego. Młodzi jak zwykle publicznie kwestionowali jakość naszej kadry naukowej i głośno dawali prześmiewczym nutom wyraz.
- Poznałem główne opublikowane prace poprzez zaangażowanie różnorakich astralnych mediów - wyjawił obcy.
- Szpiegów? Przecież wszechświat dotąd nam znany nie posiadał żadnych inteligentnych stworzeń - wątpił jeden z najbardziej zaangażowanych w bałagan uczniaków. - Prócz prymitywnych Tytanusów z odległego Saturna i Selenitów Putredinisów nikogo tam nie ma.
- I tu się młodzi państwo mylicie. Istnieje całe spektrum ras obcych. Różnią się pomiędzy sobą gamą heterogenicznego przystosowania, a więc zestawem form gatunkowych i zachowań wspierających wybraną zonę przystosowawczej niszy. Niekiedy są to stworzenia nazbyt kruche, aby być zdolnymi do wojaży międzygwiezdnych i co gorsza do konfrontacji z groźniejszym, bardziej komunikatywnym przeciwnikiem. Dlatego Galaktyka w sferze zabezpieczenia społecznego broni się sama. Jeszcze zanim dana rasa opanuje potencjalnie mordercze technologie już zwykle ginie przytłoczona własnymi problemami społecznymi. Trzeba też pamiętać, że rozdzielają nas wcale nie rozpieszczające realia kosmiczne. Skutecznie działa bufor odległości przestrzennej.
- Czyżby nowo odkryty obiekt kosmiczny zamieszkiwały zaprogramowane insekty? - ni stąd, ni zowąd odezwał się do Amonisa któryś z siedzących w pobliżu mównicy młodocianych zoologów z katedry profesora Krymskiego.
- Bynajmniej. Pozostawię sprawę nierozstrzygniętą. Na razie...
- Zatem z pańskich słów wynoszę, że jesteśmy ludem na arenie kosmicznej powszechnie akceptowanym? - pytali co bardziej wnikliwi dżentelmeni, już zadowoleni z wyrażonej przez obcego wstępnie dobrej opinii o ludzkości.
- Tak sądzę. Jak dotychczas nikt się nie uskarżał. Wielu mogłoby się uczyć od człowieka społecznego obycia. Szlachectwo cenione jest w Galaktyce najwyżej. A normy jego napotykane w ludzkiej socjecie mogą służyć za wzorzec dla całego cywilizowanego wszechświata. - Tutaj przerwał na chwilę, by pokłonić się przed wybuchem entuzjastycznych oklasków. - Jednak muszę przyznać, że macie pewne problemy z opanowaniem rozwijającej się dynamicznie i wielowarstwowo technologii. Niezbyt poprawnie kontrolujecie własne grono odkrywcze. Mam tu na myśli gwiezdnych wagabundów, ludzi już stojących w awangardzie kolonizacyjnej, mimo że nie upoważnionych do reprezentowania całości.
- Kogo konkretnie ma pan na myśli? - ktoś błysnął złym okiem.
- Jeszcze nikogo konkretnego, ale nasze modele cywilizacyjne przewidują istnienie gremiów w tajemnicy rozwijających naukę i technikę. Wtedy oficjalnie opinia publiczna na Ziemi nie miałaby pojęcia, że pewne progi kosmicznej rewolucji już zostały przekroczone.
- Dopuszcza się pan jawnego szkalowania naszej rasy! - oburzali się spoceni, siedzący w pierwszych rzędach kapitaliści, najpewniej w kłamstwie mający interes. Bracia Sparscy już wstawali i szykowali się do demonstracyjnego opuszczenia sali. Byli odpowiedzialni za uruchomienie nielegalnej tłoczni w dżunglach Księżyca.
- Toż to skandaliczne wnioskowanie! - niczym lawina posypały się ze wszech stron ostre epitety. Niektórzy panowie podhalańscy wstawali z miejsc. Poczerwieniali szurali krzesłami i tupali nogami.
- Na jakich faktach opiera pan podobne inkryminacje? - rzucali pytaniami ci stojący w ostatnich rzędach pod ścianą. - Kto za tym stoi?
- Potrafi pan udowodnić choćby w jednym procencie te oczywiste brednie? - kontynuowali, choć już wszyscy mieli tych dyskredytacji po dziurki w nosie i niektórzy zbierali się do wyjścia.
- Proszę zrozumieć - on na to spokojnie. - Moje asumpcje opieram na klasycznym modelu cywilizacji wieloplanetarnej typu Burowsa - Aspagriana. Przekonująco teoretyzowali, iż siłą rzeczy każdy z elementów klasycznej unii będzie się charakteryzował dążeniem do technologicznego zróżnicowania i politycznego oderwania. Tak się ma sprawa u was i tak dzieje się u nas. Poza tym, przedmiot ów nie jest tematem dzisiejszego spotkania. To zaledwie szczegół uboczny łatwy do rozpracowania w czasie dodatkowym. Przepraszam, że temat ten podjąłem - oświadczył poważnym tonem na koniec tego nieprzyjemnego zgrzytu w naszej konwersacji. - Może lepiej wyjawię główny powód mego przybycia do was - zwrócił się gość do pozostałych; tych nieobrażalskich lub od nadmiaru znudzenia na krzesłach już uśpionych. - Otóż przybyłem tu na oficjalne zaproszenie pani Rajdany Lesztyńskiej, postaci w nobilitowanych kręgach naukowych i politycznych najwyżej cenionej. Stawianej w rzędzie sław od razu po samej królowej, miłościwie wam panującej Taresy. Nie stało się to bez powodu. Otóż nie dalej niż dziesięć lat temu odkryliśmy zagadkowy obiekt sztucznego pochodzenia. Huczy w nim jak w ulu od nielegalnie tam zainicjowanej sztucznej ewolucji.
- Któż się poważył obrażać wszechmogącego Boga?! - zapytano.
- W jakim celu dokonano aż takiej profanacji? - pytali ci bardziej uposażeni w rozsądek.
- Od świadka naocznego wiem - odniósł się do owych pretensji Amonis - że sposób ten miał zapewnić zachowanie biologicznej postaci rasy, która całość wojaży zaprojektowała i zapragnęła być decydentem w końcowej fazie ważkiej kolonizacji. Tyle że postać finalna, jaką obrali, nie odbiega w zewnętrznej budowie od przedstawicieli naszych ras, wiodących cywilizacyjnie w tym rejonie Galaktyki. Łamią więc wszelkie normy prawne. Taka zbrodnicza działalność może skutkować próbą przejęcia władzy na naszych planetach - burzył się doktor.
- Skąd wiadomo, czym się kierowali i kim byli konstruktorzy? - przerwałem mu pytaniem. Stałem tuż obok, a mimo to przewyższał mnie wzrostem o co najmniej trzy głowy, więc spojrzał z wysoka, jak na uczniaka.
- Wysłaliśmy dobrze wyekwipowaną ekspedycję pod dowództwem szlachetnie urodzonego equorga, dżentelmena o nieskazitelnym honorze i nieskrępowanych horyzontach poznawczych. Jego niepospolity umysł cechował najwyższy wskaźnik zasięgu nadawczego telepatycznych bonsów - zachwalał uczony. - Jovanich Valvel przeeksplorował dla nas rzeczony system i sporządził szereg raportów wyemitowanych drogą przesyłowej myśli.
Tu mi coś zaświtało. Przecież już obiło mi się o uszy to nazwisko.
- Chwila, chwila - wszedłem mu w słowo. - Powiedział pan "w przesyłowej myśli". Czy można na takim sennym majaku polegać? Czyż to nie ironia losu, że pan o stricte naukowym podejściu do świata naturalnego wierzy w solidność takowego nie empirycznego dowodu? - pytałem, podając w wątpliwość wszelkie świeżo poznane naukowe doktryny, z jakimi spotkałem się na ubiegłorocznym piątkowym podwieczorku u pani majorowej Rajdany Lesztyńskiej.
- Nie tylko, że wierzy - odparł na to. Wskazał na własne potężne bokobrody rozpoczynające się na szczycie łysej głowy, przebiegające obok uszu i kończące się półkolistym kształtem na łagodnie zaokrąglonej brodzie. Pochylił się ku mnie i kazał patrzeć. - To nie są jakieś tam resztki futra, czy wyleniałe włosy, które wy, dżentelmeni, pielęgnujecie dla pokazu, lecz drobne wypustki czuciowych nerwów zdolne do przekazywania informacji w procesie nadawania i odbioru myśli, w stricte naukowy sposób. W całym życiu moim polegałem na przekazie moich bonsów
, a są to narządy percepcji doskonałej, które na przestrzeni milionów lat wyewoluowały w ciałach nie tylko Equorgów. Istnieją tysiące przykładów na ich obecność pośród naszej przebogatej fauny i flory.
- I czy teraz używa pan "tego-tam" do komunikacji z nami?
- Wspieram się tylko.
- Czy to "wspieram się tylko" nie oznacza przejęcia kontroli nad naszymi umysłami? - Chyba byłem nieuprzejmy pytając, bo gniewem swoim zarażałem innych, przez co sytuacja stawała się niebezpieczna. Usłyszałem wokół oburzone szemrania. Niejedna dłoń sięgnęła po rewolwer. Lecz wbrew mym obawom nikt nie palnął przekleństwa, a on sam się nie obraził. Uśmiechem wyraził skruchę, a gdy w rzędach zgromadzonych ludzi wciąż nie milknął szum zaniepokojenia, uspokoił:
- Komunikacja telepatyczna to bezpieczny standard dla mojej planety. Powszedniość, która nie narusza uświęconej niezależności percepcji własnej. Natura stworzyła na jej bazie nici porozumienia łączące wszelkie formy wyższe życia biologicznego i szkoda, że poskąpiła takich receptorów gatunkom ziemskim. Może uniknęlibyście wielu niepotrzebnych ofiar waszej jakże krwawej historii.
- To zadziwiające - mruknąłem, przyglądając się jego naprawdę pokaźnym bakom. Nawet moje pielęgnowane od czasów późnej młodości do dziś bakenbardy prezentowały się w porównaniu z gościem dość mizernie. - Zatem relacjonował ów ekspedycyjny wysłannik wynik swoich prac naszej madame Lesztyńskiej? - spytałem się, śmiejąc. - Czyżby cała wasza planeta nie potrafiła sobie poradzić z jednym komunikatem? - niechcąco zaszydziłem.
- Sir Valvel podjął się szeregu ważnych kroków w inwestygacji, tyczących się odnalezienia klucza do świata raju utraconego, na którym pleniło się życie wszelkiego rodzaju, ale zaniedbał procedury. Stąd przekaz miast trafić na Equorgię dotarł na Ziemię.
- Genialny rozstrzał. Dobrze, że mamy tutaj podobnych do Lesztyńskiej sympatyków wiedzy mistycznej.
- Jak wielka jest owa planetka? Bo mniemam, że wciąż mówimy o asteroidzie? - ktoś wtrącił się w nasz dialog.
- Rozmiarem sięga na średnicy ponad pięciuset dwudziestu kilometrów. Otoczona skorupą ochronną niby orzech, posiada własne wodne akweny i nieprzebyte dżungle. Zamieszkują je stworzenia jakby żywcem wyrwane z katalogów przedpotopowej fauny i flory. Telepatonogram, zawierający opis tamtejszej żywej różnorodności, zawierał w przekładzie literowym aż jedenaście tysięcy stron opisowych i trzy tysiące obliczeniowych. - Tu znów mówca zauważył niedowierzające uśmieszki. - Tak, tak, to ogromna sfera wspierająca różnorakie formy żywe - potwierdził, kiwając głową. - Znajdziecie tam wszelki żywy szlam, począwszy od prekambru, a na jurze i kredzie skończywszy.
- Skąd biorą się w pana terminologii określenia ziemskie? Czyżbyście sami doświadczyli w przeszłości boskiej pomsty za grzechy? - zapytał ktoś przytomny.
- Jak już wspominałem, wspomagam mój język przekazem myśli, a ta budzi w waszych umysłach odpowiednie skojarzenia nie mające związku z terminologią equorgską. Wystarczy?
Ktoś skinął głową, jednak pozostawał wciąż nieprzekonany.
- Raczy pan żartować, wspominając o tej biologicznej różnorodności - wątpił jakiś profesor. - Przecież przy tak niewielkiej masie obiektu panowałby tam stan niemal całkowitej nieważkości.
- I tu się pan myli. Konstruktorom udało się wmieszać w atmosferę elementarne cząstki grawitacji. Lokalnie więc panują tam warunki zbliżone do ziemskich. Oczywiście zastrzegam się, że polegam wyłącznie na przekazanych mi danych z otrzymanych telepatonogramów.
- Przecież to czysty nonsens, doktorze. Nie ma takich cząstek - otwarcie oponowałem, znajdując poparcie sporej rzeszy uczonych obecnych na sali.
- Czy w pana wizji świata polega owa siła na modelu czasoprzestrzennym, czy totalnie płaskim z możliwym zapisem zaledwie dwóch zmiennych: plus i minus? - Pokręciłem przecząco głową.
- To dobrze, że jest pan uparty jak osioł. Lubię takich - wyjawił na stronie, tylko wczytując się w moją minę. - Negowałem bowiem teorie wielu starożytnych uczonych, którzy optowali za koniecznością istnienia cząstki i antycząstki. Taka interpretacja pola była mi obca aż do bólu.
- Dysponuje pan jakimiś mapami? - znów mu przerwałem, znudzony tymi niekończącymi się wyjaśnieniami. - Gdzie to jest?
- Posiadam i przekażę do pańskiego wglądu cały ich komplet. Przechowuje je dla mnie madame Lesztyńska w swoim sejfie. W wolnym czasie chętnie się z panem rozmówimy. Jovanich Valvel nadał je drogą telepatografii
, po czym słuch po nim zaginął. Dzielny to był wojak, jak również znakomicie zapowiadający się naukowiec.
- Cóż nam do niego? - ktoś dosłyszał całą rozmowę i odburknął złośliwą uwagą. - Mamy się za nim ująć? Wyzwolić go z nie byle jakiej matni? Może zaryzykować wojnę?
- Ale to on wskazał nam was jako godnych najwyższego zaufania. Nie miał na myśli oczywiście całej rasy, ale wybrane, znaczące osoby. I tych osób zaangażowania potrzebuję.
- Kogo, jeśli można spytać?
- Chodziło mu o baronową Rajdanę Lesztyńską wraz z jej leżymborskim kuzynostwem oraz panów Horsztyńskiego i Wielkogradzkiego.
- Azali miał ku temu powody?
- Miał. Ale wpierw wyczerpująco wyjaśnijmy tło tamtych wydarzeń, powiedzmy, skąd wzięły się wnioski wysnute przez kapitana Jovanicha. Otóż nie jest nam znany żaden sposób cielesnej hibernacji, która na przestrzeni milionów lat pozwoliłaby komukolwiek na przetrwanie. Stąd, gdy Valvel odnalazł rzeczoną asteroidę wypełnioną owym cudem niepowstrzymanej ewolucji natychmiast doszedł do wniosku, iż technologia transportu rasy go konstruującej nie osiągnęła i nie pokonała bariery prędkości świetlnej. Jovanich zatem teoretyzował, iż nieudolni konstruktorzy użyli okropnej, topornej w manipulacji ewolucji, aby po milionach lat względnie powolnej podróży mogło dojść do wyewoluowania pierwotnej załogi pojazdu dopiero u celu zaprogramowanej podróży.
- Przedsięwzięcie kosztowne i ryzykowne - rozlegały się w ogólnym szumie komentarze.
- Problem w tym, że Jovanich odkrył, iż ewolucja pokładowa odbywa się na zasadzie koprodukcji kilku idących równolegle linii ewolucyjnych. I nie są to bynajmniej linie obce, lecz dokładnie kopiujące naszą i waszą przeszłość biologiczną.
- Na jakiej podstawie tak się sądzi?
- Na podstawie dowodowego odnalezienia praprzodków wszelkich linii rozwojowych wiodących ku odtworzeniu istoty myślącej.
- Co by to miało oznaczać?
- A to, że produktem wyjściowym byłby człowiek i equorg.
- I cóż miałoby w tym być wyjątkowego?! - wtrącił ktoś znaczny, gwałtownik jakiś, wcale nie tłumiący w sobie nut grubiańskiego wychowania.
- Byłby to rodzaj zastosowania mimikry, maskowania i oszustwa na skalę galaktyczną. Oznaczałby powstanie zamaskowanej konkurencji na polu cywilizacyjnym. Kto wie, czy w wyniku planowych skutków ubocznych nie doszłoby do wyniszczenia naszych ras?
Na chwilę zapanowało kłopotliwe milczenie.
- Jak się ów sztuczny Eden prezentuje? - zainteresował się ktoś z pobliskich rzędów. - Mógłby pan go w kilku słowach opisać?
- No cóż, sam tego nie widziałem. Mogę się oprzeć na przekazach telepatonograficznych otrzymanych do wglądu przez baronową Lesztyńską. Rozrysowała obiekt na kalce. Przedstawia się tak, jakby pan szanowny zamknął orzech w skorupie z pancernego szkła, otoczył kratą metalową, a puste wewnętrzne przestrzenie wypełnił żywotnym gazem. Potem przedzielił całość pędzącym w jednym strumieniu morzem, a lądy obdzielił po równo lasem i zwierzętami.
- Ładnie.
- Pan mówi ładnie?! Ktoś bezprawnie poddał próbie wyłudzenia ze środowiska lokalnego oprogramowania genetycznego, do którego nie posiada żadnego prawa autorskiego. Nie swoich zamierza odtworzyć potomków, a zdradziecko skopiować naszych, wspólnych obu naszym rasom! Oto jak u naszego boku powstaje zdrajca plugawy! - świętym oburzeniem wybuchł Amonis.