Prolog
20 kwietnia 2017
Siedziałam po turecku, przygryzając końcówkę długopisu, i przyglądałam się rozpisanym równaniom matematycznym. Westchnęłam, a następnie opadłam plecami na materac. Miałam dość.
- Co z tobą? - usłyszałam nad sobą rozbawiony głos.
Nic nie odpowiedziałam, bo bałam się, że gdy tylko otworzę usta, to wybuchnę płaczem. Nienawidziłam matematyki całym sercem i marzyłam, aby nie musieć się z nią dłużej użerać. Po prostu istniały rzeczy, których nie rozumiałam, a wszelkie obliczenia były na pierwszym miejscu w tym rankingu.
- Rosanna - wyszeptał rozbawiony chłopak, zanim poczułam, że zaczął składać powolne pocałunki na mojej szczęce, a następnie szyi. - Czego nie rozumiesz?
- Wszystkiego - odburknęłam, po czym ponownie usiadłam, odpychając go. - No na przykład tego... Skąd nagle wzięła się tutaj ta pieprzona jedynka? - zapytałam ze łzami w oczach, wskazując palcem cyfrę. - No skąd?
- Jak "skąd"?
- No po prostu. Skąd? Były jakieś nie wiadomo jakie pierwiastki i nagle po równa się nie ma ich, tylko jest jedynka - tłumaczyłam, pociągając nosem.
Grayson zaśmiał się wesoło, a następnie klęknął przede mną i ułożył dłonie na moich policzkach. Z rozbawieniem patrzył mi w oczy, po czym kciukami starł moje łzy.
- Wszystko ci wytłumaczę, tylko się uspokój, dobra? Jedynka pojawiła się dlatego, że cała ta liczba z popierdolonymi pierwiastkami była do potęgi zerowej. Wszystko, co jest różne od zera po podniesieniu do potęgi zerowej, jest równe jeden. To bardzo łatwe i zaraz ci wytłumaczę, dlaczego tak się dzieje.
Pokiwałam lekko głową, nieco się uspokajając.
Foley ponownie się zaśmiał, po czym przysunął się bliżej i połączył nasze usta w pocałunku. Od razu odwzajemniłam pieszczotę, czując się już lepiej. Grayson położył dłonie na moich biodrach, a następnie mocno mnie do siebie przyciągnął. W efekcie tego już po chwili na nim leżałam, a on ciasno obejmował mnie w pasie umięśnionymi ramionami.
- Nie możesz płakać przez takie głupoty, młoda - powiedział w moje usta, a na jego twarzy ciągle gościł leniwy uśmiech.
- To nie głupoty. Co jak nie zdam do następnej klasy? - zapytałam załamana.
- To powtórzysz rok. Szkoła nie jest najważniejsza i nie możesz przez nią płakać, jasne? - zapytał, na co przytaknęłam. - Wytłumaczę ci to, a później idziemy do klubu. Muszę cię odstresować.
- Nie... - Westchnęłam, przytulając się do chłopaka. - Jutro mam szkołę i trening siatkówki. A poza tym nie mam pieniędzy, żeby znowu imprezować. Odpada. Zostańmy u mnie.
Z początku Grayson się nie odzywał.
Leżeliśmy w całkowitej ciszy, której nie umiałam zinterpretować. Był zły?
Podniosłam głowę, aby spojrzeć na chłopaka. Zacisnął usta w wąską linię, a oczy nie świeciły mu już tak radośnie jak wcześniej. Przyłożyłam dłoń do policzka szatyna, chcąc zwrócić jego uwagę.
W końcu na mnie spojrzał.
- Nie chcesz, to nie idź - odezwał się. - Nie będę cię przecież, kurwa, zmuszał. Pójdę z kimś innym.
- Z kim? - wyszeptałam.
- Z kimś, kto nie ma jutro szkoły.
Oczywiście. W końcu miał wielu znajomych, którzy nie uczęszczali już do liceum. Byłam najmłodsza w tym towarzystwie i prawdopodobnie miałam najmniej do zaoferowania. W tym gronie Grayson zdecydowanie wyróżniał się atrakcyjnością, mądrością i poczuciem humoru. Uważałam się za szczęściarę, mogąc nazywać się jego dziewczyną.
- A odprowadzisz mnie do domu, jeśli z tobą pójdę? - zapytałam w końcu.
Usta Graysona od razu rozciągnęły się w uśmiechu. Nie napatrzyłam się jednak na to zbyt długo, bo dziewiętnastolatek postanowił mnie pocałować. Zaśmiałam się, odwzajemniając pocałunek.
- A czy kiedyś cię nie odprowadziłem? Nigdy nie pozwoliłbym ci wracać samej w nocy. Za bardzo cię kocham, Rosanno.
Patrzyłam mu w oczy, czując motyle w brzuchu.
Zdecydowanie byłam szczęściarą.
Rozdział 1
Grayson Foley to chyba typ osoby, o której się nie zapominało. Gdyby ktoś zadał mi pytanie, czy był dobrym, czy złym człowiekiem, nie potrafiłabym odpowiedzieć. Nie miałam pojęcia, czy w ciągu ostatnich trzech lat się zmienił, jednak byłam przerażona na jego widok.
Wiedziałam, że Grayson fizycznie nic mi nie zrobi. Nie uważałam, żeby był do tego zdolny. Bałam się jednak, że znowu mnie zmanipuluje, tak jak robił to wtedy, gdy miałam piętnaście lat. Był kochany, miły, serdeczny i zawsze wywoływał we mnie poczucie, że muszę mu się za to odwdzięczać.
Jak mogłabym mu czegokolwiek odmawiać, gdy on poświęcał swój czas na nauczenie mnie matematyki, czym nie powinien zawracać sobie głowy?
Jak mogłabym nie zgodzić się, aby zostawał u mnie na noc, skoro o tak późnej porze odprowadzał mnie z imprezy, abym nie szwendała się po ulicy sama?
Nigdy do niczego mnie nie zmuszał, nie zrobił tego ani razu. Wychodził z propozycją, miewał oczekiwania, ale gdy mówiłam "nie", akceptował to. Tyle że ja rzadko umiałam powiedzieć "nie". Zawsze z tyłu głowy pojawiała mi się myśl, że po którymś "nie" on znajdzie kogoś lepszego. Z pewnością zrobiłby to bez problemu - przecież widziałam, jak wiele miał koleżanek, ładniejszych i starszych ode mnie. I chcących być dla niego kimś więcej niż tylko przyjaciółkami.
- Muszę kończyć - powiedziałam pospiesznie do telefonu.
- Rosie, pros...
Nie dałam skończyć Zaydenowi, tylko przerwałam połączenie. Zanim podniosłam wzrok na Graysona, szybko włączyłam dyktafon w telefonie. Dłonie niesamowicie mi się trzęsły i mogłam jedynie mieć nadzieję, że chłopak tego nie zauważył. Postanowiłam także zmienić tryb na "nie przeszkadzać", ponieważ Williams nie należał do cierpliwych osób i postanowił się do mnie dobijać.
- Kto zabrania ci ze mną rozmawiać, co? - zapytał szatyn.
Przeniosłam na niego wzrok, aby zobaczyć minimalne rozbawienie na jego twarzy.
- Każda osoba, dla której moje zdrowie psychiczne ma znaczenie - odpowiedziałam w końcu najbardziej obojętnym tonem, na jaki było mnie stać. - Tak się składa, że właśnie wychodziłam.
Chłopak lekko się odsunął, robiąc mi przejście, więc z sercem bijącym jak dzwon zgarnęłam kubek kawy dla taty i wyszłam. Zamknięcie drzwi na klucz okazało się niesamowicie trudne przez to, jak bardzo trzęsły mi się ręce.
- Dobrze cię widzieć - zaczął. - Trochę się zmieniłaś.
- No. Przytyłam - mruknęłam, po czym odeszłam kilka metrów od drzwi. - Czemu tu przyszedłeś? Nie uważasz, że to trochę nie na miejscu?
Między nami zapadła krótka cisza. Zatrzymałam się na zaśnieżonym chodniku i obróciłam przodem do Graysona.
On z kolei oparł się o samochód, którego najpewniej był właścicielem.
- W co ty się wplątałaś, Rosie? - zapytał cicho.
Przełknęłam nerwowo ślinę, nie mając pojęcia, co miał na myśli. Podeszłam bliżej, patrząc mu w oczy. Wyglądał na zmartwionego, ale ja wiedziałam, że nie mogę dać się na to nabrać. Był największym zdrajcą na tym świecie.
- W sensie?
- Kim jest Taylor Williams? - zapytał, mrużąc oczy. - Czemu wnioskował o skrócenie mojego wyroku?
- Nikt istotny dla mnie. Postanowił ci pomóc i możesz być mu wdzięczny. Ja nie mam nic wspólnego z tym człowiekiem - odburknęłam.
- Traktujesz mnie jak wroga i wcale mnie to, kurwa, nie dziwi - zaczął, patrząc mi w twarz. - Ale jeśli wplątałaś się w jakiś syf, to... Kurwa, nie wiem. Po prostu martwię się o ciebie, okej?
Zaśmiałam się ironicznie, walcząc ze łzami. Złamał mi serce, zdradzając mnie, a później próbował pociągnąć za sobą na dno, a ja mimo tego wahałam się, czy mu uwierzyć. Ale brzmiał tak szczerze...
- W zamian chciał się czegoś o tobie dowiedzieć. Jakieś poufne informacje albo nagie zdjęcia. Coś, czym mógłby cię, kurwa, szantażować. Rozumiesz to? - mówił, odpychając się od samochodu, aby stanąć tuż przede mną.
Lekko zadarłam głowę, starając się powstrzymać płacz.
Dlaczego Taylor Williams chciał mnie szantażować? Co ja mu zrobiłam?
- Wiem, że nie masz powodu, aby mi ufać, ale powiedz jedno słowo, a pójdę na policję i to zeznam. Jeśli cokolwiek ci zagraża, to możemy pojechać tam nawet w tej chwili.
Patrzyłam w jego piwne oczy, które wyglądały teraz tak łagodnie. Grayson posyłał mi takie spojrzenie, że naprawdę zaczynałam nieco mięknąć. A tego bałam się najbardziej. Tego, że po raz kolejny mu ulegnę.
- Wszystko jest dobrze. Nic mi nie zagraża, a Taylor Williams jest ostatnią osobą, którą mogłabym się przejmować. Chyba że dałeś mu moje nagie zdjęcia. - Zaśmiałam się nerwowo.
Grayson nie zawtórował mi ani nawet się nie uśmiechnął. Nadal patrzył na mnie z poważną miną, a z jego oczu biło zmartwienie.
- Moja mama wtedy zachorowała. Nigdy ci o tym nie powiedziałem - zaczął nieoczekiwanie, zanim nerwowo przełknął ślinę i odwrócił wzrok. - Tamten napad na sklep to mój głupi pomysł. Gina była zła, bo potrzebowaliśmy pieniędzy, a ja za wiele wydawałem na imprezy, ćpanie i wszystko inne. Ona pomagała mamie, a ja... Nie wiem... Sama wiesz najlepiej, jak żyłem - wyznał, po czym w końcu na mnie spojrzał. - Nie mogliśmy oboje pójść do więzienia. Mnie złapali, jej nie. Nie wiem, czemu powiedziałem, że byłaś tam ze mną. Uwierz, że nie mam pojęcia, czemu to, kurwa, zrobiłem. Przepraszam cię za to, Rose. Za wszystko cię przepraszam. Szczerze cię kochałem i nigdy nie chciałem cię zranić.
Patrzyłam na swoje buty, gwałtownie mrugając. Nie wierzyłam w to, co się działo. Nie chciałam już nigdy w życiu widzieć Graysona. To największy manipulant, jakiego znałam, a ja byłam podatna na jego gierki.
- I dziękuję za to, że nigdy nie wydałaś Giny - dodał nagle.
- Nie wiedziałam, że to była ona - skłamałam, wycierając łzę. - Przykro mi z powodu twojej mamy. Może gdybyś powiedział mi o jej chorobie, to wszystko potoczyłoby się inaczej.
- Co byś wtedy zrobiła, co? - zapytał, wzdychając. - Prosiłem cię o pożyczenie pieniędzy. Kilkukrotnie.
- Nie wiedziałam na co.
- Ale i tak ich, do cholery, nie miałaś. Co by zmienił fakt, że znałabyś prawdę? Okradłabyś ojca?
- Nie, Grayson. Zadzwoniłabym do mojej matki, a ona dałaby tyle, ile byście potrzebowali. Ale ty wolałeś mnie okłamywać, zdradzić, a później próbować wciągnąć do więzienia.
- Jakiego więzienia, Rosie? Nie miałaś skończonych nawet szesnastu lat.
- Wybacz. Do poprawczaka. - Przewróciłam oczami. - Nie ma o czym gadać. Było, minęło. Nie chcę mieć z tobą kontaktu. I okej, przeprosiłeś, ja przeprosiny przyjmuję i koniec.
Chciałam odejść, ale Grayson mi na to nie pozwolił. Złapał mnie za ramię i lekko pociągnął, na co przymknęłam oczy, biorąc głęboki wdech.
- Nie, Rosie. To nie koniec.
Raz, dwa, trzy. Wdech, wydech.
Obróciłam się przodem do niego.
- Dotknij mnie jeszcze raz, a będziesz marzył, żeby wrócić do więzienia. Koniec rozmowy.
Wyszarpnęłam się, po czym ruszyłam w stronę warsztatu taty. Modliłam się, żeby Grayson nie poszedł za mną. Nie miałam siły na kontynuowanie tej konwersacji.
- To nie koniec, Rosie! Wrócę i porozmawiasz ze mną, rozumiesz?!
Obróciłam się i ze łzami w oczach pokazałam mu ulubiony palec Rosanny Denise (czyli ten środkowy).
Chciałam do Anglii.
Wyjęłam z kieszeni telefon, a następnie przerwałam nagrywanie. Wyłączyłam tryb "nie przeszkadzać", próbując się uspokoić.
Nie rozumiałam reakcji swojego organizmu i nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego płakałam. Może dlatego, że Grayson był moim pierwszym i w sumie to jedynym prawdziwym chłopakiem, do którego czułam coś bardzo poważnego. Moja relacja z Mikiem nie była ani trochę podobna do tej z Foleyem.
Chciałam nienawidzić Graysona i wmawiać sobie, że jest okropnym człowiekiem, ale gdzieś w głębi serca wybaczyłam mu. Miałam ochotę go szczerze przytulić i powiedzieć, że bardzo współczuję, że musiał tyle czasu spędzić w tak okropnym miejscu. Nie byłabym w stanie go na nowo pokochać i stworzyć z nim relacji, bo moje zaufanie zostało zbyt nadszarpnięte, ale potrafiłabym zapomnieć na tyle, by ponownie wpuścić go do swojego życia.
W końcu to był Grayson Foley, który pokazał mi, że jestem wiele warta i zasługuję na miłość.
Odebrałam przychodzące połączenie, a następnie przyłożyłam telefon do ucha.
- Williams, ja rozumiem, że nie umiesz beze mnie żyć, ale nie przesadzasz? - zapytałam, próbując brzmieć na rozbawioną.
- Czego ten chuj od ciebie chciał?
- Daj spokój. Nie rozmawiałam z nim prawie w ogóle. On mnie przeprosił, a ja kazałam mu spieprzać, i tyle. W skrócie. Dobra, ja zaraz wchodzę do warsztatu taty, więc muszę kończyć. Trzymaj się.
- Rosa, pocze...
Rozłączyłam się.
Zanim jednak weszłam do warsztatu, przesiedziałam dobre pół godziny na krawężniku. Potrzebowałam ochłonąć, a tata musiał się zadowolić mrożoną kawą.
Rozdział 2
Spotkanie z moimi znajomymi było dość ekscytujące. Ciągle miałam zszargane nerwy przez Graysona, jednak liczyłam, że miło spędzone popołudnie pozwoli mi zapomnieć o konfrontacji z byłym chłopakiem.
Lily także cieszyła się na nasze plany, za to Alexander nie pałał aż takim entuzjazmem, bo nagle gdy nie mógł skorzystać z kroplówki, miał kaca i twierdził, że nie nadaje się do jakiegokolwiek funkcjonowania, już nie wspominając o jeździe na łyżwach.
- Zapraszam - powiedziałam, wskazując na nissana mojego taty.
- Mogę ja prowadzić? - zapytał Xander.
- Ja bym ci dzisiaj nie dała prowadzić hulajnogi, a co dopiero samochodu - odparłam ze śmiechem, zajmując miejsce kierowcy.
- Umrzemy - westchnął chłopak, siadając obok mnie, podczas gdy Lily wsiadła do tyłu. - Rozmawiałem przed chwilą z Raidenem.
- Na temat? - zapytała Lily, gdy cofałam, aby wyjechać na główną drogę, a Alexander się modlił.
- Przyjechałby tak dwa dni przed resztą, ale mają zarezerwowany hotel dopiero od dwudziestego ósmego i chciał zapytać, czy może te dwa dni spać gdzieś u nas, czy ma szukać hotelu. Powiedziałem, że zapytam ciebie i dam mu znać.
- Może, tylko wtedy ktoś będzie musiał spać ze mną. Ale ogarniemy to, więc napisz mu, że może - powiedziałam, ruszając.
- Rosie, możesz jeździć mniej agresywnie, bo próbuję nałożyć pomadkę? - zapytała po chwili Lily.
- Nie jeżdżę agresywnie.
- Jeździsz.
Wkurwiona, spojrzałam w lusterko, upewniając się, że jestem sama na drodze, a następnie gwałtownie zahamowałam.
- Rose! Ja pierdolę! - krzyknęła szatynka.
Obróciłam się, aby z uśmiechem satysfakcji spojrzeć na siostrę, która miała szminkę na połowie brody. Alexander się skrzywił, a ja jedynie wzruszyłam ramionami.
- To była dopiero agresywna jazda.
- Jesteś pieprzoną suką - mówiła wściekle, wyjmując z kosmetyczki wacik, aby zacząć wycierać szminkę.
- To ty dopieprzasz się do tego, jak jeżdżę. Już i tak się spóźnimy przez to, że musiałaś kręcić włosy. - Przewróciłam oczami, a następnie znowu ruszyłam.
- Kto ci w ogóle dał prawo jazdy? - parsknęła.
- Wszelkie skargi i zażalenia proszę składać do naszej matki i jej genów.
- Boże, jesteście nieznośne - stwierdził Xander. - Wolałem, gdy z początku było między wami na tyle niezręcznie, że przynajmniej się nie kłóciłyście.
- Nie kłócimy się - odpowiedziałyśmy równo.
- Wcale. Kulturalnie rozmawiacie.
- Dokładnie - zgodziłam się.
Reszta podróży wyglądała tak, że Alexander i ja śpiewaliśmy świąteczne piosenki (Xander w międzyczasie komentował moją jazdę), a Lily naprawiała swój makijaż. Siostra wyglądała jak zawsze idealnie. Ja również umalowałam się mocniej niż zazwyczaj, ponieważ nie chciałam, żeby wszyscy na start stwierdzili, że Lilliana jest milion razy ładniejsza. Jednak teraz make-up zdawał się na nic.
Wysiadłam z samochodu, a następnie założyłam na głowę kaptur bluzy, ponieważ zapomniałam o czapce. Zamknęłam samochód, po czym wcisnęłam ręce do kieszeni, zanim przeniosłam wzrok na Alexandra i Lily.
Boże, wyglądali naprawdę pięknie.
- Rosie!
Obróciłam się, aby zobaczyć machających mi znajomych.
Olivia, Mike, Peter, Harper i Ava. Brakowało tylko Logana, który dzisiaj się źle czuł i leżał w łóżku z gorączką. Właściwie to spodziewałam się, że Ava także nie weźmie udziału w naszym spotkaniu. Odkąd ona i Logan zostali parą, z reguły byli sprzedawani w dwupaku.
- Jestem zestresowana - powiedziała Lily, gdy ruszyliśmy w ich stronę.
- Są mili, zobaczycie - uspokoiłam siostrę.
Z ekscytacją w pierwszej kolejności przywitałam się z Harper i Avą, bo z nimi nie widziałam się wczoraj, a później stanęłam obok Alexandra i Lily, gdy wszyscy z zaciekawieniem im się przyglądali.
- Hej, jestem Olivia - zaczęła przyjaciółka.
- Lily. - Moja siostra uśmiechnęła się, a następnie podała jej rękę.
- Alexander. - Szatyn zrobił to samo.
Wszyscy z uprzejmymi uśmiechami wymienili się uściskami rąk, zanim zrobiło się po prostu niezręcznie. Xander zaczął palić, proponując każdemu papierosa. Finalnie dołączyli do niego tylko Harper i Peter.
- Jesteście naprawdę cholernie podobne - stwierdziła Liv. - Jak tam, Alexander, nie mylisz ich czasami?
- Nie - odpowiedział, unosząc brew. - Mają inne włosy.
- Ale właściwie to w pierwszy wieczór nas pomyliłeś - zauważyłam.
- Byłem pijany. Więc... od jak dawna wy wszyscy się przyjaźnicie?
- Od liceum - odpowiedział Mike i spojrzał na Lillianę. - Ale znaliśmy się wcześniej. Chodziłem z dziewczynami już do podstawówki. Lily była tam gwiazdą.
- Ty też nie byłeś cichą myszką - odparła z rozbawieniem moja siostra. - Nawet przez chwilę miałam wizję, że będziemy kiedyś najpopularniejszą parą w szkole. Ale ty mnie ignorowałeś.
- Gdybym wiedział o twoim planie, to zdecydowanie bym cię nie zignorował.
Czy byłam zazdrosna? Nie.
Czy byłam wkurwiona? Ani, kurwa, trochę.
- Idziemy na te łyżwy czy od razu znajdziecie sobie pokój? - zapytał Alexander, zanim się zaciągnął.
TO MÓJ BRAT.
Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy Mike posłał mu kpiące spojrzenie.
- Zachowujesz się, jakbyś był tu za karę - stwierdził z pewnością.
- Ty zachowujesz się, jakbyś chciał pieprzyć moją siostrę, a jakoś nie narzekam.
To był dzień, gdy Alexander White postanowił zostać dupkiem.
Czułam się dziwnie, ponieważ zrobiło się dość niezręcznie. Peter i Olivia śmiali się, a Alexander i Michael patrzyli na siebie, jakby toczyli pojedynek, kto dłużej nie mrugnie.
Rozkosznie.
- Nie zachowujcie się jak dzieci - powiedziałam, śmiejąc się, zażenowana. - To ja... Idę już wypożyczyć łyżwy. Idziecie?
- Mam wypożyczyć łyżwy? - zapytał Xander, ruszając za mną. - Że używane? Po kimś, kto już je nosił?
- Tak mniej więcej działa lodowisko - odpowiedziała rozbawiona Olivia. - Skąd ty się urwałeś?
Widziałam, że White zacisnął szczęki i natychmiast zrobiło mi się go żal. Wiedziałam, że po prostu niektóre rzeczy, które dla jednych były normalne, dla niego okazywały się nowością.
- Tak się składa, że mam takie szczęście w życiu, że nie muszę korzystać z rzeczy używanych - odpowiedział z bezczelnym uśmiechem. - Można kupić nowe? - zapytał mnie.
Chryste.
- Po prostu wypożyczymy te łyżwy. Xander, jaki masz rozmiar? - zapytałam go, stając w kolejce.
- Nie będę wkładał na nogi czegoś, co wcześniej nosili inni ludzie. Zapomnij - odpowiedział, a następnie wyrzucił peta, aby po chwili przydeptać go butem.
- Xander... - zaczęła cicho Lily. - Nie rób scen, proszę - dodała tak, abym usłyszała to tylko ja i szatyn stojący obok.
- Albo dostanę nowe, albo nie idę na to pierdolone lodowisko.
Przetarłam twarz dłońmi, spoglądając na resztę. Wszyscy powstrzymywali śmiech albo mieli zszokowane miny mówiące: "co jest, kurwa?".
- Xander, pogadamy? - zapytałam cicho chłopaka.
- Śmiało, mów.
- Na osobności.
- Nie czuję takiej potrzeby. Twoi przyjaciele to moi przyjaciele. Jeśli chcesz mnie przekonywać do założenia tego, to zapomnij. Wiesz, ile tam jest bakterii? Co jak nosił to ktoś z grzybicą stóp? Nie ma jebanej szansy. Obrzydza mnie to i po prostu się na to nie zgodzę.
Bieganie boso po uczelnianym basenie jakoś go nie obrzydzało.
Cudownie.
- Dobra, chodźmy po prostu na pizzę - zaproponował Peter. - I tak jest zimno, Mike nie umie jeździć, a Ava jest przeziębiona. Zrezygnujmy z lodowiska.
Spojrzałam na Alexandra, który uśmiechnął się ironicznie, a następnie skinął głową. Starałam się go zrozumieć, jednak jego zachowanie zaczynało mnie poważnie drażnić.
Szliśmy pieszo do pizzerii. Wszyscy rozmawiali z Lily, wypytując ją o całe życie, jakby była co najmniej żoną Justina Biebera. Ja i Xander się nie odzywaliśmy.
Spojrzałam na Michaela, który śmiał się z kompletnie nieśmiesznego żartu Lily. Przewróciłam oczami, a następnie wyjęłam z kieszeni telefon i zobaczyłam wiadomość od Zaydena.
Zayden Williams: Wysłałem Ci e-mailem wstępny plan zajęć. Starałem się ogarnąć wszystko tak, żebyś miała spoko wykładowców i w miarę sensowny plan. Zobacz, czy Ci odpowiada, czy chcesz coś zmienić, i daj mi znać najpóźniej do jutra, żebym to załatwił przed oficjalnymi zapisami.
Ja: Jak Ty to robisz tak właściwie, że możesz zapisać nas wcześniej?
Zayden Williams: Jestem przewodniczącym parlamentu studenckiego, więc mam specjalne względy i pozwalają mi zapisywać się wcześniej. Tylko muszę wysłać przygotowany plan do działu nauczania.
Ja: Ale ja nie jestem przewodniczącą parlamentu studenckiego.
Zayden Williams: Wystarczy, że ja jestem, Roso.
Ja: I jak im argumentujesz to, że ja też muszę być wcześniej zapisana?
Zayden Williams: Nie argumentuję. Wysyłam im Twoje nazwisko i plan zajęć. Plotki o mnie muszą być na tyle wstrząsające, że najprawdopodobniej boją się mnie zapytać, kim jesteś. Nie wspominając już o odrzuceniu mojej szlachetnej prośby.
- Z kim piszesz? - zapytał znudzony White.
- Z Zaydenem, ustalaliśmy plan zajęć. - Machnęłam ręką.
Ja: Zacnie.
- Też muszę to zrobić z Charliem - odpowiedział.
- Co studiujesz? - zagadała go zaciekawiona Harper.
- Medycynę - odparł od razu.
Tym razem nie brzmiał tak niepewnie jak wczoraj, gdy był prawdziwym kochanym Alexandrem. Teraz sprawiał wrażenie kurewsko pewnego siebie. Pozer.
- Och... Musi być ciężko, prawda? Podziwiam za wybór takiego kierunku.
- Nieszczególnie. - Nonszalancko wzruszył ramionami. - Ale dziękuję.
- Jakim lekarzem planujesz zostać? - ciągnęła blondynka.
- Prawdopodobnie kardiologiem albo kardiochirurgiem. To głównie. Ale uważam, że choroby naczyń w bardziej ogólnym zakresie również są bardzo interesującą dziedziną. Więc myślę o angiologii lub chirurgii naczyniowej.
- Angiologia? Pierwsze słyszę. Co to? - zapytał Peter. Wydawał się zaciekawiony.
- Angiolodzy zajmują się profilaktyką, leczeniem i diagnozowaniem chorób naczyń krwionośnych i limfatycznych. To dość bliskie z chirurgią naczyniową.
Niedługo wszyscy znajdowaliśmy się w pizzerii. Peter, Harper i Ava byli pochłonięci opowieściami Alexandra o różnych przypadkach medycznych (które ja już znałam), a Michael i Olivia skupiali się na Lily. Wysłuchiwali masy jej historii z lat nastoletnich.
Ze znużeniem przeglądałam kartę, chcąc już zamówić pizzę, ale wszyscy byli na tyle zajęci rozmową, że nawet nie wybrali, co chcą do jedzenia.
Czułam złość. Mimo że starałam się sobie wmawiać, że nie mam prawa się wkurzać, a zachowanie moich przyjaciół jest w stu procentach normalne, bo przecież chcą tylko poznać moje rodzeństwo, to byłam wkurwiona, i tyle. Nie mogłam nic na to poradzić.
Zaczynałam rozumieć, że to, co czuła Lily, gdy przyleciałam do Anglii, musiało być bardzo słabe. Teraz obwiniałam się, że zachowuję się jak totalna egoistka. Nie chciałam się denerwować, a to, że tak się działo, irytowało mnie jeszcze bardziej.
To fakt, że nigdy nie lubiłam być w centrum uwagi, jednak gdy widziałam Harper i Avę pierwszy raz od czterech miesięcy, a one nawet nie zapytały mnie o studia, to poczułam się zraniona. To chyba odpowiednie słowo.
Nakręcałam się coraz bardziej z każdą minutą słuchania rzeczy powtarzanych w kółko. Moi przyjaciele traktowali Lily i Xandera jak Bogów, a mnie jak ducha.
Wzięłam do ręki telefon, a następnie zaczęłam pisać wiadomość.
Ja: Chcę żebyście już tu byli :(
W tym momencie byłam tak wściekła, że naprawdę pomyślałam, że wolałabym właśnie spędzać czas z Charliem, Raidenem, Gabby, Shawnem i Zaydenem. Nie zachowywaliby się jak fani spotykający idola.
Charlie Valentine: wszystko ok?
Charlie Valentine: bo Twoja wiadomość zabrzmiała jakby nie było ok
Charlie Valentine: ale ja tez chce już u Ciebie być
Ja: Chyba po prostu jestem zbyt wielką egoistką i liczyłam na większe zainteresowanie moich przyjaciół po moim powrocie
Charlie Valentine: co się dzieje?
ja: Nic, po prostu poznali właśnie Xandera i Lily i Mike się już lepi do Lily i w ogóle wszyscy się nimi zachwycają a mnie traktują jak ducha. Dosłownie nie zapytali mnie o nic. Od 10 min. Czuje się okropnie z tym, że jestem zła, ale jakoś inaczej to sobie wyobrażałam. Sama nie wiem jak, ale inaczej. Po prostu mi przykro
Miałam wyrzuty sumienia, bo nigdy nie lubiłam myśleć o sobie, a teraz to robiłam. Liczyłam na jakieś żałosne specjalne względy i po prostu byłam zazdrosna, że Lily i Alexander zyskali większe zainteresowanie. Bolało mnie to, nawet jeśli to rozumiałam. W końcu nie byłam dla nich niczym wyjątkowym, a Alexander i Lily już tak.
Charlie Valentine: to totalnie chujowe
Ja: Cieszę się, że się dobrze dogadują, ale to dziwne. Tęsknie za Tobą
Charlie Valentine: ja za Tobą tez, kwiatuszku
Charlie Valentine: może jakoś źle to odbierasz? pewnie po prostu zwracają się do waszej trójki, a Ty jak zwykle się nie odezwiesz, a oni wprost przeciwnie
Ja: od pięciu minut rozmawiają o nieudanej operacji przetoki i o psychicznym wykładowcy Lily
Charlie Valentine: wiec są chujowi, nie zrozumiem mnie źle, bo naprawdę nienawidzę oceniać ludzi, jak ich dobrze nie znam, ale ciężko mieć o nich inne zdanie
Zmarszczyłam brwi, zwracając uwagę na jedno słowo.
Ja: dobrze?
Charlie Valentine: ajj... tak mi się napisało
Ja: rozmawiałeś z nimi kiedyś?
Charlie Valentine: nie.
Ja: Charlie.
Charlie Valentine: no przed twoimi urodzinami, chciałem, żeby też przylecieli, ale za późno im to zaproponowałem i powiedzieli, że mają plany i nie dadzą rady.
Podniosłam wzrok na wszystkich, zaciskając usta. Miałam w głowie ich słowa, gdy mówili, że chcieli do mnie przylecieć, ale bilety były zbyt drogie. Po chwili jednak pokręciłam głową, uświadamiając sobie, że na pewno było im głupio zgadzać się na tak kosztowną propozycję Charliego. Ja też z pewnością bym odmówiła.
- To co z tą pizzą? - zapytałam w końcu. - Jaką bierzemy?
- Hawajską - odpowiedział od razu Mike.
- Ja chcę jakąś z szynką parmeńską i rukolą - stwierdził Xander.
- Ja z salami - dodał Peter.
Na szczęście wybraliśmy jedzenie dość szybko, a ja chwilę później mogłam już pić colę i słuchać rozmów reszty.
Podniosłam telefon, aby zobaczyć kolejną wiadomość od Charliego.
Charlie Valentine: nie jesteś zła, prawda? nie znam Twoich przyjaciół i nie chce ich oceniać, ale po prostu to jest to co o nich myśle po całym tym czasie, gdy się znamy, bo sama mówiłaś, że wasz kontakt zrobił się chujowy tylko dlatego że się wyprowadziłas i to wcale nie jest normalne. nie powinienem ich obrażać ale po prostu chodzi mi o to że wiedz że zasługujesz na jak najlepsze traktowanie i to nie powinno być tak ze dla twoich przyjaciół poznanie twojego rodzeństwa powinno być bardziej ekscytujące niż twój powrót.
Charlie mieszał mi w głowie. A może nie mieszał, a uświadamiał, że moje myśli były prawdziwe? Czułam, że mój kontakt z przyjaciółmi z liceum bardzo się spieprzył. Podejrzewałam, że po mojej przeprowadzce będzie dużo gorszy, ale faktem było to, że przez cztery miesiące jedynymi osobami, które starały się o utrzymywanie ze mną kontaktu, byli Olivia i Mike.
- Wszystko okej? - zapytał mnie cicho siedzący obok Xander.
- Tak. - Pokiwałam głową.
- Nie odzywasz się w ogóle - zauważył.
- Po prostu... - wzruszyłam ramionami - słuchałam was.
- Ciągle piszesz z Zaydenem?
- Nie, teraz z Charliem.
- Ooo... - Otworzył szerzej oczy, a następnie objął mnie ręką, więc stwierdziłam, że to znak, że powinnam już odłożyć telefon i skupić się na ich rozmowie.
- A wasi przyjaciele ze studiów? Ci, którzy tutaj przylatują. Jak się poznaliście? - zapytała Ava.
- Ja studiuję z Charliem, a on przyjaźni się od dzieciaka z Raidenem, więc nas poznał, a Raidena rodzice przyjaźnią się z rodzicami Zaydena, więc on z kolei poznał nas z nim - wyjaśniał Alexander. - A Lily poznała nas z Shawnem i Gabby, bo z nimi studiuje. Tak wyszło.
- To fajnie, że macie taką paczkę. Pewnie dużo czasu spędzacie razem, skoro mieszkacie obok siebie - stwierdziła Harper, patrząc na mojego brata.
- Czy ja wiem? Rosie, spędzamy dużo czasu razem? - zapytał mnie, więc teraz wszyscy przenieśli na mnie wzrok.
- Chyba tak, tak myślę... Jakoś dużo się razem uczymy i w ogóle. Alexander też często gotuje, więc inni przycho...
- Ooo, gotujesz - przerwała mi Ava. - To super. Masz jakieś dobre przepisy?
Pierdolę to.
Całe nasze spotkanie dokładnie tak wyglądało. Wszyscy interesowali się Alexandrem i Lily, a mnie po jakimś czasie przestało to przeszkadzać. Oddałam swoją uwagę pizzy i jedynie słuchałam rozmowy, śmiejąc się z różnych historii opowiadanych przez moje rodzeństwo, bo nawet jeśli je znałam, to i tak mnie bawiły.
Tak było dobrze i po prostu cieszyłam się, że oni się dogadali, a Xander i Lily wyglądali na szczęśliwych.
- Rosie, pójdziesz ze mną do łazienki? - zapytała Liv.
- Tak, jasne. - Pokiwałam głową, a następnie wstałam.
Przecisnęłam się między innymi osobami, po czym ruszyłam za brunetką, dojadając ostatni kęs swojej pizzy parmeńskiej. Kochałam tę pizzę (i kochałam to, że Xander też ją kochał).
- Harper i Ava są dzisiaj takimi sukami - jęknęła Olivia, gdy tylko zamknęła za nami drzwi, a ja oparłam się o ścianę.
Spojrzałam na przyjaciółkę, która rozpuściła kucyk, po czym zaczęła przeczesywać włosy, patrząc na mnie w lustrze.
- Chyba im obu podoba się Alexander i teraz mają jakąś chorą rywalizację - dodała.
- Przecież Ava jest z Loganem - zauważyłam ze ściągniętymi brwiami.
- Nie - odburknęła. - Zerwali dwa tygodnie temu. Myślisz, że czemu nie ma Logana? Nagle w jeden dzień się rozchorował? Po prostu ciągle się kłócą.
- Co? Czemu zerwali? - zapytałam zdezorientowana.
- Nie wiem, już ostatnio się kłócili, ale teraz Ava jest nieznośna. Usiądź teraz obok mnie, bo jak jesteś między nimi, to nawet nie mamy jak z tobą pogadać. I pieprz Avę. Wszyscy mają jej dość. A Harper to Harper, wiadome było, że będzie się kleić do Alexandra. Żałuję, że je w ogóle ze sobą zabraliśmy.
- Mhm... - mruknęłam, biorąc od Liv szczotkę, aby przeczesać włosy. - Mike'owi podoba się Lily, nie?
- Nie wiem, chyba tak. Chociaż chyba się załamał, gdy zapytał o ulubionego dziennikarza lub dziennikarkę, a ona odpowiedziała Liza Koshy.
- Ta youtuberka? - zapytałam zaskoczona.
- Dokładnie - odpowiedziała ze śmiechem. - Ale ta... Mike sporo o niej mówił. On wie, że ty nie chcesz z nim być, więc wiesz... Szuka szczęścia u twojej bliźniaczki.
- To byłoby dziwne, ale właściwie to on i Lily by do siebie pasowali - stwierdziłam.
- Ta, możliwe.
Reszta spotkania minęła już lepiej, bo siedziałam obok Olivii i ciągle rozmawiałyśmy o różnych głupich rzeczach. Mimo tego czułam się dziwnie, gdy wracaliśmy, a Lily nie zamykała się buzia na temat tego, jak fajnie było.
- Ja tam ich nie lubię i chuj - powiedział Xander. - Nie zamierzam się z nimi więcej spotkać.
O. I prawidłowo.
- Czemu? - zapytała zdziwiona Lily, a ja spojrzałam na chłopaka z zaciekawieniem.
- Po prostu. Jeszcze ta Olivia to spoko, spodobała mi się i w ogóle, ale te dwie pozostałe? Wkurwiające w chuj. Ooo... Gabby dzwoni na FaceTimie na naszej grupie - powiedział, zanim odebrał. - Siemaaa!
Spojrzałam na chwilę na ekran, a następnie szeroko się uśmiechnęłam, machając rudowłosej, a także Charliemu i Raidenowi, którzy właśnie odebrali.
- Nie wierzę! Rosie ma prawko?! - krzyknęła Gabby.
- Gdy widzę, jak jeździ, to zadaję sobie dokładnie to samo pytanie - powiedział rozbawiony White, na co przewróciłam oczami.
- Dokąd jedziecie? - zapytała rudowłosa, akurat gdy kolejna osoba dołączyła do rozmowy. - Cześć, Zayden!
- Cześć - odburknął.
Pogodny i zadowolony z życia jak zawsze. W naszej ekipie on był Kłapouchym. Albo trochę Królikiem.
Spojrzałam na niego na ekranie - przeczesywał włosy, siedząc na kanapie.
- Do domu ze spotkania ze znajo... Chryste, Rosie, hamuj!
Gwałtownie wcisnęłam hamulec, spoglądając na drogę, aby się przekonać, że światło zmieniło się na czerwone. Światło, do którego miałam jakieś pół kilometra.
- Chryste, nie stresuj mnie. Dziesięć tysięcy razy bym zahamowała. - Przewróciłam oczami, podjeżdżając do świateł.
- Co tam się dzieje? - zapytał Charlie.
- Rosie prawie przejechała na czerwonym świetle.
- Typie, jeszcze z pół kilometra do niego miałam. Jeszcze raz skomentujesz moją jazdę, a wysiadasz i zapieprzasz z buta.
- Dobrze mówi - zaśmiał się Raiden. - Jak tam wam wszystkim mija przerwa świąteczna?
Każdy zaczął opowiadać, co robi w rodzinnym domu i o planach na same święta z wyjątkiem Zaydena, który poinformował nas, że nie planuje niczego wielkiego.
Skupiałam się na drodze, aby już nie wysłuchiwać komentarzy Alexandra. Wjechałam na odpowiednią ulicę, a następnie zaparkowałam na podjeździe, zwracając uwagę na czarny samochód. Ten sam, o który rano opierał się Grayson. Miałam ochotę się rozpłakać.
- Kogo znowu przywiało? - zapytała Lily, gdy szliśmy do wejścia do domu.
Nerwowo się rozglądałam, spodziewając się, że zaraz mogę ujrzeć znajomą twarz.
- Znowu macie gości? - zapytał Charlie. - Kto tym razem? Kolejni kuzyni?
- Amm... Nie mam pojęcia - skłamałam. - Tata nic nie mówił - dodałam, a następnie otworzyłam drzwi. - Jesteśmy!
- Ooo! W końcu! - usłyszałam głos Amy. - Rosie, kolega do ciebie przyszedł. Bardzo mu zależało, żeby z tobą porozmawiać, więc na ciebie czekał. Ale dosłownie chwilę temu przyszedł.
W sekundę poczułam, że robi mi się gorąco, i zastygłam w bezruchu. Moje serce zaczęło bić szybciej, gdy Charlie i Raiden z czegoś się śmiali, a Alexander i Lily patrzyli na mnie z dezorientacją.
Ja pierdolę. Amy wpuściła Graysona do naszego domu.
- Kurwa mać. Rosanno, nie rozmawiaj z nim - usłyszałam głos Zaydena w telefonie Alexandra.
Wciągnęłam gwałtownie powietrze, widząc, że z salonu wychodzi szatyn z kubkiem w ręce. Po chwili oparł się o ścianę i posłał mi uśmiech, zanim napił się jakiegoś parującego napoju. Bezczelnie patrzył na mnie ze zwycięskim błyskiem w oczach. W końcu powiedział, że jeszcze wróci.
Dosłownie miałam ochotę wybuchnąć płaczem.
- Rosie, dobrze cię znowu widzieć - odezwał się.
- Ciebie mniej - odpowiedziałam, zanim ściągnęłam z siebie kurtkę i zimowe buty. - Chodźmy na górę.
Wyjęłam z kieszeni telefon, a następnie ponownie włączyłam na nim dyktafon, po czym ruszyłam po schodach na piętro. Zamierzałam nagrywać każdą pieprzoną rozmowę z nim i wysyłać Zaydenowi. Kiedyś Grayson był moim problemem. Kiedyś konflikt Zaydena z ojcem był jego problemem. A teraz to były nasze wspólne problemy.
I jeśli Williams przez tyle lat nagrywał wszystkie rozmowy z ojcem, to ja zamierzałam wynieść z tego cenną lekcję. Słyszałam, że wszyscy zaczęli o czymś rozmawiać. Lily pytała Amy, kto to jest, a ta mówiła, że nie wie.
Usiadłam na łóżku, a następnie, udając niewzruszoną, spojrzałam na szatyna, który wszedł do mojego pokoju i zamknął za nami drzwi.
Ciągle niesamowicie dziwnie było mi na niego patrzeć.
To jedyny chłopak, o którym myślałam, że go kochałam. Po prostu byłam zranioną nastolatką na tym etapie życia, gdy wszystko wydawało się pozbawione sensu i myślałam, że cały świat się na mnie uwziął. Nie lubiłam samej siebie, nie mogłam poczuć się w pełni szczęśliwa. A przy nim poczułam się kochana, bo po prostu wcześniej miałam wrażenie, że jestem nikim, a Grayson zaczął to zmieniać. Teraz wiedziałam, że zasługiwałam na o wiele więcej, ale wtedy tak nie uważałam. Dlatego nie powinno się trwać w związku, dopóki nie pokocha się samego siebie i nie wie się, jak wiele jest się wartym.
- Nie chcę ci pieprzyć humoru swoim widokiem, Rosie - powiedział, wzdychając, gdy zajął miejsce naprzeciwko mnie. - Ale musimy skończyć tę rozmowę.
- Czego chcesz? - zapytałam obojętnie.
- Nic nie tłumaczy, jakim byłem chujem. Zasługiwałaś na wszystko, co dobre, i może gdybyśmy spotkali się na innym etapie mojego życia, to już by to lepiej wyglądało...
- Grayson, do rzeczy - przerwałam mu.
- Wiem, że straciłaś do mnie zaufanie, ale widzę, że wplątałaś się w jakieś gówno. Pozwól sobie pomóc i powiedz mi, co się dzieje. Kim jest Taylor Williams?
Przełknęłam nerwowo ślinę, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Spodziewałam się, że Grayson rzeczywiście wróci, i sporo o tym myślałam.
Musiałam rozegrać tę rozmowę tak, żeby wyciągnąć od niego jak najwięcej, ale żeby samej nie powiedzieć nic, czego nie powinien był się dowiedzieć Taylor. Nie ufałam Graysonowi. Nawet jeśli patrzył na mnie tym zmartwionym spojrzeniem i marszczył czoło, wyglądając, jakby się przejmował. Nie ufałam mu ani trochę.
- Nikt szczególny. Ojciec znajomego ze studiów, który z jakiegoś powodu postanowił mi uprzykrzyć życie. W nic się nie wplątałam.
- Do chuja, Rosie. To nie wyglądało, jakby nie był nikim szczególnym - mówił poirytowany. - Naprawdę wypytywał mnie o wszystko. Wiesz, ile, kurwa, pieniędzy chciał mi dać za jakiekolwiek informacje o tobie? Więc nie mów mi, że w nic się nie wplątałaś.
Byłam przerażona i miałam ochotę się rozpłakać. Nawet jeśli nie mogłam powiedzieć, że dobrze znam Graysona, to teraz mu wierzyłam. Jednak jeszcze bardziej ufałam Zaydenowi, a on prosił mnie, abym nie mówiła Foleyowi o niczym.
- Mówię ci, że w nic się nie wplątałam - odpowiedziałam pewnie. - Nie mam pieprzonego pojęcia, czego on ode mnie chce i czemu się na mnie uwziął. Nie wiem, jakie ma stosunki z Zaydenem, nie wiem o nim nic. Taylor dzwoni do mnie, zaprasza mnie na ich rodzinne obiady, wyciąga cię z więzienia. Ale ja naprawdę nie mam pieprzonego pojęcia czemu.
- Nie planujesz nic wobec niego?
Na co dzień byłam okropnym kłamcą, ale teraz zamierzałam zachowywać się, jakbym uczestniczyła w przesłuchaniu do szkoły aktorskiej.
- Co mam, do cholery, planować wobec pięćdziesięcioletniego faceta, który mógłby wsadzić do więzienia każdego człowieka w cholernej Anglii? Grayson, nie żebym nie wierzyła we własne możliwości, ale jedyne, w czym mogłabym go pokonać, to w konkursie na jedzenie frytek na czas.
W tym z pewnością bym wygrała.
- Po prostu się martwię - mruknął, wstając z krzesła. - Nie dałem mu nic i nic nie powiedziałem, gdybyś miała wątpliwości.
- Czy on jest psycholem, że chce moje nagie zdjęcia? Mógłby ładnie poprosić, tobym mu je dała za darmo, nie musiałby ci płacić.
- To nie jest temat do żartów. On naprawdę wydaje się pierdolonym psycholem i martwię się o ciebie - powiedział, podchodząc do okna. - Wiem, że mi nie ufasz, i rozumiem to w stu procentach. Po tym, co odjebałem, nie wymagam tego. Po prostu... chciałem ci powiedzieć, żebyś na niego uważała i wiedziała, że szuka czegoś na ciebie. Ja nic nie powiedziałem, dosłownie ani słowa, ale... Po prostu przemyśl, czy każdy stanie za tobą, a nie wybierze pieniądze. Nie musisz mi mówić, co planujesz, ale... przemyśl, czy warto.
- Grayson, ja naprawdę nic nie planuję - jęknęłam. - Dosłownie nic. Ja i Zayden po prostu razem studiujemy - przerwałam, zastanawiając się, jak wiele o relacji mojej i Zaydena wie jego ojciec. - Nie wiem, odebrałam raz telefon Zaydena po tym, gdy spaliśmy razem po imprezie i jego ojciec chyba nagle myśli, że jesteśmy parą czy inne gówno, a w rzeczywistości znosimy się tylko dlatego, że on czasami imprezuje z moim rodzeństwem. To dosłownie wszystko, a jego ojciec... Nie wiem... Myśli, że jesteśmy przyjaciółmi i knujemy coś przeciwko niemu tylko dlatego, że nasze koło naukowe zaczęło współpracę z innym prawnikiem niż on. Zapatrzony w siebie kretyn, który nie ma lepszego zajęcia w życiu od uprzykrzania życia nastolatce.
- Czemu zawsze musisz wpadać na złych chłopców, co? - Westchnął, obracając się twarzą do mnie. - Lubisz problemy?
- Taki mój urok. Coś jeszcze czy już lecisz? Bo nie chcę być niemiła, ale... nie mam ochoty na twoje towarzystwo.
- To wszystko - odpowiedział, podchodząc bliżej. - Rosanno... Wierz mi lub nie, ale gdy cię zdradziłem, byłem w takim stanie, że nic nie ogarniałem. Kochałem cię i żałuję tego. Przepraszam za wszystko. I do końca życia będę ci wdzięczny, że nie wkopałaś Giny.
Nieco zmiękłam, ale nie traciłam ostrożności. Nawet jeśli patrzył na mnie ze świecącymi oczami, a moje serce biło jak pojebane, bo Grayson był moją pierwszą miłością, to zmądrzałam i miałam w głowie to, że Taylor może posunąć się do wszystkiego. Nawet do podsłuchiwania. Dlatego jak wariatka nie spuszczałam wzroku z jego dłoni. Naoglądałam się za dużo filmów. I zamierzałam też przetrzepać cały salon i każde miejsce, w którym Grayson spędził chociaż sekundę.
- A ja powtarzam, że nie wiedziałam, że byłeś tam z Giną - odpowiedziałam pewnie.
Nie pójdę siedzieć za zatajanie prawdy.
- Wiedziałaś.
- Skąd, do cholery? Nie wiedziałam i uwierz, że gdybym wiedziała, to twoja siostra by siedziała tak samo jak ty. A teraz wyjdź.
Grayson posłał mi spojrzenie, które sprawiało, że trochę chciało mi się płakać, ale ja prawie zawsze chciałam płakać, więc to kompletnie nic nie oznaczało. W końcu Foley ruszył do wyjścia, a ja podążałam za nim.
- Po prostu uważaj na siebie, Rosie - powiedział cicho, zanim założył na głowę kaptur i wyszedł.
Zamknęłam za nim drzwi wejściowe, a następnie wyjęłam z kieszeni telefon. Zastopowałam nagrywanie, a po sekundzie wysłałam je Zaydenowi, zanim ruszyłam do salonu, gdzie wszyscy już siedzieli i patrzyli na mnie.
- Kto to, czego chciał i czemu Zayden dostał jebanego szału, gdy poszłaś z nim rozmawiać? - zapytał Xander.
Przyłożyłam palec do ust, dając im znak, że mają być cicho. Detektyw Rose Denise wkracza do akcji.
Wszyscy patrzyli na mnie jak na nienormalną, gdy na kolanach przeglądałam każde miejsce, w którym Grayson mógłby podłożyć podsłuch. Alexander tak się w to wkręcił, że zaczął robić to samo.
- Co robimy? - wyszeptała Amy.
- Gdzie on był? - zapytałam ją na ucho.
- Tylko tutaj i w kuchni. Przyszedł dosłownie pięć minut przed tobą - szeptała do mojego ucha. - Obserwowałam go, bo wydawał się podejrzany.
- Bo jest, do cholery. To Grayson.
- O Boże! Ten Grayson? - zapytała już głośno, wstając z miejsca. - Jezusie, wpuściłam do domu bandytę. Idę zobaczyć, czy wam sztućców nie ukradł. Są przecież rodowe.
- Co, do chuja? - zapytał Alexander. - Czy ktoś nam w końcu wyjaśni, kim jest Grayson? I czemu od dziesięciu minut czołgamy się po podłodze?
Westchnęłam, a następnie usiadłam na kanapie, dochodząc do wniosku, że to nie film akcji, a mój były na pewno nie zamontował w moim domu podsłuchu na zlecenie mężczyzny, którego próbuje wsadzić do więzienia jego własny syn.
- Wyjaśnię - obiecałam cicho. - Chodźmy do mnie.
Historia z Graysonem nie była przyjemna do opowiedzenia, więc wyjaśniłam to Xanderowi i Lily bez większych szczegółów. Pominęłam kilka faktów, skupiając się na najważniejszym.
Rodzeństwo, widząc, jak trudny był to dla mnie temat, nie przerywało. Słuchali mnie, posyłając smutne spojrzenia, które mnie drażniły. Nie chciałam wychodzić na ofiarę, ponieważ uważałam, że było tu bardzo wiele mojej winy.
- Więc ta... - Przetarłam twarz dłonią. - To wszystko. Mówiłam, że nie jestem taka święta. To był słaby czas i to wszystko.
- Każdy z nas miał chujowy czas w życiu - zauważył Alexander i posłał mi smutny uśmiech. - Wiesz, ja do dzisiaj, gdy mam gorszy humor, uciekam w imprezowanie, więc jestem ostatnią osobą, która mogłaby cię oceniać. To bardziej przykre z tego względu, że byłaś taka młoda. Ale najważniejsze, że miałaś osoby, które cię z tego wyciągnęły.
- Ja też przecież nie jestem święta - dopowiedziała Lily. - W liceum po pijaku spowodowałam wypadek i... Nikomu nic się nie stało, ale... Tak, każdy z nas popełnia kurewskie błędy i jedynie musimy być wdzięczni, że te błędy finalnie nas czegoś nauczyły, a nie doprowadziły do jakiejś katastrofy.
- Nigdy o tym nie mówiłaś - odpowiedziałam, zaskoczona.
Szatynka spuściła wzrok, a następnie wzruszyła ramionami, podczas gdy Alexander objął ją jedną ręką i cicho westchnął.
- To nie jest coś, czym powinno się chwalić, prawda? Ale głównie z tego powodu mamy kierowcę. Xander długo w ogóle bał się wsiąść do samochodu. Woli jeździć z zawodowymi kierowcami... Ja również.
- Powinniście byli mi o tym powiedzieć. - Westchnęłam, przenosząc wzrok na brata. - Wtedy bym wiedziała, że mam przy was jeździć znacznie ostrożniej. To był jakiś poważny wypadek?
- Teraz już jest okej. Czy poważny? Znaczy... Oboje byliśmy w szpitalu, ale wyszliśmy po kilku dniach - wyjaśnił White. - Lily nie poniosła konsekwencji, bo wiesz... rodzicom udało się to jakoś załatwić. Nie była bardzo pijana, ale tak... Wypiliśmy wcześniej sporo szampana i myśleliśmy, że już może prowadzić. To była głupota. Po prostu każdy popełnia błędy. To normalne, że się tego wstydzimy, ale wiedz, że nam możesz powiedzieć o wszystkim.
Pokiwałam głową, a następnie podniosłam dzwoniący telefon, aby zobaczyć połączenie od Zaydena.
Wzrok Lily i Alexandra również spoczął na ekranie, zanim spojrzeli na mnie.
- Więc... Chyba twój tata przyszedł, a dzisiaj miałem z nim oglądać Gwiezdne Wojny, więc już pójdę - oznajmił Alexander, wstając z łóżka.
- A ja pójdę sprawdzić, czy nie ma mnie w pokoju obok - dodała Lily z rozbawieniem, również wstając. - Przekaż ode mnie Zaydenowi dobrych snów.
Przewróciłam oczami, a następnie poczekałam, aż wyjdą z pokoju, zanim oddzwoniłam do Zaydena. Przykryłam się kołdrą, bo mimo że nadal miałam na sobie ubrania, to było mi okropnie zimno.
- Cześć, Roso. Odsłuchałem nagrania - zaczął.
- I?
- I mój słownik nie zawiera wystarczających słów, które oddałyby to, jak dobrze sobie poradziłaś. Jestem z ciebie kurewsko dumny.
Uśmiechnęłam się pod nosem, bo to miłe, że zostałam doceniona. Odetchnęłam też lekko z ulgą, ponieważ do tej pory nie czułam się przekonana, czy na pewno zachowywałam się dobrze w towarzystwie Foleya.
- Ale nadal jestem przerażona.
- Nie bądź, Roso. Jeśli mój ojciec naprawdę był tak zdesperowany, że chciał twoich nagich zdjęć, to znaczy, że nie ma na ciebie dosłownie, kurwa, niczego. Ale to nagranie nam się przyda.
- A Grayson? Co o nim myślisz?
- Szanuję go za to, co dzisiaj mówił, bo mimo wszystko brzmiał wiarygodnie.
- Ale...? - zapytałam, wiedząc, że musi być jakieś "ale".
- Aczkolwiek i tak bym mu wypierdolił.
No tak. Nie było żadnego "ale". Było "aczkolwiek".
Zaśmiałam się na jego słowa, szczelniej okrywając się kołdrą.
- To było cholernie stresujące.
- Wiem. Uwierz, że dla mnie też. Bałem się, że jednak będziesz wobec niego zbyt ufna.
- Powiedziałeś mi, że mam mu niczego nie mówić.
- A jakbym ci powiedział, że masz skoczyć z okna, tobyś skoczyła? - zapytał z rozbawieniem.
- Mam odpowiedzieć kolokwialnie czy filozofować?
- Najpierw kolokwialnie, a później filozofuj.
- Więc kolokwialnie pieprz się. A filozofując... - Zastanowiłam się. - Zważywszy na to, że krzyczysz na mnie, gdy nie zakładam czapki i leżę na zimnym dachu, to mogę wnioskować, że nie kazałbyś mi skoczyć z okna, jeśli nie byłoby takiej konieczności i jeśli miałabym przez to umrzeć. Więc możliwe, że bym skoczyła. Prawdopodobnie bym to zrobiła.
W odpowiedzi usłyszałam śmiech Zaydena, który uwielbiałam. Naprawdę uwielbiałam. Niesamowicie go doceniałam, bo nigdy nie wiedziałam, kiedy będzie mi dane usłyszeć go po raz kolejny.
- Zabrzmiało naprawdę imponująco.
- Widzisz? Ty mi nigdy nie mówisz tak miłych rzeczy.
- Powiedzieć ci coś, co poprawi ci humor?
- Dawaj, Zay.
- Devon śpi codziennie ze swoim prezentem, żeby ktoś mu go w nocy nie zabrał. Sprawdzałem w nocy, jak bardzo go pilnuje, i gdy chciałem go wziąć, to ugryzł mnie w rękę.
Zaśmiałam się głośno na jego słowa, wyobrażając to sobie. Musiałam przyznać, że to bardzo poprawiło mi humor. Chociaż później stwierdziłam, że chyba rozmowy z Zaydenem same w sobie poprawiały mi humor. I że naprawdę z lekką niepewnością mogłam nazwać go kimś bliskim. Kimś, na kim w jakimś stopniu mi zależało.
Czułam, że ja dla niego również stawałam się podobnie bliska. Słuchałam, jak opowiadał, że jutro jedzie do domu rodzinnego i zostanie tam aż do wylotu do Chicago. Nie był z tego zadowolony i nie miał ochoty na dłuższe spotkanie z ojcem.
Mówił mi o tym, a ja nie musiałam nic od niego wyciągać. Tak samo on nie musiał wyciągać ode mnie informacji o tym, jak spędziłam dzień. To wychodziło tak naturalnie, jakbyśmy byli najlepszymi przyjaciółmi i codziennie zdawali sobie relacje, co się u nas działo.
To nie zwiastowało niczego dobrego.
Rozdział 3
Brzuch bolał mnie ze śmiechu, bo taka kolej rzeczy, że najbardziej chciało się śmiać właśnie wtedy, kiedy konieczne było pozostanie cicho.
Zegarek na piekarniku wskazywał godzinę piątą rano, a tata stał, wkurzony, z mikserem w ręce i całą twarzą w mące po tym, gdy nie przewidział, że zaczęcie miksowania na najwyższych obrotach może okazać się słabym pomysłem.
Pięćdziesięcioletni mężczyzna z lekką nadwagą w fartuchu i obsypany białym pyłem od włosów po pas był dość zabawnym widokiem.
- Biszkoptu się zachciało dwóm smarkulom - wyszeptał wściekle, ocierając twarz dłońmi, podczas gdy Lily robiła sobie z nim zdjęcia, szeroko się uśmiechając. - Zaraz ten twój iPhonik poleci do tej miski i potraktuję go mikserem.
- Spokojnie, tato, złość piękności szkodzi - powiedziałam ze śmiechem, wskakując na blat, w efekcie czego uderzyłam głową o szafkę kuchenną.
Ktoś rzucił na mnie klątwę. Na mnie i moją głowę. Prawdopodobnie Taylor Williams. Jęknęłam z bólu, ale na szczęście miałam wsparcie w swojej rodzinie, która zawsze była niesamowicie pomocna, gdy coś się działo.
- Zamknij mordę, bo obudzisz Xandera - wysyczała Lily.
To było moje wsparcie.
Dwudziesty czwarty grudnia, czyli dwudzieste urodziny Alexandra. Na myśl o nich czułam się niesamowicie podekscytowana. Robiliśmy dla brata tort urodzinowy, a dodatkowo mieliśmy dla niego przygotowane prezenty i niespodziankę.
Niespodzianką był Raiden Branson, który zadzwonił do mnie, żaląc się, że pojechanie do rodziców na święta było chujowe. Nie znał kompletnie nikogo w Nowym Jorku, jedyna randka z dziewczyną z Tindera skończyła się totalnym niewypałem, a rodzice stale pracowali, przez co on spędzał czas całkiem sam.
Poszłam wtedy do taty i Amy i o północy stanęłam w drzwiach ich sypialni, tak jak robiłam to dziesięć lat wcześniej, mówiąc, że na rano potrzebuję do szkoły rzeżuchę. Teraz, mniej więcej z podobną niepewnością, poinformowałam ich, że w święta dołączy do nas jeszcze jedna osoba.
- Z pewnością szeptanie coś da, gdy tata zaraz znowu włączy mikser. - Przewróciłam oczami.
Mężczyzna podniósł na mnie wzrok, intensywnie nad czymś myśląc.
- Idziemy do garażu.
Było minus siedem stopni, w garażu może jakieś pięć na plusie, a my robiliśmy tam tort dla Alexandra. Stałam w czapce i szaliku, wysyłając swoje zdjęcie Zaydenowi. Liczyłam na jego słowa uznania, że ubrałam się ciepło.
Zayden Williams: Kup sobie witaminę B na ten zajad.
Aj. Zabolało.
Zawsze w zimie miałam cholernie wysuszoną skórę, a teraz także wysuszony kącik ust. Dopiero Zayden mi uświadomił, że to naprawdę jest widoczne, co mnie przeraziło. I autentycznie zrobiło mi się trochę przykro. Do tej pory wmawiałam sobie, że pewnie tylko ja zauważam, że aktualnie nie mam zbyt dobrej cery, a Williams dał mi do zrozumienia, że wcale tak nie jest.
- Tato, a mamy witaminę B w domu?
- Nie.
Spuściłam wzrok na telefon, widząc kolejną wiadomość.
Zayden Williams: Gdzie jesteś o 5 rano? Jesteś trzeźwa?
Byłam dojrzałą kobietą i takie tam, dlatego obraziłam się za komentarz o zajadzie i schowałam telefon do kieszeni, a następnie przeniosłam wzrok na Lily, która wrzucała do miski składniki na krem do tortu.
- Rosie, zadzwoń do Raidena i dowiedz się, za ile będzie.
- Okej. - Pokiwałam głową.
Wybrałam odpowiedni numer, a następnie przyłożyłam telefon do ucha, zaczynając chodzić po garażu. Martwiłam się nieco o rachunek, bo dopiero ostatnio dostałam olśnienia, że przecież mam brytyjski numer i te połączenia międzynarodowe kosztowały mnie miliony. To olśnienie nastało, gdy kończyłam rozmowę z Zaydenem i dostrzegłam, że trwała trzydzieści minut. Oblał mnie wtedy zimny pot i nie mogłam zasnąć z nerwów.
- Tak, słucham?
- Hej, Raiden. Wylądowałeś już?
- Tak, już jadę taksówką. Powinienem być za jakieś piętnaście minut.
- Okej, czekamy. Jesteś śpiący? Albo głodny? - pytałam szybko, bo minuty leciały, pieniądze leciały.
- Nie, jest spoko. Jadłem i spałem w samolocie.
- Okej, czekamy.
Rozłączyłam się, aby w tej chwili zobaczyć przychodzące połączenie na FaceTimie. Cóż, to połączenie przez Internet i za to się nie płaciło, więc mogłam odebrać.
- Raiden dojeżdża, wyjdę przed garaż i poczekam na niego - powiedziałam do taty i siostry, po czym, nie czekając na ich odpowiedź, wyszłam na zewnątrz, by odebrać połączenie. - Czego?
- Czemu nie śpisz? - zapytał na start.
Usiadłam na schodach, gdzie oświetlała mnie lampa ogrodowa.
Wciąż było ciemno i okropnie zimno, a ja dodatkowo odmrażałam sobie dupę. Spojrzałam na ekran, widząc, że Zayden leży w łóżku bez koszulki.
- Alexander ma urodziny i robimy tort, dopóki się nie obudził. A teraz czekam na Raidena.
- Na Raidena? Czemu, do cholery? - zapytał, marszcząc brwi.
- Przyjeżdża już dzisiaj, bo nie dogadywał się z rodzicami - wyjaśniłam, na co Williams przewrócił oczami. - Co to było? - zapytałam z rozbawieniem.
- Nic.
- Chciałam powiedzieć, że nieco jesteś dupkiem, zwracając uwagę na mój zajad, a teraz przewracając na mnie oczami.
- Nie przewracam na ciebie oczami, a zapalenie kącików ust jest oznaką niedoboru witamin. Mając brata i przyjaciela przyszłych lekarzy, powinnaś to wiedzieć. Powinnaś być mi wdzięczna, Rosanno. Nie uważasz, że to szlachetne, że dbam, aby twój organizm miał zapewnione odpowiednie dawki witamin? To szczera troska, nie złośliwość.
- Jesteś zjarany albo pijany - stwierdziłam, widząc jego rozbawione spojrzenie.
- Ta, paliłem. Punkt za spostrzegawczość - przyznał, zanim obrócił wzrok po tym, gdy usłyszeliśmy dźwięk otwieranych drzwi. - Co jest? Mówiłeś, że jesteś zmęczony i pójdziesz się przespać - zwrócił się do kogoś.
- Jednak nie chcę spać - odezwał się Devon. - Chciałbym, żeby już teraz były święta i żebym mógł otworzyć prezent. Czy mogę posiedzieć teraz z tobą?
- Mhm... Chodź - odpowiedział, przesuwając się na łóżku. - Rozmawiam właśnie z Rosie. Chcesz się przywitać?
Z Rosie.
Uśmiechnęłam się pod nosem, dostrzegając chłopca, który położył się obok Zaydena, a następnie oparł się o niego, aby popatrzeć w ekran i pomachać mi z szerokim uśmiechem.
- Cześć, Rosie.
- Cześć. Jak tam? Mówisz, że wyczekujesz świąt?
- Tak. Nie mogę się doczekać otworzenia prezentu od ciebie. A ty dostałaś już prezent od Zaydena i ode mnie?
- Devon, do cholery - zaczął wściekły Zayden, a ja z uśmiechem zmarszczyłam brwi.
- No o co jesteś zły? - zapytał chłopiec.
- No jak: "o co"? Prezent jest od Mikołaja, a nie od nas.
Szeroko się uśmiechnęłam, słysząc, że Zayden ma dla mnie prezent. Ucieszyło mnie to i podekscytowało zdecydowanie bardziej, niż powinno. Założyłam na głowę kaptur, bo czapka była niewystarczająca w taki mróz.
- A co dostanę? - pytałam, zaciekawiona.
- Symboliczne prezenty. Dla ciebie i rodzeństwa.
To już mniej ekscytujące. Nie to, że symboliczne, a to, że otrzymają je także Alexander i Lily. Mimo wszystko ciągle szeroko się uśmiechałam, zaczynając mieć wyrzuty sumienia przez własne myśli. Byłam egoistką, chcąc jako jedyna dostać prezent.
- Dla twojego rodzeństwa kupiliśmy z Zaydenem byle co, ale dla cie...
- Devon, przestań - przerwał mu brat. - Będziemy kończyć, bo ktoś dzisiaj ma zdecydowanie za długi język.
- Nie! - powiedział ze śmiechem, a następnie wyrwał mu telefon. - Rosie, a dzisiaj Zayden zabrał mnie do parku trampolin. Nie wyobrażasz sobie, jakie to cudowne miejsce. Było naprawdę świetnie.
Zobaczenie Zaydena Williamsa w parku trampolin było czymś, o czym marzyłam. Patrzyłam z uśmiechem na szczęśliwego Devona i jego starszego brata, który wyglądał na zażenowanego.
- To super. A wiesz, że w Chicago mamy śnieg? Gdy przylecicie, to zapewnię ci równie fajne rozrywki. Ulepimy bałwana i pójdziemy na sanki.
- Jestem bardzo podekscytowany na ten wyjazd, mimo że boję się latać - oświadczył radośnie. - A patrz, Rosie, co mi się stało. - Westchnął chłopiec, a następnie podniósł swoją rękę i pokazał mi ranę na łokciu.
- Aua. Co zrobiłeś? - zapytałam, krzywiąc się.
- Przewróciłem się i mam takie rany na kolanach i łokciach. Ale nie boli mocno. Zayden też ma ranę, na szyi - oznajmił, na co starszy Williams od razu szerzej otworzył oczy.
Zanim jednak zdążył się odezwać, dziewięciolatek wskazał palcem na jego malinkę.
Od razu poczułam irytację. Niczym niespowodowaną. Kompletnie nie byłam zazdrosna, bo nie chciałam ani nie planowałam być w żadnej bliższej relacji z Zaydenem. Po prostu mnie to irytowało. Tak po prostu.
Uśmiechnęłam się sztucznie, widząc zmieszanego Zaydena i chłopca, który przyglądał się jego malince. Komedia, kurwa.
- Dzielny ten Zayden, że to znosi - powiedziałam z uśmiechem.
- Ja pierdolę, Devon - jęknął Zayden. - Idź na chwilę do siebie, muszę pogadać z Rosanną.
- O czym i czemu nie możesz przy mnie?
- Właściwie to ja i tak muszę kończyć - odpowiedziałam szybko. - Daj znać, Devon, czy Mikołaj chociaż trochę się spisał, czy całkiem spieprzył robotę.
- Roso...
- Coś mi przerywa. - Ściągnęłam brwi.
- Devon, idź do siebie, serio. Naprawdę muszę pogadać z Rosą.
- Mówił któryś z was coś? - zapytałam, uderzając palcem w mikrofon, aby nie mogli wyraźnie mnie słyszeć. - Halooo? Pieprzony Internet - mówiłam, zanim się rozłączyłam. - Spierdalaj - dodałam po zakończeniu połączenia.
Wkurwiona, włączyłam tryb samolotowy, gdyby Zaydenowi zachciało się do mnie dzwonić. Mógł sobie sypiać, z kim chce, i w ogóle, ale stwierdziłam, że jeśli zacznie w jakikolwiek sposób komentować moje relacje z kimkolwiek, to będzie miał u mnie przejebane.
Chodziłam po śniegu, skacząc tak, aby zrobić napis "sto lat". Byłam tak zirytowana, że miałam wystarczająco energii, aby wyżyć się na śniegu.
Po prostu moja relacja z Zaydenem była dziwna. Dużo rozmawialiśmy przez telefon, czasami pisaliśmy ze sobą, mieliśmy swoje sprawy, o których inni nie wiedzieli. Nie chciałam z nim być. Nie chciałam być teraz w żadnym związku, po prostu nie czułam takiej potrzeby. Nie chciałam zaczynać kolejnej relacji, której bym żałowała. Tyle że trzymanie się z dala od Zaydena nie było łatwe. Totalnie mnie wkurzał i uważałam go za ostatniego człowieka na Ziemi, z którym chciałabym tworzyć związek. To idiota, traktujący większość ludzi bez szacunku, prześmiewczo. Często zachowywał się złośliwie i nie miał oporów przed wyzywaniem innych (w tym mnie). A zarazem mówił te rozczulające rzeczy jak to, żebym zakładała czapkę, pytał, jak mi minął dzień, przygotowywał mi plan zajęć na studia. Czasami miałam wrażenie, że mimo wszystko został osobą, do której poszłabym w pierwszej kolejności, gdybym miała problem.
Może z początku niezbyt poważnie traktowałam te teksty o lojalności, ale teraz myślałam, że gdybym musiała ukryć zwłoki, to tylko Zayden by mi w tym pomógł. Mogłam mówić, że mam go dość, jednak gdy telefon dzwonił, to zawsze czułam dziwną ekscytację na myśl, że to może Williams. Mogłam sobie wmawiać, że nie lubię naszych rozmów, jednak później zasypiałam z telefonem przy uchu.
Lubiłam się z nim przyjaźnić, ale też miałam w głowie nasz pocałunek, to, jak mnie przytulał, i inne gesty, przez które mój brzuch się zaciskał, a serce biło szybciej. Później z kolei przypominałam sobie o tym, że na imprezach całował się z każdą, oraz o tym, że sypiał z moją siostrą.
I przypomniałam sobie, że właśnie ma malinkę na szyi.
- Skurwiel pierdolony - mruknęłam sama do siebie. - A mnie będzie, kurwa, robił wykłady, że traktuję go jak wszystkich. Że sypiam przytulona do niego, a później idę do innego. Że całuję jego, a później kogoś innego. Przyganiał kocioł, kurwa, garnkowi.
Miałam totalnie gdzieś Zaydena Williamsa.
Spojrzałam na auto, które właśnie zatrzymało się pod domem, a następnie szeroko się uśmiechnęłam, wyrzucając z głowy Zaydena Williamsa.
Ruszyłam do samochodu, nie myśląc ani trochę o Zaydenie Williamsie, ani o malince na jego szyi.
- Raiden - powiedziałam z uśmiechem, widząc chłopaka, który wyglądał całkiem inaczej niż Zayden Williams, o którym już w ogóle nie myślałam (i który miał na szyi malinkę).
- Dobrze cię widzieć - odparł z pogodnym uśmiechem, zanim mnie przytulił. - Cholernie dziękuję za zaproszenie. Bardzo się cieszę na święta z wami. I urodziny Alexandra. Mam dla was wszystkich prezenty i prezent dla Xandera na urodziny. Pomożesz mi to wnieść?
- Tak, jasne, tylko musimy być cicho, bo Xander jeszcze śpi. I nie musiałeś nam kupować prezentów.
- Nie żartuj. To nic wielkiego, ale chciałem wam coś dać w podziękowaniu za zaproszenie - powiedział, gdy kierowca otwierał bagażnik.
Chwilę później wnieśliśmy wszystko do domu, a ja zaczęłam robić Raidenowi herbatę, podczas gdy on poszedł przywitać się z Lily i moim tatą.
- Co kupiłeś Alexandrowi? - zapytałam cicho Raidena, gdy już wrócił.
Teraz siedzieliśmy w moim pokoju, gdzie szatyn pił parujący napój.
- Zegarek. Rolexa. - Wzruszył ramionami. - Nie jakiś najlepszy model, ale ja kiedyś taki miałem i wiem, że mu się spodobał.
Byłam trochę zestresowana świętami, bo po prostu wiedziałam, że wszyscy z naszej ekipy będą wymieniać się jakimiś superdrogimi prezentami, a mnie na takie po prostu nie było stać. Nawet jeśli wiedziałam, że nikt nie będzie miał z tym żadnego problemu, to czułam się dziwnie. Bardziej stresowałam się tym, jak odbierze to wszystko mój tata. Nie chciałam, aby ktoś wprawił go w zakłopotanie, a tego najbardziej się obawiałam.
Prawda była taka, że gdybym chciała, to mogłabym wszystkim kupić coś drogiego. Dostałam bardzo hojny przelew od Jaspera White'a, jednak zwróciłam go w ten sam dzień. Te pieniądze nie należały do mnie i nie chciałam z nich korzystać. Wystarczająco niezręcznie czułam się z faktem, że fagas płacił za moje studia i mieszkanie. Dostanie tak dużej kwoty bardziej wytrącało mnie z równowagi, niż cieszyło. Dlatego postawiłam na dość skromne prezenty. Bardzo się starałam, jednak teraz zaczęłam mieć wątpliwości.
Jak ktoś miałby docenić ładną bluzę z sieciówki, jeśli od innej osoby dostał rolexa?
- A ty? - zapytał zaciekawiony. - Co mu kupiłaś?
- Amm... Książki kucharskie, które mówił, że chce. I kupiłam mu bluzę, i zrobiłam z pomocą Lily słoik z karteczkami na każdy dzień roku i na każdej jest napisana jakaś miła rzecz. Wiem, że to żałosne, ale chciałam, żeby dostał coś uroczego. To bardzo głupie?
- Nie. Myślę, że to super - odpowiedział, opierając się o zagłówek. - Co jest na tych karteczkach?
- Są cztery kolory i każdy to inna kategoria. Na niebieskich jest jakiś cytat, na różowych powody, dla których Alexander jest cudowny, na żółtych nazwy piosenek, których powinien posłuchać, a na pomarańczowych przypadkowe rzeczy. Albo jakieś wspomnienia, albo żarty. Jak to opowiadam, to wydaje się to bardziej żenujące niż wtedy, gdy to robiłam. Ale w sumie lubię robić żenujące prezenty.
- To nie żenujące, sam chciałbym takie dostać.
- Przygotuję ci coś podobnie żenującego - odpowiedziałam z szerokim uśmiechem.
Albo oddam ci prezent Zaydena Williamsa, który ma malinkę na szyi. Niech jego siksa mu zrobi koperty "Otwórz gdy...".
Niedługo później Lily i mój tata skończyli tort. Wyglądał ładnie. Był zwyczajnym biszkoptem, przełożonym masami, na którego wierzchu zostały ułożone owoce i wetknięte świeczki.
Amy akurat wróciła z nocnej zmiany w szpitalu, gdzie pracowała jako pielęgniarka, więc wszyscy ruszyliśmy do pokoju gościnnego.
Otworzyłam cicho drzwi, a następnie weszłam do środka, aby zobaczyć i usłyszeć śpiącego i cicho pochrapującego Alexandra.
- STO LAT, STO LAT - zaczął głośno mój tata, nie czekając na resztę, a gdy tylko do niego dołączyliśmy, głośno wystrzelił konfetti, aby złote gwiazdki rozprzestrzeniły się po całym pokoju.
Xander przebudził się w sekundę, przerażony. Podnosząc się do pozycji siedzącej, patrzył na nas w szoku. Z początku nie ogarniał, co się dzieje.
Z szerokim uśmiechem śpiewałam, widząc, jak na jego twarzy odmalowuje się coraz większe zaskoczenie, gdy przecierał oczy dłońmi. A po chwili jego wzrok zatrzymał się na Raidenie.
- Co jest, kurwa? - zapytał, zdziwiony, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
- Pomyśl życzenie i dmuchaj, Xander - powiedziała Lily, stając przed nim z tortem, na którym było dokładnie dwadzieścia świeczek.
Ciągle zaskoczony Alexander na chwilę przymknął oczy, zanim nabrał wystarczająco powietrza, aby udało mu się zdmuchnąć wszystkie świeczki.
- Jestem w szoku. Cholernie, cholernie, cholernie dziękuję - zaczął brat, wstając z łóżka. - Co ty tu robisz? - zapytał Raidena.
- Przyleciałem na dzień Alexandra White'a - odpowiedział, zanim podszedł do niego i go przytulił. - Spełnienia marzeń, Xander.
Patrzyłam na nich z uśmiechem, podczas gdy Amy stale robiła wszystkim zdjęcia. Teraz mój tata podszedł do Alexandra, którego oczy świeciły z radości, przez co i ja, i Lily już prawie ryczałyśmy. Kochałyśmy płakać.
- Xander, po pierwsze, to życzę ci, abyś dalej radził sobie ze wszystkim tak dobrze jak do tej pory - zaczął mężczyzna. - Żebyś był szczęśliwy i wszystko w życiu robił dla siebie, a nie dla innych. Żebyś nadal był tak pogodnym chłopcem i żebyś spełnił wszystkie marzenia, bo na to zasługujesz. Jesteś bardzo zdolny i inteligentny i wiem, że poradzisz sobie ze wszystkim. Wierzę, że spełnisz każde swoje marzenie. Co do jednego.
Alexander nie odpowiedział, a jedynie przytulił mojego tatę i dłonią szybko starł łzę, która spłynęła mu po policzku.
Nie potrzebowałam więcej, aby też płakać.
Składałam Alexandrowi życzenia na końcu i to było najlepsze, bo nikt już nas nie słuchał. Lily kroiła tort i nagle każdy został specjalistą, mówiąc, jak powinna to robić.
- Właściwie to wszyscy już ci chyba życzyli wszystkiego, co najważniejsze - powiedziałam niezręcznie, na co White się zaśmiał. - Więc szczęścia, radości, spełnienia marzeń, Xander... Tego, żebyś był dumny z siebie i nigdy nie czuł, że robisz coś niewystarczająco dobrze. I żebyś imprezował tylko dlatego, żeby dobrze się bawić, a nie dlatego, aby zapomnieć o smutkach. I nie wiem... - przerwałam, zastanawiając się. - Po prostu wszystkiego najlepszego, bo zasługujesz na wszystko, co najlepsze. Naprawdę.
- Kocham cię, Rosie - wyszeptał, zanim mnie przytulił. - Tak naprawdę jak siostrę. Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo jestem szczęśliwy, że pojawiłaś się w moim życiu. Jestem za ciebie bardzo wdzięczny. To zdecydowanie najlepsze urodziny w moim życiu.
Przymknęłam oczy, powstrzymując łzy, gdy go objęłam, odwzajemniając uścisk. To było dziwne, ale czułam się naprawdę szczęśliwa. A przez długi czas nie byłam tak szczerze szczęśliwa z życia. Po prostu miałam do wszystkiego bardzo neutralne nastawienie. Ani nie byłam smutna, ani szczęśliwa. Uważałam swoje życie za zwykłe, przeciętne, a teraz z każdym miesiącem, bardzo powoli zaczynałam je coraz bardziej lubić. I widziałam, że pojawienie się w nim rodzeństwa odegrało bardzo wielką rolę.
Pojawienie się rodzeństwa, Charliego... Właściwie to każdego z naszej paczki. Nawet Zaydena (tego, który miał malinkę na szyi i o którym już w ogóle nie myślałam).
Chwilę później siedzieliśmy w salonie, gdzie Xander rozpakowywał prezenty, z każdego bardzo się ciesząc. Chyba nie tyle dawało mu radość otrzymanie nowych rzeczy, co bardziej fakt, że każdy o nim pamiętał i się postarał.
Zmarszczyłam brwi, słysząc dzwonek do drzwi.
- Podoba ci się? - zapytał Raiden Alexandra, gdy ten odpakowywał zegarek, a mój tata poszedł otworzyć drzwi.
- Dobrze wiesz, że tak, Branson - odpowiedział ze śmiechem.
- Wiem, ale chcę to usłyszeć z twoich ust, White.
- Kurewsko mi się podoba - zaśmiał się, wyciągając rękę w jego kierunku. - Zapnij.
- To nie bransoletka, że nie poradziłbyś sobie sam, ale znaj moje dobre serce.
- Rosie! Do ciebie!
Moje serce zaczęło bić szybciej, bo od razu pomyślałam, że to Grayson. Po prostu miałam schizy i myślałam o nim w kółko. O nim i Taylorze. Przez tę dwójkę cierpiałam na permanentne zmęczenie i bezsenność.
Zestresowana ruszyłam przez korytarz, aby po chwili odetchnąć z ulgą na widok kuriera.
- Dzień dobry - zaczęłam.
- Dzień dobry. Paczuszki dla pani. Proszę tutaj o podpisy.
Szybko podpisałam dokumenty, zanim wniosłam do domu trzy pudełka.
Wszyscy wydawali się dość zaciekawieni, gdy zaczęłam je rozpakowywać.
- To od Zaydena. Jego brat mówił mi, że wysłali nam prezenty - wyjaśniłam, wyjmując świątecznie zapakowane paczki, które od razu wkładałam pod choinkę.
- Ooo... A tu jest coś dla Alexandra na urodziny - powiedział tata, rzucając mu małe pudełko.
Usiadłam na kanapie, patrząc na White'a, który zrezygnował z otwierania prezentu od Lily na rzecz prezentu od Zaydena. Nie minęła sekunda, gdy wyjął z torebki małą karteczkę.
- Wszystkiego najlepszego, Alexandrze - przeczytał, po czym podniósł nieduży kawałek plastiku. - Ooo... karta podarunkowa - powiedział, cicho się śmiejąc i przenosząc na mnie wzrok. - No popatrzcie, karta podarunkowa od Zaydena Williamsa. Cóż za szok.
Przewróciłam oczami, widząc jego rozbawione spojrzenie.
Tak, to było całkiem miłe, że Zayden Williams, który miał malinkę na szyi, postarał się nieco bardziej z moim prezentem. Ciekawe, czy siksa od malinki też dostała kolczyki.
***
Dzień Alexandra okazał się naprawdę bardzo przyjemnym dniem, a solenizant wydawał się szczęśliwy. Poszliśmy na obiad do restauracji, gdzie było naprawdę spoko, a później przesiedzieliśmy popołudnie i wieczór w domu, grając w planszówki i pijąc alkohol.
Leżałam teraz obok Raidena, bo moje łóżko było największe i nie miałam problemu z dzieleniem go z Bransonem. On był na tyle kulturalny, że chciał spać na kanapie, ale gdy zapewniłam go, że w żaden sposób nie będzie mi przeszkadzać, jeśli oddam mu połowę materaca, w końcu się zgodził.
Spojrzałam na telefon, a widząc przychodzące połączenie od Zaydena, przewróciłam oczami. Wyciszyłam smartfon, zanim odłożyłam go na szafkę.
- Więc... z twoimi rodzicami było aż tak źle? - zapytałam, obracając się na bok, aby leżeć twarzą do chłopaka, który słysząc moje pytanie, również odłożył swój telefon na szafkę.
- Nie, że źle, po prostu... mieli dużo pracy, a ja cholernie się nudziłem. Święta w hotelu też nie do końca są moją bajką, a oni mówili, że mają problemy w firmie i nie będą mieli czasu na nic więcej niż świąteczny obiad, więc... Moi rodzice nie są źli, ale po prostu bardzo dużo pracują. Kariera od zawsze znajdowała się u nich na pierwszym miejscu. Ale nie mogę narzekać, bo gdyby nie to, to nie miałbym tak dobrego życia.
- To dość smutne - zauważyłam zgodnie z prawdą. - Czasami myślę, że co, jeśli ze mną będzie tak samo? Wiesz... są zawody, którym musisz się oddać. Trochę się boję, że w przyszłości będę musiała ciągle pracować, żeby coś osiągnąć. Nie myślisz o tym czasami?
- Chyba nie... - Zastanowił się. - Ale to rzeczywiście musi być przybijające, jeśli nie czujesz do tego powołania. Kiedyś rozmawiałem o tym z tatą Charliego. Był na bardzo długim dyżurze w szpitalu i zapytałem go, czy w takich momentach nie żałuje, że wybrał taki zawód.
- I?
- Powiedział, że właśnie takie momenty uświadamiają mu, że wybrał dobry zawód, bo czuje się spełniony, że mógł pomóc tylu osobom. On ewidentnie jest lekarzem z powołania i myślę, że to w każdym zawodzie jest ważne.
- A ty czujesz powołanie do tych finansów?
- Nie, kompletnie nie - zaśmiał się. - Ale to nie tak, że zamierzam być księgowym i klepać faktury do końca życia. Po prostu chyba chcę otworzyć jakiś własny biznes i uważam, że jednak ta wiedza z finansów jest kluczowa, żeby wiedzieć, jak tym wszystkim zarządzać. I to takie trochę bardziej zrobienie papierka, tak myślę. Ciągle czuję się za młody, aby podjąć decyzję, jak będzie wyglądało całe moje życie. Na ten moment bardzo mi zależy, żeby mieć wykształcenie, z którym zawsze znajdę dobrą pracę. Korzystanie z hojności rodziców jest fajne, ale któregoś dnia bardzo chcę się od nich odciąć.
- Rozumiem.
Przez chwilę rozmawiałam z Raidenem, zanim usnęłam, niesamowicie zmęczona, nie mając siły kontynuować konwersacji. To żenujące, ale wstanie o czwartej rano dawało właśnie takie skutki.
Zasnęłam z uśmiechem na twarzy, wiedząc, że obudzę się w święta.
Rozdział 4
Obudziłam się z ogromnym uśmiechem na twarzy, bo nadeszły święta, które kochałam całym sercem. Podniosłam się do pozycji siedzącej, a następnie zaczęłam potrząsać ramionami Raidena, który spał w najlepsze.
- Raiden! Są święta! - krzyknęłam radośnie, gdy zaczął się powoli przebudzać. - No dalej, Ray! Wstawaj!
- Co? - mruknął zaspany. - Która godzina?
- Godzina prezentów!
Wyskoczyłam z łóżka, zgarnęłam z krzesła szlafrok, a z szafki nocnej swój telefon, aby po sekundzie wybiec z pokoju.
- ŚWIĘTA! PREZENTY! - krzyczałam.
Byłam niesamowicie podekscytowana, zbiegając po schodach. Chwilę później usłyszałam również biegnących Xandera i Lily. Zaczęli się przepychać w drodze na dół. Czyli nie tylko ja aż tak się ekscytowałam.
- No chodźcie wszyscy! - krzyknęła Lily. - Ray, wstawaj! Tato! Amy!
W trójkę, ogromnie podnieceni, siedzieliśmy przy choince, próbując ustalić, która paczka jest dla kogo. Po chwili wywołana trójka zaczęła bardzo powoli schodzić do salonu.
Tata i Amy patrzyli na nas z politowaniem, a Raiden raczej z rozbawieniem. Ciągle był półprzytomny.
- Dobra, Raiden, siadaj z nimi. Czas na pamiątkowe fotki.
Zdjęcia zajęły zdecydowanie za wiele czasu, ale w końcu każdy z wyjątkiem Alexandra zajął miejsca na kanapie. White, założywszy czapkę Mikołaja, postanowił rozdawać prezenty, więc teraz siedział na fotelu przy choince. Przy każdym prezencie byliśmy zmuszeni usiąść mu na kolanach i powiedzieć, czy byliśmy grzeczni. Przy każdym prezencie. Czyli mając pięć prezentów, trzeba było to zrobić pięć razy.
Z rozbawieniem patrzyłam na zażenowanego Raidena, który usiadł na kolanach szeroko uśmiechającego się Alexandra. Czarujące.
- Jak masz na imię, chłopcze?
- Raiden - przedstawił się po raz czwarty w ciągu dziesięciu minut.
- A więc, Raiden, czy byłeś grzecznym chłopcem w tym roku?
- Niesamowicie grzecznym - odpowiedział ze śmiechem.
- W takim razie bardzo proszę pocałować Mikołaja w policzek, a wtedy dostaniesz prezent.
Tak właśnie wyglądała cała ceremonia, co Lily stale nagrywała. W końcu każdy otrzymał swoje podarunki i zaczęliśmy je otwierać.
Tak jak się spodziewałam, większość tych rzeczy była luksusowa, co sprawiało, że czułam się nieco niezręcznie. Znacznie bardziej komfortowe okazało się otrzymanie piżamy świątecznej od taty niż jakichś kurewsko drogich perfum i zegarka.
Raiden wręczył nam wszystkim identyczne swetry Gucci w renifery, co było cholernie urocze, mimo że uważałam to za wyrzucanie pieniędzy w błoto, ponieważ niemal identyczne swetry można było znaleźć w każdej sieciówce. Rozumiałam w stu procentach kupowanie luksusowych rzeczy, gdy były one rzeczywiście luksusowe, czyli nieosiągalne dla większości ludzi i wyjątkowe. Jednak gdy wyglądały jak masa innych produktów, a różniły się jedynie ceną i metką, to po prostu odbierałam to nieco tak, jakby ktoś kupował to tylko po to, aby pokazać, że go stać.
Byłam dziwnie zestresowana, ale zarazem podekscytowana, otwierając pierwszy prezent od Zaydena. Zaśmiałam się, widząc, że to komplet: szalik, czapka i rękawiczki. Dla podkreślenia jego sytuacji majątkowej każda z tych rzeczy miała logo Chanel. Musiałam przyznać, że komplet był naprawdę piękny i w moim stylu. Dodatkowo materiał okazał się niesamowicie miły w dotyku. To właśnie były rzeczy, których zakup mogłam zrozumieć. Poza tym wszystko było przydatne: rękawiczki, aby nie marzły ręce, czapka, aby nie marzły uszy, szalik, żeby zasłonić malinkę. Przydatne.
- Ale ładne - jęknęła Lily siedząca obok mnie, patrząc na mój komplet. - Też chcę taki. Ale w sumie ja dostałam od Zaydena torebkę. Piękna, prawda? - zapytała, podnosząc małą torebkę z logo Yves Saint Laurent.
- Ładna - przyznałam, dochodząc do wniosku, że pasuje do Lily.
Odłożyłam to pudełko, aby następnie otworzyć drugie, w którym znajdowały się dwa mniejsze pudełeczka z logiem Tiffany & Co.
Nie. Nie. Nie.
Nie musiałam otwierać, aby wiedzieć, że to na pewno będzie coś pięknego i drogiego.
- Uuu... Co to? Otwieraj! - zaczęła Lily. - Ooo... Dwa pudełeczka są. Kupił ci pewnie biżuterię, to super. Pokaż jaką.
Otworzyłam jedno z nich i zobaczyłam średniej wielkości kolczyki koła w kolorze rose gold (możliwe, że było to nawiązanie do mojego imienia, a możliwe, że przypadek). Całe kolczyki zostały pokryte jakimiś świecidełkami, wyglądały pięknie. Robiły gigantyczne wrażenie. Teraz klocki Lego wydawały się totalnie żałosnym prezentem i chciało mi się przez to płakać.
- Ładne te cyrkonie - powiedziałam, wyjmując jeden kolczyk.
- To nie wygląda jak cyrkonie, Rosie. Myślę, że to raczej diamenty.
- Nieee, powiedz, że żartujesz - wyjąkałam, zszokowana i załamana zarazem.
- Nie - odpowiedziała i rzuciła kolczyk Raidenowi. - Raiden, co to? - zapytała go, zanim przeniosła wzrok na mnie. - On się zna na tym, bo jego dziadek jest jubilerem.
- Nie wiem, nie znam się na tym - odparł, patrząc na kolczyk.
Serio, Lily?
- Wygląda jak brylant, tak na moje oko - dodał. - A jaki sklep?
- Tiffany & Co. - odpowiedziała mu szatynka.
- Tak, w takim razie to na pewno brylant, ładne - stwierdził, rzucając nam kolczyk z powrotem. - Pewnie kosztowało przynajmniej z dziesięć tysięcy dolców.
- Teraz to już na pewno tego nie założę - odparłam, przerażona, wkładając biżuterię do pudełka. - Zwrócę mu to, i tyle.
- Czemu? - zapytała Lily.
- Bo ktoś mi, kurwa, ucho z tym oderwie i nie chcę, żeby Zayden tyle na mnie wydawał, bo czuję się z tym źle. Po prostu... nie, i tyle.
Niech da to lepiej koleżance od malinki.
Ułożyłam kolczyki w pudełeczku, jak leżały wcześniej, a następnie wzięłam do ręki drugie opakowanie. Otworzyłam je, aby zobaczyć małą karteczkę z pismem dziecka.
Droga Rosie,
pomagaliśmy Mikołajowi wybrać ci kolczyki. Te drugie wybrał Zayden a te ja. Mam nadzieję, że spodobają ci się równie bardzo jak mi.
Twój przyjaciel Devon Williams
Nie mogłam powstrzymać uśmiechu, gdy spojrzałam na kolczyki. Częściowo były srebrne, a częściowo również w kolorze rose gold i przedstawiały biedronki. Uznałam je za najbardziej uroczą biżuterię na świecie i byłam w niej zakochana prawie tak bardzo jak w stokrotkach od Zaydena.
Wzięłam do ręki telefon, a następnie odblokowałem go, by zobaczyć, że Zayden wysłał mi wieczorem wiadomość.
Zayden Williams: Jesteś bardzo zła?
Skądże.
Ja: Nie jestem zła, nie odebrałam, bo spałam z Raidenem
Ja: Dziękuję za prezenty, są piękne, ale mam nadzieję, że masz paragony. Kolczyki od Ciebie to zdecydowanie zbyt wiele i na pewno nie mogę ich przyjąć. Ale bardzo bardzo dziękuję za resztę
Chwilę później pojawiła się informacja o odczytaniu mojej wiadomości przez Zaydena, więc czekałam, aż mi odpisze, czego nie robił przez dłuższą chwilę.
Zayden Williams: Nie mam paragonu. Nie chcesz, to oddaj Lillianie.
Zayden Williams: Wesołych świąt, Rosanno.
Zacisnęłam usta ze złości, po czym zamknęłam pudełko z prezentem. Nie żebym była psem ogrodnika, ale już wolałam, żeby tych kolczyków nie nosił nikt, niż żeby dostała je Lily.
Ja: Wesołych świąt
Zayden nie odezwał się do mnie już w ogóle, a jedynym znakiem, że żyje, był filmik od Devona, na którym Zayden w pełnym skupieniu składał swoje klocki Lego. I mimo że nagranie trwało jakieś osiem sekund, to ja oglądałam je prawdopodobnie z pół godziny.
O ile życie byłoby łatwiejsze, gdybym ciągle go nienawidziła...
Charlie
- Dobra, gotowi? Macie być grzeczni, spokojni i kulturalni, zrozumiano? - zapytałem dwóch chłopców, na co posłali sobie spojrzenia i się zaśmiali. - Pytam, czy zrozumiano?
- Nie - odpowiedział Emil, po czym wysiadł z samochodu i biegiem ruszył na lotnisko.
Już żałowałem swojego pomysłu. Właściwie to żałowałem go już dawno. Tylko z początku wydawał się fajny.
- Czekaj! - krzyknąłem, biegnąc za nim.
Chwilę później ganiałem się z ośmiolatkiem po lotnisku, a za mną biegł siedmiolatek, który nie chciał mnie zgubić. Finalnie złapałem tego starszego za kaptur kurtki, na co on jedynie głośno się zaśmiał. A tak się składało, że właśnie staliśmy niedaleko Shawna, Gabby, Zaydena i jego brata.
Shawn i Gabby wybuchnęli śmiechem, podczas gdy Williams stał z dłońmi ułożonymi na ramionach swojego brata i we dwójkę patrzyli na nas z surowymi wyrazami twarzy, jakby było im wstyd za nasze zachowanie.
- Tak się w berka bawiliśmy - wyjaśniłem ze śmiechem, ciągnąc za kaptury dwójkę rozbawionych chłopców. - No to ten, to są Leo i Emil - przedstawiłem ich.
- Devon Williams - powiedział oficjalnie chłopiec.
Miłym zaskoczeniem było to, że i Zayden, i Devon ubrali się normalnie. Chłopiec miał na sobie niebieską bluzę i czarne spodnie dresowe, a Zayden czarną bluzę i czarne dresy.
- Jestem Emil, przyniosłem nam dużo zabawek, żebyśmy mogli się bawić w samolocie.
- To bardzo miłe, ale ja nie lubię latać samolotami, więc będę spał, a później oglądał coś w telewizji, aby zabić czas.
- A będziemy mogli z tobą? - zapytał podekscytowany Leo. - Kooocham bajki. Możemy obejrzeć Scooby-Doo?
- Nie wiem. Możemy już, proszę, iść do samolotu, Zayden?
Nie zapowiadało się rewelacyjnie. Szybko przeszliśmy odprawę, która trwała może z pięć minut, zanim znaleźliśmy się w samolocie Zaydena. Maszyna robiła naprawdę niesamowite wrażenie. Zdarzało mi się latać prywatnymi samolotami, ale nieczęsto i raczej nie były to samoloty o tak wysokim standardzie. Jeśli ja pływałem w luksusie, to Williams zdecydowanie się w nim topił.
- Jak tam święta? - zapytałem Shawna.
- Bardzo spoko, ale Gabby pokłóciła się z moją ciocią.
- O co?
- O to, czy suflet powinien być w środku płynny.
- Chyba nie powinien, nie? - zapytałem i ujrzałem przerażoną minę Shawna. - Powinien być taki mokry, ale nie płynny.
- Słucham? - zaczęła rudowłosa, obracając się przodem do mnie. - Co powiedziałeś?
Zaśmiałem się i pokręciłem głową, gdy Gabby wysłała mi ostrzegawcze spojrzenie.
- Zjadłbym suflet - westchnął Leo. - Panie Zaydenie, a ma pan tutaj jakieś czekoladki? Kocham czekoladę.
Zayden spojrzał na niskiego blondyna, a następnie wzruszył ramionami. Wyglądał na wkurwionego. Chyba był nie w humorze, a to nie zwiastowało niczego dobrego.
Czułem się zagrożony, mając świadomość, że ostatnio byłem osobą, której prawdopodobnie nienawidził najbardziej. Trochę to rozumiałem, bo znałem takie uczucie jak zazdrość. Moja relacja z Rosie była bliska i wiedziałem, że inni kilkukrotnie mogli odnieść wrażenie, że między nami coś jest, podczas gdy między nami nie było nic. Między nami nie było nawet stanika Rosie, gdy robiłem jej badanie piersi. Kompletnie nic.
- Prawdopodobnie tak - odpowiedział w końcu Williams. - Jak ruszymy, to pójdziesz do kucharza i poprosisz go o suflet.
- Panie Zaydenie - zaczął teraz Emil, na co ten z irytacją przeniósł na niego wzrok. - Czemu pan jest taki groźny?
- On nie jest groźny - powiedział zły Devon, zaciskając dłonie w pięści. - To wy jesteście głośni, irytujący i niewychowani.
Kurwa.
Otworzyłem szczerzej oczy, patrząc, jak trójka chłopców mierzy się groźnymi spojrzeniami. Tylko że Devon naprawdę wyglądał jakoś tak groźnie, a moi kuzyni, jakby siedzieli na kiblu i nie mogli się wysrać.
- Devon, nie bądź niemiły dla nowych kolegów - powiedział Zayden, zajmując miejsce na fotelu obok brata.
Moi kuzyni usiedli naprzeciwko nich.
Cudownie.
Sam zająłem miejsce na wprost Shawna i Gabby, którzy z zaciekawieniem wpatrywali się w chłopców.
- A czemu ty nas nie lubisz? - zapytał Leo. - Nie możemy pograć razem w grę i się polubić?
- To, że stwierdzam fakty, nie znaczy, że was nie lubię. Nie znam was i nie mam ochoty poznawać, gdy zachowujecie się jak małpy w zoo. Chociaż małpy prawdopodobnie są inteligentniejsze.
- Chłopcy, chodźcie, usiądziecie obok Shawna i Gabby - powiedziałem, wstając z miejsca. - I przeproście Zaydena i Devona. Jesteście ich gośćmi, a ciągle krzyczycie i zachowujecie się niekulturalnie.
- Przepraszamy - odpowiedzieli równo, a następnie rzeczywiście usiedli naprzeciwko rudowłosej i Reeda, od razu gadając jakieś głupoty.
Myślałem, czy nie pójść zająć miejsca na jednym z czterech foteli na drugim końcu samolotu, ale w końcu postanowiłem zaryzykować i usiąść naprzeciwko braci Williams.
- No to jak tam życie leci? - zapytałem niezręcznie, zapinając pas.
- Skupmy się na tym, co mówi stewardesa - odpowiedział Zayden.
Niedługo później rzeczywiście mogliśmy ruszać, a ja trochę się cieszyłem, że tu siedziałem, bo teraz to Shawn i Gabby musieli odpowiadać na pytania moich kuzynów typu: "A czemu samolot lata?". Ja za to mogłem skupić się na Zaydenie, który trzymał dłoń Devona, podczas gdy ten mocno ściskał jego palce i zaciskając powieki, opierał czoło o ramię brata.
- Jeszcze chwila - mówił mu Zayden, marszcząc lekko brwi. Wydawał się zmartwiony. - Czujesz? Już aż tak nie trzęsie.
Chłopiec pokiwał głową, a następnie lekko się odsunął. Mogłem zobaczyć, że jego policzki były mokre od łez.
Skrzywiłem się, bo nie wyobrażałem sobie, jak bardzo musiał się bać, skoro płakał.
Zayden westchnął, a następnie kciukami otarł jego łzy.
- Jesteś bardzo dzielny. Spróbujesz teraz zasnąć? Czy obejrzymy coś?
- Nie wiem - odpowiedział cicho, gdy Zayden odpiął najpierw swoje, a potem jego pasy. - Mogę się przytulić?
- Możesz.
Devon usiadł na kolanach Zaydena, a następnie przytulił się do niego, podczas gdy brat objął go, zamykając oczy. Nagle wydał się jakiś sto razy bardziej ludzki. Właściwie to już od jakiegoś czasu się taki wydawał. Od czasu, gdy miał Rosie. Trochę mnie to przerażało, a trochę cieszyło.
- Devooon, ale czemu się z nami nie pobawisz? - zapytał Leo, który podbiegł, aby usiąść obok mnie, podczas gdy Emil siadał na miejscu, które jeszcze przed chwilą zajmował młody Williams.
- Zaraz was uduszę - powiedziałem wkurwiony, wstając, aby złapać ich za ramiona i wyciągnąć z tych miejsc, a następnie wziąć na ręce i rzucić na kanapę przed telewizorem. Najpierw jednego, a potem drugiego. - Mówi wam, że nie chce się bawić, to czemu jesteście tacy nachalni? Zabrałem was pod warunkiem, że będziecie grzeczni, a wy co odwalacie? Jaka była umowa?
- Odpuść im, Charlie - usłyszałem głos Zaydena, więc się obróciłem. - To dzieci. Nie możesz wymagać, żeby nie okazywały ekscytacji.
Zayden okazał się milion razy bardziej ludzki.
Westchnąłem, po czym spojrzałem na obrażonych chłopców.
- Jak Devon będzie chciał, to się z wami pobawi, a teraz zajmijcie się sobą - poleciłem im, zanim wróciłem na swoje miejsce. - Wybacz im, Devon, są bardzo podekscytowani tym lotem. Ty też się cieszysz? - zapytałem go, chcąc jakkolwiek przekonać go do siebie.
- Tak, owszem - odpowiedział, ciągle przytulony do Zaydena, ale nawet na mnie nie spojrzał.
- Pewnie też tęsknisz za Rosie, nie? Oboje jesteśmy jej przyjaciółmi.
- Tak, ale dużo z nią rozmawiałem, więc nie tęsknię aż tak bardzo.
- I co ciekawego ci mówiła?
- Dużo rzeczy. Mówiła mi, że nie może spać, bo pokój jej siostry sąsiaduje z pokojem jej taty, który głośno chrapie. A śpi tam dlatego, że zamieniła się ze swoją siostrą, bo jej łóżko jest większe i tam musiała spać z jakimś ich przyjacielem, a ona jednak woli spać sama, bo chodzi wcześniej od nich spać. Mówiła mi ta...
- Naprawdę? - przerwał mu Zayden, jakby zaskoczony.
- Tak. Ty też wolisz spać sam, więc czemu cię to dziwi?
- Nie wiem, po prostu... - mruknął zmieszany. - Powiedz Charliemu, co dostałeś od Rosie.
- Klocki Lego - odpowiedział z lekkim uśmiechem. - To był superprezent. Zayden mi trochę pomógł, bo były trudne do złożenia. Ale większość zrobiłem sam. Bardzo mi się podobało i uważam, że Rosie robi najfajniejsze prezenty.
- Wow - odpowiedziałem, robiąc minę, jakbym był pełen podziwu, na co chłopiec uśmiechnął się pod nosem. - Masz jakieś zdjęcie? Muszę zobaczyć to cudo.
- Owszem, mam.
Przez dobre pół godziny zajmowałem Devona rozmową, a on z każdą chwilą robił się coraz bardziej senny i spokojny, aż w końcu zasnął. Czułem, że ciągle mnie nie lubił, bo nadal odpowiadał mi w ten oficjalny sposób. Przynajmniej to już nie była taka wrogość jak z początku.
- Dzięki - mruknął Zayden, gdy położył chłopca na fotelu i przykrył kocem. - Że go zagadałeś. Nienawidzi latać. Mam z tym zawsze spory problem. Myślałem, że z czasem mu przejdzie, ale jest jak jest. Dużo latamy, więc to naprawdę kłopotliwe.
- Może mu przejdzie, jest jeszcze mały - odpowiedziałem cicho, aby go nie obudzić. - Sorry za młodych. Są czasami nachalni.
- Jak dzieci - stwierdził Zayden, ruszając w kierunku moich kuzynów.
Zmarszczyłem brwi, a następnie wstałem i poszedłem za nim. Zatrzymałem się, gdy on kucnął przy chłopcach, którzy bawili się samochodzikami, krzycząc.
- To kto ma ochotę na suflet? - zapytał ich.
- Ja! - krzyknęli równo.
- To chodźcie, zapytamy kucharza, co o tym myśli.
Ja pierdolę, to nie mógł być Zayden Williams.
Generalnie to z groźnego pana Zaydena stał się superfajnym panem, który załatwił im suflet.
Spędzałem czas z Zaydenem, bo Gabby i Shawn poszli spać, a ja średnio miałem na to ochotę.
Williams robił coś na swoim laptopie, podczas gdy ja grałem na telefonie.
- Co tam z tobą i Rosie? - zapytałem zaciekawiony.
- A co ma być ze mną i Rosie? - odburknął. - To, co zawsze.
- Pokłóciliście się - stwierdziłem z rozbawieniem.
- Nie pokłóciliśmy się - odpowiedział, zamykając laptopa. - A co? Mówiła ci coś? - zapytał niby niewzruszony, przenosząc na mnie wzrok.
Kuszące było skłamanie i teraz poważnie rozważałem, co zrobić.
- Nie, nic nie wspominała. - Pokręciłem głową. - W ogóle nie gadałem z nią jakoś bardzo dużo. Rozmawialiśmy tylko dłużej, gdy widziała się ze swoimi przyjaciółmi. Pisałem z nią wtedy.
- Mhm...
- Są jebanym kretynami - powiedziałem zły, przypominając sobie, co pisała. - Podobno mieli na nią wyjebane i interesowali się tylko Xanderem i Lily. Żal mi jej, bo wiem, że była strasznie podekscytowana spotkaniem z nimi. W ogóle ci jej znajomi to pierdolone pizdy. Kupiłem im bilety do Anglii w urodziny Rosie, bo stwierdziłem, że jak postawię ich przed faktem dokonanym, to mi nie odmówią. Ale odmówili. Że praca, że mają plany, że inne pierdolenie.
- Poważnie? - zapytał, marszcząc brwi.
W pewnym stopniu czułem, że mogę się wygadać Zaydenowi. Bo on lubił Rosie i ja lubiłem Rosie. Więc jeśli ktoś był chujem dla niej, to bardzo prawdopodobne było, że połączy nas nienawiść do tej osoby.
- Mhm... Ale nie mów Rosie - odpowiedziałem, patrząc na Williamsa. - Nie chcę, żeby była rozczarowana. Ale ta... Mam wrażenie, że oni mają na nią trochę wyjebane.
- To źle - mruknął pod nosem. - Kurewsko źle.
Było mi jej żal, oczywiście. Wiedziałem, ile łez wypłakała z początku, tęskniąc za domem, rodziną, przyjaciółmi. Była do nich naprawdę przywiązana, a oni jakby zapomnieli o niej w chwili przeprowadzki.
Dla mnie na ten moment Rosie była naprawdę najbliższą przyjaciółką i kochałem to, jakim była człowiekiem. Dałbym jej prawdopodobnie pierdoloną gwiazdkę z nieba, bo na nią zasługiwała. Świadomość, że ktoś, kto jest dla ciebie ważny, jest smutny przez osoby, które są z kolei ważne dla niego, nie była niczym przyjemnym.
- Tylko Olivia chciała przyjechać i nawet chciała mi zwrócić pieniądze za bilety. Ona jest chyba dość w porządku.
- I czemu nie przyleciała?