Dietetyk na talerzu - Agata Lewandowska

Kup ebooka

29.99 zł
23.99 zł (6,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Poniedziałek, 10 kwietnia

Wbrew temu, co mó­wi­ła moja mat­ka - uda­ło mi się!

Tu, po­środ­ku przy­tul­ne­go ga­bi­ne­tu z dy­wa­nem w ko­lo­rze zie­lo­nych ja­błek, gu­stow­ny­mi me­bla­mi i do­dat­ka­mi, je­stem o krok od udo­wod­nie­nia jej, że przez te wszyst­kie lata się my­li­ła.

Sły­sząc dzwo­nek do­mo­fo­nu, rzu­cam ostat­nie peł­ne za­do­wo­le­nia spoj­rze­nie na do­piesz­czo­ne wnę­trze, a po­tem bieg­nę do drzwi i otwie­ram je na oścież.

W polu mo­je­go wi­dze­nia naj­pierw po­ja­wia się gło­wa z na­ta­pi­ro­wa­ny­mi czar­ny­mi wło­sa­mi, na­stęp­nie dość dłu­ga szy­ja, a w koń­cu resz­ta oka­za­łej ko­bie­ty w wie­ku śred­nio za­awan­so­wa­nym.

- Pani jest tą die­te­tycz­ką? - pyta nie­uf­nie, za­glą­da­jąc w prze­strzeń za mo­imi ple­ca­mi.

- Tak, oczy­wi­ście. - Uśmie­cham się sze­ro­ko, cho­ciaż zbi­ja mnie to z tro­pu. Ni­g­dy nie lu­bi­łam tego ter­mi­nu: "die­te­tycz­ka". Może je­stem mało no­wo­cze­sna, ale dla mnie brzmi to ja­koś... sztucz­nie i lek­ce­wa­żą­co. Jak po­li­tycz­ka. Albo w ogó­le ja­kaś tycz­ka.

- Mhm - to je­dy­na od­po­wiedź ko­bie­ty, któ­ra mi­ja­jąc mnie, bez­ce­re­mo­nial­nie pa­ku­je się do środ­ka.

W moim ga­bi­ne­cie po­sta­wi­łam na przy­tul­ność. Biur­ko, przy któ­rym będę ukła­dać die­ty, usta­wi­łam w głę­bi po­miesz­cze­nia, przy oknie wy­cho­dzą­cym na uli­cę. Od stre­fy spo­tkań od­dzie­li­łam je ażu­ro­wym re­ga­łem na książ­ki.

Pa­cjen­tów będę po­dej­mo­wać w kom­for­to­wych wa­run­kach. Przy oknie wy­cho­dzą­cym na zie­lo­ne po­dwór­ko usta­wi­łam ele­ganc­ką sofę na chro­mo­wa­nych nóż­kach, po­kry­tą za­mszo­wym obi­ciem w ko­lo­rze wiel­błą­dzim. Na­prze­ciw­ko mały, kwa­dra­to­wy sto­lik i nie­praw­do­po­dob­nie wy­god­ny fo­tel w głę­bo­ko brą­zo­wym od­cie­niu z wy­so­kim pro­fi­lo­wa­nym opar­ciem i sze­ro­ki­mi pod­ło­kiet­ni­ka­mi. Fo­tel god­ny pre­ze­sa - jak za­chwa­lał sprze­daw­ca w skle­pie me­blo­wym. Me­bel, któ­ry wy­bie­ra­łam z naj­więk­szą sta­ran­no­ścią i na któ­ry wy­da­łam nie­ma­łą kwo­tę - wszak za­mie­rza­łam spę­dzać w tym fo­te­lu dłu­gie go­dzi­ny, re­ali­zu­jąc się w wy­ma­rzo­nej pra­cy.

Nie by­ła­bym sobą, gdy­bym nie do­da­ła jesz­cze cze­goś od sie­bie - dwie de­ko­ra­cyj­ne po­dusz­ki, po­zor­nie nie­dba­le rzu­co­ne na Fo­tel Pre­ze­sa, do­da­ją mu przy­tul­no­ści i do­mo­we­go cha­rak­te­ru.

Te­raz mu­szę użyć wszyst­kich sił, by utrzy­mać ra­dos­ny uśmiech na twa­rzy, gdy wi­dzę, jak moja wy­cze­ka­na pierw­sza pa­cjent­ka wy­god­nie sa­do­wi się w Fo­te­lu Pre­ze­sa, po­śród mięk­kich po­du­szek w ko­lo­rze gorz­kiej cze­ko­la­dy. Nie po­tra­fię po­wstrzy­mać lek­kie­go wes­tchnie­nia, idąc do biur­ka po pod­kład­kę do pi­sa­nia, dłu­go­pis i for­mu­larz. Gdy wra­cam do pani Ja­dwi­gi, zno­wu je­stem sze­ro­ko uśmiech­nię­ta i sta­ram się wy­glą­dać na zre­lak­so­wa­ną.

- Nie mia­łam oka­zji się przed­sta­wić. Na­zy­wam się Ju­dy­ta Jo­deł­ka. - Wy­cią­gam rękę do ko­bie­ty. - Wi­tam ser­decz­nie w moim ga­bi­ne­cie.

- Ja­dwi­ga Je­żyk. - Pa­cjent­ka bo­le­śnie ści­ska moją dłoń i nie prze­sta­je mi się po­dejrz­li­wie przy­glą­dać. - Ile pani ma w ogó­le lat?

Otwie­ram sze­ro­ko oczy.

- Dwa­dzie­ścia dzie­więć - od­po­wia­dam spe­szo­na i na­tych­miast tego ża­łu­ję. Cho­le­ra ja­sna. Może trze­ba było za­wy­żyć wiek? A może od­jąć so­bie parę lat? - Dla­cze­go pani pyta?

- Bo wy­glą­da pani na naj­wy­żej dwa­dzie­ścia. - Pani Ja­dwi­ga wzru­sza ra­mio­na­mi. - A w ulot­ce wy­czy­ta­łam, że skoń­czy­ła pani stu­dia. Bo ja to ostat­nio czy­ta­łam w ga­ze­cie, jak wy­brać die­te­ty­ka.

- Tak? - Nie wiem, czy mam się te­raz cie­szyć czy mar­twić.

- No. W tych cza­sach to ni­g­dy nie wia­do­mo. Peł­no oszus­tów! - Ko­bie­ta uno­si brwi na­ry­so­wa­ne czar­nym ołów­kiem. - To skoń­czy­ła pani te stu­dia czy nie?

- Oczy­wi­ście, że tak! - od­po­wia­dam onie­mia­ła.

Nie tak so­bie wy­obra­ża­łam to spo­tka­nie. To ja mia­łam za­da­wać py­ta­nia, a czu­ję się jak na roz­mo­wie o pra­cę!

- Jak tak, to w po­rząd­ku. Tyl­ko ja po­trze­bu­ję do­bre­go die­te­ty­ka, je­stem trud­nym przy­pad­kiem - oświad­cza ko­bie­ta, wier­cąc się w Fo­te­lu Pre­ze­sa. - I te­raz, tak po praw­dzie, za­sta­na­wiam się, co taka mło­da oso­ba w ogó­le może wie­dzieć?

- Za­pew­niam pa­nią, że mam nie­zbęd­ną wie­dzę i do­świad­cze­nie, żeby po­móc - re­cy­tu­ję, pró­bu­jąc ukryć za­że­no­wa­nie. - Od­by­łam kil­ku­mie­sięcz­ne prak­ty­ki w szpi­ta­lu na Ba­na­cha oraz staż w Kli­ni­ce Le­cze­nia Oty­ło­ści. A te­raz, je­śli nie ma pani nic prze­ciw­ko, po­zwo­lę so­bie za­dać kil­ka py­tań, któ­re po­mo­gą mi zi­den­ty­fi­ko­wać pani pro­blem.

- A co tu iden­ty­fi­ko­wać?! - obu­rza się pani Je­żyk, wska­zu­jąc na brzuch ob­le­czo­ny w ja­skra­wo­nie­bie­ską tka­ni­nę. - Je­stem za gru­ba, to prze­cież wi­dać!

Pot wy­stę­pu­je mi na czo­ło, cho­ciaż w po­miesz­cze­niu nie jest go­rą­co. Sia­dam głę­biej w za­mszo­wym sie­dzi­sku sofy i zdej­mu­ję skuw­kę z dłu­go­pi­su. Za oknem pa­nu­je nie­ste­ty ty­po­wa wcze­sno­wio­sen­na sza­rów­ka. Tę­sk­nym wzro­kiem spo­glą­dam w stro­nę chro­mo­wa­nej lam­py z re­gu­lo­wa­nym klo­szem, któ­rą usta­wi­łam obok swo­je­go fo­te­la, by wy­god­niej mi się pi­sa­ło. Nie­ste­ty. Mu­szę za­gryźć zęby i wy­si­lić moc­niej swój nie naj­lep­szy wzrok.

- Pani Ja­dwi­go - za­czy­nam ła­god­nie. - To nie jest ta­kie pro­ste. Mu­szę pa­nią zwa­żyć na spe­cjal­nej ma­szy­nie i za­dać pani wie­le py­tań do­ty­czą­cych pani zdro­wia i zwy­cza­jów ży­wie­nio­wych, że­bym wie­dzia­ła, jak pani po­móc.

- No sko­ro pani musi... - Ko­bie­ta prze­wra­ca ocza­mi. - To co chce pani wie­dzieć?

- Przede wszyst­kim, czy jest pani na coś prze­wle­kle cho­ra.

- Gdzie tam! Je­stem zdro­wa jak kro­wa.

Bio­rę głęb­szy od­dech, żeby nie wy­buch­nąć śmie­chem, sły­sząc to nie­co­dzien­ne po­rów­na­nie.

- A przyj­mu­je pani na sta­łe ja­kieś wi­ta­mi­ny?

- Ta­kie coś na pa­znok­cie i wło­sy.

- Pa­mię­ta pani na­zwę i skład tego pre­pa­ra­tu?

Ko­bie­ta pa­trzy na mnie z po­wąt­pie­wa­niem.

- Ko­cha­nień­ka, gło­wa nie śmiet­nik. Leży toto w kuch­ni, to bio­rę. No chy­ba że za­po­mnę.

Cały czas sze­ro­ko się uśmie­cha­jąc, li­czę w my­ślach do trzech.

- No do­brze, to spraw­dzi pani w domu i po­wie mi na­stęp­nym ra­zem. A tak z cie­ka­wo­ści, wi­dzi pani ja­kąś po­pra­wę?

- Czy ja wiem, za­wsze mia­łam moc­ne pa­znok­cie.

Moje oczy otwie­ra­ją się sze­ro­ko ze zdu­mie­nia. Trzy to za mało, mu­szę po­li­czyć do pię­ciu.

- To... to po co pani to bie­rze?

- Są­siad­ka po­wie­dzia­ła, że to do­bre wi­ta­mi­ny, to ku­pi­łam. My­śla­łam, że może pa­znok­cie mi szyb­ciej uro­sną.

- Ale po co?

- Bo pa­znok­cie to wi­zy­tów­ka ko­bie­ty! A sztucz­ne są dro­gie i upier­dli­we, to chy­ba oczy­wi­ste. - Te­raz pani Ja­dwi­ga pa­trzy na mnie ze zdu­mie­niem. Dys­kret­nie rzu­cam okiem na moje krót­ko ob­cię­te, nie­po­ma­lo­wa­ne pa­znok­cie. - Zresz­tą to wi­ta­mi­ny. Nie za­szko­dzą, a mogą po­móc!

- Prze­ciw­nie, pani Ja­dwi­go! - opo­nu­ję. - Moż­na so­bie za­szko­dzić, jak się łyka za dużo wi­ta­min! - Pierw­szy przy­kład, jaki przy­cho­dzi mi do gło­wy, to przedaw­ko­wa­nie wi­ta­mi­ny A (po­pu­lar­nie za­ży­wa­nej "na skó­rę, wło­sy i pa­znok­cie"), któ­re może skut­ko­wać... ły­sie­niem.

- Ale prze­cież nic mi nie jest! - Ko­bie­ta nie ukry­wa znie­cier­pli­wie­nia. Po­sta­na­wiam tym­cza­so­wo ska­pi­tu­lo­wać.

- No do­brze, zo­staw­my to na ra­zie. Czy­li te wi­ta­mi­ny to je­dy­ne, co pani bie­rze? - upew­niam się.

- No nie, jesz­cze co dzień rano ły­kam prosz­ki na cho­le­ste­rol.

- Ale... ale prze­cież mó­wi­ła pani, że nie jest na nic cho­ra?

- A tam, taka cho­ro­ba, lu­dzie mają gor­sze. - Pani Ja­dwi­ga wzru­sza ra­mio­na­mi i wzno­si oczy do su­fi­tu. - Poza tym, prze­cież jak bio­rę te prosz­ki, to cho­le­ste­rol mam już w nor­mie.

Z ża­lem przy­glą­dam się mo­je­mu po­kre­ślo­ne­mu for­mu­la­rzo­wi, któ­re­go sza­blon do­piesz­cza­łam na kom­pu­te­rze jesz­cze dwie go­dzi­ny temu.

- Pani Ja­dwi­go, wszyst­ko jest dla mnie waż­ne. Na­wet ta­kie, ekhm, szcze­gó­ły. Za­le­ży mi na tym, by uło­żyć dla pani jak naj­sku­tecz­niej­szą die­tę. Czy jest jesz­cze coś, o czym po­win­nam wie­dzieć? Może cier­pi pani czę­sto na nie­straw­ność albo boli pa­nią brzuch po ja­kichś pro­duk­tach?

- Nie, skąd!

- Do­brze. Przejdź­my za­tem da­lej. Upra­wia pani ja­kiś sport?

- Tak. - W gło­sie pani Ja­dwi­gi sły­chać dumę. - Cho­dzi­my z są­siad­ką na pi­la­tes.

- To świet­nie! - cie­szę się. - Jak czę­sto?

- W każ­dy po­nie­dzia­łek i śro­dę rano.

- Do­sko­na­le. Od jak daw­na?

- Dwa mie­sią­ce za­raz będą. Ale nic nie schu­dłam!

- No cóż, pi­la­tes to świet­ne za­ję­cia, ale nie na­le­żą nie­ste­ty do tych moc­no spa­la­ją­cych tkan­kę tłusz­czo­wą...

- No ale jed­nak ćwi­czę! To coś po­win­no drgnąć! A ja chy­ba na­wet przy­ty­łam!

- Za­raz spró­bu­je­my dojść do tego, dla­cze­go tak jest - uspo­ka­jam pa­cjent­kę. - Pro­szę mi opo­wie­dzieć po ko­lei, co pani zja­da w cią­gu dnia.

- No nor­mal­nie, jak wszy­scy.

Cze­kam na roz­wi­nię­cie my­śli, ale nie­ste­ty - na próż­no.

- A może pani tro­chę do­kład­niej? Mu­szę po­znać pani zwy­cza­je ży­wie­nio­we, żeby wie­dzieć, czy po­peł­nia pani ja­kieś błę­dy.

- No do­brze, no to rano wsta­ję i piję kawę.

- Sło­dzi pani?

- Ły­żecz­kę - przy­zna­je się nie­chęt­nie pani Ja­dwi­ga, po czym na­gle roz­pro­mie­nia się. - Ale! Sło­dzę cu­krem trzci­no­wym. Są­siad­ka wy­czy­ta­ła w "Przy­ja­ciół­ce", że jest zdrow­szy.

- Nie­ste­ty, pani Ja­dwi­go, cu­kier trzci­no­wy ma tro­chę wię­cej skład­ni­ków mi­ne­ral­nych, ale nie są to ilo­ści ol­brzy­mie - wręcz prze­ciw­nie. A tym­cza­sem wszyst­kie ro­dza­je cu­kru mają po­dob­ną za­war­tość ka­lo­rii i wę­glo­wo­da­nów. Więc je­śli cho­dzi o die­tę od­chu­dza­ją­cą - na jed­no wy­cho­dzi.

Już nie mó­wiąc o tym, że lu­dzie czę­sto ku­pu­ją cu­kier brą­zo­wy, któ­ry za­wie­ra do­da­tek kar­me­lu i koło trzci­ny na­wet nie le­żał.

- To co ja mam ro­bić?! - Pani Ja­dwi­ga wy­glą­da, jak­bym za­chwia­ła pod­sta­wa­mi jej świa­ta.

- Żeby schud­nąć, war­to zre­zy­gno­wać ze sło­dze­nia.

- No ale ja nie lu­bię gorz­kiej kawy! Jest wstręt­na! - Pa­cjent­ka się krzy­wi.

- Moż­na się przy­zwy­cza­ić, na­praw­dę - za­pew­niam. - Wie­le osób z po­wo­dze­niem re­zy­gnu­je ze sło­dze­nia! Ewen­tu­al­nie, na ja­kiś czas może się pani prze­rzu­cić na sło­dzik na­tu­ral­ne­go po­cho­dze­nia, na przy­kład ksy­li­tol lub ste­wię.

Po mi­nie pani Je­żyk wi­dzę, że nie jest do koń­ca prze­ko­na­na.

- A pani sło­dzi?

Na­gła kon­tra zbi­ja mnie z tro­pu. Po­win­nam chy­ba przy­zwy­cza­jać się do tego uczu­cia.

- Nie.

- No tak, ale to w su­mie o ni­czym nie świad­czy. Pani nie wol­no sło­dzić, prze­cież jest pani die­te­tycz­ką.

Za­czy­na mi się krę­cić w gło­wie. Nad­ludz­kim wy­sił­kiem opa­no­wu­ję drże­nie rąk, by nie upu­ścić dłu­go­pi­su. Ku­pi­łam go za­le­d­wie wczo­raj, ra­zem z ostat­ni­mi dro­bia­zga­mi do ga­bi­ne­tu. Prze­jeż­dżam pal­ca­mi po zie­lo­nej obu­do­wie. Ko­lor zie­lo­ny od za­wsze był moim ulu­bio­nym. Mówi się, że to ko­lor na­dziei. Bio­rę głę­bo­ki od­dech.

- Idź­my da­lej. Co pani pije w cią­gu dnia, oprócz kawy?

- No her­ba­tę, cza­sem sok.

- A wodę?

Zmarsz­czo­ny nos pani Je­żyk su­ge­ru­je, że chy­ba nie za czę­sto.

- Nie lu­bię.

- Pro­szę spró­bo­wać. Przy­zwy­czai się pani. Pro­szę mi wie­rzyć, to na­praw­dę waż­ne!

- No do­bra, wiem, wiem. Wszę­dzie pi­szą o tej wo­dzie.

I słusz­nie. Od­wod­nio­ny or­ga­nizm ma mniej­szą wy­dol­ność, zdol­no­ści kon­cen­tra­cji i za­pa­mię­ty­wa­nia. Po­nie­waż wszyst­kie re­ak­cje che­micz­ne w or­ga­ni­zmie za­cho­dzą w śro­do­wi­sku wod­nym, jej nie­do­bór może na­wet utrud­nić od­chu­dza­nie, bo tak zwa­ne spa­la­nie ka­lo­rii za­cho­dzi wol­niej i mniej efek­tyw­nie.

- Może pani do­dać tro­chę cy­try­ny albo list­ków mię­ty, żeby była smacz­niej­sza - do­ra­dzam.

- Coś wy­my­ślę.

- Do­sko­na­le. To przejdź­my do po­sił­ków. Co zja­da pani na śnia­da­nie?

- Nic. Ja nie je­stem rano głod­na.

- To o któ­rej jest pierw­szy po­si­łek?

- Koło dzie­sią­tej.

- A wsta­je pani o...?

- O siód­mej. - Wzdy­cha. - Pies ni­g­dy nie da mi po­spać dłu­żej. Nie­wdzięcz­ne zwie­rzę!

- To trosz­kę za póź­no to śnia­da­nie. Może pani w ten spo­sób spo­wol­nić me­ta­bo­lizm - mą­drzę się. - A co pani zja­da o tej dzie­sią­tej?

- No, zwy­kle to ka­nap­ki.

- A może pani opo­wie­dzieć mi o tym śnia­da­niu do­kład­nie? Ile ka­na­pek, z ja­kie­go chle­ba, co na nich jest? - do­py­tu­ję.

Pani Je­żyk kiwa gło­wą z po­li­to­wa­niem. Bie­dacz­ka, pew­nie po­my­śla­ła, że moim sen­sem ży­cia jest wty­ka­nie nosa w spra­wy in­nych.

- Cza­sem ku­pu­ję ra­zo­wy chleb, ale cza­sem są kaj­zer­ki. Jem trzy, cza­sem czte­ry krom­ki z wę­dli­ną albo se­rem. Cza­sem go­tu­ję jaj­ka.

- Aha... Ro­zu­miem. Sma­ru­je pani czymś pie­czy­wo?

- Mhm.

- Uży­wa pani ma­sła czy mar­ga­ry­ny?

- Tak.

Zmu­szam się, by do­mknąć zbyt sze­ro­ko otwar­te usta. Po­dob­nie jak wcze­śniej, nie mam co cze­kać na roz­wi­nię­cie my­śli, a do za­wro­tów gło­wy do­łą­cza szum w uszach.

- A cze­go kon­kret­nie z tych dwóch?

- Cza­sem to, a cza­sem to dru­gie. Za­le­ży, co ku­pię. Co to w ogó­le za róż­ni­ca?

- Gdy­by nie było róż­ni­cy, to bym nie py­ta­ła. - Po­sy­łam jej uprzej­my uśmiech, cho­ciaż szum w uszach na­ra­sta i czu­ję się, jak­by mózg go­to­wał się w czasz­ce w so­sie wła­snym.

Za­rów­no ma­sło, jak i źle wy­bra­na mar­ga­ry­na za­wie­ra­ją­ca kwa­sy tłusz­czo­we trans, mogą spo­wo­do­wać pod­wyż­sze­nie po­zio­mu cho­le­ste­ro­lu, któ­ry pani Ja­dwi­ga pró­bu­je zbić le­ka­mi. Ale to taki dro­biazg...

- No do­bra, to chy­ba czę­ściej jest to ma­sło.

- A po­tem, po śnia­da­niu, jest obiad czy jesz­cze ja­kieś prze­ką­ski?

- To za­le­ży. Cza­sem tak.

- Od cze­go za­le­ży? - Prze­bie­gam wzro­kiem moje do­tych­cza­so­we no­tat­ki. "Cza­sem" jest chy­ba naj­czę­ściej po­ja­wia­ją­cym się sło­wem na kart­ce. Ogar­nia mnie zmę­cze­nie.

- No od tego, czy mam ocho­tę.

- A dziś? - Ści­skam moc­niej dłu­go­pis w ko­lo­rze na­dziei. - Czy dziś coś pani prze­ką­si­ła przed obia­dem?

- No tak, bo dziś by­łam na pi­la­te­sie.

Nie wi­dzę związ­ku, ale pa­trzę na pa­nią Je­żyk py­ta­ją­co i cier­pli­wie cze­kam.

- No bo po pi­la­te­sie idzie­my za­wsze z są­siad­ką na lat­te - pada wresz­cie od­po­wiedź.

- Za­tem wy­pi­ła pani kawę. Jak ro­zu­miem - sło­dzo­ną.

- Pew­nie, prze­cież gorz­ka jest wstręt­na. No i coś do kawy było.

- Co ta­kie­go?

- Ekler­ka. A wła­ści­wie to dwie, bo kawa była duża.

- Ro­zu­miem... I cho­dzą pa­nie na tę kawę za­wsze po za­ję­ciach? Od dwóch mie­się­cy?

- No tak.

- I od tam­tej pory zda­je się pani, że przy­ty­ła?

- Mhm.

- A nie po­my­śla­ła pani, że może wszyst­kie­mu win­ne są te ciast­ka?

Pani Je­żyk spo­glą­da na mnie z ura­zą.

- No prze­cież chy­ba na­le­ży mi się ja­kaś przy­jem­ność po tych ćwi­cze­niach? Poza tym są­siad­ka wy­czy­ta­ła gdzieś, że jak się ćwi­czy, to moż­na wię­cej jeść - oznaj­mia z trium­fal­nym uśmie­chem.

- Oba­wiam się, że go­dzin­ne za­ję­cia pi­la­te­su to za mało wy­sił­ku, by moż­na było zrów­no­wa­żyć nim dwie ekler­ki. - Marsz­czę czo­ło. - A poza tym chce pani schud­nąć, więc po­win­na pani dą­żyć do spo­ży­wa­nia mniej­szej ilo­ści ener­gii, niż pani po­trze­bu­je. To się na­zy­wa ujem­ny bi­lans ener­ge­tycz­ny.

- No i po co ja mó­wi­łam o tych ciast­kach? - Pani Ja­dwi­ga roz­glą­da się spło­szo­na, jak­by szu­ka­ła ra­tun­ku. - Wie­dzia­łam, że pani mi za­bro­ni!

- Nie chcę pani ni­cze­go za­bra­niać. Chcę tyl­ko, żeby osiąg­nęła pani swój cel. - Uśmie­cham się, ale bez wza­jem­no­ści. - To może te­raz opo­wie mi pani, co jada pani na obiad?

- Obiad to do­pie­ro wie­czo­rem. Ro­bię rano, żeby dzie­cia­ki so­bie od­grza­ły, a ja zja­dam po pra­cy.

- No do­brze, to co w ta­kim ra­zie w cią­gu dnia?

- Na dru­gą zwy­kle idę do pra­cy, chy­ba że mam wol­ne. No to do pra­cy bio­rę ja­kieś ka­nap­ki albo ku­pu­ję droż­dżów­kę po dro­dze.

- O któ­rej to pani zja­da?

- Jak mam aku­rat czas. Pra­cu­ję w skle­pie u szwa­gra, jak są klien­ci, to nie będę prze­cież ja­dła!

- A o któ­rej pani koń­czy?

- A, koło ósmej. Szwa­gier przy­jeż­dża i za­my­ka­my.

- No do­brze, a o któ­rej pani wra­ca?

- Na­praw­dę musi pani to wszyst­ko wie­dzieć? Za­mie­rza mnie pani od­wie­dzać? - żar­tu­je pani Ja­dwi­ga. Od­po­wia­dam uprzej­mym, acz nie­co już wy­mu­szo­nym uśmie­chem. - Ze­nek pod­wo­zi mnie do domu, to tak pięt­na­ście, dwa­dzie­ścia po je­stem na miej­scu.

- I je pani wte­dy ten obiad?

- Mhm.

- Co na przy­kład?

- No, nor­mal­nie... Albo ko­tle­tów na­sma­żę, albo cza­sem wą­trób­ki. Cza­sem ma­ka­ron w so­sie, bo dzie­cia­ki lu­bią. Cza­sem na­go­tu­ję zupy, to mamy na kil­ka dni.

- Zja­da pani i zupę, i dru­gie da­nie na obiad?

- Cza­sa­mi, ale zwy­kle to albo to.

- Do mię­sa są ja­kieś ziem­nia­ki, ryż, ka­sza?

- Ziem­nia­ki zwy­kle. Ka­szę to tyl­ko cza­sem do gu­la­szu. Bo cza­sem też gu­lasz go­tu­ję, śred­ni syn bar­dzo lubi. - Pani Ja­dwi­ga na­gle prze­sta­je mó­wić i za­sty­ga. - Jak to się w ogó­le mówi? "Śred­ni syn"? Sko­ro naj­star­sza jest cór­ka, to już nie ma żad­ne­go star­sze­go syna, żeby śred­ni był śred­ni?

Otwie­ram oczy jesz­cze sze­rzej, o ile to w ogó­le moż­li­we, no­tu­jąc w pa­mię­ci, by w dro­dze po­wrot­nej ku­pić krem prze­ciw­ko zmarszcz­kom mi­micz­nym. Albo nie. Dzię­ki głę­bo­kim bruz­dom na czo­le może unik­nę po­są­dzeń o zbyt mło­dy wiek.

- Nie je­stem pew­na, ale "śred­ni" brzmi w po­rząd­ku. A wa­rzy­wa? Jada pani wa­rzy­wa do obia­du?

- Cza­sem tak. To za­le­ży.

Za­uwa­żam, że mój cha­rak­ter pi­sma nie wy­glą­da już tak es­te­tycz­nie jak na gó­rze kart­ki.

- A za­zwy­czaj?

- Za­zwy­czaj to ja­kieś są. Ogór­ki kwa­szo­ne albo po­mi­do­ry z ce­bu­lą, albo cza­sem su­rów­ki ja­kiejś ku­pię czy mar­chew­kę z grosz­kiem mro­żo­ną.

- A po ko­la­cji? Zda­rza się pani coś pod­ja­dać?

- Cza­sem tak.

Zde­cy­do­wa­nym ru­chem od­kła­dam for­mu­larz i dłu­go­pis na sto­lik. Świet­ny ten mój "do­kład­ny wy­wiad".

- Może te­raz się zwa­ży­my? - pro­po­nu­ję uprzej­mie.

- To na­praw­dę ko­niecz­ne? - Pani Ja­dwi­ga za­pa­da się głę­biej w Fo­tel Pre­ze­sa, jak­by bała się, że waga ją ugry­zie.

- Oba­wiam się, że tak - mó­wię zde­cy­do­wa­nie. - Po­trze­bu­ję tych wy­ni­ków, żeby do­pa­so­wać pani die­tę.

- Ale ja mogę pani po­wie­dzieć, ile ważę! - Pa­cjent­ka na­dal się bro­ni.

- Pani Ja­dwi­go, na­praw­dę po­trze­bu­ję do­kład­nych da­nych. - Sta­ran­nie ak­cen­tu­ję sy­la­by. Ko­bie­ta nie­chęt­nie się zga­dza, bur­cząc coś pod no­sem, i wresz­cie uda­je nam się do­ko­nać aktu wa­że­nia i po­mia­ru skła­du cia­ła. Spo­ra nad­wa­ga jest oczy­wi­sta, a wy­druk z wagi po­twier­dza to, co za­ob­ser­wo­wa­łam. Pani Ja­dwi­ga musi schud­nąć po­nad dwa­dzie­ścia ki­lo­gra­mów.

- No do­brze, pani Ja­dwi­go, wszyst­ko już wiem. Uło­żę pani ja­dło­spis, któ­ry po­mo­że pani schud­nąć... - za­czy­nam.

- Jak to uło­ży pani?! - prze­ry­wa mi ko­bie­ta. - My­śla­łam, że dziś do­sta­nę die­tę!

- Pani Ja­dwi­go, nie mam go­to­wych diet, bo...

- To ład­nie się pani przy­go­to­wa­ła! - Na­ry­so­wa­ne ołów­kiem brwi zno­wu marsz­czą się groź­nie.

- ...bo ukła­dam ja­dło­spi­sy in­dy­wi­du­al­nie dla każ­de­go - koń­czę. - Wie­rzę, że to naj­lep­szy spo­sób, żeby die­ta była sku­tecz­na, a pa­cjent za­do­wo­lo­ny.

Mu­szę się już na­praw­dę sta­rać, by mój głos nie brzmiał płacz­li­wie. Ka­nap­ka zje­dzo­na na śnia­da­nie wę­dru­je nie­bez­piecz­nie wstecz w kie­run­ku prze­ły­ku.

- To kie­dy go do­sta­nę? - Ton gło­su pani Je­żyk nie­znacz­nie ła­god­nie­je.

- My­ślę, że naj­póź­niej ju­tro po po­łu­dniu.

- Ale ja nie będę wie­dzia­ła, co jeść do tego cza­su! - Pani Ja­dwi­ga roz­kła­da dło­nie w ge­ście bez­rad­no­ści.

Po­wstrzy­mu­ję wes­tchnie­nie.

- Umów­my się może, że to, co do tej pory, tyl­ko bez sło­dy­czy, do­brze?

Ko­bie­ta pa­trzy na mnie po­dejrz­li­wie, ale po chwi­li się uśmie­cha.

- Do­bra. W ta­kim ra­zie przyj­dę ju­tro. A nie, po po­łu­dniu prze­cież w skle­pie będę! To przy­ślę Ju­recz­ka. To syn mój, ten śred­ni. Bo mam jesz­cze młod­sze­go. No i cór­kę, mó­wi­łam pani.

- To je­ste­śmy umó­wio­ne. - Uśmie­cham się bla­do. - Pro­szę po­wie­dzieć Ju­recz... to zna­czy śred­nie­mu sy­no­wi, żeby był po szes­na­stej. Przy­go­tu­ję ja­dło­spis i prze­pi­sy. W ra­zie cze­go, pro­szę do mnie za­dzwo­nić albo na­pi­sać SMS-a czy ma­ila.

- Ma­ila na­pi­szę! - Ko­bie­ta klasz­cze w dło­nie. - Syn mój naj­młod­szy, Ja­ruś, na­uczył mnie wresz­cie, jak tego ma­ila wy­sy­łać. Za­ło­żył mi na­wet tę, wie pani, skrzyn­kę! Mu­szę pani po­wie­dzieć, że na po­cząt­ku nie by­łam prze­ko­na­na, ale te­raz w su­mie bar­dzo się cie­szę na tę die­tę. Od dwu­dzie­stu lat pró­bu­ję schud­nąć, i może to na­wet le­piej, że ktoś wresz­cie po­sta­ra się zro­bić to za mnie!

* * *

- Pierw­sze koty za pło­ty. - Moja przy­ja­ciół­ka Ka­mi­la ły­pie na mnie w lu­strza­nych drzwiach sza­fy, po­pra­wia­jąc pro­stą jak li­nij­ka, czar­ną grzyw­kę.

Osu­wam się głę­biej w po­dusz­ki sofy, roz­cie­ra­jąc skro­nie. Czu­ję, jak­by sta­lo­wa ob­ręcz za­ci­ska­ła mi się na czasz­ce. Chcia­łam od­wo­łać na­sze świę­to­wa­nie pierw­sze­go dnia no­wej pra­cy, ale Ka­mi­la nie omiesz­ka­ła przy­po­mnieć, że po­prze­kła­da­ła inne spra­wy, żeby tu być. Poza tym - i tak by przy­szła.

Sie­dzi­my w moim mi­kro­sko­pij­nym miesz­ka­niu na Bród­nie. Ka­wa­ler­ka z okna­mi wy­cho­dzą­cy­mi na wschód, anek­sem ku­chen­nym i ła­zien­ką ma dwa­dzie­ścia czte­ry me­try kwa­dra­to­we. Gdy się tu spro­wa­dzi­łam, uży­łam wszyst­kich swo­ich de­ko­ra­tor­skich za­pę­dów i mocy, by ogra­ni­czyć to klau­stro­fo­bicz­ne wra­że­nie, któ­re wy­wo­ły­wa­ła. Jej urzą­dze­nie było nie lada wy­zwa­niem. Po dwóch la­tach mogę z czys­tym su­mie­niem po­wie­dzieć, że się uda­ło. Ja­sne, pa­ste­lo­we bar­wy i dużo bie­li, lu­strza­na sza­fa ukry­ta w ścia­nie, lek­kie me­ble, mięk­kie tka­ni­ny i wszyst­ko wy­mie­rzo­ne co do cen­ty­me­tra, tak by było ład­nie, ale też funk­cjo­nal­nie. Te­raz z lek­kim nie­po­ko­jem ob­ser­wu­ję kie­li­szek czer­wo­ne­go wina ba­lan­su­ją­cy w dło­ni Ka­mi­li, tuż nad bia­łym, fu­tro­po­dob­nym dy­wa­ni­kiem.

- Pij. - Ka­mi­la opa­da na sofę, któ­ra jest za­ra­zem łóż­kiem, me­blem go­ścin­nym i moim pry­wat­nym cen­trum do­wo­dze­nia, a na­stęp­nie za­ta­pia rękę w mi­sce z chip­sa­mi i po­pcor­nem. Od­dy­cham z ulgą, gdy kie­li­szek lą­du­je bez­piecz­nie na sto­li­ku.

Za­mie­rza­łam przy­go­to­wać zdro­we prze­ką­ski, cia­stecz­ka ka­ka­owe z fa­so­li i ba­to­ni­ki owsia­ne, ale za­miast tego prze­le­ża­łam bez ży­cia całe po­po­łu­dnie i je­dy­ne, na co było mnie stać, to po­kro­je­nie w słup­ki kil­ku mar­che­wek oraz wci­śnię­cie cy­try­ny do dzban­ka wody. Ka­mi­la, ku­pu­jąc pro­wiant, do­ko­na­ła zaś wy­bo­rów ży­wie­nio­wych wła­ści­wych so­bie, dla­te­go kwa­dra­to­wy szwedz­ki sto­lik za­ście­la­ją roz­ma­ite sło­dy­cze i sło­ne prze­gryz­ki, z ga­tun­ku tych, któ­rych sta­now­czo za­ka­zu­ję moim pa­cjen­tom.

- Daj spo­kój. Gło­wa mnie boli. - Za­ci­skam po­wie­ki. - Zresz­tą al­ko­hol tu­czy i jest szko­dli­wy.

- Nie pieprz! - Ka­mi­la pry­cha. - Jak boli, to masz pięć­dzie­siąt pro­cent szans, że prze­sta­nie. Albo za­cznie bo­leć jesz­cze bar­dziej, ale i tak już zdy­chasz, więc co za róż­ni­ca?

Milk­nie i przez chwi­lę sły­szę tyl­ko gło­śne chru­pa­nie chip­sów.

- Było aż tak źle? - pyta w koń­cu.

- Tak. Nie. Nie wiem. - Dźwi­gam się cięż­ko i się­gam po szklan­kę z wodą. - Po pro­stu ina­czej to so­bie wy­obra­ża­łam. Były tyl­ko trzy oso­by, ale ta ko­bie­ta... Po jej wyj­ściu czu­łam się, jak­by ktoś spu­ścił ze mnie po­wie­trze.

- To na­puść so­bie po­wie­trza i prze­stań pie­przyć. - Ka­mi­la bie­rze duży łyk i za­gry­za po­pcor­nem. - Mia­ły­śmy świę­to­wać, to świę­tuj­my! Przy­naj­mniej nie pra­cu­jesz już w Vit­Me­xie. Cały czas na­rze­ka­łaś, że się nu­dzisz! Te­raz mo­gła­byś już so­bie da­ro­wać. Sko­ro już pierw­sze­go dnia tra­fił ci się trud­ny przy­pa­dek, to przy­naj­mniej jest cie­ka­wie.

Może Kama ma ra­cję. Gdy pięć lat temu koń­czy­łam ten przy­szło­ścio­wy kie­ru­nek, ja­kim jest ży­wie­nie, przy­szło­ści dla mnie jesz­cze nie było, a pra­ca w cha­rak­te­rze spe­cja­li­sty do spraw sprze­da­ży de­ta­licz­nej pre­pa­ra­tów wi­ta­mi­no­wych była je­dy­ną naj­bliż­szą wy­kształ­ce­niu kie­run­ko­we­mu, jaką uda­ło mi się zdo­być.

Przez te lata re­gu­lar­nie pod­glą­da­łam po­wsta­ją­ce gę­sto po­rad­nie die­te­tycz­ne i za­zdro­ści­łam lu­dziom, któ­rzy w nich pra­co­wa­li. Za­wsze ma­rzy­łam prze­cież o by­ciu die­te­ty­kiem z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, o po­ma­ga­niu lu­dziom i cie­ka­wych przy­pad­kach, a nie o dys­try­bu­cji la­ko­nicz­nych ulo­tek do ap­tek.

- Kama, a co, je­śli...

- Uuu, wy­czu­wam pie­prze­nie! - prze­ry­wa mi moja nie­oce­nio­na przy­ja­ciół­ka. - Skup się le­piej na swo­im po­kar­mie dla kró­li­ków.

Po­słusz­nie się­gam po mar­chew­kę. Nie­ste­ty każ­dy gryz to jak eks­plo­zja wul­ka­nu dla mo­jej bo­lą­cej gło­wy.

- A tak w ogó­le... - od­zy­wa się Ka­mi­la z peł­ny­mi usta­mi. - Mu­sisz mnie od­chu­dzić! W sierp­niu mamy wy­jazd in­te­gra­cyj­ny. Do So­po­tu. Bę­dzie tam Kry­stian. Wiesz, to si­łow­nio­we cia­cho. Nie może mnie zo­ba­czyć z tymi zwa­ła­mi tłusz­czu!

- Kama, on wi­dzi cię co­dzien­nie - stę­kam i od razu ża­łu­ję, gdy do­cie­ra do mnie, co po­wie­dzia­łam.

- Ale z cie­bie cipa!

- Mia­łam na my­śli...

- Cipa! - Kama z im­pe­tem od­sta­wia kie­li­szek na sto­lik. Kil­ka bor­do­wych kro­pel lą­du­je na kre­mo­wym bież­ni­ku w zło­ta­we pa­secz­ki.

- Od­czep się! - Pro­stu­ję się. - Sama po­wie­dzia­łaś...

- Po­wie­dzia­łam, że nie może mnie zo­ba­czyć w bi­ki­ni!

- Kama...

- Za­raz, czy ty uwa­żasz, że je­stem gru­ba? - Przy­ja­ciół­ka z ty­po­wym dla sie­bie wdzię­kiem prze­ska­ku­je przez pod­ło­kiet­nik sofy, oszczę­dza­jąc tym sa­mym ja­kieś pół­to­rej se­kun­dy, i lą­du­je z po­wro­tem przed lu­strza­ny­mi drzwia­mi sza­fy wnę­ko­wej. - To zna­czy, no wia­do­mo, że je­stem, ale czy TO WI­DAĆ?! Prze­cież, no zo­bacz, luź­na tu­ni­ka, wą­skie rur­ki, ma­ry­nar­ka, wszyst­ko jak trze­ba! Kur­wa, wie­dzia­łam, że le­piej za­ło­żyć tę czar­ną bluz­kę, czar­ne wy­szczu­pla...

- Kama!

Ka­mi­la prze­ry­wa kry­tycz­ną ana­li­zę swo­je­go ubio­ru i wbi­ja we mnie nie­na­wist­ny (chy­ba) wzrok.

- Ale to - sa­pie - że ty masz do­bre geny i je­steś na­dal przed trzy­dziest­ką...

- Kama, skoń­czy­łaś trzy­dzie­ści lat mie­siąc temu...

- ...nie zna­czy, że mo­żesz mi wy­po­mi­nać!

- Nic ci nie wy­po­mi­nam. Ale sko­ro już się po­rów­nu­je­my, zo­bacz, co ja jem, a co ty...

- Jak lu­bisz żar­cie dla gry­zo­ni, to je so­bie jedz! - Kama za­rzu­ca krót­ką, czar­ną czu­pry­ną a la Kle­opa­tra. - Ja nie je­stem stwo­rzo­na do je­dze­nia ko­rzon­ków!

- To też pew­nie wina ge­nów! - Nie mogę się po­wstrzy­mać.

Wsta­ję, chwy­tam mój bied­ny (już nie tyl­ko) kre­mo­wy bież­nik i nio­sę go do ła­zien­ki, żeby za­prać pla­mę, za­nim we­żre się na sta­łe.

- To jak, od­chu­dzisz mnie czy nie?! - Do­bie­ga mnie bła­gal­ny jęk z po­ko­ju.

- A może po pro­stu idź z Kry­stia­nem na si­łow­nię?! - od­krzy­ku­ję.

- Ty to jed­nak je­steś cipa!

Piątek, 21 kwietnia

- Wca­le nie schu­dłam!

Pani Ja­dwi­ga z gry­ma­sem na twa­rzy mo­ści się na sof­ce. Tym ra­zem przed jej przyj­ściem prze­zor­nie rzu­ci­łam na Fo­tel Pre­ze­sa ma­ry­nar­kę i no­tes, tym sa­mym zaj­mu­jąc so­bie miej­sce, i te­raz cie­szę się mięk­ko­ścią cze­ko­la­do­wych po­du­szek.

- Za­raz zo­ba­czy­my na wa­dze. - Uśmie­cham się pro­mien­nie. Po pierw­sze dla­te­go, że w kwe­stii die­ty nie mam so­bie nic do za­rzu­ce­nia, a po czę­ści dla­te­go, że pani Je­żyk jest jed­ną z za­le­d­wie trzech pa­cjen­tek, któ­re od­wie­dzi­ły mnie w cią­gu pierw­szych dwóch ty­go­dni pra­cy. Tak. Wszyst­kie te trzy oso­by przy­szły pierw­sze­go dnia i od tam­tej pory nie po­ja­wi­ła się żad­na na­stęp­na.

- Nie chcę się wa­żyć. Ja wiem, że przy­ty­łam.

- Ale ja mu­szę pa­nią zwa­żyć, żeby wie­dzieć, czy die­ta dzia­ła, i co ewen­tu­al­nie trze­ba po­pra­wić.

- To ja pani mó­wię, że nie dzia­ła. I że przy­ty­łam!

Gdy po ko­lej­nych pię­ciu mi­nu­tach uda­je mi się prze­ko­nać ob­ra­żo­ną pa­cjent­kę do wej­ścia na ana­li­za­tor, moim oczom uka­zu­je się wy­nik umiar­ko­wa­nie opty­mi­stycz­ny. Wpraw­dzie pani Ja­dwi­ga nie przy­ty­ła, jak upar­cie twier­dzi­ła jesz­cze kil­ka mi­nut temu, ale ubyt­ku wagi też próż­no szu­kać.

Cho­le­ra ja­sna. Na tyle, na ile się dało, osza­co­wa­łam, ile pani Je­żyk spo­ży­wa dzien­nie ki­lo­ka­lo­rii, ob­li­czy­łam spo­czyn­ko­wą prze­mia­nę ma­te­rii i okre­śli­łam jej współ­czyn­nik ak­tyw­no­ści fi­zycz­nej. Otrzy­maw­szy wy­nik, od­ję­łam na do­bry po­czą­tek pięć­set ki­lo­ka­lo­rii na każ­dy dzień, co po­win­no spo­wo­do­wać utra­tę oko­ło pół ki­lo­gra­ma ty­go­dnio­wo. Co mo­gło pójść nie tak?

- Prze­strze­ga­ła pani die­ty? - py­tam.

- No pew­nie! - Pani Je­żyk pa­trzy na mnie z wy­rzu­tem. - Zja­dłam wszyst­ko, co pani mi ka­za­ła.

- To do­brze. Ale dziw­ne, że nic nie ru­szy­ło. Może w ta­kim ra­zie mu­si­my usta­lić jesz­cze niż­szą ka­lo­rycz­ność.

Na przy­kład de­fi­cyt sied­miu­set, może ośmiu­set ki­lo­ka­lo­rii dzien­nie. Albo przy­jąć za­ło­że­nie, że pani Je­żyk ja­da­ła przed die­tą wię­cej, niż mi po­wie­dzia­ła.

- No do­bra, jak trze­ba, to trze­ba. Ja chcę wi­dzieć efek­ty!

- A nie była pani głod­na pod­czas die­ty?

- Głod­na? Nie. To zna­czy na po­cząt­ku, ale - tu bę­dzie pani ze mnie dum­na - po­sta­no­wi­łam, że będę pod­ja­dać tyl­ko zdro­we prze­ką­ski!

Uno­szę gło­wę znad no­te­su i wbi­jam w nią nie­ro­zu­mie­ją­ce spoj­rze­nie.

- Ja­kie prze­ką­ski?

- No nor­mal­ne, zdro­we: orze­chy, nie­so­lo­ne! Pest­ki dyni. I jabł­ka. Trze­ba jeść, póki są!

- Czę­sto pani pod­ja­da­ła te orze­chy i jabł­ka? - Mój głos jak­by słab­nie.

- I pest­ki dyni - uzu­peł­nia pani Ja­dwi­ga z dumą. - No wła­ści­wie to co­dzien­nie. Cza­sem dwa razy, bo po pi­la­te­sie chcia­ło mi się coś słod­kie­go, to bra­łam jabł­ko.

- Pani Ja­dwi­go, ale prze­cież po­wie­dzia­ła pani, że ja­dła to, co ka­za­łam?

- No tak. Wszyst­ko to, co pani ka­za­ła, i te zdro­we prze­ką­ski. Nic wię­cej!

- Ale... tak nie moż­na!

- A skąd ja to mia­łam wie­dzieć?

- Ze wska­zó­wek, któ­re spi­sa­łam pod prze­pi­sa­mi. Jed­na z nich za­bra­nia­ła pod­ja­da­nia mię­dzy po­sił­ka­mi.

- To tam było coś ta­kie­go? - Pani Ja­dwi­ga wy­si­la pa­mięć. - Aaa, może i było. Ale pew­nie po­my­śla­łam, że cho­dzi o sło­dy­cze.

- Sko­ro pod­ja­da­ła pani dużo róż­nych rze­czy mię­dzy po­sił­ka­mi, to wca­le się nie dzi­wię, że pani nie schu­dła.

- No ale co też pani mówi! Prze­cież nie ja­dłam sło­dy­czy. Ekler­ki nie tknę­łam ani razu! A owo­ce i orze­chy są zdro­we i nie tu­czą!

- Kto pani tak po­wie­dział?

- Ce­li­na.

- Kto? - Za­czy­nam się za­sta­na­wiać, czy nie je­stem w ja­kiejś ukry­tej ka­me­rze.

- Moja są­siad­ka - oświad­cza z god­no­ścią pani Je­żyk. - Ona się in­te­re­su­je ży­wie­niem i die­ta­mi.

Ogar­nia mnie co­raz więk­sze zdu­mie­nie.

- Ale to nie­praw­da! Owo­ce za­wie­ra­ją cu­kier, a orze­chy i pest­ki dużo tłusz­czu. Są zdro­we, ale ka­lo­rycz­ne i na pew­no nie moż­na ich jeść bez­kar­nie w du­żych ilo­ściach. A już na pew­no nie mię­dzy po­sił­ka­mi! I nie pod­czas die­ty od­chu­dza­ją­cej, któ­ra jest już opra­co­wa­na i prze­li­czo­na.

- To pani mi tego nie po­wie­dzia­ła, jak tu by­łam ostat­nio. - Na­ry­so­wa­ne ołów­kiem brwi marsz­czą się w gniew­nym gry­ma­sie.

Skąd mo­głam wie­dzieć, że ktoś wpad­nie na taki po­mysł?

- A kawę pani sło­dzi­ła? - prze­cho­dzę do ofen­sy­wy.

Tra­fio­ny, za­to­pio­ny. Mina pani Je­żyk uosa­bia te­raz cho­dzą­cą nie­win­ność, a oczy wę­dru­ją jak gdy­by ni­g­dy nic w kie­run­ku fo­to­gra­fii so­czy­stych po­ma­rań­czy na ścia­nie.

- Tyl­ko tro­szecz­kę.

- No to tro­szecz­kę pani na­bro­iła.

"Tro­szecz­kę" to praw­dzi­wa dy­plo­ma­cja z mo­jej stro­ny. Pani Ja­dwi­ga praw­do­po­dob­nie wy­peł­ni­ła ka­lo­ria­mi cały de­fi­cyt ener­ge­tycz­ny, któ­ry jej stwo­rzy­łam.

- Na­stęp­nym ra­zem pro­szę nie pod­ja­dać mię­dzy po­sił­ka­mi i nie sło­dzić kawy, to wszyst­ko po­win­no być w po­rząd­ku.

- No za­raz, ale prze­cież orze­chy są na­praw­dę bar­dzo zdro­we! Ce­li­na mi opo­wia­da­ła. Le­czą raka, de­pre­sję, po­ma­ga­ją na skó­rę, wło­sy, ser­ce... - wy­li­cza pani Je­żyk.

Mam ocho­tę wes­tchnąć, sły­sząc ten wy­ci­nek po­pu­lar­no­na­uko­wej wie­dzy, sze­ro­ko do­stęp­nej w pra­sie, te­le­wi­zji i In­ter­ne­cie. Zna­jo­mi die­te­ty­cy prak­ty­cy ostrze­ga­li mnie, że pa­cjen­ci czę­sto przy­cho­dzą do ga­bi­ne­tów i po­rad­ni bar­dzo wy­edu­ko­wa­ni. Nie­ste­ty, prze­waż­nie jest to edu­ka­cja cha­łup­ni­cza, po­bież­na i ko­śla­wa.

- Może nie do koń­ca to wszyst­ko, co pani mówi, się zga­dza, ale to praw­da, że orze­chy mają wie­le cen­nych skład­ni­ków. Tyl­ko że pani się od­chu­dza, a te ka­lo­rie...

- A jak mi wszyst­kie wło­sy wy­pad­ną? - Ko­bie­ta gła­dzi z nie­po­ko­jem wy­dat­ną, na­ta­pi­ro­wa­ną kon­struk­cję.

Przy­po­mi­na mi się wi­ta­mi­na A.

- Pro­szę się zdać na mnie - od­po­wia­dam sta­now­czo. - Die­ta nie po­zba­wi pani wło­sów. A ja bym chcia­ła, żeby przy oka­zji po­mo­gła też pani schud­nąć.

Do­strze­gam błysk zro­zu­mie­nia w oczach pani Ja­dwi­gi.

- No niech bę­dzie. Tyl­ko jest je­den pro­blem.

- Jaki? - Spo­glą­dam na nią zbi­ta z tro­pu.

- No bo bez tego pod­ja­da­nia, to ja będę głod­na!

Po ko­lej­nych dzie­się­ciu mi­nu­tach za­pew­nia­nia, że tym ra­zem po­sta­ram się wy­my­ślić bar­dziej sy­cą­ce po­sił­ki, na­sze spo­tka­nie po­wo­li do­bie­ga koń­ca.

- Może ma pani jesz­cze ja­kieś py­ta­nia? - za­ga­du­ję uprzej­mie, od­pro­wa­dza­jąc pa­nią Je­żyk do drzwi.

- Nie, chy­ba to wszyst­ko. Jak­by co, na­pi­szę SMS-a. Albo le­piej ma­ila!

Co do tego nie mam wąt­pli­wo­ści. Do tej pory, w cią­gu nie­speł­na dwóch ty­go­dni, do­sta­łam już ta­kich ma­ili sześć­dzie­siąt osiem. Młod­szy syn pani Je­żyk wy­ko­nał so­lid­ną ro­bo­tę, ucząc mat­kę po­słu­gi­wa­nia się no­wo­cze­sną tech­no­lo­gią. Dziw­nym tra­fem jed­nak, we wszyst­kich tych sześć­dzie­się­ciu ośmiu ma­ilach pani Ja­dwi­ga aku­rat o orze­chy i jabł­ka nie za­py­ta­ła.

- A! Za­po­mnia­ła­bym. - Pa­cjent­ka kle­pie się otwar­tą dło­nią w czo­ło. - Bo ja po­le­ci­łam pa­nią ku­zy­no­wi. Przyj­dzie tu do pani. To taki dal­szy ku­zyn od stro­ny mat­ki. Tyl­ko mama moja nie roz­ma­wia z jego mat­ką od kil­ku lat, bo... a zresz­tą nie­waż­ne. Ale on jest strasz­nie gru­by i jak wpa­dłam na uli­cy ostat­nio na jego żonę, to tak się zga­da­ły­śmy...

- A jak się na­zy­wa ten pan? Nikt do mnie nie dzwo­nił.

- A tak, no nie dzwo­nił. Bo my się tak zga­da­ły­śmy z tą jego żoną, że sko­ro ja koń­czę tu z pa­nią koło wpół do dru­giej, to on przyj­dzie za­raz po mnie.

Pa­trzę na nią onie­mia­ła. To wspa­nia­le, szko­da tyl­ko, że nikt nie uwzględ­nił mnie w tym ca­łym zga­dy­wa­niu.

- Pani Ja­dwi­go, je­stem pani bar­dzo wdzięcz­na, że mnie pani po­le­ci­ła - od­zy­sku­ję głos - ale na przy­szłość pro­szę o te­le­fon, bo prze­cież mo­głam mieć inne spo­tka­nie...

- A ma pani? - Pani Je­żyk jest au­ten­tycz­nie zdzi­wio­na.

- No dziś aku­rat nie, ale...

- No to całe szczę­ście. Ja lecę. Do zo­ba­cze­nia!

Za­mknąw­szy drzwi, opie­ram się o nie ple­ca­mi i przy­my­kam oczy. To praw­da, że nie mam żad­ne­go spo­tka­nia, po­nie­waż cho­ler­ny ka­len­darz świe­ci pust­ka­mi. Ale o czter­na­stej, nie­świa­do­ma swo­ich zo­bo­wią­zań, umó­wi­łam się na lunch z Ma­te­uszem. Jego bank jest nie­da­le­ko mo­je­go ga­bi­ne­tu i uzgod­ni­li­śmy, że przy­naj­mniej dwa razy w ty­go­dniu bę­dzie­my ja­dać wspól­nie. Te­raz trze­ba to bę­dzie prze­ło­żyć. Trud­no, nie ma co na­rze­kać. Każ­dy nowy pa­cjent jest na wagę zło­ta.

Wła­śnie skoń­czy­łam pi­sać krót­kie­go SMS-a do uko­cha­ne­go, gdy świ­dru­ją­cy dźwięk dzwon­ka po­de­rwał mnie z krze­sła. Daję so­bie chwi­lę na trzy głę­bo­kie od­de­chy i otwie­ram drzwi z sze­ro­kim uśmie­chem.

Pierw­szy wcho­dzi męż­czy­zna koło sześć­dzie­siąt­ki, ubra­ny w prze­tar­te, gra­na­to­we ogrod­nicz­ki, spię­te pa­skiem pod oka­za­łym brzu­chem. Sza­ry pod­ko­szu­lek pod roz­pię­tą kurt­ką wy­ka­zu­je ozna­ki kil­ku­dnio­we­go no­sze­nia.

Za jego ple­ca­mi su­nie ko­bie­ta na oko z dzie­sięć lat młod­sza, ubra­na nie­co bar­dziej ele­ganc­ko - w fal­ba­nia­stą spód­ni­cę do zie­mi, mię­to­wy ża­kiet i ciem­ny płaszcz. Tuż za nią idzie młoda blon­dyn­ka cała w beżu i na­sto­lat­ka w ró­żo­wej kurt­ce i adi­da­sach, dzier­żą­ca w dło­ni rów­nie ró­żo­we­go smart­fo­na.

- Je­stem Szcze­pan Szysz­ka - mówi męż­czy­zna, jak­by to mia­ło coś wy­ja­śniać, i roz­glą­da się na­oko­ło, lu­stru­jąc oto­cze­nie.

Po­da­ję mu rękę, pa­trząc py­ta­ją­co na gro­mad­kę, któ­ra le­d­wie zmie­ści­ła się w ma­łej po­cze­kal­ni.

- Przy­szły­śmy za­in­ter­we­nio­wać. - Ko­bie­ta w mię­to­wym ża­kie­cie uśmie­cha się do mnie prze­pra­sza­ją­co. - Je­stem Sta­ni­sła­wa. Sta­sia. Mąż trosz­kę gry­ma­sił, że ma tu przyjść, więc po­sta­no­wi­łam, że przyj­dzie­my wszyst­kie i bę­dzie mu raź­niej.

Zer­kam na pana Szcze­pa­na i nie mogę się do­pa­trzeć żad­nych oznak świad­czą­cych o tym, że jest mu raź­niej. Za­miast tego do­strze­gam iry­ta­cję, znie­cier­pli­wie­nie i coś, cze­go nie mam ocho­ty na­wet in­ter­pre­to­wać.

- To są Syl­wia i Sa­bin­ka, na­sze có­recz­ki - kon­ty­nu­uje nie­zra­żo­na ko­bie­ta. - Im też za­le­ży na tym, żeby po­móc ta­tu­sio­wi, praw­da?

Có­recz­ka nu­mer je­den w be­żo­wych spodniach i gu­stow­nej dwu­rzę­do­wej kur­tecz­ce w tym sa­mym ko­lo­rze ener­gicz­nie kiwa gło­wą. Có­recz­ka nu­mer dwa jest nie­co mniej wy­lew­na, ale ci­chy po­mruk znad ekra­nu te­le­fo­nu wy­star­cza jej mat­ce za po­twier­dze­nie.

Ki­wam gło­wą ze zro­zu­mie­niem, cho­ciaż tak na­praw­dę ni­cze­go nie ro­zu­miem, i za­pra­szam wszyst­kich do ga­bi­ne­tu. Pro­ble­mem oka­zu­je się brak wy­star­cza­ją­cej licz­by me­bli do sie­dze­nia. Po krót­kiej, acz nie­zręcz­nej chwi­li, do­no­szę krze­sła z po­cze­kal­ni. I tak nikt już nie bę­dzie tu dziś cze­kał. Chy­ba.

Nie­ste­ty, gdy wra­cam ob­ju­czo­na dwo­ma nie­zbyt lek­ki­mi krze­sła­mi, od­kry­wam, że pani Sta­ni­sła­wa ze swo­ją star­szą, be­żo­wą cór­ką za­ję­ły sof­kę, a pan Szysz­ka zdą­żył usa­do­wić się wy­god­nie w Fo­te­lu Pre­ze­sa. Gdzieś z głę­bi po­ko­ju roz­le­ga się ci­che pi­ka­nie mo­je­go te­le­fo­nu. Z le­d­wo sły­szal­nym ję­kiem sta­wiam krze­sła tak, by pa­trzeć na wszyst­kich mniej wię­cej na wprost, i sia­dam na jed­nym z nich. Dru­gie zaj­mu­ją Sa­bin­ka i jej ró­żo­wy smart­fon.

- W czym mogę po­móc? - py­tam, nie wie­dząc do koń­ca, czy py­ta­nie mam kie­ro­wać do pana Szysz­ki czy jego żony.

- Ka­za­ły mnie tu przyjść - oświad­cza pan Szcze­pan.

- Mąż ma nad­ci­śnie­nie i za wy­so­ki cho­le­ste­rol - tłu­ma­czy pani Sta­ni­sła­wa, po­pie­ra­na ener­gicz­ny­mi kiw­nię­cia­mi gło­wy star­szej cór­ki. - I, jak wi­dać, ma też tro­chę pro­blem z wagą. Chce­my mu po­móc.

- Nie będę jadł sa­mej sa­ła­ty! - Pan Szysz­ka krzy­żu­je ręce na pier­si w obron­nym ge­ście.

- To nie bę­dzie ko­niecz­ne. - Uśmie­cham się. - Pro­szę mi opo­wie­dzieć o swo­im try­bie ży­cia. Po­sta­ram się tak do­brać die­tę, żeby nie była dla pana zbyt du­żym ob­cią­że­niem.

- Ga­da­nie! - ob­ru­sza się męż­czy­zna. - Już ja to znam. Te wa­sze bab­skie die­te­tycz­ne bzde­ty. Wy­my­śla je ban­da dzi­wa­ków, któ­rzy nie je­dzą mię­sa i go­tu­ją zupy z glo­nów!

Przez ko­lej­ną nie­zręcz­ną chwi­lę nie wiem, co po­wie­dzieć.

- Ta­tu­siu! - Syl­wia wy­ru­sza mi na od­siecz. - Uma­wia­li­śmy się!

Pani Sta­ni­sła­wa po­sy­ła mę­żo­wi ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie. Pan Szysz­ka wzno­si oczy do su­fi­tu i tym­cza­so­wo po­wstrzy­mu­je się od dal­szych ko­men­ta­rzy, dzię­ki cze­mu uda­je mi się prze­pro­wa­dzić jako taki wy­wiad ży­wie­nio­wy.

- Do­brze. To już co nie­co wiem - pod­su­mo­wu­ję po pięć­dzie­się­ciu pię­ciu mi­nu­tach. - Uwa­żam, że jada pan zbyt duże por­cje. A z uwa­gi na pana stan zdro­wia po­le­cam zmniej­szyć ilość przede wszyst­kim wie­przo­wi­ny, pie­czy­wa, śmie­ta­ny i ma­sła.

- Co za bzdu­ra! - Pan Szysz­ka rzu­ca mi peł­ne na­ga­ny spoj­rze­nie. - Mój oj­ciec ja­dał dwie kost­ki ma­sła ty­go­dnio­wo! I to ta­kie­go praw­dzi­we­go wiej­skie­go, a nie toto, co te­raz w skle­pach. A co dzień w polu zja­dał dwa pęta kieł­ba­sy i wie­czo­rem gu­lasz z wie­prz­ka z chle­bem. Bez tego siły by nie miał. I był za­wsze chu­dy!

Bio­rę głęb­szy od­dech.

- No do­brze, a pan też pra­cu­je co­dzien­nie w polu jak tata?

- Skąd! Ja ro­bię w biz­ne­sie. Han­dlu­ję czę­ścia­mi do aut.

- To chy­ba ma pan tro­chę ru­chu?

- Gdzie tam! Po co? Czło­wiek te­raz wszyst­ko może za­ła­twić te­le­fo­nem i In­ter­ne­tem.

Sa­bin­ka na dźwięk zna­jo­me­go sło­wa uno­si gło­wę po raz pierw­szy, od­kąd tu usia­dła.

- Ro­zu­miem... - mó­wię po­wo­li. - Ale oprócz tego, że die­ta wpły­wa na wagę, jest też nie­zbęd­na, by po­pra­wić pana wy­ni­ki ba­dań.

- Słu­chaj, Szcze­pan­ku - wtrą­ca gor­li­wie pani Sta­ni­sła­wa - pani die­te­tycz­ka ma ra­cję!

Uśmie­cham się do niej z wdzięcz­no­ścią.

- A czy pana tata oprócz tego, że chu­dy, jest też zdro­wy?

- Nie no, oj­ciec to już nie żyje. Umarł na za­wał.

Od­kła­dam no­tes na ko­la­na i pa­trzę to na mo­je­go pa­cjen­ta, to na jego mał­żon­kę. Nie­wy­po­wie­dzia­ne py­ta­nie za­wi­sa w po­wie­trzu.

- Ale to z je­dze­niem nie ma nic wspól­ne­go! - Pan Szcze­pan ma­cha ręką. - Po pro­stu kop­cił jak ko­min! Za­wsze mó­wi­li­śmy, że to go kie­dyś za­bi­je.

Spo­glą­dam dys­kret­nie za ze­ga­rek: pięt­na­sta szes­na­ście. Szan­sa na lunch z Ma­te­uszem prze­pa­dła bez­pow­rot­nie, a ta wi­zy­ta na­wet nie zbli­ża się do koń­ca.

- Po­mów­my może o usta­le­niach do die­ty - pro­po­nu­ję. - Czy jest coś, cze­go pan nie lubi?

- Mąż nie jada słod­kich owo­ców i nie zno­si szpi­na­ku - od­po­wia­da pani Sta­ni­sła­wa. - I wa­rzyw mało je.

- Co ty opo­wia­dasz, prze­cież ostat­nio ja­dłem jabł­ka! - ob­ru­sza się pan Szcze­pan.

- Ale były z cu­krem i kru­szon­ką - wtrą­ca Syl­wia.

- A kru­szon­ki wię­cej niż ja­błek - uzu­peł­nia jej mat­ka.

- No to chy­ba też jabł­ka! Weź­cie mnie nie de­ner­wuj­cie, do pio­ru­na ja­sne­go! Wyj­dę na ja­kie­goś ka­pry­śne­go mię­cza­ka!

Ko­bie­ty milk­ną, co skrzęt­nie wy­ko­rzy­stu­ję, by za­dać ko­lej­ne py­ta­nie.

- Czy­li jabł­ka i szpi­nak w die­cie mogą się po­ja­wić?

- No gdzie szpi­nak? Prze­cież to pa­skud­na zie­lo­na bre­ja, jak glo­ny ja­kieś. Ja nie wiem, jak to moż­na jeść! Trze­ba być nie­speł­na ro­zu­mu.

Za­ci­skam usta, my­śląc o swo­im wczo­raj­szym obie­dzie: ra­zo­we pen­ne ze szpi­na­kiem, moz­za­rel­lą i pie­czar­ka­mi.

- Ro­zu­miem - przy­ta­ku­ję. - A inne wa­rzy­wa pan lubi?

- No, cza­sem zjem po­mi­do­ra, ogór­ka...

- Pla­ste­rek do ka­nap­ki. To za mało! Praw­da, pro­szę pani? - Pani Sta­ni­sła­wa szu­ka mo­je­go wspar­cia.

- Zde­cy­do­wa­nie do­brze by­ło­by jeść wię­cej, tak ze czter­dzie­ści-pięć­dzie­siąt deko dzien­nie - mó­wię.

- A co ja zwie­rzę je­stem? Kro­wa na polu? - Pan Szcze­pan ude­rza dło­nią pod­ło­kiet­nik fo­te­la. MO­JE­GO fo­te­la. - Ziel­sko moż­na cza­sem zjeść, ale bez prze­sa­dy!

- Wie pan... - Sta­ram się za­cho­wać spo­kój i po­god­ny wy­raz twa­rzy. - Ja co­dzien­nie jem wa­rzy­wa do pra­wie każ­de­go po­sił­ku. I to jest zde­cy­do­wa­nie do zro­bie­nia.

- Wia­do­mo, że ko­bi­ta to ina­czej. Ale chłop nie kró­lik, musi do­brze zjeść, bo siły nie bę­dzie miał!

- Mo­że­my i po­win­ni­śmy włą­czyć też do die­ty skład­ni­ki ob­ni­ża­ją­ce cho­le­ste­rol. - Uda­ję, że tego nie sły­sza­łam. - Śmie­ta­nę moż­na za­stą­pić jo­gur­tem, a ma­sło mar­ga­ry­ną ze ste­ro­la­mi, czy­li ta­ki­mi sub­stan­cja­mi, któ­re po­ma­ga­ją ob­ni­żyć cho­le­ste­rol. Mię­sa też nie trze­ba jeść każ­de­go dnia, żeby mieć siłę. Biał­ko mo­że­my do­star­czyć na róż­ne spo­so­by: są jesz­cze ryby, bia­ły ser, jaj­ka, fa­so­la, groch...

- Kie­dyś lu­dzie je­dli nor­mal­nie i żyli. Nie było we­ge­ta­ria­ni­nów i in­nych dzi­wa­ków!

Czu­ję, że po­wo­li koń­czą mi się ar­gu­men­ty.

- Nie na­ma­wiam pana, by zre­zy­gno­wał pan z mię­sa, tyl­ko wpro­wa­dził pew­ne zmia­ny, któ­re po­pra­wią pana stan zdro­wia.

- Mnie to na­wet pani żal. - Męż­czy­zna pa­trzy na mnie z po­li­to­wa­niem. - Ktoś pani wbił do gło­wy te no­wo­mod­ne bzdu­ry i te­raz pani wy­dzi­wia. Mło­da dziew­czy­na jesz­cze pani jest, to może kie­dyś pani zmą­drze­je.

- S-słu­cham?

To chy­ba mi się śni.

- Szcze­pan! - Pani Sta­ni­sła­wa pod­ska­ku­je na so­fie. - Ta pani pró­bu­je ci po­móc!

- Ta­tu­siu, była umo­wa - ce­dzi sło­wa jej star­sza cór­ka. Na­wet Sa­bin­ka od­kła­da na chwi­lę te­le­fon i przy­glą­da się nam z za­cie­ka­wie­niem.

- A daj­cie wy mi wszyst­kie spo­kój! Zmó­wi­ły się baby!

Po­win­nam się ob­ra­zić i czym prę­dzej wy­pro­sić to­wa­rzy­stwo z ga­bi­ne­tu, ale nie mogę się tak ła­two pod­dać. Prze­cież pró­bu­ję roz­krę­cić in­te­res i każ­dy pa­cjent jest cen­ny!

- Po­sta­ram się uło­żyć taką die­tę, by panu sma­ko­wa­ła, ale na ja­kieś kom­pro­mi­sy mu­si­my pójść. Dla pana do­bra.

- A jaką da mi pani gwa­ran­cję, że po tych wszyst­kich wy­my­słach schud­nę?

- N-nie ma gwa­ran­cji, prze­cież każ­dy ina­czej re­agu­je na die­tę, cza­sem po­trzeb­ne są też pew­ne mo­dy­fi­ka­cje już po jej wpro­wa­dze­niu.

Poza tym die­ta to nie kloc­ki ha­mul­co­we!

- No wła­śnie, tak my­śla­łem - pan Szysz­ka trium­fu­je. - Ja się będę mę­czył kupę cza­su, a po­tem nic z tego nie wyj­dzie. Na co mnie to?!

- Ale Szcze­pan... two­je ci­śnie­nie! - Pani Sta­ni­sła­wa ude­rza w płacz­li­wy ton.

- Daj mnie spo­kój, ko­bie­to! Prosz­ki prze­cież bio­rę i spad­ło! Jak­by się tak czło­wiek wszyst­kim przej­mo­wał, to by trze­ba było się za­raz po­ło­żyć do trum­ny i cze­kać!

- Ta­tu­siu nie mów tak! - woła Syl­wia.

Sa­bin­ka od­kła­da smart­fo­na na ko­la­na i przy­glą­da nam się z za­in­te­re­so­wa­niem i nie­ukry­wa­ną sa­tys­fak­cją.

Ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, że nikt już nie zwra­ca na mnie uwa­gi, spo­glą­dam zno­wu na ze­ga­rek. Pięt­na­sta trzy­dzie­ści pięć. Je­ste­śmy tu już pra­wie dwie go­dzi­ny i ni­cze­go nie usta­li­li­śmy.

- Dro­dzy pań­stwo - wkra­czam w śro­dek ro­dzin­nej kłót­ni. - Może umów­my się, że prze­dys­ku­tu­ją pań­stwo spra­wę w domu i za­dzwo­nią, jak po­dej­mą de­cy­zję. Za­chę­cam jed­nak - tu zwra­cam się do pana Szysz­ki, któ­re­go twarz przy­bra­ła pur­pu­ro­wo­czer­wo­ną bar­wę - by cho­ciaż pan spró­bo­wał: na przy­kład je­den ty­dzień. Może nie bę­dzie tak źle, jak się panu wy­da­je. Naj­wy­żej pan zre­zy­gnu­je, je­śli się panu nie spodo­ba.

- Ta­aak, a pie­nią­dze w bło­to pój­dą!

- Szcze­pan!

- Ja to wła­ści­wie da­łem się na to na­mó­wić tyl­ko po to, bo my­śla­łem, że ta pani - wska­zu­je mnie pal­cem - prze­pi­sze mi ja­kieś prosz­ki i tyle. A tu się oka­zu­je, że jest ja­kieś cho­ler­ne wtrą­ca­nie w to, co jem!

U die­te­ty­ka? Nie no, na­praw­dę? Skan­dal po pro­stu!

Swo­ją dro­gą, nie­wie­le bra­ko­wa­ło. Moja mat­ka, kar­dio­log w trze­cim po­ko­le­niu, za­pla­no­wa­ła, że będę le­ka­rzem, gdy jesz­cze by­łam w pod­sta­wów­ce. By­ła­by go­to­wa zro­bić ustęp­stwo dla praw­ni­ka lub eko­no­mi­sty, ale każ­dy inny za­wód wy­da­wał jej się nie­po­waż­ny.

Ni­g­dy mi nie wy­ba­czy­ła, że po­szłam na ży­wie­nie czło­wie­ka ("od­rzu­ty po le­kar­skim") ani że star­to­wa­łam rów­nież na we­te­ry­na­rię ("gor­szy ga­tu­nek le­ka­rza") i, co gor­sza, ar­chi­tek­tu­rę wnętrz ("to jest taki za­wód?!"). Wy­obra­żam so­bie, że pod­glą­da­nie dzi­siej­sze­go spo­tka­nia by­ło­by dla niej nie lada roz­ryw­ką.

- Pa­nie Szcze­pa­nie - mó­wię - leki to nie jest roz­wią­za­nie. Je­śli na­wet pan schud­nie, to waga szyb­ko wró­ci, bo na­dal bę­dzie pan ka­lo­rycz­nie ja­dał. Zresz­tą wszyst­ko ma swo­je dzia­ła­nia ubocz­ne. Wie­le star­szych le­ków zo­sta­ło wy­co­fa­nych z uwa­gi na szko­dli­wość, a więk­szość su­ple­men­tów do­stęp­nych na ryn­ku to pro­duk­ty mało sku­tecz­ne lub cał­kiem nie­sku­tecz­ne. Zwłasz­cza je­śli wraz z ich sto­so­wa­niem nie na­stę­pu­je zmia­na sty­lu ży­cia...

- No wła­śnie! Te su­ple­men­ty to gów­no jest, a nie praw­dzi­we prosz­ki!

- Szcze­pan!

- Tato! - Gło­sy mat­ki i cór­ki zle­wa­ją się w pe­łen obu­rze­nia chór. Sa­bin­ka uśmie­cha się ty­leż sze­ro­ko, co zło­śli­wie. Za­czy­nam się za­sta­na­wiać, czy cała ta scen­ka nie jest na­gry­wa­na przez na­sto­lat­kę jej dia­bel­skim ró­żo­wym na­rzę­dziem i czy nie wy­lą­du­je za chwi­lę na ja­kimś Fa­ce­bo­oku.

- Ja ro­bię w han­dlu, to wiem! Je­śli coś jest za cien­kie, żeby być le­kiem, to na­zy­wa­ją to su­ple­men­tem i wpro­wa­dza­ją w ob­rót. A lu­dzie głu­pi ku­pu­ją!

Jak­kol­wiek bru­tal­nie to brzmi, trud­no mi się z tym po­glą­dem nie zgo­dzić.

- Pew­nie, że nie chcę żad­nych su­ple­men­tów! - pe­ro­ru­je da­lej pan Szysz­ka, głu­chy na upo­mnie­nia ro­dzi­ny. - Już mi to w ap­te­ce chcie­li wci­snąć. Ale róż­nych pró­bo­wa­łem ca­ły­mi la­ta­mi i nic nie po­ma­ga­ło.

- Sam pan wi­dzi - kwi­tu­ję, zło­śli­wie ko­men­tu­jąc w my­ślach, że pan Szysz­ka do tych "głu­pich, ku­pu­ją­cych lu­dzi" też mimo wszyst­ko na­le­ży.

- Wi­dzę, że tu po­trzeb­ny jest praw­dzi­wy lek, a nie ja­kieś oszu­kań­stwa. - Pa­cjent na po­wrót krzy­żu­je pulch­ne przed­ra­mio­na na pier­si.

- Leki nie są me­to­dą pierw­sze­go wy­bo­ru zwal­cza­nia oty­ło­ści - od­pie­ram. - Sto­su­je się je w szcze­gól­nych wy­pad­kach u osób cho­rych lub z ol­brzy­mią oty­ło­ścią, któ­re mu­szą szyb­ko schud­nąć, na przy­kład do ope­ra­cji.

- W tych cza­sach le­ka­rze po­tra­fią wy­le­czyć pra­wie wszyst­ko, a nie mogą za­pi­sać cze­goś, żeby czło­wiek po pro­stu schudł?!

- To nie ta­kie pro­ste. Zwłasz­cza je­śli ten czło­wiek wciąż je wię­cej, niż po­trze­bu­je.

- Ale ja­kieś leki są! Mogę po­brać ja­kiś czas, a po­tem się zo­ba­czy.

- Ja panu żad­nych le­ków nie prze­pi­szę. Po pierw­sze nie apro­bu­ję ta­kie­go po­stę­po­wa­nia i nie wi­dzę ta­kiej po­trze­by u pana, a po dru­gie nie je­stem le­ka­rzem i nie wy­sta­wiam re­cept.

- Chodź Staś­ka, nie ma co. - Pan Szysz­ka dźwi­ga się z Fo­te­la Pre­ze­sa.

Mo­gła­bym przy­siąc, że wi­dzę po­gar­dę w jego oczach. Moja mat­ka by­ła­by za­chwy­co­na.

- Idzie­my stąd. Po­szu­ka­my LE­KA­RZA. A jesz­cze Ma­rian mnie mó­wił, że jemu ktoś do­wo­zi w pu­deł­kach ja­kąś die­tę. Taką bez wy­rze­czeń. Wy­peł­nił ja­kieś pa­pie­ry: co lubi, a co nie. I tak mu ro­bią.

Cie­ka­we, czy od­chu­dza­ją go kar­ków­ką z chle­bem, ma­słem i kieł­ba­są?

- Ta­tu­siu, przed chwi­lą nie chcia­łeś żad­nej die­ty - za­uwa­ża słusz­nie Syl­wia. - A to z tymi pu­deł­ka­mi to jest strasz­nie dro­gie!

- Przy­naj­mniej ktoś mi zro­bi, a nie tyl­ko się po­mą­drzy!

Po­win­nam się po­czuć ura­żo­na, ale za­czy­na mi być wszyst­ko jed­no. Pani Sta­ni­sła­wa uni­ka już mo­je­go wzro­ku. Jej star­sza cór­ka wyj­mu­je z kie­szon­ki ele­ganc­kiej kurt­ki pacz­kę cien­kich men­to­lo­wych pa­pie­ro­sów i bez sło­wa wy­cho­dzi na ze­wnątrz.

- Nie je­stem pew­na, czy taki od­chu­dza­ją­cy ca­te­ring bę­dzie też dzia­łał proz­dro­wot­nie - pró­bu­ję po raz ostat­ni. - Być może trze­ba by ja­koś zin­dy­wi­du­ali­zo­wać ten ja­dło­spis pod ką­tem zdro­wot­nym...

- Się już pani o to nie mar­twi! - Pan Szysz­ka kie­ru­je się w stro­nę wyj­ścia, za­gar­nia­jąc so­lid­nych roz­mia­rów ra­mie­niem za­wsty­dzo­ną mał­żon­kę i uba­wio­ną po pa­chy Sa­bin­kę. - To już nie pani pro­blem!

* * *

- Tro­chę dziw­ne, że cię nie po­in­for­mo­wa­li o tym spo­tka­niu. - Ma­te­usz od­kła­da wi­de­lec na czer­wo­ną, ike­ow­ską ser­wet­kę. Jemy wcze­sną ko­la­cję w jego miesz­ka­niu. Lu­bię swo­ją ka­wa­ler­kę, ale to, cze­go mi w niej bra­ku­je, to po­rząd­ny stół, przy któ­rym moż­na by zjeść po­si­łek. Taki jak ten. Za­zwy­czaj gdy je­ste­śmy u mnie, ja­da­my przy bar­ku w kuch­ni, któ­ry na­zy­wam szum­nie wy­spą ku­chen­ną. Albo po pro­stu na ka­na­pie, pod­trzy­mu­jąc ta­le­rze jed­ną ręką. Nie­zbyt to wy­god­ne. Miesz­ka­nie Ma­te­usza to nie ża­den apar­ta­ment, ale ma od­dziel­ną, wid­ną kuch­nię, sa­lon ze sto­łem ja­dal­nym, ła­zien­kę z wan­ną (któ­rej strasz­nie mu za­zdrosz­czę i z któ­rej cza­sem ko­rzy­stam) oraz naj­waż­niej­sze - praw­dzi­wą sy­pial­nię! Niby tyl­ko czter­na­ście i pół me­tra wię­cej, a róż­ni­ca ogrom­na.

- Szko­da, że nie po­szli­śmy na ten lunch. Ale przy­naj­mniej coś za­ro­bi­łaś. - Chło­pak po­sy­ła mi po­cie­sza­ją­cy uśmiech. - In­te­res się krę­ci.

Ki­wam gło­wą w za­my­śle­niu.

Gdy­by tyl­ko wie­dział, że pan Szysz­ka nie tyl­ko nie za­mó­wił die­ty, ale też od­mó­wił za­pła­ty za dwu­go­dzin­ną wi­zy­tę, po­nie­waż jego zda­niem "nie wnio­sła ni­cze­go do spra­wy"...

Ma­te­usz bar­dzo mnie wspie­rał na eta­pie za­kła­da­nia fir­my, za­cią­ga­nia kre­dy­tu i urzą­dza­nia ga­bi­ne­tu. Nie chcę go mar­twić, mó­wiąc praw­dę o tym, jak w rze­czy­wi­sto­ści krę­ci się mój in­te­res. Poza tym jest mi tro­chę wstyd. Do tego cały czas sły­szę w gło­wie głos mo­jej mat­ki, mó­wią­cy, że­bym prze­sta­ła wy­dzi­wiać z za­kła­da­niem fir­my, bo się do tego nie na­da­ję, a jak dam się po­nieść fa­na­be­riom, to mój "przy­stoj­ny-mą­dry-do­brze-za­ra­bia­ją­cy" chło­pak mnie rzu­ci i za­prze­pasz­czę obie­cu­ją­cy zwią­zek, za­miast wyjść wresz­cie za mąż jak nor­mal­na ko­bie­ta.

Niby wiem, że mat­ka nie ma ra­cji, a Ma­te­usz ko­cha mnie taką, jaka je­stem, ale czy mogę być tego pew­na na sto pro­cent? Na wszel­ki wy­pa­dek na ra­zie spra­wę prze­mil­czę. Z cza­sem wszyst­ko bę­dzie mia­ło się le­piej: wte­dy opo­wiem mu, jak wy­glą­da­ły moje po­cząt­ki, a pan Szysz­ka bę­dzie tyl­ko za­baw­ną aneg­do­tą z prze­szło­ści.

- A jak tam pa­cjen­ci? - Głos uko­cha­ne­go wy­ry­wa mnie z za­my­śle­nia.

- Wiesz, jak to jest. Raz lep­si, raz gor­si. - Zmu­szam się do uśmie­chu.

- Je­steś dziś ja­kaś nie­wy­raź­na. Prze­zię­bi­łaś się?

- Nie, chy­ba nie. To pew­nie zmę­cze­nie. Tyle się ostat­nio dzie­je.

Zde­cy­do­wa­nie. Tyle sie­dze­nia w pu­stym ga­bi­ne­cie, tu­dzież przy­go­to­wy­wa­nia ma­te­ria­łów i ar­ty­ku­łów dla pa­cjen­tów, któ­rych na ra­zie nie ma, oraz cie­ka­wo­stek i pre­zen­ta­cji mul­ti­me­dial­nych na stro­nę, na któ­rą na ra­zie nikt nie wcho­dzi.

Się­gam po szklan­kę z wodą, uni­ka­jąc jego wzro­ku.

- Wi­dzę. - Ma­te­usz uśmie­cha się smut­no. - Mamy ostat­nio dla sie­bie nie­wie­le cza­su.

- Wiem. Ale to się wkrót­ce zmie­ni, niech tyl­ko sy­tu­acja się usta­bi­li­zu­je.

Bo prze­cież musi, praw­da?

- W lip­cu po­je­dzie­my na wa­ka­cje i tro­chę od­pocz­niesz. Obo­je od­pocz­nie­my.

Ma­te­usz wy­cie­ra usta i zbie­ra ta­le­rze ze sto­łu. Na moim wciąż zo­sta­ło spo­ro je­dze­nia, ale czu­ję, że wię­cej nie dam rady prze­łknąć.

- A jak u cie­bie w pra­cy? - zmie­niam te­mat.

- Dzień jak co dzień. - Przez jego twarz prze­bie­ga le­d­wie za­uwa­żal­ny gry­mas. - Ogól­nie w po­rząd­ku, ale je­den klient dał nam nie­źle w kość.

- Co zro­bił?

- Nie­dłu­go po mo­jej prze­rwie obia­do­wej wkro­czył do od­dzia­łu jak ja­kiś król, w ob­sta­wie żony i dwóch có­rek, a po­tem za­czął wy­py­ty­wać o kre­dy­ty go­tów­ko­we. Nie spodo­ba­ła mu się ofer­ta, więc po­kłó­cił się z Mir­kiem, a po­tem za­żą­dał spo­tka­nia z kie­row­ni­kiem.

Otwie­ram sze­ro­ko oczy, a usta pręd­ko idą w ich śla­dy.

- No wła­śnie. Ja też by­łem zdzi­wio­ny. - Ma­te­usz za­czy­na ner­wo­wo spa­ce­ro­wać po po­ko­ju. - Zsze­dłem do nie­go i usi­ło­wa­łem za­ła­go­dzić sy­tu­ację. Na­rze­kał, że Mi­rek pró­bu­je go na coś na­cią­gnąć. Twier­dził też, że zna się na biz­ne­sie, że na­le­żą mu się pre­fe­ren­cyj­ne wa­run­ki i że jest ja­kimś przed­się­bior­cą, a wy­glą­dał, jak­by wła­śnie skoń­czył gra­bić po­dwór­ko.

Ki­wam gło­wą w mil­cze­niu.

- Chan­dry­czy­li­śmy się z nim pra­wie czter­dzie­ści mi­nut, aż wresz­cie wy­szedł i w koń­cu nie wziął żad­ne­go kre­dy­tu. Zmar­no­wa­ny czas!

Nie wąt­pię.

- Wierz mi, trud­no się było z fa­ce­tem do­ga­dać!

Wie­rzę.

- A w ogó­le bre­dził coś o ja­kiejś die­cie pu­deł­ko­wej i że po­trze­bu­je środ­ków na sfi­nan­so­wa­nie ku­ra­cji. - Ma­te­usz chi­cho­cze. - Za­zwy­czaj lu­dzie chcą kre­dy­ty na nową pla­zmę, wa­ka­cje albo na na­pra­wę sa­mo­cho­du, no ale do­bra. Klient nasz pan.

- Fak­tycz­nie, dziw­ne - zga­dzam się.

- Mia­łem na­wet taką myśl, żeby wy­słać go do cie­bie. Ta­niej by mu wy­szło. I le­piej. - Ota­cza mnie ra­mie­niem i ca­łu­je w czo­ło. - Ale stwier­dzi­łem, że ci tego oszczę­dzę.

Uśmie­cham się bla­do, gła­dząc jego dłoń.

- Nie wiem, no, pra­cu­ję już w tym ban­ku kil­ka lat i mam wra­że­nie, że co­raz dziw­niej­si są ci lu­dzie, co do nas przy­cho­dzą. Do­brze, że ty nie mu­sisz mieć z ta­ki­mi do czy­nie­nia.

No, całe szczę­ście!