Diego Simeone - Carlos Aznar

-
Proszę czekać

WSTĘP

Sedno futbolu

Uro­dził się 28 kwiet­nia 1970 roku. W pierw­szej li­dze ar­gen­tyń­skiej pił­ki noż­nej za­de­biu­to­wał jako sie­dem­na­sto­la­tek 13 wrze­śnia 1987 roku. Po­cząw­szy od tego mo­men­tu ży­cie pod­po­rząd­ko­wał za­wo­do­wej pił­ce noż­nej, przez pra­wie dwie de­ka­dy wy­stę­pu­jąc w roli czo­ło­we­go spor­tow­ca, a na­stęp­nie przyj­mu­jąc funk­cję tre­ne­ra. I na tym polu zbie­rał ty­tu­ły i uzna­nie, tak jak przed­tem jako za­wod­nik. Fut­bol stał się esen­cją ży­cia Die­go Pa­blo Si­me­one (Bu­enos Aires) od chwi­li, gdy za rękę z oj­cem wszedł mię­dzy rzę­dy sta­dio­nu Ra­cing de Avel­la­ne­da, aż do dziś, kie­dy co­dzien­nie po­ja­wia się na tre­nin­gach Atléti­co Ma­dryt w Cer­ro del Espi­no de Ma­ja­da­hon­da. Bo­gac­two do­świad­czeń i prze­żyć czter­dzie­sto­let­nie­go Si­me­one czy­ni z nie­go doj­rza­łe­go męż­czy­znę, lecz cią­gle żąd­ne­go roz­wo­ju, po­świę­ca­ją­ce­go czas i umie­jęt­no­ści jako tre­ner.

Si­me­one od dziec­ka wy­róż­niał się w gru­pie ró­wie­śni­ków. Jego oj­ciec Car­los Al­ber­to wspo­mi­na, że mło­dy Die­go Pa­blo tra­cił wie­le w po­rów­na­niu z rów­no­lat­ka­mi z po­wo­du pa­sji do pił­ki noż­nej. Jego za­baw­ką była pił­ka. Obec­nie wie­lu chłop­ców czas na na­ukę po­świę­ca na ma­rze­nia o by­ciu pił­ka­rza­mi; ma­rze­nia te nie­rzad­ko po­dzie­la­ją ich ro­dzi­ce. Ale w tam­tych cza­sach sła­wy fut­bo­lu nie były tak eks­po­no­wa­ne, nie było tylu ko­lek­cji na­kle­jek, tylu ko­szu­lek, tylu bu­tów, tyle te­le­wi­zji, ta­kich tech­nik ryn­ko­wych wo­kół pił­ki jak te, któ­re obec­nie bom­bar­du­ją umy­sły dzie­ci. Mimo wszyst­ko Die­go wzra­stał przez pił­kę noż­ną i dla niej. Po przej­ściu przez wie­le ze­spo­łów ze swo­jej dziel­ni­cy tra­fił do ka­te­go­rii ju­nio­rów Ve­lez, dru­ży­ny, w któ­rej w wie­ku 17 lat za­de­biu­to­wał w li­dze ar­gen­tyń­skiej. Ma­jąc 20 lat, wy­ko­nał skok do Eu­ro­py, wy­jąt­ko­wy za­rów­no dzię­ki de­biu­to­wi w pił­ce za­wo­do­wej, jak i po­dró­ży na Sta­ry Kon­ty­nent, co w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głe­go wie­ku nie było po­wszech­ne. Dzi­siaj jest na po­rząd­ku dzien­nym tzw. trans­fer mło­dych ta­len­tów fut­bo­lu ar­gen­tyń­skie­go do klu­bów eu­ro­pej­skich. Na­le­ży do nich m.in. Ser­gio Agu­ero, któ­ry tra­fił do Atléti­co Ma­dryt w wie­ku 17 lat. Si­me­one wy­prze­dzał rów­nież swo­je cza­sy po­świę­ce­niem dla pił­ki noż­nej, dbał o sie­bie, za­wsze był w naj­lep­szej for­mie. I tak po­stę­pu­je na­dal - nie przy­tył ani ki­lo­gra­ma od cza­su, gdy po­rzu­cił pole gry, i dba o swój wi­ze­ru­nek, któ­ry mo­bi­li­zu­je jego uczniów.

Si­me­one pró­bo­wał wie­lu aro­ma­tów czy­stej esen­cji fut­bo­lu. Po­znał fut­bol ar­gen­tyń­ski, wło­ski i hisz­pań­ski jako za­wod­nik; obec­nie bada je od stro­ny tech­nicz­nej. Za­wsze ze spa­ko­wa­ną wa­liz­ką, uta­jo­ną du­szą tre­ne­ra i prze­ko­na­niem, że le­piej sa­me­mu odejść, za­nim inni ze­chcą się z nim po­że­gnać. Cho­lo gro­ma­dził eki­py, tre­ne­rów, ko­le­gów, ki­lo­me­try... i prze­ży­cia, z któ­rych za­cho­wu­je to co naj­cie­kaw­sze, to co te­raz sto­su­je z po­wo­dze­niem na ław­ce Atléti­co Ma­dryt. Za­bie­ga­ne ży­cie, w któ­rym głów­ną rolę gra­ła jego ro­dzi­na, od cza­su po­rad jego ro­dzi­ców Car­lo­sa Al­ber­to i Nil­dy, aż po zwią­zek z Ca­ro­li­ną - mał­żeń­stwo i na­ro­dzi­ny trzech sy­nów: Gio­van­nie­go, Gian­lu­ki i Giu­lia­no. Jego oj­ciec, jak "wy­znał" Cho­lo, jest oso­bą, któ­ra mia­ła na nie­go naj­więk­szy wpływ poza świa­tem fut­bo­lu, po mat­ce odzie­dzi­czył m.in. pa­sję do ho­ro­sko­pów, do któ­rych przy­wią­zu­je tak wiel­ką wagę, że in­te­re­su­je się zna­ka­mi zo­dia­ku swo­ich gra­czy, aby uło­żyć swo­je re­la­cje z nimi. On sam, oczy­wi­ście, jest By­kiem, zna­kiem "skom­pli­ko­wa­nym", tak jak pił­ka­rze Iker Ca­sil­las, Die­go For­lan i Da­vid Bec­kham (z któ­rym miał jed­no, dwa spię­cia) czy ak­to­rzy, tacy jak Geo­r­ge Clo­oney i Al Pa­ci­no (do któ­re­go zwró­cił się jako tre­ner, aby zmo­ty­wo­wać dru­ży­nę Es­tu­dian­tes). Być może stąd hoł­du­je pew­nym prze­są­dom cha­rak­te­ry­stycz­nym dla wie­lu za­wo­dow­ców fut­bo­lu. Nie lubi, aby ro­bić mu zdję­cia na mu­ra­wie, jako gracz miał zwy­czaj wią­za­nia bu­tów, ban­da­żo­wa­nia się w pe­wien spo­sób, wska­ki­wa­nia na bo­isko w od­po­wied­ni spo­sób...

Jed­na z jego ka­bał jako tre­ne­ra wią­że się z ubra­nia­mi, ja­kie zwy­kle nosi. Na przy­kład, kie­dy kie­ro­wał Es­tu­dian­tes w La Pla­ta, za­wsze wkła­dał ten sam gar­ni­tur na 19 me­czów tur­nie­ju otwar­cia 2006, z któ­re­go jego eki­pa wy­szła z ty­tu­łem mi­strza. Po "wy­peł­nie­niu mi­sji" strój zo­stał sprze­da­ny na au­kcji cha­ry­ta­tyw­nej. Si­me­one, zwią­za­ny ze swo­ją ro­dzi­ną od pierw­szych me­czów, od­dał swo­jej mat­ce pierw­szą pen­sję za­wod­ni­ka w Ve­lez, ale oj­ciec zwró­cił mu pie­nią­dze. "Jak dłu­go żyję, w tym domu to ja daję na ży­cie", oznaj­mił Car­los Al­ber­to.

Jego ro­dzi­ce, a tak­że sio­stry, Car­la i Na­ta­lia, byli naj­waż­niej­si w jego ży­ciu. Na­ta­lia jest zwią­za­na za­wo­do­wo z obec­nym tre­ne­rem. Po wie­lu la­tach z róż­ny­mi agen­ta­mi Die­go Pa­blo po­sta­no­wił wła­śnie jej po­wie­rzyć swo­je in­te­re­sy (pro­ce­so­wać się z klu­ba­mi, któ­re go chcia­ły, chcą i mia­ły). "Je­stem szczę­ścia­rą, po­nie­waż mógł nie mnie wy­brać do wspól­nej pra­cy, a jed­nak po­sta­wił na mnie", ko­men­tu­je dum­na, po­waż­na i twar­da ne­go­cja­tor­ka w świe­cie zdo­mi­no­wa­nym przez męż­czyzn. Oczy­wi­ście po ślu­bie do gro­na naj­waż­niej­szych dla niech osób do­łą­czy­li jego żona i trzej sy­no­wie.

Z Ca­ro­li­ną Bal­di­ni, mo­del­ką ar­gen­tyń­ską, z któ­rą zwią­zek prze­ży­wał wzlo­ty i upad­ki, ma trzech sy­nów, wszy­scy po­szli w śla­dy ojca w kró­lo­wej spor­tu. Naj­star­szy z trój­ki Gio­van­ni, uro­dzo­ny w Ma­dry­cie, kie­dy Cho­lo zdo­by­wał pu­cha­ry z Atléti­co, jest w re­zer­wie pierw­sze­go ze­spo­łu Ri­ver Pla­te, grał w ka­te­go­rii ju­nio­rów al­bi­ce­le­ste; pod­czas gdy jego dwaj mali bra­cia rów­nież gra­ją w ka­te­go­riach ju­nio­rów. Giu­lia­no, be­nia­mi­nek ro­dzi­ny, jest naj­bar­dziej nie­ustę­pli­wy co do pra­cy swo­je­go ojca, wy­ma­ga­jąc od nie­go - z całą na­tu­ral­no­ścią i nie­win­no­ścią swo­ich dzie­się­ciu lat - aby Atléti­co i jego gra­cze się do­sko­na­li­li. Gian­lu­ca wal­czy w ósmej dy­wi­zji Ri­ver, ale na jego kon­cie na Twit­te­rze jako tło fi­gu­ru­je zdję­cie sta­dio­nu Vi­cen­te Cal­de­ron z pod­pi­sem peł­nym uczu­cia: "Sła­wę zdo­by­wa się w wal­ce". Pod tym stwier­dze­niem rów­nie do­brze mógł pod­pi­sać się jego oj­ciec. To mot­to przy­świe­ca­ło spo­tka­niu po­mię­dzy ze­spo­ła­mi ro­ji­blan­co (Los Ro­ji­blan­cos, czy­li czer­wo­no-bia­li)i Se­wil­li, któ­re skoń­czy­ło się 4:0 dla Atléti­co.

Czy­sta esen­cja fut­bo­lu z ko­dek­sem pił­ka­rza ukształ­to­wa­ne­go na daw­ną mo­dłę i dzia­ła­ją­ce­go w świe­cie, któ­ry ra­dy­kal­nie się zmie­nił od cza­su jego pierw­szych kro­ków jako za­wo­do­wy pił­karz. "Trze­ba grać me­cze z no­żem w zę­bach", jed­na z jego mak­sym, któ­ra prze­kła­da się na od­da­nie i na­pię­cie, ja­kich wy­ma­ga od swo­ich pod­opiecz­nych w każ­dym me­czu. "Wolę grać do­brze, niż grać ład­nie; po­sia­da­nie pił­ki mnie nie in­te­re­su­je", Si­me­one przed­kła­da prak­tycz­ność nad wi­do­wi­sko­wość, wie bo­wiem, że nie wszyst­kie ze­spo­ły wy­bie­ra­ją styl ład­nej gry w ca­łym me­czu, sta­wia­jąc ra­czej na do­sto­so­wa­nie środ­ków, wy­wie­ra­nie pre­sji, sto­so­wa­nie kontr­ata­ku i by­cie ze­spo­łem efek­tyw­nym. Esen­cja, któ­ra zna­la­zła swój naj­peł­niej­szy aro­mat w Atléti­co Ma­dryt. Była już wiel­ka mi­łość w dwóch eta­pach pił­kar­skich, zwłasz­cza w in­ten­syw­nym pierw­szym, z hi­sto­rycz­nym du­ble­tem, a te­raz zwią­zek po­głę­bił się po jego przy­by­ciu na ław­kę ro­ji­blan­cos, z no­wy­mi ty­tu­ła­mi i więk­szą iden­ty­fi­ka­cją z ki­bi­ca­mi, któ­rzy są wdzięcz­ni za jego pra­cę i utoż­sa­mia­nie się z ko­lo­ra­mi ze­spo­łu. "Ni­g­dy nie był­bym tre­ne­rem Re­alu Ma­dryt". "Jed­na ko­szul­ka Atléti­co jest war­ta dwóch in­nych, nie za­mie­nię jej na żad­ną inną". "To moja ro­dzi­na". To nie­któ­re wy­po­wie­dzi uka­zu­ją­ce wy­jąt­ko­wy zwią­zek z klu­bem tego pił­ka­rza, obec­nie tre­ne­ra. Si­me­one za­pi­su­je zło­te stro­ni­ce w bo­ga­tej hi­sto­rii Atléti­co, gdzie już uho­no­ro­wa­no go zna­nym w ca­łym świe­cie pił­kar­skim hym­nem: "Ole, Ole, Ole, Cho­lo Si­me­one".

Diego Pablo Simeone, trener Atletico Madryt. Mecz o Puchar Hiszpanii pomiędzy Sant Andreu i Atletico Madryt, wynik 0:4, w dniu 7 grudnia 2013 roku w Barcelonie, Hiszpania

Trener i zawodnik, kolekcjoner tytułów

"Bło­go­sła­wień­stwo", tak okre­śla­ją En­ri­que Ce­re­zo i Mi­guel An­gel Gil, a tak­że inni dzia­ła­cze na sta­dio­nie Vi­cen­te Cal­de­ron, po­ja­wie­nie się Die­go Pa­blo Si­me­one na ław­ce Atléti­co Ma­dryt pod ko­niec 2011 roku. Po­now­ne spo­tka­nie w in­nej roli, o któ­rym już od pew­ne­go cza­su mó­wio­no wśród czer­wo­no-bia­łych, umoc­ni­ło uczu­cie, ja­kie na­ro­dzi­ło się mię­dzy Ar­gen­tyń­czy­kiem a eki­pą znad Man­za­na­res w po­ło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych XX wie­ku. Cho­lo da­wał wów­czas z sie­bie wszyst­ko na mu­ra­wie i do­ło­żył ce­gieł­kę, aby po­pro­wa­dzić ki­bi­ców Atléti­co na spo­tka­nie z bo­giem Nep­tu­nem, ka­mien­nym i dum­nym go­spo­da­rzem uro­czy­sto­ści col­cho­ne­ros.

Awan­so­wał w czerw­cu 1994 roku, kie­dy Atléti­co Ma­dryt za­twier­dzi­ło trans­fer środ­ko­we­go po­moc­ni­ka, pod­pi­su­jąc umo­wę, na któ­rą przy­by­li Je­sus Gil, nie­za­po­mnia­ny pre­zy­dent klu­bu ma­dryc­kie­go, i Luis Cu­ervas, jego od­po­wied­nik z klu­bu z Se­wil­li. Die­go Pa­blo nie był je­dy­nym trans­fe­rem z ze­spo­łu po­łu­dnio­wo­ame­ry­kań­skie­go, kie­ro­wa­ne­go przez Fran­ci­sco "Pa­cho" Ma­tu­ra­nę. Przy­je­chał do sto­li­cy ra­zem z Ko­lum­bij­czy­kiem "Tren" Va­len­cia - za­wod­ni­kiem, któ­ry po­gu­bił się na dro­gach ro­ji­blan­cas, a jego pierw­szym zmar­twie­niem tuż po wy­lą­do­wa­niu w Ma­dry­cie był za­kup sto­łu bi­lar­do­we­go, oraz z Ro­sja­ni­nem Igo­rem Do­bro­wol­skim i Del­fim Ge­lim, by­strym skrzy­dło­wym ka­ta­loń­skim, któ­ry ode­grał waż­ną rolę w szyb­kich suk­ce­sach Atléti­co - to on po­dał pił­kę, któ­rą przy­jął na gło­wę Mi­lin­ko Pan­tić i ustrze­lił Copa del Rey - Pu­char Kró­la, któ­ry spo­czy­wa w ga­blo­cie na sta­dio­nie Cal­de­ron. Ope­ra­cja kosz­to­wa­ła Je­su­sa Gila 465 mi­lio­nów pe­set, czy­li za­le­d­wie trzy mi­lio­ny euro. Kwo­ta była zna­czą­ca, ale ta in­we­sty­cja oka­za­ła się ze wszech miar do­cho­do­wa, bio­rąc pod uwa­gę to wszyst­ko, co wy­da­rzy­ło się za­le­d­wie dwa lata po trans­fe­rze środ­ko­we­go za­wod­ni­ka ar­gen­tyń­skie­go.

"Bło­go­sła­wień­stwo", po­nie­waż tam­te­go od­le­głe­go lata Atléti­co sta­ło się, dzię­ki temu spor­tow­co­wi z ge­nem zwy­cię­stwa, za­ląż­kiem ko­lek­cjo­ne­ra ty­tu­łów za­rów­no na mu­ra­wie, jak i na ław­ce tre­ne­ra. Za­wod­nik o nie­sa­mo­wi­tych ce­chach fi­zycz­nych i nie­zwy­kłym cha­rak­te­rze, nie­ma­ją­cy cze­go za­zdro­ścić tym zna­ko­mi­tym pił­ka­rzom, któ­rych w pił­kar­skich ką­ci­kach plot­kar­skich ob­wi­nia się o by­cie ar­ty­sta­mi. Tem­pe­ra­ment, któ­ry ujaw­nił jako tre­ner i na­sy­cił nim ze­spo­ły mu prze­ka­za­ne do tre­no­wa­nia, po­zo­sta­wia­jąc ja­sne prze­sła­nie: wal­ka cią­gła i bez­względ­na o pił­kę oraz sil­na przy­pra­wa, któ­ra wzbo­ga­ca pod­sta­wy tak­tycz­ne, ja­kie Cho­lo go­tu­je dla swo­ich ze­spo­łów. Ten gen zwy­cię­stwa zna­lazł od­po­wied­nią sie­dzi­bę w klu­bie znad brze­gu rze­ki Man­za­na­res. Po trzech la­tach ad­ap­ta­cji do pił­ki eu­ro­pej­skiej we wło­skim klu­bie Piza przy­le­ciał do Hisz­pa­nii do klu­bu Se­wil­la, ze­spo­łu - po­mo­stu do sto­li­cy hisz­pań­skiej. Tam, na po­łu­dniu Hisz­pa­nii, spo­tkał się z dwie­ma po­sta­cia­mi fun­da­men­tal­ny­mi w hi­sto­rii fut­bo­lu ar­gen­tyń­skie­go: Die­go Ar­man­do Ma­ra­do­ną, z któ­rym dzie­lił szat­nię w ostat­nich la­tach jako naj­lep­szy za­wod­nik wszech cza­sów... za po­zwo­le­niem Lio­ne­la Mes­si, oraz Car­lo­sem Bi­lar­do, jed­nym z głów­nych tre­ne­rów w bo­ga­tej hi­sto­rii pił­ki noż­nej. Ale do­pie­ro w bar­wach ro­ji­blan­co za­czął zdo­by­wać naj­wię­cej tro­fe­ów do swo­jej i tak już za­peł­nio­nej ga­blo­ty, do­da­jąc ty­tu­ły klu­bo­we do zdo­by­tych w re­pre­zen­ta­cji Ar­gen­ty­ny. Bro­niąc swo­je­go kra­ju, mło­dziut­ki Cho­lo zo­stał mi­strzem w Pu­cha­rze Ame­ry­ki, dwa razy w Pu­cha­rze Kon­fe­de­ra­cji i w Pu­cha­rze Fran­chie­go, za­nim do­tarł na sta­dion Vi­cen­te Cal­de­ron. Wło­żył czer­wo­no-bia­łą ko­szul­kę i wkrót­ce się­gnął nie­ba. Po trud­nym roku ze­spół pro­wa­dzo­ny przez Ra­do­mi­ra An­ti­ca stał się hi­sto­rycz­nym du­ble­tem: Liga i Pu­char w jed­nym nie­za­po­mnia­nym se­zo­nie za­koń­czo­nym w czerw­cu 1996 roku. Kon­tro­wer­syj­ne kry­te­rium serb­skie­go tre­ne­ra zmu­si­ło go do ku­pie­nia bi­le­tu do Cal­cio rok póź­niej. Bro­niąc ko­szul­ki naj­pierw In­te­ru Me­dio­lan, po­tem La­zio, Die­go Pa­blo do­łą­czył do swo­jej ko­lek­cji ko­lej­nych pięć tro­fe­ów, trzy za "grę w domu" - Liga, Pu­char i Su­per Pu­char Włoch z La­zio - i dwa mię­dzy­na­ro­do­we, Pu­char UEFA z In­te­rem i Su­per Pu­char Eu­ro­py z La­zio. Po za­koń­cze­niu tego eta­pu w fut­bo­lu wło­skim po­wró­cił do Atléti­co w epo­ce jego mniej­szej świet­no­ści, na któ­rej kładł się cie­niem spa­dek do Se­gun­da Di­vi­sion (hiszp. dru­ga dy­wi­zja - hisz­pań­ska liga o cha­rak­te­rze pro­fe­sjo­nal­nym) na ko­niec stu­le­cia, kie­dy hi­sto­rycz­ny ze­spół z Ma­dry­tu usi­ło­wał od­zy­skać swój rytm, naj­pierw w roz­gryw­kach kra­jo­wych, aby póź­niej zno­wu od­zy­skać po­zy­cję na kon­ty­nen­cie. Nie było tro­fe­ów, ale za to do­świad­cze­nia i na­uka na przy­szłość - Si­me­one, od­zna­czo­ny we­te­ran, przy kil­ku oka­zjach uda­wał już tre­ne­ra, kie­dy Gre­go­rio Man­za­no, wte­dy tre­ner Atléti­co, zo­sta­wiał go na ław­ce re­zer­wo­wych. Die­go znów za­czął pa­ko­wać wa­liz­ki, aby za­koń­czyć ka­rie­rę w klu­bie swo­je­go dzie­ciń­stwa, do któ­re­go nie mógł na­le­żeć u jego po­cząt­ków i wo­bec któ­re­go miał nie­spła­co­ny dług, aby za­wie­sić wresz­cie na koł­ku swo­je kor­ki peł­ne od­wa­gi, wy­sił­ków, kom­pro­mi­sów, po­ra­żek, trium­fów i ty­tu­łów, wie­lu ty­tu­łów.

W tym okre­sie, bo­ga­tym i róż­no­rod­nym, je­śli cho­dzi o ze­spo­ły i ty­tu­ły, Die­go Pa­blo Si­me­one miał szczę­ście pra­co­wać z wie­lo­ma ko­le­ga­mi i tre­ne­ra­mi. Nie­trud­no zna­leźć świa­dec­twa wie­lu z nich, w któ­rych mó­wią już o ukry­tych zdol­no­ściach tre­ner­skich, o za­wod­ni­ku, któ­ry od­gry­wał więk­szą rolę, niż ten, któ­ry tyl­ko wy­cho­dzi, bie­ga, przy­kła­da nogę do pił­ki, o za­wod­ni­ku, u któ­re­go do­strze­ga­no spo­sób by­cia tre­ne­ra na polu gry i poza nim. Jak gdy­by 14 lat za­wo­dow­stwa na bo­isku było cięż­kim, za­baw­nym i uwień­czo­nym suk­ce­sem kur­sem na­uki w "Aca­de­mia de Bu­enos Aires", w Club de Ra­cing Avel­la­ne­da. Jak gdy­by Cho­lo uro­dził się tre­ne­rem, a lata, kie­dy był za­wod­ni­kiem, na­le­ża­ły je­dy­nie do obo­wiąz­ko­wych prak­tyk w celu uzy­ska­nia le­gi­ty­ma­cji. Tre­ner, któ­ry mu­siał być za­wod­ni­kiem, a nie za­wod­nik, któ­ry po­sta­no­wił być tre­ne­rem.

Si­me­one nie po­tra­fił żyć bez kró­lo­wej spor­tu ani kró­lo­wa spor­tu nie mo­gła zo­sta­wić na bocz­nym to­rze jed­ne­go z tych gra­czy, któ­rzy sza­nu­ją za­wód, nie szczę­dzą wy­sił­ków i dają sie­bie sa­mych na polu gry. Ra­cing w Avel­la­ne­da pod Bu­enos Aires miał wte­dy de­li­kat­ną sy­tu­ację i Die­go pra­wie bez eta­pów po­śred­nich za­mie­nił kor­ki na no­tes, prze­cho­dząc w jed­nej chwi­li od tre­no­wa­nia do by­cia tre­ne­rem. Wła­śnie tam w 2006 roku. Przy­spie­szo­na me­ta­mor­fo­za po­dob­na do tej, jaką prze­szedł wie­le lat wcze­śniej inny z bo­ha­te­rów w hi­sto­rii Atléti­co, Luis Ara­go­nés. Kil­ka lat we wła­snym kra­ju two­rzył swój nowy wi­ze­ru­nek, aby na­stęp­nie przejść do wło­skie­go fut­bo­lu, jak to już raz zro­bił, kie­dy na­bie­rał śmia­ło­ści na polu gry, wró­cić prze­lot­nie do Ra­cin­gu i przy­bić do por­tu Atléti­co, gdzie ocze­ki­wa­no go z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi. Sie­dem lat pra­cy jako tre­ner, co dało mu czas, by do­dać nowe ty­tu­ły do oso­bi­stej ko­lek­cji: otwar­cie i za­mknię­cie w jego oj­czyź­nie, Es­tu­dian­tes i Ri­ver, Liga Eu­ro­pej­ska i Su­per Pu­char Eu­ro­py z Atléti­co. Po­dob­nie jak w po­ło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głe­go wie­ku, jego po­ja­wie­nie się w klu­bie w Ma­dry­cie po­wi­ta­no z ogrom­ną ra­do­ścią. Przy­je­chał, aby zmie­nić na war­cie Gre­go­rio Man­za­no w po­ło­wie se­zo­nu, pra­wie wpro­wa­dził przy­gnę­bio­ny ze­spół do Ligi Mi­strzów i po­pro­wa­dził go do zdo­by­cia dwóch ko­lej­nych ty­tu­łów eu­ro­pej­skich. Ale idyl­la do­pie­ro się roz­po­czę­ła. Kon­ty­nu­ując wy­jąt­ko­wą pra­cę w na­stęp­nym se­zo­nie (2012-2013), Atléti­co po­sta­no­wi­ło zro­bić krok na­przód i prze­dłu­ży­ło kon­trakt aż do czerw­ca 2017 toku. Był to nie­wia­ry­god­ny do­wód za­ufa­nia ze stro­ny klu­bu, któ­ry ni­g­dy wcze­śniej nie chciał wią­zać się z tre­ne­rem na tak dłu­go. "Atléti­co to moja ro­dzi­na", wy­znał w dniu pa­ra­fo­wa­nia prze­dłu­że­nia kon­trak­tu. Tre­ner z po­wo­ła­nia, za­wo­do­wy pił­karz rów­nież z po­wo­ła­nia, czło­wiek, któ­ry chce zdo­by­wać nowe ty­tu­ły, aby nie tyl­ko przy­ozdo­bi­ły jego prze­peł­nio­ne ga­blo­ty, ale tak­że za­cie­śni­ły wię­zy z ki­bi­ca­mi, któ­rzy wi­dzie­li w nim gwiaz­dę na ław­ce tre­ner­skiej. To nie zda­rzy­ło się już od wie­lu lat.

Trener Atletico Madryt Diego Pablo Simeone uczestniczy w konferencji prasowej na stadionie Georgios Karaiskakis, Ateny, 2014 roku