Diament śmierci - Matthew Hart

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Wszyst­kie dia­menty są krwawe. Pyta­nie tylko, czyja to krew.

W ciemną sierp­niową noc Piet Louw i Denny Vor­ster wydo­byli tysiąc­pięć­set­dwu­na­sto­ka­ra­towy dia­ment z rzeki Chi­capa w pro­win­cji Lunda Pół­nocna w pół­nocno-wschod­niej czę­ści Angoli nie­da­leko gra­nicy z Kon­giem. Powie­trze było prze­siąk­nięte wonią rosną­cych w dżun­gli orchi­dei. Aksa­mitną noc roz­dzie­rały wrza­ski zwie­rząt.

Piet sikał z burty barki, a Denny, na któ­rego wła­śnie przy­szła kolej, pra­co­wał w wodzie. Był na dole, na dnie rzeki, i oddy­cha­jąc poda­wa­nym przez prze­wód powie­trzem, wydo­by­wał żwir za pomocą rury ssą­cej. Na rzece pano­wała cisza. Sły­chać było jedy­nie dobie­ga­jące z zaro­śli krzyki zwie­rząt, ryt­miczny war­kot pompy i grze­chot kamy­ków na sta­lo­wym sicie prze­sie­wa­cza. A potem roz­legł się nagle gło­śny brzęk, gdy ude­rzyło w nie coś cięż­kiego, co następ­nie sto­czyło się z niego i z głu­chym odgło­sem spa­dło na drew­niany pokład.

Piet odwró­cił się i wyba­łu­szył oczy. W kręgu sła­bej poświaty dokoła plamy ostrego świa­tła, które padało na sito, leżał kamień. Piet zapiął roz­po­rek, pod­szedł bli­żej i przy­kuc­nął, żeby mu się przyj­rzeć.

Leżący na pokła­dzie kamień był cały oble­piony zasko­ru­piałą masą, a mimo to lśnił. Świa­tło znaj­do­wało jakoś drogę przez pęk­nię­cia, a krysz­tał chło­nął je, wzmac­niał i wysy­łał z powro­tem na zewnątrz. Moc dia­mentu prze­bi­jała okry­wa­jącą go sko­rupę. Prze­biła też mózg Pieta.

Świa­tło wypły­wa­jące przez wąskie pęk­nię­cia na powierzchni sko­rupy pul­so­wało niczym tętno sro­giego boga.

Piet zna­lazł długi kawał łań­cu­cha kotwicz­nego, zwi­nął go i poło­żył przy bur­cie, po czym przy­wlókł kilka beto­no­wych pusta­ków, któ­rych cza­sem uży­wali jako kotwic. Prze­cią­gnął przez nie łań­cuch, po czym wyjął nóż, uklęk­nął na pokła­dzie i poło­żył dłoń na zim­nej, wil­got­nej rurze, która dostar­czała Denny'emu powie­trze. Prze­ciął ją jed­nym zde­cy­do­wa­nym pocią­gnię­ciem noża.

Pięt­na­ście sekund póź­niej na powierzch­nię wody wypry­snął Denny, krztu­sząc się i z tru­dem łapiąc oddech. Piet pochy­lił się, zamach­nął i czter­dzie­sto­ca­lo­wym klu­czem do rur zmiaż­dżył mu głowę. Potem przy­cią­gnął go do burty, owi­nął łań­cuch kotwiczny z beto­no­wymi blocz­kami wokół jego tuło­wia i ode­pchnął ciało. Po chwili znik­nęło w ciem­nej wodzie.

Teraz Piet był wła­ści­cie­lem całego dia­mentu.

Owi­nął go kawał­kiem worka, wsiadł do alu­mi­nio­wej łodzi i popły­nął w dół rzeki do ich obo­zo­wi­ska. Pięć­dzie­siąt jar­dów przed nim wyłą­czył sil­nik zabur­towy, żeby nie obu­dzić kucha­rza, i resztę drogi prze­pły­nął z prą­dem, ste­ru­jąc wio­słami.

Po cichu, z walą­cym ser­cem, zaniósł kamień do małego labo­ra­to­rium za szopą, w któ­rej był warsz­tat mecha­niczny. Wszedł do środka i zamknął drzwi. Wło­żył kamień do zlewu, puścił na niego stru­mień wody i zaczął odry­wać kawałki zasko­ru­pia­łego mułu. Nagle zdjął go strach. Chwy­cił tester do dia­men­tów, włą­czył go i wci­snął koń­cówkę w jedno z pęk­nięć w sko­ru­pie, aż dotknęła kamie­nia.

Dia­ment.

Kamień wypeł­niał mu dłoń jak grejp­frut. W labo­ra­to­rium miał wagę do dia­men­tów, ale ten klej­not był zbyt wielki, by się na niej zmie­ścić. Nie­wia­ry­god­nie, nie­zro­zu­miale ogromny dia­ment.

I ten kolor! Zda­wał się kipieć. Doma­gał się uwol­nie­nia. Dziki, nie­po­skro­miony róż. Czy to był jego praw­dziwy kolor, czy też dia­ment przej­mo­wał ze ska­mie­nia­łej sko­rupy coś, czego on nie mógł zerwać? Gdyby to był praw­dziwy róż, kamień byłby wart dzie­siątki milio­nów. Nie, setki milio­nów.

Zapa­ko­wał go tro­skli­wie w folię bąbel­kową, owi­nął w natłusz­czone płótno i wło­żył do bre­zen­to­wej torby. Myśli wiro­wały mu w gło­wie. Jak mógłby wywieźć dia­ment z Angoli?

Nie mógł go zabrać do sto­licy, Luandy, gdzie powinny tra­fiać wszyst­kie eks­por­to­wane dia­menty. Angol­czycy ni­gdy nie wypu­ści­liby takiego kamie­nia z kraju, nie­za­leż­nie od wyso­ko­ści zapła­co­nych przez niego łapó­wek. Będzie musiał wywieźć go za gra­nicę bez­po­śred­nio z Sau­rimo, naj­bliż­szego mia­sta.

Ukrył torbę za rzę­dem beczek na ropę, wyłą­czył świa­tło i zamknął za sobą drzwi na klucz.

Żaden zamek nie chroni jed­nak przed stra­chem.

Klej­not miał już peł­nię wła­dzy nad jego mózgiem. Wła­dza ta rosła i roz­prze­strze­niała się na zewnątrz, w noc, sunąc przez las niczym ciche zwie­rzę. Gdy tylko odszedł od szopy, zwie­rzę już tam było, wijąc się wśród ciem­nych liści na skraju obozu. Piet stwier­dził nie­spo­dzie­wa­nie, że nie może zła­pać tchu. Ogar­nięty nagłą paniką wró­cił do drzwi, a kiedy klucz zaciął się w zamku, zaczął je cią­gnąć i szar­pać. W końcu udało mu się je otwo­rzyć, wbiegł do środka, ode­pchnął na bok beczkę i chwy­cił bre­zen­tową torbę. Roze­rwał płótno i folię bąbel­kową, aż uka­zał się kamień. Upiorny blask roz­lał się dokoła i padł na jego wykrzy­wioną twarz. Piet stał tak przez jakiś czas, nasłu­chu­jąc. Z domku kucha­rza nie docho­dził żaden dźwięk. Szczę­śli­wie dla kucha­rza.

Ponow­nie sta­ran­nie zapa­ko­wał dia­ment, wło­żył go do torby, którą zarzu­cił na ramię, po czym ruszył ścieżką pro­wa­dzącą w dół rzeki do sąsied­niego obo­zo­wi­ska, w któ­rym kilku Rosjan miało kru­szarkę uży­waną do prze­robu żwiru pobie­ra­nego na brzegu rzeki. Mieli też wielki zde­ze­lo­wany sowiecki śmi­gło­wiec Mi-6, któ­rym trans­por­to­wali paliwo i maszyny z Sau­rimo.

Nie lubił cho­dzić przez las - nie cier­piał lep­kiej, czar­nej angol­skiej nocy, kle­ją­cej mu się do twa­rzy, cuch­ną­cego odde­chu dżun­gli, odgło­sów peł­za­ją­cych zwie­rząt. Dwa dni wcze­śniej kucharz zabił pytona kar­ło­wa­tego, który dostał się do kur­nika. Tylko w Afryce sze­ścio­sto­powy wąż może być nazy­wany kar­ło­wa­tym.

Torba coraz bar­dziej cią­żyła mu na ramie­niu.

Serb, który kie­ro­wał rosyj­skim obo­zem, usiadł na płó­cien­nym stołku i trzy­ma­jąc na kola­nach miskę z paru­ją­cym curry, wysłu­chał opo­wie­ści Pieta. Nie uwie­rzył w ani jedno słowo.

- A to ci się pechowo dla Denny'ego zło­żyło, co, Piet? Pro­blem z prze­wo­dem powie­trza. - Pokrę­cił głową. - Cóż za nie­fart. - Wło­żył do ust duży kawa­łek ryby maśla­nej, który miał na widelcu, i grzbie­tem dłoni wytarł z brody żółtą strużkę. - Co masz w tor­bie?

- Różne rze­czy - odparł Piet.

Serb dźgnął widel­cem curry i nabił na niego kolejny kawa­łek sza­ra­wego mięsa.

- Jasne, Piet. Twoje rze­czy. - Posta­wił miskę z curry na ziemi, chwy­cił butelkę rosyj­skiego koniaku i łyk­nął z niej. Następ­nie popa­trzył na Pieta prze­krwio­nymi oczami. - Lecimy rano, Piet. O tej samej godzi­nie co zwy­kle. O szó­stej. Wci­śniemy cię. Może nawet znaj­dzie się miej­sce na twoje rze­czy. - Rzu­cił Pie­towi sze­roki uśmiech. O ile można się sze­roko uśmiech­nąć, mając tylko dzie­więć zębów.

Kiedy Piet wró­cił do obozu, zadzwo­nił przez tele­fon sate­li­tarny do Johan­nes­burga i wyczar­te­ro­wał lear­jeta, który miał przy­le­cieć po niego do Sau­rimo. Powie­dział pilo­towi, żeby wypeł­nił plan dal­szego lotu do Luandy. To było na wypa­dek, gdyby Angol­czycy go pod­słu­chi­wali. Tej nocy nie zasnął nawet na chwilę, tylko leżał czujny, przez cały czas przy­ci­ska­jąc bre­zen­tową torbę do piersi. Dwa razy ją otwo­rzył, roz­pa­ko­wał kamień i wpa­try­wał się w niego, pod­czas gdy klej­not wbi­jał palce w pozo­stałe prze­strze­nie jego mózgu.

Rano poszedł do obozu Rosjan. Oprócz noża i krót­ko­lu­fo­wej trzy­dziest­kió­semki w kabu­rze na kostce Piet miał ukryty pod kurtką cze­ski pisto­let maszy­nowy Škorpion. Z Ser­bami ni­gdy nic nie wia­domo. Ale zawieźli go do Sau­rimo bez żad­nych incy­den­tów.

Lear­jet wylą­do­wał punk­tu­al­nie. Piet pole­ciał nim pro­sto do Johan­nes­burga, gdzie zaniósł dia­ment do Barry'ego Sterna.

Barry był twardy jak stal, ale nie potra­fił pozbyć się wyrazu osłu­pie­nia z twa­rzy, kiedy Piet roz­pa­ko­wał kamień w jasnym świe­tle lampy na jego biurku.

Wziął głę­boki oddech, zamknął na chwilę oczy, po czym się­gnął po lupę.

- Nawet nie wiemy, co to jest, Piet - powie­dział, choć dobrze wie­dział, co to takiego. W jego gło­wie kotło­wały się tysiące obli­czeń. - A zatem po kolei. Naj­pierw to oczy­ścimy.

Nor­mal­nie z suro­wych dia­men­tów usuwa się taką sko­rupę osa­dów, gotu­jąc je przez dwa­na­ście godzin w kwa­sie w swego rodzaju szyb­ko­wa­rze. Kwas usuwa zewnętrzną war­stwę i nawet dostaje się do nie­któ­rych inklu­zji - malut­kich pla­mek zanie­czysz­czeń, skaz, które wystę­pują w więk­szo­ści dia­men­tów. Kto by jed­nak pro­du­ko­wał urzą­dze­nia do takich kąpieli kwa­so­wych zdolne pomie­ścić tysiąc­pięć­set­ka­ra­towy dia­ment?

Osta­tecz­nie Barry skle­cił coś odpo­wied­niego. Zajęło to sporo czasu. Następ­nie bar­dzo ostroż­nie, wie­lo­krot­nie zanu­rza­jąc ogromny dia­ment, pozbył się ska­mie­nia­łej powłoki. Krok po kroku, po tro­szeczku, sko­rupa roz­pusz­czała się we wrzą­cym kwa­sie. Barry ni­gdy jesz­cze nie widział takiego dia­mentu, który się w końcu uka­zał jego oczom. Nikt na Ziemi, żyjący ani umarły, nic podob­nego nie widział. Za każ­dym razem, gdy go wyj­mo­wał z kwasu, Barry przy­glą­dał mu się przez lupę i w pew­nym momen­cie ujrzał galak­tykę, praw­dziwy wszech­świat różu. Zanu­rzył go z powro­tem w kwa­sie i z tru­dem powstrzy­mał łzy. Natu­ral­nie cały czas opo­wia­dał bzdury na temat kamie­nia.

- Ten kolor, Piet... kto wie? Nie pró­buję obni­żyć jego war­to­ści - powie­dział, szu­ka­jąc słów, dzięki któ­rym mógłby ją obni­żyć - ale kto widział taki kolor? Jakby sta­rał się ukryć. Poja­wia się i znika. I ta struk­tura, Piet, płasz­czy­zny pęk­nięć... - Wolno pokrę­cił głową. - Kto mógłby zaufać temu kamie­niowi? Nie jest czy­sty, Piet. To nie­bez­pieczny kamień. Czło­wiek, który spró­buje go ujarz­mić - popa­trzył ze smut­kiem na dia­ment - ni­gdy nie zazna spo­koju.

Piet nie był naj­by­strzej­szym czło­wie­kiem w Afryce. Wziął za dia­ment 12 milio­nów dola­rów. Barry miał już cze­ka­ją­cego kupca, Rosja­nina. Kupiec wie­dział, że kamień jest pro­ble­ma­tyczny, ale z dru­giej strony był też osza­ła­mia­jący. Nie­mal nie do uwie­rze­nia. Ważył ponad 1500 kara­tów. Ludzie rzu­cali impe­ria na kolana dla mniej­szych klej­no­tów. Na kon­cie Barry'ego w Sin­ga­pu­rze poja­wiło się 40 milio­nów dola­rów. Rosja­nin zawiózł dia­ment do Antwer­pii.

1

Lily Sło­wianka wie­rzyła w Boga Ojca wszech­mo­gą­cego, stwo­rzy­ciela nieba i ziemi, i w Jezusa Chry­stusa, Jego Syna Jed­no­ro­dzo­nego, ale wie­rzyła też w kom­pak­to­wego glocka 42. Z nała­do­wa­nym sze­ścio­na­bo­jo­wym maga­zyn­kiem ważył tylko szes­na­ście uncji. Nosiła go na T-shir­cie, pod krótką kurtką z czer­wo­nej skóry. Nie można prze­cież wszyst­kiego zosta­wiać Bogu. Wola­łaby maga­zy­nek dzie­wię­cio­na­bo­jowy, ale mniej­sza liczba strza­łów była akcep­to­wal­nym kom­pro­mi­sem w wypadku pisto­letu, który wła­ści­wie mogła ukryć w biu­sto­no­szu. Jeśli nie udało ci się poło­żyć kogoś sze­ścioma poci­skami grzyb­ku­ją­cymi Fioc­chi Extrema kali­bru 9 mm, naprawdę nie­za­wod­nymi, które Lily bar­dzo lubiła, to zasłu­ży­łeś sobie na to, co dosta­łeś.

Usia­dła w ósmej ławce od ołta­rza i pochy­liła głowę w modli­twie do swo­jej patronki. Nie ma żad­nej świę­tej imie­niem Lily, ale ona żywiła szcze­gólne nabo­żeń­stwo dla Świę­tej Kata­rzyny Teka­kwi­thy, Lilii Mohaw­ków. Nie­zwy­kle szy­kowna w stro­jach z jele­niej skóry i kora­li­kach, jak to widziała Lily, była ponadto księż­niczką, a do tego potra­fiła prze­my­kać przez las niczym zjawa. Tę ostat­nią część o lesie Lily wymy­śliła. Uwa­żała, że jej wła­sna poboż­ność, jaką wyka­zy­wała, ofia­ro­wu­jąc księ­dzu tysiąc dola­rów w dwu­dziest­kach po każ­dej dosta­wie dia­men­tów, daje jej prawo doda­wa­nia kilku przy­mio­tów, które święta musiała tak czy ina­czej posia­dać, ale które umknęły uwagi sie­dem­na­sto­wiecz­nych fran­cu­skich jezu­itów piszą­cych histo­rię tej czę­ści Ame­ryki Pół­noc­nej w cza­sie, kiedy nie wyry­wano im paznokci.

Umie­jęt­ność pogo­dze­nia reli­gij­no­ści z prak­tycz­nym podej­ściem do zabójstw nie jest wyłącz­nie rosyj­ska. Ale Lily miała jesz­cze inne cechy - mania­kalne umi­ło­wa­nie Baletu Bol­szoj, obłęd­nie sko­śne oczy, upodo­ba­nie do dro­giej sybe­ryj­skiej wódki o nazwie Beluga Noble Gold - które, wzięte razem, sta­no­wiły wyja­śnie­nie jej prze­zwi­ska w nie­któ­rych mrocz­nych zauł­kach światka dia­men­tów.

Lekko się obró­ciw­szy, Lily Sło­wianka mogła obser­wo­wać całe wnę­trze kościoła pod wezwa­niem Świę­tego Anioła Stróża.

Tak jak ja. Mie­li­śmy w kościele kamery. Pro­wa­dzi­łem obser­wa­cję w imie­niu służb skar­bo­wych. Jej celem była likwi­da­cja prze­stęp­czej ope­ra­cji pra­nia brud­nych pie­nię­dzy przy­wo­żo­nych do Sta­nów Zjed­no­czo­nych w postaci dia­men­tów. Pla­no­wa­łem zasta­wić pułapkę, ale naj­pierw chcia­łem się dowie­dzieć, jak to wszystko działa. A potem dosta­łem w środku nocy pole­ce­nie: ope­ra­cja została przy­spie­szona. I tak oto się tam zna­la­złem.

Pod­czas mszy o siód­mej rano odgłosy wcze­snego ruchu ulicz­nego na Ocean Par­kway zdo­mi­no­wał cichy szum opon w desz­czu.

- "...który z Ojca jest zro­dzony" - recy­to­wał ksiądz Wyzna­nie wiary.

Odgłosy ruchu ulicz­nego wzmo­gły się, gdy na chwilę otwarto drzwi wej­ściowe, i przy­ci­chły, gdy drzwi zostały zamknięte. Lily sły­szała ciche popi­ski­wa­nie teni­só­wek na lastry­ko­wej posadzce. To była kolejna rzecz, którą lubiła u Świę­tego Anioła Stróża. Dzięki lastryku można było usły­szeć muchę.

- "...zstą­pił z nieba" - wyre­cy­to­wała równo z księ­dzem i sied­mior­giem sta­łych uczest­ni­ków mszy. Zawsze tych samych. To było dobre. Żad­nych nie­spo­dzia­nek. Tego dnia był jesz­cze ósmy, trzy­dzie­sto­pa­ro­letni facet w dżin­so­wej kurtce. Młod­szy od więk­szo­ści sta­łych uczest­ni­ków. Ale Lily przyj­rzała mu się uważ­nie, kiedy przy­szedł, i uznała, że jest w porządku. Zanu­rzył palce w wodzie świę­co­nej i uczy­nił znak krzyża. Wie­dział, kiedy wstać i kiedy uklęk­nąć.

Poza nim jedy­nymi obcymi w kościele byli płat­nik Ław­row i jego żona. Sie­dzieli z otwar­tymi ustami dzie­sięć rzę­dów za Lily i wyglą­dali jak para trolli ze ster­czą­cymi żuchwami i nosami roz­gnie­cio­nymi niczym bryłki wosku. W ich roz­dzia­wio­nych ustach widać było pro­sto­kątne żółte zęby. Ław­row miał pro­blem z krą­że­niem i jego nie­bie­skawy nos oraz duże nie­bie­skawe uszy były koloru jego taniego gar­ni­turu. Z kie­szeni na piersi wysta­wało mu pla­sti­kowe etui pełne dłu­go­pi­sów. Jego żona miała na sobie sukienkę w kwiaty. Ogromny biust był wyzwa­niem dla przed­nich guzi­ków jej sukienki, która zresztą i tak byłaby przy­cia­sna z powodu kevla­ro­wej kami­zelki. Żona płat­nika obiema rękami ści­skała płó­cienną torebkę wiel­ko­ści ple­caka. W torebce były pie­nią­dze.

Wszy­scy w kościele byli starsi od Lily, która miała dwa­dzie­ścia dzie­więć lat. Wyróż­niała się z powodu swo­jego wieku, czer­wo­nej kurtki i robią­cego wra­że­nie wyglądu - krótko przy­strzy­żone, ster­czące czarne włosy, czarne brwi i skóra tak blada, że widać było nie­wy­raźny cień meszku nad górną wargą. Miała gniewne ciem­no­szare oczy i spi­cza­ste elfie uszy. Wokół tych dziw­nych deli­kat­nych muszli krę­ciły się kosmyki ciem­nych wło­sów, niczym polu­jące węgo­rze.

- "I zmar­twych­wstał dnia trze­ciego, jak oznaj­mia Pismo. I wstą­pił do nieba; sie­dzi po pra­wicy Ojca".

W nawie bocz­nej poja­wił się jakiś męż­czy­zna: śred­niego wzro­stu, o dużej, masyw­nej klatce pier­sio­wej, w pomarsz­czo­nych spodniach khaki i jasno­nie­bie­skiej, zapi­na­nej na guziki koszuli z jakimś logo na kie­szonce. Koszula nie była wpusz­czona w spodnie, więc praw­do­po­dob­nie miał broń. Ludzie zaj­mu­jący się han­dlem dia­men­tami lubią mówić, że jest to biz­nes oparty na zaufa­niu, uści­sku dłoni. Jasne, tyle że cza­sem ta dłoń trzyma pisto­let.

- Daj mi lep­sze uję­cie tego faceta - powie­dzia­łem i ekran przede mną zami­go­tał, gdy kamera zmie­niła kąt.

Sie­dzie­li­śmy w wozie dowo­dze­nia nowo­jor­skiej poli­cji zapar­ko­wa­nym milę dalej, na Coney Island. Taki pojazd to w zasa­dzie pozba­wiony okien auto­bus z tele­wi­zyjną reży­serką. Kap­suła odcięta od świata, wypeł­niona przy­ćmio­nym zie­lo­nym świa­tłem i wszyst­kimi zapa­chami, jakie wnie­śli znaj­du­jący się w niej ludzie.

Młody gli­niarz obok mnie prze­łą­czał kamery i kon­tro­lo­wał dźwięk. Kapi­tan w bia­łej, wykroch­ma­lo­nej koszuli nad­zo­ro­wał ope­ra­cję z obi­tego skórą skrzy­pią­cego fotela z zagłów­kiem przy­śru­bo­wa­nego do pod­wyż­sze­nia w naroż­niku. Miał kwa­śną minę na wypa­dek, gdy­bym zapo­mniał, że nie cierpi cywi­lów.

Lily Sło­wianka zesztyw­niała, kiedy męż­czy­zna zbli­żył się do niej. Jej także nie podo­bała się luźna koszula. Trzy­mał dło­nie na widoku, lekko odchy­lone od ciała.

Miał gęste, krę­cone, siwe włosy i zie­mi­stą cerę. Roz­po­zna­łem go. Bra­zy­lij­ski han­dlarz dia­men­tów. Nie­zbyt przej­mu­jący się tym, skąd pocho­dzi jego towar.

Szedł nawą, kule­jąc i postu­ku­jąc obca­sem.

Wsu­nął się na ławkę dwa rzędy za Lily. To była jedna z jej zasad: dwa rzędy. Dość bli­sko, ale nie za bli­sko.

Kiedy już usiadł, rozej­rzał się po kościele. Na koniec ukląkł, pochy­lił głowę, skła­da­jąc dło­nie jak do modli­twy, i wycią­gnąw­szy ręce, wsu­nął je w głąb pustej ławki mię­dzy nim a Lily. Mię­dzy jego kciu­kami poja­wił się długi na trzy cale, pro­sto­kątny, biały kształt. Lily wyjęła papie­rową paczuszkę z jego dłoni i powoli, z uwagą rozej­rzała się dokoła.

Otwo­rzyła paczuszkę pstryk­nię­ciem pal­ców dłoni, w któ­rej ją trzy­mała, demon­stru­jąc zręcz­ność świad­czącą o dosko­na­łej zna­jo­mo­ści spo­sobu, w jaki han­dla­rze dia­men­tów skła­dają papie­rowe paczuszki.

- "Wie­rzę w Ducha Świę­tego...".

Z papieru wytry­snęła mgiełka różo­wego świa­tła i spo­wiła twarz Lily.

Wpa­try­wała się przez chwilę w zawar­tość paczuszki, a jej twarz wydała się łagod­nieć w różo­wej poświa­cie.

- Zrób zbli­że­nie - powie­dzia­łem mło­demu gli­nia­rzowi.

W paczuszce znaj­do­wał się jeden różowy dia­ment. Miał kształt szty­letu, był długi, cienki i na jed­nym końcu spi­cza­sty. Na tle bia­łego papieru lśnił z ogni­stą inten­syw­no­ścią.

Nagle ciszę panu­jącą w kościele prze­szyło trzesz­cze­nie radia.

Lily zamknęła paczuszkę szyb­kimi ruchami pal­ców. Odchy­liła się w ławce do tyłu i popa­trzyła na drugą stronę kościoła. Ksiądz recy­to­wał ostat­nie wersy modli­twy. Na zbli­że­niu twa­rzy Lily widzia­łem kro­pelki potu nad jej górną wargą. Błysz­czały w przy­tłu­mio­nym świe­tle poranka. Patrzyła pro­sto na faceta w dżin­so­wej kurtce, który gorącz­kowo gme­rał przy uchu.

- To wasz czło­wiek? - wark­ną­łem do kapi­tana.

- Nikt z naszych - wymam­ro­tał młody gli­niarz.

Kapi­tan wga­piał się w ekran, wyraź­nie nie mając poję­cia, co się dzieje.

Bra­zy­lij­czyk wycią­gnął rękę do przodu i spró­bo­wał wyrwać paczuszkę, ale Lily trzy­mała ją z dala od niego.

- Pro­szę, powiedz, że nie wzią­łeś więk­szego wspar­cia - powie­działa swoim chra­pli­wym gło­sem. W gło­śniku zabrzmiał zgrzy­tli­wie.

Bra­zy­lij­czyk ponow­nie zło­żył ręce i zmie­rzył ją czar­nymi oczami.

- Kochany - wark­nęła z wyrzu­tem Lily - chcia­łeś mi wyciąć bra­zy­lij­ski numer? - Jej angiel­ski z akcen­tem środ­ko­wo­atlan­tyc­kim był zbyt nie­na­ganny, aby go uznać za ame­ry­kań­ski, i zbyt wygła­dzony rosyj­skimi samo­gło­skami, żeby był bry­tyj­ski. - Ten twój czło­wiek, któ­rego zdra­dziło radio... - cią­gnęła gniew­nym szep­tem. - To bar­dzo nie­ład­nie. Nie tak się uma­wia­li­śmy. Co ty wyra­biasz? - Wsu­nęła paczuszkę do wewnętrz­nej kie­szeni. - Kogo tu jesz­cze masz?

- Co się dzieje? - zapy­tał kapi­tan. Jego fotel gło­śno zaskrzy­piał, gdy zszedł ze swo­jego sta­no­wi­ska i sta­nął za mło­dym gli­nia­rzem.

- Coś jest nie tak - powie­dzia­łem mu. - Ona myśli, że kurier chce ją wyki­wać. Miał przyjść z jed­nym czło­wie­kiem wspar­cia. - Zer­k­ną­łem na moni­tor. - To ten tam, przed głów­nym wej­ściem. Nie widzę nikogo wię­cej, ale nie wygląda to naj­le­piej. Gdzie zespoły aresz­tu­jące?

- Tutaj i tutaj. - Młody gli­niarz postu­kał pal­cem w ekran uka­zu­jący siatkę ulic wokół kościoła. - A tu trzeci. To wjazd na Belt Par­kway.

Mie­li­śmy dwa wła­sne samo­chody, ale on nie wie­dział, gdzie one są. To była jesz­cze jedna z tych spraw, które wku­rzały kapi­tana: plan prze­wi­dy­wał, że nowo­jor­ska poli­cja uniesz­ko­dliwi Rosjan, po czym wkro­czą agenci skar­bowi i ich aresz­tują.

- Gdzie są samo­chody Rosjan? - spy­ta­łem mło­dego.

- Czarny esca­lade przed fron­tem. To wszystko.

Nie sądzi­łem, że to wszystko, ale nie powie­dzia­łem tego, bo w kościele sprawy zaczy­nały się wymy­kać spod kon­troli.

Bra­zy­lij­czyk pokrę­cił głową. Wycią­gnął prawą rękę w stronę Lily Sło­wianki. Jego lewa ręka nie była już na widoku.

- Biorę go z powro­tem - wark­nął.

Wszel­kie pozory taj­nego spo­tka­nia się roz­wiały. Ani on, ani Lily nie pró­bo­wali nawet mówić cichym gło­sem. Przy ołta­rzu ksiądz dziel­nie odpra­wiał mszę. Jego trzódka, choć wystra­szyły ją pod­nie­sione głosy, dotrzy­my­wała mu kroku.

Prze­oczy­łem moment, kiedy Ław­row przy­stą­pił do dzia­ła­nia, i zwró­ci­łem na niego uwagę, dopiero gdy młody gli­niarz powie­dział "ten stary facet". Ław­row zdą­żył już wstać i poko­nać połowę odle­gło­ści dzie­lą­cej go od ławki Bra­zy­lij­czyka, wycią­ga­jąc po dro­dze sta­rego pół­au­to­ma­tycz­nego maka­rowa z zaso­bów Armii Czer­wo­nej. Wyda­wał się mały w jego ogrom­nej łapie.

- Mówię teraz bar­dzo poważ­nie - ode­zwała się Lily. - Nie rób niczego głu­piego.

Ław­row wyce­lo­wał pisto­let w ucho Bra­zy­lij­czyka.

Ksiądz teatral­nym gestem ujął kie­lich i obró­cił się tak ener­gicz­nie, że szata litur­giczna aż zawi­ro­wała wokół niego, po czym obszedł ołtarz, żeby roz­dać wier­nym komu­nię. Sta­rzy ludzie na prze­dzie wstali i zaczęli się prze­su­wać w ław­kach ku nawie głów­nej. To zamie­sza­nie zde­kon­cen­tro­wało Ław­rowa i na krótką chwilę przy­cią­gnęło jego uwagę. Bra­zy­lij­czyk obró­cił się jak kot, odchy­la­jąc głowę od pisto­letu, i bły­ska­wicz­nie uniósł rękę. Na twa­rzy Ław­rowa poja­wił się czer­wony pasek, cią­gnący się od pod­bródka po czoło, przez śro­dek jego lewego oka. Maka­row huk­nął, a za ołta­rzem eks­plo­do­wało stadko anio­łów i spa­dło na posadzkę desz­czem bar­wio­nego szkła.

- Zespół pierw­szy - spo­koj­nie rzu­cił kapi­tan do mikro­fonu. - Unie­ru­cho­mić samo­chód podej­rza­nych.

Ław­row przy­ci­snął dłoń do twa­rzy. Po policzku ześli­znął się kawa­łek jego oka. Stra­cił rów­no­wagę i prze­wró­cił się do tyłu. Jesz­cze raz wystrze­lił z maka­rowa i posąg Maryi Dzie­wicy pod roz­bi­tym oknem roz­padł się w chmu­rze bia­łego pyłu.

Na zewnątrz mato­wo­czarny ford crown vic­to­ria nowo­jor­skiej poli­cji, nie­ozna­ko­wany, jeśli nie liczyć zde­rzaka do tara­no­wa­nia z przodu, wystrze­lił z bocz­nej ulicy i skrę­cił w stronę kościoła. Na obra­zie z sze­ro­ko­kąt­nej kamery prze­sy­ła­nym z budynku sto­ją­cego dwie prze­cznice dalej nie wyglą­dało to zbyt dra­ma­tycz­nie, ale nie chciał­bym sie­dzieć w tym esca­lade, kiedy crown vic wbił mu się w tyłek.

- Pie­przeni Rosja­nie - zaklął kapi­tan. - To zawsze musi być esca­lade.

Lily stała już na nogach z dło­nią pod kurtką, kiedy ręka Bra­zy­lij­czyka mignęła ponow­nie, prze­su­wa­jąc się po jej przed­ra­mie­niu. Udało jej się unik­nąć następ­nego cię­cia i wtedy trzy­mała już glocka w nie­zra­nio­nej ręce. Bra­zy­lij­czyk pró­bo­wał się uchy­lić, ale pocisk Fioc­chi Extrema wyla­tuje z lufy z szyb­ko­ścią 975 stóp na sekundę. Trzeba by się ruszać naprawdę szybko, żeby go unik­nąć. W czole Bra­zy­lij­czyka poja­wiła się dziura wiel­ko­ści dzie­się­cio­cen­tówki, a tył jego głowy roz­pękł się jak melon.

Ksiądz znie­ru­cho­miał, wręcz wro­śnięty w stop­nie pre­zbi­te­rium, z kie­li­chem w jed­nej ręce i komu­ni­kan­tem w dru­giej. Wciąż patrzył przez ramię na wybite okno i mgiełkę gip­so­wego pyłu.

Trzy­ma­jąc się za zra­nioną rękę, Lily chwiej­nie wyszła z ławek i pobie­gła do bocz­nych drzwi kościoła.

- Ma prze­rą­bane - stwier­dził kapi­tan. - Te drzwi są zamknięte na stałe. Sam to spraw­dzi­łem - dodał.

Mylił się. Lily otwo­rzyła drzwi i wyszła na zewnątrz.

Żona Ław­rowa pod­nio­sła się ocię­żale i pokuś­ty­kała do męża. Miała opuch­nięte kostki i nosiła ela­styczne poń­czo­chy uci­skowe. Pochy­liła się, się­gnęła po maka­rowa i podała mu go, lekko kle­piąc go przy tym w ramię. Ław­row wstał z wiel­kim tru­dem, po czym ruszyli w stronę głów­nego wyj­ścia. Płat­nik trzy­mał się jedną ręką za oko i krew pły­nęła mu po szyi, ale poza tym wyglą­dali jak każda para star­szych ludzi, któ­rzy wyszedł­szy z kościoła, zoba­czyli gli­nia­rzy wycią­ga­ją­cych z SUV-a Rosjan i zmu­sza­ją­cych ich do poło­że­nia się na jezdni twa­rzami do dołu.

Zdo­ła­łem jesz­cze dostrzec zni­ka­ją­cego za rogiem ochro­nia­rza Bra­zy­lij­czyka, gdy Ław­row skie­ro­wał maka­rowa w stronę ulicy i wystrze­lił. Gli­niarz z kola­nem na ple­cach zatrzy­ma­nego Rosja­nina sto­czył się na bok z okrzy­kiem bólu. Tym­cza­sem żona Ław­rowa otwo­rzyła swoją prze­pastną torebkę i wycią­gnęła z niej pisto­let auto­ma­tyczny Stiecz­kina. Te wiel­kie pisto­lety miesz­czą w maga­zyn­kach po dwa­dzie­ścia nabo­jów i mogą wystrze­lić je wszyst­kie w ciągu 1,6 sekundy. Wystar­czyło naci­snąć spust, ale zanim zdą­żyła to zro­bić, tra­fił ją pocisk o dużej sile ude­rze­nia, wystrze­lony przez snaj­pera z dachu domu po dru­giej stro­nie ulicy. Wło­żyła wpraw­dzie kami­zelkę kulo­od­porną, ale - fatal­nie dla niej - nie miała kulo­od­por­nego kape­lu­sza.

Lily Sło­wianka wyszła bocz­nym wej­ściem z kościoła i znik­nęła za bia­łym budyn­kiem sąsia­du­ją­cej z kościo­łem ple­ba­nii.

- Zespół drugi - ode­zwał się sto­jący obok mnie kapi­tan - cel wyszedł z kościoła od połu­dnia. Zatrzy­mać go z tyłu domu.

- Zro­zu­mia­łem - zatrzesz­czał jego roz­mówca i poja­wił się drugi crown vic, który pędząc od Ocean View Ave­nue, wpadł na traw­nik ple­ba­nii. Na mokrej od desz­czu tra­wie koła stra­ciły przy­czep­ność i samo­chód zaczął się obra­cać. Kie­rowca skrę­cił koła i pró­bo­wał wyjść z pośli­zgu, deli­kat­nie doda­jąc gazu, ale przód wozu ude­rzył bokiem w gruby klon, po czym buch­nęła z niego chmura pary.

- Zespół drugi... Co jest, do cho­lery?! - wrza­snął kapi­tan.

Z samo­chodu wygra­mo­lili się czte­rej faceci w peł­nym rynsz­tunku bojo­wym i pognali w stronę domu.

- Mamy kamerę za tym budyn­kiem? - zapy­ta­łem mło­dego gli­nia­rza.

Zaprze­czył, oszo­ło­miony wido­kiem roz­gry­wa­ją­cej się na ekra­nach kata­strofy.

- Stam­tąd nie ma wyj­ścia - wtrą­cił kapi­tan, ale myślę, że obaj wie­dzie­li­śmy, jak wielką wiarę można było pokła­dać w jego sło­wach.

- Niech pan każe zaci­snąć pętlę - powie­dzia­łem, po czym zdją­łem słu­chawki, rzu­ci­łem je na kon­solę i wybie­głem na zewnątrz.

Czarny yukon mojego kie­rowcy stał tyłem do wozu dowo­dze­nia z już otwar­tymi drzwiami. Yukon miał sil­nik V8 o pojem­no­ści 6,2 litra. Kie­rowca był daw­nym szo­fe­rem gangu spe­cja­li­zu­ją­cego się we wła­ma­niach. Zanim zapią­łem pas bez­pie­czeń­stwa, pędzi­li­śmy już Surf Ave­nue z szyb­ko­ścią osiem­dzie­się­ciu pię­ciu mil na godzinę.

- Zespół trzeci... Zespół trzeci, wcho­dzić - padło z gło­śnika, po czym roz­le­gły się jakieś szumy i nie­zro­zu­miałe dźwięki.

- Gdzie ona jest? - zapy­ta­łem.

Z zamon­to­wa­nego na desce roz­dziel­czej moni­tora poli­cyj­nej czę­sto­tli­wo­ści dobie­gały trza­ski.

- Po plaży jedzie moto­cykl. Myślą, że to ona - odparł mój kie­rowca.

W tej samej chwili z radia popły­nęło stac­cato lako­nicz­nych mono­sy­lab świad­czą­cych o tym, że poli­cjanci zaj­mują sta­no­wi­ska, zmie­nia­jąc Bri­gh­ton Beach w pułapkę. Wyobraź­cie sobie, że Bro­oklyn wysta­wia piasz­czy­sty język i wsuwa go w Ocean Atlan­tycki - to Bri­gh­ton Beach. Dwa mosty i pas ziemi to wszystko, co łączy ją z resztą lądu, a my zadba­li­śmy, żeby wszyst­kie drogi wyj­ściowe były zablo­ko­wane. Pędząc w kie­runku koniuszka języka, Lily wjeż­dżała coraz głę­biej w pułapkę.

Yukon miał miga­jące świa­tła i jedną z tych stra­żac­kich syren, które powinny prze­go­nić z drogi nawet nowo­jor­czy­ków. Ale Bri­gh­ton Beach jest dla rosyj­skich gang­ste­rów tym, czym Mała Ita­lia była dla mafii. Miga­jące świa­tła i rycząca syrena nie robiły żad­nego wra­że­nia na zapy­cha­ją­cych drogę fleg­ma­tycz­nych kie­row­cach.

Mój szo­fer wziął ostry zakręt, prze­mknął yuko­nem przez chod­nik i wje­chał na beto­nowe schody. Prze­le­cie­li­śmy na drugą stronę pro­me­nady i wpa­dli­śmy na plażę. Wie­jący od lądu wiatr, który nagle się wzmógł, na chwilę roze­rwał war­stwę chmur, ukła­da­jąc je w stosy dobrze widoczne na tle błę­kit­nego nieba. W ostrym sre­brzy­stym świe­tle, które zalało ocean, wyglą­dał on jak pokryty gla­zurą.

Jecha­li­śmy po pia­sku i tele­pało nami na wszyst­kie strony. Kie­rowca miał błogi wyraz twa­rzy. Jego upier­ście­nione dło­nie mocno trzy­mały kie­row­nicę. Daleko z przodu dwa wozy nowo­jor­skiej poli­cji wystrze­liły z ulicy na plażę i pognały na wschód, zarzu­ca­jąc kuframi na pia­chu. Przed nimi widać było czer­woną kropkę - to Lily Sło­wianka mknęła wzdłuż ciem­nej linii brze­go­wej. Kałuże na plaży lśniły niczym wypo­le­ro­wane szkło.

Wpa­try­wa­łem się w mapę widoczną na moni­to­rze deski roz­dziel­czej. Nie było stąd żad­nego wyj­ścia, plaża się koń­czyła. Za nią cią­gnęło się kilka zabu­do­wa­nych ulic, a potem kanał łączący zatokę She­ep­shead z Atlan­ty­kiem.

- Może się im przez jakiś czas wymy­kać - powie­dzia­łem - ale się stąd nie wydo­sta­nie. Nie ma żad­nych mostów przez zatokę She­ep­shead. Jest tu jakaś linia pro­wa­dząca przez wodę, ale nie wiem, co to jest.

- Linia? - zapy­tał kie­rowca.

Wdep­nął hamu­lec i obró­cił yukona, wpro­wa­dziw­szy go w cia­sny zakręt, który zakoń­czył się tym, że przed­nie koła zatrzy­mały się na pro­me­na­dzie.

- Ta linia... to kładka dla pie­szych - powie­dział. Jego twarz z obwi­słymi policz­kami odmie­niła mina wyra­ża­jąca zasko­cze­nie i zdu­mie­nie. - Jezu, zapo­mnia­łem o niej. - Zaci­snął wargi i poki­wał głową. - Sprytna dziew­czyna. Pobawi się z pości­giem tam na końcu plaży, a potem wymknie się im i wróci do kładki. To tylko mostek dla pie­szych, ale moto­cy­klem może po nim prze­je­chać. - Popa­trzył na mnie. - Jeśli tak zrobi, wydo­sta­nie się z pułapki.

Z głu­chym łomo­tem zje­cha­li­śmy z pro­me­nady i pogna­li­śmy z powro­tem po plaży. Pięć minut póź­niej obje­cha­li­śmy dolną część zatoki She­ep­shead i zna­leź­li­śmy się po prze­ciw­nej stro­nie, w samą porę, żeby zoba­czyć czer­wony moto­cykl, który poja­wił się na dru­gim brzegu. Pra­wie udało jej się wymi­nąć samo­chód, który zbli­żał się do niej mokrą ulicą, ale w kry­tycz­nym momen­cie prze­je­chał on przez kałużę i woda try­ska­jąca mu spod kół zmio­tła Lily z moto­cykla. Upa­dła na jezd­nię i prze­szo­ro­wała po nawierzchni. Moto­cykl prze­le­ciał ponad barierą i wpadł do wody. Lily pod­nio­sła się i pokuś­ty­kała w stronę kładki. Zra­nioną rękę miała opusz­czoną i trzy­mała w niej glocka. Drugą dłoń zaci­skała na przed­ra­mie­niu pierw­szej, w miej­scu, gdzie zra­nił ją Bra­zy­lij­czyk. Wysia­dłem z yukona i ruszy­łem do mostka.

Wła­śnie wtedy po dru­giej stro­nie zatrzy­mał się poli­cyjny samo­chód z wyjącą syreną, po czym wysko­czyło z niego dwóch gli­nia­rzy z wycią­gnię­tymi pisto­le­tami. Lily tym­cza­sem dotarła już na śro­dek drew­nia­nego pomo­stu. Zatrzy­mała się tam, oparła ple­cami o balu­stradę i posta­wiła piętę na naj­niż­szym szcze­blu. Wyglą­dała, jakby pozo­wała do reklamy.

Deszcz padał teraz moc­niej. Włosy przy­lgnęły jej do głowy. Czarne kosmyki zakrę­ciły się dokoła elfich uszu. Wargi miała szare. Spoj­rzała mi pro­sto w oczy i uśmiech­nęła się blado, po czym wygięła się do tyłu nad balu­stradą i rzu­ciła do wody. Wpa­dła do niej kilka jar­dów od łodzi hybry­do­wej z dwoma stu­pięć­dzie­się­cio­kon­nymi sil­ni­kami zabur­to­wymi Mer­kury, która wypły­nęła wła­śnie spod mostu. Widzia­łem, jaka była osła­biona, kiedy wcią­gali ją na pokład, ale miała jesz­cze dość siły, żeby oddać trzy szyb­kie strzały. Drew­niany słu­pek przede mną roz­padł się na kawałki, zasy­pu­jąc mi twarz drza­zgami. Chwilę póź­niej łódź z Lily znik­nęła w gęst­nie­ją­cym desz­czu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki