Dialogi z Bogiem - Walancin Akudowicz

Kup ebooka

17.00 zł
13.60 zł (13,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kradłem w życiu trzy razy. Pierwszy i trzeci raz nie nadają się do tej opowieści. Ale ten drugi, jak mi się wydaje, będzie w sam raz na początek rozmowy o książce, której nie musiało być...

Nie pamiętam dokładnie, kiedy nauczyłem się czytać, ale przyswoiwszy tę umiejętność, czytałem z takim pośpiechem, że zdarzało mi się biegać do biblioteki miejskiej dwa razy dziennie. Bibliotekarka nie wypożyczała więcej niż trzy książki na osobę, a potem łajała mnie, że przeglądam tylko rysunki i znowu biegnę do biblioteki, żeby napuścić chłodu.

Nie wystarczało mi oczywiście odwagi, żeby jej powiedzieć, że chociaż jestem jeszcze mały, to już czytam niektóre książki i bez obrazków, o czym może łatwo się przekonać, przeglądając chociażby te, które ma właśnie pod ręką... Kuliłem się tylko w poczuciu winy i myślałem, że kiedy dorosnę, to ożenię się nie z kobietą, a z biblioteką. Bo wtedy nie pragnąłem niczego innego niż czytać książki i samemu je pisać.

Jeśli w tamtych czasach zaproponowano by mi do wyboru – być Włodarzem Wszystkich Słońc i Światów albo marnym pisarzyną, którego utwór w najlepszym wypadku przeczyta jakiś przypadkowy człowiek – nie wahałbym się ani chwili, bo wtedy byłem pewien, że życie i ludzkość zostały stworzone tylko po to, aby było o czym pisać książki.

Co tu dużo mówić, korciło mnie strasznie, by jak najprędzej przystąpić do tej poważnej działalności. Ale przed oddaniem się pasji tworzenia należało rozwiązać jeden poważny problem: czym pisać? Niedorzeczna wydawała mi się myśl, że pisarze używają zwykłej obsadki ze stalówką, którą raz po raz należy zanurzać w szkolnym kałamarzu.

Wtedy ukradłem starszemu koledze długopis...

Ale książki wówczas nie napisałem, bo rodzice owego kolegi (przyjaciele moich rodziców) zauważyli u mnie ów skradziony przedmiot.

Wstyd był ogromny – i dla mnie, i dla moich rodziców. Zresztą gdyby nie ten piekielny wstyd, dziś już bym nie pamiętał, że swoją pierwszą książkę wydałem dopiero po czterdziestu latach od momentu, kiedy rozpocząłem jej pisanie.

* * *

...Była to książka zupełnie inna od tej, którą rozpocząłem w dzieciństwie. Chociaż tamten chłopczyna nie zniknął i wszystkie moje najlepsze rzeczy ciągle jeszcze są pisane jego niewprawną ręką.

Człowiek na ogół nigdy nie znika – znika gdzieś życie, którym żyje, i pojawia się inne (czasami ostatnie) z nową, wszechogarniającą troską. Kiedyś tak powiedziałem o tych zmianach:

 

Gdy pociąga cię kobieta – piszesz wiersze.

Gdy niepokoi cię człowiek – piszesz prozę.

Gdy drażni cię egzystencja – piszesz esej.

 

Jakoś tak samo wyszło, że zanim powstał zbiorek wierszy, człowiek jako taki zaczął pociągać mnie znacznie mocniej niż kobieta. Zapomniałem więc o wierszach, żeby całkowicie pogrążyć się w prozie. Ale podczas pisania książki prozą straciłem zainteresowanie człowiekiem zupełnie. (A co w nim ciekawego? Urodził się, rozmnożył, umarł – oto cały człowiek.) Możliwe jednak, że człowiek znalazł się poza moją uwagą nie z powodu swojej mierności, a z powodu mojego zdumienia nad bytem, który oczarował mnie swoją wielką tajemnicą i tym samym przesłonił wszystko inne.

Właśnie dlatego moja pierwsza książka składała się nie z wierszy i nawet nie z prozy, a z esejów, chociaż w Moskiewskim Instytucie Literatury uczyłem się "na prozaika" i jeszcze przez kilka lat po zakończeniu nauki wyobrażałem sobie przyszłość całkiem "prozaicznie".

Kiedy wróciłem do Mińska, z rozmysłem zacząłem pracować jako stróż, żeby mieć dużo czasu na pisanie nowel i powieści. Ale pisanie nie szło mi za dobrze. Dopiero później, kiedy wciągnął mnie i porwał żywioł języka białoruskiego, zrozumiałem, dlaczego "nie pisało mi się" w stróżówkach.

* * *

Żywioł języka białoruskiego jest niczym lawina. Leży spokojnie i bez ruchu – ale tylko do momentu, dopóki jej nie zaczepisz...

Urodziłem się i dorastałem w miasteczku Swisłocz przy granicy z Polską. W czasach mojego dzieciństwa rozmawiało się tam białorusko-polsko-rosyjsko-żydowską trasianką, tzn. mieszaniną. Przynajmniej tak to wyglądało z zewnątrz. Ale w rzeczywistości w Swisłoczy mówiło się wtedy wyłącznie po białorusku. Bowiem język to nie słowa, język to przede wszystkim struktura mentalna, która po swojemu porządkuje i łączy wyrazy w niepowtarzalnej projekcji bytu... Krótko mówiąc, struktura języka, na której opierała się swisłoczańska trasianka, była całkowicie białoruska, chociaż agresywna rusyfikacja zaczynała już podgryzać ją niczym kornik – od rdzenia. Dlatego nawet nie zauważyłem, jak zacząłem rozmawiać po rosyjsku, kiedy rok po ukończeniu szkoły znalazłem się w Mińsku w fabryce silników. I do głowy mi nie przyszło, żeby pisać po białorusku ballady turystyczne i pierwsze szkice z wędrówek, które kilka razy wydrukowała (o, cóż to był za honor!) najbardziej wówczas popularna na Białorusi gazeta "Znamia junosti".

Pięć lat w Moskwie dopełniło mojej rusyfikacji. Co prawda, kiedy byliśmy po kilku głębszych, moich rosyjskich przyjaciół dziwiły obce słowa raz po raz wyślizgujące się z głębin mojej podświadomości w szczeliny pijanej rozmowy. (Teraz, żeby było śmieszniej, jest na odwrót. Po kilku kieliszkach niczym diabełki z piekła rodem raz po raz wyskakują zepchnięte do podświadomości słowa rosyjskie.)

Jednocześnie rusyfikująca mnie Moskwa stworzyła przesłanki mojego przyszłego "nacjonalizmu". Pod koniec nauki zdecydowałem, że kiedy wrócę do Mińska pilnować swojej samotności, to przeczytam wszystkie białoruskie książki (właśnie tak – wszystkie!). Teraz już nawet nie pamiętam, skąd mi to przyszło do głowy. Przypuszczam, że pewnego razu zrobiło mi się głupio, że chociaż dość dobrze przyswoiłem sobie nie tylko rosyjską, ale europejską i światową literaturę, to prawie wcale nie znam rodzimej. Wobec tego, czy mogłem być zawodowym literatem?