Rozdział 1
- Więzień 229! Pastuch! - usłyszałem nawoływanie, coraz głośniejsze w miarę jak kroki zbliżały się do mojej "kwatery".
Strażnik podszedł do drzwi celi. W lustrzanym odbiciu od razu rozpoznałem, że to Hobbs. Tej wysokiej, barczystej i czarnoskórej postaci nie dało się pomylić z nikim innym. Akurat się goliłem, stojąc tyłem do wejścia. Zastukał pałką w metalową kratę.
- Pastuch, mówi się do ciebie!
- Gdybyś zadał sobie chociaż tyle trudu, żeby zapamiętać, jak mam na imię, nie musiałbyś się tak wydzierać, Hobbs.
- Nie pyskuj mi tutaj, tylko się rusz! Widzenie.
Spojrzałem na niego z uniesioną w zdziwieniu brwią. Na mojej twarzy klawisz zobaczył pianę do golenia, co wyraźnie go zirytowało.
- Kończ to golenie!
- Widzenie od rana? Od kiedy?
Hobbs wywrócił oczami.
- Dla pani psycholog godziny odwiedzin są elastyczne. Skończ pogaduchy i gol ten pysk!
Zdusiłem w sobie chęć cierpkiej odpowiedzi. Co za dużo, to niezdrowo, pyskowanie klawiszom z reguły rzadko się opłaca. A trzeba przyznać, że Hobbs był raczej w porządku w stosunku do więźniów. Co innego taki Malone...
Szybko dokończyłem golenie, pomijając zapewne kilka miejsc, opłukałem twarz i wytarłem ją ręcznikiem, po czym stanąłem przodem do kraty, wysuwając obie dłonie przez szparę zgodnie z więzienną etykietą.
Hobbs sprawnie założył mi kajdanki na podstawione nadgarstki. Nie za ciasno, nie za luźno...
Otworzył drzwi i kiwnął głową. Ruszyłem przed nim do pokoju widzeń. Kiedy po zejściu po schodach, przemierzeniu całego bloku, gdzie z każdej strony patrzyły na mnie jakieś oczy zza metalowych krat, i przejściu niedługiego korytarza stanęliśmy wreszcie przed odpowiednimi drzwiami, Hobbs je otworzył, po czym złapał mnie za łokieć, wprowadzając do środka. Przy oknie oparta o parapet stała dosyć wysoka, szczupła kobieta. Długie, czarne włosy rozpuściła. Na pupie opinała się jej spódnica, spod której wystawały długie, obute w czarne szpilki nogi. Oczywiście okryte rajstopami bądź pończochami, trudno było odgadnąć na pierwszy rzut oka. Kiedy odwróciła się do nas, zobaczyłem parę średniej wielkości piersi schowanych pod białą koszulą. Kobieta na oko była tuż po trzydziestce. Jej twarz była gładka, zadbana, usta pociągnięte szminką, makijaż dyskretny.
Naturalnie piękna, atrakcyjna bestyjka - pomyślałem, a w moich spodniach natychmiast zrobiło się dużo mniej miejsca.
- Proszę rozkuć więźnia - powiedziała. Głos miała lekki, melodyjny, ale stanowczy.
Hobbs spojrzał na mnie niepewnie.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł, pani Bowman...
- Panno... Pan Shepherd nie jest mordercą ani gwałcicielem. To więzień starający się o zwolnienie warunkowe. W jego interesie leży, żeby mi się nic nie stało... Co pan na to? - zwróciła się do mnie.
- Nie jestem z tych, co krzywdzą kobiety. Zwłaszcza tak zjawiskowe...
- To było niestosowne.
Spojrzałem jej prosto w oczy.
- Ja cały jestem niestosowny...
- Dobra, dobra, lowelasie, dawaj łapy - wtrącił się Hobbs.
Znalazł kluczyk od kajdanek i szybko zdjął je z moich nadgarstków. Cały czas patrzyłem w jadowicie zielone oczy panny Bowman, która, trzeba przyznać, dzielnie wytrzymywała spojrzenie. Być może z nieco bardziej zaróżowionymi policzkami.
Dziwne...
- Zachowuj się - powiedział Hobbs. - Pod drzwiami cały czas będzie któryś ze strażników. W razie jakiejkolwiek potrzeby proszę zawołać.
Kiedy klawisz opuścił pomieszczenie, panna Bowman wskazała mi ręką krzesło, a sama usiadła naprzeciw. Rozsiadłem się wygodnie, rozstawiając szeroko kolana. Pozycja świadcząca, że zwisa mi to, co miała do powiedzenia. Zauważyła, ale nie skomentowała, przechodząc od razu do rzeczy:
- Nazywam się Victoria Bowman. Jestem psychologiem, prowadzę własny gabinet. Zostałam wyznaczona przez sąd, aby ocenić pana stan psychiczno-emocjonalny przed rozpatrzeniem pana wniosku o wcześniejsze zwolnienie warunkowe.
- Garry Shepherd.
- Miło mi, ale wiem, jak się pan nazywa. Będziemy spotykali się dość regularnie na przestrzeni najbliższych kilku tygodni.
- Cała przyjemność po mojej stronie, Victorio...
Obniżyłem nieznacznie głos. Wystarczyło, żeby panna Bowman zawierciła się na krześle.
Natychmiastowa reakcja. Od dłuższego czasu nieaktywna seksualnie. Dziwne. Ale to daje mi sporą przewagę - pomyślałem.
- Wolałabym, żeby zwracał się pan do mnie "panno Bowman", panie Shepherd.
W odpowiedzi wzruszyłem tylko ramionami, patrząc w ścianę gdzieś ponad jej głową. Odchrząknęła i podjęła poprzedni wątek:
- Celem naszych spotkań będzie nie tylko ocena postępów pana resocjalizacji. Chcę napisać książkę.
Wróciłem wzrokiem na nią, zaskoczony.
- O mnie?
- O zawodzie, który pan wykonywał.
- O męskich dziwkach?
Wyraźnie się zmieszała.
- Męskich prostytutkach.
- Kręcą panią takie tematy, panno Bowman?
Nie spodziewała się takiego pytania, od razu wyczytałem to z jej twarzy.
Ta książka... to mógłby być mój dodatkowy atut. Będę musiał pomyśleć nad warunkami...
- Moje upodobania nie mają tutaj nic do rzeczy, panie Shepherd. Książka ma mieć charakter czysto naukowy. A wzmianka o pana kooperacji przy jej powstawaniu w moim raporcie na pewno pomoże komisji podjąć decyzję o pana zwolnieniu...
Zrobiłem swoją popisową minę idioty i zapytałem:
- Czyli co, mam poopowiadać najsprośniejsze kawałki z mojej pracy, pani zarobi kupę szmalu na książce, a ja wyjdę na warunkowe i będę musiał się pilnować na każdym kroku? Słabo wyjdę na tym dealu...
- Czego pan oczekuje?
Zostawia mi wolną rękę i pozwala wysunąć żądania? Słaba z niej negocjatorka.
- Nasze widzenia mogłyby być nieco bardziej... intymne - powiedziałem, puszczając do niej oczko i uśmiechając się obleśnie. Muszę przyznać, że w tym momencie gardziłem postacią, w którą się wcieliłem...
Widziałem, że próbuje nad sobą panować. Pewnie niejednokrotnie słyszała już podobne teksty od innych więźniów. Ale ja nie jestem zwykłym więźniem. Zapewne nigdy nie rozmawiała z kimś, komu kobiety płaciły za zaspokajanie ich pragnień.
- Panie Shepherd, pana wulgarne i chamskie zachowanie nic panu nie da - zaczęła spokojnym tonem. - Czy się to panu podoba, czy nie, wrócę tutaj w przyszłym tygodniu i w każdym kolejnym, aż zacznie pan ze mną rozmawiać. Zależy od tego pana zwolnienie.
- No i pani książka. Nie zapominajmy o niej - rzuciłem z szerokim uśmiechem.
Popatrzyła na mnie uważnie. Oboje potrzebowaliśmy czegoś od siebie nawzajem. Nie znajdzie drugiego takiego jak ja, to być może jej jedyna szansa na tę publikację. Nie widziałem wcześniej pozycji tego typu w księgarniach. To świeży temat. Na pewno się sprzeda i ona doskonale o tym wie. Postanowiłem kontynuować swoją grę.
- Planuje pani umieścić swoje zdjęcie na okładce?
Znowu spojrzała zdziwiona. Łatwo ją zaskoczyć.
Poczekaj, aż opowiem ci o mojej pracy...
- Dlaczego moje zdjęcie miałoby być na okładce książki? Autorzy z reguły nie dają swoich podobizn na okładki.
- Z pani urodą świetnie pasowałaby pani na okładkę. Mogłaby pani wcielić się w rolę jednej z moich klientek...
Wciągnęła głośno powietrze. Obraz jej samej korzystającej z płatnych uciech musiał zrobić wrażenie. Odchrząknęła.
- Czy zamierza mi pan dzisiaj o czymś opowiedzieć?
Wzruszyłem tylko ramionami.
Odczekała jeszcze chwilę.
- W takim razie na dzisiaj to wszystko. Nasze właściwe spotkania rozpoczną się za tydzień. Proszę przemyśleć moją propozycję, panie Shepherd.
Wstała, zabrała torebkę z oparcia krzesła i zapukała w drzwi. Klawisz stojący z drugiej strony natychmiast otworzył.
- Na dziś to wszystko, może pan odprowadzić więźnia. Do widzenia w przyszłym tygodniu, panie Shepherd.
W odpowiedzi ponownie puściłem tylko oczko i uśmiechnąłem się lubieżnie. Uciekła czym prędzej, nie odwracając się więcej.
Do zobaczenia, panno Bowman - powiedziałem w myślach.
- Czasami mam wrażenie, że masz coś pod kopułą, Pastuch. Ale chwilę później zawsze okazuje się, że masz tam wyłącznie nasrane - rzucił Hobbs.
Trudno się było nie zgodzić...
Rozdział 2
Po dość nudnym tygodniu (no bo co ciekawego mogło spotkać człowieka w pudle...) wstałem nieco wcześniej niż zazwyczaj, żeby zdążyć się tym razem porządnie ogolić. Ostatnia rozmowa z panią psycholog była zupełnie improwizowana, ale odniosła zamierzony skutek. Tydzień na przemyślenie wszystkiego to wystarczająco dużo czasu, teraz panna Bowman nie miała już żadnych szans. Lubiłem to poczucie kontroli.
Tak jak się spodziewałem, klawisz, ponownie Hobbs, przyszedł po mnie już z rana.
- Pastuch, widzenie!
Bez słowa wystawiłem mu ręce do skucia, tym razem nie komentując mojej kulawej ksywki. Przekręcenie mojego nazwiska [1] było pomysłem któregoś z klawiszy, tak więc wszyscy spośród mundurowej braci i większość współosadzonych zwracała się do mnie w ten sposób.
Hobbs otworzył kraty i ruszyliśmy razem na spotkanie cokolwiek ponętnej panny Bowman.
Kiedy ręce miałem już wolne i zamknęły się za mną drzwi do pokoju widzeń, psycholog ponownie wskazała mi krzesło, dając znać, bym zajął miejsce. Usiadłem więc, tym razem wyprostowany i spokojny, z rękoma złożonymi na stole. Przyglądała mi się przez chwilę uważnie, natychmiast zauważając zmianę w moim zachowaniu. Była w końcu psychologiem...
- Witam, panie Shepherd.
- Dzień dobry, panno Bowman.
Mimo zmiany postawy nie spodziewała się chyba grzecznego tonu mojego pozdrowienia. Zastanowiła się przez chwilę, prychnęła pod nosem, po czym zapytała:
- Skąd ta nagła zmiana w pana zachowaniu? Ostatnio był pan jak rozwydrzone dziecko, dzisiaj rozmawiam chyba z dorosłym mężczyzną. Czy się mylę?
- Dzisiaj rozmawia pani ze mną, panno Bowman.
- Z kim w takim razie rozmawiałam w zeszłym tygodniu?
Uśmiechnąłem się nieznacznie.
- Z moim alter ego.
- Ma pan rozdwojenie jaźni?
- Nie, nie jestem przypadkiem klinicznym. Po prostu przedstawienie pani mojego drugiego oblicza było konieczne do dalszej współpracy.
- "Przedstawienie" to za słabe słowo. "Szopka" bardziej oddaje pana zachowanie sprzed tygodnia. Po co to było?
Uśmiechnąłem się delikatnie.
- Żeby coś udowodnić.
Spojrzała na mnie uważniej. Docierało już do niej, że nie rozmawia z niewydarzonym chamem, który brał kasę za bzykanie.
Za późno na docenianie przeciwnika. Startujesz teraz z gorszej pozycji, Victorio...
- Co takiego chciał pan mi udowodnić?
- Że potrafię być nieznośny. Mogę utrudnić pani pracę - odparłem natychmiast, po czym zerkając na nią szybko, dodałem: - Mogę. Ale nie muszę.
- Rozumiem, że kryją się za tym jakieś warunki?
Mój uśmiech był dla niej wystarczającą odpowiedzią.
- Mogę ich wysłuchać, ale niczego nie obiecuję.
Nabrałem powietrza.
- Mamy teraz dwie opcje. Mogę być wrzodem na tyłku, przez co nasze spotkania będą dla pani nieprzyjemnym doświadczeniem. Bardzo szybko zamienią się w przykry obowiązek. W swoim raporcie na koniec napisze pani, że mam problemy z komunikacją, ale mimo wszystko jestem zdrowy na umyśle. Za wulgarne odzywki nie odmawia się zwolnień warunkowych. Wie pani o tym.
- Widzę, że przemyślał pan strategię. Musiał pan ułożyć ją wcześniej, jeszcze przed naszym pierwszym spotkaniem. Skąd pan wiedział?
- To przecież oczywiste. Kiedy złożyłem wniosek o zwolnienie warunkowe, wiedziałem, że prędzej czy później komisja przyśle psychologa, żeby ten określił moją stabilność emocjonalną i umysłową. Padło na panią.
- No tak... To jaka jest nasza druga opcja, panie Shepherd?
- Absolutna szczerość - zrobiłem krótką pauzę, żeby sens tych słów dobrze wybrzmiał w jej głowie, po czym kontynuowałem - opowiem pani o rzeczach, które się pani nie śniły w najbardziej erotycznych snach. Pokażę pani, jak bardzo jedna kobieta może różnić się od drugiej. Zapomni pani o słowie tabu. Książka, kiedy już powstanie, z pewnością będzie bestsellerem.
- W zamian za?
Nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Zbyt szybko odpo- wiedziała.
Wygrałem.
- Mam trzy warunki.
Westchnęła.
- Mam nadzieję, że realne. Słucham.
- Pali pani papierosy?
- Palę.
- Oto pierwszy warunek. Podczas naszych rozmów chcę mieć możliwość swobodnego palenia. Będziemy w końcu rozmawiać o moim życiu, pojawią się wspomnienia i emocje z nimi związane. Papieros pozwoli mi się skupić.
- To się chyba da załatwić, ale po wyjściu z tego pokoju nie będzie pan miał możliwości zapalenia. Takich wpływów nie mam.
- Wystarczy mi ten pokój.
Wiedziałem, że mój pomysł się jej spodoba. Oczywiście wiedziałem, że pali. Wyczułem zapach tytoniu przy pierwszym spotkaniu, pewnie puściła sobie dymka, zanim weszła na teren więzienia. Jej też przyda się fajka, kiedy będzie słuchać o bardzo intymnych i podniecających sprawach...
- Drugi warunek?
- Muzyka.
- Słucham?
Wyprowadzanie jej z równowagi było w jakiś sposób perwersyjnie satysfakcjonujące.
- Jeżeli czegoś brakuje mi w więzieniu bardziej niż fajek, to na pewno muzyki. Może pani puścić własną składankę z odtwarzacza. Nie jestem wybredny.
- Nie wiem, czy spodoba się panu mój gust muzyczny. Jest bardzo zróżnicowany.
- Mój również. W każdym nurcie muzycznym znajdę coś dla siebie. Kiedy byłem wolny, moje mieszkanie rozbrzmiewało muzyką przez cały dzień. Czasami również nocami, zależnie od upodobań klientki... Proszę mnie zaskoczyć, panno Bowman.
Wzmianka o klientce podziałała, natychmiast nadstawiła uszu. Zaciekawiłem ją.
- Myślę, że to również da się załatwić. Muszę porozmawiać z naczelnikiem, ale to powinna być formalność. Jaki jest pana ostatni warunek?
- Żadnych nazwisk. Moje klientki były często osobami publicznymi, zresztą nawet te mniej znane usłyszały moją gwarancję zachowania dyskrecji. Nie zamierzam jej łamać, nawet tutaj. Osoby, o których pani usłyszy, będą nosiły wymyślone przeze mnie imiona. Powiedzmy, że dopasuję do nich postacie z szeroko pojętej kultury.
- Będzie mi pan opowiadał o seksie z Muminkami? - zażartowała.
- Pewna Mała Mi przychodzi mi do głowy... Zgadza się pani?
Zastanawiała się mniej niż minutę.
- W zasadzie nie potrzebuję znać tożsamości pana klientek. Książka ma opisywać przypadek, nie uczestników.
Kiwnąłem głową.
- Jeżeli spełni pani te trzy warunki, obiecuję skończyć z głupimi odzywkami. Chociaż mogę czasami być wulgarny dla podkreślenia opowieści.
- Obawiam się, że nie do końca rozumiem związek między podkreślaniem opowieści a wulgaryzmami.
- To proste. Czasami do opisania tego, co działo się w mojej lub cudzej sypialni, nie wystarczy powiedzieć o "ostrym seksie". Niekiedy było to po prostu "ostre rżnięcie".
- Rozumiem. - Przełknęła ślinę. - Pójdę teraz do naczelnika. Proszę na mnie zaczekać. Zawołam strażnika.
Wstała i podeszła do drzwi. Mimowolnie zerknąłem na jej tyłek. Cholera, naprawdę była atrakcyjna...
Zamieniła z klawiszem kilka słów, po czym mnie z nim zostawiła. Podczas jej nieobecności ktoś musiał być ze mną w środku. Na szczęście cała rozmowa z naczelnikiem trwała nie dłużej niż piętnaście minut. Ostatecznie nie wymagałem nic, co trzeba by specjalnie organizować...
Usłyszałem stukanie do drzwi. Strażnik podszedł, wyjrzał na zewnątrz, po czym wpuścił uśmiechniętą Victorię Bowman, która w ręce trzymała popielniczkę.
Zatem papierosy mamy odhaczone. Zajebiście! Marzyłem o fajce.
- Naczelnik nie ma obiekcji co do papierosów i muzyki. Niestety, jak się pan pewnie domyśla, na dzisiaj nie jestem odpowiednio przygotowana.
Wyciągnęła z torebki wąską, kwadratową w przekroju paczkę cienkich vogów i rzuciła na stół, obok popielniczki. Metalową zapalniczkę położyła na paczce.
- Dzisiaj muszą nam wystarczyć, proszę się częstować. Na kolejne spotkanie przygotuję muzykę oraz więcej papierosów. Jakie pan preferuje? - Spojrzała na mnie pytająco. Jej oczy miały w sobie coś, co prowokowało i kazało w nie patrzeć.
- Nie jestem grymaśny, chociaż wolę grube. Wybór marki pozostawiam pani.
Wyciągnąłem z wąskiej paczki papierosa i złapałem zapalniczkę. Odpaliłem i zaciągnąłem się głęboko. Były słabe, ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Zresztą dostęp miałem ograniczony, zatem jakiekolwiek by nie były, smakowały nieziemsko.
Victoria również włożyła do ust papierosa, podsunąłem jej więc zapaloną zapalniczkę. Pokój spowiły kłęby dymu.
- Opowie mi pan coś już dzisiaj? Może trochę o sobie? Chciałabym spróbować stworzyć profil psychologiczny osoby, która decyduje się na świadczenie płatnych usług seksualnych.
- No to zacznijmy od początku.
***
- Mój ojciec pochodził z Polski. I tyle o nim wiem. Matka przeżyła z nim krótką przygodę, której owocem po dziewięciu miesiącach byłem ja. Z tego, co wiem, to chyba przyleciał na jakieś sympozjum, czy coś w tym rodzaju. Podejrzewam, że mógł być całkiem inteligentnym facetem albo sprytnym cwaniakiem, w każdym razie bez problemu uwiódł niewyedukowaną dziewczynę z problemami. Matka, Amerykanka od urodzenia, dała mi swoje nazwisko i pierwsze imię, jakie wpadło jej do głowy, odkarmiła jako tako przez kilka pierwszych lat życia i ubrała w używane ciuchy, po czym zostawiła w świętym spokoju. Kolejne lata, czyli te, które już jako tako pamiętam, upłynęły jej na podróżowaniu między naszą przesiąkniętą dymem i alkoholem kawalerką na poddaszu jednej z kamienic a różnymi ośrodkami odwykowymi. Raz leczyła się z picia, raz z narkotyków. Kiedy wracała do domu, pierwsze co robiła, to dawała w palnik. Sam pilnowałem swojej szkoły, lekcji, kombinowałem, żeby zarobić parę groszy na coś do jedzenia. Pomagałem rozstawiać uliczne stragany, rozwoziłem gazety, robiłem zakupy starszym sąsiadkom. Wszystko, na czym dzieciak mógł troszkę zarobić. Jeżeli chodzi o to, czy była prostytutką, to nie mam pewności. Jako dzieciak nie zwracałem uwagi na takie niuanse, ale pewne jest, że wielu facetów odwiedzało jej łóżko. Nie przeszkadzał im specjalnie fakt, że spałem w tym samym pomieszczeniu, zatem wiele nocy spędziłem wsłuchany w jęki własnej matki i posapywanie kolejnych jej kochanków. Może dawała za towar? Jeżeli dostawała za to pieniądze, to i tak je przepijała albo przepuszczała przez żyły, więc efekt był taki sam. Czy miało to wpływ na mój późniejszy wybór "zawodu"? Nie wiem, być może. Na pewno odbiło się to na moich nawykach. Nie tykałem i nie mam zamiaru tykać narkotyków, z alkoholem też staram się nie przesadzać, pijąc go okazyjnie. Zbyt wiele razy widziałem, jak jakiś facet posuwa moją naćpaną matkę. Prawdopodobnie nie zdawała sobie sprawy z tego, co się z nią wtedy działo. Żałosne. Długo to na szczęście nie trwało, bo kiedy miałem lat czternaście, pomoc społeczna zainteresowała się wreszcie tym, co się dzieje z dzieckiem, kiedy matka przebywa na odwyku. Rychło w czas. Kobieta, która przyszła na kontrolę, była nawet zdziwiona tym, że nie wylądowałem na ulicy i nie rzuciłem szkoły, oddając się kradzieżom czy chuligaństwu. Ale zważywszy na opłakany stan mieszkania i pustą lodówkę, do sierocińca i tak trafiłem. Od tamtego czasu matki nie widziałem, nie wiem, czy ona zauważyła moje zniknięcie. Nigdy mnie nie odwiedziła, a i ja nie szukałem z nią żadnego kontaktu. Wypchnięcie mnie na ten świat to zdecydowanie za mało, żebym pałał do niej jakimikolwiek ciepłymi uczuciami... W sierocińcu nie miałem kolegów. Byli co prawda z takich samych rodzin jak ja, ale ich edukacja zakończyła się dużo szybciej. Nienawidzili szkoły, więc rzucili ją, kiedy tylko zorientowali się, że ich rodzice mają to gdzieś. Za to bardzo szybko nauczyli się kraść, kłamać i wymykać po nocach. Uważali mnie zatem za mądralę, zwłaszcza że lubiłem czytać. Z początku trochę mnie wyzywali, próbowali atakować, ale kiedy z mojej strony nie doczekali się żadnej reakcji, szybko się znudzili i dali mi spokój. Sierocińcem opiekowała się młoda zakonnica Maggie. Na ogół była dla dzieciaków w porządku, cierpliwa i życzliwa. Chociaż święta nie była...
- Zdarzało się jej robić wam krzywdę? - wtrąciła Victoria.
- Nie - uśmiechnąłem się bardziej do wspomnień niż do pani psycholog - ale to ona mnie rozprawiczyła.
- Zakonnica wykorzystała dziecko?! - Jej oczy zrobiły się zupełnie okrągłe.
- Kto mówił o wykorzystaniu? Panno Bowman, miałem wtedy piętnaście lat, hormony we mnie buzowały, a ona była atrakcyjna. Byłem całkowicie świadomy tego, co robimy.
- Kto kogo w takim razie uwiódł?
Dobre pytanie.
Zapaliłem kolejnego papierosa.
- Patrząc na sprawę po latach, stwierdzam, że po prostu oboje wiedzieliśmy, że prędzej czy później do tego dojdzie. Wtedy oczywiście w swojej szczenięcej bucie wyobrażałem sobie, że uwiodłem starszą o dziesięć lat kobietę. Ale tak naprawdę to była gra, którą prowadziliśmy oboje. Wzajemne, niby to przypadkowe otarcie się o siebie podczas mijania się w drzwiach... Spojrzenia rzucane ukradkiem, jakby mimochodem, ale zawsze łapiące wzrok tego drugiego... Coraz szybsze oddechy i coraz mniejsza kontrola nad odruchami, kiedy przebywaliśmy w swoim towarzystwie... To wszystko doprowadziło ostatecznie do seksu w składziku na środki czystości. Mimo różnicy wieku oboje byliśmy równie niedoświadczeni, uczyliśmy się nawzajem swoich ciał i ich reakcji. Po wszystkim widziałem, że żałuje. Starała się pilnować, unikała sytuacji, w których mogliśmy zostać tylko we dwoje. Pamiętam, że mi się to wtedy nie podobało, ale nie nalegałem. Sam nie wiedziałem, jak reagować. Jednak zanim osiągnąłem pełnoletność i opuściłem przytułek, minęły prawie trzy lata. Kilka razy nie była w stanie kontrolować swojej żądzy. W końcu zakonnica to też kobieta. Pragnie i potrzebuje bliskości jak każdy człowiek. Musiała być rozdarta, z jednej strony chciała być czysta wobec swojego boga, z drugiej jej ciało marzyło zupełnie o czymś innym. Nawet podczas tych kilku razy, kiedy uprawialiśmy seks, nie zdejmowała kornetu. Wtedy wiara przegrywała z ludzkimi słabościami i uwalniała z niej ukryte, być może nawet skumulowane pokłady namiętności, nie pierwszy i nie ostatni raz.
- Swojego boga? Czy to stwierdzenie znaczy, że to nie pana bóg? Nie jest pan wierzący? - wtrąciła ponownie Victoria, podsuwając mi paczkę.
Tym razem gestem odmówiłem - po długiej przerwie mimo zapalenia słabych papierosów trochę kręciło mi się w głowie od dymu.
- Nie, panno Bowman, nie wierzę w żadnego boga. W przeciwieństwie do wielu zapalonych katolików ja zadałem sobie ten trud i przeczytałem Biblię. Jej treść jest dla mnie zbyt ogólna i niespójna, żebym mógł w to wierzyć. Jestem zbytnim realistą.
- Rozumiem - zanotowała coś w swoim notatniku, który otworzyła już jakiś czas temu i co chwilę dopisywała zdanie lub dwa - co było dalej?
- Kiedy skończyłem osiemnaście lat, opuściłem sierociniec. Siostra Maggie przytuliła mnie na pożegnanie i odwróciła się szybko, żeby ukryć łzy. Z jednej strony żałowała, że odchodzę, z drugiej musiała pewnie czuć ulgę. Nie obwiniała mnie za nasze intymne chwile, a przynajmniej nigdy w żaden sposób nie dała mi tego odczuć, ale jednocześnie pozbywała się właśnie pokusy ze swojego otoczenia.
- Myśli pan, że później uwiodła jeszcze jakiegoś nastolatka?
- Być może. Chociaż wolę myśleć, że jej demony odeszły razem ze mną. Mimo wszystko zachowuję ją w tej serdecznej części pamięci. To dobra kobieta, inteligentna i atrakcyjna, tylko wybrała zbyt trudną dla siebie ścieżkę życia... Razem z sierocińcem odeszła też szkoła. Byłem oficjalnie dorosłym mężczyzną ze średnim wykształceniem. Mając jednak w pamięci powolne staczanie się matki i to życie w ciągłym bagnie, nie zamierzałem na tym poprzestać. Obiecałem sobie, że tak nie skończę. Roiłem sobie wtedy, że tylko studia mogą mi w tym pomóc. Udało mi się znaleźć pracę na stacji benzynowej. Pensja nie była wysoka, ale wystarczyło na opłacenie akademika. Od rana studiowałem, popołudniami i w weekendy tankowałem paliwo i myłem samochody. Pierwszy rok udało mi się ukończyć, w wakacje poprzedzające drugi straciłem pracę. Właściciel stacji ewidentnie chciał mnie usunąć, doszukał się więc trzech spóźnień. Nieistotne było, że odpracowałem je po stokroć, niejednokrotnie zostając po godzinach. Trzy spóźnienia dały podstawę do zwolnienia. I tyle. Tydzień później na moim miejscu pracował jakiś jego bratanek czy tam siostrzeniec. Nieistotne. Z dnia na dzień zostałem bez pracy. Zasiłek dla bezrobotnych nie mógł zapewnić mi utrzymania się w akademiku i kontynuacji studiów. Wypisałem się więc z listy studentów i wynająłem małą kawalerkę. Wtedy rozpocząłem swoją działalność jako męska prostytutka. Chociaż jeżeli mamy patrzeć na to z technicznego punktu widzenia, to nie można mnie tak nazwać.
- Dlaczego? - zapytała autentycznie zdziwiona Victoria.
- Prostytutka, niezależnie od płci, z reguły ma ustalony cennik i wachlarz swoich usług. Ja działałem inaczej. To klientka ustalała moją cenę, w zależności od zadowolenia z mojej pracy - mówiąc to, sięgnąłem jednak po następnego papierosa. Zrobiła to samo.
- Jak to? Klientka mogła zapłacić, ile jej się podobało?
- Tak. Większość deklarowała stawkę jeszcze przed spotkaniem, ale niektóre faktycznie chciały zapłacić adekwatnie do tego, jak się w ich oczach spisałem. Oczywiście jeżeli któraś postanowiła zapłacić mi jakieś marne grosze, uznawałem, że nie była zadowolona z moich starań. Wtedy w przyszłości nie zgadzałem się na jej dalsze męczarnie w moim towarzystwie.
- I to wystarczyło, żeby odstraszyć te cwane?
- Raczej tak. Znalazło się kilka takich, które myślały, że będą korzystać za półdarmo, ale szybko okazało się, że to tak nie działa. Nie było jednak wielu takich przypadków w całej mojej karierze. Kobiety raczej płaciły rzetelnie, chociaż nadal nie mogę powiedzieć, żeby zawsze mi się to opłacało.
- Dochody były bardzo zróżnicowane? - zapytała, wyraźnie zaciekawiona.
- Zdecydowanie, panno Bowman. Bywało, że odzywała się zagoniona, bogata szefowa jakiejś spółki, która w trzydzieści minut chciała mieć jak najwięcej orgazmów. Na więcej nie miała czasu. Za pół godziny zostawiła kilka tysięcy, których utraty nawet nie odczuła, i popędziła dalej podbijać świat biznesu. Zdarzało się jednak i tak, że w życiu sfrustrowanej swoją codziennością żony i matki nadszedł dzień, w którym mąż wyjeżdżał na przykład w jakąś delegację. Dzieciaki oddawała ekspresem na przechowanie matce lub siostrze i korzystała z moich usług. Wkurzona na męża pracoholika, który był zbyt leniwy albo pierdołowaty, żeby wyciągnąć na czas, w wyniku czego zaliczyli wpadkę, potem drugą... Miała ten jeden dzień, zdarzający się tak rzadko, że chciała wykorzystać go w pełni. Dla mnie oznaczało to całą noc piłowania za kilka stów. Dysproporcje bywały duże, ale praca to praca...
- Jak w zasadzie zdecydował się pan na ten krok? Skąd pomysł, żeby zarabiać własnym ciałem?
- Wpływ na to miały dwa wydarzenia, które dały mi do myślenia. Oba miały miejsce podczas tego jedynego roku studiów. Jest to jednak kolejna dłuższa opowieść. Czy nie lepiej by było zostawić ją na kolejny raz?
Spojrzałem wymownie na zegar wiszący na ścianie. Podążyła za moim wzrokiem.
- Faktycznie, nasz czas dzisiaj niemal się kończy. Ale zanim się rozstaniemy, mam dwa pytania. Czy pozwoli mi pan na nagrywanie kolejnych naszych sesji? Łatwiej będzie mi później wszystko spisać, niczego nie pominę.
- Proszę bardzo - odparłem, bo w zasadzie nie robiło mi to żadnej różnicy.
- Dziękuję.
- A drugie pytanie?
Zastanawiała się kilka sekund, zanim zapytała:
- Czy wtedy, jako nastolatek, nie wolał pan towarzystwa dziewcząt w swoim wieku? Dorosła kobieta była bardziej atrakcyjna? A może stanowiła większe wyzwanie? - Na policzkach Victorii po raz nie wiadomo który tego dnia wykwitły rumieńce doskonale widoczne na jej bladej, delikatnej cerze .
- To całkiem normalne zjawisko. I, co ciekawe, zmienia się z wiekiem zarówno u mężczyzn, jak i kobiet.
- Nie przypominam sobie, żebym jako nastolatka czuła jakikolwiek pociąg do starszych facetów.
- A jednak wiele nastolatek woli doświadczonych kochanków od swoich, dopiero uczących się intymności, rówieśników. Niezależnie od płci całe życie szukamy potwierdzenia...
- Potwierdzenia czego? - zapytała, wydając się autentycznie zdziwiona. Dopiero zaczynało do mnie docierać, jak wiele zagadnień musiałem tłumaczyć. Albo nauka psychologii pomijała zagadnienia z dziedziny seksuologii, albo panna Bowman w ten sposób chciała poznać moje zdanie na różne tematy. No cóż, obiecałem jej szczerość.
- Własnej atrakcyjności, wartości... Młody chłopak zawsze potraktuje komplement z ust doświadczonej kobiety poważniej niż z ust dziewczyny w wieku zbliżonym do jego. Intymna sytuacja ze starszą kobietą wzmaga poczucie, że chłopak jest postrzegany jako mężczyzna. To wielka motywacja i pokarm dla młodego ego. Z wiekiem jednak się to zmienia. W wieku średnim zadowalają nas najczęściej rówieśniczki, bo w końcu są w kwiecie swej kobiecości. Ale im wiek bardziej zaawansowany, tym młodsze stają się obiekty seksualnych zainteresowań. Oczywiście nie mówię tutaj o żadnych dewiacjach czy pedofilii... Ale jakoś tak się najczęściej składa, że jeżeli facet w okolicach pięćdziesiątki szuka kochanki, to raczej w wieku lat dwudziestu niż w swoim. Ponownie karmiąc swoje ego, udowadniając sobie z każdą nocą spędzoną w objęciach kobiety w wieku jego córki, że nadal jest atrakcyjny, że nadal ma to "coś".
- Kryzys wieku średniego to u mężczyzn czas bardzo dziwnego rozumowania - odparła z nieco kpiącym uśmieszkiem Victoria.
- U kobiet również, panno Bowman. Kobieta do pewnego wieku nie będzie miała żadnych problemów ze swoją seksualnością. Ale później? Nieubłaganie pojawią się zmarszczki, spódnice powiększą się o rozmiar czy dwa, a mąż przestaje przejawiać jakiekolwiek zainteresowanie współżyciem... I może być nadal piękna w oczach innych, ale w jej własnych atrakcyjność spada z każdym dniem... I wtedy pojawia się w okolicy jakiś młodzieniec. Syn koleżanki, kumpel syna, nowy kolega z pracy... Pojawiają się myśli, do których żadna kobieta się nie przyzna, ale każda je zapewne miewa. Kiedy młodzian jest dla niej miły, kiedy usłyszy z jego ust komplement... Każda zaczyna się zastanawiać, czy jest jeszcze na tyle atrakcyjna, żeby młody mężczyzna zwrócił na nią uwagę? I wtedy następuje to proste dopasowanie: młody szuka potwierdzenia swojej męskości u starszej kobiety, a taka właśnie kobieta chce poczuć się znowu atrakcyjna w ramionach młodszego faceta. Gotowy przepis na romans i naprawdę nie trzeba dużej iskry, żeby taka para wylądowała nago gdziekolwiek, byle ze sobą. Oczywiście nie każdy przypadek tak się kończy. Czasami brakuje odwagi, czasami zwycięża rozsądek... Ale oboje będą szukali swojego towarzystwa, przynajmniej dopóki jedno nie znajdzie innego obiektu zainteresowań.
- Mówi pan o tym tak, jakby to było naturalne. A przecież to zdrada.
- Nie mam na myśli tylko kobiet zaniedbywanych przez swoich mężczyzn. Samotna tym bardziej będzie podatna na urok młodszego faceta. I poniekąd, skoro leży to w naszej psychice, jest to naturalne. A zdrada? Od zarania dziejów pary się zdradzają, ale rzadko bez przyczyny. Czasami jest ona faktyczna, czasami urojona, ale zawsze jakaś jest. Winne są zazwyczaj obie strony i brak komunikacji między nimi.
Victoria przez chwilę trawiła te słowa, aż w końcu dogasiła papierosa.
- Dał mi pan dzisiaj niemało do myślenia, panie Shepherd. To dobrze wróży na przyszłość. Ale teraz muszę już iść. Widzimy się niedługo. - Z tymi słowami panna Bowman wstała i zapukała w drzwi.
Kiedy ona pakowała jeszcze swoje rzeczy, strażnik ponownie skuł mi ręce i poprowadził do mojej celi. Gdy zasunęły się za mną drzwi, usiadłem na pryczy i przetarłem kilkukrotnie twarz rękoma. Powrót myślami do najmłodszych lat był gorzkim przeżyciem. Jednak najgorsze miało dopiero nadejść. Tymczasem musiałem ponownie przetrwać czas pomiędzy posiłkami i odwiedzinami na przydzielonych mi pięciu metrach kwadratowych.