Dialogi. Humoreska dramatyczna. Proza poetycka - Janusz Korczak

Kup ebooka

24.90 zł
19.92 zł (12,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Bezwstydnie krótkie

a) Pisać? (szkoda czasu).

b) Czytać? (kino - kryzys książki).

c) Wydawca się krzywi (papier - druk).

d) Zresztą czytelnik sam...

Bezwstydnie krótkie (nowele).

- Ależ to głupiec.

- Wiem.

- Nie ma żadnych kwalifikacji.

- Wiem.

- W dodatku, niezupełnie, jakby to - no, niezupełnie pewny człowiek.

- Wiem.

- Takie odpowiedzialne stanowisko.

- A masz pan innego kandydata?

- Innego? - No, przecie - tak od razu - z miejsca.

- Aha: no, to wiedz pan, że ze względów taktycznych, dla dobra stronnictwa, on musi tymczasem być i mądry, i wykwalifikowany, i najzupełniej pewny. - Tymczasem. Zobaczy się, co dalej.

- Chyba że tak.

- Mówię ci jak uczciwy człowiek: on niewart pomocy. Sam sobie winien. Mógł mieć. - No, ale jak się uparł, że mu nie wypada, to wybacz.

- No, ale tak go zostawić? On zawsze był przecie dziwak.

- Nie dziwak, ale dureń. Wiesz, co mi wtedy powiedział? "Ja kraść nie będę". - Rozumiesz: wszyscy mogą, tylko nie on.

- Wiesz przecie: nigdy nie liczył się ze słowami.

- Ale ja się liczę i grosza mu nie pożyczę. Dosyć! Ma, na co zasłużył.

- Więc nie oddał?

- Lepiej jeszcze. Pożyczył znów trzysta złotych.

- Idiota jesteś.

- Ależ poczekaj: jaka ty w gorącej wodzie kąpana.

- No, więc gadaj.

- Od razu ostro wsiadłem. A on: "Czy się zapieram - jak tylko będę miał - jak będziesz w potrzebie, też pomogę". I powiada: "Napadłeś na mnie".

- A ty?

- Mówię mu, że jak żyję, na nikogo nie napadałem, tylko żeby zwrócił. A on: "Pożycz mi jeszcze trzysta, to - już razem".

- I pożyczyłeś?

- A co miałem robić? Mówił, że ma nóż na gardle.

- Idiota jesteś.

- Rzeczywiście. Ciekaw bardzo jestem, co ty byś na moim miejscu zrobiła? Miał nóż na gardle.

- Powiadam ci: boki zrywać.

- No, nie wierzę.

- Głupia jesteś. Wracam właśnie od nich.

- Ale skąd się, u licha, dowiedział?

- Ba. Kiedy dostał ostatni anonim, poleciał z nim do biura detektywów.

- Daj pokój, bo pęknę. Do biura detektywów? No i co?

- No, nic. Powiedzieli, że tak. Więc naprzód miał jego zastrzelić, potem siebie, siebie i ją, ją i siebie, a potem przebaczył.

- A ona?

- Ona mu przyrzekła, że ostatni raz.

- I uwierzył?

- Nie tylko on, ale ona, ona sama uwierzyła. I to jest najkomiczniejsze.

- Skąd wiesz?

- Mówiła mi. Wracam właśnie od nich. On zapłakany, ona zapłakana. Jak w romansie dla młodzieży.

- Co też to się dzieje na świecie.

- Pomyśl tylko: w dzisiejszych czasach... Idź do nich, przekonasz się... Warto!...

- Zwyrodnienie? No, dobrze. Niech sobie będzie zwyrodnienie. - Lesbijska? Dobrze. Niech będzie, jaka chce. Ale zlituj się, człowieku, ja się tylko pytam: czym? - No - czym? I jak ich dwie, to kto, jak? Musiałeś się przesłyszeć albo zażartowali z ciebie.

- To i ty kradnij.

- Nie umiem, Ewuniu. Ani ojciec, ani dziad.

- Sprobuj, Adasiu. Widzisz przecie. Czy ja wyrzucam pieniądze?

- A czyż ja mówię?

- Nie mogę końca z końcem. Życie brzydnie. Dzieciska się marnują. Sprobuj także. Dlaczego inni?

- Nie kuś mnie, kobieto... A jak jeszcze imię stracę? Pomyśl tylko: sąd - śledztwo - prokurator. - Pro-ku-ra-tor. Za nic.

- No, nie. Ja tylko tak. Ślubowałam, to będę wierną - choćbyś nawet tam i został do końca uczciwy. - No, uściśnij mnie. Przytul mnie przynajmniej, Adasiu. - Oooch, Boże!

- Powiadam ci: tak spodlałem w tej naszej demokratycznej, tak do cna schamiałem, że jak mnie w tramwaju jaki obdartus albo Żyd potrąci - już nawet nie odczuwam potrzeby wyrżnięcia go w pysk. Rozumiesz: nawet potrzeby... Usunę się - i nic...

- A ty co?

- Ja? No, powiedziałem jej, jak należy. Że jest żoną, matką. Do czego to podobne? Powiedziałem, że kobieta powinna się szanować. Że jeśli w rodzinie moralność już tego, to wszystko zginie. - Powiedziałem, że - bo ja tam pamiętam - do rozumu, do serca przemówiłem. Długo mówiłem.

- No, a ona?

- Powiada, że teraz taka moda, że wszystkie - kto ich tam zrozumie. Musi przecież coś wiedzieć, kiedy mówi. Teraz naprawdę trudno się dogadać. Tak się coś wszystko pokotłowało, pokiełbasiło po tych wojnach. Moda na zdradzanie. Pierwsze słyszę.

- To tak? Więc na to nasi bohaterowie krew przelewali, żebym w niemodnym kapeluszu chodziła? Na to zerwali kajdany, żeby żona urzędnika niepodległej w zeszłorocznych sukniach na pośmiewisko się wystawiała? Ty barbarzyńco, najeźdźco, ty okkupańcie!

- Dlaczego wyraźnie nie powiedzą? To wolno, tego nie. Temu wolno, temu nie. Do wczoraj było wolno, od dziś nie. - Józef za to samo nic, a Karol w kozie. - Władek przed rokiem jeszcze nic, a Paweł już dziś w pace. - Franek we Lwowie nic, a Filipowi w Warszawie wytoczono sprawę. A potem się dziwią, że jest zastój. - Ludzie się boją, nie mogą się zorientować. - Nie każdy chce zaraz, żeby o nim gazety smarowały. Bo żeby choć pisać zabronili. Ale nie. Pierwszy lepszy pismak weźmie i dopiero będzie cię szkalował. A jak ma, jucha, dowody, to i sąd nie pomoże. Jakie sądy, taka to i cała... Nie darmo Niemcy - jakże to: Polnische Bruderschaft.

- Wiem - wszystko wiem. Ty mi kurierkową wiedzą nie zaimponujesz. - Tylko że dawniej kłanialiśmy się jednemu. Albo Niemcowi, albo Moskalowi. A teraz wszystkim: i Czech, i Moskal, i Niemiec, i Włoch, i Anglik, i Turek. Przecież nawet mamy posła w Palestynie też. - Ja bym tym parchulom posłów jeszcze opłacał. - Wolę jednego gospodarza niż dziesięciu. - Tak.

- Bój się Boga, przecież inni też.

- Kto: inni?

- No, Francuzi, Anglicy, Niemcy.

- Powiadasz, że inni? - Więc co z tego? Widocznie chcą. Widać im tak dobrze. A ja nie chcę - i basta. Basta - rozumiesz - baaaassssta!

- A czy czasem nie ona właśnie ukradła?

- Ależ sąsiedzie, co też sąsiad? Gdybyście widzieli, jak szukała. Łzy miała w oczach. - Musiałem ją uspokajać. - Mówi: "Tak mi przykro, że akurat ze mną".

- Może udawała?

- Cóż znowu. Najwyżej dwadzieścia lat - dziecko prawie. Skąd by taka przewrotność?

- Po nich wszystkiego się można spodziewać.

- Ja wiem. Ale nie ona. Tak się do mnie tuliła. "Wsią pachniesz" - mówi. - I w głowę - i w oko ("w oczko", mówi), i w twarz, i w szyję...

- Podejrzane, sąsiedzie. Przecież my już nie tacy młodzi.

- Mówiła, że młodych nie lubi, bo natrętni. Zresztą - pięćdziesiąt lat - to jeszcze nie tego - nie taki znów wiek!

- A ile było w portfelu?

- Bagatela: nawet nie całe pięćset.

- Sama nie wiem, jak to się stało. Zaraz na dworcu. Taki uprzejmy. Pyta się: do kogo, po co? Powiada, że trzeba być bardzo ostrożną. Aż żenująco usłużny. - Już nawet nie jak znajomy, ale - przyjaciel. - Ten kapelusz on mi właśnie doradził.

- Ale pomyśl: przecież to jednak okropne.

- Ja też mu tak powiedziałam. Bo trzeba ci wiedzieć, żem zaczęła strasznie płakać, aż mnie wodą cucił. I tak właśnie mówię: "To przecież okropne".

- A on?

- Tak się jakoś naiwnie uśmiechnął i mówi: "A cóż w tym złego, żeśmy wymienili kilka serdecznych wyrazów?".

- Kilka - - serdecznych - - wyrazów? Dziwna doprawdy ta Warszawa. Trzeba się będzie wybrać.

- Dobrowolnie? - Nie. - Co to, to nie. Na kryminały dam, ale nie na szkoły. - Dosyć! - Żeby chamom do reszty we łbach poprzewracać. - Powszechne nauczanie! - A do gnoju, psi synu. - Kto będzie bydło pasał, krowy doił, kartofle kopał - profesory? - Seminaria, psiakrew: agitatorów tylko. - Widły, hyclu, nie gazetę. W pysk, nie wybory. - Ja mam do tego paskudztwa rękę przykładać? - Kryminał - i owszem, ale nie szkoły. - Na mnie możecie nie liczyć. - A ile wam tam brak jeszcze do tej waszej - szkoły?

- Mogą sobie, panie dzieju, robić, co chcą. I ludowładztwo, i żydowładztwo, nawet komuniści, owszem. - Mnie nic do tego. Mamy prezydenta, mamy ministrów, sejm. Płacą im: niech rządzą. Po mojemu głupio, ale trudno - widać tak ma być. - Ale na moich śmieciach: ja pan. I tu niech mi się nie wtrącają. Demokracja? - Dobrze. - Ale jeszcze nie u mnie. - Może ja głupi, może nie taki znów głupi. - Ale dopóki ja żyję... panie dzieju - niech oni mi swoich porządków - tu - nie - bo stracę wreszcie cierpliwość.

- No, już dobrze - dobrze. Zmarnowałem ci życie. Dobrze. Źle zrobiłaś, że wyszłaś za mnie. Dobrze. Jesteś nieszczęśliwa. Nie rozumiem ciebie. Jestem egoista, tyran. Zgoda. - Ale musisz chyba przyznać, że zupa jest przydymiona?

- Jakże? Na wspólnika brać notorycznego złodzieja?

- Mój kochany, znam go lepiej niż ty. I mogę cię zapewnić, że nie tylko nie jest notoryczny, a właśnie - wprost odwrotnie - to jest nieskazitelnie uczciwy złodziej. I właśnie takiego nam potrzeba. Nie wolno się do ludzi uprzedzać. A ty zaraz: notoryczny... Jak się chce robić interesy, nie można się bawić w grę słów... Notoryczny... Myślałby kto...

- Bo właściwie nawet nie wypada, żeby panna z dobrego domu urodziła nagle dziecko.

- Po pierwsze: nie nagle. A po drugie: po co zaraz dziecko? - W Paryżu jest doktór, który tam coś szczepi małpom i wcale dzieci nie mają. - Człowiek majętny, na stanowisku. - Dlaczego by nie miał pojechać z nią do Paryża? - A ja - będę się mogła nawet wystarać o paszport ulgowy. - Zobaczysz, że będzie dobrze.

- Boję ja się tego dobrego.

- Pan nie wierzysz? - I ja nie wierzyłem. - Ale są. - Wiem na pewno. - Już dawno. - Wtedy nazywali się - wolnomularze. - Tylko panie, ani słówka. Nie wolno o nich. Ani mru-mru. - Wszystko - oni. - Wojna - masoni. - Dolar - masoni. - Jakaś tam, panie, heca - masoni. Tylko, na miły Bóg, ani słowa, że ja to panu... Bo sprzątną... Uważasz pan? - Sprzątną bez pardonu. - I nikt się nie ośmieli nawet - dać znać do komisariatu. - Otrują i - cicho, sza. Utopią - i sza. - Panie kochany, człowiekowi włosy dęba stają.

- Więc co robić?

- Nic. - Sza! Życie każdemu miłe.

- Doprawdy - niesprawiedliwi jesteśmy. Że mogą się ubrać w brylanty, smacznie zjeść i siedzieć w loży - nawet tego im nie użyczyć? Toć oni, niebożęta, nic innego nie mają. - Zresztą: ich to tak jeszcze bawi.

- No, właśnie: wróciłam późno. Więc co? - Z chłopcami! - No, tak: z chłopcami. - Dosyć tej opieki! - Bylem na czas przyszła do biura. - A mama mi może zabroni? - Jestem na posadzie. Jestem niezależna. - Może mam się kłaść do łóżka z kurami - z maszyną do pisania? Chce mnie mama wtrącić w perwersję? Dobre sobie. - - - Przestań się dąsać, matulu. - Jak będziesz grzeczna, i ciebie wprowadzę w świat.

- Wyspiański? Owszem. Ale słuchaj: Margrabina. Niewidoma córka. - I on się poświęcił. Potem ona go z takiego niebezpieczeństwa. A żebrak był spadkobiercą tego, co na galerach. - Spotkali się i dopiero zaczął ją całować. Takie piękne. - Płakałam. Śnił mi się. - Jaki szlachetny! - Bo gdyby nie (zapomniałam - jakieś takie włoskie imię), gdyby nie ten łotr, mogli się jeszcze w pierwszym tomie pobrać. Tyle cierpieć: dwa tomy. - Ale i Wyspiański niczego.

- Ależ to oszustwo.

- Niech i tak będzie.

- Więc?

- Więc ideały, mój kochany, dobre dla pensjonarek. A ty jesteś przecież mężczyzną. W twoim wieku trzeba się już zacząć szanować. Nie wolno się kierować fantazjami.

- Więc mam okradać Polskę?

- A kto ją ma okradać, jeśli nie my? Wolisz może, żeby Żydzi?

- Ani my, ani oni.

- Dzieciak jesteś. Stary dzieciuch. Wstydź się.

- Powiadam mu: stać cię, to używaj. Pyta się - jak, co? Więc ja: wszystko. - Samochód - gramofon - kino - szampan - foxy - jazzy - czekolada - karty - troty - filantropia - pijama - zegar z dewizą złotą - obrazy ręczne - portrety olejne - bomboniery - bukiety - brązy - psy - kobiety. Co najdroższe! A on nie: mówi, że trzeba oszczędzać. No i leży. I gdybym go nie uprzedzał. Ale mówię: "Patrz tylko, jak ja". - No i co? - Ano nic. Ja mam, a on... Szkoda, bo dobry nawet, tylko lekkomyślny chłop. - Oszczędzał. - No i co? - A uprzedzałem - mówiłem.

 

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.