AMEJKOGadulia
I. BOLEŚCINKI POLSKIE. ŚPIEWNIK
OSOBY:
- PIERWSZY biesiadnik
- DRUGI
- TRZECI
- CZWARTA
- PIĄTY
- SZÓSTY
- SIÓDMY
- ÓSMY
- DZIEWIĄTY
- PRZEWODNIK
- DZIEWCZYNKA
- CHÓR DOLOROSÓW
- PRE-PAID
- KOBIETA Z PSEM
- MŁODY
- OJCIEC
- HRABIA ALFRED
- DOWÓDCA
- KAMRACI
- STARY BRESLAU
- STARSZA KOBIETA 1
- STARSZA KOBIETA 2
- CHŁOPAK
Długi stół, za stołem siedzą ludzie, niektórzy rozmawiają ze sobą, inni mówią do siebie. Co jakiś czas gwar milknie, biesiadnicy nasłuchują. Ktoś szepcze "Słyszycie? Idzie! Idzie!".
Pieśń "Gdyby ja ten rozum miał"
Trzech mężczyzn i kobieta, przed nimi sporo pustych butelek, jeden z mężczyzn dmucha w butelkę.
PIERWSZY Buu! Buuu! Buuuuuuu!
Biesiadnicy z odległej części stołu zdezorientowani zrywają się z miejsca z okrzykiem: to on! Jest!
PIERWSZY Jak statki we mgle płyniemy, nie wiadomo dokąd. Buuuu!
Ci najbliżej siedzący odpowiadają mu buczeniem z dna pustej butelki: Buuuu!
PIERWSZY (szturcha w bok Drugiego) A nie wiesz ty, czemu tylko w jedną stronę? Bo czy z lewa na prawo, czy na odwrót - życie zawsze od początku do końca płynie. A jakby tak człowiek w cofie żył? Od końca? I już na początku by znał zakończenie?
TRZECI (nuci)
Jakby człowiek w cofie żył,
toby on mądrzejszy był
od siebie.
PIERWSZY Życie by człowiek sobie spokojnie oglądał, jak straszny film. I wcale by się nie bał, bo już by wiedział, kiedy oczy zasłonić i nie patrzeć. (zasłania sobie oczy i wybucha płaczem) Jakbym ja miał ten rozum, co teraz!
CZWARTA (sceptycznie) To co?
Reszta kompanii zaczyna krzyczeć.
- Tobym...
- Tobym...
- Tobym...
PIERWSZY (markotnie) Tobym od szwagra tego samochodu nie kupił! (buczy w butelkę) Samochód zaraz mi się rozkraczył, a szwagier pieniędzy nie chciał oddać, i na Wigilii żeśmy się pobili, i dostałem dziesięć lat, bo skurwysyn nie przeżył, a siostra z dzieciakami sama została i umarła, a dzieciaki...
CZWARTA (sceptycznie) Lepiej tego rozumu na przód nie wysyłać. Był u nas taki jeden, co w cofie żył i źle się to dla niego skończyło.
DRUGI Czemu źle? Co złego jest w życiu, co do tyłu biegnie.
CZWARTA Bo goło zaczął się nosić. Wychodził golusieńki przed dom i ludzi po oczach golizną walił. - W niewinność jestem ubrany jak pierwsi rodzice w Raju. Bo się okazało, że on w cofie żyje i w Raju właśnie przebywa! Ludzie najpierw nic nie mówili tylko oczy odwracali i tymi odwróconymi oczami - przewracali, co miało znaczyć: co za bezwstyd! I tak się przyjęło, że go Bezwstydem nazwano. Ludzie mu ubrania podrzucali pod drzwi, ale on nic sobie z tego nie robił, tylko dalej na golasa chodził. - Jak wam wstyd na mnie patrzeć - mówił - to powiekami oczy zatrzaśnijcie, a mnie dajcie żyć bez winy! Na oślepśmy się rozeszli po domach, żeby tej golizny nie oglądać. Każdy wstyd swój pod powiekami do mieszkania zaniósł i w mieszkaniachśmy siedzieli, całkiem z nich nie wychodzili, bo niby jak? Z oczami zaślepionymi wstydem chodzić? A na dodatek, wstyd powiedzieć, ale ten bezwstyd zaraźliwy się zrobił, bo inni też chcieli niewinności posmakować! - Jak tu Bezwstyda zawstydzić, skoro on w niewinności żyje? - pytaliśmy jeden drugiego. - Jak ludzi od golizny wybawić? Wściekłość w nas rosła, że on taki wolny od winy się prowadza. Żeśmy zrobili naradę w nocy, i księdza proboszczaśmy zaprosili, któremu też się nie podobała ta ludzka niewinność, bo ksiądz przecież z grzechów żyje. Golasówśmy wyłapali jeszcze przed Wniebowstąpieniem, do krzakówśmy przywiązali i podpalili na chwałę Pana.
PIERWSZY (trochę przerażony) I co?
CZWARTA Nic. Leżał potem nagi, strojnie odziany w martwą obojętność trupa i wciąż na złość całemu światu niczego się nie wstydził!
Ballada o byciu w dwóch miejscach naraz
PIĄTY (do Szóstego) Wszystko przez te morderstwa.
SZÓSTY (przerażony zrywa się z miejsca) Morderstwa? Tutaj? Kto morduje?
Piąty nie odpowiada, patrzy na Szóstego, cieszy się efektem, jaki wywołał.
SZÓSTY No, kto morduje?
PIĄTY Czas! Czas własnymi rękami wszystko morduje.
SZÓSTY (z ulgą) Aha!
PIĄTY A co po każdym morderstwie zostaje?
SZÓSTY Co?
PIĄTY Trup!
SZÓSTY Jaki znowu trup?
PIĄTY Zwłoki zwleczone z tego, co kiedyś było żywe. Czas trupa nieżywego nam zostawia. I to gdzie?
SZÓSTY Gdzie?
PIĄTY W głowie! U jednych trup w pył się rozpada, jak należy, więc się człowiek otrzepie z pamięci jak pies i leci dalej! Ale innym trup siną twarzą się nachyla każdego dnia, każdej nocy i szepcze: a pamiętasz, jak...? (wybucha płaczem)
Szósty podaje mu chusteczkę.
SIÓDMY (wtrąca się do rozmowy) On pamięta, jak czarny pająk z krzyżem życie mu zasnuł brudną pajęczyną.
PIĄTY Ustami łapczywie mnie obłapiał i szeptał: "jesteś moim jedynym przyjacielem!". Tak prządł swoją lepką nić, a ja, w jednej i tej samej chwili wywyższony się czułem - i poniżony! Od ust łapczywych w poniżeniu trwałem, a od słów miłosnych szybowałem na wysokości. A czy można być w dwóch miejscach naraz, powiedz sam?
SZÓSTY Chyba że w filmach Lyncha.
PIĄTY O tego wszystkiego lyncz mi się zrobił w głowie! Wspomnienie nieumarłe, jak wampir, co noc do mnie przychodziło, w głowie dzwoniło dzwonkami: "Idźcie - ofiara spełniona"!
SIÓDMY Mówiliśmy: weź, zapomnij! Tego już nie ma, już zniknęło, trup!
PIĄTY To mnie "spełniasz" każdej niedzieli - krzyczałem po nocach.
SIÓDMY Mówiliśmy: wyjedź tam, gdzie życie wartko płynie, gdzie każdy może się obmyć z samego siebie i zacząć życie na czysto!
PIĄTY Nie mogłem! Tak się w pamięci zastałem przez tego trupa, co mi w głowie na beton skamieniał.
Kolęda "To nie jest fajka"
Grupa ludzi, cała w śpiewach, różańcach i chorągwiach. To dolorosi.
PRZEWODNIK My, dolorosi, jesteśmy tu, żeby swój ból ofiarować Najwyższemu! Po co tak cierpieć na darmo! Idziemy na wiatr, żeby bólem odkupić grzechy świata, jak nasz Zbawiciel.
KTÓRYŚ Z DOLOROSÓW (krzyczy) Bólem czyścimy świat!
CHÓR DOLOROSÓW Czyścimy! Czyścimy! Czyścimy!
Dziewczynka, chuda, wiotka i smutna.
DZIEWCZYNKA Jestem kurwą. Tatuś mówi, że kobiety to kurwy i trzeba je za to karać. Od kiedy urosły mi piersi, muszę pokutować. (rozpina bluzkę i pokazuje swoje małe piersi) Najpierw cięłam się żyletką, ale było dużo brudu i wszystko było widać. Ludzie zaczęli się dopytywać. Tatuś powiedział, że mam pokutować niewidzialnie. Tutaj ból jest niewidzialny i nikt się nie dopytuje. Bardzo lubię tu być. Tutaj wszystko zrobione jest z bólu i już nie muszę o niczym myśleć. Ból mówi do mnie: "Już dobrze, teraz jestem tylko ja, niczego więcej nie ma. Nawet ciebie nie ma".
PRZEWODNIK Król-Ból nie bierze jeńców. Król-Ból z nikim się nie dzieli. (obejmuje Dziewczynkę, kołysze nią, mówi śpiewnie) Ciiiii! Ta mała kulka wciśnięta w skroń to Wszechświat. Za chwilę pęknie i popłyną hurmy gwiazd i planet, ostrożnie, jedne po drugich, żeby tylko nie zahaczyć o siebie orbitami. Czego tam nie ma! Ho-ho! Galaktyki, wodory i gwiazdy! A między nimi, popiskując, przemykają ogoniaste komety. Spójrz! Ból nie jest bólem, a "to nie jest fajka". Przepełnieni mocą zmartwychwstania będziemy żyli od nowa! Kosmiczna rezurekcja. Czy nie na to czekaliśmy umierając?
PRE-PAID Nirvana, telefon do absolutnego szczęścia. Musisz zasilić go bólem, żeby zadziałał.
CHÓR DOLOROSÓW Pre-paid! Pre-paid! Pre-paid!
PRZEWODNIK "Jeśli po każdej burzy taka nadchodzi cisza, niechże zawieją wiatry, aż śmierć przebudzą."
CZWARTA (jak zwykle sceptyczna, krzyczy) Jakoś słabo wam idzie, bo zła na świecie nie ubywa.
PRZEWODNIK (krzywi się, słowa Czwartej mocno go zabolały) Bo wciąż zbyt mało jest cierpiących! Ludzie chcą koić ból! Wymyślają jakieś leki, szczepionki i "prawa człowieka". A my chcemy, aby jak najwięcej było na świecie dolorosów. Kiedy wszyscy zaczną cierpieć w imię dobra - zło zniknie, zobaczysz!
CZWARTA Wszyscy?
PRZEWODNIK Wszyscy. (krzyczy) Bólem czyścimy świat!
CHÓR DOLOROSÓW Czyścimy! Czyścimy! Czyścimy!
PRZEWODNIK Staramy się z całych sił, żeby wszyscy cierpieli w imię Pana. Zwłaszcza dzieci! Ich cierpienie miłe jest Panu! Dziecięce głosy lecą pod niebiosy!
Niebieska piosenka
ÓSMY (wyciąga pęk kolorowych flamastrów, podsuwa Piątemu gestem "poczęstuj się") Weź! Niebieski najsmaczniejszy!
Piąty odmawia. Ósmy sam bierze jeden z flamastrów, rozgryza plastikową obudowę jak skorupkę cukierka i wysysa środek, chrupiąc i mlaskając.
ÓSMY Pamiętam dobrze dzień, w którym się urodziłem! Serio! Byłem całkiem goły i miałem taką cieniutką skórkę, a oni włożyli do pudła fortepianu. I zatrzasnęli klapę. Od tamtej pory ktoś bez przerwy naciska klawisze, każdy dźwięk wali mnie młoteczkiem po skórze i to okropnie boli.
CZWARTA A co grają?
ÓSMY Piosenki. Bardzo bolesne.
PIĄTY Czemu wsadzili cię do fortepianu?
ÓSMY Jak to czemu? Bo byłem winny. Jak tylko się urodziłem, od razu wiedziałem, że jestem winny! Taki jest świat. Rodzisz sobie dziecko, a jak tylko się urodzi, to od razu wiadomo, że jest winne! Wtedy je zabijasz. Tak ustalił ten elegant. Ten-Który-Sfałdował-Się-Trzy-Razy, zgrabnie, z jednej materii, w Ojca, Syna i Ducha. Prawdziwy hipster. A potem powiedział tamtej dziewczynie: u r o d z i m y s o b i e d z i e c k o, ż e b y b y ł o w i n n e. Nie sam, posłańca wysłał. Gdzie by taki wielki pan do kobiety gadał osobiście, nawet tej, której właśnie zrobił dzieciaka. Do mojej matki też ktoś krzyknął na ulicy: "te, Majka, ale brzuch ci urósł! Beesz miała bachora!". Więc tamta dziewczyna już wiedziała, że będą mieli dziecko, tylko, cwaniak, zapomniał jej powiedzieć - po co?
PIĄTY Żeby uratować ludzkość!
CZWARTA (sceptyczna jak zwykle) Chyba uradować. Przecież nikogo nie uratował, za to uradował wielu!
ÓSMY Raz byłem winny bardziej niż zwykle i przez tydzień leżałem w szpitalu nieprzytomny. To wtedy pomieszały mi się kable w głowie - w mózgu jest straaaaaszny ścisk. A kiedy się obudziłem, kolory miały smak. (pokazuje flamastry). W szpitalu było fajnie! Ściany smakowały jak miętowe lody. Naprawdę! Pożerałem je oczami. A na dodatek, brzmiały! (nuci) Nabrzmiała twarz matki też zabrzmiała. Przyszła mnie odwiedzić. Nachyliła się nade mną i powiedziała (z jego ust wydobywa się świszcząco-syczący dźwięk) "Miał kto urodzić, nie miał kto udussssssić" . To takie ludowe porzekadło, bo ona cała była w porzekadłach. Porzekadło zawsze jest takie twarde, zgrzytliwe, z tym wymiotnym "dłoooo" na końcu. Sina twarz matki miała niedobry smak. Zwymiotowałem.
CZWARTA O co chodzi z tymi kablami w twojej głowie?
ÓSMY Nie wiem. Jeden doktor psychologii zhabilitował się na mnie, ale niczego nie wyjaśnił, tylko się namyślał przez trzysta stron.
PIĄTY Ja wiem! To wszystko dlatego, że za bardzo się dopytywałeś!
Czwarta i Ósmy patrzą zdziwieni na Piątego.
PIĄTY To jasne! Bez przerwy marudziłeś: czemu? Czemu? Chciałeś, żeby świat ci to wyjaśnił. Ale im bardziej się dopytywałeś, tym mocniej obrywałeś od świata! A wtedy mózg, jak czarodziej, ulitował się nad tobą! Dlatego wszystko stało się muzyką, bo muzyki się słucha i w ogóle nie trzeba jej rozumieć!
ÓSMY (olśniony wyjaśnieniem Piątego) Fakt! Od tamtej pory już nie pytam: czemu?
PIĄTY Od tego jest mózg, żeby rozwiązywał problemy, co nie? Na świat nie ma co liczyć. (bierze od Ósmego czerwony flamaster, rozgryza, żuje powoli) Dobry! Brzmi jak... (nuci melodię)
CZWARTA Faktycznie... czerwona! (Również "częstuje się" flamastrem)
ÓSMY Matka dostała dozór i "zawiasy". Sędzia powiedział, że matka "chciała mieć dziecko i zjeść dziecko". Ale ona urodziła sobie następne - miała je, a potem zjadała. Na szczęście dzieci ciągle rodzą się grzeszne.
Walczyk "Nemezis"
Kobieta trzyma na kolanach wypchanego psa. Co jakiś czas ze złością uderza psa a wtedy z jego futerka unosi się szary pył.
KOBIETA Z PSEM Niewylewni za kołnierz byli!
Płynęli wartko wśród żartów, aż utonęli w mętnym zapomnieniu. On był największy i najgłośniej gadał, po schodach chodził najgłośniej, a kiedy się śmiał, najgłośniej ze wszystkich, to pokazywał zęby wielkie jak sztachety, byle jak wsadzone, z prześwitami. Wszyscy się bali, że on tą zębową sztachetą zaraz komuś rozwali łeb.
Wiedział, że dopóki się śmieje, tym swoim śmiechem ostrym, jak nieheblowana sztacheta - świat mu nie podskoczy! Niczego się nie bał, no, chyba że tego jednego: że z niego będą się śmiali. Ale nikt śmiechem poniżyć go nie śmiał, bo to on śmiał się najgłośniej i najtwardsze miał sztachety.
Płynął tak dzień po dniu, spokojny, że nikt się z niego śmiać nie ośmieli - ani z rzeczy żadnej, która jego jest. Ja byłam jedną z jego rzeczy. Bałam się go ośmieszyć odezwaniem nie takim jak trzeba, albo ubraniem nie takim, jak się jemu podobało, więc ubierałam się, jak on chciał, i milczałam, jak on chciał.
Ale co ma się stać - to się stanie! Jak w tej greckiej tragedii: można dziecko porzucić w górach na śmierć, a ono i tak po latach przyjdzie, ojca zabije, z matką się ożeni, oczy sobie wyłupi - dokładnie jak w przepowiedni stało. Będziesz uciekać przed losem w najwyższe góry, na dno oceanu, do pieczary - a i tak pierwsza rzecz, którą tam zobaczysz, to będzie twój los! Pięknie cię powita i powie: "Czemu się tak guzdrałeś? Czekam tu na ciebie i czekam!".
Jego przeznaczenie było czarne, kudłate, miało z metr łącznie z ogonem i bez przerwy za nim biegało. Przeznaczenie nazywało się Perełka, a on to swoje przeznaczenie kochał najbardziej na świecie i jakoś ośmieszenia się nie bał. Bo i jak się tu bać, kiedy przeznaczenie miłośnie na ciebie patrzy i na krok cię nie odstępuje? A jednak...
PIERWSZY Co? Suka go ośmieszyła?
KOBIETA Z PSEM Ano, ośmieszyła!
CZWARTA (sceptycznie) A niby jak?
KOBIETA Z PSEM A tak, że pies jakiś Perełkę dopadł, razem się sczepili i tacy sczepieni latali po wsi. Wszyscy to widzieli, wszyscy, lecz nikt zaśmiać się nie ośmielił. Każdy połknął ten śmiech i trzymał w sobie, żeby potem w domu ukradkiem go wypuścić. Ale on widział, że to nie pies, ale jego godność w kurzu się tarzała. I już wiedział, że wypełniła się boska przepowiednia i nie ma wyjścia: złapał tę najbardziej ukochaną, wypieszczoną za tylne nogi - i głowę jej o mur roztrzaskał.
PIERWSZY Dlaczego?!
CZWARTA Jak to dlaczego? Bo mu się skurwiła na oczach ludzi! Musiał ją ukarać, co nie?
Dziewczynka od dolorosów wybucha histerycznym płaczem.
CZWARTA Chodzi o godność. Po kim ty taki głupi jesteś?
PIERWSZY Po drożdżach. Podobno kiedyś wszyscy byliśmy drożdżami. (nagle obejmuje głowę ramionami, zaczyna się kołysać) Gdybym w cofie żył, tobym drożdżem był niewinnym. Taki maciupeńki, tyci-tyci, niczego bym nie żałował.
KOBIETA Z PSEM Kiedy umierał, to cały czas ją do siebie wołał. Spaliłam go, a prochy tutaj wsypałam. (głaszcze psa) Na wściekły wiatr je wypuszczę, niech go wiatr rozwieje!
Rap o porannym nieistnieniu
MŁODY Otwieram oczy. Za chwilę pamięć uciuła mnie z tego, co ma w swoim worku, ale na razie sufit to biały ekran w kinie. (podekscytowany) Zaraz pojawi się film ze mną w roli głównej. Nie mam pojęcia, kim będę! Dziewczyną czy chłopcem, kotem, dzieckiem, a może rybą? Albo jakimś dziwnym zwierzęciem? Gregor Samsa pewnego ranka stwierdził, że jest owadem. Super, ziom! Niech będzie owad, byle nie na zawsze.
A może, któregoś poranka, z mgły nieistnienia wyłoni się... Most?
Zawsze chciałem być mostem, bo mostów mi nie wolno - jestem na bezmostowej diecie, a miasta przepołowione rzeką odmawiają mi swojej pełni. Skazany na wieczną tęsknotę za drugim brzegiem, chciałbym obudzić się między niebem i wodą, cały ze stali. Wszyscy dbaliby o mnie, bo mosty są najważniejsze, bez mostów miasta istnieją tylko w połowie. Bez mostów ludzie też istnieją tylko w połowie, bo na moście spotykają się zakochani i szepczą do siebie, że "już na zawsze". Potem przychodzą w nocy i szepczą, że już "nic, nigdy" - słuchałbym, co mówią o swoim życiu, zanim ze mnie skoczą.
Sufit spada na mnie "samojednią". Ogłuszony nie mogę się poruszyć, już wiem, kim jestem. Odwracam się do ściany - może jeszcze zasnę. Nic z tego. "Samojeden" wstaję z łóżka i czołgam się przez kolejny dzień, taki sam jak wczoraj, taki sam jak jutro. Mam nadzieję, że następnego ranka znowu obudzę się pusty i wolny.
"Kim jesteś?" Dumka na trzy głosy
Młody, jego Ojciec oraz hrabia Alfred Korzybski siedzą obok siebie. Młody zajęty jest swoim laptopem, hrabia Korzybski nie zwraca na nikogo uwagi, zamyślony jak prawdziwy myśliciel raczy się jakimś wytwornym trunkiem.
OJCIEC Za moich czasów, ledwo się człowiek urodził, a już wiedział, kim jest, od wieków do miejsca swojego przypisany, przywiązany albo przykuty.
Samojeden byłem z dziada pradziada, aż zerwał się wicher historii i za jednym podmuchem z chłopa stałem się robotnikiem, a potem inteligentem pracującym, a nawet swoim własnym dziedzicem! Latała mi ta czwórca przed oczami, jak na karuzeli, jeden za drugim: chłopak, co na bosaka biegał po ściernisku, i robotnik, co taczkę pchał na budowie, za nim inżynier z teczką i w kapeluszu, i jeszcze dziedzic z sygnetem na palcu. Jechali, wirowali, a jak jeden się pojawiał, to drugi znikał, i jeden drugiego nie mógł dogonić, nawet ten chłopak, co biegał gołymi stopami po polu. A wiesz ty, Młody, jak się boso biega po zżętym polu, żeby stóp nie poranić?
MŁODY (nie odrywając wzroku od ekranu komputera) Skąd mam wiedzieć.
OJCIEC Skosem się biega. Jakeśmy zawody z chłopakami robili, to ja zawsze byłem królem. Chciałem wyskoczyć z tej karuzeli, bo im szybciej oni się kręcili, tym bardziej nieswój się zrobiłem! Jak jechałem na wieś do rodziny - to już nie byłem swój! Jak na budowie na murarzy krzyczałem, to też swój już nie byłem. Nigdzie nie pasowałem. Żyłem jakby na scenie, lecz nigdy nie wiedziałem, którego siebie na przód wystawić, żeby swoją rolę odgrywał, bo nikt mi nie powiedział, jaka to sztuka, w której gram? (zaczyna płakać) Tylu różnych ludzi na kupie we mnie żyło, a tylko dla mnie jednego miejsca brakowało!
OJCIEC (próbuje wyrwać Młodemu laptopa) Światożerca! Zachłanna pustka! Wciąga wszystko, co stanie mu na drodze. Bez przerwy coś w niego wpada i zaraz wylatuje - mówi, że jest tym, co akurat mu się wkręci. Spróbuj zbudować coś trwałego, tak po kawałeczku! "Ziarnko do ziarnka i zbierze się miarka", "Grosz do grosza i będzie kokosza".
MŁODY Zostaw! Muszę nasycić się światem, tak szybko, jak to możliwe. Życie to happy hour w knajpie Nicość. Jestem Zet, ostatnia litera alfabetu - po mnie niczego już nie będzie. Zresztą i tak niczego nie mogę zatrzymać, nawet gdybym chciał. Śmieciowe zlecenia, śmieciowe żarcie, śmieciowe ubrania z sieciówek. "Śpieszmy się kochać spodnie, tak szybko odchodzą!" Nawet słów nie mogę zatrzymać na dłużej. Śmieciowe językowe frazy najpierw same kleją się do mnie, a potem, nie wiadomo dlaczego, starzeją się, parcieją i znikają. "Wbijać na kwadrat", "sztos", "zajefajnie" - czy ktoś tak jeszcze mówi?
OJCIEC (do hrabiego Alfreda, wskazując na Młodego z odrazą. Prawie szeptem) Od wczoraj twierdzi, że jest niedźwiedziem polarnym. Że ma dosyć zimna, białego koloru i rozszarpywania fok, więc zostanie brunatnym niedźwiedziem kalifornijskim! Będzie serfować na falach, jeść wegańskie ryby i palić legalną trawę.
MŁODY Mogę dopłynąć na wirtualnej krze dokąd zechcę i zostać takim niedźwiedziem, jakim zechcę. Przestrzeń nie istnieje! Wszędzie jest blisko.
OJCIEC Niech pan hrabia mu powie (przymilnie zgina się wpół, miętosi w rękach jakąś niewidzialną czapkę), że on na mur-beton jest Polakiem, katolikiem jak pan i ja! I tej murowanej tożsamości nie wolno mu się wyrzekać, tak mi dopomóż Bóg!
Alfred hrabia Skarbek Korzybski herbu Habdank pociąga łyk swojego trunku.
HRABIA ALFRED Jaki Polak? Jaki katolik? Zwykły destylat. Tożsamość to tani bimber! Sprzedaje się go na wiecach wyborczych, placach i jarmarkach. Upija się nim żołnierzy, żeby szli na wojnę i zabijali innych, tak samo upojonych tożsamością - a potem tylko rzyganie i kac przez całe wieki.
OJCIEC Ale mnie o rzeczywistość się rozchodzi. O prawdę murowaną!
HRABIA ALFRED Jaka prawda? Jaka rzeczywistość? Milczący zacier bulgocze wokół nas, a jak się go przepędzi przez mózg - to z drugiej strony berbelucha skapuje słowami. Bywałem tu i ówdzie, lecz zawsze w innym stanie abstrakcji, w innych słowach, innych językach, a przepędzona przez czas esencja moja podlegała nieustannej destylacji i nigdy nie byłem tym samym hrabią Alfredem Skarbkiem Korzybskim herbu Habdank.
OJCIEC (mruczy z pogardą) Patrzcie go! Ugarnirowany jak prosię na półmisku!
HRABIA ALFRED (ze skruchą) Przyznaję, żem kapał słowami przez całe życie, bo taka już niedola myśliciela, lecz śmiało mogę powiedzieć o sobie, że w słowie-m żadnym nie utknął na dłużej. I to, co jest mną prawdziwym - na zawsze nieme zostało i niewypowiedziane.
OJCIEC (wściekły) Za pozwoleniem, panie dziedzicu! Niewypowiedziany i niemy, to był mój dziad i pradziad, aż mu razu pewnego jegomoście sprzedali ten bimber tożsamości i upitego na bój wysłali bez broni.
HRABIA ALFRED Zgadza się! Przodkowie pańscy ziemią byli, tym kawałkiem, który ich żywił, i gówno ich obchodziło, na jakiej mapie ziemia ta leży. A potem przyszli moi przodkowie i mapę im pokazali, i powiedzieli, że oni teraz nie są już ziemią, rękami dotykaną, tylko tymi kreskami narysowanymi na papierze. I tak właśnie moi przodkowie wydestylowali pańskich przodków z ich ziemi a destylatów nazwali Polakami, a przecież wszyscy wiemy... (chichocze) "mapa to nie terytorium"! Szczególnie kiedy niewyraźna jest i nie wiadomo dokąd prowadzi.
Ojciec rzuca się na Hrabiego, zaczynają się bić.
Gigue (czytaj żig) narodowy
Grupa młodych mężczyzn zamierza wesprzeć Ojca w walce z Hrabią Korzybskim.
DOWÓDCA Żołnierze Wyklęci, Wielka Lechia i Międzymorze - zbiórka! Husaria - nie połamać skrzydeł! Hasło: "Witaj w krainie!".
KAMRACI (odpowiadają chórem) "Gdzie obcy ginie!"
DOWÓDCA "Jesteśmy ludźmi zasad!"
KAMRACI "Jebać zasady!"
DOWÓDCA "Patrzycie, jak upada ten zniewolony naród nasz, bez szans na lepszą przyszłość i tylko rdzawych kajdan trzask".
KAMRACI "Precz z niewolą umysłową".
DOWÓDCA "Wmawiają nam, że od naszego nazwiska i imienia, które mamy po naszych przodkach, jest ważniejszy jakiś kod QR, czy jakieś szczepienie!" (szturcha Młodego)
MŁODY (nie odrywając wzroku od komputera) Przestańcie czerpać pełnymi garściami z szamba narodowych mądrości. Ja oparłem życie na jedynej uczciwej rzeczy: na własnej pustce. Patrzę na wszystko pustym okiem, bo nic nie jest takie samo jak wcześniej, bo zawsze jest dzień pierwszy a świat właśnie został stworzony! Więc tylko zapytam: czy dobry jest? Czy zły? A potem wszystkie "za" i "przeciw" rozcieram do ostatniej grudki, a kiedy już zamienią się w pył - wciągam i...
DOWÓDCA I...
MŁODY I sram do własnego gniazda za każdym razem, kiedy czuję taką potrzebę, albowiem godne to i sprawiedliwe srać do gniazda, w którym zalęgły się zło i niegodziwość.
DOWÓDCA (nie daje za wygraną) "Czy będziemy narodem silnym, gotowym nieść krużganek oświaty, chrześcijaństwa, cywilizacji łacińskiej na Zachód?"
KAMRACI "Polska dla Polaków!"
Aria o mieście, szczurach i mgle
Stary Breslau pochodzi z czasów, kiedy przestrzeń jeszcze istniała.
STARY BRESLAU Uciekając, zabieraliśmy słowa. Kiedy idziesz przez lasy i bagna, i nie masz niczego, nawet własnego kurzu, który mógłby gdzieś osiąść - zabierasz słowa, bo nie ważą wiele. Nazywam się Salomon Breslau. Miasto dało mi słowo, a ja pozostałem mu wierny. Kiedy masz miasto w nazwisku, możesz oderwać je od ziemi i zabrać ze sobą. A kiedy nie masz domu, możesz jak ja - zamieszkać w swoim nazwisku. Potem, na drugim końcu świata, wpada na ciebie jakiś Bialystok, Danzig albo Berlin - i od razu wiesz, jaki wiatr ich tam przywiał.
Kiedyś były tu tylko szczury i mgła. Szczury były na dole - a mgła na górze. Pomiędzy nimi, rzekami, kanałami i rynsztokami, rozlewało się Miasto. Szczury i mgła nigdy nie wchodziły sobie w drogę, bo w przeciwieństwie do mglistych idei - szczury wynikały logicznie z kanałów i wykluczały fałsz. I mogliby tak trwać: mgła na górze a szczury na dole, ale... pewnego dnia duch miejsca, genius nazi, wyssał szczury z piwnic i kanałów, a one rozpuściły się we mgle.
Szczurza mgła nie spadła na mieszkańców, dusi ich dzień i noc, zakleja oczy, wciska się do gardła i płuc, jest w oddechu, jest na języku. Wybroczyny rozmazane na murach, brunatna wydzielina, sygnał infekcji, ze zmyślonych ran jątrzą ciągle te same słowa: "tęczowa zaraza", "Polska dla Polaków", "Żydzi do gazu". Wielki brązowy szczur zrobiony z mgły wisi nad Miastem i wypełniony obelgami mówi: "Szczęść Boże"!
Szczur z Hameln dmie w fujarkę piwnicznym oddechem, ożywia słowa wzdęte od trupich gazów, prowadzi ludzi na zatracenie.
KTÓRYŚ Z KAMRATÓW (z nutą podziwu) Gada jak ebany profesor, ebany cwel!
STARY BRESLAU (patrzy na Kamratów z niedowierzaniem, jest wstrząśnięty) Na rynku Miasta spalili ducha, tego samego, co zawsze. Duchy się nie starzeją, duchy nie umierają. Ulepili ducha ze szmat, z nienawiści, z zawsze-cudzej-winy, w imię "króla" i jego "matki" - jedynej kobiety, którą można czcić. Mam nadzieję, że wicher rozhula tę szczurzą czeredę! I zniknie szczurza mgła.
Kuplet "Poszła Maria raz do młyna"
Dwie starsze kobiety, ponure, o zaciętym wyrazie twarzy. Każda z nich zaczynając swoją kwestię, odpycha towarzyszkę rękami albo zatyka jej usta - walczą o prawo opowiedzenia historii Marii, a walka robi się coraz bardziej krwawa.
STARSZA KOBIETA 1 Maria poszła raz do młyna...
STARSZA KOBIETA 2 ...a tam z obłoku jasnego wyszedł młodzieniec! Jasność taka biła od niego białością, więc...
STARSZA KOBIETA 1... ludzie we wsi zaczęli gadać, że Pan Nasz ukazał się we młynie!
STARSZA KOBIETA 2 - Grzechy wasze tutaj zmielę wszyściusieńkie! - tak ozwał do Marii młodzieniec z obłoku jasnego, no i...
STARSZA KOBIETA 1 No i zaraz rozeszło się po wsi, że Pan Nasz grzechy miele we młynie! Wszystkim bardzo ulżyło...
STARSZA KOBIETA 2 ...bo dużo mieli do zmielenia!
STARSZA KOBIETA 1 Maria co noc tam chodziła...
STARSZA KOBIETA 2 Co noc!
STARSZA KOBIETA 1 A młodzian bielutki co noc jej się ukazywał, więc dziewczynę nazywano Błogosławioną Marią od Młyna Pańskiego. Aż nagle...
STARSZA KOBIETA 2 ...ktoś wrzasnął...
STARSZA KOBIETA 1 (wrzeszczy) Aaaaaaaaaaaa!
STARSZA KOBIETA 2 ...że Maria Żyda we młynie ukrywa.
ÓSMY Jak ukrywa? W obłoku bielutkim?
STARSZA KOBIETA 1 W żadnym obłoku, tylko w mące!
STARSZA KOBIETA 2 Mąka się na nim trzymała, bo owłosiony był na ciele, ale jak tylko mąka z niego opadła, to zaraz się pokazało, że to... że to... (nie może złapać oddechu)
STARSZA KOBIETA 1 ...chasyd z Góry Kalwarii, co go Maria chowa we młynie. Oboje byli młodzi i zakochani, więc się kochali każdej nocy, a z góry sypał się na ich miłość biały pył.
STARSZA KOBIETA 2 No, to poszli ludzie do młyna, z widłami, wściekli, że ich oszukano, bo odpuszczenie grzechów mieli obiecane - a teraz co?
STARSZA KOBIETA 1 Widłami chasyda pomacali, widłami na posterunek pogonili, a potem worki z mąką rozpruli, rzeszotem dokładnie przesiali, ale złota żadnego nie znaleźli.
STARSZA KOBIETA 2 Za to Maria w lesie się ukryła, bo już dobrze pękata była pod spódnicą.
STARSZA KOBIETA 1 Jakby tam worek z mąką nosiła!
STARSZA KOBIETA 2 W lesie Maria powiła córkę, której na imię dano Maria, po matce błogosławionej.
STARSZA KOBIETA 1 A że mącznemu jej ojcu było Mordechaj - to we wsi wszyscy wołali na nią Mardecha.
STARSZA KOBIETA 2 Ludziom się to nie podobało, że im czarnymi oczami po oczach waliła, a nos jak kartofel pod nos podstawiała.
STARSZA KOBIETA 1 Na szczęście została Mardecha artystką, a wiadomo, że artystom wiele można wybaczyć. Malowała obrazy. Mąką na dykcie. Pamiętam jeden: dziewczyna i chłopak stoją nadzy, miłośnie spleceni, a z góry sypie się na nich biały pył.
STARSZA KOBIETA 2 Aż dziw, jak ludzie po różnych londynach i nowychjorkach obrazy Mardechy kupowali, więc Mardecha bogactwem obrosła.
STARSZA KOBIETA 1 We wsi szemrali-szurali, że nie ma się co dziwić, bo to geny! Geny Mardechy doszły do głosu!
STARSZA KOBIETA 2 "Jak się ma takie geny, to trudno, żeby siedziały cicho!" - mówili.
STARSZA KOBIETA 1 Za te gadające geny Mardecha dom wielki pobudowała koło młyna, a sama będąc owocem mącznego cudu, zaraz też z brzuchem jak wielki worek mąki zaczęła chodzić. I znów było wiadomo, że geny się w niej odezwały!
STARSZA KOBIETA 2 Tym razem po matce niesłusznie błogosławionej.
Ballada o prawdziwym życiu
Pierwszy i Czwarta z nudów oglądają starą gazetę, na której stały butelki.
PIERWSZY Zobacz! Z formy się wylewają jak buły.
CZWARTA Bo na pustym bąblu wyrośli! Rosną jak ciasto od pustych słów i tacy rozdęci twardnieją w śmiesznych pozach, jak pomniki z ciasta. Im więcej pustki - tym większe robi się ciasto.
PIERWSZY I bardziej zapiekłe na wierzchu.
Naciskane szybko klawisze komputera brzmią jak krople deszczu, Młody uśmiecha się zanurzony w swoim szumiącym świecie i jest bezgranicznie szczęśliwy.
MŁODY Nareszcie! Świat rozpostarł ramiona i zawołał: bądź kim zechcesz, byle nie za długo! Byłem instamatką o nienagannej figurze dwa dni po porodzie, i radiomaryjną lwicą, wściekle ryczącą na każdego. Byłem lewakiem i prawakiem, na górze, na dole i w środku. Zatrudnili wszystkie moje tożsamości, wszystkie nowiuteńkie i prawdziwe! Lajkowałem, komentowałem, lamentowałem i dodawałem do ulubionych - zmieniałem świat samymi słowami. I zawsze mówiłem prawdę - w każdym razie tę aktualną. Zresztą, po dziesięciu latach pandemii, nikt już nie pytał, co jest prawdziwe, a co nie! Liczył się tylko jeden świat: ten na ekranie. A to znaczyło, że każdy mógł z nim robić, co chce.
Pamiętam, że pod jakimś wyjątkowo nudnym artykułem rozpaliłem ogień z tysięcy komentarzy i ten całkowicie niepalny temat tlił się w gazetach i parlamencie miesiącami, chociaż dotyczył... (dusi się ze śmiechu) produkcji zielonego groszku.
W końcu musiałem coś pomieszać i na prezydenta niewielkiego kraju w Afryce wybrano białego jak śnieg... narciarza. Narciarz uznał to za doby znak i nawet się ucieszył, już zaczął pakować narty, ale w ostatniej chwili prokurator wyjaśnił mi pomyłkę.
Wtedy postanowiłem zrezygnować z polityki i zatrudniłem się u pani Doriany.
Na dźwięk słowa "Doriana" wszyscy zgromadzeni za stołem robią wdech, a potem rozlegają się okrzyki: Ach! On zna Dorianę! Jaką Dorianę? Jak to jaką ? Doriana jest tylko jedna!
STARSZA KOBIETA 1 i STARSZA KOBIETA 2 (unisono, z zachwytem) Jaka ona jest?!!!
MŁODY Doriana? W przeciwieństwie do większości ludzi, zawsze pierdziała przed wyjściem z domu - w jej publicznym wizerunku nie było miejsca dla cielesnych wydzielin. - Rzeczywistość jest okropna! - mówiła. - W rzeczywistości wszystko się psuje, brzydko wygląda i brzydko pachnie. Nie tak jak na Insta. Doriana nie tylko pierdziała w domu, lecz również w domu się starzała, a dzięki plotkom na własny temat, które Doriana puszczała publicznie, dzięki fotoszopom i ustawkom dla prasy - jej portret nigdy się nie zmieniał. Bo w przeciwieństwie do pani Doriany, portret pracował, a kiedy pracował, kolorowe banknoty o wysokich nominałach jak motyle zlatywały na jej konto. Ale, ale... Żeby życie portretu nie zdechło, trzeba było każdego dnia wymyślać coś nowego, pokazywać zdjęcia z wakacji w Zanzibarze a potem liczyć, liczyć lajki i suby. To było wyczerpujące i z czasem Doriana odprawiła rzeczywistość "z kwitkiem", jakby rzeczywistość była jakąś niepotrzebną służącą. Odtąd pani Doriana leżała na kanapie, nie farbowała włosów, nie doklejała tipsów, a jej bąki stawały się coraz bardziej jadowite, bo chociaż medialny wizerunek Doriany żywił się wyłącznie kiełkami i wodą z Alp, prawdziwa pani D. nie opierała się kotletom schabowym z kapustą. Kiedy już żaden obraz nie był w stanie unieść jej gabarytów - stało się to, co nieuniknione: Doriana i jej portret wzięli rozwód, cichy i bezbolesny. Życie i jego obraz rozstali się bez rozgłosu, a jedyny problem polegał na tym, że banknoty o wysokich nominałach nie przysiadały już na koncie pani Doriany. W jedenastym roku pandemii Doriana ocknęła się jak niedźwiedź po długim zimowym śnie, i przysłała mi wiadomość. - Chcę wrócić do prawdziwego życia! Miała na myśli Sieć. Dzień i noc szlifowałem nowy obraz Doriany, a gazety znów o niej pisały: "Wielki powrót Doriany Grey", "Królowa wraca piękniejsza niż kiedykolwiek". Interes ruszył i banknoty jak kolorowe motyle... sami wiecie. I pewnie dalej dobrze by nam szło, gdyby nagle... (wybucha płaczem, biesiadnicy próbują go uspokoić) Uwięziony w świecie maseczek i płynów dezynfekujących, zatęskniłem za... błotem!
Okrzyki zdziwienia: Za błotem? On tęskni za błotem?
STARY BRESLAU (kiwa głową ze zrozumieniem) Dotykanie to tkanie obrazu świata - a jaki obraz można utkać, dotykając szklanego ekranu? Świat nie zostawia żadnych śladów na naszym ciele. Zniknęły "linie papilarne" przedmiotów i nikt już nie pamięta, jak rzeczy smakują pod palcami.
MŁODY (szlocha) Moje życie to jazda w zaplombowanym wagonie! Gapię się na prawdziwy świat i ogarnia mnie złość. Kiedy patrzę, jestem... po drugiej stronie, przeciwko temu, co widzę, osamotniony, wykluczony. Chciałbym wysiąść z pandemicznego pociągu (zamyka oczy), leniwie zsunąć się z błotnistego brzegu, wejść do strumienia - nurt wody opływa moje ciało, taki chłodny, taki łaskotliwy. Świat osiada na mojej skórze, na języku, ma zapach i smak. Jestem w środku! Coś otarło się o mnie, zanurzam dłoń, chwytam rybę i... stop! Koniec. Wyobraźnia nagle się kurczy, chciałbym utkać palcami obraz ryby, kamieni, mułu, wilgotnej trawy - ale nie potrafię! (płacze. Dotyka twarzy palcami, przygląda się dłoniom, zaczyna się śmiać) Łzy. Łzy są słone i mokre. Postanowiłem "odejść" z pracy u pani Doriany - wiem, dziwnie brzmią te określenia ruchu, kiedy całymi dniami siedzisz w fotelu.
- To nie zapłacę ci za robotę - zagroziła Doriana
- To ja zniszczę twój portret - odpowiedziałem.
Jeszcze próbowała mnie kusić swoim pięknym internetowym ciałem, a nawet zaproponowała medialny ślub. Odmówiłem. Nie zniszczyłem jej portretu. Ona sama to zrobiła. Zaprosiła dziennikarzy i leżąc rozebrana na kanapie, grzmiała, że teraz będzie walczyć o prawdziwy obraz kobiety!
- Taka jestem! Bez makijażu!
I znów Doriana stała się ikoną, czyli obrazem, tym razem prawdy. A barwne motyle o różnych nominałach...
Rozlega się szum kropel, to Młody uderza w klawisze, znów jest spokojny.
Piosenka o ropiejących słowach
Stary Breslau, Chłopak i Dziewiąty siedzą obok siebie.
STARY BRESLAU Jak tylko się urodziłem, od razu zostałem ujęty w słowa. A właściwie, przez słowa ujęty. I zatrzymany do wyjaśnienia. Chociaż nie: natychmiast zostałem wyjaśniony! W jednej chwili, całkowicie i ostatecznie. (ironicznie) Odtąd cokolwiek zrobiłem, od razu było wiadomo, dlaczego: "pasywny, żydowski motłoch", "bękart talmudycznych imperialistów".
Chłopak wyciąga wielką kanapkę, odpakowuje, podsuwa Staremu, ale ten odmawia.
CHŁOPAK (proponuje kanapkę Dziewiątemu z takim samym skutkiem) Też mam takie słowa. Słowa jak drzazgi, wokół których ropieje moje życie. Wbiły się we mnie jeszcze w dzieciństwie. Nie da rady ich wyjąć. Kiedy umarł mój brat, moja matka okropnie krzyczała.
- Czemu on? - krzyczała. - Czemu nie ty?
No właśnie - myślałem - czemu on? Czemu nie ja? I nie mogłem znaleźć odpowiedzi. Kiedy ona krzyczała, ja tylko się skuliłem, zgiąłem wpół, w kabłąk. Myśleli, że rozpaczam po bracie, ale ja wiedziałem! (znów zajmuje się swoją kanapką)
DZIEWIĄTY Co wiedziałeś?
CHŁOPAK (przełyka ostatni kęs) Że mój brat wciąż jest.
DZIEWIĄTY Nie umarł?
CHŁOPAK Jasne że umarł. Umarł - ale jest. Wszyscy myśleli, że jak on umarł - to go nie ma, a on był tą wklęsłością, która się we mnie zrobiła, kiedy zgiąłem się w kabłąk. I odtąd było nas dwóch: mój brat zrobiony z pustki - i ja. Bo skoro nie ma odpowiedzi dlaczego on, a nie ja, to granica między tym, co jest, a tym, czego nie ma, też nie istnieje.
- Nie garb się! - wrzeszczał na mnie ojciec. - Właśnie umarł twój brat, a ty się garbisz!
Ale ja garbiłem się coraz bardziej i bardziej. Musiałem "wygarbić" więcej miejsca, bo brat rósł i już się we mnie nie mieścił. I zrobił się okropny tłok, bo każde nieszczęście żłobiło we mnie przestrzeń, w której chroniły się ofiary.
DZIEWIĄTY Jakie ofiary?
CHŁOPAK Inne. Nie wiem jak, ale jakoś się dowiedzieli. (wzrusza ramionami) Zlatywali się do mnie, a ja nie wszystkich mogłem w sobie pomieścić. Wiesz sam: wojny, katastrofy i jeszcze ta pandemia. A ja ciągle pytałem: dlaczego oni, a nie ja?
DZIEWIĄTY Faktycznie! Wyglądasz całkiem jak znak zapytania. Masz taką pustkę w środku.
CHŁOPAK Przestałem wychodzić z domu, żeby mi się coś złego nie przytrafiło! I gdzie oni by się podziali? Ci wszyscy, co umarli zamiast mnie? (sięga po torbę, wyjmuje dwa kotlety, posypuje czipsami) Muszę o siebie dbać i dużo jeść. Muszę ich wszystkich wykarmić sobą. Ludzie co dzień umierają z głodu.
DZIEWIĄTY Pewnie jest ci ciężko.
CHŁOPAK Chciałbyś żyć w takim świecie? Gdzie tylko ty masz szczęście, a całe zło przytrafia się innym? Wyobraź sobie, że coś, jakiś ślepy los czy przypadek, przechyla pudełko z koralikami i wszystkie toczą się w jedno miejsce, bardzo złe miejsce, a ty jesteś tym jednym koralikiem, który nie wiadomo czemu przykleił się i nie spada razem z innymi. Tkwisz tam samotny i pytasz: czemu oni, czemu nie ja?
Dziewiąty chce poklepać Chłopaka po ramieniu, ale Chłopak faktycznie kleił się cały, więc Dziewiąty dyskretnie wyciera rękę.
DZIEWIĄTY Dlaczego tu przyjechałeś?
CHŁOPAK Mam wątpliwości, czy w ogóle jestem.
DZIEWIĄTY Niemożliwe! Ty, który obdarzasz istnieniem tyle osób?
CHŁOPAK O moim bracie rodzice ciągle mówią. On istnieje naprawdę, a ja... nie jestem rzeczywisty. Nie czuję konturów. Rozlewam się we wszystkie strony i trudno stwierdzić, gdzie się zaczynam - a gdzie kończę. Dlatego tu jestem. Ból wyostrza kontur, człowiek czuje, że jest! Szczególnie w tym miejscu, gdzie boli.
DZIEWIĄTY O, tak! Nie ma bardziej zdecydowanego bycia niż wtedy, gdy boli.
CHŁOPAK Postanowiłem, że będę tak cierpiał, tak cierpiał... (gryzie kawał kotleta), aż... (krztusi się)
DZIEWIĄTY Aż co?
CHŁOPAK (przełyka kęs) Aż umrę.
DZIEWIĄTY I co wtedy?
CHŁOPAK Jak to co? Wtedy ktoś inny zapyta: czemu on, czemu nie ja? I ten ktoś zegnie się wpół, zrobi się w nim pusta jamka i ja zamieszkam w tej pustce.
DZIEWIĄTY Nie wiem, czy znajdzie się ktoś wystarczająco...(milknie)
CHŁOPAK (patrzy na Starego błagalnie) Obejmij mnie, jestem taki samotny.
STARY BRESLAU (obejmuje Chłopaka) Faktycznie, pełen jesteś katastrof i nieszczęść.
CHŁOPAK (właśnie oblizał palce z sosu i zaczyna jeść wielkie ciastko) To dla dzieci, które umierają z głodu. Słodycze są dla dzieci.
Stary Breslau i Dziewiąty wspólnie obejmują Chłopaka.
DZIEWIĄTY (nuci jak małe dziecko) Bo-lo- lo- mo-so-bo-bo- lo- mo-so-bo-bo- lo- mo-so-bo-lo- lo- mo-so! Mam pięć lat, Matka stoi przed lustrem, wkłada rękę do stanika, żeby podrzucić pierś, najpierw jedną, potem drugą. Plask! Plask! Nie mam pojęcia, dlaczego to robi, ale to znak, że zaraz porwie ją wiatr.
- Idę do sklepu, żeby kupić ci mleczko i... - Matka patrzy na mnie wyczekująco, a ja smętnie dopowiadam - ... i jajeczko.
Hasło i odzew, krótka treść zgnieciona w kulkę: "Ja, twoja matka, za chwilę zniknę, i pewnie myślisz, że mam ciebie dosyć, ale to nieprawda! Kiedy znikam, robię to dla ciebie!". Potem, kiedy będę sam, wygrzebię tę opowieść, rozprostuję, wygładzę i przez długie godziny będę ją sobie opowiadał. Ale czasem Matka wychodzi bez słowa. Wtedy podbiegam, chwytam poły jej płaszcza, ciągnę i płaczliwie domagam się rytualnego kłamstwa - ...i jajeczko?
- Co? - pyta zdziwiona.
Okładam jej uda małymi piąstkami.
- Ijajeczko!!! - krzyczę.
Matka odlatywała a ja zaczynałem budować wieże oblężnicze, katapulty, balisty, żeby wysadzić w powietrze mój łzawy szloch. Jednak było coś, z czym sobie nie radziłem: duch Matki. Nie mogłem go zobaczyć ani dotknąć, a on osaczał mnie z każdej strony i nie pozwalał zapomnieć, że jestem sam: jej zapach, niewidzialna obecność, mieszanka czegoś gorzkiego i słodkiego. Zapach, jak zwiewna baletnica, jednym susem przeskakiwał wszystkie fortyfikacje obronne, które z takim trudem udało mi się zbudować, i z wdziękiem opadał na malutki kawałek mojego mózgu, który przed miliardami lat był jaszczurką - a z jaszczurkami nie potrafiłem jeszcze walczyć.
Byłem mały, ale już wiedziałem, że rozpaczy nie wolno trzymać w środku, bo można od tego pęknąć. Bałem się, że i ja zaraz pęknę, więc małą czerwoną ciężarówkę ładuję po dach - a potem rozgniatam butem na drobne kawałki. To samo spotyka Indianina z włócznią, który, zamiast mnie bronić, tylko stoi i gapi się w przestrzeń. Był jeszcze ten... najbardziej ukochany, senny towarzysz - piesek z oberwanym uchem. Wrzucam go do ubikacji, spuszczam wodę i pluszowy kozioł ofiarny znika z mojego życia, a razem z nim całe zło. Mam nadzieję, że odtąd już zawsze będę pusty i szczęśliwy.
- Więcej nie dostaniesz żadnych zabawek - powiedziała Matka. I dotrzymała słowa.
Wtedy postanowiłem umieszczać uczucia w czymś niewidzialnym.
- Bo-lo- lo- mo-so-bo-bo- lo- mo-so-bo-bo- lo- mo-so-bo-lo- lo- mo-so! - śpiewam bez końca.
Wylatują przez okno. Nie wiem, co się z nimi dzieje. Może spadają na innych ludzi? Matka każe mi się zamknąć, więc zaczynam bezgłośnie poruszać ustami.
- Przestań! - jest naprawdę wściekła. Ale nagle uśmiecha się i mówi - Idę do sklepu, żeby kupić ci mleczko i... i... (uśmiecha się boleśnie)
STARY BRESLAU Widziałem film o człowieku okrutnym i sławochciwym. Mówili na niego "obywatel Kane". Jego życie otorbiło się wokół słowa "pączek róży" i na tym "pączku róży", jak na dziecięcych saneczkach, wyjechało ostatnie tchnienie Kane'a. Nikt nie miał pojęcia - dlaczego? Ale wyjaśniło się na końcu, bo nakręcili o tym film.
DZIEWIĄTY Boję się, że na koniec życia wykrztuszę z siebie to jego słowo: "ijajeczko". Wszyscy będą się śmiali. Sam bym się śmiał, gdybym akurat nie umarł. I nikt nie nakręci o mnie filmu.
Biesiadnicy zrywają się z miejsc. Rozlegają się okrzyki: Jest! Przyszedł! Nareszcie! W istocie: wiatr wyje, buczy, dudni, ludzie krzyczą, dolorosi śpiewają Alleluja, wszystko się trzęsie, wyją syreny. Światło zaczyna migotać, w kolejnych rozbłyskach widać fragmenty stołu i biesiadników. Po chwili zapada ciemność. Kiedy światło zapala się ponownie, za stołem nikt nie siedzi.
Polonez
Spod stołu wysuwa głowę Chłopak. Pojawia się głowa Dziewiątego.
CHŁOPAK Już szykowałem dla ciebie miejsce (pokazuje fałdę na brzuchu), ale skoro żyjesz, mogę odstąpić je komuś innemu.
DZIEWIĄTY Nie ma sprawy! Zawsze ktoś się znajdzie.
Rozlega się znajome buczenie: Buuuu! Spod stołu wyczołguje się Pierwszy, jest całkiem nagi.
PIERWSZY Całkiem bez winy jestem. W niewinność strojnie obnażony od stóp do głów, jak pierwsi rodzice w Raju, albo noworodek. Albo trup!
PIĄTY Trup? Pamięć trupa nieżywego zostawia w naszej głowie a my jego nosić musimy.
Kobieta wytrzepuje resztki prochów męża z psiego futra, za nią dolorosi wychodzą spod stołu cali w pajęczynach, kurzu.
PRZEWODNIK (krzyczy) Bólem czyścimy świat!
CHÓR DOLOROSÓW (kaszląc i kichając) Czyścimy! Czyścimy! Czyścimy!
Wypełza spod stołu pani Doriana, ciągnąc za sobą Młodego. Dwie Starsze Panie czołgają się, próbując wyprzedzić jedna drugą. Hrabia Alfred Korzybski sunie po podłodze w towarzystwie niedźwiedzia z deską surfingową, palącego legalne zioło. Są też inni, nikogo nie brakuje. Siadają za stołem, trochę rozczarowani tym, że znowu nic się nie wydarzyło. Zaczynają mówić, do siebie, do innych - jak zawsze. Wokół stołu krąży Mardecha z wielkim brzuchem i posypuje wszystkich mąką. Tylko Stary Breslau i człowiek z plecakiem, obaj wystraszeni, patrzą spod stołu. Stary Breslau chce wyjść, ale człowiek z plecakiem chwyta go za rękę i wciąga Starego pod stół.
Przed stołem na podłodze klęczy Ojciec, coś układa z kawałków śmieci.
OJCIEC (do siebie) Najwyższy czas, żebyś się pobudował. Z tego, co masz pod ręką - ze strachu. Strach to doskonały budulec! Bardzo trwały. I nigdy go nie zabraknie. A jeśli jest "strach", to muszą być "wrogowie", to oni są wszystkiemu winni! Wąż, jabłko, kobieta, dziecko. I wciąż pojawiają się nowi! Co będzie w środku? Pogarda? Tak! Jasna jak słońce. Będzie trzymać na uwięzi resztę planet: nienawiść, przemoc, kłamstwa - nigdy nie pozwoli im uciec. Pogarda pięknie komponuje się z wyszczerbioną manią wielkości. A teraz trzeba cię ładnie zamknąć, żebyś się nie rozlazł! (układa na brzegach ozdobny motyw z drutu kolczastego. Wstaje, patrzy na swoje dzieło z zadowoleniem) Nareszcie coś trwałego! Widzisz! No, w końcu dorośniesz i wrośniesz w ziemię, jak ja! "Grosz do grosza i będzie kokosza"! Wystarczy się postarać.
Koniec
II. PITUTO, czyli COSIŚ
OSOBY:
- PITUTO
- STARUSZEK
Wiata na przystanku autobusowym. Na ławce siedzą obok siebie: Pituto zapatrzony w ekran telefonu i Staruszek zapatrzony w przestrzeń.
STARUSZEK Myślisz pewnie, że on stoi w miejscu, co?
PITUTO Kto?
STARUSZEK On.
PITUTO (rozgląda się) Wygląda, jakby stał w miejscu.
STARUSZEK Wszyscy tak myślą: ot, zwykły znak przestankowy w dłuższej narracji. A ja ci powiem... (robi minę, jakby się wahał, czy może zdradzić tajemnicę) Przystanek, to... nieruchomy poruszyciel! To on wprawia wszystko w ruch!
Pituto przygląda się wiacie z uwagą.
STARUSZEK I wiesz, co? Ja myślę, że życie powstało na przystanku!
PITUTO Ma pan na myśli życie jakiejś konkretnej osoby?
STARUSZEK Nie! Życie na ziemi. Bo na początku każdy był osobny w tej wielkiej oceanicznej zupie przed miliardami lat, wiercił się i kręcił po swojemu, nikt z nikim nie gadał i każdy patrzył w swoją stronę. A potem nagle coś się zmieniło. Pojawił się on! Przystanek! I odtąd byli już razem sklejeni do kupy w jeden organizm kipiący życiem.
"Czy już jechał ten o-tej-i-o-tej?" "Zawsze się spóźnia! Znowu nie zdążę!" Jeden organizm w jednej chwili obraca się w tę samą stronę, bo ma przeczucie, jedno dla wszystkich, że: "jedzie, jedzie!".
A jak przyjeżdża ten, na którego czekają, to nagle się okazuje, że ten organizm ma jakiś przód i jakiś tył, bo starzy do przodu a młodzi do tyłu, i czterema nogami przy czterech drzwiach wpełza do środka. (smętnie) Tylko ja zostaję.
PITUTO Czemu?
STARUSZEK Czekam, aż następny organizm ożyje na przystanku, a ja znowu będę jego częścią: bo jak on się obraca - obracam się i ja! Jak on wypatruje - to ja tak samo. Nie wiem, co to za siła, która ich wiąże ze sobą - może to siła oczekiwania? A czy to jest czekanie na autobus czy na śmierć - to przecież wszystko jedno.
PITUTO A nie może pan czekać w innym miejscu? Na przykład w parku.
STARUSZEK (przerażony) Nie! Nie w parku, sam, bez celu, bo jaki cel można mieć, siedząc na ławce w parku? A w życiu zawsze trzeba mieć jakiś cel. Kiedy jestem na przystanku, wyglądam, jakbym dokądś się wybierał, jakby ktoś na mnie czekał, jakbym miał plany. Na przystanku życie wciąż mnie dotyczy!
PITUTO A w domu?
STARUSZEK Jak siedzę w domu, to zaraz sobie myślę: może już dawno umarłem, tylko nie miał mi kto powiedzieć, bo sam mieszkam? Z nikim nie gadam, ot, tyle, co sam sobie coś opowiem, jakąś historię prawdziwą albo zmyśloną. Tylko, że... słuch mam słaby i nie słyszę, co mówię.
Kiedyś było inaczej, kiedyś człowiek na własne oczy mógł swoje życie zobaczyć. I nie tylko zobaczyć, ale i dotknąć, i powąchać, policzyć. Skosił człowiek, snopy ustawił na polu, potem do stodoły zwiózł i jeszcze nowego dzieciaka do chrztu zaniósł - wszystko było widać! W te pudełka, co były dniami, życie upychałem, a dni trzeszczały, pękały od zdarzeń.
A teraz - co? Jak raz w miesiącu idę do lekarza po recepty, to dzielę to wyjście na maleńkie kawałeczki, żeby nim wszystkie trzydzieści dni obdzielić: dzisiaj się zarejestruję, jutro opowiem o tym sąsiadce, trzeciego dnia zrobię pranie, żeby w czystej bieliźnie do lekarza iść. A te drobinki po pudełku mi się przewalają i grzechoczą, bo jeszcze dużo miejsca zostaje, więc gadaniem dni muszę wyściełać, żeby mi zdarzenia nie szurały. A jak przychodzi dzień wizyty, ten oczekiwany, ten opowiedziany po tysiąckroć w sklepie, na przystanku, w sieni - bywa, że zapominam! Z nerwów.
Teraz czasu mi nie brakuje - życia mi brakuje. Gadanie mi tylko zostało - a jego przecież nie widać. Sam już nie wiem, czy jeszcze żyję? Czy tylko mi się tak wydaje?
Bo jak to sprawdzić? Jak sprawdzić, że jesteś? Kartezjusza by jakiegoś trzeba. Ale skąd go dzisiaj wziąć?
PITUTO Kartezjusza-srusza! To było dawno temu i Kartezjusz mógł załatwić sprawę we własnej głowie, bo niby, że pomyślał - i już miał dowód, że jest. Ale dzisiaj myślenie to żaden dowód. Dzisiaj każdy wątpi w swoje istnienie! Czyba że...
STARUSZEK (z nadzieją) Chyba że...
PITUTO ...założy sobie kanał na jutiubie!
"Kochani, witam was na moim kanale, i wiecie, co? Nie mogę się powstrzymać! Zaraz trysnę słowami!" "Ja", "och, ja!", "a ja...", "a mnie", "a dla mnie", "no, ja, to..."A potem tylko suby liczy, wejścia, komenty i pieniądze z patronajta - no i wtedy już na pewno wie, że jest!
Całkiem jak ten ziomek z Biblii.
STARUSZEK (zdezorientowany) Ziomek z Biblii?
PITUTO No, ten, co nawet imienia nie miał! Imienia nie miał, to i skąd miał wiedzieć, że istnieje, dopóki nie zaczął gadać? Gadał i gadał, o wszystkim, co mu tylko przyszło do głowy! Nie mógł się rozstać ze swoim głosem jak prawdziwy jutiuber. A im więcej gadał - tym bardziej był! Żmije wyględził taaaakie długie, nie wiadomo po co? Himalaje wykaszlał, wyseplenił komary, a jak epickie dinozaury mu się dłużyły, to je pozamieniał w epigramatyczne ssaki. Raz to się nawet głupio przejęzyczył i z języka ześliznął mu się... dziobak! Ze wstydu ukrył go na zadupiu, żeby nikt go nie znalazł - ale wiadomo, że w Sieci nic nie ginie. Na koniec pomyślał sobie: po co to wszystko? Nikt mnie nie ogląda - zero subów, zero polubień, żadnych folołersów! No i wtedy stworzył sobie człowieka, a jak Go człowiek na chrzcie zasubskrybuje, to mu potem lajki zostawia i donejty na tacy każdej niedzieli.
STARUSZEK Nie mógł... ten ziomek z Biblii we własnej głowie załatwić sprawy jak Kartezjusz, tylko musiał... no wiesz, tego dziobaka, i komary, i żmije?
PITUTO Widać nie mógł, chociaż łeb miał wielki. Własnego istnienia nie da się zobaczyć, bo jest jak woda: bez kształtu, bez smaku, bez sensu i całkiem przezroczyste. A jak chcesz złapać - to wycieka między palcami. Ale jak je nasycisz słowami - wtedy dopiero widzisz, jak się pieni, jak musuje, jak burzy! Czujesz, jak szczypie w język, a jak ucho przystawisz, to nawet możesz usłyszeć: Syyyyyy! Syyyyyyyyy! Słyszysz?
STARUSZEK Syyyyyyyyy!
PITUTO To twoje słowa pękają na powierzchni istnienia.
Staruszek i "nieruchomy poruszyciel" odjeżdżają. Na przystanek podjeżdża żaglowiec z piracką flagą na maszcie. Pituto pośpiesznie wskakuje na statek.
OSOBY:
- JACK DREWNIANA NOGA, dowódca statku
- CHLUPMAN
- BRZYTWA }piraci
- WILL TRZĘSIGRUCHA, pisarz okrętowy
JACK DREWNIANA NOGA Szybko! Szybko! Stawiać grotmaszt, dopóki wiatr tak ochoczo posuwa nasz statek, jak król Henryk swoje dwórki.
Chlupman i Brzytwa stoją bladzi jak upiory, oczy podkrążone, ledwie trzymają się na nogach.
JACK DREWNIANA NOGA Chlupman, Brzytwa! Co z wami chłopaki, brać się do roboty, ale już!
CHLUPMAN Panie! Kazałeś nam pilnować tego drogocennego ładunku, który sam władował nam się na pokład, kiedyśmy dzielnie walczyli z gwardią królewską.
JACK DREWNIANA NOGA Zgadza się! (wybucha śmiechem, śmieje się tak żywiołowo, że aż dostaje czkawki) On... on... on... (do Willa Trzęsigruchy) Jak to zapisałeś, Willu Trzęsigrucho?
WILL TRZĘSIGRUCHA (czyta z rękopisu) "Przez pomyłkę wskoczył na statek korsarski"!
JACK DREWNIANA NOGA (wyciera łzy, które ze śmiechu napłynęły mu do oczu) "Przez pomyłkę"!
WILL TRZĘSIGRUCHA Tak, panie! Tak zapisałem, bo to prawda, niczego nie zmyśliłem!
JACK DREWNIANA NOGA No i co z nim?
BRZYTWA Panie, my już nie dajemy rady! On bez przerwy gada! Nie śpimy od czterech nocy.
CHLUPMAN Kiedy kazałem mu przymknąć jadaczkę, (płaczliwie) nazwał mnie rannym łosiem!
BRZYTWA Bez przerwy zadaje nam jakieś durne pytania: "Być albo nie być...", czy jakoś tak.
CHLUPMAN A jak nie umiemy odpowiedzieć, to sam sobie odpowiada.
JACK DREWNIANA NOGA Trudno! To królewski syn i dostaniemy za niego sowity okup. Pilnujcie go, żeby nie utonął.
WILL TRZĘSIGRUCHA (czyta z rękopisu) "Kto jak kto, ale on nie utonie, choćby okręt był wątły jak łupina orzecha i dziurawy jak rozkraczona dziwka - za to ręczę."
JACK DREWNIANA NOGA A to czemu?
BRZYTWA Bo jest wypchany słowami, jak rybi pęcherz powietrzem. Wyrzućmy go do morza, a będzie pływał jak ryba dopóki mu słów w gębie nie zabraknie.
JACK DREWNIANA NOGA Nie! Musimy go wymienić na złoto.
CHLUPMAN Panie, Brzytwa podsłuchał, jak Rosenkranz i Guildernstern mówili po cichu, że nikt nam nie zapłaci za niego ani dukata!
JACK DREWNIANA NOGA A to czemu?
BRZYTWA Bo na duńskim dworze nie mogą znieść jego gadania! Tak długo mielił jęzorem, aż wszystko rozwalił. A najgorsze były te jego suche dowcipy. Powiedz, Chlupman.
CHLUPMAN Jak zabił ojca swojej dziewczyny i zapytali go, gdzie on jest, znaczy: ten ojciec, to wiecie, co im odpowiedział?
WILL TRZĘSIGRUCHA (czyta) "Jest na kolacji. Nie tam, gdzie on je, ale tam, gdzie jego jedzą."
CHLUPMAN Bleee!
BRZYTWA Obrzydlistwo!
WILL TRZĘSIGRUCHA Tak zapisałem, bo to prawda. Niczego nie zmyśliłem.
JACK DREWNIANA NOGA Faktycznie, grubo! My, jak kogoś zabijemy, to nie robimy z tego żartów. Zamknijcie go w skrzyni, pod pokładem.
BRZYTWA Próbowaliśmy! A on na to: "O Boże! ja bym mógł być zamknięty w łupinie orzecha i jeszcze bym się sądził z panem niezmierzonej przestrzeni, gdybym tylko miał swojego smartfona!".
JACK DREWNIANA NOGA Jakiego smartfona?
WILL TRZĘSIGRUCHA (czyta) Tak zapisałem, bo to... chyba po duńsku.
JACK DREWNIANA NOGA Lepiej zabierzmy jego drogie szaty i zostawmy na plaży, póki jeszcze czas!
Piraci wyprowadzają Pituta, rozbierają go i brutalnie wyrzucają ze statku. Statek odjeżdża. Nadjeżdża ambulans. Wiruje fioletowe światło. Pituto leży na ziemi nieprzytomny.
OSOBY:
- RATOWNIK PIERWSZY - usposobiony filozoficznie w kwestiach życia i śmierci, w dodatku wrażliwy na metafory
- RATOWNIK DRUGI - niecierpliwy
RATOWNIK PIERWSZY (przykłada dłoń do ust Pituta, przygląda się swoim palcom, są czerwone) To krew. Tam, w środku była pięknie utkaną materią, a teraz, sam zobacz (pokazuje) oszołomiona, sączy mu się z ust i krzepnie w czarne kałuże.
RATOWNIK DRUGI (zniecierpliwiony) Obecnością śmierci jest płynąca krew. (chce zakryć Pituta białym prześcieradłem)
RATOWNIK PIERWSZY Czekaj! A słowa? Słowa też płyną.
RATOWNIK DRUGI Że co?
RATOWNIK PIERWSZY Tak się mówi o słowach, że płyną. Obecnością życia są płynące słowa.
RATOWNIK DRUGI (potrząsa Pitutem) No, dalej! Gadaj! Zawracaj! Zawracaj śmierć słowami, nie masz chwili do stracenia, Tik-tok, Tik-tok Tik-tok! Zaprzeczaj krwi! Nie pozwól, żeby porwał cię jej nurt! (włącza smartfona, przykłada do ust Pituta i kręci tak zwanego lajwa)
RATOWNIK PIERWSZY Płyń pod krwisty prąd! Czepiaj się słów i ze słowami wypłyń na powierzchnię! Mówisz - żyjesz!
RATOWNIK DRUGI No, już! Gadaj! Szybko! Opowiadaj, co ci się przydarzyło. Tik-tok, Tik-tok Tik-tok! Życie ludzkie ma wiele definicji, ale tylko jedna jest prawdziwa: żyjesz, kiedy możesz opowiedzieć innym, co ci się przytrafiło! Dawaj, stary! Rób zasięgi!
RATOWNIK PIERWSZY Co? Już dwa tysiące odsłon! Żyjesz, stary! Żyjesz!
Pituto próbuje mówić, a wtedy z obu stron sceny wjeżdżają czarne kulisy, ograniczają obraz, tak jak to się dzieje, kiedy filmuje się telefonem komórkowym.
OSOBY:
- PITUTO, sławny tik-toker
PITUTO Dawno temu straciłem wiarę w staruszka z brodą, który siedzi na chmurze, wszystko widzi i wszystko wie. Od kiedy leżę w szpitalu, moim bogiem jest Środek. Zauważyliście, że "śmierć" i "środek" zaczynają się na tę samą literę?
Boję się swojego środka. Tam jest to, od czego mogę umrzeć. W dodatku środek jest niewidzialny. Człowiek boi się tego, czego nie widać, jak na filmie, kiedy coś się skrada i nie wiesz, co to jest. Mój środek też się skrada. Skrada się i chce mnie zabić!
Mówię wam: ze Środkiem lepiej nie zadzierać!
Szpital to świątynia Środka, kapłani w białych kitlach wróżą z wnętrzności, jak starożytni haruspices - próbują dociec, co mówi ich bóg. Problem w tym, że mój Środek bełkocze. Nie układa sensownych zdań, nie przejmuje się gramatyką. Bezszelestna opowieść, która dotąd trzymała mnie przy życiu, nie istnieje, szlag trafił mowę wiązaną: nerki już nie rymują się z płucami, a wątroba z trzustką; sielski epos, jakim byłem, zamienił się w żałobny skowyt Finneganów: "Brékkek Kékkek Kékkek Kékkek! Kóax Kóax Kóax! Ualu Ualu Ualu! Quaouauh!".
Jak większość ludzi w mojej sytuacji zaczynam modlić się do Środka.
Z czasów "staruszka na chmurze" pamiętałem sylogizmy wiary:
"Jeśli A - to B". "Jeśli mnie uratujesz, jeśli wyzdrowieję - t o...".
Nie wiem, co mogę mu zaproponować, ale błagam, przepraszam i obiecuję.
Po tygodniu, kiedy nie ma poprawy - grożę Środkowi, że przestanę w niego wierzyć!
Ale Środek zupełnie się tym nie przejął.
Byłem kiedyś w Środku. Z wycieczką szkolną. To był najpiękniejszy Środek, jaki widziałem w życiu: ogromne serce zamknięte w wieży pompowało czystą wodę do miejskich tętnic.
- Dla kogo całe to piękno? - zapytałem dyrektora wodociągów miejskich. - Ta maszyna parowa, cała w żeliwnych ażurach, ozdobach i diademach. Przecież nikt jej nie ogląda, no, może z wyjątkiem mechaników, którzy przychodzą ją naoliwić.
Cała klasa ryknęła śmiechem. Zawsze się śmieją, kiedy o coś pytam, dlatego wolę pytać gugla, bo on nigdy się ze mnie nie śmieje. W dodatku zawsze się okazuje, że ktoś już zadał identyczne pytanie i wtedy czuję, że nie jestem sam na świecie.
Zapytałem o cel niewidzialnego piękna, bo... tylko się nie śmiejcie: zawsze chciałem wiedzieć, czy moje nerki są ładne? Czy w konkursie piękności nerek weszłyby do pierwszej dziesiątki? I pomyślałem ze smutkiem, że nie rozpoznałbym ich pośród innych nerek, chociaż są moje własne. A przecież tam, pod skórą, też istnieją kolory, kształty i faktury. Po co?
Chciałbym obudzić się pewnego dnia wywrócony na lewą stronę, żeby wszyscy mogliby zobaczyć, jaki jestem w środku, bo "wygląd zewnętrzny - to nie wszystko!". Tak mówi moja ciotka.
Jest jeszcze coś... Tylko się nie śmiejcie. Nigdy o tym nie mówiłem, ale tu, na zewnątrz, na powierzchni skóry... czuję się bardzo samotny.
Wiem, że oni, tam, w środku, trzymają ze sobą sztamę, jak muszkieterowie: "Jeden za wszystkich - wszyscy za jednego!". No, może z wyjątkiem wyrostka robaczkowego - ten wyrostek jest wyjątkowo zapalczywy i nie wiadomo dokładnie do czego służy, więc nikt nie staje w jego obronie, kiedy narozrabia, pozwalają mu odejść i nikt po nim nie płacze.
Orszak milczących haruspices właśnie otacza moje łóżko. W ciszy wiadomości rozchodzą się najszybciej, jak światło w kosmicznej próżni i już wiem: Środek postanowił mnie zabić.
Nic nie mogę na to poradzić. Jeśli coś jest na zewnątrz, zawsze możesz przed tym uciec, albo się ukryć, jak Adam i Ewa, którzy tak bali się swojego Boga, że schowali się za krzakiem i udawali, że ich nie ma. Ale nie można schować się przed czymś, co masz w środku. Mówię wam: przed Środkiem nie ma ucieczki!
Dlaczego tyle gadam? Próbuję słowami roztrajkotać prawdę - ludzie zawsze tak robią, kiedy się boją, więc gadam, gadam, mielę słowami prawdę o twardej skorupie, a potem ostrożnie, żeby się nie zakrztusić...
OSOBY:
- CIOTKA NA ŁOŻU ŚMIERCI, dzięki skromnej etyce pokłutych palców potrafi zmienić przeszłość
- PITUTO, hamletyzuje
Czarne kulisy rozsuwają się i to, co w poprzedniej scenie wydawało się szpitalnym łóżkiem, teraz okazuje się wielkim staroświeckim łożem a na nim siedzi Ciotka na Łożu Śmierci w chmurze koronek i haftów. Na jej kolanach rozpostarty kawał materii. Pituto siedzi obok z wielkim worem na kolanach. Ciotka co jakiś czas sięga do wora, wyciąga kawałki materii, uważnie je ogląda.
CIOTKA NA ŁOŻU ŚMIERCI Ja dopotąd nie umrę, dopokąd wszystkiego nie wypowiem, bo każde słowo niewypowiedziane to dziura na obrusie mojego życia - a nie można przecież takim dziurawym przed Najświętszym Obliczem stawać! (pokazuje Pitutowi kawałek materii wyciągnięty z wora) O, zobacz, zobacz! Jak mu ta rzeka na czole wezbrała złością. Wygląda jak Missisipi z dopływami.
PITUTO (przyglada się) Fakt. Całkiem jak Missisipi.
CIOTKA NA ŁOŻU ŚMIERCI Zaraz wyleje Missisipi, ci mówię.
(przedrzeźnia męski głos) "Co niewypowiedziane, niech spoczywa w spokoju!"
A niech wyleje! Niech zaleje skurwego syna!
Kiedyś bałam się tej błękitnej rzeki na jego czole. Umierałam ze strachu, kiedy nachylał się nade mną. A teraz umieram naprawdę. I już niczego się nie boję.Wszystko powiem! I głośno powiem!
PITUTO Jak ci starcy, co ze słów się wypróżniają na przystankach? Przez całe życie w słowach byli oszczędni - to im dużo zostało w zapasie. Możesz słowa niewypowiedziane zapisać mi w testamencie, żeby ich na tamten świat nie zabierać. Ja za ciebie je wypowiem, jeśli nie zdążysz na czas.
CIOTKA NA ŁOŻU ŚMIERCI (patrzy na Pituta groźnie) Sama muszę!
PITUTO (polubownie) Skąd się w tobie tyle niewypowiedzianego wzięło?
CIOTKA NA ŁOŻU ŚMIERCI Dziurami musiałam gadać. Ażurowo! Po kobiecemu! Każdego dnia dzierganymi krawędziami otaczałam swoje milczenie - niczego, co poza wzór obdziergany wychodziło, powiedzieć nie mogłam! "Tylko tym wzorem gadać!" - mówili. A resztę materii wycinać i zapomnieć, że w ogóle istniała! Dobrze mnie wyuczyli! Mowa moja, starannie wykończona, pełna powtórzeń i figur, wytworna była i elegancka. A jednak... (szlocha) składała się wyłącznie z dziur! Choć bez wątpienia zachwycających.
PITUTO A skoro tak dziurawo musiałaś gadać, to gdzie się milczące kawałki podziały?
CIOTKA NA ŁOŻU ŚMIERCI (oburzona) Jak to gdzie? Czekały! Czekały, głęboko schowane na swoją porę. Jak coś jest niewydarzone, to nie znaczy, że trzeba od razu to wyrzucać!
PITUTO Dziury łatasz tym, czego nie było?
CIOTKA NA ŁOŻU ŚMIERCI Zło to dziura! Złą nicość trzeba wypełnić dobrym słowem albo jakimś ładnym obrazkiem (wyciąga z wora z nicością kawałek materii i ogląda go z czułością), tak gęstym, tak dotykalnym, tak ozdobnym, żeby mu wynagrodzić nieistnienie. A potem wszyć w materię świata.
PITUTO Chcesz zło odnicować słowami, żeby twoje życie ładnie wyglądało?
CIOTKA NA ŁOŻU ŚMIERCI A co?
PITUTO Zeszmaconego życia spóźniona odwaga nie uratuje! Zło już się stało! Przeszłości nie da się zmienić!
CIOTKA NA ŁOŻU ŚMIERCI Akurat! A ten reżyser, co ogniem wypala zło, a potem te wypalone dziury ceruje własnym ściegiem?
PITUTO Tarantino?
CIOTKA NA ŁOŻU ŚMIERCI Dziury wypala w historii, w dziurach obrazki maluje, a potem rozwiesza te płachty w kinach calego świata! A ludzie biją mu brawo.
PITUTO Przecież wiesz, że to wszystko na niby!
CIOTKA NA ŁOŻU ŚMIERCI Ludzie za dużo myślą o tym, co jest. Jakby wszystko było, toby ludzie przestali marzyć. Marzenia biorą się z tego, czego nie ma.
W tym worze z nicością (wskazuje na wór z kawałkami materii, który Pituto trzyma na kolanach) jest wszystko, czego tutaj brak: świat lepszy, ludzie lepsi, nawet Wuj Missisipi. (pokazuje fragment materii) O, zobacz! Już mu się ta żyła na czole nie wypucza.
PITUTO (przygląda się ze zdziwieniem) Fakt! Już mu się nie wypucza.
CIOTKA NA ŁOŻU ŚMIERCI Widzisz! Na tym polega sztuka.
PITUTO Na czym?
CIOTKA NA ŁOŻU ŚMIERCI Na sztukowaniu: jak czegoś brakuje, to zawsze można doszyć! I na końcu wszystko da się pięknie nareperować, tylko trzeba umieć! Ja umiem.
Rozpościera "obrus swojego życia", a na nim pięknie wyhaftowane słowo WYPIERDALAĆ.
OSOBY:
- WEWNĘTRZNA CIOTKA i jej zoetrop
- PITUTO, w sinej poświacie ekranu, wciąga, wtrybia, zasysa
Z komputera Pituta dolatują odgłosy z pola walki Fortnite Battle Royale. Pojawia się Wewnętrzna Ciotka.
PITUTO (nie przerywając gry) To nie jest prawdziwa Ciotka. Ta prawdziwa w końcu umarła. To moja Wewnętrzna Ciotka. W hydraulicznej teorii Freuda zawsze brakowało mi ciotki. Jest ojciec, falliczna wieża ciśnień górująca nad światem, i jest matka zasilająca podziemny rezerwuar płynnym pożądaniem. A czemu nie ma ciotki? Tej zapasowej matki bez seksualnych konotacji?
Wewnętrzna Ciotka z trzaskiem zamyka klapę komputera.
PITUTO Pojawia się i wybija mi, jak zatkana rura z nieczystościami.
WEWNĘTRZNA CIOTKA Musisz stamtąd wyjść!
PITUTO To samo powiedział pra-ojciec wszystkich bajer! Wyglądał jak długi jęzor. Musicie stąd wyjść, a wtedy... zobaczycie! Tak powiedział. A oni mu uwierzyli. I wyszli! Bo było nudno. Kiedy gra robi się nudna, zawsze ktoś instaluje "węża", inaczej ciągle tkwilibyśmy na rajskim lewelu. Bez Wuja Missisipi, wojen, chorób, śmierci, a jedynymi ofiarami byłyby warzywa i owoce. Jesteś gadającym wężem?
WEWNĘTRZNA CIOTKA Wiesz, że tam wszystko jest na niby!
PITUTO To co, że na niby? Za to jest wszystko, czego tutaj nie ma.
WEWNĘTRZNA CIOTKA "Konturowanie twarzy osób zmarłych na wylew"? Naprawdę? Ile miałeś wtedy lat?
PITUTO (mamrocze) Dwanaście.
WEWNĘTRZNA CIOTKA Ogrodnictwo morskie? Instrumentarium podpachowe? Twoja zachłanna dziura wciąga wszystko! Niczego nie wybierasz, nie oceniasz...Wtrybiłeś internetowy kurs filozofii na Harvardzie, walijski clog dance i teorię wieloświatów po turkmeńsku? Po co?
PITUTO Nie mam, kurwa, pojęcia! Może jutro, zamiast prawników, programistów czy menedżerów, świat zapragnie filozofów tańczących w chodakach? Jak Alicja ścigająca Białego Królika, wpadam w "króliczą norę" i nie potrafię się zatrzymać. (z zachwytem) Tunele ciągle się rozwidlają, kuszą nowymi przejściami - nigdy nie wiem, dokąd mnie zaprowadzą! Sztos!
WEWNĘTRZNA CIOTKA Spróbuj zbudować coś trwałego, tak po kawałeczku!
PITUTO "Spróbuj, tak po kawałeczku, wyruchać jakąś kobietę"! - powiedział ojciec do syna geja. Ja jestem Pituto. Nieokreślony, nieuchwytny, rozmyty jak elektron - mógłbym być "panem nieskończonych przestrzeni"...
WEWNĘTRZNA CIOTKA O-ho! Książę duński Hamlet nawciągał się wykładów o mechanice kwantowej na jutiubie.
PITUTO (rzuca w Wewnętrzną Ciotkę chodakiem) ...tylko przestań się na mnie gapić! Twoje spojrzenie jak imadło trzyma mnie w twardym uchwycie! Robię się mały jak ziarnko piasku. "Zapadam się do punktu". (z satysfakcją) Książę duński Hamlet właśnie powołał się na "Interpretację Kopenhaską". Sztos! (chce uruchomić komputer i wrócić do gry)
WEWNĘTRZNA CIOTKA (zrezygnowana) Pituto! Pituto! "Czemuż ty jesteś... Pituto? Wyrzecz się swego rodu, rzuć tę nazwę! Musisz być... jakiś. Tamta Alicja, lecąc w dół, miała pewność, że w końcu stanie na czymś twardym...
PITUTO Dzisiaj nikt już nie spada pionowo. I żadne twarde dno nie istnieje. Dlatego spadam "we wszystkich kierunkach równocześnie".
WEWNĘTRZNA CIOTKA Wyjdź, zanim będzie za późno. Tam, za murem jest prawdziwe życie.
PITUTO Nie ma mowy! Wiszę Kainowi kupę szmalu. Pewnie już tam czeka. Mogłaś zapisać mi coś w testamencie. Oprócz słów nigdy niewypowiedzianych.
WEWNĘTRZNA CIOTKA (wzdycha) No to patrz! Tak to wygląda!
Wyjmuje z "wora z nicością" zoetrop zrobiony z papieru i starej maszynki do mięsa na korbkę. Kręci korbką i wirujący zoetrop pokazuje ruchomy obraz upadku: Pituto napada na bank, idzie do więzienia, wychodzi z więzienia, jest stary i chory, śpi na ulicy, ktoś wybił mu zęby, ktoś inny próbował podpalić. Pituto jest wstrząśnięty, żadna gra komputerowa nie przygotowała go na ten oldskulowy film. Wewnętrzna Ciotka i jej zoetrop znikają.
OSOBY:
- PITUTO, w pełni kontroluje swoje życie
PITUTO Posegregowałem kursy, dyplomy, dowody wpłaty i paragony. Założyłem profile, ułożyłem opowieści o sobie, wszystkie prawdziwe i w jednej chwili zalały mnie oferty z całego świata! Biła się o mnie branża pogrzebowa, upadające farmy glonów na Pacyfiku szukały specjalistów grających na dudach, a władca Turkmenistanu za kolosalną stawkę zaoferował mi posadę nauczyciela dla następcy tronu. Oferta była kusząca, ale... kojarzyła mi się z plutonem egzekucyjnym, więc odmówiłem. (klik!klik!)
W końcu znalazłem coś ciekawego: prywatna uczelnia w Pacanowie czy innych Koziegłowach, chce mnie zatrudnić jako wykładowcę! Temat mogę wybrać sobie sam, coś lekkiego, żeby zabawić płatnych studentów.
"Mówienie jako dowód istnienia?" (krzywi się z obrzydzeniem) Nie, nie! Za długie! Długich zdań nikt nie zapamiętuje. Długie zdania zabierają czas, a ty już wiesz, że jesteś zrobiony z powietrza i w środku nie masz nic, więc musisz mówić szybko, żeby poczuć, że jesteś.
Coś łaskocze mój język jak bąbelki oranżady: lo, no, mo, mo, no, lo.
Mam: "Monolo". Styknie. (uradowany zaczyna pakować walizkę na kółkach)
Gdzieś w środku Europy doktor Pituto, dyplomowany Cosiś, licencjusz Tego i Owego, przygotowuje się do zajęć z płatnymi studentami.
Na początek: Wielki Monolog Urojonej Mocy!
OSOBY:
- WŁAŚCICIEL domu opieki Jasna Wisienka, młody, nerwowy
- KRÓL LEAR
- PANI WŁADZIA }pensjonariusze
Inni
oraz
- PITUTO
Ponura jadalnia, pensjonariusze siedzą przy stołach, coś piszą na skrawkach papieru. Właściciel i Pituto przechadzają się między stołami.
PITUTO Trochę śmieszna nazwa.
WŁAŚCICIEL Śmieszna? Dlaczego śmieszna?
PITUTO Jasna Wisienka?
WŁAŚCICIEL Nasz zakład opiekuńczy dla starych i samotnych, których nikt nie kocha - to wisienka na torcie ich życia. (z cynicznym uśmiechem) Jaki tort, taka wisienka!
PITUTO Aha. Ale dlaczego jasna?
WŁAŚCICIEL Wszystko, co jasne, dobrze się kojarzy.
PITUTO No, chyba że jasna cholera.
WŁAŚCICIEL No, chyba! To dla tych, którzy są niezadowoleni. Mała dziureczka, słowny wentylek, żeby mogli sobie ponarzekać.
KRÓL LEAR (krzyczy z dumą) Patrzcie tylko, jak laufrem swojej woli najostatniejszej skaczę do oczu córce mojej, niewdzięcznej królowej, która mnie z domu wyrzuciła - i mówię jej: szach! A królowi-synowi, co mnie na śmierć zostawił w Jasnej Wisience - mówię mat!
WŁAŚCICIEL (z politowaniem) Ich testamenty dawno zostały spisane i rodzina śpi spokojnie. Co miało być rozdane - dawno rozdane zostało. A ci tutaj, starzy głupcy, wciąż grają z życiem w szachy, figury przesuwają, mówiąc: "Temu odbieram, a tamtemu daję!" Myślą, że swoją władzą ojcowską, dozgonną znów mogą faworytów swoich mianować, księstwa obiecywać, tytuły nadawać, pieścić obietnicami albo grozić!
KRÓL LEAR Takie to są, te skurwysyny. Każdemu dałem! I na samochód dałem, i na dom, żeby się pobudowali, a teraz widzieć mnie nie chcą! Jak te córki starego króla.
PITUTO Jakiego króla?
WŁAŚCICIEL Tego, co chciał, żeby mu córki powiedziały, jak bardzo go kochają, a on im za to odda swoje królestwo.
KRÓL LEAR Powiedz mu, Will!
Jeden z siedzących przy stole wygląda znajomo - toż to Will Trzęsigrucha! Coś zapisuje w zeszycie.
WILL TRZĘSIGRUCHA "Wiedzcie, żeśmy podzielili Królestwo na trzy części; mamy zamiar na starość wyzbyć się trudów i trosk: niech je dźwigają młodsze barki, my zaś wolni od tego brzemienia będziemy wlec..." (pełen wahania) A może lepiej: "czołgać się?" Nie, "pełzać", tak... "będziemy pełzać ku śmierci. Skoro zrzekamy się dziś tronu, ziemi i steru państwa - powiedzcie mi, córki, która z was kocha ojca najgoręcej. Jej się należy najhojniejszy posag..."
WŁAŚCICIEL (pogardliwie) Słów się staremu zachciało, słów miłości! Widać zupełnie mu odbiło. (krzyczy do Króla Leara ze złością) Jakby ten król był spoko, toby go córki kochały bez żadnych domów i samochodów. Miłość dzieci do rodziców - to wisienka na torcie życia! (nagle chwyta Króla Leara i rzuca nim o ścianę. Jest blady, mówi przez zaciśnięte zęby) Jaki tort - taka wisienka! Jak spód twardy był, suchy, niesłodki, i niczym dobrym nieokraszony - to na starość nie ma co straszyć, że się spadek przepisze na księdza proboszcza!
Król Lear próbuje przejechać Właściciela balkonikiem i zaczyna się bijatyka.
PANI WŁADZIA (do Pituta) Przez całą noc nie mogłam spać, ale już wiem, komu zapiszę swoje mieszkanie!
PITUTO (mruczy do siebie) Pani Władzi wciąż się zdaje, że ma mieszkanie, chociaż jej wnuczek dawno mieszkanie sprzedał, kupił sobie samochód i go rozbił.
PANI WŁADZIA No więc, ja chcę to mieszkanie darować... córce! Albo nie! Mojej siostrze Gertrudzie! Ale nie pamiętam, czy ona przypadkiem nie zmarła na koklusz w dzieciństwie?
PITUTO (z uśmiechem) Nie szkodzi.
PANI WŁADZIA (szeptem) A jeśli przyniesie mi pan kilo chałwy, trzy czekolady mleczne i butelkę spirytusu, to ja... panu zapiszę moje mieszkanie.
Właściciel, zakrwawiony po walce, odjeżdża razem z Jasną Wisienką i pensjonariuszami.
OSOBY:
- AURELIA Z CISZY
- DZIEWCZYNY Z TINDERA
- PITUTO
Na scenę wchodzą kolejno dziewczyny, zamierają w pozach typu "selfie".
Pituto wyciągniętym palcem wskazującym wykonuje w powietrzu charakterystyczny dla użytkowników Tindera ruch w lewo - "nie podobasz mi się". Dziewczyny obrażone odchodzą w lewą stronę. Wchodzi Aurelia z Ciszy i palec Pituta przesuwa się w prawo. "Match!"
Kiedy Aurelia z Ciszy zaczyna swoją opowieść, jej palce "migoczą", usta poruszają się, ale to Pituto udziela Aurelii swojego głosu.
AURELIA Z CISZY (głosem Pituta) Jestem niema i głucha od urodzenia. Moi rodzice uznali, że to dar od losu, bo w przeciwieństwie do większości ludzi mam wyjątkową moc: moc słyszenia oczami.
- Czy ten dom ładnie brzmi? - pytała Matka.
Matka była niewidoma od urodzenia.
Jej rodzice uznali, że to dar od losu, i Matka została architektą. Projektowała domy "ze słuchu". Kiedy muzyka wpływała do jej uszu, palce przemieniały odległości między dźwiękami w rytm pięter, proporcje okien i gzymsów. I wtedy Matka pytała: Czy ten dom ładnie brzmi? A ja patrzyłam i "słuchałam" oczami, bo jedyna różnica między domem a muzyką jest taka, że dom nie płynie - dom to muzyka, która stoi w miejscu. I można ją zobaczyć.
Kiedyś matka narysowała utwory Schoenberga.
- To bardzo szlachetne ze strony Arnolda. Ta idea, że każda nuta jest tak samo ważna! - mówiła matka. - Dźwięki przestały być lokatorami Jej Wysokości Tonacji, która od razu na wstępie mówiła: ty możesz u mnie mieszkać, a ty tu nie pasujesz, więc wynocha. Teraz każdej nucie należy się osobne mieszkanie z niekrępującym wejściem.
Zwykle jednak Matka sięgała po utwory mniej ideowe. Widziałeś jej osiedle zaprojektowane na podstawie Sonaty F-dur opus dwudzieste czwarte Ludwiga van Beethovena? Nie? No, to koniecznie musisz tam pójść! Tam, gdzie kończy się utwór i osiedle, Matka postawiła akord z dźwięków o różnej wysokości. Tak powstała słynna w okolicy Dźwięcząca Ściana Wspinaczkowa. Dzieciaki wygrywają swoje wariacje na tej ściance. Matka często tam chodzi, siada na ławce i słucha, jak improwizują.
Mój Ojciec... Nie, mój Ojciec nie miał żadnej wyjątkowej mocy.
Za to uwielbiał gotować.
- Gotowanie - mówił - to najdoskonalsza ze sztuk, bo tak jak muzyka i architektura opiera się na proporcjach! Najlepsi kucharze komponują katedry i symfonie, które podziwia się wszystkimi zmysłami.
Uważał, że kucharz to taki twórca, który nie martwi się, kiedy jego dzieło przestaje istnieć, a nawet cieszy się, kiedy szybko znika, bo wtedy może stworzyć nowe. Na Wielkanoc robił mazurki Chopina, na Wigilię kolędy z makiem, a jego pieczone adaggia były sławne w okolicy. Kiedy umarł nasz sąsiad, Ojciec upiekł w całości Requiem Mozarta! Danie było trochę za ciężkie, więc Ojciec przełożył Mozarta głosem George'a Michaela, słodkim jak pianka z karmelu - trochę się bał, że ludzie tego nie strawią, jednak od tamtej pory wciąż zamawiano u niego te postmodernistyczne przekładańce.
Moja rodzina była trójkątem doskonałym. Tak dobrze dodawaliśmy się do siebie! Mój Ojciec twierdził nawet, że razem tworzymy jednego superczłowieka!
A potem...
Palce przestają "migotać" i Aurelia z Ciszy zamienia się w kiepską aktorkę z filmu niemego: wykonuje przesadne gesty, wytrzeszcza oczy, przewraca nimi itd.
PITUTO (swoim głosem, próbuje odczytać jej gesty) Umarli? W jednej chwili. Wiesz dlaczego? To było coś, co wypłynęło z radia! Utwór o morderczych proporcjach zmiażdżył jej mózg? Piosenka o refrenie prostym jak drzazga wbiła się w ucho twojej matki, dotarła do mózgu i zabiła ją?
Dłonie Aurelii zaczynają się niecierpliwić.
PITUTO Wiem! Ostatni szkic twojej matki! Tam jest odpowiedź! Musisz go odnaleźć, posłuchać oczami, a potem... no wiesz, wyśpiewać wszystko policji!
AURELIA Z CISZY (krzyczy swoim głosem) Zwariowałeś? Przecież jestem głuchoniema!
OSOBY:
- AURELIA, jutiuberka
AURELIA Byłam dzieckiem zapominanym i gubionym.
Nie odbijałam się w pamięci rodziców - nigdy nie mogli zapamiętać, gdzie mnie zostawili.
Ani w opowieściach, bo nie wspominali o mnie. Ani w ich oczach, bo nigdy na mnie nie patrzyli. Rodzice odlatywali często i na długo w rejony, do których nie zamierzali mnie zabierać. Wtedy zaczęłam wątpić. Zaczęłam wątpić w swoje istnienie.
Przyszło mi do głowy, że być może w ogóle mnie nie ma! Bo niby skąd miałabym to wiedzieć? Do tej samej studni zwątpienia wpadł kiedyś Kartezjusz i tak długo spadał, aż namacał twardy grunt i mocno na nim stanął: skoro watpię - znaczy, że jestem!
Ale dzisiaj samo wątpienie nie wystarczy! Dzisiaj potrzeba bardziej widzialnych dowodów, dlatego siadam przed kamerą i wymyślam krwawe fabuły. (z satysfakcją) W każdej z nich moi rodzice giną na końcu w niewyjaśnionych okolicznościach. A potem liczę lajki.
Chciałabym zostać autorką kryminałów, ale pisanie okropnie męczy - co innego gadanie. Ono nikogo nie męczy. "Gdyby tak smykiem jak językiem, toby wszyscy byli muzykanci" - co nie?
Po każdym nagranym filmiku już wiem na pewno, że jestem, skoro odbijam się na ekranie i wszyscy mnie widzą. A w dodatku moje życie na jutiubie jest sto razy lepsze od tego prawdziwego! Zło można wyciąć, błędy naprawić, zatrzymać czas i wszystko powtórzyć. I na końcu tak montować jak się chce, żeby wszystko ładnie wyglądało, tylko trzeba umieć, ja umiem.
Jest tylko jeden problem: nie na długo mi starcza tego gadania. Po trzech dniach - a trzy dni, to przecież wieczność - znowu mam wątpliwości. Ktoś pisze: "Zniknęłaś? Czemu cię nie ma?" A ja wpadam w panikę. Wtedy znowu włączam kamerę i ładuję swoje istnienie.
Chciałabym żyć wiecznie na swoim kanale, jak święty Liwin, który dawno rozsypał się w proch, a jego język wciąż gada, bo Liwin jednym końcem przytwierdzony do tej ruchomej części, był tylko dodatkiem do języka - wcale nie najważniejszym. No, ale to było dawno. To była gadulia, prehistoryczny ocean gadania. Dzisiaj logorrhea wystygła, a na powierzchni tej paplaniny pływają skrzepy: kripi-pasty, instastory, komentary, tjutory i pulpy.
Niedługo opowiem wam o pewnym ziomku z Danii, który rozjebał całe królestwo samymi słowami! Sztos, co nie?
Tylko nie zapomnijcie zostawić mi suba z dzwonem, łapki i donejta.
Odjeżdża razem ze swoim kanałem na Youtubie.
OSOBY:
- RECEPCJONISTKA
- PITUTO
Na scenę wjeżdża recepcyjny kontuar, nad nim napis: Instytut imienia Marmieładowa.
Pod napisem ekran, a na nim twarz menela, zarośniętego, brudnego i bez wątpienia kompletnie pijanego. Z ekranu płyną słowa pełne mamlania, smarkania, chlipania - to monolog Marmieładowa ze "Zbrodni i kary" Dostojewskiego w genialnym wykonaniu Jana Świderskiego. Pituto zasłuchany, sam zaczyna szlochać. Zza kontuaru wynurza się Recepcjonistka i podaje Pitutowi chusteczki, sama bierze jedną i chlipią razem.
RECEPCJONISTKA Ten kawałek o Sonieczce... Zawsze przy nim płaczę.
PITUTO (wskazuje na ekran) Kto to?
RECEPCJONISTKA Nasz patron i mistrz, Marmieładow.
PITUTO On?
RECEPCJONISTKA (wybucha śmiechem) W tym rzecz! Marmieładow to geniusz! Wygląda jak menel, a całkowicie bez-do-ty-ko-wo dokonał przejęcia aktywów...
PITUTO Co?
RECEPCJONISTKA Zasunął taki bajer, że biedny jak mysz kościelna Raskolnikow oddał mu wszystko, co miał. Mistrzostwo świata, nieprawdaż?
PITUTO Biednemu zabrać wszystko i to samymi słowami? Fakt, geniusz podłości.
RECEPCJONISTKA Dobre monolo może człowieka ustawić na tysiące lat. Jezus, Budda, Mahomet - takich spin-doktorów już dzisiaj nie ma! "Ostatni będą pierwszymi" - żyleta, co? Z takim hasłem od dwóch tysięcy lat wybory się wygrywa! Jak "nowina" - to "dobra", a jak "zmiana" - to też "dobra"! Złośliwe zmiany można mieć w płucach. (wskakuje na kontuar, kołysze się, a jej piersi, biodra i pośladki posłusznie udzielają to kołysanie słowom. Śpiewa)
Bóg kuśpikiem świata nie wystrugał,
Tylko Słowo ostre miał jak nóż.
Słowem świat pochlastał,
Nikt Mu nie podskoczył,
Bo nie nóż, nie pała, nie kamień
Tylko mowa jak dżungla kwitnąca.
Więc ty mowy naucz się używać jak noża i kamienia.
Dobrze wyceluj i... uderz!
Prosto w serce! (teatralnym gestem "chwyta się za serce" i upada na kontuar, a potem ze śmiechem zeskakuje na podłogę)
Po co z siekierą na staruszkę iść, kiedy staruszka sama wszystko ci odda. Raskolnikow to idiota. Prawdziwym bohaterem jest właśnie on! (patrzy miłośnie na ekran) Nasz mistrz Marmieładow. Po co banki rabować? Ludzie sami kasę ci przyniosą! Dość łomów, siekier i gaz-rurek. Nie rozbój, lecz bajer wszechmocnym cię uczyni, więc fabułę weź i wal! Spójrz na Adama w Raju - przyjął dar mowy i zaraz trud pracy porzucił! Rąk sobie nie ubrudził, ubrania nie poplamił a piramidy zbudował! Piramidy finansowe.
PITUTO Samymi słowami? Jak?
RECEPCJONISTKA To proste: trzeba tylko znaleźć to jedno ogniwo. (wskazuje na coś w powietrzu) Takie cieniutkie, tak wy-cień-czo-ne, na którym ledwie trzyma się znaczenie słowa i - ciach! Rozerwać!
PITUTO I co?
RECEPCJONISTKA Potem połączyć słowo z nowym znaczeniem, zależnie od potrzeb. Kapusta stanie się różą, czarne białym, łamanie prawa - sprawiedliwością.
PITUTO Ale kapusta, szczególnie kiszona, nawet nazwana różą nie przestanie śmierdzieć!
RECEPCJONISTKA (groźnie) To się jeszcze okaże!
PITUTO Kapusta n i e j e s t różą. To nieprawda!
RECEPCJONISTKA (chłodno) Nie jesteśmy instytutem naukowym, nie zajmujemy się prawdą. Zresztą, ludzi nie obchodzi prawda, tylko szczęście.
Zaczynają wyć syreny, do instytutu wbiegają uzbrojeni żołnierze, Pituto rzuca się do ucieczki, ale Recepcjonistka go przytrzymuje.
RECEPCJONISTKA Spokojnie! To tylko operacja pokojowa.
Spada bomba, Instytut razem z Recepcjonistką pogrążają się w ciemnościach.
PITUTO (wynurza się z gruzów, otrzepuje, zamyka walizkę, stawia ją na podłodze) A teraz, turkocząc wesoło, udam się na dworzec, żeby wyruszyć do...
Zaraz! O czymś zapomniałem!
OSOBY:
- PITUTO/PROSPERO
- PACJENT
Gabinet terapeuty. Pituto/Prospero siedzi za biurkiem z poważną miną. Za jego plecami wisi oprawiony w złocone ramy dyplom Bongo University. Tyłem do widzów siedzi Pacjent.
PACJENT Z ciężką walizką ślizga się na bruku. Nagle potknęła się o krawężnik, aż nią zakołysało. Ta... myśl nią zakołysała
PITUTO/PROSPERO Jaka myśl?
PACJENT To było wahanie - iść dalej czy uciec na oślep? Myśl pęka, ułamany kawałek dryfuje na drugą stronę ulicy. Do otwartej bramy. Ona, ta dziewczyna, ciągle stoi na krawężniku w czarne cętki, a myśl nią kołysze: "Dokąd? W bramę, w pole, a potem w las".
PITUTO/PROSPERO A ty, gdzie ty jesteś?
PACJENT Stoję w otwartych drzwiach domu.
PITUTO/PROSPERO Swojego domu?
PACJENT Nie... Mieszkam w nim, bo jest "opuszczony".
PITUTO/PROSPERO Opuszczony?
PACJENT Tak się mówiło już po wojnie. "Opuszczony to zajęty przez kogoś innego niż właściciel, który nigdy wszelako nie przestał być piastunem prawa własności mienia." O którym nikt na razie nie mówi, że jest "opuszczony", chociaż powrót właściciela jest...
PITUTO/PROSPERO Jaki jest?
PACJENT Z pewnością niepewny.
PITUTO/PROSPERO I co dalej?
PACJENT Stoję i patrzę.
PITUTO/PROSPERO Nie ma nic złego w patrzeniu.
PACJENT Trzymam się mocno futryny, żeby mnie nie porwał nurt drogi. Drogą idą rozmnożeni Trzej Królowie. Ich los zapisany jest w gwieździe, którą taszczą na plecach. Za każdą gwiazdą, jak ogon komety, ciągnie się wózek z rondlami, futrami, pierzynami. Świecą jasnożółte gwiazdy, jakby firmament runął na ziemię.
Ja jestem tak blisko, a jednak dziwnie oddzielony od tamtych. Jestem tak blisko, ale nic mnie nie dotyka. Stoję i patrzę.
PITUTO/PROSPERO (sennie) Nie ma nic złego w patrzeniu!
PACJENT I wtedy ona... ta dziewczyna, znam ją, chodziliśmy razem do szkoły...
PITUTO/PROSPERO Ta z walizką?
PACJENT Ona patrzy na mnie, patrzy prosto w oczy...
PITUTO (zamyka oczy) Nie ma nic złe...
PACJENT Próbuje wśliznąć się w moje rozszerzone źrenice! Próbuje ukryć w ciemności za tęczówkami. Ale moje spojrzenie jest chłodne i śliskie, i ona ześlizguje się ze szklistej powierzchni. Ciągle tam wracam. Ludzie w Miasteczku dźgają palcem horyzont, mówią: "Tu było! Tam było! A teraz nie ma nic!". Nieprawda! Została tamta droga. Drogi mają twardy żywot, nie tak łatwo wyrwać szare kamienie wciśnięte w ziemię. Patrzę w oczy tym, którzy tędy szli. Ich spojrzenia przywarły do wypukłych kamieni. Wywołuję tamten wzrok wbity w ziemię. Utrwalam w sobie. Szukam jej spojrzenia. Ono tam jest. Na pewno. Jej myśl jest wgłębieniem na granitowym krawężniku, w jej wahaniu zbiera się deszcz i szlam. Powiem: "Przyszedłem, żeby cię stąd zabrać". Spojrzę w jej oczy rozszerzone strachem i powiem: "Możesz wejść!". Nie ustami to powiem, tylko oczami: "Szybko, wejdź do sieni, ukryj się w ciemności".
Zegar daje znać, że sesja się skończyła.
PITUTO/PROSPERO: Czas się skończył? Przyjdzie pan za tydzień i znowu mi pan opowie o tej... (próbuje sobie przypomnieć) walizce?
Pacjent niezgrabnie wstaje z krzesła, chce wyjść. Pituto/Prospero chrząka znacząco.
PACJENT (wyciąga portfel i płaci) Doktorze Prospero! Ja tylko... chciałbym wiedzieć, czy... to moje gadanie jakoś mi pomoże?
PITUTO/PROSPERO (łagodnie) Oczywiście! Od tego jest monolo, żeby zmieniać to, czego zmienić się nie da. Będziesz jak ten, "kto kłamie tak długo, że w końcu pamięć swą wciąga do grzechu i wierzy własnym zmyśleniom". Na tym polega moja sztuka. Sztuka wzięła się ze sztukowania - jak gdzieś czegoś brakuje, to zawsze można dokleić, i jest! (refleksyjnie) Taa! Mógłbyś napisać sztukę teatralną, takie monolo ze słów nigdy niewypowiedzianych. Zaraz, jak ty to ładnie powiedziałeś: próbuje wśliznąć się w moje rozszerzone źrenice i ukryć w ciemności za tęczówkami! Wiesz, ludzie za dużo myślą o tym, co jest! A przecież, to, czego nie ma, jest ważniejsze, bo z niczego wziął się świat, i tam, na dnie tego wora z nicością, ciągle jest to, czego tutaj nie ma - lepsze życie, lepszy świat, i ty sam - lepszy! Tylko musisz uwolnić słowa, które pęcznieją ci w środku - o, zobacz, jak ci się wybrzuszają we wszystkie strony! Jeśli będziesz przychodził tutaj do mnie, to kiedyś - nie za szybko, już moja w tym głowa - w końcu wpuścisz tę dziewczynę do swojej sieni! I ukryjesz do końca wojny. A wtedy Miłosierne Monolo udzieli ci rozgrzeszenia i uniesie twoje winy do nieba, jak huragan duszę Henocha!
OSOBY:
- PITUTO
- PACJENT
Matrix się zaciął i znowu widać, jak Pacjent niezgrabnie wstaje z krzesła, chce wyjść, Pituto chrząka znacząco, Pacjent wyciąga portfel i płaci.
PACJENT Panie doktorze, ja tylko... chciałbym wiedzieć, czy... to moje gadanie jakoś mi pomoże!
PITUTO (wybucha śmiechem, uderza dłońmi o blat stołu i prawie dusi się ze śmiechu) Nie! Kurwa! W żadnym razie! Byłeś tchórzliwym gnojem, a te poetyckie kawałki - gówno ci teraz pomogą! To nie jest sztuka teatralna! To jest rze-czy-wis-tość! Rozumiesz!
(przedrzeźnia Pacjenta) Próbuje wśliznąć się w moje rozszerzone źrenice i ukryć w ciemności za tęczówkami!
Ci, którzy tylko patrzą, nigdy nikogo nie wpuszczą do środka! A wiesz dlaczego? Bo ich strach nie jest prawdziwym strachem. W ich patrzeniu jest rozkosz odwracalnego doświadczenia, jak w teatrze! Rozkosz własnego zmartwychwstania, kiedy zapalają się światła na widowni.
Zaraz, jak ty to powiedziałeś? "Jestem tak blisko, a jednak dziwnie oddzielony od tamtych. Jestem tak blisko, ale nic mnie nie dotyka." Stałeś bezpieczny w tych drzwiach i patrzyłeś...
PACJENT (słabo) Nie ma nic złego w patrzeniu...
PITUTO ...a teraz bez przerwy chodzisz tamtą drogą. Czemu? Ach, zaraz, już wiem!
(przedrzeźnia Pacjenta) Ta droga jest pełna ciebie, twoja myśl jest rysą, wgłębieniem na granitowym krawężniku, w twoim wahaniu zbiera się deszcz i szlam, a ja przyszedłem, żeby cię stąd zabrać.
Gówno prawda! Chodzisz tamtą drogą, bo przydarzyła ci się całkiem niespodziewana rozkosz opowiadania o tym, jak tam stałeś i patrzyłeś! Niezrozumiałe wywyższenie, jakiego nigdy nie zaznałeś! Kamery, światła, i ty w centrum uwagi! Kręcą reportaż, kręcą film z tobą w roli głównej! Ach, gdybyś w t e d y mógł to wiedzieć! Gdybyś wtedy wiedział! Pewnie lepiej byś spojrzał! Dokładniej, dłużej, bo t e r a z dłużej byś stał przed tym szklanym okiem kamery, chłodnym i śliskim, opowiadając o tym, na co wtedy patrzyłeś. I może nawet wdarłbyś się do lepszego życia, do sławy tych, co mówią o tym, co kiedyś widzieli!
Wiesz co? Nie przychodź tu więcej! Rzygać mi się chce od tego twojego gadania! Co niewypowiedziane, niech spoczywa w spokoju!
Pacjent przerażony cofa się do drzwi.
PITUTO (krzyczy do Pacjenta) Stój! To, tutaj! (pokazuje na czoło) Zawsze ci się tak wypucza? Wygląda jak ...Missisipi?
OSOBY:
- AKTOR, Pituto, ni to, ni śmo. Cosiś
AKTOR Dobranoc, patostrimerzy w parlamentach - pijany Marmieładow rzuca bomby, idzie z siekierą na staruszki, lecz wy - nie przestawajcie mówić. Wasze monolo, starannie wykończone, pełne jest dziur, choć bez wątpienia zachwycających: "ubolewanie", "potępienie", "głębokie zaniepokojenie", "wezwanie do", "ostrzeżenie przed".
"Są czymś w rodzaju piany, która unosi się bez szkody na powierzchni wykwintnej paplaniny. Ale poddać ich byle próbie, dmuchnąć zaledwie - bańki pękają."
Dobranoc, dyplomaci, którzy składacie słowa jak żaba skrzek: okrągłe, lepkie i tak łatwo kleją się ze sobą. Dalej skrzeczcie słowami jak ropusze jaja:
"Brékkek Kékkek Kékkek Kékkek! Kóax Kóax Kóax! Ualu Ualu Ualu! Quaouauh!"
Dobranoc, spin-doktorzy, wiejcie słowami, dymajcie dyktatorów, niech rosną jak ciasto od waszych pustych słów. Spójrzcie, jak na pustym bąblu wyrośli! Jak rozdęci słowami wylewają się z formy i twardnieją, tacy zapiekli na wierzchu.
Dobranoc, artyści, wypchani słowami jak rybi pęcherz powietrzem. Złą nicość wypełniajcie dobrym słowem albo jakimś ładnym obrazkiem i wszywajcie w materię życia. Czepiajcie się słów, żeby nie umrzeć z głodu. Słowami walczcie o życie. Szeherezada żyje, dopóki opowiada.
Do widzów.
Dobranoc, książęta, którzy śpicie spokojnie w swoich łóżkach, którzy nie uciekacie z domów, nie żegnacie bliskich. Słowami zaprzeczajcie krwi, żeby nie porwał was jej nurt, jest tak blisko. Słowa przeciwko grawitacji. Niech was uniosą i nie pozwolą opaść. Nie przestawajcie gadać, nawet przez sen. Niech szczodry sens nasyci wasze życie, niech uderzy wam do głowy.
Wskakuje na żaglowiec pod piracką flagą, witany owacyjnie przez załogę. Do widowni.
A teraz!
"Zaśmiejcie się - a wasze tchnienie
Żagiel mój wydmie..."
Dobranoc.
OSOBY:
- STARUSZEK
- STUDNIA
Staruszek podchodzi do studni. Nachyla się nad studnią i krzyczy.
STARUSZEK Dobrze, że jesteś!
STUDNIA Jesteś! Jesteś!Jesteś!Jesteś!Jesteś!Jesteś!Jesteś!
Staruszek liczy na palcach: siedem. Uśmiecha się, kiwa głową zadowolony i odchodzi.
Koniec