ReggaeMARIA KWIECIEŃ
I. KONCERT
Reggae dla Dziadka. 1920-1989
Znów tu jestem wszystko płynie a nic się nie zmienia
mijają pokolenia psów coraz bardziej pstrych i pokracznych
przychodzą odchodzą drzewa ostatnio z przewagą iglastych
a od żydowskiej strony prze poprzez nieużytki brzozowy
młodniak - wejść się nie da bo gęsty i przyczajony
a przy młodym może księżycu jakieś tam po cichu
szachermacher roszhaszana - spokojnie już nic się nie stanie
byleby nie podeszli za blisko kościoła zwłaszcza w Wielkanoc
W kościele ciągle kościół archiwum w synagodze
Stefa tam miała do końca posadę porządną biurową
i słowa nikt nie powiedział chociaż wszyscy wiedzieli
w kościele co do niedzieli lecz tylko w kruchcie nie dalej
dom Stefy stoi jeszcze ale zarasta powoli łopianem
i piękna była do końca trzymała ją tamta młoda
wściekłość zdeklasowanej panienki wracała jak nowa
ta jej uroda aż niestosowna wschodnia a między nami
miałeś nosa mój jurny przodku z wilczymi zębami
za którym wszystkie podobno dziewuchy
Mówią że to od ciebie te moje nagłe wybuchy
gniewu palce nikotynowe długie grymas cynizmu imię
drugie - po kim? czy po tamtej zgwałconej dziewczynie?
jej rzęsy oszronione jej wargi sine poznaję w ustach tej
codziennie widzianej dziewczynki chłodnych i różowych
jak arbuz bułgarski rozcięty niezawodnym ostrzem twojej
finki której mi brać nie wolno a i tak brałam na bagna
tak słodko wchodziła w zgniłe mięso zbutwiałego pnia
Boiska to byś nie poznał - kostkę położyli
parking biedronka tuje i paru meneli
jak nam życzyłeś już żeśmy się trochę udławili
tym naszym kapitalizmem faktycznie miało być coś innego
wczoraj znów nasi przegrali kładłam do pijackiego
snu przed telewizorem po tobie sierotę - ten nigdy nie powie
o ojcu złego słowa - twój drugi od lat tonie w intymnej rozmowie
rzece wywiadzie z przepiękną ta rozmowa
dziennikarką nazywa się Schizofrenia
a on nazywa się teraz Pacjent choć było mu Janek
miał wyjść wkrótce ale to raczej ostatni przystanek
Co do taty to biedny tata trzyma ciągle te cztery krawaty
dwie chustki do nosa jedwabne wyroby galanteryjne
ordery legitymacje kombatanckie partyjne
albumy radzieckie piękne z dedykacją dla kol-tow'a
zdjęcia różne - coś ty robił za barem restauracji Klubowa
gdzie bufetowa złotowłosa - co? Krystyna? Ni to popiół ni diament -
odmawiała wieczny remanent - coś ty robił z bronią
palną - wiem że umiesz - w butach wysokich z butną
o ironio miną w lesie może tym samym latem
nad sarny zabitej wzdętym brzuchem? A te
pocztówki z Moskwy z Berlina - co robiłeś w Berlinie?
Wiesz może coś jestem ci winna ale i ty jesteś mi winien
bo kto by o tobie pomyślał w grudniu na Alexanderstadt
kto by wydeptał ślad
spiralny wzór kwasu nukleinowego
na spacerach conocnych do i od
tego wszystkiego
Reggae dla Kolegi. 1980-2006
Trwały lata dziewięćdziesiąte a myśmy nie wiedzieli
że ten dom pusty naprzeciwko naszego liceum
gdzie się na przerwie codziennie na szluga niedługo
postoi pusty że długa rynku niewidzialna ręka
już po nas sięga to znaczy po mnie bo ciebie
wcześniej ta druga
potęga
Szalały polskie lata dziewięćdziesiąte kiedy
zaczęliśmy edukację na poziomie średnim
na tle vanity fair szkoły średniej nasz snobizm
właśnie na tym polegał żeby sobie nie robić
nic z sukcesu edukacyjnego mitu wtedy jeszcze żywego
z elitarnych pretensji pedagogicznego
grona z implantacji na chybił trafił idei
z jakiegoś tam programu integracji oazowych
egzaltacji dekoracji okolicznościowych markowych
spodni - z rodziców urzędniczych pensji
przez inflację podmytych -
za drogich martensy
wprawdzie chciałam przyznaję ale
wiedziałam moich starych nie stać wcale na parę
ani nawet na pół - a ty miałeś trzy pary
wszystkie czarne o ile dobrze pamiętam twój stary
zrobił jakieś pieniądze na tej tam transformacji
pewnie dlatego zawsze ten miesiąc wakacji
ty w jakiejś durnej szkole w Anglii ja pod namiotem
dlatego potem tanią miodową wódką polewałam płytę
z ekskluzywnego granitu
Lat dziewięćdziesiątych głupota trwała jeszcze w najlepsze
z niej pisaliśmy wiersze raczej gorsze niż lepsze
(mi jak widać nie przeszło) i nie było w nich słowa
że zakład Iskra lokalny zredukował zatrudnienie
znów o połowę a może ponad że mała Ania
wiesz ta ładna jakaś blada za grubo ubrana
choć anoreksja słowo było już wtedy znane
i modne może nawet było coś w Klanie
i że wielu z nas już się kroi świetlana
przyszłość w Londynie
najpewniej na zmywaku
chociaż czasem
i nie
Pyszniła się brzydota dziewięćdziesiątych lat
na młodych tłuszczących się czołach czerwony ślad
tych tanich ruskich czapek z bazaru od handlarzy
ze złotymi zębami i o czerstwych twarzach
oczach czasami skośnych kraciastych torbach
ceratowych w których wielki jak Azja obciach
tylko twoja mama chciała swój uniwersytecki
akcent trochę złamać gadając z nimi o Brodskim
co czasem wychodziło
Żadne słowo nie padło nigdy chociaż było
niekiedy blisko na szczęście na niestety
jeszcze bardziej naprawdę baliśmy się tandety
a może bardziej szczęścia? zresztą
ja się kochałam wtedy w tym o dwadzieścia
lat starszym żonatym a tak zwaną cnotę
już straciłam z tym drugim z mat-fizu idiotą
synem nauczycielki - co było dość okropne
Z tobą nigdzie nie doszło choć majtki miałam mokre
kiedyśmy wiesz - leżeli w śniegu zlizując sobie
wzajemnie z rozpalonych policzków powiek
sutków palców zziębniętych słodkie porzeczkowe
wino za dziewięć dziesięć nieba rozdarty owoc
krwisty lód topniejący nad nami
w styczniowym zmierzchu mój brzuch i stanik twój wzwód
serca mięso jeszcze surowe na wierzchu
twoje wkrótce już trafi
pod spód
Potem jakby nic nigdy puszczałeś mi Prokofiewa
a ja też swoje o swoim nawet chciałam ci sprzedać
coś z tego ale nic z tego chociaż cię zaciągnęłam
raz na Grzegorzewskiego a chciałam do Krakowa
stary mówię na Lupie dopiero głowa ci eksploduje że co głupie
sam głupi wiesz jak nie wiesz to skąd wiesz co bzdury
ten stary numer Literatury na Świecie masz może ze Stein
no Gertrudą i jeszcze Janion Transgresje tom drugi
Dzieci albo trzeci Odmieńcy też od biedy
obleci
To nie jest żadne wyznanie nic się nie zmieniło
w tej sprawie między nami chodzi o to że miłość
własna rzecz jasna własna czyli
ja inne jakieś ja większe
niż ja danej chwili
wtedy już zaczęło
wzbierać choć dopiero
później atakiem
nagłym serce
spłynęło
w głąb
kości
skąd
wróci rakiem
Reggae dla Magdy. 1962-1985
Wcale cię nie pamiętam ale miałam zdjęcia
i pośród wszystkich królewien ty byłaś piękniejsza
niż barbie pierwsza matelle sukienka balowa dla niej
niż z quelle katalogu modelka i książkowych bajek
z ilustracjami Szancera panienka śniegowa czy inna
dziecka kwiatu edycja polska i niewinna a niewinna bo polska
peerelowska infantka hippisowska w agfy ckliwych kolorach
W tle z grzywką na McCartneya i w dzwonach - ach
te dzwony mój tata długonogi dumny albo tylko zdziwiony
tym dołeczkiem jak paszport oczami jak twarda
waluta bezkresnym uśmiechem jak granica otwarta
ciałem świeżym i lotnym niby ten - wiatr odnowy
a kuszącym jak gierkowski dobrobyt i w ogóle
całą tą kontrkulturową
urodą swojej młodej
kuzynki warszawskiej którą
pamiętał jeszcze z pieluchą
Nie poszło o to nieślubne dziecko przecież z brzuchem
co druga - był w końcu wyż - do ołtarza
gorzej że ojciec "nieznany" ale przecież się zdarza
przecież nikt by jej na ulicy a ojciec w stolicy
przecież partyjny i prominentem jakimś zatem forsa opieka
tutaj w rynku apteka wiadomo przed wojną jeszcze -
bo pamiętne są rzeczy te na prowincji więc wiesz że
nie mogły być pominięte
Wiedziały "swoje" te ciotki a nie były święte
więc chętne trwały przy kawach plujkach spekulacje
dyskretne pokrętne opasłe jak muchy zimowe
podrósł chłopiec - tamto osierocone niemowlę
teraz by powiedziano trisomik wtedy - że mongoł
poczęty z kim nie wiadomo pod koniec stanu
wojennego nie dożył tak zwanych przemian
A widziałam go raz tylko przez szybę w samochodzie
zamkniętym rozgrzanym na lipcowym
parkingu gdzie wiele godzin w smrodzie
po pas w wodzie zielonej a właściwie
biegunce chorej ze śliną na brodzie ciałkiem całym
skręconym spastycznie odwodnionym a w oczach
najczystszym krystalicznym cierpieniem
Widzisz wcale nie ciebie a to właśnie wspomnienie
najbardziej przed zapomnieniem co boli
żeby nie im odpuścić żeby im nie pozwolić
żeby przy jakiejś herbatce świątecznym z wódeczką
śledziku jarzynowej sałatce mówili "to dziecko"
żeby własnego krzyku posłuchać żeby w razie czego
znów krzyknąć "Paweł kurwa miał na imię Paweł"
i dlaczego - ciekawe - właśnie jego
widziałam patrząc w okienko testu ciążowego
chociaż dla mnie kreski były łaskawe
Teraz jestem od ciebie starsza o parę lat
od dawna wiem - popełniłaś bezwstydny plagiat Plath
Sylwii - może czytałaś? jakoś mnie to nie dziwi
przeżyłam "swoje" na przykład tę wiosnę w Krakowie
kiedy w zmowie z moim mdłym ciałem rosło
to małe czarne nic bo było niczym ale
patrzyło czujnie chciało
żeby mnie też nie było i na tym polegało
jego niebycie większe niż moje chcenie
żeby jednak dalej chociaż się nie da
jeść pić odetchnąć dotknąć bo wszystko - kreda
Bo kiedy bloku ściany cztery i dalej strony świata
bieleją płasko jak kość naga na tle gaszonego wapna
zza prawej discopolo zza lewej awantura
rodzinna to gazowego piekarnika czarna dziura
kosmiczna zda się przytulna zaciszna jak królicza nora
o ileż czulsza dla ciała niż to za barierką balkonu
tam biegnie twój królik mała
tylko go gonić
Reggae dla Maćka. 1966-2010
był Bohaterem
(z nekrologu)
Pekaes z Zachodniego lipiec blisko do piekła
benzyna wyciekła chyba śmierdzi jak cholera a może
tylko bułką z kiełbasą wędzoną albo tą przepoconą
tapicerką w pretensjonalnym kolorze
teatralnej czerwieni do ud przyklejoną
bo brak klimatyzacji do Tarchomina korek
podwarszawskiego popodeuropejskiego
kapitalizmu pejzaż pod pozorem
demokracji wreszcie ulga szczere pole
tylko w rytmicznych odsłonach reklama outdoorowa
uświetnia poczciwie pstrą dekoracją
swojską mazowiecką płaskość
A to miasteczko - lichy ludzki kokonik kurczowo
przylgnięty do prężnej zdrowej łodygi
drogi na Gdańsk ruchliwej pod biedronką miejscowy
pijaczek siedzi błysk oka wścibski ale życzliwy
a w odpowiedzi na pytanie o cmentarz
instrukcja przydługa mętna i niezbędne na koniec
zdanie "A o kogo chodzi"Znajduję bez podpowiedzi
ani skrawka cienia ani drzewka czy krzaka
z dropiatego lastrika pustynia pstrokata
i jak fatamorgana jak z innego świata
wysłana wiadomość pod twoim nazwiskiem
w kwiatach pustynnych z plastiku PODRÓŻNIK
MIŁOŚNIK AMERYKI POŁUDNIOWEJ
ten miłośnik przy wszystkim - takie ładne słowo
takie stylowe w miejscowym języku
Tamtego lata - tak się zaczyna przemowę
nad grobem nie reggae dla ciebie bo nie dla ciebie
okolicznościowe komunały rytuały grzecznościowe
czy inne lokalne banały funeralne na twoim pogrzebie
powinno być tango muerte albo El Paso del Fuego
albo i El Encierro albo - wiesz nie znam hiszpańskiego
choć od tamtego na Mazurach lata zaczęło
się drżenie jakieś we mnie na to brzmienie jak w lekkim powiewie
łódki przycumowanej do splotu słonecznego
i od tamtego lata w każdym przypadkowo
zasłyszanym palabra jest lotność i moc żagla
która szotem lekko naprężonym idzie do dłoni
mojej prawej a potem wyżej na lewo
Tych żeglarskich wakacji które szybko mitem
obrosły było kilka już wszystkie pokryte błękitem
specyficznie mazurskim i blasku grubym werniksem
a rzeczy w gruncie rzeczy jawiły się mniej romantycznie
bo tyłeś systematycznie jadłeś dużo za to bez apetytu
głównie mięso a gdy piłeś (dużo za dużo) to wzrok już po chwili
tępiał po pierwszym kieliszku tequili odpływał
na wątłym żagielku błazeńskiej łódki uśmiechu
a serce twoje chore serce wzbierało pod naporem
więzionego w nim szkwału krwi łopotało tężało
ciało twarz czerwieniała już wtedy się bałam
tych w środku zdania nagłych znieruchomień ale
ty zaklinałeś rzeczywistość skutecznie wreszcie
się zakochałeś
Nie martw się Maciek już się pozbierała
ta twoja nastoletnia mała paragwajska żona
sama tu zostawiona z przerażeniem w oczach
czarnych lśniących wilgocią jak noc na równiku
z tym swoim imieniem nie do wymówienia
w języku guarani - twoi nazwali ją Lilka -
radzi sobie w końcu to kilka już lat piękny polski z uroczym
akcentem granatowym warkoczem egzotycznym
na tle warszawskiej ulicy i pracą w turystyce
Ciebie tak zwane przeznaczenie porwało
na drugim roku studiów (filologia) w tym kraju
żyć się już nie dawało - osiemdziesiąty był siódmy
i głupi kto nie emigrował a co dopiero taka jak ty
żywiołowa natura głowa gorąca więc pojechałeś na gapę
do słońca chyba bo mitem był ten po stryju spadek
w Argentynie przepity rzekomo w ciągu miesiąca
a potem - muszę spojrzeć na mapę
Nie tam patrz ziemia naprawdę jest sferą
przestrzeń się jawi rybiemu oku tylko i dopiero
w tym jego mgnieniu pomiędzy wyciągnięciem sieci
a zapuszkowaniem na statku przetwórni
chińskim gdzie odmroziłeś palec mały u nogi
- przestrzeń jest tym obrazem który widziały
razem osobne oczy muła gdy się odsuwał
od skały bo lżej iść mu po tej stronie drogi
bliżej przepaści - jest tym co ty sam widziałeś
jako destechado z wycieńczenia gdy bliski zapaści
traciłeś świadomość w całodobowej
bibliotece publicznej w Buenos udając
że czytasz Roberta Bola?o bo spania
tam urzędowo surowo wzbroniono
...jest tym co się dzieje teraz
kiedy mi w ciele ta fala wzbiera i zaraz
opada i wstyd że tak się silę na siłę za to pot płynie
mi pod tiszertem z napisem Alhambra Granada
a do picia mam tylko tequilę
więc piję
niebo białe jak czysta wódka rozgrzana
jadem barwy cmentarza pustyni trupim
podchodzą przepraszam głupio ale nie dam rady
nie jestem w stanie zapłakać nie wiem dlaczego
wszystko nie tak nie takie - może gdybym sama
tutaj ale ta starsza dama z niesmakiem
patrząca na mnie spod płóciennego
daszka to - boże mój - twoja mama
Więc na kawę zaproszenie i nieuchronnie
opowieść czuć że kolejny raz że te zdania
proste połamane ale już wyślizgane od przepowiadania
więc to był poranek wczesny wyszedłeś - po co? - do lasu
i sąsiadka przez okno widziała że nagle
do biegu ale tak dziwnie jak łódka z żaglem
dziurawym - i dlaczego? - tu przerwa odegnać
osę trzeba z kruchego z wiśniami - tylko jakieś sto
metrów a potem już - no
wszyscyśmy pobiegli leżał
z twarzą w ziemi świeżo zaoranej
mój Maciek Maciek mój kapitanie
widzisz jak to się staje jak ty mi się stajesz
tu oto właśnie baśnią songiem czy opowiadaniem
może mitem co czytać to będą za lat sto
termity pleśń jutrzejsza a wiatr z przedwczoraj
już teraz - czujesz? - coś się dzieje na środku jeziora
coś prędko notuje na tafli bóg Borges lekką ręką
dzwonią wanty w tym wietrze powietrze
pękło
więc?
trzymaj ster koniec flauty
Reggae dla Seby. 1993-2015
Był sobie człowiek żył na cmentarzu
(Mamiliusz z Zimowej)
Dziewięćdziesiąty dziewiąty - ostatnie przed studiami
wakacje - daleka do mojej mamy kuzynka z Trójmiasta
z wnukiem sześcioletni na imię mu Sebastian zobaczysz
ładny całkiem chłopaczek rudzielec po matce pamiętasz
tej postrzelonej Aśce wariatce od czterech lat na Wyspach
studia nieskończone i jakiś nowy chłopak co pół roku
a dziecko w klitce w bloku z babcią ojciec
bóg wie gdzie w Szwecji ani słowa ani co gorsza
grosza od lat no i musi wychować sama
biedna schorowana emerytka wdowa więc sierotka
właściwie niczyja to się nim trochę zajmiesz
i tak się obijasz
Bo się skończył w Łagowie festiwal filmowy
obóz w Bieszczadach we wrześniu i tylko tygodniowy
więc niby nudy niemniej najmniej chyba na świecie
miałam ochotę wtedy niańczyć jakieś dzieci
nie żebym nie lubiła przeciwnie zbyt żywe
to małe czujne i niedoszczęśliwe nieustraszone
stworzenie zachłanne stąd i porozumienie
za które płaci mi dotąd namiętnym uwielbieniem
najmłodsze pokolenie - wzajemnie tym razem
od pierwszego wejrzenia ty we mnie jak w obrazek
ja w ciebie jak w na ścianie światełko lustrzane
ruchliwe nazywane Zajączkiem a czasami nawet Zającem
przez te jedynki nowe nos-guzik i piegi jak słońce
To jest zimowa opowieść co zaczyna się latem
a nie kończy się wcale można zaszaleć zatem
jak czas szaleje stale przy pewnym współudziale
pamięci da się streścić moich lat naście twoich tyle samo
choć inaczej a raczej co innego nam dano
w pakiecie do przeżycia na to nowe stulecie
bo ono nastało wkrótce po naszym jak się okazało
na zawsze pożegnaniu na tym świecie przynajmniej
inaczej się nie dało
A przy okazjonalnych świątecznych czy imieninowych
rozmowach telefonicznych krótkich bo międzymiastowych
potem już komórkowych długich jakieś skrawki o tobie
informacji zawsze powtarzała mi mama
zaczynając od zdania pamiętasz Sebastiana
wiesz że rośnie jak tyczka że nieposłuszny dziki
że nerwus że w nauce coraz słabsze wyniki
że w szkole jakieś problemy że narkotyki
że towarzystwo nie takie że raz była policja
że nie daje już rady z nim ta biedna Alicja
wreszcie że emigracja i stabilizacja
względna jakaś że praca w jakimś magazynie
że szkoła wieczorowa i gitara basowa
garażowa kapela i coś o dziewczynie
też nowej że rozsądna i do tego szałowa
że z matką jakiś kontakt i że odbudować
że jakoś leci i w ogóle - od nowa
ale że to nie Dzieci z Bullerbyn jednak a Zimowa
opowieść bo to było zimą zadzwoniła mama
wstęp niemądry jak zwykle pamiętasz Sebastiana
i dalej że pod Bristolem gdzieś wypadek drogowy
że kręgosłup pęknięty wyciekł płyn rdzeniowy
i że natychmiastowy
że na ciele zaledwie draśnięcie nie więcej
że babci pękło serce
I znów trwa środek lata upał ale mgła lodowata do cna
idzie po oszronionej renklodzie zimna osa ze szkła
w mojej mamy ogrodzie padają gęste wiotkie
płatki śniegowe słodkie śliwki wiśnie dojrzałe
stokrotki na mrozie zwarzone w lodzie
kwitną glicynie lewkonie i bratki - takie zdziwione
Przysnęłam kiedy słońce w zenicie chyba nad Proustem
- siódmy już odnaleziony - teraz na okładki pustej
wewnętrznej stronie jak w zeszycie szkolnym nagryzmolone
"do ciebie o świat czenie jak dorosnesie s tobomożenie"
a ty tym samym długopisem i z tym samym skupieniem
rysujesz sobie na udzie kręty tor wyścigowy
to pościgajmy się młody bo co tak będziemy
w tym skwarochłodzie w ogrodzie sierpniowogrudniowym
tam gdzie zawsze nad rzekę - pamiętasz drogę?
gotowy?
Najpierw furtka drewniana na tyłach przez busz agrestowy
dalej w dół przez sosnowy zagajnik dorodne w nim muchomory
i dalej w dole kładka a cmentarz na pagórku ale to później
pokażę ci grób dziadka posiedzimy na murku
teraz dalej bo nasze miejsce to na dole nad rzeką
pamiętasz spłacheć piasku białego niewielką
i wielkie dewońskie paprocie nad zakolem głębokim
dość żeby się zanurzyć w największe nawet upały
a woda zawsze zimna jak kościół w tym spadku
plask jakiś bieda komar zgładzony na mokrym pośladku
nieważne moim czy twoim nieważne
kto pierwszy w już wodzie kto jeszcze na brzegu stoi
kto czyją wtedy bardziej osobność oswoił
kto kogo bardziej kochał zapomniał na jedno wychodzi
kto młodym dorosłym kto dzieckiem kogo to obchodzi
kto tu ma sześć kto naście a kto ileś lat no bo Seba bez ściemy
przecież oboje wiemy - śmierci nie ma - czas to jest taki żart
no to raz dwa trzy start
Zajączku
biegniemy
II. PRÓBA
Reggae dla ciebie
...a wiedzą tylko wniebowzięci czym jest moc czucia a strata pamięci
(ze Słowackiego)
1980
Pamiętasz jak się rodziłaś ten ślepy powolny
w świat ślizg mozolny przez kanał rodny kobiety zwanej
tak a tak wilgotny i gorący tej nocy stanęło wszystko
strajk od północy strajk generalny od morza w dół
rozlewający się tak zwany cały naród wkurwiony
silnie nie bezsilnością ale wspólnością tym razem
czego wyrazem jest to co zostało - logo z tą charakterystyczną
biało-czerwoną czcionką równie znane w świecie
szerokim co boleśnie tu skompromitowane
Więc płeć córka ojciec z dziadkiem opili nie kryjąc rozczarowania
bo zawsze bardziej syna wnuka matka umordowana
bo cię wydarto po dobie z niej na wpół uduszoną
pępowiną trzykrotnie wokół okręconą szyi
siną choć z żółtaczką punktacją cóż niewysoką
i tak już miało pozostać że z lekką aberracją
układu centralnego z tego niedotlenienia mój boże nieduże
i brzydkie że takie gorzej - matka też by wolała chłopaka
bo ze świeżego awansu społecznego o chłopskim rodowodzie
a wiadomo męskiego potomka wyżej
ceniono w oborze i w zagrodzie i jeszcze panie doktorze
czy może pan sprawdzić czy może ona nie ma robaków
przypadkiem czy nie jest robaczywa
błagam niech pan pomoże dlaczego muszę przeżywać
to że ja że mnie znowu spotyka
to chociaż dobrze że nie wodogłowie down ani mózgowe
porażenie a ta wysypka co? znika
za dwa tygodnie sierpniowe
gorzej że płuca słabe że ssania odruch nie dość
że wyrobiony ale na boga niechże się pani uspokoi
zagoi się do wesela bo życia jak kleszcz mocno to małe
uczepione już dobrze będzie dobrze już idzie lepsze
mocniejsze zdrowsze i wiecznie głodne - ja ci to mówię -
powietrze
1989
A kiedy pamiętasz za lat parę świata
niełatwego w końcu to polska osiemdziesiąte lata prowincja
rodzina niebogata nieustosunkowana nic więc
dziwnego że trochę zaniedbana sama źle że przygotowana
na nadchodzące zmiany ale znany nieznany
świat jednak do ogarnięcia wzięcia do kieszeni
possania jak drops cukrowy podłubania jak ściana
wapienna z liszajem do polizania kwaśny jak fiński nóż
Pamiętasz ten pokój pusty trupa już wyniesiono
ale został zapach nie tylko tych papierosów które
do końca niezmiennie czterdzieści pięćdziesiąt
dziennie ale tego co było ciałem
jego co ci kazali całować kiedy zesztywniałe zimne
ludziopodobne tylko przed wyprowadzeniem
zwłok trumny zamknięciem i to co zostało jeszcze
to niepojęte że nigdy że już nigdy - nigdy jak przedtem
przy radiu przy piecu z gazetą na ganku wśród pelargonii
i na rowerze wysokiej - hej - ukrainie kiedy ty na ramie
po łbach kocich co? że nie rozumiesz dalej?
dobrze bo to ci nie minie to nierozumienie to się nie stanie
nigdy jasne bo to nigdy nigdy czyli już na zawsze
no cóż - niezrozumiałe - ja ci to mówię
kurz
1995
A kiedy później pamiętasz już wiedziałaś że skóra
jest tylko powierzchnią cienką i że pod nią
jest mięso i te co krew niosą naczynia sine zwłaszcza
na nadgarstkach potem dyskretniej na udach
że nie ma kłamstwa tam i że coraz słodszy
ból kiedy zstępujesz ostrożnie w dół
po tej drabinie o stopniach różnych świeżości
i głębokości a tutaj prawda co dotychczas dana
jak z margaryną kanapka teraz jak rozlana benzyna
tęczowa jak w poranek minus piętnastostopniowy
z okien autobusu widok na przedmiejskie ogrody
przez szyby w amonitowe twory zamarznięte
Pamiętasz
jak się nie mogłaś doczekać aż zatrzaśniesz łazienkę
więc tu i teraz natychmiast szarpnęłaś rękę zębami
i ta krew co rozlana czarna o zmroku na śniegu
a ty chciałaś więcej przestałaś jeść spać pragnąć bo serce
rosło szybciej niż szkielet ciążyło w płaskawej
ciasnej piersiowej klatce jak ołowiane dzwonu
drganie głuche bo głos mu zdławiono ciałem
i jak co poranek wyciągałaś z ust suche truchła myszy
i muchy zamiast słów dłubałaś w żywym mięsie a oczy
napuchnięte czerwone lubiły być zamknięte zaciągnięte błoną
na wpół przezroczystą na wpół prześwietloną
a dłonie przemrożone zawinięte jak ptasie wokół
nieistniejącej gałęzi tak to nieistnienie było kuszące
jak niebo na studni dnie połyskujące rtęcią i lustra
druga strona jak rozpuszczona na drętwiejącym języku
setna etopiryna co się skończyło z plastiku grubą
rurą w przełyku i na oddziale psycho
neurologicznym półrocznym pobytem tam ci dawano regularnie
legalne psychotropowe środki na spanie całodobowe
na wąskim lekko moczem cuchnącym tapczanie
w pokoju bez klamek w nielicznym a doborowym
towarzystwie ślicznych anorektycznych koleżanek
a sen pamiętasz ten sam w kółko nisko nad podmokłymi łąkami
w siarczanożółtym odcieniu lot albo wysoko pod
chmurami jak barokowe dekoracje zmiennymi i nikogo nikogo
nawet skowronka tylko ten powietrza mokrego na skórze
jedwab błękitny i uskrzydlająca obojętność
jak kryształ za takim wniebowzięciem przyznaj
do dzisiaj tęsknisz w zatęchłej norze próżności
swojej chceń ambicji a już najbardziej strachu
i w dźwiękoszczelnej komorze styropianem wysłanej
półprawdy ćmy trzepotaniem że czujesz ten zew
ten śpiew przestrzeni jeszcze zwrócę ci obiecuję
krew
1998
Już taka pamiętasz cała do przodu byłaś zwłaszcza
nosem i biustem konkretnym całkiem przed siebie
no i jeszcze językiem bo go nie zapomniałaś w gębie
- święta racja - bezczelnej już byłaś mocna już swoje umiałaś
powiedzieć nauczycielom że ta ich och frustracja
i że serdecznie ach współczujesz bo to och smutne takie
ojcu że sorry stary jesteś żałosnym pijakiem
a matce że jeszcze raz to zrobisz - oddam bez zawahania
a co do dojrzewania płciowego to już wiedziałaś
jak rozpiąć pasek koledze a koleżance stanik
i czego chcesz gdzie lubisz gdzie boli i żeby ani
nie pokazywać broń boże ani nie uronić ni kropli
i jak chronić to swoje nocne utajone życie
larwalne żywione zadrukowanym papierem i papierosem
podprowadzanym ojcu pijanemu coraz regularniej
już wszystko było pamiętasz jakoś poukładane
plan był konkretny realny jego etapy kolejne
wdrażane konsekwentnie dowód odebrany w nim
wzrost zawyżony lekko wymazane znaki szczególne
i pierwsze głosowanie i alko kupione - legalnie
i tamto zakochanie ponad wszelką
dopuszczalną miarę nieumiarkowane
co wzięło cię razem z butami
nowymi nie nazbyt gustownymi ale na obcasie
podniebnym bo zmienił ci się styl w owym czasie
a cały twój tupet wyparował zostawiając żałosną skorupę
taniego pudru w kolorze niby brzoskwini i rzęsy
topornym sklejone tuszem nie dość wodoodpornym żeby
ukryć przepłakane lub nie godziny doby zachwiane
poczucie celu kierunku nie mówiąc o poczuciu
wartości własnej nieopierzonej ale już zszarganej
tym pilnym czekaniem stawianiem
się gdy trzeba było znikaniem i wielogodzinnym rozpa-
miętywaniem z błędnym oprogramowaniem
więc scenariusze tanie tej samej niezrealizowanej
produkcji amatorskiej choć z ambicjami źle skompresowane
utracone dane nieudane zdjęcie cię
człowieka prawie gotowego już w chuj rozpikselowane
a może nie tracenie ale mutowanie cięcie
podwójne się przecinanie chromosomów nożyc
przyostrzonych przez żeńskie jakieś bóstwo żeby otworzyć
na oścież znowu te błoną zarastające szczeliny
w twoim byciu jak ogrodnik nacina szczepione
rośliny bo jest miłość jest tym co zmienia cię w inny gatunek istnienia
więc dziękuj że się zdarzyła nim doszło do zdrewnienia ja ci to mówię ja
ziemia
2004
I tamtą pamiętasz też miłość którą dużą literą nazwałaś
prawdziwą dla wyróżnienia jakby mało ci było
tego samego słowa a przecież o to chodziło
że nie spalało to światło ale grzało syciło
głębokim utajonym świat żarem jak świeca na choince
której nie było a tylko wśród rozrzuconych
na podłodze wonnych gałązek świerkowych kochanie
się w Wigilię powolne w ciało wstępowanie
tak dobre tak rzeczywiste jak skóra chlebowa
złocista lekko słona ciepła w ustach w dłoniach
w kolejnych ciała odsłonach do dna do miejsca
poczęcia własnego bo inne się nie zdarzyło - i dlaczego
pamiętasz dnia któregoś nie nagle stopniowo popiołu
warstwa za warstwą szarego a wcześniej już jakoś
duszno przyciasno smakował ten chleb watą
wyjałowioną coś więdło się zapadało za to ciało
mówiło prawdę że już nie w siebie wrastanie
ogrodów sobie wzajemnych lecz pocieranie
genitaliów coraz rozpaczliwsze się wpatrywanie w oczy
w poszukiwaniu czego? nowego początku jakiegoś czy
końca równie retorycznego bo przecież to tylko figury
życia nieobecnego obecnego gdzie indziej
z kim innym kiedy indziej ale bolało naprawdę
bolało bardzo za co przecież się kochało
przecież się chciało najlepiej i bardziej
niż ojca matkę i dziadka i siebie samą
jak to się stało że zgasło choć miało być na zawsze
gdzie kiedy kto wie coś powie może co dalej boże
- no to ci powiem jest takie starsze prawo
że gaśnie starsze niż ty starsze
niż bogowie i ja nawet - ja ci to mówię -
ogień
2007
Tamte wakacje pamiętasz z plecakiem słońce w Raku
a potem w Lwie w plecaku bikini czarne spodni dwie
pary i bluza na zmianę dresowa
coś do czytania chyba znów Janion
Maria a w głowie poupychane słowa i ciała
ludzkie w transportach co nie zostaną zbawione
i te wywabione spod podłogi w pasiaste zakutane
chusty z frędzlami piszczące w języku niezrozumiałym
ze Spiegelmana matki mysie babki dziadki praszczurzy
i ich testament spalony i przez nich ogryzane znowu
do kości paznokcie i że się doszło do ściany kredowej
poczucie że góry rozstrzelanych zagazowanych
i tej zgwałconej dziewczyny że płód zdeformowany
i czyichś ust bezzębnych uradowany śmiech podlej-
szy niż samo morderstwo i ten od mamy telefon
zapłakanej wracaj pomóż coś zrób bo mi szpaki jedzą czereśnie
i od ojca już wcześniej żeby szybko że są w lesie maślaki
że ci na maśle przesmaży zanim je przeżrą robaki
ty we śnie te robaki tłuste ruchliwe białe wydłubywałaś
z pleców jeszcze mechatych siostrzyczki małej
też płakała - z tym stałaś na pokładzie
promu na Pathmos nigdy wcześniej takiego blasku
takiego światła w oślepiającym potrzasku niebo z morzem
stopione w upale zwały srebrnego złomu po horyzont
i wyżej a na morzu cięcie po silnikach promu goiło się w oczach
w tej samej rtęci skąpane blizny po samolotach
znikały i czułaś całym ciałem że są ludzie w drodze
nieustającej że wieczne iście się spotykanie mijanie
że jest jedynym trwaniem ten ruch który dano
wam skazanym na życie dożywotnio w czasie
a na tarasie skalnym nad portem stali bogowie
starzy niezmiennie młodzi patrzyli jak nadchodzi
jak przybliża się ku nim razem z twoim promem
to nieuniknione bo obok ciebie tuż na górnym pokładzie
stoi już ten czarniawy ruchliwy chuderlawy
nerwowy człowiek z Tarsu niosący słonecznemu
miastu przezornie schowany za pazuchą nowy
testament pustyni żydowską schizmę chrześcijaństwo
Taka iluminacja z ducha jerozolimska choć to był Dodekanez
na wpół psychotyczna bo wyczerpane wielomiesięcznym
niedosypianiem ciało się zobaczyło naraz jaskinią zaludnianą
cieniami pierzchającymi w nicość pod naporem lśnienia
niby wiekuistego uwierzyłaś że teraz
tu oto że się odmienia los że jasność
już odtąd będzie zawsze albo przynajmniej łatwiej
przepraszam ale ja ci tego nie załatwię nie od tego
tu jestem żeby ci było łatwo
ale cię nie zostawię nigdy przyrzekam ci to
światło
2015
Pamiętasz ten od mamy telefon niezrozumiały
i śmieszny przez to na kilka miesięcy przed zanim
ona sama w szpitalu z tymi w głębi ciała w którym
ty też w swoim czasie rosłaś zmianami niewiadomymi
i zanim cała ta z małym Sebastianem sprawa i zanim
gdzieś w lesie podwarszawskim wykopałaś norę
aż za głęboką na to wychudzone ciałko bez jednej
łapy amputowanej rok wcześniej na ten łaciaty
pyszczek futerko zmatowiałe oczy otwarte
zmętniałe co przez tę chorobę nabrały
ludzkiej powagi i spokoju bardziej niż ludzkiego
godzinami się mogłaś wpatrywać w nie z niemym
kim tak naprawdę jesteś pytaniem i dlaczego
ja dlaczego ty dlaczego mnie wybrałeś a nie
kogoś innego żeby cię trzymać w ramionach kiedy to się stanie
dzieje się wchodzi igła pod skórę drganie jakieś
sztywnieją mięśnie wzrok gaśnie twój szloch
i tego samego dnia wieczorem przyznaj odruch wstrętu
wobec tych - cóż - zwłok lecz przewalczony i po raz ostatni
to tyle razy tulone głaskane przytulić pogłaskać zawinąć
w tę pościel najulubieńszą spraną w rumiane
buźki jeszcze z dzieciństwa ułożyć znaleźć kamień
w poczuciu że to przywilej wdzięczności że jest ci dane
go spełnić - lecz o tym ani słowa mamie dla mamy
kot jest kotem i o czym tutaj dalej a zatem to mamy
pytanie ni z tego ni z owego pamiętasz zadane "czy jesteś w ciąży?
że co? nie a co? a dlatego że mi się śniło że ty na cmentarz
do mnie bo już nie żyłam z synkiem małym chłopcem
w takim ortalionowym wiesz kombinezonie sama miałaś
zielony kiedy byłaś mała nie nie zwariowałam tak tylko pytam
bo ja wiem co ci do głowy strzeli no to mówię tak
na wszelki wypadek i proszę się nie śmiać ze mnie
bezczelnie bo we śnie mi nie dałaś jak zwykle
dojść do słowa to ci powiem teraz że dziecko musi mieć ojca
zrozumiano? wychować ma się z ojcem nie jakieś tam twoje
wynalazki lesbijskie czy inne z wyboru niby
samotne matki bo ty się przecież nigdy
nie umiesz zachować znaleźć jak trzeba poważnie
stosownie do sytuacji" i tak dalej
jak zwykle bardzo zabawnie
chociaż ty w życiu nikomu a już najmniej mamie
o tej po cichu w ukryciu przeżytej żałobie po tym drugim
życiu które ci się nie stało i które się nie stanie
- dziewczynce może Hania a chłopcu na pewno Janek
albo po dziadku Józef - cóż dostałaś zamiast
tego aż za wiele dobrego i co ważne własnego
czasu a dzieci można mieć w każdym wypadku
cudze bo rzecz nie leży w reprodukowaniu
genetycznego kodu niezbyt zresztą obiecującego
mając na uwadze przodków i własne minusy ujemne
bo kto wie z jakiej ciemnej materii jakiej tajemnej oddali
tej misternie jak barokowa kolumna skręconej spirali
de - en - a by wyszło to nowe nienowe i w próchno dnia
w oślizgłe mięso nocy samiutkie zakrwawione
widmo we własnym mroku cień własnego cienia
animula vagula blandula cóż cytować to ty umiesz
do znudzenia zawsze byłaś w tym niezła
wręcz nieprzeciętna ale nie wiem czy się domyślasz
chociaż komu zawdzięczasz tę swoją pamięć
tu nawet i ówdzie znaną a zatem i to że
pamiętasz oraz nie że zapominasz to moja
krecia w tobie robota moje krążenie spadanie
drążenie i znowu wracanie w stanie ciekłym bądź w parze
moje płynięcie wiślane gdy biegniesz po bulwarze
krakowskim czy przez warszawskie krzaki
gdy sikasz w tych krzakach płaczesz albo z wapiennej skałki
czterometrowej gdy na główkę albo w tej przydomowej
rzeczułce czarnej gdy zanurzasz nogi zapiaszczone
albo gdy tamten drugi kontynent ci znika z oczu gdy cię zasysa
w głąb mila po mili oceaniczny pływ dowodząc
praw księżyca i grawitacji siły kiedy śnieg mgła jesienna
i ta szklanka co pusta do połowy i do połowy pełna
i przez kałuże gdy dreszcz źrebięcy to ja zabieram skórze
i stawom bezcenny kolagen sole mineralne
ze mną przeminiesz trudno się mówi i ja ciebie przywrócę
temu co zawsze pierwsze coś zapętlę coś skrócę
zagęszczę odparuję odbiję pomylę może ale
oddam oddam wszystko
do ostatniej kropli
więc dotknij weź do ręki zjedz wypij bądź chodź
po tych ogrodach lustrzanych czasu
utraconego ci niech nie będzie szkoda bo ja
cię nie zapomnę nigdy twoja na zawsze
woda
III. POGŁOS
i jest naturalnieciepło między namichociaż jesteśmy ze śniegu
(ze szwedzkiego poety)
oni osobni osoby ci moi i inni twoi cudzy jacyś dowolni ale konkretni w kolejności przypadkowej być może chronologicznej rodzenia się albo umierania co akurat nie na jedno wychodzi albo i pojawiania się w życiu innym moim jej jego ich albo kogoś innego na przykład tu wstaw własne dane osobowe bo
oni tu są po to po co co zrobią jak zagrają ten odwołany koncert reggae
ku własnej czci i pamięci przede wszystkim tej drugiej
znaki przestankowe wszelkie dozwolone dowolnie
podobno odwołany koncert odwołany ale instrumenty jakby
no tak ja gram dobrze na niczym ja też a ty też a ty
no to możemy dobrze zagrać odwołany koncert w końcu
tyle tych krzeseł głuchych pustych w sam raz dla nas głuchych
no to dobrze zagramy dobrze
nie ja nie ja nie chcę bo bo co ja się tu nie prosiłem nie chciałem żeby tu no ale jak jesteś to już weź przestań nie jestem już nie byłem zostań zostaw mnie czemu co coś się skurczyło popsuło co ta przestrzeń co przestrzeń czegoś ubyło od kiedy znowu i po co co znowu to ciało nie takie nie to
ja chcę żeby co pamiętać naprawdę to masz ktoś pamięta jest nawet koncert chociaż odwołany niedoszły niedosłyszany pomięta partytura pulpit połamany a instrumenty jakby no tak nie bardzo bo instrumenty ze śniegu pamięć też co jest śnieg śniegu krążenie fraktalne w firn zamarzanie rozmarzanie i kontrafakturalne twardnienie pękanie no to muzyka tak dal śniegowa najbardziej nawykła choć w środku koncert zimowy chyba tak jakby to winterreise niby no to ci no to sza musi być cisza taka cicha ta ich nasza pamięć
ale rozumiem co wszystko to a nawet współczuję próżne ale poczciwe naiwne te rekwizyty ich rytuały imaginaria słowniki a brak w tym czego nie wiem może miejsca jakiego dla nas co znaczy dla nas miejsce chcesz nie wiem śnić się nie rzucać hehe cebulą hehe wcielać w te późne wnuki dybuki psy strzygi a może pomniki nie to czego chcesz trwania trwanie to my a my to zdanie jak kamień jak zadanie nie niedo do nierozwiązania
na przykład porozmawiać no można tak rozmowa właśnie nie da się dlaczego nie bo nie możesz jaśniej śnieg jesteśmy ze śniegu śniegowa nasza mowa słowa to krew krew ciało oczy i dech i bezdech i unik i śmiech choćby i gorzki zew jakiś dokądś ku czemuś przecież jest jest tak jest
pismo pisane słowa o tak już bardziej to dla nas w nas ścieżka w śniegu wydeptana spiralna z nami rozmowa szeptana albo bezgłośna całkiem bez bezsensowna i dobrze urwana i znów rozpisana od nowa od nowa od nowa na wieczne odczytywanie in pace ale bez poruszania wargami żeby się rytm żaden nie wykluł o nie trzeba być tu poza czasem
a zimno cóż stan faktyczny brak ciepła też mi definicja względnie bezwzględne zero nie tu nie na na tej tamtej popsutej skali to tam a tu co tu lód się do lodu przytuli bałwan bałwana poślubi na krze urodzi się kra nie ziębi kiedy nie grzeje wiatr wieje ostatni się śmieje kogo lisek przyodzieje ten się dobrze ma
ale zimno co z nim jak to się dzieje że rośnie nie maleje nigdy mniej a zawsze zimniej zimniej nie wiesz tak nie to ruch przecież w bezruch niezmiennie zamiera bo nawet tu nawet w naszym śniegowym stanie skupienia nawet w naszej muzyce bezgłośnej na fali co się do środka załamie
ale to zimno już było było już nim co zanim co zanim się płomień dopalił zapałki zanim ustały te drgnienia ostatnie lub przed przed przedostanie zimno już było czekało cierpliwie niejawnie na dnie co tak atmosfery nie w ostatniej jej warstwie tuż przed czym tym niczym gwiezdnym nie to spojrzeniem ostatnim już ślepym lub pierwszym jeszcze nie całkiem pamiętam ja też coś jakby kryształki lodu powieka oszroniona sopelki na rzęsach jak czyich gdzie konia i jeźdźca i dziecka nie to to nie to ta piosenka niemiecka a lód to lód serca ach serca
a strach został tam gdzie w tamtych tych porzuconych żywych umarłych tkankach włóknach komórkach pustych szufladach może może popiołach też przedmiotach też więc to co jest co zostało czujesz tak tak a ja nie i że tak poza ciałem że jakby cień że cień jakby choć oko wykol że wilgoć jakaś choć na dnie że na tle śniegu śnieg że biel to biel że sibolet szibolet że nigdy że już nigdy nie
a gniew że co że w głębi śniegu że w lodu rdzeniu że czasem to wiesz co nie ja nie te miraże zwidy sny może ach te mnie że dmuchawce mnie że kobiety pierś bo połysk jakiś cieplejszy mleczny a mi że płozy ślad świeży dziecięcy że ten orzeł cośmy go wtedy że papier uległy gładki że lisie łapki że na porcelanie ślad ciepły jeszcze dłoni że pościel zmięta i że dzwoni coś dzwoni że koni rżenie że ten monotonny ruch wycieraczek kiedy nocą dokądś na zimowych oponach powoli z szubertem w tle że firanki poruszenie w letnim półśnie że na obrusie fałdka zmarszczka zakładka koszuli nie koszulki la plie i tak że potem już wiesz wiem ten nasz czyli zimny gniew
a miłość to już było tylko nie to bo co bo stało się całkiem najbardziej
pustym niczym nawet nie brakiem prawda też nie to a jeśli nawet nie śnieg
zatem to co to samo czyste zaprzeczenie nie nie nie znam coś jakby aha la differance la disparition pauza
trwa
chcę pauza
trwa
a wzrok no jest patrzenie nie tak ale widzenie tak nie bez światła jest światło lodowe śniegowe stygnące wstecz w próżnię idące w początek ze śniegu w śnieg ale też ten pamiętasz nie idol z tymi czarnymi coś jakby oczami setnymi ze śniegu serafin nie pamiętam jak to nie z węglanych okruchów tabletek i tamte tak samo ślepe plamki wronie w polu białym śniegowym i sadzy płatki w mroźnym powietrzu zimowym pożarze po i pejzaż upstrzony trupami te ich wiesz czaszki zwęglone w wapiennym dole nie białe z czarnym na błonie światłoczułej czule przeplecione cieniami cienko jakby przyćmione ani zwierciadlane oddanie w krysztale ani idealnie naprzeciw siebie a jeśli lustrzane to czarne lustro w lustrze białym i tak bezmiernie cię widzę i ja cię widzę tak i ja ciebie ja ciebie ja ciebie w swojej mojej nie ślepocie śniegowej
ten wiesz co było o nim już że jak było że idol a bałwan śniegowy z kul też śniegowych tak kul ten kształt no tak ideał wiadomo ale że do wyróżnienia że to możliwe w bezmiarze śniegowym że kula czy kub i odwłok i czub i brzuch i ty już dopowiedz nie ty ja dobrze że bóg że nasz pan śniegowy i wiesz co co mamy swój wreszcie dowód rzeczowy że ma to tak zwane no poczucie humoru i wierzysz wierzę tak nie teraz jakby nawet co bardziej nareszcie co nareszcie wierzę bo tej wierze że jest równa się nie jest nie trzeba więcej niż śniegiem na śniegu wypisane równanie doskonałe tak zero równa się zeru a kolejne zera zawiera ta wiesz pauza
trwa
a imię które czyje moje już nie moje też pierwsze drugie kolejne w pustkę wołanie nieme już bezimienne śnieg mi na imię mi śnieg płatek śniegowy wśród innych ale wiesz niby co że każdy inny z osobna każdy sześcioramienny w kształcie kryształek cóż może co z tego że wiesz wiem pamiętam spadanie rozbicie rozbite naczynie a to tak zwane co życie i tak dalej pamiętasz sklejaniem ach to to ta mitologia są inne inne tak samo ale nie dla nas cóż nam tylko te szeptane ciiii-sza słyszę nie widzę pary obłoczki w powietrzu mroźnym już styczeń znów i w półmroku ciii-sza słyszę po kroku krok skrzyp skrzyp idzie ktoś idzie po cmentarzu po śniegu i nie słyszę patrz nie widać czuć co powietrza strzęp lecz w kształcie imienia ciii imię po imieniu imię po cichu patrz odczytywane z kamienia teraz patrz teraz w powietrzne przestrzenne abstrakcje nietrwałe wiem ale wiesz trwanie
maria jan izabela józef franciszka anna agnieszka magdalena wiera eugeniusz wojciech zuzanna wacław lew maciej helena urszula samuel zofia irena jacek tadeusz konstancja władysław katarzyna róża hiacynt malwina ruta maurycy arkady dariusz ali dawid tatiana małgorzata ewa sulamit hiob
no chodź
jeszcze nie
no chodź
jeszcze nie
już bądź
jeszcze nie
Koniec