Dialog 2/2022 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

8.00 zł
6.64 zł (6,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Poemat epicki- ANNA NASIŁOWSKA -

Autorka jest pisarką, poetką, krytyczką literacką, historyczką literatury współczesnej. Profesor zwyczajna Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk i wicenaczelna "Tekstów Drugich".

ORCID: 0000-0002-6171-5662

Czym jest Reggae Marii Kwiecień? Poematem epickim. Był kiedyś taki gatunek, w starożytności miał postać eposu. Spoiwem tekstu był rytm, mający także znaczenie mnemotechniczne w czasach, gdy nie utrwalało się słów na piśmie, poematy przekazywano śpiewając słowa, przy akompaniamencie muzyki. Gdzieś w Afryce kultywuje się jeszcze taką tradycję wykonawczą, zetknęłam się z tym w Senegalu, gdzie istnieją jeszcze grioci, pochodzący z wybranych rodów, w których tradycja wykonywania poematów z muzyką przechodzi z pokolenia na pokolenie. Nie tylko na synów, także na córki. Muzyka jest łagodna, ma powtarzalne segmenty i nie przytłacza, na pierwszym planie jest śpiew-melorecytacja. Nie nadużywa się głosu prowadzącego, nie zmusza go do wirtuozerii, bo opowieść jest długa, stawia wymagania pamięci, musi snuć się spokojnie, aby wypowiedzieć wszystko do końca.

W Europie w okresie nowożytnym epos istniał dwutorowo: tu i ówdzie trwał w tradycji ludowej (ale nie było go w Polsce) i był elementem uczonej tradycji klasycznej, która czasem włączała elementy lokalne. Zaczął zanikać wraz z upadkiem klasycznej poetyki, choć rozbłysnął jeszcze w romantyzmie. Narrative poems Byrona to wzór na przykład dla Mickiewicza, który tłumaczył Giaura i napisał poematy historyczne, litewskie jak Grażyna i Konrad Wallenrod. Po romantyzmie jednak poezja zaczęła dążyć do koncentracji, tymczasem narracyjność wymaga konkretu, łańcucha następujących po sobie zdarzeń, a nie podniebnego lotu czy obrazu świata wewnętrznego. Narracyjność niemal w całości oddano prozie, rozwijając w poezji liryzm i coraz bardziej abstrakcyjną metaforę. Narracyjność często współczesnemu poecie wydaje się płaska, bo bez stąpania po ziemi nie da się opowiadać.

Reggae wywodzi się z Jamajki, z lokalnej mieszanki kultur afrykańskich. Dopiero potem trafiło do globalnej popkultury, więc i do Polski. Nic w tym dziwnego, od dawna mamy swój, "biały" jazz, współczesne formy i muzyczne schematy rytmiczne krążą w wielkim tyglu, z którego każdy bierze, co chce, co mu pasuje: rock, punk, metal, reggae. Nie pyta się o korzenie, one są drugorzędne, a wszystko jest dla wszystkich. Pyta się o teraźniejszy czas, któremu zapożyczenie może oferować formę ekspresji. Nieustannie szuka się alternatywy: wobec czego? Wobec tego, co ogranicza. Trudno się wypowiedzieć, posługując się formami, które się już zużyły. Więc skoro poezja popadła w abstrakcję, stała się hermetyczna i w bezpośrednim przekazie nieznośna - mamy jeszcze boczny dopływ, przynoszący formę już zaniechaną, niesłusznie porzuconą: poetycką narrację i rytm.

Tak widzę formę tej wypowiedzi, która składa się z kilku części. Najpierw jest opowieść o zmarłych, bo życie zmarłego najbardziej nadaje się na opowieść, gdyż ma zakończenie. A zakończenie - to sens (albo jego brak). To przeważnie młodzi zmarli, z wyjątkiem dziadka. A jednak i tak w opowiedzianych życiorysach pojawia się historyczny koloryt pewnych zamkniętych epok. PRL to masa odznaczeń dziadka, które stały się raczej przedmiotem wstydliwym niż powodem do dumy. Sierpień 1980, czas narodzin, od którego biegnie indywidualna biografia, moment splotu historii i ciała, nieprzeżyty świadomie, ale istotny symbolicznie. Te obrazy są jednak dość oczywiste, najciekawsze pojawia się potem: lata dziewięćdziesiąte jako moment, w którym istotne są dojścia, stosunki, ustawienie się i niektórzy znajdują się na straconej pozycji. Równe szanse? Nie, nie ma nawet takiej idei, to prowincja, same "minusy ujemne". PRL odbierany jest w postaci stereotypów, ale i lata dziewięćdziesiąte doczekały się własnych. Objawia się nawet "niewidzialna ręka rynku", sięga po wolne place, niegdyś przestrzeń do zabawy i koleżeńskich kontaktów, traktuje te miejsca jako niewykorzystane ekonomicznie i szybko spienięża. Pejzaże są płaskie, zaśmiecone reklamami, tandetą. Zapach potu, brudu, zmęczenia. Katalog możliwych zdarzeń biograficznych jest dość ubogi: trafiają się uzależnienia, nieprzystosowanie, na dziewczyny spada nieplanowana ciąża i pojawia się niepełnosprawne dziecko, powód plotek, wstydu, bólu. Z lepszych rzeczy - może zdarzyć się emigracja, ewentualnie egzotyczna podróż. A potem wypadek, rak, przedwczesny zawał czy udar albo samobójstwo. Ta część jest czytelna i dobitna.

Wraz z przejściem do biografii własnej, niepostrzeżenie historyczność zmienia się w uniwersalny a zarazem indywidualny scenariusz dojrzewania, płci, wtajemniczenia kulturowego z książką Marii Janion, czytaną na wakacjach. Części są trzy, klasycznie, omne trinum perfectum. W trzeciej, zatytułowanej Pogłos, łamie się dotychczasowy rytm i dochodzi do głosu liryzm. Poemat kończy się otwarciem, propozycją, by potraktować przemawiający głos jako głos wielu, wspólny.

Czy teatr jest w stanie unieść wielosłowną strukturę, która w części pierwszej jest narracyjna a potem liryczna? Coś za coś, rytm, muzyczność zamiast dziania się. Rozbudowany monolog zamiast wielu postaci. Nie wiem.

SŁOWA KLUCZOWE:

epos, Maria Kwiecień, PRL

ReggaeMARIA KWIECIEŃ

I. KONCERT

Reggae dla Dziadka. 1920-1989

Znów tu jestem wszystko płynie a nic się nie zmienia

mijają pokolenia psów coraz bardziej pstrych i pokracznych

przychodzą odchodzą drzewa ostatnio z przewagą iglastych

a od żydowskiej strony prze poprzez nieużytki brzozowy

młodniak - wejść się nie da bo gęsty i przyczajony

a przy młodym może księżycu jakieś tam po cichu

szachermacher roszhaszana - spokojnie już nic się nie stanie

byleby nie podeszli za blisko kościoła zwłaszcza w Wielkanoc

W kościele ciągle kościół archiwum w synagodze

Stefa tam miała do końca posadę porządną biurową

i słowa nikt nie powiedział chociaż wszyscy wiedzieli

w kościele co do niedzieli lecz tylko w kruchcie nie dalej

dom Stefy stoi jeszcze ale zarasta powoli łopianem

i piękna była do końca trzymała ją tamta młoda

wściekłość zdeklasowanej panienki wracała jak nowa

ta jej uroda aż niestosowna wschodnia a między nami

miałeś nosa mój jurny przodku z wilczymi zębami

za którym wszystkie podobno dziewuchy

Mówią że to od ciebie te moje nagłe wybuchy

gniewu palce nikotynowe długie grymas cynizmu imię

drugie - po kim? czy po tamtej zgwałconej dziewczynie?

jej rzęsy oszronione jej wargi sine poznaję w ustach tej

codziennie widzianej dziewczynki chłodnych i różowych

jak arbuz bułgarski rozcięty niezawodnym ostrzem twojej

finki której mi brać nie wolno a i tak brałam na bagna

tak słodko wchodziła w zgniłe mięso zbutwiałego pnia

Boiska to byś nie poznał - kostkę położyli

parking biedronka tuje i paru meneli

jak nam życzyłeś już żeśmy się trochę udławili

tym naszym kapitalizmem faktycznie miało być coś innego

wczoraj znów nasi przegrali kładłam do pijackiego

snu przed telewizorem po tobie sierotę - ten nigdy nie powie

o ojcu złego słowa - twój drugi od lat tonie w intymnej rozmowie

rzece wywiadzie z przepiękną ta rozmowa

dziennikarką nazywa się Schizofrenia

a on nazywa się teraz Pacjent choć było mu Janek

miał wyjść wkrótce ale to raczej ostatni przystanek

Co do taty to biedny tata trzyma ciągle te cztery krawaty

dwie chustki do nosa jedwabne wyroby galanteryjne

ordery legitymacje kombatanckie partyjne

albumy radzieckie piękne z dedykacją dla kol-tow'a

zdjęcia różne - coś ty robił za barem restauracji Klubowa

gdzie bufetowa złotowłosa - co? Krystyna? Ni to popiół ni diament -

odmawiała wieczny remanent - coś ty robił z bronią

palną - wiem że umiesz - w butach wysokich z butną

o ironio miną w lesie może tym samym latem

nad sarny zabitej wzdętym brzuchem? A te

pocztówki z Moskwy z Berlina - co robiłeś w Berlinie?

Wiesz może coś jestem ci winna ale i ty jesteś mi winien

bo kto by o tobie pomyślał w grudniu na Alexanderstadt

kto by wydeptał ślad

spiralny wzór kwasu nukleinowego

na spacerach conocnych do i od

tego wszystkiego

Reggae dla Kolegi. 1980-2006

Trwały lata dziewięćdziesiąte a myśmy nie wiedzieli

że ten dom pusty naprzeciwko naszego liceum

gdzie się na przerwie codziennie na szluga niedługo

postoi pusty że długa rynku niewidzialna ręka

już po nas sięga to znaczy po mnie bo ciebie

wcześniej ta druga

potęga

Szalały polskie lata dziewięćdziesiąte kiedy

zaczęliśmy edukację na poziomie średnim

na tle vanity fair szkoły średniej nasz snobizm

właśnie na tym polegał żeby sobie nie robić

nic z sukcesu edukacyjnego mitu wtedy jeszcze żywego

z elitarnych pretensji pedagogicznego

grona z implantacji na chybił trafił idei

z jakiegoś tam programu integracji oazowych

egzaltacji dekoracji okolicznościowych markowych

spodni - z rodziców urzędniczych pensji

przez inflację podmytych -

za drogich martensy

wprawdzie chciałam przyznaję ale

wiedziałam moich starych nie stać wcale na parę

ani nawet na pół - a ty miałeś trzy pary

wszystkie czarne o ile dobrze pamiętam twój stary

zrobił jakieś pieniądze na tej tam transformacji

pewnie dlatego zawsze ten miesiąc wakacji

ty w jakiejś durnej szkole w Anglii ja pod namiotem

dlatego potem tanią miodową wódką polewałam płytę

z ekskluzywnego granitu

Lat dziewięćdziesiątych głupota trwała jeszcze w najlepsze

z niej pisaliśmy wiersze raczej gorsze niż lepsze

(mi jak widać nie przeszło) i nie było w nich słowa

że zakład Iskra lokalny zredukował zatrudnienie

znów o połowę a może ponad że mała Ania

wiesz ta ładna jakaś blada za grubo ubrana

choć anoreksja słowo było już wtedy znane

i modne może nawet było coś w Klanie

i że wielu z nas już się kroi świetlana

przyszłość w Londynie

najpewniej na zmywaku

chociaż czasem

i nie

Pyszniła się brzydota dziewięćdziesiątych lat

na młodych tłuszczących się czołach czerwony ślad

tych tanich ruskich czapek z bazaru od handlarzy

ze złotymi zębami i o czerstwych twarzach

oczach czasami skośnych kraciastych torbach

ceratowych w których wielki jak Azja obciach

tylko twoja mama chciała swój uniwersytecki

akcent trochę złamać gadając z nimi o Brodskim

co czasem wychodziło

Żadne słowo nie padło nigdy chociaż było

niekiedy blisko na szczęście na niestety

jeszcze bardziej naprawdę baliśmy się tandety

a może bardziej szczęścia? zresztą

ja się kochałam wtedy w tym o dwadzieścia

lat starszym żonatym a tak zwaną cnotę

już straciłam z tym drugim z mat-fizu idiotą

synem nauczycielki - co było dość okropne

Z tobą nigdzie nie doszło choć majtki miałam mokre

kiedyśmy wiesz - leżeli w śniegu zlizując sobie

wzajemnie z rozpalonych policzków powiek

sutków palców zziębniętych słodkie porzeczkowe

wino za dziewięć dziesięć nieba rozdarty owoc

krwisty lód topniejący nad nami

w styczniowym zmierzchu mój brzuch i stanik twój wzwód

serca mięso jeszcze surowe na wierzchu

twoje wkrótce już trafi

pod spód

Potem jakby nic nigdy puszczałeś mi Prokofiewa

a ja też swoje o swoim nawet chciałam ci sprzedać

coś z tego ale nic z tego chociaż cię zaciągnęłam

raz na Grzegorzewskiego a chciałam do Krakowa

stary mówię na Lupie dopiero głowa ci eksploduje że co głupie

sam głupi wiesz jak nie wiesz to skąd wiesz co bzdury

ten stary numer Literatury na Świecie masz może ze Stein

no Gertrudą i jeszcze Janion Transgresje tom drugi

Dzieci albo trzeci Odmieńcy też od biedy

obleci

To nie jest żadne wyznanie nic się nie zmieniło

w tej sprawie między nami chodzi o to że miłość

własna rzecz jasna własna czyli

ja inne jakieś ja większe

niż ja danej chwili

wtedy już zaczęło

wzbierać choć dopiero

później atakiem

nagłym serce

spłynęło

w głąb

kości

skąd

wróci rakiem

Reggae dla Magdy. 1962-1985

Wcale cię nie pamiętam ale miałam zdjęcia

i pośród wszystkich królewien ty byłaś piękniejsza

niż barbie pierwsza matelle sukienka balowa dla niej

niż z quelle katalogu modelka i książkowych bajek

z ilustracjami Szancera panienka śniegowa czy inna

dziecka kwiatu edycja polska i niewinna a niewinna bo polska

peerelowska infantka hippisowska w agfy ckliwych kolorach

W tle z grzywką na McCartneya i w dzwonach - ach

te dzwony mój tata długonogi dumny albo tylko zdziwiony

tym dołeczkiem jak paszport oczami jak twarda

waluta bezkresnym uśmiechem jak granica otwarta

ciałem świeżym i lotnym niby ten - wiatr odnowy

a kuszącym jak gierkowski dobrobyt i w ogóle

całą tą kontrkulturową

urodą swojej młodej

kuzynki warszawskiej którą

pamiętał jeszcze z pieluchą

Nie poszło o to nieślubne dziecko przecież z brzuchem

co druga - był w końcu wyż - do ołtarza

gorzej że ojciec "nieznany" ale przecież się zdarza

przecież nikt by jej na ulicy a ojciec w stolicy

przecież partyjny i prominentem jakimś zatem forsa opieka

tutaj w rynku apteka wiadomo przed wojną jeszcze -

bo pamiętne są rzeczy te na prowincji więc wiesz że

nie mogły być pominięte

Wiedziały "swoje" te ciotki a nie były święte

więc chętne trwały przy kawach plujkach spekulacje

dyskretne pokrętne opasłe jak muchy zimowe

podrósł chłopiec - tamto osierocone niemowlę

teraz by powiedziano trisomik wtedy - że mongoł

poczęty z kim nie wiadomo pod koniec stanu

wojennego nie dożył tak zwanych przemian

A widziałam go raz tylko przez szybę w samochodzie

zamkniętym rozgrzanym na lipcowym

parkingu gdzie wiele godzin w smrodzie

po pas w wodzie zielonej a właściwie

biegunce chorej ze śliną na brodzie ciałkiem całym

skręconym spastycznie odwodnionym a w oczach

najczystszym krystalicznym cierpieniem

Widzisz wcale nie ciebie a to właśnie wspomnienie

najbardziej przed zapomnieniem co boli

żeby nie im odpuścić żeby im nie pozwolić

żeby przy jakiejś herbatce świątecznym z wódeczką

śledziku jarzynowej sałatce mówili "to dziecko"

żeby własnego krzyku posłuchać żeby w razie czego

znów krzyknąć "Paweł kurwa miał na imię Paweł"

i dlaczego - ciekawe - właśnie jego

widziałam patrząc w okienko testu ciążowego

chociaż dla mnie kreski były łaskawe

Teraz jestem od ciebie starsza o parę lat

od dawna wiem - popełniłaś bezwstydny plagiat Plath

Sylwii - może czytałaś? jakoś mnie to nie dziwi

przeżyłam "swoje" na przykład tę wiosnę w Krakowie

kiedy w zmowie z moim mdłym ciałem rosło

to małe czarne nic bo było niczym ale

patrzyło czujnie chciało

żeby mnie też nie było i na tym polegało

jego niebycie większe niż moje chcenie

żeby jednak dalej chociaż się nie da

jeść pić odetchnąć dotknąć bo wszystko - kreda

Bo kiedy bloku ściany cztery i dalej strony świata

bieleją płasko jak kość naga na tle gaszonego wapna

zza prawej discopolo zza lewej awantura

rodzinna to gazowego piekarnika czarna dziura

kosmiczna zda się przytulna zaciszna jak królicza nora

o ileż czulsza dla ciała niż to za barierką balkonu

tam biegnie twój królik mała

tylko go gonić

Reggae dla Maćka. 1966-2010

był Bohaterem

(z nekrologu)

Pekaes z Zachodniego lipiec blisko do piekła

benzyna wyciekła chyba śmierdzi jak cholera a może

tylko bułką z kiełbasą wędzoną albo tą przepoconą

tapicerką w pretensjonalnym kolorze

teatralnej czerwieni do ud przyklejoną

bo brak klimatyzacji do Tarchomina korek

podwarszawskiego popodeuropejskiego

kapitalizmu pejzaż pod pozorem

demokracji wreszcie ulga szczere pole

tylko w rytmicznych odsłonach reklama outdoorowa

uświetnia poczciwie pstrą dekoracją

swojską mazowiecką płaskość

A to miasteczko - lichy ludzki kokonik kurczowo

przylgnięty do prężnej zdrowej łodygi

drogi na Gdańsk ruchliwej pod biedronką miejscowy

pijaczek siedzi błysk oka wścibski ale życzliwy

a w odpowiedzi na pytanie o cmentarz

instrukcja przydługa mętna i niezbędne na koniec

zdanie "A o kogo chodzi"Znajduję bez podpowiedzi

ani skrawka cienia ani drzewka czy krzaka

z dropiatego lastrika pustynia pstrokata

i jak fatamorgana jak z innego świata

wysłana wiadomość pod twoim nazwiskiem

w kwiatach pustynnych z plastiku PODRÓŻNIK

MIŁOŚNIK AMERYKI POŁUDNIOWEJ

ten miłośnik przy wszystkim - takie ładne słowo

takie stylowe w miejscowym języku

Tamtego lata - tak się zaczyna przemowę

nad grobem nie reggae dla ciebie bo nie dla ciebie

okolicznościowe komunały rytuały grzecznościowe

czy inne lokalne banały funeralne na twoim pogrzebie

powinno być tango muerte albo El Paso del Fuego

albo i El Encierro albo - wiesz nie znam hiszpańskiego

choć od tamtego na Mazurach lata zaczęło

się drżenie jakieś we mnie na to brzmienie jak w lekkim powiewie

łódki przycumowanej do splotu słonecznego

i od tamtego lata w każdym przypadkowo

zasłyszanym palabra jest lotność i moc żagla

która szotem lekko naprężonym idzie do dłoni

mojej prawej a potem wyżej na lewo

Tych żeglarskich wakacji które szybko mitem

obrosły było kilka już wszystkie pokryte błękitem

specyficznie mazurskim i blasku grubym werniksem

a rzeczy w gruncie rzeczy jawiły się mniej romantycznie

bo tyłeś systematycznie jadłeś dużo za to bez apetytu

głównie mięso a gdy piłeś (dużo za dużo) to wzrok już po chwili

tępiał po pierwszym kieliszku tequili odpływał

na wątłym żagielku błazeńskiej łódki uśmiechu

a serce twoje chore serce wzbierało pod naporem

więzionego w nim szkwału krwi łopotało tężało

ciało twarz czerwieniała już wtedy się bałam

tych w środku zdania nagłych znieruchomień ale

ty zaklinałeś rzeczywistość skutecznie wreszcie

się zakochałeś

Nie martw się Maciek już się pozbierała

ta twoja nastoletnia mała paragwajska żona

sama tu zostawiona z przerażeniem w oczach

czarnych lśniących wilgocią jak noc na równiku

z tym swoim imieniem nie do wymówienia

w języku guarani - twoi nazwali ją Lilka -

radzi sobie w końcu to kilka już lat piękny polski z uroczym

akcentem granatowym warkoczem egzotycznym

na tle warszawskiej ulicy i pracą w turystyce

Ciebie tak zwane przeznaczenie porwało

na drugim roku studiów (filologia) w tym kraju

żyć się już nie dawało - osiemdziesiąty był siódmy

i głupi kto nie emigrował a co dopiero taka jak ty

żywiołowa natura głowa gorąca więc pojechałeś na gapę

do słońca chyba bo mitem był ten po stryju spadek

w Argentynie przepity rzekomo w ciągu miesiąca

a potem - muszę spojrzeć na mapę

Nie tam patrz ziemia naprawdę jest sferą

przestrzeń się jawi rybiemu oku tylko i dopiero

w tym jego mgnieniu pomiędzy wyciągnięciem sieci

a zapuszkowaniem na statku przetwórni

chińskim gdzie odmroziłeś palec mały u nogi

- przestrzeń jest tym obrazem który widziały

razem osobne oczy muła gdy się odsuwał

od skały bo lżej iść mu po tej stronie drogi

bliżej przepaści - jest tym co ty sam widziałeś

jako destechado z wycieńczenia gdy bliski zapaści

traciłeś świadomość w całodobowej

bibliotece publicznej w Buenos udając

że czytasz Roberta Bola?o bo spania

tam urzędowo surowo wzbroniono

...jest tym co się dzieje teraz

kiedy mi w ciele ta fala wzbiera i zaraz

opada i wstyd że tak się silę na siłę za to pot płynie

mi pod tiszertem z napisem Alhambra Granada

a do picia mam tylko tequilę

więc piję

niebo białe jak czysta wódka rozgrzana

jadem barwy cmentarza pustyni trupim

podchodzą przepraszam głupio ale nie dam rady

nie jestem w stanie zapłakać nie wiem dlaczego

wszystko nie tak nie takie - może gdybym sama

tutaj ale ta starsza dama z niesmakiem

patrząca na mnie spod płóciennego

daszka to - boże mój - twoja mama

Więc na kawę zaproszenie i nieuchronnie

opowieść czuć że kolejny raz że te zdania

proste połamane ale już wyślizgane od przepowiadania

więc to był poranek wczesny wyszedłeś - po co? - do lasu

i sąsiadka przez okno widziała że nagle

do biegu ale tak dziwnie jak łódka z żaglem

dziurawym - i dlaczego? - tu przerwa odegnać

osę trzeba z kruchego z wiśniami - tylko jakieś sto

metrów a potem już - no

wszyscyśmy pobiegli leżał

z twarzą w ziemi świeżo zaoranej

mój Maciek Maciek mój kapitanie

widzisz jak to się staje jak ty mi się stajesz

tu oto właśnie baśnią songiem czy opowiadaniem

może mitem co czytać to będą za lat sto

termity pleśń jutrzejsza a wiatr z przedwczoraj

już teraz - czujesz? - coś się dzieje na środku jeziora

coś prędko notuje na tafli bóg Borges lekką ręką

dzwonią wanty w tym wietrze powietrze

pękło

więc?

trzymaj ster koniec flauty

Reggae dla Seby. 1993-2015

Był sobie człowiek żył na cmentarzu

(Mamiliusz z Zimowej)

Dziewięćdziesiąty dziewiąty - ostatnie przed studiami

wakacje - daleka do mojej mamy kuzynka z Trójmiasta

z wnukiem sześcioletni na imię mu Sebastian zobaczysz

ładny całkiem chłopaczek rudzielec po matce pamiętasz

tej postrzelonej Aśce wariatce od czterech lat na Wyspach

studia nieskończone i jakiś nowy chłopak co pół roku

a dziecko w klitce w bloku z babcią ojciec

bóg wie gdzie w Szwecji ani słowa ani co gorsza

grosza od lat no i musi wychować sama

biedna schorowana emerytka wdowa więc sierotka

właściwie niczyja to się nim trochę zajmiesz

i tak się obijasz

Bo się skończył w Łagowie festiwal filmowy

obóz w Bieszczadach we wrześniu i tylko tygodniowy

więc niby nudy niemniej najmniej chyba na świecie

miałam ochotę wtedy niańczyć jakieś dzieci

nie żebym nie lubiła przeciwnie zbyt żywe

to małe czujne i niedoszczęśliwe nieustraszone

stworzenie zachłanne stąd i porozumienie

za które płaci mi dotąd namiętnym uwielbieniem

najmłodsze pokolenie - wzajemnie tym razem

od pierwszego wejrzenia ty we mnie jak w obrazek

ja w ciebie jak w na ścianie światełko lustrzane

ruchliwe nazywane Zajączkiem a czasami nawet Zającem

przez te jedynki nowe nos-guzik i piegi jak słońce

To jest zimowa opowieść co zaczyna się latem

a nie kończy się wcale można zaszaleć zatem

jak czas szaleje stale przy pewnym współudziale

pamięci da się streścić moich lat naście twoich tyle samo

choć inaczej a raczej co innego nam dano

w pakiecie do przeżycia na to nowe stulecie

bo ono nastało wkrótce po naszym jak się okazało

na zawsze pożegnaniu na tym świecie przynajmniej

inaczej się nie dało

A przy okazjonalnych świątecznych czy imieninowych

rozmowach telefonicznych krótkich bo międzymiastowych

potem już komórkowych długich jakieś skrawki o tobie

informacji zawsze powtarzała mi mama

zaczynając od zdania pamiętasz Sebastiana

wiesz że rośnie jak tyczka że nieposłuszny dziki

że nerwus że w nauce coraz słabsze wyniki

że w szkole jakieś problemy że narkotyki

że towarzystwo nie takie że raz była policja

że nie daje już rady z nim ta biedna Alicja

wreszcie że emigracja i stabilizacja

względna jakaś że praca w jakimś magazynie

że szkoła wieczorowa i gitara basowa

garażowa kapela i coś o dziewczynie

też nowej że rozsądna i do tego szałowa

że z matką jakiś kontakt i że odbudować

że jakoś leci i w ogóle - od nowa

ale że to nie Dzieci z Bullerbyn jednak a Zimowa

opowieść bo to było zimą zadzwoniła mama

wstęp niemądry jak zwykle pamiętasz Sebastiana

i dalej że pod Bristolem gdzieś wypadek drogowy

że kręgosłup pęknięty wyciekł płyn rdzeniowy

i że natychmiastowy

że na ciele zaledwie draśnięcie nie więcej

że babci pękło serce

I znów trwa środek lata upał ale mgła lodowata do cna

idzie po oszronionej renklodzie zimna osa ze szkła

w mojej mamy ogrodzie padają gęste wiotkie

płatki śniegowe słodkie śliwki wiśnie dojrzałe

stokrotki na mrozie zwarzone w lodzie

kwitną glicynie lewkonie i bratki - takie zdziwione

Przysnęłam kiedy słońce w zenicie chyba nad Proustem

- siódmy już odnaleziony - teraz na okładki pustej

wewnętrznej stronie jak w zeszycie szkolnym nagryzmolone

"do ciebie o świat czenie jak dorosnesie s tobomożenie"

a ty tym samym długopisem i z tym samym skupieniem

rysujesz sobie na udzie kręty tor wyścigowy

to pościgajmy się młody bo co tak będziemy

w tym skwarochłodzie w ogrodzie sierpniowogrudniowym

tam gdzie zawsze nad rzekę - pamiętasz drogę?

gotowy?

Najpierw furtka drewniana na tyłach przez busz agrestowy

dalej w dół przez sosnowy zagajnik dorodne w nim muchomory

i dalej w dole kładka a cmentarz na pagórku ale to później

pokażę ci grób dziadka posiedzimy na murku

teraz dalej bo nasze miejsce to na dole nad rzeką

pamiętasz spłacheć piasku białego niewielką

i wielkie dewońskie paprocie nad zakolem głębokim

dość żeby się zanurzyć w największe nawet upały

a woda zawsze zimna jak kościół w tym spadku

plask jakiś bieda komar zgładzony na mokrym pośladku

nieważne moim czy twoim nieważne

kto pierwszy w już wodzie kto jeszcze na brzegu stoi

kto czyją wtedy bardziej osobność oswoił

kto kogo bardziej kochał zapomniał na jedno wychodzi

kto młodym dorosłym kto dzieckiem kogo to obchodzi

kto tu ma sześć kto naście a kto ileś lat no bo Seba bez ściemy

przecież oboje wiemy - śmierci nie ma - czas to jest taki żart

no to raz dwa trzy start

Zajączku

biegniemy

II. PRÓBA

Reggae dla ciebie

...a wiedzą tylko wniebowzięci czym jest moc czucia a strata pamięci

(ze Słowackiego)

1980

Pamiętasz jak się rodziłaś ten ślepy powolny

w świat ślizg mozolny przez kanał rodny kobiety zwanej

tak a tak wilgotny i gorący tej nocy stanęło wszystko

strajk od północy strajk generalny od morza w dół

rozlewający się tak zwany cały naród wkurwiony

silnie nie bezsilnością ale wspólnością tym razem

czego wyrazem jest to co zostało - logo z tą charakterystyczną

biało-czerwoną czcionką równie znane w świecie

szerokim co boleśnie tu skompromitowane

Więc płeć córka ojciec z dziadkiem opili nie kryjąc rozczarowania

bo zawsze bardziej syna wnuka matka umordowana

bo cię wydarto po dobie z niej na wpół uduszoną

pępowiną trzykrotnie wokół okręconą szyi

siną choć z żółtaczką punktacją cóż niewysoką

i tak już miało pozostać że z lekką aberracją

układu centralnego z tego niedotlenienia mój boże nieduże

i brzydkie że takie gorzej - matka też by wolała chłopaka

bo ze świeżego awansu społecznego o chłopskim rodowodzie

a wiadomo męskiego potomka wyżej

ceniono w oborze i w zagrodzie i jeszcze panie doktorze

czy może pan sprawdzić czy może ona nie ma robaków

przypadkiem czy nie jest robaczywa

błagam niech pan pomoże dlaczego muszę przeżywać

to że ja że mnie znowu spotyka

to chociaż dobrze że nie wodogłowie down ani mózgowe

porażenie a ta wysypka co? znika

za dwa tygodnie sierpniowe

gorzej że płuca słabe że ssania odruch nie dość

że wyrobiony ale na boga niechże się pani uspokoi

zagoi się do wesela bo życia jak kleszcz mocno to małe

uczepione już dobrze będzie dobrze już idzie lepsze

mocniejsze zdrowsze i wiecznie głodne - ja ci to mówię -

powietrze

1989

A kiedy pamiętasz za lat parę świata

niełatwego w końcu to polska osiemdziesiąte lata prowincja

rodzina niebogata nieustosunkowana nic więc

dziwnego że trochę zaniedbana sama źle że przygotowana

na nadchodzące zmiany ale znany nieznany

świat jednak do ogarnięcia wzięcia do kieszeni

possania jak drops cukrowy podłubania jak ściana

wapienna z liszajem do polizania kwaśny jak fiński nóż

Pamiętasz ten pokój pusty trupa już wyniesiono

ale został zapach nie tylko tych papierosów które

do końca niezmiennie czterdzieści pięćdziesiąt

dziennie ale tego co było ciałem

jego co ci kazali całować kiedy zesztywniałe zimne

ludziopodobne tylko przed wyprowadzeniem

zwłok trumny zamknięciem i to co zostało jeszcze

to niepojęte że nigdy że już nigdy - nigdy jak przedtem

przy radiu przy piecu z gazetą na ganku wśród pelargonii

i na rowerze wysokiej - hej - ukrainie kiedy ty na ramie

po łbach kocich co? że nie rozumiesz dalej?

dobrze bo to ci nie minie to nierozumienie to się nie stanie

nigdy jasne bo to nigdy nigdy czyli już na zawsze

no cóż - niezrozumiałe - ja ci to mówię

kurz

1995

A kiedy później pamiętasz już wiedziałaś że skóra

jest tylko powierzchnią cienką i że pod nią

jest mięso i te co krew niosą naczynia sine zwłaszcza

na nadgarstkach potem dyskretniej na udach

że nie ma kłamstwa tam i że coraz słodszy

ból kiedy zstępujesz ostrożnie w dół

po tej drabinie o stopniach różnych świeżości

i głębokości a tutaj prawda co dotychczas dana

jak z margaryną kanapka teraz jak rozlana benzyna

tęczowa jak w poranek minus piętnastostopniowy

z okien autobusu widok na przedmiejskie ogrody

przez szyby w amonitowe twory zamarznięte

Pamiętasz

jak się nie mogłaś doczekać aż zatrzaśniesz łazienkę

więc tu i teraz natychmiast szarpnęłaś rękę zębami

i ta krew co rozlana czarna o zmroku na śniegu

a ty chciałaś więcej przestałaś jeść spać pragnąć bo serce

rosło szybciej niż szkielet ciążyło w płaskawej

ciasnej piersiowej klatce jak ołowiane dzwonu

drganie głuche bo głos mu zdławiono ciałem

i jak co poranek wyciągałaś z ust suche truchła myszy

i muchy zamiast słów dłubałaś w żywym mięsie a oczy

napuchnięte czerwone lubiły być zamknięte zaciągnięte błoną

na wpół przezroczystą na wpół prześwietloną

a dłonie przemrożone zawinięte jak ptasie wokół

nieistniejącej gałęzi tak to nieistnienie było kuszące

jak niebo na studni dnie połyskujące rtęcią i lustra

druga strona jak rozpuszczona na drętwiejącym języku

setna etopiryna co się skończyło z plastiku grubą

rurą w przełyku i na oddziale psycho

neurologicznym półrocznym pobytem tam ci dawano regularnie

legalne psychotropowe środki na spanie całodobowe

na wąskim lekko moczem cuchnącym tapczanie

w pokoju bez klamek w nielicznym a doborowym

towarzystwie ślicznych anorektycznych koleżanek

a sen pamiętasz ten sam w kółko nisko nad podmokłymi łąkami

w siarczanożółtym odcieniu lot albo wysoko pod

chmurami jak barokowe dekoracje zmiennymi i nikogo nikogo

nawet skowronka tylko ten powietrza mokrego na skórze

jedwab błękitny i uskrzydlająca obojętność

jak kryształ za takim wniebowzięciem przyznaj

do dzisiaj tęsknisz w zatęchłej norze próżności

swojej chceń ambicji a już najbardziej strachu

i w dźwiękoszczelnej komorze styropianem wysłanej

półprawdy ćmy trzepotaniem że czujesz ten zew

ten śpiew przestrzeni jeszcze zwrócę ci obiecuję

krew

1998

Już taka pamiętasz cała do przodu byłaś zwłaszcza

nosem i biustem konkretnym całkiem przed siebie

no i jeszcze językiem bo go nie zapomniałaś w gębie

- święta racja - bezczelnej już byłaś mocna już swoje umiałaś

powiedzieć nauczycielom że ta ich och frustracja

i że serdecznie ach współczujesz bo to och smutne takie

ojcu że sorry stary jesteś żałosnym pijakiem

a matce że jeszcze raz to zrobisz - oddam bez zawahania

a co do dojrzewania płciowego to już wiedziałaś

jak rozpiąć pasek koledze a koleżance stanik

i czego chcesz gdzie lubisz gdzie boli i żeby ani

nie pokazywać broń boże ani nie uronić ni kropli

i jak chronić to swoje nocne utajone życie

larwalne żywione zadrukowanym papierem i papierosem

podprowadzanym ojcu pijanemu coraz regularniej

już wszystko było pamiętasz jakoś poukładane

plan był konkretny realny jego etapy kolejne

wdrażane konsekwentnie dowód odebrany w nim

wzrost zawyżony lekko wymazane znaki szczególne

i pierwsze głosowanie i alko kupione - legalnie

i tamto zakochanie ponad wszelką

dopuszczalną miarę nieumiarkowane

co wzięło cię razem z butami

nowymi nie nazbyt gustownymi ale na obcasie

podniebnym bo zmienił ci się styl w owym czasie

a cały twój tupet wyparował zostawiając żałosną skorupę

taniego pudru w kolorze niby brzoskwini i rzęsy

topornym sklejone tuszem nie dość wodoodpornym żeby

ukryć przepłakane lub nie godziny doby zachwiane

poczucie celu kierunku nie mówiąc o poczuciu

wartości własnej nieopierzonej ale już zszarganej

tym pilnym czekaniem stawianiem

się gdy trzeba było znikaniem i wielogodzinnym rozpa-

miętywaniem z błędnym oprogramowaniem

więc scenariusze tanie tej samej niezrealizowanej

produkcji amatorskiej choć z ambicjami źle skompresowane

utracone dane nieudane zdjęcie cię

człowieka prawie gotowego już w chuj rozpikselowane

a może nie tracenie ale mutowanie cięcie

podwójne się przecinanie chromosomów nożyc

przyostrzonych przez żeńskie jakieś bóstwo żeby otworzyć

na oścież znowu te błoną zarastające szczeliny

w twoim byciu jak ogrodnik nacina szczepione

rośliny bo jest miłość jest tym co zmienia cię w inny gatunek istnienia

więc dziękuj że się zdarzyła nim doszło do zdrewnienia ja ci to mówię ja

ziemia

2004

I tamtą pamiętasz też miłość którą dużą literą nazwałaś

prawdziwą dla wyróżnienia jakby mało ci było

tego samego słowa a przecież o to chodziło

że nie spalało to światło ale grzało syciło

głębokim utajonym świat żarem jak świeca na choince

której nie było a tylko wśród rozrzuconych

na podłodze wonnych gałązek świerkowych kochanie

się w Wigilię powolne w ciało wstępowanie

tak dobre tak rzeczywiste jak skóra chlebowa

złocista lekko słona ciepła w ustach w dłoniach

w kolejnych ciała odsłonach do dna do miejsca

poczęcia własnego bo inne się nie zdarzyło - i dlaczego

pamiętasz dnia któregoś nie nagle stopniowo popiołu

warstwa za warstwą szarego a wcześniej już jakoś

duszno przyciasno smakował ten chleb watą

wyjałowioną coś więdło się zapadało za to ciało

mówiło prawdę że już nie w siebie wrastanie

ogrodów sobie wzajemnych lecz pocieranie

genitaliów coraz rozpaczliwsze się wpatrywanie w oczy

w poszukiwaniu czego? nowego początku jakiegoś czy

końca równie retorycznego bo przecież to tylko figury

życia nieobecnego obecnego gdzie indziej

z kim innym kiedy indziej ale bolało naprawdę

bolało bardzo za co przecież się kochało

przecież się chciało najlepiej i bardziej

niż ojca matkę i dziadka i siebie samą

jak to się stało że zgasło choć miało być na zawsze

gdzie kiedy kto wie coś powie może co dalej boże

- no to ci powiem jest takie starsze prawo

że gaśnie starsze niż ty starsze

niż bogowie i ja nawet - ja ci to mówię -

ogień

2007

Tamte wakacje pamiętasz z plecakiem słońce w Raku

a potem w Lwie w plecaku bikini czarne spodni dwie

pary i bluza na zmianę dresowa

coś do czytania chyba znów Janion

Maria a w głowie poupychane słowa i ciała

ludzkie w transportach co nie zostaną zbawione

i te wywabione spod podłogi w pasiaste zakutane

chusty z frędzlami piszczące w języku niezrozumiałym

ze Spiegelmana matki mysie babki dziadki praszczurzy

i ich testament spalony i przez nich ogryzane znowu

do kości paznokcie i że się doszło do ściany kredowej

poczucie że góry rozstrzelanych zagazowanych

i tej zgwałconej dziewczyny że płód zdeformowany

i czyichś ust bezzębnych uradowany śmiech podlej-

szy niż samo morderstwo i ten od mamy telefon

zapłakanej wracaj pomóż coś zrób bo mi szpaki jedzą czereśnie

i od ojca już wcześniej żeby szybko że są w lesie maślaki

że ci na maśle przesmaży zanim je przeżrą robaki

ty we śnie te robaki tłuste ruchliwe białe wydłubywałaś

z pleców jeszcze mechatych siostrzyczki małej

też płakała - z tym stałaś na pokładzie

promu na Pathmos nigdy wcześniej takiego blasku

takiego światła w oślepiającym potrzasku niebo z morzem

stopione w upale zwały srebrnego złomu po horyzont

i wyżej a na morzu cięcie po silnikach promu goiło się w oczach

w tej samej rtęci skąpane blizny po samolotach

znikały i czułaś całym ciałem że są ludzie w drodze

nieustającej że wieczne iście się spotykanie mijanie

że jest jedynym trwaniem ten ruch który dano

wam skazanym na życie dożywotnio w czasie

a na tarasie skalnym nad portem stali bogowie

starzy niezmiennie młodzi patrzyli jak nadchodzi

jak przybliża się ku nim razem z twoim promem

to nieuniknione bo obok ciebie tuż na górnym pokładzie

stoi już ten czarniawy ruchliwy chuderlawy

nerwowy człowiek z Tarsu niosący słonecznemu

miastu przezornie schowany za pazuchą nowy

testament pustyni żydowską schizmę chrześcijaństwo

Taka iluminacja z ducha jerozolimska choć to był Dodekanez

na wpół psychotyczna bo wyczerpane wielomiesięcznym

niedosypianiem ciało się zobaczyło naraz jaskinią zaludnianą

cieniami pierzchającymi w nicość pod naporem lśnienia

niby wiekuistego uwierzyłaś że teraz

tu oto że się odmienia los że jasność

już odtąd będzie zawsze albo przynajmniej łatwiej

przepraszam ale ja ci tego nie załatwię nie od tego

tu jestem żeby ci było łatwo

ale cię nie zostawię nigdy przyrzekam ci to

światło

2015

Pamiętasz ten od mamy telefon niezrozumiały

i śmieszny przez to na kilka miesięcy przed zanim

ona sama w szpitalu z tymi w głębi ciała w którym

ty też w swoim czasie rosłaś zmianami niewiadomymi

i zanim cała ta z małym Sebastianem sprawa i zanim

gdzieś w lesie podwarszawskim wykopałaś norę

aż za głęboką na to wychudzone ciałko bez jednej

łapy amputowanej rok wcześniej na ten łaciaty

pyszczek futerko zmatowiałe oczy otwarte

zmętniałe co przez tę chorobę nabrały

ludzkiej powagi i spokoju bardziej niż ludzkiego

godzinami się mogłaś wpatrywać w nie z niemym

kim tak naprawdę jesteś pytaniem i dlaczego

ja dlaczego ty dlaczego mnie wybrałeś a nie

kogoś innego żeby cię trzymać w ramionach kiedy to się stanie

dzieje się wchodzi igła pod skórę drganie jakieś

sztywnieją mięśnie wzrok gaśnie twój szloch

i tego samego dnia wieczorem przyznaj odruch wstrętu

wobec tych - cóż - zwłok lecz przewalczony i po raz ostatni

to tyle razy tulone głaskane przytulić pogłaskać zawinąć

w tę pościel najulubieńszą spraną w rumiane

buźki jeszcze z dzieciństwa ułożyć znaleźć kamień

w poczuciu że to przywilej wdzięczności że jest ci dane

go spełnić - lecz o tym ani słowa mamie dla mamy

kot jest kotem i o czym tutaj dalej a zatem to mamy

pytanie ni z tego ni z owego pamiętasz zadane "czy jesteś w ciąży?

że co? nie a co? a dlatego że mi się śniło że ty na cmentarz

do mnie bo już nie żyłam z synkiem małym chłopcem

w takim ortalionowym wiesz kombinezonie sama miałaś

zielony kiedy byłaś mała nie nie zwariowałam tak tylko pytam

bo ja wiem co ci do głowy strzeli no to mówię tak

na wszelki wypadek i proszę się nie śmiać ze mnie

bezczelnie bo we śnie mi nie dałaś jak zwykle

dojść do słowa to ci powiem teraz że dziecko musi mieć ojca

zrozumiano? wychować ma się z ojcem nie jakieś tam twoje

wynalazki lesbijskie czy inne z wyboru niby

samotne matki bo ty się przecież nigdy

nie umiesz zachować znaleźć jak trzeba poważnie

stosownie do sytuacji" i tak dalej

jak zwykle bardzo zabawnie

chociaż ty w życiu nikomu a już najmniej mamie

o tej po cichu w ukryciu przeżytej żałobie po tym drugim

życiu które ci się nie stało i które się nie stanie

- dziewczynce może Hania a chłopcu na pewno Janek

albo po dziadku Józef - cóż dostałaś zamiast

tego aż za wiele dobrego i co ważne własnego

czasu a dzieci można mieć w każdym wypadku

cudze bo rzecz nie leży w reprodukowaniu

genetycznego kodu niezbyt zresztą obiecującego

mając na uwadze przodków i własne minusy ujemne

bo kto wie z jakiej ciemnej materii jakiej tajemnej oddali

tej misternie jak barokowa kolumna skręconej spirali

de - en - a by wyszło to nowe nienowe i w próchno dnia

w oślizgłe mięso nocy samiutkie zakrwawione

widmo we własnym mroku cień własnego cienia

animula vagula blandula cóż cytować to ty umiesz

do znudzenia zawsze byłaś w tym niezła

wręcz nieprzeciętna ale nie wiem czy się domyślasz

chociaż komu zawdzięczasz tę swoją pamięć

tu nawet i ówdzie znaną a zatem i to że

pamiętasz oraz nie że zapominasz to moja

krecia w tobie robota moje krążenie spadanie

drążenie i znowu wracanie w stanie ciekłym bądź w parze

moje płynięcie wiślane gdy biegniesz po bulwarze

krakowskim czy przez warszawskie krzaki

gdy sikasz w tych krzakach płaczesz albo z wapiennej skałki

czterometrowej gdy na główkę albo w tej przydomowej

rzeczułce czarnej gdy zanurzasz nogi zapiaszczone

albo gdy tamten drugi kontynent ci znika z oczu gdy cię zasysa

w głąb mila po mili oceaniczny pływ dowodząc

praw księżyca i grawitacji siły kiedy śnieg mgła jesienna

i ta szklanka co pusta do połowy i do połowy pełna

i przez kałuże gdy dreszcz źrebięcy to ja zabieram skórze

i stawom bezcenny kolagen sole mineralne

ze mną przeminiesz trudno się mówi i ja ciebie przywrócę

temu co zawsze pierwsze coś zapętlę coś skrócę

zagęszczę odparuję odbiję pomylę może ale

oddam oddam wszystko

do ostatniej kropli

więc dotknij weź do ręki zjedz wypij bądź chodź

po tych ogrodach lustrzanych czasu

utraconego ci niech nie będzie szkoda bo ja

cię nie zapomnę nigdy twoja na zawsze

woda

III. POGŁOS

i jest naturalnieciepło między namichociaż jesteśmy ze śniegu

(ze szwedzkiego poety)

oni osobni osoby ci moi i inni twoi cudzy jacyś dowolni ale konkretni w kolejności przypadkowej być może chronologicznej rodzenia się albo umierania co akurat nie na jedno wychodzi albo i pojawiania się w życiu innym moim jej jego ich albo kogoś innego na przykład tu wstaw własne dane osobowe bo

oni tu są po to po co co zrobią jak zagrają ten odwołany koncert reggae

ku własnej czci i pamięci przede wszystkim tej drugiej

znaki przestankowe wszelkie dozwolone dowolnie

podobno odwołany koncert odwołany ale instrumenty jakby

no tak ja gram dobrze na niczym ja też a ty też a ty

no to możemy dobrze zagrać odwołany koncert w końcu

tyle tych krzeseł głuchych pustych w sam raz dla nas głuchych

no to dobrze zagramy dobrze

nie ja nie ja nie chcę bo bo co ja się tu nie prosiłem nie chciałem żeby tu no ale jak jesteś to już weź przestań nie jestem już nie byłem zostań zostaw mnie czemu co coś się skurczyło popsuło co ta przestrzeń co przestrzeń czegoś ubyło od kiedy znowu i po co co znowu to ciało nie takie nie to

ja chcę żeby co pamiętać naprawdę to masz ktoś pamięta jest nawet koncert chociaż odwołany niedoszły niedosłyszany pomięta partytura pulpit połamany a instrumenty jakby no tak nie bardzo bo instrumenty ze śniegu pamięć też co jest śnieg śniegu krążenie fraktalne w firn zamarzanie rozmarzanie i kontrafakturalne twardnienie pękanie no to muzyka tak dal śniegowa najbardziej nawykła choć w środku koncert zimowy chyba tak jakby to winterreise niby no to ci no to sza musi być cisza taka cicha ta ich nasza pamięć

ale rozumiem co wszystko to a nawet współczuję próżne ale poczciwe naiwne te rekwizyty ich rytuały imaginaria słowniki a brak w tym czego nie wiem może miejsca jakiego dla nas co znaczy dla nas miejsce chcesz nie wiem śnić się nie rzucać hehe cebulą hehe wcielać w te późne wnuki dybuki psy strzygi a może pomniki nie to czego chcesz trwania trwanie to my a my to zdanie jak kamień jak zadanie nie niedo do nierozwiązania

na przykład porozmawiać no można tak rozmowa właśnie nie da się dlaczego nie bo nie możesz jaśniej śnieg jesteśmy ze śniegu śniegowa nasza mowa słowa to krew krew ciało oczy i dech i bezdech i unik i śmiech choćby i gorzki zew jakiś dokądś ku czemuś przecież jest jest tak jest

pismo pisane słowa o tak już bardziej to dla nas w nas ścieżka w śniegu wydeptana spiralna z nami rozmowa szeptana albo bezgłośna całkiem bez bezsensowna i dobrze urwana i znów rozpisana od nowa od nowa od nowa na wieczne odczytywanie in pace ale bez poruszania wargami żeby się rytm żaden nie wykluł o nie trzeba być tu poza czasem

a zimno cóż stan faktyczny brak ciepła też mi definicja względnie bezwzględne zero nie tu nie na na tej tamtej popsutej skali to tam a tu co tu lód się do lodu przytuli bałwan bałwana poślubi na krze urodzi się kra nie ziębi kiedy nie grzeje wiatr wieje ostatni się śmieje kogo lisek przyodzieje ten się dobrze ma

ale zimno co z nim jak to się dzieje że rośnie nie maleje nigdy mniej a zawsze zimniej zimniej nie wiesz tak nie to ruch przecież w bezruch niezmiennie zamiera bo nawet tu nawet w naszym śniegowym stanie skupienia nawet w naszej muzyce bezgłośnej na fali co się do środka załamie

ale to zimno już było było już nim co zanim co zanim się płomień dopalił zapałki zanim ustały te drgnienia ostatnie lub przed przed przedostanie zimno już było czekało cierpliwie niejawnie na dnie co tak atmosfery nie w ostatniej jej warstwie tuż przed czym tym niczym gwiezdnym nie to spojrzeniem ostatnim już ślepym lub pierwszym jeszcze nie całkiem pamiętam ja też coś jakby kryształki lodu powieka oszroniona sopelki na rzęsach jak czyich gdzie konia i jeźdźca i dziecka nie to to nie to ta piosenka niemiecka a lód to lód serca ach serca

a strach został tam gdzie w tamtych tych porzuconych żywych umarłych tkankach włóknach komórkach pustych szufladach może może popiołach też przedmiotach też więc to co jest co zostało czujesz tak tak a ja nie i że tak poza ciałem że jakby cień że cień jakby choć oko wykol że wilgoć jakaś choć na dnie że na tle śniegu śnieg że biel to biel że sibolet szibolet że nigdy że już nigdy nie

a gniew że co że w głębi śniegu że w lodu rdzeniu że czasem to wiesz co nie ja nie te miraże zwidy sny może ach te mnie że dmuchawce mnie że kobiety pierś bo połysk jakiś cieplejszy mleczny a mi że płozy ślad świeży dziecięcy że ten orzeł cośmy go wtedy że papier uległy gładki że lisie łapki że na porcelanie ślad ciepły jeszcze dłoni że pościel zmięta i że dzwoni coś dzwoni że koni rżenie że ten monotonny ruch wycieraczek kiedy nocą dokądś na zimowych oponach powoli z szubertem w tle że firanki poruszenie w letnim półśnie że na obrusie fałdka zmarszczka zakładka koszuli nie koszulki la plie i tak że potem już wiesz wiem ten nasz czyli zimny gniew

a miłość to już było tylko nie to bo co bo stało się całkiem najbardziej

pustym niczym nawet nie brakiem prawda też nie to a jeśli nawet nie śnieg

zatem to co to samo czyste zaprzeczenie nie nie nie znam coś jakby aha la differance la disparition pauza

trwa

chcę pauza

trwa

a wzrok no jest patrzenie nie tak ale widzenie tak nie bez światła jest światło lodowe śniegowe stygnące wstecz w próżnię idące w początek ze śniegu w śnieg ale też ten pamiętasz nie idol z tymi czarnymi coś jakby oczami setnymi ze śniegu serafin nie pamiętam jak to nie z węglanych okruchów tabletek i tamte tak samo ślepe plamki wronie w polu białym śniegowym i sadzy płatki w mroźnym powietrzu zimowym pożarze po i pejzaż upstrzony trupami te ich wiesz czaszki zwęglone w wapiennym dole nie białe z czarnym na błonie światłoczułej czule przeplecione cieniami cienko jakby przyćmione ani zwierciadlane oddanie w krysztale ani idealnie naprzeciw siebie a jeśli lustrzane to czarne lustro w lustrze białym i tak bezmiernie cię widzę i ja cię widzę tak i ja ciebie ja ciebie ja ciebie w swojej mojej nie ślepocie śniegowej

ten wiesz co było o nim już że jak było że idol a bałwan śniegowy z kul też śniegowych tak kul ten kształt no tak ideał wiadomo ale że do wyróżnienia że to możliwe w bezmiarze śniegowym że kula czy kub i odwłok i czub i brzuch i ty już dopowiedz nie ty ja dobrze że bóg że nasz pan śniegowy i wiesz co co mamy swój wreszcie dowód rzeczowy że ma to tak zwane no poczucie humoru i wierzysz wierzę tak nie teraz jakby nawet co bardziej nareszcie co nareszcie wierzę bo tej wierze że jest równa się nie jest nie trzeba więcej niż śniegiem na śniegu wypisane równanie doskonałe tak zero równa się zeru a kolejne zera zawiera ta wiesz pauza

trwa

a imię które czyje moje już nie moje też pierwsze drugie kolejne w pustkę wołanie nieme już bezimienne śnieg mi na imię mi śnieg płatek śniegowy wśród innych ale wiesz niby co że każdy inny z osobna każdy sześcioramienny w kształcie kryształek cóż może co z tego że wiesz wiem pamiętam spadanie rozbicie rozbite naczynie a to tak zwane co życie i tak dalej pamiętasz sklejaniem ach to to ta mitologia są inne inne tak samo ale nie dla nas cóż nam tylko te szeptane ciiii-sza słyszę nie widzę pary obłoczki w powietrzu mroźnym już styczeń znów i w półmroku ciii-sza słyszę po kroku krok skrzyp skrzyp idzie ktoś idzie po cmentarzu po śniegu i nie słyszę patrz nie widać czuć co powietrza strzęp lecz w kształcie imienia ciii imię po imieniu imię po cichu patrz odczytywane z kamienia teraz patrz teraz w powietrzne przestrzenne abstrakcje nietrwałe wiem ale wiesz trwanie

maria jan izabela józef franciszka anna agnieszka magdalena wiera eugeniusz wojciech zuzanna wacław lew maciej helena urszula samuel zofia irena jacek tadeusz konstancja władysław katarzyna róża hiacynt malwina ruta maurycy arkady dariusz ali dawid tatiana małgorzata ewa sulamit hiob

no chodź

jeszcze nie

no chodź

jeszcze nie

już bądź

jeszcze nie

Koniec