Dialog 11/2020 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

8.00 zł
6.64 zł (6,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

MALINA PRZEŚLUGADebil

OSOBY:

- KUBUŚ PUCHATEK / KUBA

- SOWA PRZEMĄDRZAŁA

- PROSIACZEK

- KŁAPOUCHY

- KRÓLIK

- KRZYŚ

- MAMA KANGURZYCA (Mama Kuby)

Rozdział 1

W którym Kubuś i Przyjaciele rozmyślają o Wszystkich, a potem spędzają razem jeszcze Łyżkę Zupy.

KUBUŚ PUCHATEK Przyjaciele, a wy wierzycie, że wszyscy są dobzi? Czy bardziej wierzycie, że wszyscy są dobzi i źli?

SOWA PRZEMĄDRZAŁA To oczywiście zależy od tego, co rozumiesz pod pojęciem wszyscy.

KUBUŚ PUCHATEK Pod pojęciem... rozumiem... że...

SOWA PRZEMĄDRZAŁA Że...

KUBUŚ PUCHATEK Co?

SOWA PRZEMĄDRZAŁA Wszyscy, czyli kto?

KUBUŚ PUCHATEK Sowo, ja się zgubiłem.

PROSIACZEK Ja, ja myślę, że wszyscy są dobzi. Bo niedobrze jest być złym. Chciałbym, żeby tak było. Mniej bym się bał i w ogóle, no wiecie. Zgodzisz się ze mną, Puchatku?

KUBUŚ PUCHATEK Tak, bo jesteś moim przyjacielem.

PROSIACZEK A ty, Kłapouszku, co uważasz?

KŁAPOUCHY To nie ma znaczenia.

KUBUŚ PUCHATEK Ależ ma, kochany Kłapouchy.

KŁAPOUCHY Uważam, że ludzie są z natury źli.

PROSIACZEK Och.

KUBUŚ PUCHATEK Sowo, a czy ludzie to to samo co wszyscy?

SOWA PRZEMĄDRZAŁA Otóż więc, mój Puchatku, wedle mojej wiedzy tak.

PROSIACZEK A w takim razie my? To kto?

KUBUŚ PUCHATEK My jesteśmy ci dobzi.

PROSIACZEK Ach.

KUBUŚ PUCHATEK Muszę już iść.

KŁAPOUCHY Tak ci się tylko wydaje. Niestety.

PROSIACZEK Kubusiu, pobądźmy jeszcze przez chwilkę razem. Na przykład tyle czasu, ile je się talerz zupy.

KUBUŚ PUCHATEK To za dużo.

PROSIACZEK A więc łyżkę.

KUBUŚ PUCHATEK To za mało. Ale zgoda.

Rozdział 2

W którym Kubuś, a tak naprawdę Kuba, jedzie tramwajem na Imieniny.

KUBA Dzień dobry, ja się nazywam Kuba i mam czterdzieści lat skończone. Właśnie wróciłem ze Stumilowego Lasu. Czasami tam wchodzę, gdy mi się nie chce akurat być tutaj, tam jest naprawdę miło, bo są tam moi przyjaciele. Ale ja muszę tutaj wracać, bo tutaj są mój tata i moja mama.

Jestem z obleśnej rodziny. Mój tata od wielu, wielu lat tutaj na policzku takiego ma czarnego czyraka, przekrwione oczy, nos taki spuchły z dziurkami i czarnymi kropkami. A w ogóle moja mama ma cieniutkie włosy jak pajęczyna, że jej prześwituje tak głowa przez włosy i związane ma recepturką. Paznokcie to w ogóle mamy takie zgrubiałe, trochę takie długie, ja i tata zażółcone, mama takie szarobrązowe. Mama i tata przeze mnie tak wyglądają, a ja trochę przez nich, a trochę sam. Jestem ubrany w sweterek bez rękawów, nieduży, wciągnięty na szarą koszulę i w spodnie khaki z kieszeniami, i w zamszowe trzewiki z lumpeksu, pewnie po jakimś starszym panu, co chodził w nich tylko do kościoła, no bo nie są wygodne. Mam fryzurę siedmiolatka, a tu z tyłu łyse. Jesteśmy obleśną rodziną, a ja do tego jestem taki jakby, jakby upośledziony, czy jak się to mówi, raczej w głowie, chociaż krzywo chodzę, to możliwe i w ciele też. To możliwe. Ale nie, raczej chyba w głowie. Krzyczę teraz:

"Mama szykuje kolację! Mama szykuje kolację! Mama szykuje kolację!". Na co tata mi mówi "tak", chociaż mama obok jest tutaj. Jedziemy teraz tramwajem.

Raz usłyszałem, jak jedna młoda pani powiedziała do takiej młodej pani, że jesteśmy obleśną rodziną i zaczełem się nam przyglądać w szybie, bo to w tramwaju było też. I ta pani miała rację. Nie, no naprawdę. Tak jest. No co będę ukrywał, nie? Tak jest, mówię.

Jedziemy chyba do... Nie. Nie do przychodni. To nie wiem. Dokąd my możemy tak jechać tym tramwajem? Może do kościoła? Ale po co byśmy my mieli jechać do kościoła tramwajem, jak kościół jest obok sklepu. No mam rację? To jest możliwe jednak, że jedziemy gdzieś indziej tym tramwajem. Może my jedziemy tym tramwajem do kina, nie, no co ty, żartowałem. Jak do kina. To nie wiem. No bo gdzie my możemy jechać tym tramwajem? Chyba bym tatę zapytał.

"Tata dzie tym tym tym tramwajem?"

Aha, no. Nie pamiętałem. Tata mi powiedział, że my jedziemy do ciotki Staszki. Bo ona ma przecież imieniny! I my jedziemy na imieniny do niej! My jedziemy na imieniny do niej! A ja mam dla ciotki Staszki prezent. No mam, no naprawdę, w tych kieszeniach w spodniach co mam. Wiecie, co jej kupiłem? No więc kupiłem jej czekoladę gorzką z Żabki. Osiem... osiem... osiemdziesiąt pięć procent. W Żabce taką mieli i ja kupiłem, będzie na imieniny, pomyślałem i mówię do tej pani:

"Czekoladę".

I położyłem. A ona do mnie, ile ja mam zapłacić, no to ja wyjąłem mój portfel i jej dałem piniądze w tej Żabce. I jej mówię:

"Dowidzenia".

No bo ja mam już czterdzieści lat skończone.

Mama mi mówi, że ja nie umiem, a ja umiem! Mama tak do taty mówi:

"Ja go samego nie puszczę".

No a tata mówi tak, nie?

"Dorosły facet to jest."

"Taki on dorosły. Na placu zabaw by chciał siedzieć do nocy."

"Bo tam może być bez nas, ty nie rozumiesz, Halina?"

Moja mama ma Halina na imię, no naprawdę.

Ciotka Staszka jest bardzo ładna, chociaż jest stara, ale się maluje. Maluje sobie na niebiesko tak ładnie oczy i na czarno brwi. Mój tata i moja mama ją kochają i ja też, bardzo mocno. Ona mi szuka żony, bo ja mam przecież już czterdzieści lat skończone! Pokazuje mi fotografie w gazecie albo palcem w telewizji pokazuje, jak jest jakaś młoda pani i mnie się pyta, czy chcę taką żonę, a ja się śmieję. Moja mama mówi, że ja na taką babę za dobry jestem. Bo ja jestem dobry. Jak raz ciotka Staszka ze mną szła do... nie pamiętam, to taki chłopak powiedział na mnie debil i ciotka Staszka mu powiedziała, że ma, że ma, no brzydkie słowo mu powiedziała! I mi potem mówi, Kuba, ty nie słuchaj, ty jesteś dobry człowiek, a nie żaden debil. O, mama mówi, że dojeżdżamy. Wysiadamy z tramwaju teraz.

Mama zapala papierosa. A wy wiecie, że moja mama pali papierosy?! Nie no, naprawdę. Wołam teraz:

"Mama szykuje kolację! Mama szykuje kolację!".

Mój tata odpowiada mi "tak" za każdym razem.

Idziemy do ciotki Staszki. Ona mieszka na trzecim piętrze. Po schodach trzeba iść. Ale to nic.

Ale to nie jest taka opowieść tylko o tych imieninach. Wy się nie bójcie, to nie będzie o tych imieninach.

Ja po prostu musiałem od tego zacząć, żeby tym tramwajem tu dojechać, bo tu zaraz się zacznie naprawdę to. Znaczy ja wpadnę na pomysł na tych imieninach. Ale nikomu nie powiem na razie, co to, to nie.

A od tego pomysłu potem się zacznie naprawdę wszystko. Zobaczycie.

O, jest ciotka Staszka.

"Ja mam czekoladę! Ja mam czekoladę! Ja mam czekoladę!"

Wzięła ciotka Staszka czekoladę.

Wchodzimy do pokoju, a tam jak nie stół nakryty, jak nie kwiatki na stole! Jak nie pełno dobrego jedzenia i ciasto, i herbata! A z jedzenia ja wam mówiłem? Ja najbardziej lubię zupę. Wszystkie, a najbardziej to rosół. I pomidorową, ale z ryżem, nie z makaronem, ale z makaronem też lubię. I grochową, i ogórkową, i i kapustową, i fasolową, i kalafiorową, i ziemniakową, i jarzynową, i rosół najbardziej lubię. Ale u ciotki Staszki nie ma zupy.

"Mama szykuje kolację! Mama szykuje kolację!"

Tata mówi, że tak.

Bigos jemy.

Bigos

bigos jemy.

Ale ja nie chcę bigosu.

No nie śmiejcie się, naprawdę.

Tata mówi, że mam jeść.

Ale ja nie lubię bigosu.

Nie będę jadł.

Wrzeszczę, no bo co.

Rozdział 3

W którym Puchatek zjada cały Talerz Zupy, będąc o krok od Czegoś Naprawdę Ważnego.

SOWA PRZEMĄDRZAŁA Czy to prawda, co słyszałam, że wrzeszczałeś, Kubusiu?

PROSIACZEK Sowo Przemądrzała, dobrze wiesz, że Puchatek nie chciał tego bigosu, prawda, Kubusiu?

KUBUŚ PUCHATEK To prawda, Prosiaczku, nie chciałem.

KRÓLIK Na moich imieninach wszyscy krewni i znajomi dostają talerz zupy.

KŁAPOUCHY Jaka szkoda, że ja nie mam imienin... Ktoś musiał mi je zabrać, kiedy rozmyślałem.

PROSIACZEK Ależ, Kłapouszku, masz za to piękne urorurodziurodziny i ja nawet miałem dla ciebie prezent...

KUBUŚ PUCHATEK Czerwony balonik, ale go pękłeś.

KRÓLIK Och!

PROSIACZEK Kubusiu, to było moje zdanie. Zupełnie sam je zacząłem i chciałem zupełnie sam je dokończyć.

KUBUŚ PUCHATEK Tak, ale nie zapominaj, Prosiaczku, w czyjej jesteś opowieści.

KRÓLIK Zjedz trochę zupy, Puchatku.

KUBUŚ PUCHATEK Jesteśmy wszyscy o krok od chwili, w której to wszystko naprawdę się zacznie!

KŁAPOUCHY Mnie bardziej interesuje, jak to wszystko się skończy.

KUBUŚ PUCHATEK A to zależy.

SOWA PRZEMĄDRZAŁA Od czego, Puchatku?

KUBUŚ PUCHATEK Czy będziemy bardziej dobzi, czy bardziej źli.

PROSIACZEK Tak troszeczkę się boję. Tak ciut. O tyle, odtąd dotąd.

KŁAPOUCHY Tobie, Prosiaczku, nic nie grozi.

Rozdział 4

W którym to Wszystko naprawdę się zaczyna.

KUBA Jak już wrzeszczę, to wrzeszczę. Nie, że jakoś tam, ale że tak naprawdę. Odtąd dotąd. Otwierają mi się wtedy w głowie coś mi się otwiera i wypada z całej głowy ten wrzask. Ale on jest straszny. No naprawdę. Nie chcielibyście. To jest takie najgorsze chyba, co ja robię.

I ja wcale tak nie chcę, no tylko że ten bigos. Bo ja dopiero odkryłem wtedy, że mama nie szykuje kolacji, nie szykuje kolacji, na kolację zupy, że mam tylko ten bigos jeść i basta.

Ale to w ogóle nie jest po to, żebyście wy mi współczuli, czy coś, nie? Żeby nie było, no. To w ogóle nie o to chodzi. Ja nie jestem taki głupi, żeby uwierzyć, że zaczniecie mi współczuć, czy coś. O, co to, to nie. Niedoczekanie.

Ale no dobra, przestaję wrzeszczeć, nie, bo się zmęczyłem. No to mama mówi, że jestem niedobry i że Staszce przykro. A ciotka mówi, że gdzie tam i że wcale nie. Luzik arbuzik. Śmieszne: luzik arbuzik. Luzik arbuzik! Luzik arbuzik! I zabiera ode mnie ten bigos i mi daje chleb. Chleb pasuje do zupy, no to go jem, no bo przestałem wrzeszczeć. Ciotka mówi, że już dobrze. I palą papierosy z mamą. Tata włancza telewizor, bo u ciotki jest jego ulubiony program Kiepscy, bo u nas nie ma. Nie, i ja siedzę z chlebem i tak sobie myślę. Co ja chcę. Czasem mam takie myśli, co są trochę większe ode mnie. Wychodzą z tej smoły. Nie umiem ich przez to zobaczyć od początku do końca, bo są za duże i nie widać wszystkiego. Potem jestem zmęczony. Ale ja lubię jak mam duże myśli. Bo one są ciekawe. I wydaje mi się, że takie duże myśli to mają ci ludzie z telewizora i z gazety i z tramwaju i z ulicy, że ciągle je mają, no to jak ja mam, to jestem tak samo jak oni. I mogę robić ciekawe rzeczy. Tylko że ta myśl, co teraz przyszła, jest zła.

Zaczyna się nawet od brzydkiego słowa, które często słyszę na ulicy.

Ja je teraz powiem.

Bo chcę, żebyście tak samo zobaczyli tę myśl jak ja, dobra?

Tylko wiadomo, nie, to będzie brzydkie słowo, trzeba zatkać uszy.

"Kurwa mać."

Tak się zaczyna.

A potem dalej jest, że:

"Czemu nie umiem sobie sam zrobić zupy, jak ja mam czterdzieści lat skończone".

I z tego mi się wymyśla, że jak wrócimy do domu, to zrobię sam zupę i basta.

Luzik arbuzik! Sam zrobię zupę i będę ją jadł, pomidorowa z tym, z ryżem!

"Kuba szykuje zupę, Kuba szykuje zupę!"

Chcę już do domu, ale tata patrzy w telewizor, a mama i ciotka Staszka gadają o mnie.

"Beata z MOPSu."

"Która to?"

"No ta grubsza taka."

"Aaa, no. To co powiedziała?"

"Że w domu kultury są zajęcia z lepienia gliny."

"Z gliny, no to super super!"

"Ale on nie chce sam chodzić."

"No to ja mogę czasem pójść."

"Ty, no może i tak."

"Byś sobie porobiła w domu wszystko."

"Staszka, a co to będzie, jak my już nie damy rady?"

"Daj spokój."

"Gdzie on trafi?"

"Już ty się nie martw."

"Mama dziemy do domu."

Mama mówi, że nie, jeszcze nie.

"Do domu dziemy tata."

Nie chce tata do domu.

Nie chcą iść do domu, no i więc musimy tutaj być u ciotki Staszki. No i z tego mi się dalej taka myśl myśli.

"A ja bym sam poszedł, sam bym poszedł."

Bym zeszedł po schodach sam. Bym kupił bilet i bym pojechał tramwajem i bym wysiadł i bym poszedł kawałek koło tego muru z napisem i bym w domu był. Mówię do taty, że ja idę i idę buty ubrać, a tata mówi, gdzie ty idziesz.

"Do domu."

Mama mówi, jak, sam? I do ciotki, patrz go, będzie sam wracał. I się śmieją. Tata mnie za ramię prowadzi do pokoju i sadza na krześle, mówi, pij herbatę, Kuba, to potrafisz.

Siedzę na tym krześle. Ale nie piję herbaty. Moja myśl myśli się teraz bardziej i mocniej, jest już większa od tego pokoju i cała drży. I znowu najpierw jest

"Kurwa mać!".

Zatkaliście uszy?

No i dalej pełno

"Nie chcę".

Jedno po drugim.

Trochę jeszcze nie wiem, o co mi chodzi.

Ale zaraz będę straszny.

Tyle brakuje, o.

Tylko wam jeszcze powiem, że tak nigdy nie było.

Dzieje się teraz niemożliwe.

To jest tylko w sztuce możliwe.

Coś się kończy.

Pa, pa.

"Pa-pa-pa, pa-pa-pa, to jest właśnie Kiepskich świat, pa-pa-pa, pa-pa-pa, Kiepskich życie, Kiepskich świat."

Wstaję i śpiewam z Kiepskimi.

Tata się śmieje.

Mama i ciotka Staszka się śmieją i też śpiewają, śpiewamy razem.

A wtedy ja biegnę do drzwi i wychodzę.

Schody.

Schody...

Idę po schodach sam

sam

sam

sam

"Idę!"

i wychodzę z klatki i idę ulicą szybko sam, no naprawdę.

Pierwszy raz.

"Gdzie on jest?!"

"Zszedł po schodach?!"

"Spokojnie, znajdzie się."

"Idź tam, a my tam."

"Jezus Maria, jeszcze to..."

"Sam nigdzie nie pójdzie."

Chowam się za śmietnikiem.

Ale mi się śmiać chce no normalnie!

Biegnę i wchodzę do tramwaju.

"Jadę do domu."

Ludzie się patrzą.

"Jadę do domu, jadę do domu."

"Kuba szykuje zupę!"

Czemu się patrzysz?

"Kuba szykuje zupę, Kuba szykuje zupę!"

Jeden stary pan się śmieje ze mnie. A ja z niego.

"Kuba szykuje zupę!"

Nikt mi nie odpowiada "tak", tylko w szybę patrzą, w szybę tak, o. Albo na buty. Brudne mają buty, z błotem, ja to mam czyste trzewiki. Tupię nogami, żeby widzieli. No nie patrzą. Dobra, to nie tupię, co to, to nie, basta. Też patrzę w szybę i prawie nie robię min. Mam czterdzieści lat skończone. Oni w ogóle nie robią, no w ogóle. Jedziemy i ja się uśmiecham do jednej młodej pani, ale ona patrzy do tyłu już. Ładne ma lokowane włosy.

Tramwaj nie jedzie do domu. Tylko jakieś bloki tu są, a nie murek. Nie wiem, gdzie jestem. Tramwaj kończy jechać i pan kierowca do mnie idzie. Mówi, koniec trasy, wysiadamy. No ja nic nie mówię, no bo nie wiem co. A pan gdzie chciał jechać, on mówi.

"Do domu."

Czyli gdzie, on mówi, jakiś adres pan ma?

"Do domu."

Sam tu jesteś?, on mówi.

"Kuba szykuje zupę."

On mówi brzydko i gdzieś dzwoni. Czekaj tu.

Czekam, a co mam robić, nie? Ale jak on wraca, to mówi, że zaraz po mnie przyjedzie ta, opieka społeczna, no to ja na takie coś nie chcę. Wstaję, a on mówi weź siedź. Co on mi tu będzie, jak ja chcę iść. Wstaję znowu, a on mi kładzie rękę na ramieniu i mówi, ty siedź, sam nie możesz iść. Krzyczę "nie!". Bo ja mogę sam. Czemu ja nie mogę sam?

"Nie!"

On mnie chce posadzić na krześle i mnie dotyka za ramiona, nie dotykaj mnie, no.

"Nie!"

On tak, o.

A ja mu na to się rzucam na niego i go bach, ja wiem, że on chce to z dobroci, ale ja nie chcę takiej dobroci, co to, to nie, niedoczekanie.

I ja go bach, bach, bach, aż cały jestem czerwony i wychodzę z tramwaju.

Co to są tu te bloki? Nie wiem. Ale po co ja mam iść do domu, jak ja już nie chcę do domu.

Bolą mnie ręce tutaj palce.

Muszę porozmawiać z Krzysiem.

Rozdział 5

W którym Kubuś wraz z Krzysiem postanawiają zmienić Świat.

KUBUŚ PUCHATEK Dzień dobry, Krzysiu.

KRZYŚ Coś ty najlepszego narobił, Puchatku?

KUBUŚ PUCHATEK Ja chciałem tylko ugotować smaczną zupę. Ale wydaje mi się, że teraz to już wcale nie jest takie ważne. Bo wiesz co, Krzysiu?

KRZYŚ Co takiego, Puchatku?

KUBUŚ PUCHATEK Odeszła mi cała wielka ochota na zupę. Teraz mam nową wielką ochotę. Mianowicie na to, żeby wszystko się zmieniło. Bo wydaje mi się, że ja nie powinienem wracać do tego, co było.

KRZYŚ Ależ, Puchatku, nic się nie zmieni.

KUBUŚ PUCHATEK Mimo to chciałbym spróbować.

KRZYŚ Och, misiu o bardzo małym rozumku...

KUBUŚ PUCHATEK Stworzę całkiem nowy świat, w którym wszyscy będą dobzi.

KRZYŚ To brzmi naprawdę pięknie, Puchatku.

KUBUŚ PUCHATEK Uważam, że to znakomity pomysł. Krzysiu, tylko że ja nie rozumiem, co to znaczy.

KRZYŚ Nie szkodzi. Najpierw dowiedzmy się, od czego chciałbyś zacząć.

Rozdział 6

W którym Kuba poznaje Maćka Andrzejaka i razem zostają Prezydentem i Premierem.

KUBA To ja zaczełem od tego, że zostałem prezydentem. Widziałem go raz kiedyś w telewizorze, jak mówił takie ważne rzeczy. Wszyscy kochają prezydenta i się go słuchają. Poszukałem go i się go zapytałem, czy ja mogę być za niego tym prezydentem.

Na pewno zastanawiacie się, jak ja znalazłem w ogóle go. Pomógł mi w tym Maciek Andrzejak. Poznałem Maćka Andrzejaka, jak stałem na ulicy, to on przyjechał wózkiem i mówi - ty jesteś na to zwiedzanie? A ja mu mówię:

"No".

A on Maciek Andrzejak mówi, że mamy się pospieszyć do autokaru i się mnie pyta, no idziesz? A ja mu mówię:

"No".

I idziemy. Ja się potem dowiedziałem, bo on mi powiedział, że on ma na imię Maciek Andrzejak. A w ogóle czy wy naprawdę nie wiecie, gdzie ten autokar jechał? Ja nie mogę, nie wiedzą! Przecież on jechał do pałacu! No wiecie, tego prawdziwego, prezydent w nim mieszka i żona prezydenta, i dziecko prezydenta. Maciek Andrzejak jechał oglądać ten pałac na wycieczkę z takimi ludźmi, co nie mają nóg. No dobra, mają, ale nie ruszają nimi. Normalnie pełno jechało we wózkach i dwie panie z nimi i ja, no i ta pani się mnie pyta, a kto ja jestem, to ja mówię, Kuba, a ona, aha.

I zwiedzamy, ja razem z Maćkiem Andrzejakiem, bo on jest bardzo fajny. W ogóle to on będzie ze mną pracował, ale o tym potem, co to, to nie. I jest pokój prezydenta. Pani mówi, tutaj pracuje pan prezydent i mówi jak on się nazywa, ale zapomniałem. A ja się pytam, dzie on. Pani mówi, że poszedł. I wiecie co w ogóle? Jak on poszedł, to ja w tym pokoju zostałem i usiadłem na jego fotelu i Maciek Andrzejak ze mną. Pani i ludzie bez nóg pojechali i my czekamy teraz.

Czekamy.

Ja sobie rysuję, bo są takie kartki. Maciek Andrzejak czyta jakąś gazetę bez obrazków. On w ogóle o nic nie pyta, tylko czeka ze mną. On jest bardzo fajny. To ja mu powiem w takim razie.

"Będę, będę prezydentem."

A on się uśmiecha i mówi, to fajnie. I mówi, to ja będę premierem, a ja mówię dobra i się śmiejemy.

O, patrzcie, przychodzi prezydent.

"Kim wy jesteście?"

A my się śmiejemy.

A on, proszę sobie wyjść, iść stąd w ogóle, to jest mój gabinet, tu wy nie możecie być. I bierze telefon i mówi:

"Panie Krystianie, proszę do mnie, mam tu intruzów".

No to ja się wkurzyłem! No ja się wkurzyłem! Niedoczekanie!

"Kuba chce być prezydentem! Kuba chce być prezydentem!"

A on tak, ha ha ha, się śmieje!

No to ja się wkurzyłem! No ja się wkurzyłem! I go bach! A on mówi, za co, a ja mówię, za te wszystkie lata i całe moje życie, że wszyscy mnie mają w dupie, nie no, co wy, tak nie powiedziałem wcale. I go bach.

Pan Krystian wbiega, a Maciek Andrzejak go bach! Fajny ten Maciek Andrzejak.

No i razem tak bach, bach, bach, bach, bach, bach, bach, aż oni się przestają ruszać.

Ja się trochę zacząłem bać. Ale Maciek Andrzejak mówi, żeby się w ogóle nie przejmować, bo to był wypadek. I mówi do mnie, nie płacz. Gdzieś ich wyniósł, bo ja musiałem dokończyć mój rysunek. Narysowałem siebie i Maćka Andrzejaka, jak machamy rękami i jesteśmy prezydentem i premierem. Patrzcie.

Dobra, nie będę wam już opowiadał więcej, ale po prostu tak stałem się prezydentem polskim i wszyscy mają się mnie teraz słuchać, no nie? A Maciek Andrzejak jest premierem, jego też się mają słuchać tak samo.

Ej, ja w ogóle wiem, co wy myślicie, nie?

Że jak to możliwe w ogóle, nie?

A jak z małego kasztana wyrasta wielki dąb, to co? To jest możliwe przecież, nie?

No właśnie!

W ogóle to wy nic nie rozumiecie.

Ja wam opowiadam, wszystko mówię, a wy nic nie rozumiecie!

Patrz, Maciek, jak siedzą.

Oni nic nie rozumieją, Maciek.

Wiesz?

Myślą, że my im bajkę opowiadamy.

Wiesz?

Widzisz?!

Widzisz?!

Widzisz?!

Widzisz?!

Rozdział 7

W którym Kubuś i Krzyś jedzą razem Zupę.

KRZYŚ Uspokój się. Proszę. Straszysz Prosiaczka. Uspokój się, Kubusiu.

KUBUŚ PUCHATEK Oni nie chcą mnie słuchać!

KRZYŚ Nie krzycz, Puchatku. Zjedz zupę.

KUBUŚ PUCHATEK Fasolowa...

KRZYŚ Smacznego.

KUBUŚ PUCHATEK ...bo to nie chodzi o władzę, Krzysiu.

KRZYŚ A o co?

KUBUŚ PUCHATEK O zrozumienie. O bycie... no wiesz. Razem.

KRZYŚ Jak ty i ja.

KUBUŚ PUCHATEK Oni mnie mają za szybą.

KRZYŚ A ty, mój mały misiu, zapragnąłeś tę szybę rozbić?

KUBUŚ PUCHATEK Nie wiem. Może.

KRZYŚ Chcesz ją rozbić głową?

KUBUŚ PUCHATEK Głowę mam za lekką. To musi być coś cięższego. To była naprawdę dobra zupa, Krzysiu.

KRZYŚ Chcesz dokładkę?

KUBUŚ PUCHATEK Poproszę.

KRZYŚ Nie mam więcej. Możesz zjeść tylko jeden talerz zupy dziennie. Ojej, Puchatku, nie umyłeś łapek. Od czego masz takie brudne łapki? Jesteś we krwi. Kubusiu? Kubusiu...

Rozdział 8

W którym Prezydent Kuba wygłasza dwa Orędzia.

KUBA Orędzie pierwsze:

Wy nic nie rozumiecie.

Ale zrozumiecie.

Macie się mnie słuchać.

Ja teraz jestem prezydentem polskim.

Ja teraz mówię wszystko.

I tak ma być wszystko jak mówię.

Koniec.

Najpierw zawołałem do siebie mojego tatę i moją mamę.

I pytam się ich:

A co byście wy chcieli robić? Bo możecie wszystko robić.

A oni, że nie wiedzą.

A ja, jak nie wiecie.

A oni, no nie.

A ja, ale wszystko możecie robić, bo ja jestem prezydentem polskim.

A oni, że nic.

A ja, jak nic?

No to moja mama płacze, a ja mówię, nie płacz. I też płaczę.

Płaczemy.

Kocham cię, mówię jej.

I pytam się, no co chcesz robić, wszystko możesz.

A ona, że spać, a ja, no jak spać? No jak spać?

No to ona, że to może pooglądać filmy.

"Mama chce filmy! Mama chce filmy! Mama chce filmy!"

O, już, patrzcie, można oglądać. Tata z nią.

Mama ogląda te filmy z otwartą buzią. Ona ich w ogóle nie widziała nigdy, to teraz może wszystkie. Tata z nią.

I potem jest napisane "koniec" i moja mama i mój tata chcą spać. Ćśśś! Ćśśś! Nie wolno ich budzić! Oni chcą spać!

A! O nie! O nie! O nie! O nie! O nie!

Zapomniałem o ciotce Staszce!

Maciek Andrzejak, weź zawołaj ciotkę Staszkę!

"O, cześć, ciotko Staszko, a co ty chcesz robić?"

Dobra, możesz. Ciotka Staszka chce mieć trzy razy wyższą rentę. Proszę bardzo, masz. I w ogóle wszyscy, co mają rentę, to teraz mają trzy. I wszyscy, co mają zasiłek, to mają teraz pięć osiem tysiący. Albo pięć dziesięć tysiący!

Co? Maciek Andrzejak mi mówi, że nie ma tyle piniędzy.

Ale ja chcę!

Ja chcę!

Ma być dużo piniędzy dla nas.

I tobie, Maciek Andrzejak, się należy, co ty myślisz, że tobie się nie należy? Tobie się należy, ty nie masz nóg! Ty musisz mieć inny wózek, żeby ci się guzioły na palcach nie robiły od kręcenia, tylko taki, co sam jedzie, ja ci kupię, Maciek Andrzejak. Wszystko kupię wszystkim, ja jestem prezydentem polskim i moja rodzina już nie jest obleśna.

Orędzie drugie:

Moja rodzina nie jest obleśna.

Wszyscy od teraz mają wyglądać jak moja rodzina.

Mieć czyraka na policzku.

Garbić się i mieć cienkie włosy.

Mieć fryzurę siedmiolatka, a z tyłu łyse.

I tak ma być ładnie.

Wszyscy mają być tacy jak my i nie wolno popatrzeć na siebie źle w tramwaju, tylko wszyscy mają być dobzi.

Koniec.

Rozdział 9

W którym Kuba staje się coraz nam bliższy albo na odwrót.

KUBA No.

To teraz tak.

To teraz ja stoję na tym balkonie w tym pałacu i patrzę.

Stoję i patrzę.

A ten balkon jest wysoko i widać z niego wszystko.

Widać, że każdy

Absolutnie każdy z was

to Kuba.

Kuba podpiera się ręką o laskę i czyta spokojnie gazetę.

Kuba patrzy z nienawiścią na kierowcę samochodu, który nie zatrzymał się na pasach.

Kuba leczy rany po zdradzie żony.

Kuba pije wódkę w ciemnym zaułku ozdobionym krzakami.

I widzę matkę.

Matkę Kuby, która wciąga wózek po schodach drogerii.

I widzę ojca.

Ojca Kuby, co czegoś nie chce, ale wie, że musi.

I znowu Kuba lat szesnaście, na kogoś czeka, choć nie umie czekać.

I lat dwadzieścia jeden w krótkiej mini i szpilkach pali papierosa.

Jeden Kuba śpi,

Jeden smaży ryby,

Jeden właśnie w tej chwili morduje psa.

O, jeszcze ten.

Ten śmierdzi piwem. Spocony i smutny.

Oni wszyscy

One wszystkie

To jestem ja.

I te śmiechy na rynku moje.

Ta zimna, niedroga wódka moja.

Te włosy usztywnione wieczorową porą.

Ten niepokój o przyszłość.

Ta potrzeba wyrażenia siebie wierszem.

Bunt i to, co zamiast buntu.

Zapach pościeli przed snem.

Zapach pościeli po seksie.

Przestrzeganie prawa.

Łamanie prawa.

Wszystkie handlowe niedziele, bezpańskie poniedziałki, środy bez charakteru, piątki, piąteczki i piątunie.

I wszystkie plany na wieczór, na weekend, na wakacje.

I wszystkie złamane serca, pożarte czekoladki, załzawione ekrany telefonów.

I wszystkie instagramy, instastory, instakariery pełne waszych, ale już moich podobizn.

Wasze przepuszczone i odpuszczone grzechy.

Wasze poczucia bezpieczeństw i wyrzuty sumień.

I każde słowo zapisane gdziekolwiek ładnym charakterem pisma

To wszystko jest moje,

Bo jestem tylko ja i ja i ja

i tacy jak ja.

A ja jestem dobry.

Tak to jest z waszym współczuciem, że ja zawsze jestem dobry.

Tylko ja będę mówił.

Odebrałem wam głos. Wam wszystkim, tobie Maciek też.

Bo ja wiem wszystko.

Nie wstydźcie się. Nie powiem niczego, co stanowi dla was jakąkolwiek wartość.

Bo ja, proszę państwa, jestem debilem.

A debile nawet jak mówią głosami wielu, to mówią nieprawdę.

Nie wstydźcie się.

Jestem wymyślonym debilem.

Debilem stworzonym na potrzebę chwili.

Świat potrzebuje debili.

I nawet jeżeli zaraz każę zabić wszystkich

Jeżeli zaraz to zrobię

To nic się nie stanie.

PROSIACZEK Kubusiu, lepiej tutaj odpocznijmy.

KUBA Nie.

Rozdział 10

W którym Kuba tworzy Oddział Wiernych Żołnierzy oraz Radę Głuchoniemych, żeby wszędzie zapanowało Dobro, a potem zasypia.

KUBA Tworzę sobie oddział, oddział wiernych żołnierzy. Oni robią wszystko. Jak im mówię tak, to oni tak, jak im mówię nie, to oni nie. Ich wózki wyposażam w różne ostro zakończone artefakty, a ich szefem robię Maćka Andrzejaka, bo on jest bardzo fajny.

Mój oddział teraz stoi i nic nie robi.

Czeka, aż ktoś przestanie być dobry.

Niech ktoś przestanie być dobry.

Niedoczekanie.

Mam też radę głuchoniemych. Pytam ich o wszystko, jak czegoś nie wiem, to się ich pytam. Jak byście wy czegoś nie wiedzieli, to oni wam powiedzą, rada głuchoniemych.

Zresztą pokażę wam, a co mi tam.

Kochana rado głuchoniemych.

A co robimy, jak ktoś przyjdzie chory i będzie kaszlał i nie zakryje buzi ręką, tylko zarazki nam wszystkim wejdą do buzi i będziemy chorzy też?

Aha, no dobra.

A co robimy, jak będą mikołajki, a my nie wyczyścimy butów i położymy się spać?

Aha, no dobra.

A co robimy, jak nam ktoś powie brzydkie słowo?

Aha, no dobra.

A co robimy, jak ktoś nam powie brzydkie słowo tuż po tym, jak się urodzimy i będzie udawał, że nas w ogóle nie ma i nie potrzeba nam rehabilitacji, ani w ogóle nic, nawet sera na chleb?

Aha, no dobra.

A co robimy, jak nas swędzi na plecach i nie możemy sięgnąć?

Aha, no dobra.

No widzicie, nie? Najmądrzejsi ludzie w moim kraju.

Ale co ja widzę?

Ktoś przestaje być dobry?

Tam ktoś ma jakieś problemy, co to, to nie, dawać go tu.

Ty.

O co ci chodzi.

Mów, rozumiesz, mów.

On mówi, że jest niewidomy.

To dobrze, nie? Czyli jesteś dobry.

Niewidomy od urodzenia.

To jesteś super dobry, nic nie ma w tobie złego, wszyscy cię żałują i sobie nie wyobrażają w ogóle.

Ej, a on przeklina.

No nie możesz przeklinać, jesteś taki biedny!

Ale weź nie mów "spierdalajcie".

Zatykam uszy.

Żołnierze do mnie!

Panie generale, baczność, spocznij, pierdnij, odpocznij!

A on nie jest biedaczyskiem w ogóle!

A on mówi "chuj wam w dupę"!

A on ma napisane, że chce godnie żyć!

Czekaj.

Czekaj, panie generale, no.

Daj mi to.

"Chcę żyć godnie."

Łe, to on jest dobry jednak.

To ja już nic nie rozumiem...

Nie wolno przeklinać!

Czekaj, panie generale, nic nie rób.

Prosiaczku!

PROSIACZEK Jestem tutaj... Schowałem się.

KUBA Ja w ogóle nic nie rozumiem.

PROSIACZEK Jesteś misiem o bardzo małym rozumku.

KUBA Nieprawda!!!

PROSIACZEK Puchatku, wróć ze mną do Stumilowego Lasu.

KUBA Rozmawiamy tutaj.

PROSIACZEK Przy panach żołnierzach?

KUBA Tak, przy panach żołnierzach.

PROSIACZEK Oni nie są dobzi. Wracajmy do Lasu. My jesteśmy ci dobzi.

KUBA Kurwa.

PROSIACZEK Puchatku!!!

KUBA Zabrać go.

PROSIACZEK Och! Nie! Puszczajcie! Ojej! Ała, to boli! Kubusiu! Kubusiu!!!

KUBA I co ja z tobą zrobię, niewidomy od urodzenia? Chcesz żyć godnie. Ale straszysz. Nie wzbudzasz za grosz litości. Jesteś nie tylko brzydki, ale stary, pijany i niesympatyczny. Masz długi. Nie zasłaniasz bielma okularami. Nie siedzisz na chodniku z laską i odwróconym kapeluszem, tylko manifestujesz. Krzyczysz. Przeklinasz. Jesteś nienormatywny. Powodujesz niesmak.

Co ja z tobą zrobię...

Co mówisz?

Jeszcze raz...

A kto to jest mi-mi-minister?

Aha, no dobra no, luzik arbuzik.

To będziesz, niewidomy, ministrem infrastruktury, gospodarki, sportu, zdrowia, rodziny, pracy, edukacji, sprawiedliwości, kultury i spraw wewnętrznych. Chcesz? Musisz. Jak masz na imię?

Jurek Klenczoł.

Dobra, Jurek Klenczoł, to powiedz mi, co ja mam robić w ogóle z nimi.

Wymyśl mi jakąś ustawę, żeby było dobrze wszędzie.

Naprawdę? Jesteś pewny?

A to nie boli?

No to dobra!

Usuwamy

wszystko

co jest przeszkodą

czego nie rozumiemy

co nie może być częścią

naszej rzeczywistości.

No to dalej!

Jeszcze!

Jeszcze!

Jeszcze!

O, patrz, patrz, Jurek Klenczoł! Patrz!

Widzisz to?

A oni do nas piszą!

Puszczają liściki samoloty!

Panie pilocie, dziura w samolocie!

Łap to!

Masz, przeczytaj, Jurek Klenczoł.

Aha, no to Maciek Andrzejak.

"Uczmy się razem żyć."

A tu?

"Nie jesteś sam."

A ten co ma?

"Niepełnosprawni? Normalna sprawa."

A tu "Możesz być po naszej stronie." O, tak? Są tacy, co chcą? Łał.

"Liczy się głowa." No, dziękuję.

"Niepełnosprawny. Inny, ale taki sam." Aha, okej. To hasło na pewno pomogło wielu ludziom.

Jurek Klenczoł, przeczytaj ten. Czemu nie chcesz? No przeczytaj!

Dobra, ja przeczytam.

"#takijakja"

Taki jak ja.

Wy naprawdę w to wszystko wierzycie?

Ej, ludzie, ale nie piszcie takich kłamstw. To już lepiej namalujcie okna i drzwi i pilota i flagi polskie na tych samolotach!

Czemu kłamiecie?

Wy naprawdę myślicie, że jesteście tacy jak ja?

Ej, no naprawdę?

Weźcie podumajcie nad tym, dam wam chwilę.

Nie jesteście tacy jak ja. Jesteście inni. Wiecie o tym.

Dobra, oddział żołnierzy, dobra, to ja już wiem, zabić ich!

No tych, co mówią, że są tacy jak ja!

O tak! O tak, tak!

Strzelajcie im w głowy!

Bach, bach, bach, bach!

No.

To teraz na koniec tego pięknego dnia rozkazuję, żeby wszystkie karlice, które chowają się w mieszkaniach i nigdy nie wychodzą, wyszły i zatańczyły piękne tańce.

Wiedziałeś, Maciek Andrzejak, wiedziałeś, Jurek Klenczoł, że ich jest tak dużo?

Tańczcie!

Zabić wszystkich, co patrząc na nas pomyśleli, jakie mają szczęście!

Zabić tych, którzy dają nam pięćset złotych piniędzy na godne życie!

O tak! Super!

Zabić każdego, kto chciał nam pomóc, więc wysłał esemesa!

Zabić architektów projektujących przejścia podziemne, dworce i miejsca użytku publicznego!

Bach! Bach!

Zabić wszystkich, którzy myślą, że mnie przejrzeli!

Zabić aktorów, którzy grali nienormalnych lub kalekich, którzy nas podglądają, żeby dobrze wypaść, Leonardo DiCaprio! Dustin Hoffman! John Malkovich! Bartosz Żukowski! Al Pacino! Dawid Ogrodnik! (i nazwisko aktora grającego Kubę)

Pa-pa-pa, pa-pa-pa!

Zabić wszystkich, którzy o nas piszą, scenariusze, książki, sztuki, reportaże, reklamy, piosenki, bo im się wydaje, że robią coś dla nas!

Zabić wszystkich, bo jestem wściekły!

Zabić wszystkich, bo tutaj mogę!

Bach! Bach! Bach!

Zabić wszystkich!

O tak! O tak! Super!

Dobra, koniec, idę spać.

Rozdział 11

W którym niespodziewanie dla Wszystkich głos zabiera Mama Kangurzyca.

MAMA KANGURZYCA Ja przepraszam najmocniej. Ja wiem, że to jest jego opowieść. On nam wszystkim na razie odebrał głos, ale ja muszę. Przepraszam, ja muszę.

W końcu się wyspałam. Jestem mamą Kuby, Mamą Kangurzycą. Noszę go w kieszeni, odkąd się urodził i to chyba ja go znam najlepiej. Proszę was, nie oceniajcie go za to, co zrobił. On po prostu nigdy do tej pory nie miał szansy być zły. On do tej pory chciał się tylko przytulać, a ciągle dostawał od świata po głowie. Przytulilibyście się do niego? Tak? Od trzydziestu paru lat stoimy w tym samym miejscu. Dlatego tak wyglądamy, bo tkwimy w bezruchu. Najpierw było mnóstwo bliskich. Przyjaciele męża z technikum. Koleżanki z zakładu. Sąsiedzi. Kubuś dostawał pluszowe misie, ja mięso spod lady. Z czasem wokół nas zrobiło się więcej miejsca. Aż w końcu pusto. Ale to po paru ładnych latach. Najpierw to... A zresztą... Ech.

To wszystko nieważne.

Nie wiedziałam, że urodzę niepełnosprawne dziecko. W zakładzie mówili, że będzie piłkarzem, bo tak potrafił w brzuchu kopać, że mnie wpół zginało nad maszyną. Jak go urodziłam, to mu w kółko wszystkie palce liczyłam, czy ma po dziesięć w rękach i nogach, no i zawsze miał. To sobie myślałam - zdrowy. Dużo spał. Sąsiadki chwaliły, że nie słychać. Fakt, że się późno nauczył siedzieć i chodzić, ale myślałam, że taki spokojny jest po nas po prostu, ja i mąż też mamy taką naturę, że wszystko w swoim tempie. Jaki on był piękny! Wszystkie zęby miał zanim jeszcze skończył dwa lata, do każdego się uśmiechał, no nie dało się przejść obojętnie. I te kręcone włosy, mały Einstein o nim mówili przez te włosy... Lubił mi w kuchni pomagać, rysował paluszkiem po rozsypanej mące. Śpiewał sobie piosenki z radia. Boże, jakie to było kochane dziecko! Mój mąż jak nie miał nocki i z nami siedział, lubił mówić, że sobie nas wymyślił, tacy jesteśmy razem szczęśliwi. Na wakacje jeździliśmy pod namiot do Łagowa, Kuba z gołym tyłkiem biegał po lesie. Ja zresztą też... Wszystko szło pięknie do przodu, póki Kubuś nie skończył pięciu lat. Wtedy się zatrzymało. Nie zmądrzał nam już ani o dzień. Próbowaliśmy go jeszcze potem posyłać do szkoły, ale po trzech miesiącach się poddałam. Nauczycielki nie wiedziały, jak to z nim trzeba, dzieci się go bały. Bo jeszcze te ataki padaczki. Koleżanki namawiały, że w domu z nim więcej zrobię, więcej się ze mną nauczy. No i siedzimy już w tym domu trzydzieści pięć lat, uczymy się, A, B, C, D, E, F, G, trzy razy trzy dziewięć, stolicą Polski jest Warszawa.

To wszystko nieważne.

Noszę go w tej kieszeni ze sobą wszędzie. Sam by poszedł - od razu by się zgubił...

Zresztą, no, teraz to się zgubił.

Tak, zrobił coś głupiego.

Ale czego się spodziewaliście? Przecież on jest głupi.

To jest taki dobry człowiek.

On by się tylko przytulał. Czasem sobie wyobrażam, że ma dziewczynę albo żonę. Że nie muszę go nosić w kieszeni, tylko jest z kimś, kto inny go kocha, zasypia z nim. Głaszcze go. Wiecie, mojego syna, odkąd skończył kilka lat, nie pogłaskał nikt poza mną, moim mężem i moją siostrą. Nikt go nie przytulił. Wozimy go na zajęcia, ale on się boi zostawać sam. Czasem chce mi siadać na kolanach. I śmiertelnie boi się schodów. Widział kiedyś, jak mąż się potknął i spadł z trzech czy czterech stopni, skręcił sobie kostkę i zaklął chyba, no i Kuba dostał histerii. Nie wiem, czemu akurat to tak przeżył. Kuba nie chodzi sam po schodach. W ogóle, nigdy. Trzeba go podtrzymywać, uwiesza się i zamyka oczy. Chowam go w kieszeń i jakoś to idzie. Dlatego ja mam takie plecy. Dlatego ja tak stoję. Nie dlatego, że jestem biedna, stara albo głupia. Pewnie mogłabym bardziej zadbać o siebie. Mogłabym raz czy dwa nie zrobić obiadu i pójść do fryzjera. Albo umalować usta, czy, no nie wiem, pomalować paznokcie.

Ja tak robiłam, wiecie państwo? Przez długie lata siedziałam w domu z Kubą, wychodziłam z domu z Kubą, nosiłam Kubę w kieszeni przez cały czas i miałam ułożone włosy, pomalowane paznokcie i usta. I wiecie co? Ludzie się na mnie dziwnie patrzyli. Że matka chorego dziecka, a jak jakaś Alexis. To ja sobie pomyślałam - po co mi to? Czy ja się maluję dla kasjerki w sklepie, pielęgniarki w przychodni, urzędniczki z MOPSu, czy dla kogo? Przecież ja nigdzie nie chodzę. Bo jak, bez Kuby. Jego się nie da zostawić samego.

Myślicie, że jest mi z tego powodu smutno? Że wszystko mnie omija?

E. Mnie jest smutno, że Kubę ominęło życie. Ja rok w rok pierwszego września zasłaniałam wszystkie okna, żeby nie widzieć tych dzieciaków w białych kołnierzykach z tornistrami, co roku starszych, co roku mniej z tego powodu radosnych. Boże, jak ja bym chciała móc kiedyś przyłapać Kubę na paleniu papierochów w piwnicy... Albo że mi dychę z portfela podkrada...

Raz walentynkę dostał, to z radości wyłam. Potem się okazało, że dzieciaki z klatki durny żart zrobiły, ale on nie musiał tego wiedzieć.

To wszystko nieważne.

Mówiłam, że jako niemowlak Kubuś spał dużo? Wiecie państwo, on spał tak dużo na zapas. Bo odkąd skończył pięć lat, nie przespałam ani jednej całej nocy. Budzi się noc w noc z histerią co dwie, trzy godziny, trzeba chować w kieszeń. Nie, przepraszam. Raz się wyspałam. W szpitalu, jak leżałam z przepukliną. Ale to dwie noce, bo potem sobie zdałam sprawę, że ja nie mogę więcej do szpitala trafić, że Kuba beze mnie nie wytrzyma. No i już następne dwie noce w szpitalu przeleżałam, myśląc, czy mąż i Staszka go dobrze do snu utulą, czy tak za mną płacze.

To wszystko nieważne.

Proszę państwa. Ja nie powinnam tutaj tego wszystkiego opowiadać. Nie ma suspensu, jest sentymentalizm. Myślę, że to nudne trochę, że państwo takie historie przecież znają, czytają. Ale mi chodzi o mojego syna, tego konkretnego, tu. Już go odrobinkę znacie. Już was wszystkich uśmiercił. Niech go państwo łatwo nie oceniają. Niech mu państwo wybaczą.

On jest dobry.

On raz dostał szansę, by wszystko zmienić, raz mógł wszystko ponaprawiać. I on to zrobił po swojemu. Ja też myślałam, że to będzie inaczej. Ale on tak długo czekał. On tak długo trwał bez ruchu. I mu się chyba po prostu zwyczajnie znudziło.

To wszystko nieważne.

Ja przepraszam, ale naprawdę musiałam. Ja przez tyle lat nic nie mówiłam. Tylko on, on za mnie wszystko.

Rozdział 12

W którym Kubuś Puchatek opowiada o tym, że nic nie wie i tu się żegnamy.

KRZYŚ Puchatku, zbudź się.

KUBUŚ PUCHATEK Ja nie śpię, Krzysiu.

KRZYŚ To wszystko, co zrobiłeś, Kubusiu. Stumilowy Las płonie.

KUBUŚ PUCHATEK Byłem bardzo zmęczony.

KRZYŚ I w ogóle, używasz ostatnio takich trudnych słów. Wielu nie zrozumiałem.

KUBUŚ PUCHATEK To moja opowieść, kochany Krzysiu.

KRZYŚ Pewnie, jasne... Co zrobiłeś z Prosiaczkiem?

KUBUŚ PUCHATEK Nie wiem.

KRZYŚ Nie uważasz, że to zaszło za daleko?

KUBUŚ PUCHATEK Nie wiem.

To jest ten moment w życiu, Krzysiu, i ten moment w sztuce, kiedy nie wiem.

Jestem zmęczony.

Już nie chcę być żartem, Krzysiu, chcę być powagą.

Chcę przestać być taki wymyślony.

Chcę coś znaczyć.

Czy to jest w ogóle możliwe?

Jak mam to zrobić, Krzysiu?

Co jeszcze mogę zrobić, Krzysiu?

Czy to ma sens, Krzysiu?

Czy ja mam sens, Krzysiu?

Powiedz?

KRZYŚ Nie wiem, Puchatku. Dla mnie jesteś ukochaną przytulanką.

Chodź się przytul.

No. Chodź się przytul.

Misiu o bardzo małym rozumku.

O tak.

Już dobrze.

Mama szykuje kolację. Zjesz ze mną?

KUBUŚ PUCHATEK Zjem.

KRZYŚ A co będzie potem?

KUBUŚ PUCHATEK Kiedy?

KRZYŚ Nazajutrz rano?

KUBUŚ PUCHATEK Nie wiem.

KRZYŚ Czy mógłbyś pomyśleć i kiedyś opowiedzieć mnie i Puchatkowi?

"Gdybyście bardzo tego chcieli..."

"Puchatek bardzo chce", odparł Krzyś, po czym westchnął głęboko, wziął swojego Misia za łapkę i ciągnąc go za sobą poszedł w stronę drzwi. Na odchodnym obrócił się i powiedział:

"Ciekaw jestem, co się jutro wydarzy ciekawego".

Po chwili usłyszałem, jak Kubuś Puchatek - tuk-tuk-tuk-tuk - włazi za nim po schodach.1

KONIEC

Motyl na pętli- JACEK SIERADZKI -

1.

Dziób w dziób Maliny Prześlugi1 to parafraza przygodowej fabuły o młodzieżowych bandach trzęsących dzielnicą, przetransponowanej w świat miejskiej fauny. Rządzą gołębie - a przynajmniej tak się wzajemnie nakręcają, pusząc skrzydełka, pogardzając słabszymi (wróble), ale i trzęsąc piórkami przed wyższą półką podwórkowych graczy (koty). Do bandy zgłasza się wróbel po rodzinno-grupowych przejściach. Odtrącony przez swoich zrobi wszystko, aby wkupić się w szeregi odwiecznych przeciwników - żeby tylko nie zostać sam. A ci wysyłają go, mniejsza z jakiego powodu, prosto w miękkie łapki najgroźniejszego killera na dzielnicy - kota. Zdeterminowany wróbel w imię honoru podejmuje się straceńczej misji.

Parafraza ma głównie komediowy charakter - przekładanie sytuacji i podwórkowego slangu na ptasią leksykę i realia jest brawurowym popisem pisarskiej inwencji. Ale też broni się po prostu jako opowieść dla młodzieży, bo do niej jest głównie adresowana. I więcej: sięga po wzory z jeszcze wyższej półki. Misja, o której mowa, ma w rozegraniu głównego starcia tony, bez przesady, Hrabalowskie. Nasz wróbel, powiedziałoby się nieopierzony (choć to akurat ornitologicznie nie pasuje), młodziutki, kanciasty, chłopakowato zakompleksiony staje przed leniwie przeciągającą się (koci grzbiet), rozkoszującą się urodą i władzą boginią podwórka, która przybysza może z miejsca zjeść, i to w każdym sensie słowa. Rusza nierówny pojedynek. Wróbel, rozpalony walką, ale i zdobywczym czarem przeciwniczki, świadom jej przewag a swoich słabości, stawia na spontaniczność, ignoruje dotkliwe przytyki na temat swoich felerów i rozpaczliwie usiłuje ściągnąć starcie z płaszczyzny nierównego flirtu na rzeczowe stosunki kumpelskie. "Przemek jestem", przedstawia się damie niezgrabnie i beznadziejnie. Kocica prycha lekceważąco, długo tarmosi (słownie) niezręcznego kawalera, ale w końcu ulega - może jego szczeremu i niewinnemu przejęciu, a z pewnością też obecnej pod słowami fascynacji, miło łechtającej żeńskie ego. Zgodziwszy się na wszystko, z czym przyszedł, rzuca mu na odchodnym, bez zbędnych objaśnień, cicho zamruczane: "Dolores. I nie pokazuj mi się na oczy".

MALINA PRZEŚLUGA DZIÓB W DZIÓB, TEATR LALKI TĘCZA, SŁUPSK, 2016, REŻ. MACIEJ GIERŁOWSKI. FOT. MAGDA TRAMER.

MALINA PRZEŚLUGA DZIÓB W DZIÓB, TEATR BAJ POMORSKI, TORUŃ, 2013, REŻ. ZBIGNIEW LISOWSKI. FOT. PIOTR FRĄCKIEWICZ.

Widziałem parokrotnie Dziób w dziób, i w wersji lalkowej, i w żywym planie. Za każdym razem miałem wrażenie, że aktorka bądź animatorka uśmiecha się wewnętrznie przed zagraniem tej scenki, w której, mając do dyspozycji półtora zdania, musi zejść z wyniosłości, bynajmniej z niej nie schodząc, a tonem i grą emocji odwrócić literalny sens wypowiadanych słów o sto osiemdziesiąt stopni. Z reguły po chwili uśmiechali się też widzowie. Choć dalece nie wszyscy.

Czy zostaliśmy już w zupełnej mniejszości - my, którzy mamy ochotę wyławiać sobie z teatru takie frajdy? Opisuję tu świetną puentę świetnej sceny, a z tyłu głowy brzęczy mi ostrzegawczy dzwonek, że zwrotnie dostanę w najlepszym razie wzruszenie ramion. I prychnięcia. Czym się zachwycasz, błyskotką? Klasycznym numerem na zejście, sto lat temu powiedziałoby się: na szmerek i brawko? Po prostu materiałem na popis dla dwójki aktorów? No więc tak, chwalę fachowo skonstruowaną scenę, mającą działać na kilku planach znaczeniowych i skojarzeniowych, przewrotną, pomysłową i komunikacyjnie skuteczną. Bo mi tego na co dzień brak. Teatr nauczył się wyniosłej pogardy dla konwencji, "gatunkowych" chwytów, precyzyjnie wyliczanych efektów, uznał je za staroświeckie, sztuczne czy - dyżurna obelga - mieszczańskie. Ale i oduczył się z rozpędu takich składowych sztuki scenicznej jak prowadzenie i nawarstwianie się dialogu, interakcje między postaciami, mnożenie znaczeń słów i zdań. Trzy czwarte widowisk najnowszego, najambitniejszego teatru to dziś zbitki monologów sunących nie do partnerów, tylko prosto na drugą stronę rampy. To nieskomplikowane proklamacje, zwykle głęboko słuszne, ale rzadko po staremu podkręcone suspensem, przewrotką, niespodzianką, piętrową budową sytuacji i samych postaci. A z drugiej strony dramaturgia użytkowa, wszystkie te współcześnie tworzone komedie albo obyczajówki też nie widzą powodu, żeby zadawać sobie trud dźwigania się z parteru na jakieś wyższe kondygnacje. Biorą schematy prymitywnych fars bądź kabaretowych skeczy, intencje i charaktery bohaterów wykładają na łopacie, topornie, przewidywalnie i infantylnie. Za co bywają wychwalane pod niebiosa na konkursach, festiwalach i w recenzjach, czemu nie ma się co dziwić, skoro nie ma punktów odniesienia. Skoro prawie nie gra się klasyki, własnej, ale i światowej, która niekoniecznie pozwoliłaby czytać się na płask. Skoro nie wchodzą na afisz teksty współczesne, i rodzime, i tłumaczone - choćby wiele sztuk u nas drukowanych, w których z reguły tkwi jakieś konstrukcyjne, konwencyjne, piętrowe wyzwanie; trzeba by je w pocie czoła rozwiązywać, przekładać na język inscenizacji...

Skoro więc tak, to takich najprostszych, najzwyklejszych przebłysków teatralnej radości - płynących z zaskoczenia, z dowcipnego zwrotu opowieści, z wielostronnego rysunku postaci, z inteligentnego uśmiechu - przychodzi szukać w napisanej na lalki młodzieżowej przygodówce. Pewnie dlatego, że i autorce to komplikowanie sobie roboty sprawiło, wolno sądzić, dużo uciechy. Najzupełniej bezinteresownej.

2.

Pięć lat temu odrzuciliśmy w redakcji Garnitur prezydenta Maliny Prześlugi, sztukę, która wygrała (ex aequo z dramatem Bogusława Kierca) konkurs dramaturgiczny "Strefy kontaktu" ogłoszony przez Wrocławski Teatr Współczesny. Chwilę wcześniej publikowaliśmy bez wahania inny jej dramat dla dorosłych, Pustostan2. Nowa sztuka zdała się nam wtedy zwyczajnie przefajnowana, niczym worek niesłychanie efektownych pomysłów, które w swej ekspansji duszą się nawzajem. Czego tam nie było! W zwariowanym wirze zderzały się pogłosy i powidoki naszej codzienności. Jakieś newsy, jakieś hasła, jakieś banały, jakieś echa dawnych lektur, pieśni, modlitw, litanii, obsesji. Ktoś narobił na garnitur prezydenta, czego skutkiem głowa państwa rozdwoiła się na garnitur i prezydenta właściwego, pardon, niewłaściwego, bo czymże on w ogóle jest poza garniturem? Komuś śni się zamach, zamach, zamach, zamach, zamach, zamach, zamach. Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki budzą się na pomnikach z imperatywem stworzenia opowieści o kimś dzisiejszym, ale nie mają o kim i nie mają jak. Płacze pani Słowikowa w gniazdku na akacji, bo pan Słowik gdzieś poleciał, może to on z niebieskich wyżyn zaatakował dygnitarza niewczesną defekacją, a może po prostu zatrzasnął się w toi toiu? Najzwyklejsza Anna Kowalska, podobna do wszystkich Ann Kowalskich w ojczyźnie, płynie tabloidowym słowotokiem, że do kotleta trzeba więcej mąki, a prezydent ponoć wraca do siebie po zamachu, zamachu, zamachu, a mąż jednej takiej pojechał w delegację i ma z tą Delegacją dziecko, które zresztą urodziło się w chwili, gdy ktoś obfajdał garnitur. Rzekę obsesyjnych głupot podtrzymuje Ptasie Radio, które jak u Tuwima zwykłe słowa rozwija w słowicze trele, fioritury i koloratury, najpierw trzymające się tonu znanego, natrętnego politycznie Radia, a potem stopniowo coraz bardziej oderwane od sensów, rozpadające się na poszczególne sylaby, zgłoski, melodyjki. Na końcu dramatu tańczą oddzielne litery rozsypując się po całych stronach, cząstki wyrazów łączą się w abstrakcyjne zbitki, słowa puchną nagle wersalikami, każą sobie zmieniać czcionkę, albo na inne całkowicie już anarchiczne sposoby urywają się spod pisarskiej kontroli.

MALINA PRZEŚLUGA GARNITUR PREZYDENTA, WROCŁAWSKI TEATR WSPÓŁCZESNY, 2016, REŻ. CEZARY IBER. FOT. TOMASZ AUGUSTYN.

Zdało się nam wtedy, że tej metaforyczno-groteskowej kaskady nie da się okiełznać. Pisałem do autorki, że jesteśmy może niesprawiedliwi; sztuka miała wejść na scenę, życzyłem jej powodzenia, nawet jeśli trzeba będzie potem wejść pod stół i odszczekiwać tę decyzję. Garnitur prezydenta w istocie wszedł do repertuaru i odniósł sukces przynajmniej w tym wymiarze, że został wystawiony dwukrotnie, we Wrocławiu i w Zabrzu. Proszę się nie śmiać: wobec panującej w polskim teatrze prapremierozy (takie schorzenie: sztukę raz wystawioną uznaje się za trefną i bardzo rzadko ktoś do niej wraca) powtórna realizacja sama w sobie jest osiągnięciem. Pod względem artystycznym obie inscenizacje nie broniły się niestety zbyt owocnie. Niemniej biorę się po latach za odszczekiwanie, mając poczucie, że pewien typ perspektywy autorskiej wpisany w Garnitur przegapiliśmy, a warto było go pokazać, nawet przy wątpliwościach. Zaś prapremierowe wystawienie ładnie ową oryginalną perspektywę - a rebours, poprzez zaniechanie - uwypukliło.

Na scenie Wrocławskiego Teatru Współczesnego scenograf Michał Araszkiewicz postawił półkole toi toiów pięknie połyskujących niebieską barwą3, a reżyser Cezary Iber każdy z nich zasiedlił jedną z osób dramatu. Kolejne postacie wyłaniały się z błękitnej głębi niczym z mansjonów w średniowiecznym teatrze i wykonywały swoją etiudę. Inspiracją był jeden z epizodów sztuki: pewien obywatel ruszył rano do pracy, po drodze mu się zachciało, wszedł do przybytku, gdzie urwał mu się czas, a gdy wyszedł, nie było już nic, świat właśnie zaliczył trzecią wojnę i rozleciało się wszystko, z człowiekiem i jego językiem na czele.

Tylko że skonstruowana w teatrze wizja scenograficzna, sama w sobie efektowna i uwodząca, stoi, gdy na rzecz spojrzeć logicznie, dokładnie na przeciwległym biegunie w stosunku do zamysłu autorki. Albowiem Malina Prześluga nie napisała, że każdy ma swego toi toia, z którego bezpiecznie komunikuje się z otoczeniem. Napisała, że siadłszy na sedesie, na chwilę w końcu niedługą, można bezpowrotnie przegapić koniec świata i że w tej perspektywie wymiar człowieka wraz z jego toi toiem zdaje się niepokojąco znikomy. Garnitur prezydenta był szaloną, nerwową wizją wszechogarniającej entropii, do której uruchomienia starcza groteskowe głupstwo, a ona, raz wystartowana, gna ku nicości ruchem jednostajnie przyśpieszonym, niby spadający z nieba kamień albo skoczek, któremu nie otworzył się spadochron. O mocy tej imaginacji stanowiła władowana w scenariusz wściekła dynamika, niepowstrzymany pęd, przeraźliwe poczucie nieodwracalności procesu i całkowite obezwładnienie uczestników. Czemu to miało służyć? Świadectwu panicznego lęku co do galaretowatej marnizny naszej egzystencji, którą anihilować może w każdej chwili byle łajno na czyjejś marynarce? Takiego wilka złego boimy się w sennych koszmarach? "Gąski, gąski, do domu" - ten refren otwiera i zamyka sztukę.

To częsty zabieg w "dorosłej" dramaturgii Maliny Prześlugi. Najpierw jest metaforyczny nie tyle temat, ile tryb, klucz do lektury, wprowadzony metaforą bądź nieoczekiwanym cytatem. Mogą to być gąski i ich panika, może być KubusiowoPuchatkowe pytanie, czy wszyscy na świecie są "dobzi", czy raczej dobzi i źli, postawione w publikowanym na sąsiednich stronach Debilu. A potem rusza akcja, w której cały świat, całe uniwersum, na jakie patrzymy, podlega bardziej lub mniej gwałtownym przekształceniom, przenicowuje się, przepoczwarza en bloc. W Garniturze prezydenta motorem tej metamorfozy jest entropia. W dramacie Wszystko jest dobrze, jesteśmy szczęśliwi4 - nagła wojna, niepojęta i nierozumna, druzgocząca wszystko niczym walec zwolniony z hamulca. Moment zwrotny następuje gdzieś w połowie sztuki, przedtem egzystencja bohaterów była zwykła, przaśna i bezrefleksyjna, zarysowana bez żadnych przewrotek. Po eksplozji pierwszej bomby nie pozostaje z tego nic. Co więcej, racji bytu nie mają żadne próby uruchomienia klisz, modeli zachowań czy to znanych z historii, czy z popkulturowego imaginarium, które choćby porządkowały to, co jest, pozwalały wytrąconym ze swego porządku ludziom w elementarnym stopniu się odnaleźć. Jest tylko chaos, beznadzieja i ból; autorka zdaje się nie znać litości nad portretowanym światem. Nad widzami tym bardziej.

Dopiszmy do tego wspomniany Pustostan5, gdzie niespodzianka objawia się dopiero na końcu, ale dyskretne sygnały dadzą się zauważyć wcześniej. Mamy wigilię w jakiejś rodzince, normalnej: tata, mama, syn, córka, pies i babcia. Dialogi przy stole idą sztywno, coraz sztywniej, wykrzywiają się w groteskę, akcja się rwie, dziurawi, wypucza, chociaż obznajomiony ze sztuką współczesną widz cały czas może myśleć, że to taka sobie satyra na brak międzypokoleniowego kontaktu. Dopiero ostatnia scena jednoznacznie wywraca sytuację na nice. Nie ma żadnej rodziny, była tylko projekcją. Jest samotna babcia, która zaraz po Nowym Roku pójdzie do domu starców, a druga obok niej osoba realna, która dotychczas pełniła rolę niespodziewanego wigilijnego gościa, to przedsiębiorca właśnie zabierający się do stawiania jej życia w stan likwidacji. Wszystkie sytuacje nakreślone przed chwilą tak wyraziście, żeby widz zachował je przynajmniej ogólnie w pamięci, znaczą teraz zupełnie co innego, słowa i zachowania generalnie zmieniają sens. Wszystko, co się zdarzyło, powinno objawić się w innym świetle, w innym planie, w innym kontekście, powinno być tym samym, a przecież radykalnie czymś innym.

Dopiszmy jeszcze Debila, którego Puchatkowa perspektywa tudzież pytanie o potencjalną niepoczciwość ludzi nieszczęśliwych i godnych współczucia pozwalają czytać ten nagrodzony Gdyńską Nagrodą Dramaturgiczną utwór w dużo szerszej perspektywie, niż tylko jako wyraz niespokojnego sumienia wobec dotkniętych niepełnosprawnością - mimo że jedynie o tym aspekcie mówi autorka w publikowanej obok rozmowie z Justyną Jaworską.

MALINA PRZEŚLUGA PUSTOSTAN, TEATR WSPÓŁCZESNY, SZCZECIN, 2017, REŻ. PAWEŁ PASZTA. FOT. PIOTR NYKOWSKI.

Sztuki dla dorosłych Maliny Prześlugi są, inaczej: powinny być natarczywym wyzwaniem dla teatrów szukających materiału do efektownej, widowiskowej i niegłupiej rozmowy z widownią. Bo mówią o tym, że świat nie jest tym, czym się wydaje, a jeśli nawet jest, to z chwili na chwilę może przestać, i to boleśnie. Bo rysują prawdziwie dramatyczne, całościowe wizje i dają szansę teatrowi, by te wizje mocno i przejmująco uruchomił. Autorka jest profesjonalistką, rozumie zasady rządzące teatrem, umie - to już się rzekło - tworzyć sytuacje, puentować sceny, dawać aktorom surowiec do tworzenia ról. Ale i żąda, by wyobraźnia, inwencja artystów sceny pracowała na rzecz jej tekstów, podbijała, ucieleśniała wpisane w nie mechanizmy. Żeby gwałtowne zwroty nie akcji, ale generalnej organizacji świata, wszystkie metamorfozy i przenicowania znajdowały swój wyraz w samym życiu widowiska i jego strukturze, w scenerii dynamicznej, zmiennej, aktywnej, w rytmie, w odwracających się konwencjach gry, w precyzji aktorskich zadań. Powiesz, Czytelniku, że to abecadło dramatopisarstwa? No, nie całkiem: niewiele jest (choć trochę się znajdzie) na naszym rynku dramaturgicznym takich połączeń fachowości i doświadczenia w pisaniu scenariuszy z rozmachem i nieokiełznaniem wyobraźni. Powiesz, że to, co wypisuję, jest oczywistym zestawem powinności teatru wobec dramatu? Oj, nie kpij tak boleśnie.

Bo, owszem, Malina Prześluga nie ma co narzekać: jej teksty, choć nie wszystkie i niekoniecznie te najtrudniejsze, trafiają na sceny. Ale przecież ile razy premiery przygotowywane tanim sumptem są w gruncie rzeczy trochę szlachetniejszą wersją tak zwanego performatywnego czytania. Zrobioną dla honoru domu, gdzieś na malutkiej scenie wygospodarowanej z zaplecza, gdzie o najskromniejszych efektach inscenizacyjnych nie może być mowy, nawet gdyby się komuś zamarzyły. Z reguły jednak takie rojenia nikomu do głowy nie przychodzą, i to nie z przyczyn technicznych. Sztuki biorą na warsztat niedoświadczeni reżyserzy, często bardzo przyzwoicie lojalni wobec tekstu, aliści gremialnie i nieomal odruchowo ściągający rozpędzoną imaginację autorki do wymiarów jakiejś jednej, stabilnej, statycznej sytuacji czy uogólniającej metafory, bezpiecznej i - jak im się fałszywie zdaje - porządkującej opowieść. Jeszcze dobrze, gdy owo porządkowanie poprzez redukcję ma tak nietuzinkowy kształt, jak owo półkole błękitnych toi toiów we wrocławskiej realizacji Garnituru prezydenta: można wytykać nietrafność interpretacji, nie sposób nie docenić mocy obrazka. Gorzej, gdy w realizacji tekstu o apokaliptycznym napięciu zespół aktorów siada grzecznym rządkiem w pomieszczeniu wielkości pakamery na krzesłach naprzeciw widowni, a reżyser czy reżyserka nie potrafi nawet przeprowadzić przez scenę informacji, jaki jest status poszczególnych osób, bynajmniej w tekście nie jednoznaczny (bo jedna z nich jest na przykład kamieniem, nie człowiekiem).

To nie jest tylko kłopot z budową piętrowych sytuacji i dialogów, przed którym przyszło uciekać w świat przewrotnej bajki o wróblu i kocicy. To rzecz głębsza, atrofia jednego z podstawowych imperatywów w historii sceny, stanowiącego, że teatr winien użyć wszystkich instrumentów, jakie ma, żeby uruchomić, wypełnić, wzbogacić wizję pisarza - skoro już uznał ją za godną wzięcia na warsztat. I nie mówię tu o oklepanym dylemacie wierność-niewierność autorowi. Tego rodzaju wysiłek teatru służy przecież niekiedy do poprawienia, uporządkowania scenariusza, w czym nie ma nic złego, jeśli punktem wyjścia jest lojalność. I chęć. Tymczasem brak tej chęci nie jest już w tej chwili nawet sprawą indywidualnego wyboru władców sceny, czyli reżyserów. Jest niespisanym, ale obowiązującym paradygmatem. Bo przecież powstają liczne widowiska, gdzie uruchomione szczodrze liczne środki inscenizacyjne, przestrzeń, światło, muzyka, prowadzenie ról zestrzelone są w jeden cel: aby podnieść, zdynamizować, wyostrzyć wizję wpisaną w scenariusz. Tyle że to musi być albo autorski scenariusz reżysera, albo zrealizowana przez niego lub zamówiona adaptacja, albo dzieło ściśle z nim współpracującego dramaturga. Tekst przyniesiony z zewnątrz takiej szansy praktycznie nie ma. Walka z tym stanem rzeczy zakrawa na donkiszoterię. Ale może należy nie odpuszczać wiatrakom, gdy się chce bronić elementarnych szans na przyzwoite zaistnienie sceniczne tekstów takich, jak tu relacjonowane (a jeszcze parę innych tej autorki i innych autorów można by dodać). Te dzieła są oczywiście w wielu punktach ryzykowne, nie muszą się udać tak, jak by się chciało, ale zasługują przynajmniej na to, by je przepuścić przez scenę z pełnymi szykanami, z całą dostępną maszynerią - techniczną tudzież artystyczną! - no i z rzeczywistą wiarą, że coś ważnego z tego się zrodzi.

Powinienem dodać, że jako stary słoń pamiętam czasy, kiedy uznani reżyserzy brali do realizacji "niesprawdzone" teksty, często młodych autorów, i pracowali na ich rzecz, fundamentalnie pomagali im, angażując własne doświadczenie i autorytet. Ale dam spokój, bo limit narzekań pod hasłem "kiedyś, panie, wszystko było w porządku, komu to przeszkadzało", został w tym szkicu przekroczony już grubo za mocno.

MALINA PRZEŚLUGA BLEE..., TEATR MASKA, RZESZÓW, 2011, REŻ. LAURA SŁABIŃSKA. FOT. RYSZARD KOCAJ.

3.

Na początku sztuki Bleee... mamy sąd motyli. Paź Królowej tak ostentacyjnie powątpiewał w samo istnienie niepojawiającej się od dawna publicznie Królowej, że uznane to zostało za działanie aspołeczne i dostał wyrok za niedowiarstwo: skazano go mianowicie "na pętlę". Na szubienicę? Skądże: na zamieszkanie we wraku autobusu numer 64 na pętli przy ulicy Kaczej, służącym jako motyli poprawczak. Kiedyś przeglądałem plan Poznania i kompletnie przypadkowo odkryłem, że autobus 64 naprawdę dojeżdża na Kaczą i ma tam pętlę. Obiecałem sobie wtedy, że pojadę i zobaczę, czy rzeczywiście stoi tam opisany wrak. Po co? Nie wiem, może po prostu pociągała mnie i rajcowała fantazja bajkopisarki, łączącej w jednym tekście tak szaleńczo odległe bieguny, jak opowieść o ośrodku resocjalizacji dla motyli, pająka z pourywanymi nóżkami tudzież braci karaluchów noszących amanckie imiona Antonio i Banderas z jednej strony, ze ścisłym do szaleństwa - ale cóż właściwie znaczącym? - konkretem topograficznym z drugiej.

Wracamy do bezinteresownych przyjemności, o których była mowa na początku tego szkicu przy okazji sceny, hm, gangstersko-flirciarskiej z bajki Dziób w dziób. W twórczości dla teatrów lalkowych, czyli w swoim podstawowym obszarze działalności Malina Prześluga takich frajd nie skąpi. Nie boi się nawet nieco łobuzerskiej dezynwoltury - choćby gdy w bajce Smoki wprowadza do akcji parę wziętą prosto z Cervantesa, tylko że Sancho Pansa jest sympatycznym prosiakiem, a pełen patosu Don Kichot przedstawia się wszystkim jako Człowiek Karol. Tak autorkę zirytowała seria pompatycznych filmów o Karolu, który został papieżem, ale pozostał człowiekiem? Miła zemsta, w ogóle na scenie nieobjaśniana, ale dyskretna, mało przez kogo pewnie zauważona.

Dzieła Prześlugi dla małych widzów nie mają tak wymyślnych i totalnych konstrukcji, jak jej sztuki dla dorosłych; to są często po prostu klasyczne "bajki drogi": bohaterowie gdzieś wędrują, spotykają różne osoby, czegoś się uczą i o innych, i o sobie. Dopiero na ten schemat nakładane są te najwymyślniejsze historie i ich bohaterowie, a na nie z kolei zadania nadprogramowe, służące własnej zabawie. Mała draka o zwierzakach to ekologiczna przypowieść o ginących gatunkach fauny napisana Brzechwą parafrazowanym leciutko i niesłychanie pomysłowo. Dzieciom się tego dobrze słucha a rodzicom i dziadkom dźwięczą w uszach rymy dzieciństwa. Chodź na słówko to olśniewający kabarecik lingwistyczny, który stał się sztandarowym widowiskiem Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu; miał już dwa sequele. Lalkarzom z poznańskiego Teatru Animacji ich dramaturżka napisała wspaniale leczący rutynę wieczór piosenek La la lalki, gdzie na przykład lalka-gwiazda teatralna urządza sobie casting na swoich animatorów z całym okrucieństwem takich selekcji, a stary amant niczym Jacques Brel śpiewa song Nie wychodźcie stąd, błagając publiczność, żeby pozwoliła mu grać dalej, choć obsługa sceny już pakuje lalkową partnerkę do chłodnego pokrowca. A czy w dobie wyczulenia na molestowanie nie narobię kłopotu autorce, cytując song jej jawajki: "Ktoś pode mną stoi... Bardzo się go boję... Coś we mnie majstruje... W środku palce czuję... Gmera pod sukienką... Strasznie zimną ręką"? Lepiej będzie na wszelki wypadek dodać lustrzany song marionetki: "Ktoś nade mną stoi... Bardzo się go boję... Przywiązał mi sznurek... Ciągnie rękę w górę... Każe mi robić tak... I odwiesza na hak". I mocno podkreślić, że w tym śpiewanym programie jest tyleż wygłupu, ile smutku, melancholii, goryczy. Które to nuty można usłyszeć w wielu tekstach Maliny Prześlugi, także tych najbardziej beztroskich.

MALINA PRZEŚLUGA LA LA LALKI, TEATR ANIMACJI, POZNAŃ, 2018, REŻ. ARTUR ROMAŃSKI. FOT. JAKUB WITTCHEN.

MALINA PRZEŚLUGA SMOKI, WYDZIAŁ LALKARSKI, AKADEMII SZTUK TEATRALNYCH, KRAKÓW, FILIA WE WROCŁAWIU, 2015, REŻ. JERZY JAN POŁOŃSKI. FOT. TOMASZ POŹNIAK.

MALINA PRZEŚLUGA JA, BAŁWAN, TEATR ANIMACJI, POZNAŃ, 2019, REŻ. ARTUR ROMAŃSKI. FOT. JAKUB WITTCHEN.

Ot, dzieło, które trudno przedstawić, bo zagrały je trzy teatry, za każdym razem pod innym tytułem: najpierw Może morze, potem A morze nie, a na koniec, już bez żadnych kalamburów Ja, Bałwan. To opowieść o przyjaźni śniegowego bałwana z marchewką obsadzoną, pardon, obsadzonym (to męski Marchewka) w funkcji jego nosa. Opowieść od początku idąca po bandzie. Marchewka cudem zwiewa spod noża, który miał go pokroić do sałatki; miłosierne dziecko zabrało warzywo tacie i wsadziło w śnieżną kulę. Przyjaźń, gdy dość szybko rozkwitnie, z miejsca narażona jest na stres - bo szykują się roztopy. Marchewka gotów jest ochronnie pakować przyjaciela do lodówki, choć przez to sam ląduje z powrotem niebezpiecznie blisko noża do sałatek. Opowieść ma swoje elementy komediowe (zakochana w Marchewce Sałatka Grecka; już lalkarze umieją ją tak zaprojektować, żeby warzywa układały się w ponętne ciało), ale tak naprawdę jest przeraźliwie smutna: kres egzystencji któregoś z bohaterów jest nieuchronny. W pierwszej wersji bajki autorka projektowała jeszcze happy end, mocno wszakże podkreślając jego poetycką niedosłowność: Bałwan i Marchewka odpływali na tratwie w kierunku bieguna. W wersji trzeciej, wystawionej w Teatrze Animacji, wolno sądzić, pod kontrolą autorki, nie ma już tego ratunkowego rejsu. Idzie nieubłagana odwilż i Bałwan o bardzo niedużym rozumku musi zrozumieć, że jego życie jest krótkiei jego rzeczą jest, żeby nie rozpłynęło się bez sensu, żeby miało swoją wartość. A dzieci muszą to zrozumieć wraz z nim. Malina Prześluga jest tu tak bezlitosna, jak w swoich apokaliptycznych sztukach dla dorosłych. Nie daje żadnej nadziei, żadnego pocieszenia, nawet takiego, które śmierdziałoby konwencjonalnością na kilometr.

A ja, gdybym miał sobie wybrać tekst Maliny P., który mnie najbardziej fascynuje, sięgnąłbym po utwór, który znowu nie ma dobrego tytułu. W Toruniu grali go jako O raju! czyli o tym, co było, kiedy nic nie było, w Kielcach jako Nic, Dzika Mrówka, Adam i Ewa. To proszę Państwa ni mniej, ni więcej parafraza Księgi Genesis. Na początku było Nic - coś takiego jak czarny kwadrat Malewicza. Nic nie kwapiło się do stwarzania czegokolwiek, póki go coś nie ugryzło. Była to Dzika Mrówka, która pojawiła się na świecie jako pierwsza i zajęła się tym, co było sensem jej egzystencji, czyli zniesieniem i wysiadywaniem trzech tysięcy jajeczek. Leniwe dotąd Nic musiało wejść dość nieudolnie w rolę wiceBoga, na ziemi pojawili się prarodzice o duszach i rozumkach... przedszkolaków. O przedstawieniu w Teatrze Lalki i Aktora "Kubuś" w Kielcach wyreżyserowanym przez Agatę Kucińską pisałem szczegółowo i z dodatkowymi zachwytami na innym miejscu; odsyłam tam zainteresowanych6. Powiem z pewnym smutkiem tylko tyle, że moja przyjemność słuchania tego inteligentnie ułożonego na scenę brawurowego tekstu była cokolwiek mącona przez ewidentny brak podobnej życzliwej frajdy wśród współsłuchających. No bo i skąd się ona tu miała wziąć o jedenastej rano wśród widowni nieco tylko starszej mentalnie od scenicznych Adama i Ewy?

MALINA PRZEŚLUGA NIC, DZIKA MRÓWKA, ADAM I EWA - ZMYSŁOWISKO, TEATR ANIMACJI, POZNAŃ, 2019, REŻ. EWA MARIA WOLSKA . FOT. W KADRZE - PIOTR BEDLIŃSKI.

MALINA PRZEŚLUGA NIC, DZIKA MRÓWKA, ADAM I EWA, TEATR LALKI I AKTORA "KUBUŚ", KIELCE, 2017, REŻ. AGATA KUCIŃSKA. FOT. BARTEK WARZECHA.

To jest realny kłopot. Tak odjechany projekt musi trafić na zasadnicze trudności ze znalezieniem właściwego dla siebie sektora w ściśle stargetowanej współczesnej widowni. Dzieciaki z młodszych klas nic nie zrozumieją, ze starszych - pogardzą lalkową formą (nie mówiąc już o awanturze, jaką zrobi im, i może przede wszystkim teatrowi, ksiądz katecheta). Starzy na samą myśl o wybraniu się do lalkowego teatru na mądrą bajkę wzruszą ramionami, choć przecież na co dzień oglądają bajki dużo głupsze, jedynie doroślej opakowane. Ale czy to nie jest kłopot całej dramaturgii, dziecięcej i dorosłej, gdy zechce się jej trochę odbiec od oswojonej rutyny? Apelując w tym miejscu o śmielsze podejmowanie przez teatry wyzwań wpisanych w teksty Maliny Prześlugi, zdaję sobie sprawę, że żąda ona naprawdę wiele: i nierutynowego myślenia, i specjalnego marketingowego wysiłku, i zwyczajnej odwagi artystycznej szefów scen. Co może przełamać ten opór? Śmiem podejrzewać, że jeśli coś, to tylko jawna lub utajniona, świadoma lub ledwie przeczuwana przynależność tych, co decydują o repertuarze i tytułach branych w próby, do niesformalizowanego a przecież realnego stowarzyszenia poszukiwaczy bezinteresownych przyjemności scenicznych, pod leniwie namiętnym patronatem pierwszej władczyni podwórka, kotki Dolores.

Przytuliłabyś go?

ROZMOWA Z MALINĄ PRZEŚLUGĄ

FOT. ROMAN JOCHER.

Malina Prześluga (ur. 1983), dramatopisarka, autorka dla dzieci i dramaturżka Teatru Animacji w Poznaniu, jest tegoroczną laureatką Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej za sztukę Debil. Jej sylwetkę przedstawialiśmy wcześniej kilkakrotnie, przy okazji utworów: Dziób w dziób ("Dialog" nr 7-8/2013), Pustostan (nr 2/2015), Czułość (nr 4/2017), Nie ma (nr 2/2018) i Wszystko jest dobrze, jesteśmy szczęśliwi (nr 9/2019). W maju tego roku Malina Prześluga została już uhonorowana Nagrodą Artystyczną Miasta Poznania za (jak uzasadniał Waldemar Kuligowski) "poważną twórczość dla dzieci, za oddanie głosu tym, których na co dzień nie słyszymy, za otwieranie zamkniętych umysłów i nowe opisywanie rzeczywistości".

GRATULUJEMY ZWYCIĘSTWA, "DEBIL" MIAŁ ŚWIETNE CZYTANIE W GDYNI I ZDOBYŁ GDYŃSKĄ NAGRODĘ DRAMATURGICZNĄ. W ROZMOWIE Z ŁUKASZEM DREWNIAKIEM PO CZYTANIU OPOWIADAŁAŚ, ŻE POMYSŁ NA TEN TEKST NASUNĘŁY CI TRZY OBRAZY. PRZYPOMNISZ?

Pierwsza scena uderzyła mnie kiedyś na ulicy, gdy zobaczyłam upośledzonego mężczyznę ze starszym już ojcem. Mężczyzna co jakiś czas wybuchał kompulsywnym okrzykiem "Mama szykuje kolację, mama szykuje kolację!", a jego ojciec za każdym razem odpowiadał "Tak", spokojnie, ale też zupełnie machinalnie. Prawdopodobnie odpowiadał tak wcześniej setki razy. Drugi obrazek to obleśna rodzina, która wsiadła do tramwaju. Byli brzydcy, smutni, zaniedbani, biednie ubrani, trochę też, aż niezręcznie to powiedzieć, podśmierdywali. Zaraz zrobiło się wokół nich luźniej i ja też się odsunęłam, a potem bardzo się tej reakcji wstydziłam, wracała do mnie w natrętnych wspomnieniach. Trzecią scenę widuję regularnie, bo na moim osiedlu mieszka matka z córką na wózku. Córka jest już dorosła z niepełnosprawnością intelektualną i fizyczną, otyła, naprawdę dużo waży, a ta maleńka, stara matka pcha jej wózek po schodach, bo na dole przy wejściu nie ma windy. Na ich widok też czuję wstyd i współczucie, i zawsze się zastanawiam, jak długo tej matce starczy sił. Teraz jak o tym myślę, jest jeszcze czwarty obraz. Z dzieciństwa. Na nasze podwórko pod blokiem przychodził Gienek. Gienek był pod pięćdziesiątkę, ale umysł miał dzieciaka. Lubiliśmy Gienka, bo sięgał nam po piłkę, jak utknęła gdzieś wysoko, podsadzał na drabinki, zawsze się na wszystko zgadzał i miał zaraźliwy śmiech. Traktowaliśmy go jak dziecko, ale do dzisiaj pamiętam, jakie miał szorstkie, pomarszczone dłonie, zmarszczki wokół oczu, przerzedzone włosy. I miał taki zapach starości. To wszystko mi wtedy jakoś w nim zgrzytało i jak widać bardzo musiało zapaść w pamięć.

PÓŁTORA ROKU TEMU DO TYCH OBRAZÓW DOSZŁY KOLEJNE, MEDIALNE, Z PROTESTU RODZICÓW OSÓB NIEPEŁNOSPRAWNYCH.

Tak, mój tekst jest trochę inspirowany wywiadami, które były publikowane właśnie wtedy, mam na myśli głównie głosy matek, które wykorzystałam w monologu Mamy Kangurzycy. Nie pisałam Debila na gorąco, nie miał być publicystyczny, ale o tamtym proteście trudno mi było nie myśleć.

NIE BAŁAŚ SIĘ RYZYKA SZANTAŻU EMOCJONALNEGO ALBO PRZESŁODZENIA, INFANTYLIZACJI? DO PEWNEGO MOMENTU TWOJA SZTUKA SKRĘCA TROCHĘ W TYM KIERUNKU...

Zwróć uwagę, że rozmawiamy po czytaniu z udziałem przystojnego i sympatycznego Macieja Wiznera, który bardzo dobrze wszedł w rolę Kuby, ale przyznasz: nie da się go nie lubić. Tymczasem ja, pisząc, wyobrażałam sobie rzeczywiście obleśnego czterdziestolatka. W pewnym momencie Matka Kangurzyca pyta widzów, czy by jej syna przytulili, i to ma być naprawdę trudne pytanie.

MACIEJA WIZNERA BYM PRZYTULIŁA.

Otóż właśnie. A wyobraź sobie niezdrową cerę, otyłość, stare ciuchy, naprawdę tłuste włosy, ślinotok, zapaszek... Przytulisz go teraz? Możemy głosić slogany o tolerancji i znoszeniu barier, ale te bariery są w nas. Są ludzie trudniejsi od innych do zaakceptowania i oni się nie zmienią, tu nie załatwi sprawy pusta deklaracja dobrych chęci z naszej strony. Pisałam ten tekst przeciwko warstwom hipokryzji i przeciwko samej sobie, autokrytycznie. Kilkakrotnie jako twórczyni angażowałam się w różne akcje, które miały przybliżyć nam świat osób niepełnosprawnych. Napisałam na ten temat dwie piosenki, dwie książki dla dzieci...

...I TWOJA "STOPKLATKA" JEST O TYM, MONODRAM CHŁOPCA NA WÓZKU.

Często zresztą grany. Niestety, daje mi to fałszywe poczucie spełnionego obowiązku, za którym już niekoniecznie idzie refleksja, czy moje działania faktycznie coś zmienią w życiu tych osób. Ja się czuję lepiej jako autorka "zaangażowana", ale czy im to coś daje?

MOŻNA IM COŚ DAĆ. KIEDY JUSTYNA SOBCZYK I JEJ TEATR 21 ODBIERALI "KAMYK PUZYNY", NA SCENĘ WTARGNĄŁ ŻYWIOŁ. TO NIE BYŁY ŻADNE "MUMINKI", TYLKO SILNE INDYWIDUALNOŚCI!

I wspaniale, że istnieje teatr, który osoby niepełnosprawne intelektualnie traktuje poważnie, w którym dostają prawdziwe zadania aktorskie. Justyna Sobczyk robi kawał potrzebnej roboty, ale nawet ona nie może sprawić, by jej aktorzy byli "tacy jak my", przy najlepszych chęciach to nie jest możliwe. A my jako widzowie też inaczej patrzymy na ich wielkie ambicje i emocje. No właśnie, znowu mówię "ich", sam język podsuwa podziały i to jest okropne. Więc znowu się samobiczuję, bo wpadam w ten schemat, o którym piszę i z którego sama się próbuję rozliczyć... Kiedy widzimy osobę z niepełnosprawnością czy rodzinę z chorym dzieckiem, gdzieś w tyle głowy rodzi się myśl: "dobrze, że to nie ja", "jakie to szczęście, że nas to nie spotkało". A kiedy się pojawi to uczucie, połączenie współczucia i ulgi, nie ma już mowy o równości. Dzieli nas przepaść. Jeśli nie pracujemy z takimi osobami, tylko je po prostu widujemy czasem w przestrzeni publicznej, to ta emocjonalna bariera sama wyrasta, przynajmniej ja ją odczuwam. Byłoby nam prościej mieć do czynienia z Muminkami czy pogodnymi Puchatkami, dlatego tworzymy takie projekcje.

MALINA PRZEŚLUGA DEBIL, TEATR IM. GOMBROWICZA, GDYNIA, 2020 CZYTANIE PODCZAS FINAŁU GDYŃSKIEJ NAGRODY DRAMATURGICZNEJ. REŻ. PIOTR RATAJCZAK. FOT. ROMAN JOCHER.

CIEKAWE, ŻE W TWOIM BOHATERZE ODNALAZŁAM WIELE ZACHOWAŃ WŁASNEGO SYNA, KTÓRY NIE JEST UPOŚLEDZONY INTELEKTUALNIE, PO PROSTU MA PIĘĆ LAT. OSTATNIO NAROZRABIAŁ I TŁUMACZYŁAM MU, ŻE JEST PRZECIEŻ DOBRYM CHŁOPCEM, MA DOBRE SERCE. JESZCZE BARDZIEJ SIĘ WTEDY WKURZYŁ I PRZEKONYWAŁ MNIE, ŻE JEST ZŁY.

Tak się wtedy pewnie czuł, miał prawo. W ogóle ostatnio mocno nurtuje mnie kwestia emocji akceptowanych i odrzucanych. Jest cała gama emocji tak zwanych negatywnych, z którymi jest nam nie po drodze, jak gniew, zazdrość, lęk, wstręt czy żal, które wypieramy czy tłumimy, choć powinniśmy je dla własnego zdrowia przepracowywać, a przede wszystkim umieć się do nich przyznać, poistnieć w nich sobie. Sami nie dajemy sobie do nich prawa, a tym bardziej nie dajemy do nich prawa osobom niepełnosprawnym intelektualnie, choć to właśnie one miałyby do nich najwięcej powodów. Infantylizujemy ludzi, którzy przecież wcale nie muszą być "dobzi".

ALBO CAŁĄ KLASĘ SPOŁECZNĄ, BO PRZECIEŻ TWÓJ TEKST MA TEŻ WYMIAR POLITYCZNY.

Niestety mam takie ciągoty.

KUBA FANTAZJUJE O TYM, ŻE ZOSTAJE OBLEŚNYM PREZYDENTEM, PRZEDSTAWICIELEM LUDZI GŁUPSZYCH, GORSZYCH I PONIŻANYCH... RESENTYMENT? PUŁAPKA DEMOKRACJI?

Akurat po proteście rodziców osób niepełnosprawnych nic się nie zmieniło, rząd zachował się w sposób delikatnie mówiąc rozczarowujący, więc w tej fantazji jest przede wszystkim ironia. Bardzo często w pisaniu odnoszę się do władzy, która jest "nie taka" i w fantazjach oddaję ją w ręce potrzebujących, tu też chciałam wbić szpilę w system...

TYLKO ŻE ELEKTORAT OBECNEJ WŁADZY TO WŁAŚNIE SKRZYWDZENI I SPRAGNIENI GODNOŚCI.

To prawda, na takich hasłach budowano kampanie wyborcze, dlatego można tamten protest potraktować jako test - konfrontację ideologii z rzeczywistą polityką. I co? I za przeproszeniem gówno, bo cenny jest elektorat sprawczy, głosujący i większościowy. Niepełnosprawni nie są dla nich walutą. Upchnęłam tu kilka przestrzeni, które mnie gnębią: polityczną, społeczną, ale też osobistą, rozliczeniową.

WIĘC MOŻE NALEŻY CZYTAĆ "DEBILA" JAKO SZTUKĘ O POCZUCIU WINY LIBERALNEJ INTELIGENCJI W ZWIĄZKU Z JEJ POGARDĄ WOBEC ELEKTORATU PISU?

Aż tak szeroko bym nie szła. Zamiast o pogardzie wolałabym mówić o poczuciu fałszywej dumy z tego, że się angażujemy, że rozumiemy konieczność pojednania i że na przykład (jak ja) napisaliśmy ze dwie piosenki o tym, jak dobrze jest razem żyć. Hasła wysyłane w mojej sztuce na papierowych samolocikach to wszystko cytaty wzięte z kampanii społecznych, które były na pewno robione przez fantastycznych ludzi dobrej woli, ale ich naiwność poraża. Bo co to znaczy #Takijakja? Właśnie o to chodzi, że inni nie są jak ja, przecież między dwiema osobami nie da się postawić znaku równości i jeśli tak robimy, to znaczy, że upraszczamy, że nie traktujemy serio, nie chcemy poznać. Mam dość mieszane uczucia wobec takich na przykład inicjatyw jak telewizyjny program "Down the road". Bo wspaniałe jest to, że dzięki niemu nagle do widzów dociera, że osoby z zespołem Downa lubią seks, piją alkohol, romansują i w zasadzie - faktycznie w ogólnym aspekcie są jak my, choć w gorszej pozycji startowej, ale z drugiej strony - skoro są jak my, to po cholerę musimy ich podglądać? Jest w tym coś perfidnego, coś, czym karmimy niskie instynkty.

MĘCZYŁAŚ SIĘ Z TYM TEMATEM?

Zupełnie nie, ta sztuka sama mi się pisała, a kiedy tak się dzieje, to już raczej jestem spokojna, że jest dobrze. Napisałam, odłożyłam i zapomniałam na jakiś czas, bo zawsze tak robię, po czym wróciłam do ostatniej sceny, którą wzięłam (i tylko tę jedną) z książki Milne'a. I dopiero wtedy zobaczyłam, że w finale Krzyś schodzi z Puchatkiem po schodach, tuk, tuk, tuk, a więc mamy schody i tego biednego Misia o Małym Rozumku, który uderza łebkiem o stopnie! I jest zagłaskany, ubezwłasnowolniony, po wszystkich swoich przygodach znowu jest tylko pluszową zabawką... A wcześniej napisałam, że Kuba bał się chodzić po schodach. Jakoś intuicyjnie mi się to złożyło, spasowało się samo. Wtedy pomyślałam, że jednak niezły mi wyszedł ten tekst.

ALE SCHODY TO TAKŻE HIERARCHIA. KUBUŚ ZOSTAJE PRZECZOŁGANY!

A teraz pomyśl prościej, dosłownie - schody to na przykład bariera dla osób na wózkach. Wiem, że bohaterowie Stumilowego Lasu są już mocno wyprzedani, opatentowani i wyeksploatowani, także w psychologii, ale nie szłam tą drogą i nie czytałam żadnego Tao Prosiaczka czy innych interpretacji. Kubuś Puchatek to po prostu książka mojego dzieciństwa, nadal słyszę głos mamy, która mi to czytała (dla odmiany Muminków jakoś nie polubiłam). Kiedy zaczął do mnie mówić Kuba, po chwili dołączyli pozostali jako naturalna kolej rzeczy. I ciekawe, że dopiero podczas czytania w Gdyni, gdy aktorzy usiedli na kręconych taboretach, przodem albo tyłem do widowni, w pełni dostrzegłam ich wzajemne relacje. Nie mam doświadczeń z terapią, ale wtedy te proste ustawienia zadziałały.

Rozmawiała Justyna Jaworska