NormalizacjaROZMOWA Z WITOLDEM MROZKIEM
FOT. ALEKSANDRA MATLINGIEWICZ.
Witold Mrozek - krytyk teatralny i dziennikarz kulturalny, recenzent "Gazety Wyborczej", stały współpracownik "Dwutygodnika.com".
Odwołanie Waldemara Zawodzińskiego w Teatrze im. Jaracza w Łodzi, nierozstrzygnięty konkurs w Teatrze im. Osterwy w Lublinie i powołanie przez marszałka województwa lubelskiego Redbada Klynstry-Komarnickiego, decyzja o rozpisaniu konkursu na dyrektora Teatru im. Modrzejewskiej w Legnicy - czy to nowa ofensywa władzy w kulturze, tym razem na poziomie samorządów wojewódzkich?
Najbardziej spektakularna jest zmiana w Lublinie i od niej chciałbym zacząć - jest ona o tyle znacząca, że pokazuje pewien trend normalizacji, która, moim zdaniem, będzie postępować.
Normalizacji?
Część środowiska trochę przyzwyczaja się do PiSu, a trochę musi jakoś z nim koegzystować, skoro rządzi. Mówię o normalizacji propozycji artystycznych i sposobów działania, które do tej pory wydawały się PiSowskie czy zastrzeżone dla obozu władzy, a które będą przesiąkać do głównego obiegu. Nie będzie ich aż tak dużo, bo takich osób jak Redbad Klynstra prawica nie ma wiele - przy wszystkich zastrzeżeniach do wypowiedzi Klynstry i jego działalności na przykład w Teatrze Telewizji, to jednak nie jest to Marek Mikos ani Cezary Morawski, tylko osoba z jakimś dorobkiem. Podobno Klynstra w Lublinie zaczął od pytania, z jakimi reżyserami chciałby pracować zespół - czyli realizuje wariant późnego Marka Mikosa z rozproszonymi ośrodkami zarządzania, a przynajmniej próbą konsultowania programu z zespołem. Obiecał Radę Artystyczną, jak w Krakowie. Ale potem okazało się, że Psie serce Bułhakowa zrobi Igor Gorzkowski umówiony na ten spektakl jeszcze z poprzednią dyrektorką, a farsę Czego nie widać - Marcin Sławiński, reżyser fars i sztuk Wojciecha Tomczyka. Jak widać, ławka nie jest długa. Ale też Norę Ibsena zdecydował się tam podobno zrobić Kuba Kowalski. Może jeśli Klynstra ściągnie większy budżet, zaprosi Iwana Wyrypajewa, z którym pracował... Polecam do obejrzenia zapis konferencji prasowej z udziałem Redbada Klynstry i marszałka województwa lubelskiego Jarosława Stawiarskiego - rzadko takie rzeczy mówi się publicznie.1
Marszałek niespecjalnie wiedział, z kim ma do czynienia.
"Pan Redbad jest nadzieją dla teatru lubelskiego" - mówił marszałek, a na pytanie o to, dlaczego konkurs został unieważniony i wybrany został inny kandydat, odpowiadał "prawo na to pozwala". Zapytany, czy Klynstra zostanie w Lublinie dłużej niż na rok - bo pamiętajmy, że jest on p.o. dyrektora - odpowiadał: "w tej chwili to jest wróżenie z fusów, na razie mamy pana Redbada jako dyrektora i on będzie pełnił tę funkcję". Domyślam się, że decyzja o powołaniu Klynstry była konsultowana z ministerstwem, nie sądzę, by był to pomysł samorządu.
Myślisz, że to była część planu, czy ratowanie sytuacji po nieudanym konkursie?
Moim zdaniem to nie był plan. Redbad Klynstra nie jest magistrem, więc w konkursie nie mógł wziąć udziału, nie wiem, czy był zainteresowany konkretnie tym teatrem, ale od dawna chciał zostać dyrektorem - mówił zresztą w wywiadach o tym, że rozważał udział w konkursie na dyrektora Instytutu Teatralnego.
Krążyły już teorie, że lubelska dyrekcja Redbada Klynstry to wstęp do objęcia przez niego Starego Teatru. Teraz pojawił się Waldemar Raźniak.
Stary Teatr jest instytucją ministerialną i nie ma żadnych wymogów krępujących ministra w obsadzie stanowiska dyrektora, ale być może jest to forma testu. Myślę, że Piotr Gliński w tej chwili nie ma, albo przynajmniej nie miał długo pomysłu na Stary. Wprost przyznał się do błędu przy obsadzeniu Mikosa - mówił o tym nawet w wywiadzie dla "Sieci".2 W teatrze odbył się ministerialny audyt, Mikosa pospiesznie zwolniono. Kandydatura Waldemara Raźniaka, której konsultacja jest jedynie niewiążącą formalnością, oznacza jednak, że ministerstwo niewiele się z przygody z Mikosem nauczyło. Raźniak to kolejny dyrektor przywieziony przez ministra Glińskiego w teczce - podobnie jak na przykład Elżbieta Wrotnowska-Gmyz w Instytucie Teatralnym w Warszawie. Jego wysunięcie przez ministerstwo zaskoczyło teatr. Owszem, w odróżnieniu od Mikosa Raźniak jest reżyserem. Nigdy jednak nie pracował w Starym Teatrze, nie ma na swoim koncie poważniejszych osiągnięć artystycznych ani żadnego stażu w kierowaniu instytucją kultury. Będzie pamiętał, komu zawdzięcza tak nagły awans. Dziś usłyszeliśmy, że Rada Artystyczna i związki zaakceptowały tę kandydaturę, mimo początkowych protestów. Oznacza to zapewne, że Raźniak coś Radzie Artystycznej obiecał. Czy kontynuację dotychczasowego "rozproszonego" zarządzania? Zobaczymy.
To Lublin i Kraków, a co z resztą?
Sytuacja Teatru im. Jaracza w Łodzi to trochę inna historia. Jeśli zaś chodzi o Jacka Głomba w Legnicy - jestem za tym, żeby była większa dynamika i rotacja na stanowiskach dyrektorskich i pewnie kilka lat temu sam bym postulował rozpisanie konkursu, ale dziś sytuacja wydaje mi się tak nieczysta, jeśli chodzi o polityczne zaangażowania, niekompetencję i bardzo złe doświadczenia z Zarządem Województwa Dolnośląskiego, czyli z współrządzącymi dziś z PiS Bezpartyjnymi Samorządowcami, że trudno mi uwierzyć i w dobre intencje, i w jakąkolwiek możliwość pozytywnego rozstrzygnięcia w legnickim teatrze, jeśli nie będzie tam Jacka Głomba.
To co, teraz wszyscy będziemy anty-PiSem?
Mówimy jednak o szczególnych przypadkach osób, które są mocno kojarzone z politycznym zaangażowaniem - Głomb startował w wyborach do Senatu, działa w KODzie; z drugiej strony mamy Redbada Klynstrę, który jednoznacznie popiera Jarosława Kaczyńskiego i jego partię. Tutaj podział na PiS i anty-PiS narzuca się sam, w wielu sytuacjach będzie on jednak dużo bardziej skomplikowany i rozmyty. Tak było chociażby w przypadku konfliktu w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich wywołanego decyzją o współpracy z Instytutem Literatury, co miało być formą ministerialnego wsparcia finansowego publikacji dla autorów. Nie mam w tej sprawie jednoznacznego stanowiska. Rozumiem moralizatorską i etosową tradycję, mówiącą, żeby nie brać pieniędzy z ministerstwa...
...ale też z takich pozycji wypowiadają się osoby, które na etos i moralizowanie po prostu stać, które mają już określoną pozycję. Ci mogą ostentacyjnie odejść i odchodzą z SPP.
I niektórzy w PiSie potrafią to wyciągać - tytuł w "Sieciach" brzmiał: Walka klasowa wśród pisarzy polskich3 - jest to artykuł złośliwy i zniekształcający obraz, ale jest coś na rzeczy. Moim zdaniem takich sytuacji będzie coraz więcej. Aplikowanie o pieniądze z programu Kultura w Sieci nie spotkało się z żadnym ostracyzmem, z żadną krytyką. I być może, gdyby minister nie szukał pośrednictwa w postaci SPP, lecz po prostu rozpisał konkurs, w środowisku literackim zostałoby to również przyjęte bez słowa.
Kultura w Sieci, po którą sięgały osoby różnych opcji, to też gest normalizacyjny.
Moim zdaniem Ministerstwo Kultury i minister Piotr Gliński wychodzą z pandemii bardzo wzmocnieni politycznie. To był jedyny polityczny ośrodek, który miał jakiś pomysł i konsekwentnie reagował na to, co się dzieje. Ministerstwo działało zbyt wolno, zwłaszcza na początku, do jego programów można było mieć wiele zastrzeżeń - i sam te zastrzeżenia zgłaszałem - ale jednak ministerstwo coś robiło, działało i tak szybciej niż samorządy, które w ogóle nie sprawdziły się w roli mecenasa na trudne czasy. I - co mnie jednak dziwi - samorządy nie stały się przedmiotem krytyki. Ministerstwo wysyłało kolejne programy - gorsze, jak Kultura w Sieci, albo lepsze, jak program pandemicznych rekompensat z Funduszu Wsparcia Kultury - te czterysta milionów, które mają zrekompensować utracone przychody instytucjom i NGOsom. Przeprowadzało konsultacje ze środowiskami - na przykład z Gildią Polskich Reżyserek i Reżyserów Teatralnych czy ze Stowarzyszeniem Dyrektorów Teatrów. Miasta - z miastem stołecznym włącznie - albo powtarzały, z poślizgiem, programy ministra, jak Warszawa ze swoim odpowiednikiem programu Kultura w Sieci, który różni się od ministerialnego tym, że postawiono w nim pytanie o sytuację socjalną twórcy po pandemii, albo nie robiły nic lub mniej niż obiecywały - jak Kraków, który zapowiedział sześciomiesięczne stypendia interwencyjne w wysokości dwóch i pół tysiąca złotych, po czym przyznał stypendia jednomiesięczne, również w wysokości dwóch i pół tysiąca złotych. I chcę to jasno powiedzieć: mam dużo zastrzeżeń do polityki ministra Glińskiego i bardzo krytycznie oceniam jego działalność zarówno jeśli chodzi o sferę ideologiczną i dyskursywną, jak i politykę kadrową w ostatnich latach, ale prawda jest taka, że ministerstwo próbowało reagować na sytuację pandemii. Samorządy zaś - zwłaszcza w obliczu wyborów prezydenckich, które zbiegły się z pandemią - ustawiły się tak, by ewentualna krytyka mogła być komunikowana jako działanie na korzyść PiSu. To był zwykły szantaż. Nawet niektóre NGOsy czy organizacje branżowe okazały się bardziej sprawne w pomaganiu artystom niż samorządy - i to te progresywne, liberalne, jak Warszawa, Poznań czy Kraków. ZAiKS bardzo szybko uruchomił program zapomóg, przyśpieszył wypłacanie repartycji, ogłosił pandemiczny konkurs dramatopisarski, w którym za sam udział członek ZAiKSu dostawał pięć tysięcy złotych. ZASP, który redystrybuuje środki uzyskane w Kulturze w Sieci, też podjął się pomocy. Nawet więc organizacje, które mają opinię nieruchawych, stanęły dużo lepiej na wysokości zadania niż samorządy.
A skutek jest taki, że ministerstwo pokazało, że nie tylko da się z nim rozmawiać, ale też, że środowisko w czasie kryzysu może mimo wszystko liczyć na ministra.
Na pewno pandemia pomogła Glińskiemu znormalizować swoje relacje ze środowiskiem. Ludzie, którzy wcześniej niespecjalnie chcieliby z nim rozmawiać, teraz to robili. Oczywiście były też środowiska, które lobbowały za konkretnymi pomysłami w ministerstwie i wcześniej - by przywołać ciągle niewdrożony projekt ustawy o statusie artysty - ale w trakcie pandemii pojawiły się podmioty, które wcześniej w konsultacjach nie uczestniczyły. A samorządy pozostawały bierne.
Wcześniej to właśnie te samorządy ostentacyjnie sprzeciwiały się oczekiwaniom ministerstwa.
Tu są dwie rzeczy - słuszna i chwalebna polityka, jakiej przykładem jest obrona przez konserwatywną katoliczkę Hannę Gronkiewicz-Waltz Klątwy, a jednocześnie z drugiej strony kapitulacja wobec postulatów finansowych twórców. Z jednej strony mamy Warszawę jako miasto, które w obliczu zwrotu konserwatywnego chce się stawiać w pozycji polskiego Berlina, pokazując, że da się tu robić najbardziej szalone, liberalne, queerowe rzeczy w Polsce - choć oczywiście jest to przekonanie mocno na wyrost - a z drugiej strony porównywanie pięciu tysięcy euro, jakie wypłacane były twórcom w Berlinie - nawet jeśli przyjąć odpowiednik złotówki do euro 1:1 - do pieniędzy, jakie przeznaczała na pomoc twórcom Warszawa, jest dla polskiego Berlina kompromitujące. I nikt przeciw takiej polityce nie protestuje, co jest w mojej opinii złym prognostykiem. Wszyscy się bali wyjść na niechętnych ostatniej nadziei polskiego liberalizmu, czyli Rafałowi Trzaskowskiemu i jego prawej ręce - Aldonie Machnowskiej-Górze, odpowiadającej za kulturę w warszawskim ratuszu.
Jest jeszcze prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak, który też chciał pełnić funkcję takiego mecenasa i nawet mu się to udawało, póki wystarczyło pieniędzy i kapitału politycznego.
Pieniędzy nie wystarczyło i w Poznaniu będą cięcia, w Warszawie ratusz zapowiada, że nie. Ja bym jednak - może tendencyjnie - połączył te deklaracje wspierania kultury z tym, co się wydarzyło tuż po wyborach, czyli nagonką na LGBT+ i powstaniem oddolnego, masowego ruchu sprzeciwu - obaj prezydenci nie umieli się zachować w tej sytuacji i tak samo moim zdaniem nie umieją się w tej chwili odnaleźć w sytuacji zagrożenia dla kultury. Miasto chwaliło się, że przyjęta została nowa polityka kulturalna Warszawy, ale jej ogłoszenie w momencie, kiedy potrzeba bardzo konkretnych działań, a nie dokumentów i rekomendacji - to przykład, jak samorząd nie nadąża za rzeczywistością. Kiedy w 2013 roku miasto ogłaszało Program Rozwoju Kultury, było to wielkie wydarzenie. Po klęsce Programu, który w dużej mierze nie został wdrożony, atmosfera jest już inna. Poza tym w sytuacji dużo większych napięć, większych potrzeb i wyższej temperatury życia politycznego nikt się nie będzie cieszył z zestawu rekomendacji - potrzebne są konkretne działania.
A jak sytuacja wygląda w samorządach, w których rządzi PiS?
Jeśli mówimy o zmianach kadrowych w regionach, to są one konsekwencją wyborów z 2018 roku. Lublin jest zapleczem kadrowym i eksperckim TVP - wypowiadający się tam socjologowie okazują się radnymi wojewódzkimi, politykami PiSu albo ich asystentami. Lublin był w awangardzie stref wolnych od LGBT, więc jest też w awangardzie czystek w kulturze. Teatr im. Osterwy nie jest pierwszą instytucją w Lublinie, którą się w ten sposób czyści - wcześniej była sprawa obsadzenia Centrum Spotkania Kultur, bardzo bogatej instytucji, której dyrekcja jest dobrą posadą. Z Lublina pochodzi też desant teatrologów, ściągany przez nową dyrektorkę Instytutu Teatralnego... Ex oriente lux.
OD LEWEJ: NARODOWY STARY TEATR, KRAKÓW, TEATR IM. OSTERWY, LUBLIN, TEATR IM. MODRZEJEWSKIEJ, LEGNICA, INSTYTUTDZIEDZICTWA MYŚLI NARODOWEJ, WARSZAWA, INSTYTUT TEATRALNY, WARSZAWA, TEATR IM. ŻEROMSKIEGO, KIELCE, TEATR IM. WĘGIERKI, BIAŁYSTOK, TEATR IM. SIEMASZKOWEJ, RZESZÓW, MUZEUM ŚLĄSKIE, KATOWICE, CENTRUM SZTUKI WSPÓŁCZESNEJ - ZAMEK UJAZDOWSKI, WARSZAWA, FESTIWAL FILMÓW FABULARNYCH GDYNIA, MUZEUM GETTA WARSZAWSKIEGO WARSZAWA. FOT. WIKIPEDIA.PL.
Na Podkarpaciu Jan Nowara kieruje Teatrem im. Siemaszkowej już od 2014 roku i choć programując teatr, dopuszcza różnych twórców i różne głosy, sam w Teatrze Dramatycznym w Białymstoku jako reżyser tworzy przedstawienia absolutnie zgodne z oczekiwaniami ministerstwa - najpierw, w 2017, był Popiełuszko, potem w 2019 Obława, spektakl o żołnierzach wyklętych. Zresztą dyrektor białostockiego Teatru im. Węgierki Piotr Półtorak również pochodzi z nadania PiSu, a w zeszłym roku Zarząd Województwa Podlaskiego przedłużył mu kontrakt.
Dużo ciekawszym przypadkiem są Kielce i to, że Michał Kotański zachował funkcję dyrektora w samorządzie przejętym przez PiS, w dodatku po zrealizowaniu dość mocnego spektaklu o pogromie kieleckim.
To był pierwszy sezon, który - Kotański mówił o tym zresztą w "Dialogu"4 - miał służyć temu, żeby o Teatrze im. Żeromskiego było głośno w Polsce. Zaprosił wtedy Remigiusza Brzyka, Wiktora Rubina (który przecież robił w Kielcach przedstawienia jeszcze za poprzedniej dyrekcji), Monikę Strzępkę, Maję Kleczewską... Ale kolejne sezony to był już głównie repertuar lekki i farsowy - kontrowersji nie było.
Nie było, ale biorąc pod uwagę, jak pamiętliwi potrafią być lokalni politycy, jest to dla mnie sytuacja nieoczywista.
Na czym polega polityka władz wojewódzkich - bo chyba nie jest przypadkiem, że teatry, o których mówimy, podlegają marszałkom województw, którzy działają inaczej niż prezydenci miast, przynajmniej deklaratywnie doceniający działające na ich terenie teatry. Dla zarządów województw to bardziej kłopot.
Ja tu widzę przede wszystkim lokalny klientelizm i chaos. Sytuacja wokół poprzedniej dyrektorki Teatru im. Osterwy, Doroty Ignatjew, pokazuje, że dokonuje się wymiany dla samej wymiany. Nie wierzę, żeby już pół roku temu było jasne, że teatr obejmie Redbad Klynstra i prawdopodobnie, gdyby sprawy się inaczej potoczyły, mogłoby się okazać, że dyrektorem teatru byłby szef lokalnych struktur PiSu z Chełma albo dotychczasowy kierownik miejskich wodociągów z Włodawy.
Czyli jednak chaos, a nie systemowa zmiana.
Chaos, ale też potrzeba wsadzania swoich ludzi. To widać w województwie śląskim, gdzie - choć największym teatrem w regionie cały czas kieruje Robert Talarczyk - doszło do wymiany dyrektorki Muzeum Śląskiego, instytucji ważnej w regionie i zakorzenionej społecznie. Po zakończeniu kadencji Alicji Knast na jej miejscu znalazł się trzeciorzędny działacz miejscowych struktur, aktor operetkowy, który prowadzi doradztwo biznesowe w Bytomiu, a wcześniej był lokalnym urzędnikiem od kultury. To są te głębokie kadry, po jakie w takich sytuacjach sięgają lokalne władze. Redbad Klynstra może próbować być Piotrem Bernatowiczem polskiego teatru, ale ta ławka jest bardzo krótka. Dlatego trudno mi uwierzyć w planową ewolucję kadrową, bo tych kadr po prostu nie ma. Nie wierzę w powstanie zdyscyplinowanej formacji prawicowych bolszewików, którzy dokonają marszu przez instytucje. Będzie gnicie - jak w ostatnich latach w Starym Teatrze.
A jak będzie zachowywało się ministerstwo?
Dla środowisk liberalnych i lewicowych czy progresywnych może być to pogląd szokujący, ale Gliński jest partyjnym liberałem, czego nie można powiedzieć o ludziach, którzy rządzą województwem lubelskim. Gliński, w oczach takich osób jak na przykład Jacek Kurski, jest po prostu zbyt miękki. Musiał się z tego wielokrotnie tłumaczyć w wywiadach udzielanych prawicowym mediom, mówiąc wprost, że nie może zdelegalizować Paszportów "Polityki" ani przejąć nagrody Nike.5 Strategia polityczna Glińskiego jest przez to jeszcze bardziej przewrotna, bo on wszystko rozmiękcza.
A to jest strategia czy po prostu tak wychodzi?
To jest takie rozpoznanie bojem, ale w polityce ministerstwa są pewne stałe założenia albo powracające zasady: nie otwieramy już konfliktów, których nie musimy otwierać - tak było z Festiwalem w Gdyni, gdzie przez dłuższy czas minister nie powoływał na stanowisko dyrektora Tomasza Kolankiewicza, jednak ostatecznie - po iluś konferencjach i spychaniu odpowiedzialności - Kolankiewicz dyrektorem został. To jest polityka rozpychania się tam, gdzie jest to możliwe. Wśród zasad, jakimi kieruje się minister, jest też utrącanie ludzi, którzy podpadli - jak Jan Klata czy Oliver Frljić. Wiadomo, że prawica chciałaby mieć swoje autorskie instytucje i dlatego minister tworzy Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego albo nominuje Piotra Bernatowicza na dyrektora CSW. Gliński szermuje jednak także wizją pluralizmu, czego przykładem może być powołanie Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej - a teraz jeszcze Muzeum Dmowskiego - z dyrektorem Janem Żarynem, który jest oenerowskim ekstremistą, i ogłoszenie na tej samej konferencji budowy Muzeum Getta Warszawskiego - jakby Żyd miał być przeciwwagą dla Dmowskiego.
Ale też Muzeum Getta od początku miało być przeciwwagą dla Muzeum POLIN.
Jednak Gliński jest w stanie przekonywać ośrodki, które nie orientują się w rządowej polityce kulturalnej, że istnieje jakiś pluralizm. To jest sprytniejsza polityka niż wymiana ludzi na stołkach.
I to może być skuteczna polityka normalizacyjna, zwłaszcza w przypadku słabszych instytucji i artystek, i artystów, którzy nie mają jeszcze mocnej pozycji. Bo przecież pojawi się temat, czy pracować w teatrach przejętych przez PiS.
Ludzie w tych teatrach będą pracować, nie ma co się łudzić.
Na odrzucanie takich propozycji mogą sobie pozwolić uznani twórcy ze stabilną sytuacją finansową.
Myślę, że w wielu instytucjach o progresywnych programach, które szermują hasłami troski, okaże się zaraz, że w tym trudnym czasie reżyserują tam osoby, które i tak zarabiają najlepiej. Pieniędzy zabraknie zaś na tych, którzy takiej pozycji nie mają. I w ten sposób wypchnie się reżyserów średnio-młodego pokolenia do instytucji, które z punktu widzenia etosowego i idealistyczno-politycznego stanowią szarą strefę. Tego mechanizmu nie da się uniknąć i też nikt za bardzo tego tematu nie podnosi. Retoryka potępiająca tych ludzi do niczego nie doprowadzi, a w dłuższej perspektywie będzie pokazywać tych, którzy ich krytykują, jako liberalny stetryczały establishment, zupełnie nierozumiejący realiów.
Tak zwany teatr krytyczny będą więc robili uprzywilejowani czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie w dużych miastach, a młodsi twórcy i twórczynie pójdą do Redbada Klynstry i będą tworzyć lepszy czy gorszy teatr pozbawiony jednak społecznego nerwu.
Być może tak będzie. Ja nie wierzę w powstanie szerszego projektu prawicowego teatru. Mogłoby być ciekawe, gdyby powstawały spektakle takie, jak tworzone były kiedyś w Muzeum Powstania Warszawskiego, czy w ramach festiwalu Gorzkie Żale, którego Redbad Klynstra był przecież dyrektorem. Ale to się nie uda, bo główny nurt polskiej prawicy boi się dziś mocnych osobowości, zwłaszcza ze swojej parafii. Potrzebę "prawicowej sztuki politycznej" będzie więc pewnie zaspokajać produkcja gniotów dwóch dyżurnych partyjnych dramatopisarzy, jakieś rocznicowe akademie - a poza tym w przejętych instytucjach rządzić będą tematy bezpieczne, ucukrowane już albo egzystencjalne. Można też pewnie liczyć na powrót klasyki w mniej lub bardziej atrakcyjnym wydaniu.
Taka sytuacja od razu uruchamia jednak mechanizmy autocenzury. Bo chyba nikt nie złoży Klynstrze propozycji zrobienia spektaklu o prawach kobiet.
Chyba że o prawie do bycia łączniczką w powstaniu warszawskim albo Szekspirowską Julią.
2 października 2020Rozmawiał Piotr Morawski.
Sezon w obliczu katastrofy klimatycznej- KATARZYNA LEMAŃSKA -
Autorka jest absolwentką edytorstwa i wiedzy o teatrze UJ, krytyczką teatralną, członkinią redakcji "Performera". Współpracuje z "Didaskaliami". Członkini Komisji Artystycznej 26. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
W maju 2019 roku redakcja brytyjskiego "The Guardian" wydała oświadczenie o zmianie terminologii, jaką stosuje do opisów problemów klimatycznych Ziemi.1 W lipcu taką deklarację ogłosiła w Polsce redakcja TOK FM.2 Dosadniejsze określenia - zdaniem klimatycznych alarmistów - oddają faktyczny stan rzeczy. Zamiast o "zmianach klimatu" - apelują - mówmy o "katastrofie klimatycznej" lub "kryzysie czy załamaniu klimatycznym", zamiast "globalnego ocieplenia" używajmy terminu "globalne przegrzanie planety", zamiast o "degradacji środowiska" piszmy o jego "niszczeniu", zamiast o "ryzyku klimatycznym" o "groźbie czy zagrożeniu trwałego załamania klimatu". Zmiana języka wiąże się ze zmianą światopoglądową: aby działać na rzecz poprawy sytuacji klimatycznej, ludzie muszą rozumieć i godzić się na konieczność szybkiej, ogólnoświatowej dekarbonizacji gospodarki i poprawy bioróżnorodności. Odpowiedzialność za politykę komunikacyjną i zwiększanie świadomości społecznej w kwestii kryzysu klimatycznego coraz wyraźniej przejmują w Polsce miejskie instytucje kultury, teatry i muzea.3
W sezonie teatralnym 2019/2020 wyraźnie widać poszerzenie repertuaru o spektakle problematyzujące kryzys klimatyczny. Twórcy musieli odpowiedzieć sobie na pytania: jak budować dyskurs na temat ekologii i globalnego przegrzania planety? Jakiej terminologii użyć, aby mówić o wymieraniu gatunków, degradacji lądów oraz oceanów i mórz, ocieplającym się klimacie i ekstremalnych zjawiskach pogodowych oraz pogłębiających się problemach politycznych, takich jak wymuszone migracje klimatyczne, walka z niedożywieniem i brakiem wody. Jaki język jest najodpowiedniejszy: pedagogiczny, eschatologiczny, filozoficzny, socjologiczny, prawny, a może metaforyczno-obrazowy?
Wzrost zainteresowania teatru tematami dotyczącymi załamania klimatycznego i polityki zrównoważonego rozwoju widoczny jest na przykładzie przedstawień zgłoszonych do dwudziestego szóstego Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Gros przedstawień skoncentrowanych na tematyce ekologicznej skierowanych było do dzieci i młodzieży. Moją uwagę przykuły między innymi spektakle: Kosmici w reżyserii Jakuba Krofty na podstawie sztuki Marii Wojtyszko w Teatrze Miniatura w Gdańsku, Greta i ostatni wieloryb Karola Kalinowskiego, Doroty Kowalkowskiej i Macieja Podstawnego w reżyserii Macieja Podstawnego w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu, Smok! według tekstu i w reżyserii Jakuba Roszkowskiego w Teatrze Słowackiego w Krakowie, Chaos pierwszego poziomu według tekstu i w reżyserii Mateusza Pakuły w Narodowym Teatrze Starym w Krakowie, a wśród propozycji dla dorosłych - Dziewczynka z za/przyszłość boli tylko raz autorstwa i w reżyserii Mariusza Zaniewskiego w Teatrze Nowym w Poznaniu.
Zdaniem fizyka atmosfery profesora Szymona Malinowskiego zginie około osiemdziesięciu procent ludzkości4 na skutek wzrostu średniej temperatury Ziemi powyżej czterech stopni Celsjusza, co klimatolodzy prognozują do 2100 roku. Wizja świata w dwudziestym drugim wieku w spektaklu Kosmici jest jeszcze mniej optymistyczna. Na skutek katastrofy klimatycznej spowodowanej globalnym ociepleniem ludzie uciekają statkami kosmicznymi z planety, która "już nie nadaje się do życia"5. Twórcy uświadamiają dzieciom zagrożenia, jakie czekają ludzi, jeśli nie zmienią antropogenicznej polityki wobec Ziemi. To wizja przyszłości, w której w kosmosie nie ma żadnej możliwej do zamieszkania planety. Żywe istoty egzystują na stacjach i statkach kosmicznych. Ziemianie z przyszłości przestrzegają: "dziewięćdziesiąt procent [lądu] zalała słona woda, a reszta jest pustynią. Nie mamy co jeść i czym oddychać"; "I jest cholernie gorąco". W spektaklu Marii Wojtyszko i Jakuba Krofty ludzie przyznają się do winy za katastrofę klimatyczną i z pomocą nowo poznanych kosmitów (ważną kwestią jest szacunek dla różnorodności gatunkowej) podejmują działania ratowania domu. Misja zasiedlenia planety jednokomórkowymi organizmami, "które ustabilizują atmosferę i odbudują bioróżnorodność", udaje się. Jest to jednak połowiczne zwycięstwo: Ziemia będzie ponownie zamieszkana dopiero za kilka milionów lat. To sceniczna fantazja, ale zgodna z prognozami naukowców, że na skutek przegrzania Ziemia osiągnie śmiertelny dla ludzi i większości gatunków stan cieplarniany.
MARIA WOJTYSZKO KOSMICI, TEATR MINIATURA, GDAŃSK, 2019, REŻ. JAKUB KROFTA. FOT. PIOTR PĘDZISZEWSKI.
W gdańskim przedstawieniu kryzys klimatyczny jest bezdyskusyjnym faktem, wymuszającym opracowanie strategii adaptacji do zmian klimatycznych z jednoczesnym poszanowaniem różnorodności kultur, ludzi i gatunków. Z kolei w wałbrzyskiej baśni ekologicznej Greta i ostatni wieloryb twórcy propagują społeczne postawy - aktywizmu i interwencji. Zrealizowany w ramach Konkursu imienia Jana Dormana spektakl ma charakter wędrowny, grany jest nie na scenie, ale w wałbrzyskich szkołach, przy czym wędrówka - trasą szkolnych korytarzy, sal, szatni czy szkolnej kotłowni lub basenu - odbywa się także w ramach akcji scenicznej. Tytułowa bohaterka-księżniczka, inspirowana postacią szwedzkiej, nastoletniej aktywistki klimatycznej Grety Thunberg, próbuje ocalić świat i wyrusza na poszukiwanie Ostatniego Wieloryba, będącego Bogiem Oceanu.
Nieprzypadkowo główną bohaterką tekstu Karola Kalinowskiego, Doroty Kowalkowskiej i Macieja Podstawnego jest mała dziewczynka. Według raportu "The Lancet Countdown" z 2019 roku skutki załamania klimatycznego najbardziej dotkną kobiety i dzieci.6 To właśnie dzieci, nazywane "pokoleniem Grety", odpowiedziały na apel naukowców w sprawie konieczności gwałtownych zmian na rzecz ochrony klimatu - światowy ruch społeczny, Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, domaga się od polityków i wielkich korporacji działań powstrzymujących katastrofę klimatyczną. Warunkiem udziału w wałbrzyskim spektaklu, z wyraźnym pedagogicznym wydźwiękiem, także jest mobilizacja młodzieży. W poszukiwaniu wieloryba "wojowniczce-detektywce" Grecie pomaga Kapitan Dorsz, który do załogi werbuje uczniów i uczennice. W trakcie misji ratunkowej uczestnicy poznają negatywne skutki działalności człowieka - oddziałującej na całą biosferę. Twórcy zwracają uwagę przede wszystkim na wielkie wymieranie gatunków - żywych organizmów cierpiących w wyniku topnienia lodowców ("I nie ma już białych niedźwiedzi"), dryfujące po oceanie wyspy śmieci ("To folia. Foliowe worki. Tysiące. Dziesiątki tysięcy..."), doznających głodu spowodowanego degradacją ziemi i gwałtownymi zmianami pogody ("Te wszystkie śmieci, te susze... to wasza robota").
W zakończeniu bohaterowie odnajdują umierającego Boga Oceanu. Gigantyczny korpus zwierzęcia, zaprojektowany przez Martę Krześlak, znajduje się w pobliżu miejsca, z którego wyprawa wyruszyła. Za śmierć wieloryba, a także Królowej Pszczół i wszystkich boskich gatunków, odpowiada Alter-Greta. To ciemne wcielenie tytułowej bohaterki, które w poczuciu narcystycznej władzy nad planetą dopuszcza do ekologicznej katastrofy. W rozdarciu Grety na dwie postaci widzę rodzące się w człowieku w czasach kataklizmu klimatycznego poczucie nieodwracalnej straty7, o której mówi z przyszłości Stary Kapitan: "Kiedy byłem młody, kwiaty i drzewa rosły na wolnym powietrzu, było ich wszędzie pod dostatkiem, niebo było niebieskie, a nie czerwone, jak teraz, a w oceanach pływały miliony istot. Wszystko wydawało się takie niewyczerpane". Z tym poczuciem straty - podobnie jak z ciężarem indywidualnej odpowiedzialności za Ziemię - ludzie muszą się pogodzić.
Spektakl w reżyserii Macieja Podstawnego, którego założeniem jest wspólnotowe doświadczenie "podróży inicjacyjnej", oparte na współpracy (uczniowie między innymi przenoszą "statek" Kapitana i pomagają Żółwiowi Svante), skłania młodzież do budowania poczucia solidarności i indywidualnej odpowiedzialności za losy innych żywych stworzeń i Ziemi. Dlatego na pytania Alter-Grety: "Co jeden człowiek może zrobić w obronie całej planety?; Na świecie żyje prawie osiem miliardów ludzi i nikt nie ma planu. A ty jedna masz?", Greta odpowiada: "Tak! Weźmiesz się do tego ze mną?". Bohaterka nie podaje wprawdzie konkretnych rad, jak można zmniejszyć negatywny wpływ człowieka na klimat, ale zostawia uczniów z wiarą w gotowość ludzi do poświęceń wbrew ich naturze: "Jeśli wszystkiego, co muszę, nie zrobię. Jeśli nie zaprzeczę człowiekowi w sobie. Daję nam wszystkim przykazanie nowe. Posuń się, zrób miejsce dla rafy koralowej".
Kolejna baśń ekologiczna Smok!, zrealizowana w Teatrze Słowackiego w Krakowie, luźno oparta na krakowskich legendach, zwraca uwagę na temat dyskryminacji kobiet w zarządzaniu polityką klimatyczną. W 2018 roku Parlament Europejski uznał, że kobiety są "ważną siła? napędową zmian i dzięki pełnemu uczestnictwu mogą formułować i realizować skuteczne strategie klimatyczne lub rozwiązania w zakresie przystosowania do zmiany klimatu i łagodzenia jej skutków"8. Pogląd ten podziela Jakub Roszkowski, w którego spektaklu do walki ze skutkami katastrofy klimatycznej, symbolizowanymi przez pustoszącego kraj smoka, staje współczesna bohaterka - księżniczka Wanda. Na jej temat padają protekcjonalne komentarze: "Siedź cicho, kiedy mężczyźni radzą; Wracaj do siebie! Do książek! Do haftowania!; Smoka? Kobieta? I co jeszcze? Kobiety nie umieją strzelać z łuku". Ostatecznie to ona zabija potwora i jako nowa władczyni - patrząc z szerszej, ekologicznej perspektywy - przywraca w grodzie Kraka równowagę: "Puszcza zaczęła się odradzać. Ludzie na nowo nauczyli się żyć w harmonii z przyrodą, szanować ją. Zrozumieli, że są tylko częścią wielkiego świata Natury, i że dopóki nie będą na nowo próbować stawać się jej panami, to nowy smok nie nadleci".
W przeświadczeniu mieszkańców Krakowa smok jest karą zesłaną przez Żywię za ścięcie jej świętego gaju. W rozmowie z Wandą bogini wyjaśnia, że pojawienie się smoka nie jest ingerencją sił wyższych, ale naturalną konsekwencją działalności człowieka, skutkiem antropopresji ("w zestawieniu z waszą działalnością zionięcie smoka nie robi aż tak wielkiego wrażenia"). Ludzkość jest w krytycznym momencie, żeby wymienić tylko problemy, z którymi zmagają się mieszkańcy grodu przez złe zarządzanie Kraka i jego synów: pozbawieni drzew, stojący w obliczu suszy i widma głodu, zmagający się z wielkimi aberracjami pogodowymi, na przykład falami pożarów (jak w Biebrzańskim Parku Narodowym) czy suszą, skazani na klimatyczną emigrację. Twórcy na przykładzie pomieszanych ze sobą staropolskich legend i odniesień do popkulturowej współczesności (między innymi do filmów Gwiezdne wojny, Igrzyska śmierci, serialu Gra o tron) pokazują młodym widzom, jak ściśle zagrożenie klimatyczne wiąże się z prawami i wolnością człowieka, systemem kapitalistycznym i życiem społecznym.
KAROL KALINOWSKI "KAEREL", DOROTA KOWALKOWSKA, MACIEJ PODSTAWNY GRETA I OSTATNI WIELORYB, TEATR IM. SZANIAWSKIEGO, WAŁBRZYCH, 2019, REŻ. MACIEJ PODSTAWNY. FOT. MIESZKO STANISŁAWSKI.
JAKUB ROSZKOWSKI SMOK!, TEATR IM. SŁOWACKIEGO, KRAKÓW, 2019, REŻ. JAKUB ROSZKOWSKI. FOT. MICHAŁ RAMUS / TEATR IM. SŁOWACKIEGO W KRAKOWIE.
Krakowski spektakl zwraca także uwagę na wyzwania stojące przed ruchami aktywistycznymi, na których czele równoprawnie powinny stanąć kobiety. Wandzie w zabiciu smoka pomagają kucharka Lubawa i matka szewczyka Skuby-Dratewki. A Żywia przestrzega, że dla funkcjonowania planety najważniejszy jest balans ("Inaczej zabijesz smoka tylko po to, by sprowadzić kolejnego"), i by go osiągnąć, ludzkość musi wejść w zupełnie nowy reżym klimatyczny. Widzowie, otoczeni przez wyświetlane na balkonach i ścianach teatru projekcje, zostają skonfrontowani nie tylko z obrazami zionącego smoka, ale z widokiem pływających wysp plastików, samochodów i kominów emitujących gazy cieplarnianie, ścinanych lasów. I jak w finałowej piosence możemy gdybać: "Smok nie nadleci... Leci", albo jak kobieca bohaterka - wziąć sprawy w swoje ręce.
O naukowym, w tym klimatycznym, sceptycyzmie mowa w Chaosie pierwszego poziomu Mateusza Pakuły. W tym "naukowym spektaklu" dla młodzieży i dorosłych do głosu dochodzą płaskoziemcy, antyszczepionkowcy, sceptycy klimatyczni (czy posługując się dosadną terminologią: osoby negujące naukową wiedzę o klimacie), którzy podważają naukowy empiryzm, podstawowe fakty na temat antropocentrycznego globalnego przegrzania, propagujące kreacjonizm. Przesłanie spektaklu jest proste, wprost wyjaśnia je Głos Jana Peszka, przedstawiający się jako Krystyna Czubówna: "bardzo potrzeba nam nauki i rozumu, również, a może zwłaszcza, w przestrzeni sztuki". Trudno zaprzeczyć, że osoby o wysokiej wiedzy o ekologii i klimacie mają dużo większe poczucie sprawczości i aktywniej działają na rzecz poprawy klimatu.
W krakowskim spektaklu jedną z drugoplanowych postaci jest Ekoterrorystka z włosami upiętymi w dwa warkocze, inspirowana figurą i działalnością Grety Thunberg. Na scenę wchodzi cała wymalowana na czarno i oskarża Głos o odpowiedzialność za skażenie środowiska naturalnego, a ludziom grozi anihilacją ("Jeśli wyginie człowiek, natura się odrodzi. Może kiedyś wyewoluują jakieś lepsze istoty rozumne?"). Zdaniem Ekoterrorystki człowiek jako gatunek ma jako jedyny siłę sprawczą: przecież na wzrost przyrostu naturalnego ludzkości wpłynęła właśnie nauka ("statystyki sprzed stu lat - połowa ludzkich dzieci nie dożywa piątego roku życia. Uciekliśmy od tego [...] dzięki postępowi, w nauce, w medycynie"). Pakuła wprawdzie tego nie dopowiada, ale za tą ludzką sprawczością idzie także bezradność - dzisiaj nauka okazuje się bezsilna wobec światowej polityki. A przecież konsekwencje kryzysu klimatycznego odczują najbardziej właśnie niemowlęta i małe dzieci. To im w ciągu najbliższych dwudziestu-trzydziestu lat zagraża problem głodu i suszy, zatrute powietrze, udary słoneczne, infekcje układu oddechowego czy nowe, śmiertelne choroby zakaźne.
MATEUSZ PAKUŁA CHAOS PIERWSZEGO POZIOMU, NARODOWY STARY TEATR, KRAKÓW, 2019, REŻ. MATEUSZ PAKUŁA. FOT. ARCHIUWM NARODOWEGO STAREGO TEATRU.
Jak w przypadku każdego radykalizmu, ekologiczny terroryzm także wywołuje skrajne reakcje. Pakuła nie opowiada się po żadnej ze stron, ale w wyreżyserowanym przez niego spektaklu o ewolucji, którego bohaterami są Białka Motoryczne, Charles Darwin czy Komórka Jajowa - postaci utożsamiane raczej z kultowym serialem Było sobie życie niż z nastoletnią ikoną walki z kryzysem klimatycznym, monolog Ekoterrorystki wywołuje pobłażliwe rozbawienie. Kłopot leży w tym, że padające ze sceny słowa - zbyt ogólnikowe i emocjonalne - nie składają się na racjonalną, wyważoną wypowiedź. W krakowskim przedstawieniu zaprzepaszczono możliwość zmiany retoryki informowania o planetarnym kryzysie środowiskowym. Wywołuje to przeciwny efekt: zaprzeczenie lub - także w zestawieniu z radykalnymi aktywistami - popadnięcie w marazm.
Krytyczna refleksja na temat klimatu pojawia się także w spektaklach niepodejmujących wprost kwestii ekologicznych. W przedstawieniu 20 lexusów na czwartek warszawskiego Teatru Potem-o-tem mowa o "powrocie #MięsoSzmatoŻerców". Z kolei w spektaklu Roszkowskiego ludzie porównani są do zjadających mięso smoków, tylko że są bardziej od nich krwiożerczy. Problem wzrostu produkcji mięsa na osobę i hodowanego na mięso bydła to jeden z ważniejszych tematów poruszanych przez aktywistów klimatycznych. Zdaniem niektórych masowe przejście ludzi na dietę wegańską to najbardziej skuteczne indywidualne rozwiązanie dla poprawy klimatu na skalę globalną9. Do kolejnych z ekologicznych wyzwań należy zmniejszenie zużycia tworzyw sztucznych. O Wielkiej Pacyficznej Plamie Śmieci przypomina scenografia Smutków tropików Mateusza Pakuły w reżyserii Katarzyny Łęckiej w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Bohaterowie, żyjący w świecie po katastrofie ekologicznej, znajdują schronienie w hangarze przywalonym tonami plastikowych śmieci. Prosty, plastyczny zabieg scenografa Pawła Dobrzyckiego uświadamia, że za trzydzieści lat tak może wyglądać codzienny krajobraz na Ziemi, a ludzkość będzie się mierzyć z nieodwracalnymi skutkami trwałego załamania klimatu.
"Kryzys" w odniesieniu do światowego stanu środowiska i bezpieczeństwa klimatycznego oznacza także indywidualny stan psychiczny będący reakcją na następującą katastrofę. To uczucie wprowadza otępienie i marazm zamiast motywować do działania10. Owego ludzkiego nihilizmu świadomi są twórcy spektaklu Mojżesz w reżyserii Tomasza Węgorzewskiego we wrocławskim Teatrze Polskim w Podziemiu. Bohaterowie dramatu Magdy Kupryjanowicz dyskutują o przełamaniu się do wspólnotowego działania, winą za antropocen obarczając aroganckich, bogatych, białych mężczyzn. Ważna jest tu "kobieca perspektywa" przełożona na etykę troski i planetarnej odpowiedzialności, w której nie ma przyzwolenia dla "białasów" pławiących "się w apokaliptycznym lamencie". W nowej, odpowiedzialnej rzeczywistości proponowanej w lirycznym i gęstym od filozoficznych uwag tekście "zmiana zaczyna się tu i teraz".
MARCIN ZBYSZYŃSKI 20 LEXUSÓW NA CZWARTEK, POTEM-O-TEM, TEATR WARSAWY, WARSZAWA 2019, REŻ. MARCIN ZBYSZYŃSKI. FOT. ARCHIWUM POTEM-O-TEM.
MAGDA KUPRYJANOWICZ MOJŻESZ, TEATR POLSKI W PODZIEMIU, WROCŁAW, 2019, REŻ. TOMASZ WĘGORZEWSKI. FOT. NATALIA KABANOW.
Organizacja Narodów Zjednoczonych ustanowiła lata 2021-2030 dekadą przywrócenia ekosystemów. Ze sceptycyzmem patrzą na to twórcy spektaklu Dziewczynka z za/przyszłość boli tylko raz w reżyserii Mariusza Zaniewskiego w Teatrze Nowym w Poznaniu. W ciągu kilku lat powinniśmy zapewnić zrównoważone zarządzanie i efektywne zużycie zasobów naturalnych, co nie udaje się w wyniku polityki osób uprzywilejowanych, czerpiących zyski z wydobycia paliw kopalnych, wzbogacających się na niemalejącej produkcji i konsumpcji, wyzyskujących robotników z krajów rozwijających się. Oni wszyscy reprezentowani są w spektaklu przez Sierżanta Świnię vel 1% populacji. Oparty na nierównościach i dyskryminacji, zmaskulinizowany system kapitalistyczny napędza katastrofę klimatyczną. Zaniewski mówi wprost: "Dwudziesty pierwszy wiek jeszcze się nie rozpoczął - żyjemy wciąż mentalnością dwudziestego stulecia, wierząc w [...] energię kopalnych paliw, praktyczność plastikowych opakowań, archaiczny model edukacji i zatrudnienia".
Zagładę ludzkości wskutek antropocentrycznej polityki próbuje powstrzymać troje nastolatków: prostytutka DzzZa/Dziewczynka z Zapałkami, Palestyńczyk Ikebab, sprzedany przez rodzinę do ciężkiej pracy w fabryce dywanów, i Królewicz-samobójca, buntujący się przeciwko ojcu-paliwowemu potentatowi. W wyniku społecznej obojętności młodzi bohaterowie tragicznie giną i trafiają do nieba. Bóg - trochę z nudów, trochę w imię boskiego miłosierdzia - w obliczu kryzysu klimatycznego zstępuje razem z bohaterami na Ziemię. Proponuje przeprowadzić symulacje kilku scenariuszy zachowań ludzkości w wyniku katastrofy - od wizji przetrwania tylko najbogatszych, którzy opuszczają planetę, po masową zagładę ludzkości i odrodzenie Ziemi za sprawą ewolucji nowych, często fantastycznych gatunków stworzeń. Cudownym rozwiązaniem kwestii globalnego przegrzania miałaby być "mityczna dźwignia autorefleksji i świadomości konsekwencji". Ale po jej wciśnięciu ludzie, tak długo negujący naukową wiedzę o skutkach kataklizmu klimatycznego, popadają w jeszcze głębszy, charakterystyczny dla antropocenu marazm, a nawet szaleństwo. Spektakl celnie punktuje też inną antropoceniczną cechę epoki, w której żyjemy - wokoło nie ma już dzikiej natury, prawie wszystko zostało przez człowieka przekształcone. Symbolem tego jest drzewko bonsai, które jeden z bohaterów zabiera ze sobą na statek kosmiczny przed opuszczeniem Ziemi.
Kiedy DzzZa i Królewicz śpiewają: "Zabierz swoją torbę na zakupy. / Nie używaj samochodu pieszo rusz. / Pytaj skąd pochodzą twe produkty. / Czytaj skład jak muzyk nuty. / Nie jedz mięsa więcej już", trudno się z nimi nie zgodzić. Twórcy w niepozbawiony ironii sposób apelują, że w obliczu trwałego załamania klimatu nawet małe, jednostkowe wybory są ważne, chociaż musimy podjąć się globalnych zmian systemowych. Indywidualne działania są dzisiaj niewystarczające, należy zmusić do odpowiedzialności rządy i wielkie korporacje oraz pogodzić się z myślą, że zmiana dotyczy nie tylko systemu gospodarczego, ale także naszego stylu życia. Wprawdzie w tekście Zaniewskiego przebrzmiewa oskarżycielski ton, ale kontrapunktem są dla niego musicalowa konwencja, stosowanie biblijnej eschatologii i nawiązania do popkultury. Przedstawienie aspiruje do stania się platformą kompleksowej wiedzy o kryzysie klimatycznym. W zderzeniu z teatralną praktyką gęsty tekst Zaniewskiego traci na nośności - przytłacza liczbą tematów i ogólnikowością rozwiązań. Pozytywnym przesłaniem jest natomiast rozbudzenie wspólnotowej odpowiedzialności w młodych bohaterach - mimo dzielących ich światopoglądów, płci, rasy, wyznania i pozycji ekonomicznej.
Spektakle, zakwalifikowane do dwudziestego szóstego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej, daleko wychodzą poza wstępne diagnozy na temat ekologii i mogą być przyczynkiem do dalszej, merytorycznej dyskusji - jak podczas warsztatów po spektaklu Greta i ostatni wieloryb. To, co mnie w nich poruszyło, to dogłębna tęsknota bohaterów za światem, który dla nas, widzów, jest jeszcze teraźniejszością, a który dla nich jest już niedostępny. Nie ma jednego skutecznego języka, pozwalającego na budowanie świadomości i odpowiedzialności ekologicznej oraz kształtowanie opinii na temat polityki klimatycznej. Umożliwia to rzetelna wiedza naukowa. Rola wymiaru edukacyjnego - przede wszystkim omawianych przedstawień dla dzieci i młodzieży - jest o tyle istotna, że w polskich szkołach nadal nie mamy programu zajęć na temat zmian klimatycznych i przeciwdziałania ich skutkom.11 Język teatru pozwala na coś jeszcze - na doświadczenie przez widzów ich sprawczości jako planetarnej wspólnoty przeciwdziałającej zbliżającej się katastrofie. Dlatego w tym sezonie zabrakło mi inscenizacji opartych na żywym kontakcie z publicznością.
MARIUSZ ZANIEWSKI DZIEWCZYNKA Z ZA/PRZYSZŁOŚĆ BOLI TYLKO RAZ, TEATR NOWY, POZNAŃ, 2019, REŻ. MARIUSZ ZANIEWSKI. FOT. WIKTOR NAPIERAŁA.
Same teatry zaczynają z powodzeniem pełnić misję upowszechniania wiedzy o kryzysie klimatycznym (oby w sposób ciągły, nie ograniczając się do pojedynczych propozycji repertuarowych), co niestety nie zawsze wiąże się z inicjowaniem ekologicznych rozwiązań w działalności samej instytucji. Na tle wymienionych w tekście ze swoim zrównoważonym programem wyróżnia się Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu, w którym w zeszłym sezonie w trzech premierowych spektaklach wykorzystano tę samą scenografię modułową Karoliny Mazur, pozwalającą na postawienie jej w różnych konfiguracjach. Teatr otworzył także na swoim dachu miejską pasiekę, tak zwane Ule Szaniawskiego, szerząc wiedzę o tym, że od ochrony pszczelich zapylaczy zależy ziemska bioróżnorodność.
?
W związku z panującą w Polsce pandemią koronawirusa COVID-19 teatry musiały wstrzymać działalność sceniczną od 11 marca do 5 czerwca 2020, czego ekonomiczne, artystyczne i ogólnoludzkie skutki do dzisiaj odczuwalne są głęboko zarówno przez instytucje, jak i artystów, i widzów. Pandemia wpłynęła także na przebieg dwudziestego szóstego Konkursu: członkowie Komisji nie obejrzeli dziewiętnastu spektakli ze stu trzynastu przyjętych12, a finałowy etap tegorocznej edycji rozpocznie się z kilkumiesięcznym opóźnieniem - dopiero jesienią 2020. Warto w tym kontekście pamiętać, że koronawirus COVID-19 jest jednym z przejawów katastrofy klimatycznej.
1 Why the Guardian is changing the language it uses about the environment, "The Guardian", z 17 maja 2019.
2 Podobny stosunek do języka deklarują dziennikarze m.in. Radia Nowy Świat, "Gazety Wyborczej", "Krytyki Politycznej" czy "Nowego Obywatela", por. Nadchodzi katastrofa klimatyczna. Dlatego będziemy nazywać rzeczy po imieniu, TOK FM, z 26 lipca 2019, www.tokfm.pl.
3 Prężnie działa otwarta grupa robocza "Muzea dla klimatu" prowadząca cykl spotkań o tym samym tytule, dotyczących wyzwań stojących przed instytucjami kultury wobec zmian klimatycznych.
4 35 stopni w cieniu. Na razie jest super, nie? Ale niebawem wyginiemy, z Szymonem Malinowskim rozmawiał Tomasz Kwaśniewski, "Gazeta Wyborcza. Duży Format", z 10 listopada 2018.
5 Wszystkie cytaty pochodzą z dramatów dołączonych w zgłoszeniach do Konkursu.
6 "Jeśli urodzone dziś dziecko jest dziewczynką, niepowstrzymanie kryzysu klimatycznego szczególnie narazi ją - już jako dorosłą kobietę - na skutki ekstremalnych zjawisk pogodowych, ponieważ to kobiety zwykle cierpią najbardziej na skutek powodzi czy huraganów" - m.in. piszą autorzy raportu. Oraz: "Urodzone dziś dziecko doświadczy świata o ponad 4°C cieplejszego niż średnia z okresu przedindustrialnego, a zmiany klimatu wpłyną na zdrowie ludzkie od niemowlęctwa i młodości po dorosłość i starość. Zmiana klimatu najbardziej dotyka właśnie dzieci". Za: Wojciech Kość "The Lancet": Kryzys klimatyczny najbardziej dotyka dzieci, Oko.press, z 14 listopada 2019, https://oko.press.
7 Więcej o pojęciu punktu bez odwrotu czy niepowetowanej straty pisze Ewa Bińczyk w książce Epoka człowieka. Retoryka i marazm antropocenu, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2018.
8 Rezolucja Parlamentu Europejskiego z dnia 16 stycznia 2018 r. w sprawie kobiet, równouprawnienia płci i sprawiedliwości klimatycznej, baza EUR-Lex, https://eur-lex.europa.eu.
9 Jak podaje Janusz Mizerny, gdyby połowa ludzkości została weganami, to razem ze zmniejszeniem wylesienia pod nowe pastwiska i uprawy roślin pastewnych do połowy dwudziestego pierwszego wieku ograniczyłoby to emisję dwutlenku węgla aż o 66 Gt, za: Janusz Mizerny 10 najlepszych rozwiązań dla poprawy klimatu, GreenProjects.pl, z 13 listopada 2018.
10 Por. Bożena Gulla, Kinga Tucholska, Agnieszka Ziernicka-Wojtaszek Psychologia kryzysu klimatycznego, Uniwersytet Jagielloński, Biblioteka Jagiellońska, Kraków 2020.
11 Dotychczas efektem apeli Rzecznika Praw Obywatelskich i Młodzieżowego Strajku Klimatycznego decyzją Ministra Edukacji Narodowej od 1 września 2020 na lekcjach wychowawczych w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych będzie realizowany program z zakresu nauki o zdrowiu, ochronie klimatu i ekonomii, za: Rozporządzenie Ministra Edukacji Narodowej z dnia 3 czerwca 2020 r. zmieniające rozporządzenie w sprawie ramowych planów nauczania dla publicznych szkół, http://dziennikustaw.gov.pl/DU/2020/1008.
12 Spektakle te będą miały prawo zgłoszenia się do następnej, dwudziestej siódmej edycji Konkursu bez konieczności weryfikacji merytorycznej, za: http://sztukawspolczesna.org. Kryzysowi klimatycznemu i wyginięciu gatunków zwierząt poświęcony jest spektakl Historia naturalna, czyli o przedziwnych żyjątkach Huberta Sulimy w reżyserii Jędrzeja Piaskowskiego z Teatru Andersena, którego Komisja nie miała możliwości ocenić w sezonie 2019/2020.
FelietonUstanowienia
Moda na sukces?- PIOTR MORAWSKI -
Obrazy są najmocniejszą i jednocześnie najsłabszą stroną Nad Niemnem, spektaklu wyreżyserowanego w lubelskim Teatrze im. Osterwy przez Jędrzeja Piaskowskiego. Scenografia Anny Met i światła Pauliny Góral olśniewają, zwłaszcza gdy w górę idzie sztankiet ze ścianą ziemiańskiego dworku, otwierając perspektywę na połyskującą brokatem wieś i jej pięknych mieszkańców. Obrazy jednak same nie mówią. Być może czegoś od nas chcą, jednak - pozostawione bez kontekstu - skazują na bierny odbiór. Niewykluczone zresztą, że taki był zamiar Piaskowskiego i, pracującego z nim jako dramaturg, Huberta Sulimy, którzy spektaklowi dali podtytuł Obrazy z czasów pozytywizmu. No właśnie: obrazy.
Obrazy, owszem, mogą mieć siłę wywrotową - budzić opór, oburzenie, a nawet wstręt. Przykładów skandalizujących obrazów historia sztuki zna przecież sporo. Lecz twórcom lubelskiego przedstawienia nie o takie obrazy przecież chodzi. Wprost mówią, że na kanwie powieści Orzeszkowej chcą snuć "marzenia o nowej wspólnocie społecznej". W autorce Nad Niemnem widzą patronkę zjednoczenia "pod jednym sztandarem Polaków różnych pokoleń, poglądów i klas". Siłą rzeczy pokazywane w spektaklu obrazy nadniemeńskiej wsi nie powinny wywoływać brzydkich uczuć. A więc jakie?
Najprostszą ucieczką od brzydkich uczuć jest estetyzacja. Mamy więc na scenie piękne chłopstwo, które nawet nie jest chłopstwem, bo Bohatyrowicze to przecież szlachta, choć żyjąca jak chłopi - jak chłopi czysto i pięknie kochają, pięknie pracują i pięknie przy tym śpiewają. To konwencja znana jeszcze z oświeceniowego teatru, w którym tak właśnie pokazywano tych, którym - sami oglądający - odmawiali praw publicznych. To nie przypadek, że masowo eksploatowanym tematem teatru z udziałem mieszkańców wsi było wesele, jak choćby w Krakowiakach i Góralach. Ambiwalencja tego projektu estetyzującego jest uderzająca i nie chodzi już nawet o realia historyczne. Chodzi, jak zawsze, o współczesność.
Bo czym ma być ten spektakl? W zjednoczeniową i wspólnototwórczą siłę pięknych obrazów nie wierzę - można się, owszem, na chwilę zachwycić. Można wpaść w drzemkę, trans, sen czy fantazjować o jedności w społeczeństwie. Można, tylko co z tego wynika? Nie potrafię pozbyć się brzydkiego uczucia, że jednak chodzi tu o alibi.
Wcześniejszy spektakl zrealizowany przez Piaskowskiego i Sulimę w Teatrze im. Osterwy, Trzy siostry (2018), także operował obrazami prowincji. Wizualnie oba przedstawienia są jakoś do siebie podobne, choć w Trzech siostrach jest zdecydowanie więcej przegięcia. Kostiumy - wtedy robiła je Hanka Podraza, teraz Anna Met - cytowały dziewiętnastowieczną modę. Trzy siostry były jednak ciekawą i błyskotliwą grą z konwencją, przewrotną kpiną z klasyki: Jolanta Rychłowska od początku komentowała z drwiną inscenizację, mówiąc o scenografii oddającej atmosferę carskiej Rosji czy o wyrazistym aktorstwie w granym właśnie przedstawieniu. Tego nerwu w Nad Niemnem nie ma, by nie powiedzieć, że nie ma tam żadnego nerwu.
Całkiem inne są przedstawienia, które Piaskowski reżyserował w warszawskich teatrach - Jezusa (2019) w Nowym, Dawid jedzie do Izraela w TR Warszawa (2018 - koprodukcja z Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN) czy Wierę Gran w Teatrze Żydowskim (2017). Wtedy reżyser pozwalał sobie na więcej i w języku teatralnym, i w wytwarzanych sensach. A jeszcze wcześniej - w Puppenhausie (TR Warszawa, 2017) - na jeszcze więcej. I choć to po tym ostatnim spektaklu zrobiło się o reżyserze głośno, zdecydował się on na zmianę kursu - na bardziej zachowawczy.
Czyżby to zróżnicowanie środków świadczyło o - jednak imponującej - umiejętności wyczucia potrzeb widowni różnych teatrów i wstrzelenia się w rozmaite estetyki, które mają wzięcie w tych teatrach? Może. Może jednak też świadczyć o projektowaniu tychże potrzeb, co - zwłaszcza w przypadku Lublina - wygląda dość protekcjonalnie: sceniczna Justyna Orzelska byłaby alter ego reżysera, który jako przedstawiciel grupy uprzywilejowanej przybywa na prowincję, by się fraternizować, a jednocześnie nauczać.
Nad Niemnem to spektakl bardzo efektowny - prawdziwe widowisko teatralne z ogromną obsadą, trwające przeszło trzy godziny. Znajdzie się pewnie w programach festiwali, jeśli jeszcze jakieś festiwale w ogóle będą. Pewnie też dopisze lubelska publiczność, bo - inaczej niż Trzy siostry, z których na Boskiej Komedii ludzie wychodzili całymi rzędami, gdyż przedstawienie najwyraźniej nie spełniało oczekiwań (festiwalowej!) widowni przybyłej na Czechowa - Nad Niemnem doskonale wpisuje się w wyobrażenia o klasyce w nowoczesnym wydaniu.
Być może to kolejny eksperyment - wprawka z klasycznie zrobionej klasyki. A być może prosty przepis na sukces, który reżyser niewątpliwie osiągnął i będzie się teraz umacniał na pozycjach coraz bardziej mistrzowskich. To jest zawsze stawka w polskim teatrze, w którym dominującą ideologią nie są żadne lewackie perwersje, lecz po prostu sukces. A pozycja mistrzowska zawsze służy, jak wiadomo, oswajaniu tych, którzy mogą wywoływać brzydkie uczucia - Krystian Lupa także o tym zrobił Wycinkę.
Puentę tej historii dopisali urzędnicy - ostatni spektakl, który powstał w Teatrze im. Osterwy za dyrekcji Doroty Ignatjew, w repertuarze zapewne chętnie powita Redbad Klynstra.