Diakon kontra King Kong - James McBride

Kup ebooka

39.99 zł
21.99 zł (30,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

9

BRUD

Dwaj policjanci w mundurach przybyli na próbę chóru kościoła baptystów Pięć Końców pięć minut po tym, jak zaczęła się awantura między Kuzynkami. Choć tak naprawdę zaczęła się ona dwadzieścia trzy lata wcześniej. Tak długo już Nanette kłóciła się z kuzynką Sweet Corn.

Siostra Gee, wysoka urodziwa czterdziestoośmiolatka, siedziała w ławce dla chóru, ze wzrokiem wbitym w kolana, przewracając w dłoni klucze od domu, kiedy Kuzynki opluwały się jadem.

- Boże drogi - mruknęła, gdy wciąż na siebie syczały - powściągnij te oślice, proszę.

Jakby w odpowiedzi na te modły, otworzyły się tylne drzwi kościoła i ciasnym przedsionkiem weszli do wnętrza dwaj biali policjanci, kierując się ku prezbiterium. Ich błyszczące odznaki i mosiężne guziki lśniły w świetle gołej żarówki. Klucze w pękach pobrzmiewały im przy pasach niczym drobne dzwoneczki, kiedy maszerowali wysypanym drobnymi trocinami przejściem między ławkami, a skórzane kabury klepały ich po udach. Zatrzymali się, gdy dotarli przed ołtarz, i stanęli wobec chóru, pięciu kobiet i dwóch mężczyzn, którzy zapatrzyli się na nich, z wyjątkiem Pulchnej Łapki, syna Kurtałki, siedzącego na końcu ławki dla chóru i kryjącego niewidzące oczy pod ciemnymi okularami.

- Kto tu dyryguje? - zapytał jeden z gliniarzy.

Siedząca w pierwszym rzędzie siostra Gee otaksowała go wzrokiem. Młody, nerwowy, chudy. Za nim stanął ten drugi, starszy, postawny, szeroki w barach, z kurzymi łapkami przy niebieskich oczach. Zauważyła, jak ten starszy szybko omiótł wzrokiem nawę. Miała wrażenie, że już kiedyś go widziała. Tamten odsłonił głowę i odezwał się niegłośno, z irlandzkim akcentem, do swojego towarzysza.

- Mitch, zdejm czapkę.

Młody zastosował się do sugestii, po czym powtórzył pytanie:

- Kto tu jest szefem?

Siostra Gee poczuła, że zwróciły się ku niej oczy całego chóru.

- W tym kościele najpierw się człowiek przedstawia - powiedziała - a potem mówi, z czym przyszedł.

Młody podniósł rękę, a w niej złożoną niebieską kartkę.

- Jestem posterunkowy Dunne. Mamy tu nakaz aresztowania Theloniusa Ellisa.

- Kogo?

- Theloniusa Ellisa.

- Tu takiego nie ma - stwierdziła siostra Gee.

- Zna go kto? - Młody gliniarz zwrócił się do chóru za plecami siostry Gee. - Mamy tu nakaz.

- A co oni wiedzą o nakazach - powiedziała siostra Gee.

- Psze pani, ja z panią nie rozmawiam. Do nich teraz mówię.

- Coś mi się widzi, panie posterunkowy, że jakoś sam pan nie wie, z kim by chciał gadać. Najpierw pan wchodzi i pyta, kto tu szefuje, no to mówię. A wtedy, zamiast ze mną rozmawiać, to się pan obkręca i z nimi gada. No to z kim pan przyszedł mówić, ze mną czy z nimi? A może tak tylko się wpadło, ponadawać ogłoszenia?

Zza pleców młodego odezwał się ten starszy gliniarz:

- Ej, Mitch, idź sprawdź, co się dzieje na zewnątrz, dobra?

- Już sprawdzaliśmy, Karl.

- To sprawdź, czy dobrze sprawdziłeś.

Młody obrócił się na pięcie, zgrabnie wsunął niebieski druk w nadstawioną dłoń Karla i zniknął za drzwiami przedsionka.

Karl odczekał, aż zamkną się drzwi wejściowe kościoła, i zwrócił się do siostry Gee z pokorną miną.

- Ta dzisiejsza młodzież.

- Oj, wiem.

- Jestem sierżant Mullen z Siedemdziesiątego Szóstego. Mówią na mnie sierżant Karl.

- Jeśli wolno spytać, panie sierżancie, ten Karl to co to w ogóle jest za przydomek?

- Lepszy niż Karmel.

Siostra Gee parsknęła śmiechem. Było w tym policjancie coś, co migotało, coś ciepłego, co się kotłowało i kłębiło jak roziskrzona chmurka dymu.

- Ja jestem siostra Gee. A pan, panie sierżancie, ma jakieś prawdziwe imię?

- Niewarte używania. Ma być Karl.

- To co się stało, jak tak pana nazwali, że tak wyszło? Kogoś głowa bolała, kogoś ręka swędziała, kogoś w kolanie kręciło, co to się porobiło?

- Raz, jak byłem mały chłopak, to zrobiłem straszną ambę fatimę z kartoflami, no i tak mnie babcia przezwała.

- Co to jest amba fatima?

- Katastrofa.

- No to i przezwisko katastrofalne.

- Czyli można żartować z nazwisk, tak? Mówi pani, siostra Gee? Będę stąd zwiewał w podskokach, jeśli się okaże, że ma pani na imię Fee.

Siostra Gee usłyszała czyjś chichot z chóru za swoimi plecami, poczuła, że sama musi hamować się od uśmiechu. Nic nie mogła na to poradzić. Ten mężczyzna miał w sobie coś takiego, że robiło się jej lekko na duchu.

- Ja to już pana gdzieś widziałam, panie sierżancie Karl.

- Samo Karl wystarczy. Może faktycznie mnie siostra gdzieś tu widziała. Za dzieciaka mieszkałem cztery przecznice stąd. Ale to dawno temu. A na Cause robiłem w dochodzeniach.

- Może tak... może to wtedy pana widziałam.

- Ale to było dwadzieścia lat temu.

- Ja tu już byłam dwadzieścia lat temu - odparła z namysłem. Potarła policzek, zapatrzyła się na Karla przez, jak mu się wydawało, dłuższy czas i nagle w jej oczach mignęły iskierki, a wargi rozciągnęły się w kpiarskim uśmiechu. Ten uśmiech odsłonił surową, naturalną urodę, która uderzyła Karla z zaskoczenia. Pomyślał sobie, że ta kobieta to jedna wielka dobra wiadomość.

- Już wiem - powiedziała. - Na Dziewiątej Ulicy, koło parku. W tym tam starym barze. Tym irlandzkim. U Rattigana. To tam pana widziałam.

Karl spiekł raka. Kilka osób z chóru uśmiechnęło się, a Kuzynki wręcz wyszczerzyły zęby.

- A zdarzało mi się tam przeprowadzać czasem spotkania w interesach - rzucił swobodnie, odzyskując kontenans. - A jeśli wolno spytać, to pani też była tam w takiej sprawie? W tym samym czasie? Kiedy mnie pani tam widziała?

- Ojezu! - Ktoś z chóru parsknął zduszonym śmiechem. Dwa słowa, sklejone jak dwie monety: ojezu! Sytuacja zrobiła się smakowita. Cały chór się chichrał. Teraz dla odmiany to siostra Gee się zarumieniła.

- Ja tam po barach nie chodzę - wyjaśniła pospiesznie. - Ja pracę mam zaraz przez ulicę od Rattigana.

- Pracę?

- Służbę w domu. Sprzątam tam tę dużą kamienicę. Czternaście lat już sprzątam u tej rodziny. Jakbym miała pięć centów od każdej butelki, co je zgarniam z krawężnika przed barem co poniedziałek, toby mi się uskładało, że hej.

- Ja swoich z baru nie wynoszę - rzucił Karl, bez podtekstów.

- Mnie tam nie wadzi, gdzie pan butelki stawiasz - odparła. - Moja praca to sprzątanie. Nieważne, co sprzątam. Brudy to brudy, gdzie by nie były.

- Są takie brudy, które trudniej doczyścić. - Pokiwał głową.

- No, to już zależy - odparła.

Zdawało się, że z pomieszczenia ulatnia się przyjazna atmosfera, w jej miejsce, poczuł Karl, wchodził pewien opór. Oboje to odczuli. Karl zerknął na chórzystki.

- Mógłbym prosić o słówko na osobności?

- Naturalnie.

- Może w piwnicy?

- Tam to za zimno - odparła siostra Gee. - Ale ćwiczyć tam na dole mogą. Pianino jest.

Chórzystki z ulgą wstały szybko i skierowały się ku drzwiom do westybulu. Gdy Nanette przechodziła obok, siostra Gee złapała ją za nadgarstek i rzuciła półgłosem:

- Weźcie też Pulchną Łapkę.

Powiedziała to zupełnie bez nacisku, ale Karl zauważył, jakie spojrzenia wymieniły. Zdecydowanie coś tu było na rzeczy.

Gdy już zamknęły się drzwi, siostra Gee obróciła się ku niemu.

- To o czym myśmy tu rozmawiali?

- O brudzie - odparł.

- A, tak. - Usiadła z powrotem.

Teraz zobaczył, że nie była po prostu ładna, miała w sobie ciche, kumulujące się piękno. Wysoka, w średnim wieku, o rysach nietkniętych surowością właściwą tym ludziom pobożnym, którzy widzieli już zbyt wiele, ale poza modlitwą niewiele z tym zrobili. Ona miała twarz stanowczą, zdecydowaną, cerę gładką, w odcieniu mlecznej czekolady, gęste, równo rozczesane włosy z akcentami siwizny. Smukłą, dumnie wyprostowaną sylwetkę okrywała prosta sukienka w kwiatowy deseń. Siostra Gee siedziała w ławce z uniesioną głową, w pozie godnej wyprężonej baletnicy, choć szczupłe łokcie przewiesiła przez oparcie przed sobą, leniwie kołysząc kluczami w jednej dłoni i popatrując na białego policjanta - tak swobodna, tak pewna siebie, że wręcz nieco zbijało go to z pantałyku. Po niedługiej chwili odchyliła się, jedno smukłe, brązowe ramię wyciągnęła na oparciu ławki, oszczędnym, gibkim ruchem. Karl pomyślał, że poruszała się niczym gazela. Nagle zdał sobie sprawę, że klarowne składanie myśli zaczęło nastręczać mu trudności.

- Mówi pan, że niektóre rodzaje brudu trudniej doczyścić - zaczęła. - No, panie sierżancie, taką mam właśnie pracę. Ja jestem sprzątaczka. Robię przy brudach. Cały Boży dzień ganiam za brudem. A brud mnie nie lubi. Nie siedzi sobie i nie woła: "Tu się chowam. Chodź mie znajdź!". Muszę się zapuszczać w zakamarki, żeby jego znaleźć i doczyścić. Ale ja go nie nienawidzę, że jest brudny. Nie da się nienawidzić czegoś, bo jest, jakie jest. Żeby nie brud, tobym nie była taka, jaka jestem. Kiedy się staram, żeby go usunąć, dla kogoś świat staje się dzięki mnie troszkę lepszy. I z panem to samo. Ci, co ich pan szuka, zbóje i w ogóle, to żaden nie powie: "Tu jestem. Zwińcie mnie". Najczęściej trzeba się ich naszukać, skądś jakoś wydłubać. I dzięki panu robi się sprawiedliwość i dla kogoś świat jest troszkę lepszy. W pewnym sensie i pan, i ja robimy przy tym samym. Sprzątamy brudy. Sprzątamy po innych ludziach. Zbieramy cudze śmieci, choć to pewnie trochę nie tak, żeby kogoś, kto żyje nie tak, jak trzeba, nazywać problemem, śmieciem... brudem.

Karl złapał się na tym, że się uśmiecha.

- Pani to powinna być adwokatka - powiedział.

Siostra Gee zmarszczyła czoło, spojrzała podejrzliwie.

- Sobie pan ze mnie śmieszki robi.

- Nie. - Roześmiał się w głos.

- Przecież chyba widać po tym, jak mówię, że ja nie z książek uczona. Ja jestem kobieta ze wsi. Choć chciałam do szkół iść, czegoś się uczyć - dodała z nutką żalu. - Ale to było dawno temu. Kiedy jeszcze byłam dzieciak, w Północnej Karolinie. Był pan kiedy na Południu?

- Nie, psze pani.

- A skąd pan jest?

- Już mówiłem. Tutejszy. Z tej dzielnicy. Silver Street.

- No proszę. - Pokiwała głową.

- Ale moja rodzina to przybysze z Irlandii.

- To taka wyspa, prawda?

- To miejsce, gdzie człowiek może przystanąć i podumać. W każdym razie ten, co ma mózg.

Roześmiała się, a wtedy Karl poczuł się tak, jakby właśnie zobaczył budzącą się do życia ciemną, milczącą górę, rozświetloną nagle setką ogników z okien starodawnej wioszczyny, która od stu lat przycupnęła na stoku, a teraz pojawiła się znienacka, rozjaśniona z każdego okna. Wszystkie rysy twarzy siostry Gee promieniały. Uświadomił sobie, że pragnie zwierzyć się jej ze wszystkich smutków, których kiedykolwiek zaznał, włącznie z wiedzą, że Irlandia z broszur wycieczkowych to nie jest Irlandia, że jeszcze kiedy osiągnie dorosłość, wciąż będzie czuł targającą sercem galopadę w tętnicach na wspomnienie tego, jak szli po Silver Street z babcią, emigrantką z Zielonej Wyspy, która ściskała w dłoni ostatnie pięć centów i przygryzając wargę, nuciła smętną piosenkę z dzieciństwa o biedzie, o nędzy, o wędrówkach po irlandzkich wioskach w poszukiwaniu dachu nad głową i posiłku:

Traw szumią nad nimi fale,

Snem lekkim zasnęli na wieki,

Skończyły się łowy, nie zimno im wcale,

I głód także stał się daleki...

Zamiast tego powiedział tylko:

- Nie było tak znowu przyjemnie.

Zachichotała niezręcznie, zaskoczona jego reakcją, i zobaczyła, że się zarumienił. Nagle poczuła trzepot w sercu. W salce zapadło naelektryzowane milczenie. Oboje to zauważyli, czuli, że są raptownie pchani nad ogromną otchłań, że ogarnia ich przemożna chęć, by wyciągnąć ręce, sięgnąć na drugą stronę, wyciągnąć ramiona nad tą potężną, ziejącą rozpadliną, której pokonanie wydawało się niemal niemożliwe. Zbyt wielka była, zbyt rozległa, myśl po prostu nieroztropna, wręcz śmieszna. A jednak...

- Więc ten facet - zaczął Karl, przerywając ciszę - ten facet, którego szukam, to on... znaczy, jeśli nie nazywa się Thelonius Ellis, to jak?

Teraz to ona milczała, już bez uśmiechu, odwróciła wzrok, czar prysł.

- To nie problem - podjął. - Wiemy, jak wyglądało to zajście, przynajmniej z grubsza. - Chciał, żeby to zabrzmiało swobodnie, jak pociecha, a wyszło oficjalnie, choć wcale tego nie chciał. Zaskoczyło go, jak nieszczerze brzmiał jego głos. Ta wysoka kobieta o skórze barwy czekolady miała w sobie lekkość, filtr łagodności, przez który otworzyło się w nim coś, co normalnie tkwiło w zamknięciu. Do emerytury zostały mu już tylko cztery miesiące. O cztery za dużo. Żałował, że nie powiesił czapki na kołku już poprzedniego dnia. Raptem owładnęła nim pokusa, by zerwać z siebie mundur, cisnąć go na podłogę, zejść do przyziemia i śpiewać razem z chórem.

I nagle nawijał bez opamiętania:

- Niedługo odchodzę na emeryturę. Jeszcze sto dwadzieścia dni. I będzie wędkowanie. Może i w chórze będę śpiewał.

- Też mi sposób, żeby spędzić resztę życia.

- Śpiewanie w chórze?

- Nie. Wędkowanie.

- A ja nie potrafiłbym wymyślić niczego lepszego.

- No, nie to ładne, co ładne, ale co się komu podoba, więc śmiało. Pewnie lepiej tak, niż chodzić na pogrzeby i popijawy w dużym towarzystwie.

- Jak tam u Rattigana?

- Bar to mi nie przeszkadza. - Machnęła ręką. - Jak świat długi i szeroki, gdzie można wypić, wszędzie będą się bić i żreć. Ale najgorzej jest z tymi bogobojnymi. Są tu takie kościoły, gdzie o Bogu to się myśli na samym końcu. Na moje oko to teraz w kościołach jest mniej modlitwy, a więcej burd, gorzej jak na ulicy. Nigdzie już nie jest bezpiecznie. Nie to, co kiedyś.

Jej słowa przypomniały Karlowi, po co tu przyszedł. Nie było łatwo, ale nawrócił do spraw służbowych.

- A mógłbym zapytać o tego całego Theloniusa Ellisa?

Siostra Gee uniosła dłoń.

- Przed Bogiem daję słowo, nie ma w tym kościele nikogo, co by się tak nazywał, a w każdym razie ja nic o tym nie wiem.

- Takie mamy nazwisko. Naoczny świadek nam podał.

- No to chyba to był Ray Charles. Albo chodzi o kogoś z innego kościoła.

- Oboje wiemy, że to człowiek z tego kościoła. - Karl się uśmiechnął.

- Niby kto?

- Ten stary. Ten co strzelał. Dużo pije. Wszystkich tu zna.

- Po co mnie pytać? - Siostra Gee uśmiechnęła się ponuro. - Ten wasz go znał.

- Jaki nasz?

Siostra Gee nachyliła ku niemu głowę. Zbliżenie tej cudnej twarzy sprawiło, że Karla na moment opuściły wszystkie siły. Poczuł się tak, jakby jego twarz musnął nagle skrzydłem ptak, nawiewając na nią tchnienie mgiełki, której drobiny opadały mu teraz na ramiona. Uniósł brwi, zamrugał na siostrę Gee, po czym spuścił wzrok ku podłodze. Poczuł, że drzwi do emocji, które zdołał zatrzasnąć parę chwil wcześniej, znów stanęły otworem. Wgapiony w podłogę, złapał się na rozmyślaniu, ile lat miała ta kobieta.

- Ten gliniarz, co robił pod Pierną Kiełbachą - podjęła.

- Jaką Kiełbachą?

- Ten gliniarz, co robił pod Pierną Kiełbachą - powtórzyła cierpliwie. - W kotłowni w piwnicy. Pierna Kiełbacha to szef dozorców i palacz. Miał pod sobą innego dozorcę. Młodego. To był ten wasz.

- Jak naprawdę nazywa się Pierna Kiełbacha?

- Ale po co chce mnie pan zamotać? - Zachichotała. - Mówimy o waszym człowieku. Pierna Kiełbacha to dozorca na bloku numer siedemnaście. A ten młody kolorowy, co robił pod nim... to on ocalił życie Deemsowi, nikt inny. Tutejsi to nie wiedzą, czy mu klaskać, czy wylać mu na łeb wiadro wody.

Karl zmilczał. Siostra Gee się uśmiechnęła.

- Na osiedlu Cause wszyscy wiedzieli, że to glina. Co wy, własnych ludzi nie znacie?

Karl pohamował chęć wybiegnięcia z kościoła, pogalopowania z powrotem na komisariat i tłuczenia komendanta po zakutym łbie, aż mu tam oleju przybędzie. Czuł się jak kretyn. Znów porządkował po szefostwie. Jet, pan Pierwszy Czarny Coś Tam. Przecież nie nadawał się na tajniaka. Za młody. Zero doświadczenia. Zero kapewu. Żadnych sojuszników, żadnego mentora, może poza samym Karlem. Ale komendant uparł się: "Na Cause potrzebujemy czarnych". Temu to nic do łba nie docierało. Jak głupi może być komendant posterunku?

- Młody dostał przeniesienie na Queens - powiedział. - I cieszy mnie to. Dobry z niego dzieciak. Sam go szkoliłem.

- To dlatego pan przyjechał? - zapytała.

- Nie. Poprosili mnie, żebym się włączył, bo znam ten teren. Próbują... wziąć się za tych nowych handlarzy narkotykami.

Zauważył, że wyraz jej twarzy zmienił się nieco.

- Mogłabym zadać osobiste pytanie?

- Naturalnie.

- Jak się z dochodzeniówki wraca do służby mundurowej?

- A to dłuższa historia. Jak mówiłem, ja się tu wychowałem. Godziny w mundurowej też są fajniejsze. I ludzie. Jeśli gliny zechcą się wziąć za tych bossów od narkotyków, będę świętował.

Siostra Gee niezupełnie zdołała opanować uśmieszek, który wypełzł na jej twarz.

- Jeśli tak próbują się do tego zabrać, to jednak nie od tego końca. Kurtałka ma siedemdziesiąt jeden lat. Żaden z niego handlarz prochami.

- I tak chcielibyśmy z nim porozmawiać - odparł Karl.

- Bez problemu go znajdziecie. Jest diakonem w tym właśnie kościele. Niektórzy mówią na niego Diakon Cuffy. Najczęściej jednak wołają go Kurtałka, bo właśnie w takich sportowych kurtałkach chodzi. Z tego to pan łatwo ustali, jak on się nazywa. Więcej nie mogę dać. Przecież ja tu mieszkam.

- Dobrze go pani zna?

- Od dwudziestu lat. Od kiedy miałam dwadzieścia osiem.

Karl szybciutko przeliczył to sobie w głowie. "Jest o dziesięć lat młodsza ode mnie" - pomyślał. Złapał się na tym, że obciąga kurtkę munduru, maskując leciutki brzuszek.

- Ma jakąś pracę? - zapytał.

- Raczej dorywcze. Wszystkiego po trochu. Są dni, że pracuje w monopolowym Itkina. Kiedy indziej sprząta u nas piwnicę. Wynosi śmieci. Robi za ogrodnika dla paru białych rodzin tu z okolicy. Ma chłop do tego rękę, naprawdę. Z roślinami to mu chyba wszystko wychodzi. Jest z tego znany. I z picia. I z baseballu.

- To ten sędzia, co był, jak mieliście mecze przeciwko osiedlu Watch? - odezwał się Karl po krótkim namyśle. - Ten, co krzyczy i biega między bazami?

- Nikt inny.

- Zabawny facet. - Parsknął śmiechem. - Czasami oglądałem te mecze, jak akurat miałem patrol. Mieliście też w drużynie jednego świetnego chłopaka. Dzieciak taki... miał ze czternaście lat. A rzucał tak, że ja serdecznie przepraszam.

- To Deems. Ten, którego Kurtałka postrzelił.

- Żartuje pani.

Westchnęła, pomilczała chwilę.

- Deems siedział tam, gdzie pan teraz siedzisz, co niedzielę, aż do dwunastego, może trzynastego roku życia. Kurtałka... diakon Lambkin... był jego nauczycielem w szkółce niedzielnej. I jego trenerem. I w ogóle był dla niego wszystkim. Póki nie umarła Hettie. Znaczy, żona Kurtałki.

"I właśnie dlatego muszę rzucić tę robotę" - pomyślał Karl z goryczą.

- A co się z nią stało?

- Wpadła do basenu portowego i się utopiła. Dwa lata temu. Nikt nie ma pojęcia, jak to się stało.

- Myśli pani, że ten pani Kurtałka miał z tym coś wspólnego?

- Gdzie tam Kurtałka mój. Różnie miałam w życiu, ale aż tak źle to nigdy. Jestem mężatka. Żona tutejszego pastora.

Karl poczuł, że serce ciąży mu jak kamień.

- Rozumiem.

- On nie miał nic wspólnego z tym, że Hettie umarła... o Kurtałce teraz mówię. Po prostu tak to już tutaj jest. Prawda taka, że akurat on jak mało kto w tej okolicy naprawdę kochał żonę.

Mówiąc to, siedziała zupełnie nieruchomo, ale z jej cudownych oliwkowych oczu wyzierała delikatność, ból tak otchłanny, że kiedy Karl w nie patrzył, widział kłębiące się tam głęboko wiry: miał wrażenie, że patrzy na gałki lodów zbyt długo pozostawione w palącym słońcu na piknikowym stole. Żal wylewał się z jej oczu niczym woda. Wydawało się, że ta kobieta wręcz się przed nim rozsypuje.

Poczuł, że się rumieni, uciekł wzrokiem. Już chciał palnąć szybkie przeprosiny, gdy usłyszał, że znów się odezwała.

- Ale pan to wyglądasz o wiele lepiej w cywilu niż w tym eleganckim mundurze. Pewnie to dlatego pana zapamiętałam.

Potem, znacznie później, uświadomił sobie, że mogła go zapamiętać także dlatego, że go wypatrywała, kiedy siadał tam przed barem z kumplami i słuchali, jak rozgoryczeni wojacy z IRA klęli na Brytyjczyków, narzekali, że okolica schodzi na psy, bo się nazjeżdżało tych czarnych i Latynosów, co się pluli przez te brednie o prawach obywatelskich, i zabierali posady w metrze, cieciowanie, portierowanie, włączyli się do szarpaniny o ogryzione kości i inne resztki, które ciskali Rockefellerowie i i podobne im filary socjety. Złapał się na tym, że się jąka:

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1

SER OD JEZUSA

Diakon Cuffy Lambkin z kościoła baptystów Pięć Końców stał się chodzącym trupem w pewne chmurne popołudnie we wrześniu 1969 roku. To owego dnia staruszek diakon, przez kolegów zwany Kurtałką, wyszedł na skwer pośrodku osiedla komunalnego Cause na południowym Brooklynie, podstawił stareńkiego colta kalibru 38 pod nos dziewiętnastoletniemu dilerowi narkotyków nazwiskiem Deems Clemens i pociągnął za spust.

Po osiedlu krążyły rozmaite teorie na temat przyczyn, dla których Kurtałka - żylasty, roześmiany mężczyzna o brązowej karnacji, który kaszlał, rzęził, chrypiał, rżał i chlał po całym Cause przez istotną część siedemdziesięciu jeden lat swojego żywota - strzelił do najbardziej bezlitosnego z działających tu wśród bloków dilera. Kurtałka nie miał wrogów. Przez czternaście lat trenował osiedlową drużynę baseballową. Jego świętej pamięci żona Hettie była skarbniczką przykościelnego Klubu Bożonarodzeniowego. Spokojny chłop, wszyscy go uwielbiali. Więc co takiego się stało?

Rankiem po tym zajściu, pośrodku osiedla przy ławce pod masztem flagowym, emerytowani pracownicy komunalni, klosze z noclegowni, znudzone gospodynie domowe i wyrokowcy zebrali się jak co dzień, żeby siorbać darmową kawę i oddać cześć gwiaździstemu sztandarowi wciąganemu o poranku, a tym razem także dzielić się rozmaitymi teoriami na temat przyczyn postępku Kurtałki.

- Kurtałka miał gorączkę reumatyczną - orzekła siostra Veronica Gee, przewodnicząca Stowarzyszenia Lokatorów osiedla Cause i żona pastora w kościele baptystów Pięciu Końców, gdzie Kurtałka pełnił posługę od piętnastu lat. Wyjawiła zgromadzonym, że podczas zbliżającego się Dnia Rodzin i Przyjaciół kościoła zamierzał on wygłosić pierwsze w życiu kazanie, pod tytułem "Kto się nie spowiada, sałaty nie jada". Dorzuciła też, że zaginęły pieniądze zbierane na Klub Bożonarodzeniowy kościoła, dodając, że "jeśli to Kurtałka zabrał, to też z tej gorączki".

Inną teorię miała siostra T.J. Billings, obdarzana czułym przydomkiem Bum-Bum, główna kościelna Pięciu Końców, której były mąż jako jedyny człowiek w bogatych dziejach tego zboru porzucił ją dla mężczyzny i przeżył (wyprowadził się na Alaskę). Twierdziła, że Kurtałka strzelił do Deemsa, bo do bloku numer 9 powróciły zagadkowe mrówki.

- Na Kurtałkę ktoś rzucił zły czar - powiedziała posępnie. - Mamy urok na osiedlu.

Panna Izi Cordero, wiceprzewodnicząca Stowarzyszenia na Rzecz Praw Stanowych dla Portoryko, oddział osiedle Cause, która stała nawet nie dziesięć metrów od Kurtałki, kiedy ten wycelował ze swojej muzealnej pukawki w czerep Deemsa i pociągnął za spust, oznajmiła, że cały ten bajzel wziął się z tego, że Kurtałka był szantażowany przez pewnego "podłego latynoskiego gangstera", ale ona wiedziała dokładnie, kim jest ten gangster, i zamierzała podzielić się tą wiedzą z policją. Oczywiście wszyscy zdawali sobie doskonale sprawę, że chodziło o jej byłego z Dominikany, Joaquina, jedynego uczciwego bukmachera od loterii numerkowej na komunałkach, bo Izi i Joaquin nienawidzili się serdecznie i od dwudziestu lat każde knuło, jak tu doprowadzić do aresztowania tego drugiego. No i tak.

Pierna Kiełbacha, osiedlowy cieć i najlepszy kumpel Kurtałki, który co rano wciągał flagę na maszt i wydawał darmową kawę od Ośrodka Opieki nad Seniorami osiedla Cause, powiedział zebranym, że Kurtałka wygarnął do Deemsa, bo dwa lata wcześniej odwołano coroczne mecze baseballu między ich osiedlem a rywalami z komunałek Watch.

- Kurtałka to jedyny sędzia, na którego zgadzały się obie drużyny - przypominał z dumą.

Odczucia wszystkich najlepiej podsumował jednak Dominic Lefleur, Haitańska Sensacja Kulinarna, mieszkający w tym samym bloku co Kurtałka. Dominic dopiero co wrócił z dziewięciodniowej wizyty u matki w Port-au-Prince, gdzie jak zwykle zaraził się jakimś dziwnym wirusem z Trzeciego Świata i puścił go w dalszy obieg, przez co pół bloku wypróżniało się górą i dołem i całymi dniami omijało Dominica szerokim łukiem - choć on sam jakoś nigdy nie chorował. Całe to durne zajście widział z okna łazienki, bo akurat się golił. Przeszedł do kuchni, usiadł przy stole, żeby zjeść lunch ze swoją nastoletnią córką, telepiącą się w czterdziestostopniowej gorączce, i orzekł:

- Zawsze wiedziałem, że staruszek Kurtałka dokona w życiu czegoś wielkiego.

A prawda była taka, że nikt w komunałkach nie wiedział, czemu Kurtałka strzelił do Deemsa - nawet on sam. Stary diakon nie potrafiłby powiedzieć, czemu wypalił do Deemsa z rewolweru, tak samo, jak nie umiałby wyjaśnić, dlaczego księżyc wygląda jak gomółka sera albo skąd pojawiają się i gdzie znikają muszki owocowe, czy też jak miasto farbowało wody pobliskiego portu Causeway na zielono na Dzień Świętego Patryka. Poprzedniej nocy śniła mu się żona, Hettie, która zniknęła w wielkiej śnieżycy 1967 roku. Kurtałka uwielbiał opowiadać przyjaciołom tę historię.

- Piękny był dzień - mówił. - Śnieg sypał się z nieba jak popiół. Taki wielki, biały koc. Całe osiedle takie spokojne i czyste. Zjedliśmy z Hettie na noc trochę krabów, potem staliśmy w oknie i patrzyliśmy na Statuę Wolności w porcie. A później poszliśmy spać... W środku nocy potrząsnęła mnie, aż się obudziłem. Otwieram oczy, a tu po pokoju lata takie światełko. Jakby płomyczek świecy. Tak krążyło w koło, w koło, aż wyleciało za drzwi. Hettie powiedziała: "To światło Boga. Idę nazbierać w porcie trąbek anielskich". Włożyła płaszcz i wyszła za nim.

Kiedy pytano Kurtałkę, czemu nie poszedł za nią, do portu było przecież niedaleko, odpowiadał z niedowierzaniem:

- Przecież szła za Bożym światłem. A poza tym, to tam działa Słoniu.

Była to zasadna uwaga. Tommy Elefante, onże Słoniu, był tęgawym, posępnym Włochem, który ubierał się w niedopasowane garnitury, a interesami w branży budowlanej i transportowej kierował ze starego wagonu towarowego nad nabrzeżem, dwie przecznice od osiedla Cause i ledwie jedną od kościoła, do którego chodził Kurtałka. Słoniu i jego milkliwi, ponurzy Włosi, którzy w środku nocy trudzili się wnoszeniem i wynoszeniem Bóg wie czego z tego wagonu, stanowili zagadkę. Wszyscy się ich śmiertelnie bali. Nawet Deems, choć taki był z niego wredny gnój, ze Słoniem nie zadzierał.

Dlatego też Kurtałka z podjęciem poszukiwań Hettie zaczekał do rana. Była niedziela. Wstał wcześnie. Mieszkańcy komunałek wciąż spali, świeży śnieg leżał przeważnie nietknięty. Po śladach żony Kurtałka doszedł na nabrzeże, tam urwały się one nad samą wodą. Gdy spojrzał na zatokę, zobaczył, że wysoko w górze szybuje kruk. "Piękny był - opowiadał potem przyjaciołom. - Zatoczył kilka kół, a potem wzbił się wyżej i znikł". Śledził ptaka, póki ten nie zniknął mu z pola widzenia, po czym pobrnął przez śnieg do skromnego budynku z bloczków żużlobetonowych, kościoła baptystów Pięciu Końców, którego mikra gromadka wiernych zbierała się na nabożeństwo o ósmej rano. Kiedy wchodził, wielebny Gee, stojący przy kazalnicy, przed jedynym źródłem ciepła w budynku, starą kozą opalaną drewnem, wyczytywał właśnie listę obłożnie chorych i niedomagających.

Kurtałka zajął miejsce na ławce wśród garstki przysypiających wiernych, wziął sobie maleńki, jednostronicowy program nabożeństwa, w miejscu na intencję drżącą dłonią nagryzmolił "Hettie" i oddał karteczkę kościelnej, siostrze Gee, ubranej na biało. Ta podeszła do męża i wręczyła mu kartkę akurat w chwili, kiedy zaczynał wyczytywać listę intencji. A ta zawsze była długa, choć przeważnie zapełniały ją wciąż te same nazwiska: ten tam chory w Dallas, ta dogorywająca gdzieś w Queens, no i oczywiście siostra Paul, jedna z pierwotnych założycielek kościoła Pięciu Końców. Miała sto dwa lata, w domu starców hen w Bensonhurst mieszkała już od tak dawna, że z całego zboru pamiętały ją tylko dwie osoby. Ba, co poniektórzy powątpiewali wręcz, czy siostra Paul wciąż żyje, w zborze rozlegały się pomruki, że ktoś - na przykład pastor - powinien wybrać się tam i sprawdzić. "Pojechałbym - odpowiadał wtedy pastor Gee - ale lubię mieć zęby". Wszyscy wiedzieli, że ci biali z Bensonhurst to za czarnym nie przepadają. A poza tym, jak radośnie wskazywał wielebny, dziesięciny siostry Paul spływały pocztą regularnie co tydzień, zawsze po cztery dolary i trzynaście centów. A to był dobry znak.

Pastor Gee nawet nie mrugnął okiem, kiedy otrzymał kartkę z imieniem Hettie, tylko dalej odklepywał listę obłożnie chorych i niedomagających. Gdy przyszła kolej na nią, uśmiechnął się i rzucił: "Do góry głowa, bracie. Żona robotna to dla chłopa wygodna!". Była to kpinka wymierzona w Kurtałkę, który od lat nie miał żadnej stałej roboty, podczas gdy Hettie wychowywała ich jedyne dziecko, ale ciągnęła też na regularnej posadzie. Pastor Gee był przystojny, dobroduszny i lubił pożartować, ale w owym czasie sam ciągnął za sobą smrodek skandalu, bo przyuważono go niedawno w barze u Silky'ego przy Van Marl Street, kiedy pracował nad nawracaniem konduktorki z metra, z bimbałami jak stąd do Milwaukee. Z tego względu zbór trzymał go teraz na krótkiej smyczy, kiedy więc nikt się nie zaśmiał, pastor spoważniał i wyczytał imię Hettie głośno, po czym zaintonował Ktoś wzywa imię me. Wierni dołączyli i wszyscy śpiewali i modlili się, i Kurtałka poczuł się lepiej. Podobnie jak wielebny Gee.

Tej nocy Hettie też nie wróciła do domu. Dwa dni później ludzie Słonia zauważyli jej ciało, unoszące się niedaleko brzegu przy pomoście, z twarzą delikatnie przesłoniętą szalem, który owinęła sobie wokół szyi, kiedy wychodziła z mieszkania. Wyciągnęli ją z zatoki, owinęli wełnianym kocem, wyłożyli delikatnie na sporym spłachetku czystego, białego śniegu opodal wagonu Słonia, po czym posłali kogoś po Kurtałkę. Kiedy ten dotarł na miejsce, bez słowa wręczyli mu zero osiem szkockiej, wezwali gliny i się ulotnili. Słoniu nie życzył sobie żadnego zamieszania. Hettie nie była z jego ludzi. Kurtałka świetnie to rozumiał.

Nabożeństwo pogrzebowe dla Hettie było typowym dla baptystów z Pięciu Końców pośmiertnym karnawałem. Pastor Gee spóźnił się na nie godzinę, bo od podagry stopy spuchły mu tak, że nie mógł włożyć niedzielnych butów. Szef zakładu pogrzebowego, stary, siwowłosy Morris Hurly, na którego wszyscy za plecami mówili Doris, bo... no cóż, wszyscy wiedzieli, jaki był Morris... znaczy, był tani i utalentowany i zawsze spóźniał się z ciałem o dwie godziny, ale wszyscy wiedzieli, że Hettie będzie wyglądała jak złoto i tak też było. Dzięki temu opóźnieniu pastor Gee zdążył rozstrzygnąć sprawę między kościelnymi, którzy pożarli się o rozmieszczenie kwiatów. Nikt nie wiedział, co gdzie stawiać. To zawsze Hettie decydowała, gdzie to, gdzie tamto, geranie wstawiała w ten kąt, róże przy tej ławce, azalie tu pod witrażowym oknem, na pociechę dla tej czy innej rodziny. Tego dnia jednak Hettie była gościem honorowym, co oznaczało, że kwiaty wylądowały gdzie bądź, tak jak odłożyli je dostawcy z kwiaciarni, i jak zwykle to siostra Gee musiała interweniować, żeby to wszystko porozdzielać. Tymczasem siostra Bibb, organistka kościoła o fascynujących krągłościach, w wieku lat pięćdziesięciu pięciu wciąż jędrna, gładka i brązowa jak czekoladowy batonik, zjawiła się w fatalnym stanie. Dręczył ją kac po corocznych rekolekcjach w grzechu, całonocnej zabawie na cztery fajerki, z dojeniem gorzały, lufa za lufą, tudzież rozkosznymi pracami językowymi w rowkach i lepkimi zachodami miłości z jej okazjonalnym kochankiem Pierną Kiełbachą, dopóki ten ostatni nie wycofał się z zabawy z powodu niedostatków kondycyjnych. Jak się kiedyś poskarżył Kurtałce, "Siostra Bibb to nie tylko z organów wszyściutko potrafi wycisnąć". Do kościoła przyszła z bólem łupiącym w głowie, do tego i ramię sobie naciągnęła gdzieś w trakcie tych wieczornych błogich atrakcji ze skowytami. Siadła przy organach w otępieniu, opierając głowę na klawiszach, gdy wierni schodzili się do kościoła. Po kilku minutach opuściła jednak stanowisko i skierowała się do damskiej toalety w piwnicy, z nadzieją, że ta nie będzie zajęta. Niestety, po drodze potknęła się na schodach i paskudnie skręciła sobie kostkę. Uraz zniosła bez słowa bluźnierstwa czy skargi, pozostałości nocnych szaleństw zwróciła do muszli w bezludnej toalecie, poprawiła sobie szminkę, sprawdziła fryzurę i powróciła za klawisze, gdzie przez całe nabożeństwo grała, choć kostka spuchła jej do rozmiarów kantalupy. Potem pokuśtykała z powrotem do mieszkania, wściekła i skruszona, i pluła jadem na Pierną Kiełbachę, który odzyskał siły po nocnym brykaniu i zachciało mu się jeszcze. Ciągnął za nią pod jej blok jak szczeniaczek, trzymając się o pół przecznicy z tyłu i kryjąc za krzewami morw, które rosły szpalerami przy chodnikach osiedla. Za każdym razem, kiedy siostra Bibb oglądała się za siebie i widziała kapelutek Piernej Kiełbachy wystający znad krzewów, wpadała w szał.

- Poszedł mi stąd, zarazo - warczała. - Skończyło się między nami figlowanie!

Jednak Kurtałka przybył do kościoła w świetnej formie, bo poprzednią noc spędził na celebrowaniu życia Hettie z kumplem, Rufusem Harleyem, który pochodził z tego samego miasteczka i zaraz po Kiełbie był najlepszym kumplem Kurtałki na całym Brooklynie. Rufus pracował jako cieć na pobliskim osiedlu Watch, raptem parę przecznic od Cause, i choć z Pierną Kiełbachą niezbyt się dogadywał - w końcu pochodził z Karoliny Południowej, a Kiełba z Alabamy - to jednak pędził krzakówkę własnej receptury, zwaną King Kongiem, która smakowała każdemu. Kiełbie też.

Kurtałce nie podobała się nazwa specjału Rufusa, przez te wszystkie lata zdążył podsunąć mu kilka innych pomysłów.

- Toż by ci się to sprzedawało jak złoto, gdyby nie miało nazwy po gorylu - wypomniał mu raz. - A może tak Rozchodniaczek Rosalie albo Popitka Gedeona?

Rufus zawsze jednak zbywał te propozycje.

- Kiedyś nazywałem go "Sonny Liston" - oświadczył, nawiązując do budzącego lęk czarnego mistrza świata wagi ciężkiej, którego pięści niczym ciosy młotów nokautowały przeciwników - ale wtedy zjawił się Muhammad Ali.

Kurtałka musiał przyznać, że księżycówka Rufusa, jakkolwiek się nazywała, nie miała sobie równych na całym Brooklynie.

Gadało się im długo i radośnie, o ojczystym miasteczku Possum Point, i następnego ranka Kurtałka był w świetnej formie, siedział w pierwszej ławce kościoła baptystów Pięciu Końców i uśmiechał się, podczas gdy panie w bieli krzątały się wokół, a dwie najlepsze chórzystki poprztykały się o to, która będzie trzymać jedyny mikrofon. Kościelne boje to normalnie sprawy dyskretne, sykliwe, pełne cichych ciosów w plecy, intryg, rozpuszczanych szeptem plotek o niesmacznym ryżu z fasolą. Ta burda rozgrywała się jednak publicznie, a te są najlepsze. Wdały się w nią chórzystki Nanette i Sweet Corn, zwane też Kuzynkami, obie trzydziestotrzyletnie, piękne i wspaniale śpiewające. Wychowywały się razem, jak siostry, wciąż też razem mieszkały, ale ostatnio ścięły się okrutnie o młodego łapserdaka z komunałek, zwanego Deserkiem. Dało to fantastyczne efekty. Kuzynki wyładowywały swoją wzajemną wściekłość w muzyce, każda próbowała pokazać drugiej, gdzie jej miejsce, więc z bajeczną dzikością ryczały o nadchodzącym odkupieniu, które niesie nasz Pan i Zbawca Jezus Chrystus z Nazaretu.

Pastor Gee, natchniony widokiem unoszących się pod szatami cudnych piersi Kuzynek, kiedy te grzmotem niosły pieśń, sam wygłosił piorunującą eulogię, by zatrzeć wrażenie tego swojego żartu na temat Hettie, gdy zabrały już ją portowe wody, dzięki czemu było to najlepsze nabożeństwo na odejście do domu Pana, jakie od lat widziano w kościele baptystów Pięciu Końców.

Kurtałka patrzył na to wszystko w zachwycie, rozkoszował się widowiskiem, zadziwiony tym, jak Ochotne Robotnice w białych sukienkach i wyszukanych kapeluszach krzątały się dookoła, zajmowały nim i jego synem, Pulchną Łapką, siedzącym obok. Pulchna Łapka, niewidomy dwudziestosześciolatek, o którym powiadano, że studnię rozumu miał raczej suchą, wyrósł z małej pyzy w smukłego przystojniaka, o rysach jak rzeźbione w czekoladzie ukrytych pod drogimi ciemnymi okularami, które zafundował mu jakiś dawno zapomniany pracownik opieki socjalnej. Jak zwykle ignorował on wszystko, co działo się wokół, ale potem, na kościelnym poczęstunku, nic nie zjadł, co nie było dla niego normalne. Sam Kurtałka cieszył się jednak jak dziecko.

- Cudownie było - mówił przyjaciołom po nabożeństwie. - Hettie byłaby wniebowzięta.

Tej nocy śnił o Hettie, i - jak często czynił to wieczorami za jej życia - przedstawiał jej tytuły kazań, które zamierzał kiedyś wygłosić, co z reguły ją śmieszyło, bo tytuły to miał zawsze, ale treści jakoś nigdy: Pobłogosław, Boże, krowie, Dziękuję Mu za kukurydzę, czy Kiedy kura robi "Uhu!". Tej nocy jednak wyglądała na rozdrażnioną, siedziała na krześle ubrana w fioletową sukienkę, krzyżując nogi i ze zmarszczonymi brwiami słuchając jego słów, przeszedł więc do najświeższych wieści o jej pogrzebie. Opisał jej, jak piękne było nabożeństwo i kwiaty, i posiłek, i przemowy, i muzyka, i jaki był szczęśliwy, że otrzymała swoje skrzydła i odeszła po wiekuistą nagrodę, choć zdałoby się, żeby zostawiła mu jakąś radę względem uzyskania za nią zapomogi z Ubezpieczeń Społecznych. Czyż nie wiedziała, że tak stać cały dzień w kolejce w biurze Ubezpieczeń Społecznych tam w centrum to straszne zawracanie głowy? No i co z pieniędzmi na Klub Bożonarodzeniowy, co je zbierała, bo członkowie kościoła Pięciu Końców co tydzień odkładali po trochu, żeby w grudniu mieć z czego kupić prezenty świąteczne dla dzieci? Hettie, skarbniczka klubu, nigdy nie wyjawiła, gdzie ukrywała kolektę.

- Wszyscy się pytają, gdzie forsa - zaczął. - Było powiedzieć, gdzie ją skitrałaś.

Hettie zignorowała zaczepkę, napinając zmięte miejsce przy dekolcie.

- Przestałbyś gadać do mojego wewnętrznego dziecka - powiedziała. - Gadałeś tylko do niego przez pięćdziesiąt jeden lat.

- Gdzie pieniądze?

- Sprawdź se srakę, kundlu zachlany!

- Naszych groszy też tam trochę było, przecież wiesz!

- Naszych? - prychnęła. - Od dwudziestu lat ani centa żeś nie dorzucił, ty lumpie leniwy, do niczego, tylko byś se na humorek żłopał! - Wstała i zaraz się zaczęło, kłócili się już jak za dawnych lat, z małej sprzeczki wyrosła regularna, z rykiem, zianiem ogniem, na sto dwa i chuj, i ciągnęła się nawet po tym, jak się już obudził, bo Hettie jak zwykle chodziła za nim, podparta pod boki, i miotała kąśliwe uwagi, kiedy on usiłował jej uciec, rzucając ripostami przez ramię.

Kłócili się i tego dnia, i następnego, burcząc na siebie przez śniadania, obiady i kolacje. Ktoś z zewnątrz pomyślałby, że Kurtałka gada do ścian, kiedy zajmuje się swoimi codziennymi obowiązkami: do kotłowni osiedla na szybką bombę z Pierną Kiełbachą, schodami na górę do mieszkania 4G, znów na dół, żeby odprowadzić Kluska Paluszka tam, skąd zabierał go autobus do ośrodka dla niewidomych, potem w teren, żeby obrobić się ze wszystkimi fuchami, i z powrotem do domu. Gdziekolwiek poszedł, wciąż burczeli na siebie z Hettie. Czy przynajmniej Kurtałka na nią burczał. Sąsiedzi oczywiście nie widzieli Hettie: gapili się tylko na niego, kiedy kłócił się z kimś, kogo nie mogli dostrzec. Kurtałce nie przeszkadzało, że się na niego gapią. Awantury z Hettie były najnormalniejszą rzeczą pod słońcem. Miał w tym czterdzieści lat wprawy.

A jednak nie mieściło mu się to w głowie. Znikła ta delikatna, nieśmiała, słodziuchna drobinka, co w Possum Point chichrała się, kiedy wymykali się w wyrośniętą kukurydzę na polu jej taty, a on wylewał jej wino w dekolt bluzki i kciukami miział cycki. Teraz była czysto nowojorska: niepoważna, pyskata i jeszcze bezczelna, wyskakiwała znikąd o najdziwniejszych porach dnia, za każdym razem w nowej peruce, psiakość - podejrzewał, że był to dar Pański dla niej za całą mordęgę za życia. Tego ranka, kiedy strzelił do Deemsa, pokazała mu się jako ruda, co go zaskoczyło, a co gorsza, kiedy po raz enty zapytał o pieniądze Klubu Bożonarodzeniowego, to się regularnie wściekła.

- No gdzie są te dolary, kobito? Muszę ludziom wyłożyć ich grosz.

- Nie mogę ci powiedzieć.

- Toż to kradzież!

- Aha, odezwał się! A ser to kto kradł?

To ostatnie go zabolało. Nowojorski Zarząd Mieszkań Komunalnych, megabulwa przerośniętej biurokracji, matecznik kantów, wałków, gierek, pociotów na etatach, alimenciarzy, wymuszaczy wziątek i dawnych nominatów politycznych, którzy swoje rządy nad Cause i wszystkimi pozostałymi czterdziestoma pięcioma osiedlami komunalnymi Nowego Jorku sprawowali z arogancką nonszalancją, od lat z niewiadomych powodów darzył te akurat bloki fantastyczną perłą, jaką był darmowy ser. Kto nacisnął ten guzik, kto wypełnił kwity, kto sprawił, że ser zjawiał się jak z kapelusza magika, tego nikt nie wiedział, nawet Bum-Bum, która z ustalenia źródła sera uczyniła na wiele lat swoje cause d'?tre. Zakładano, że to właśnie Zarząd go dostarczał, ale nikt nie był aż tak głupi, żeby drażnić tę bestię dzwonieniem z pytaniami do centrali na Manhattanie. Bo i po co? Ser przychodził za friko. Przez wiele lat przybywał z mechaniczną regularnością, w każdą pierwszą sobotę miesiąca we wczesnych godzinach porannych czarodziejsko objawiał się w kotłowni Piernej Kiełbachy w piwnicy bloku numer 17. Dziesięć skrzynek świeżo schłodzonego nabiału w pięciofuntowych klockach. To nie był tradycyjny "wyrób seropodobny" znany mieszkańcom komunałek ani żadne tam śmierdzące, obeschłe, oporne resztki serów szwajcarskich zwinięte gdzieś z jakiegoś sklepu osiedlowego, gdzie obrastały pleśnią w zasyfiałych ladach chłodniczych, co noc obgryzane przez myszy, aż w końcu kupił je jakiś frajer świeżo przybyły z Santo Domingo. Ten był świeżutki, tłuściutki, pyszniutki, jędrniutki, mięciutki, kremowy, no ni chuja, krowy by się o niego zabijały, rozkosznie słony, regularny ser dla białych ludzi, żaden tam krowi placek, ser, za który warto by życie oddać, ser, od którego aż serce śpiewało, ser, co wygrywał z królami serów, ser taki, że nawet Sir Syr takiego nie jadł, taki ser, że Apokalipsę by odwołali, tak wyśmienity, że w każdą pierwszą sobotę miesiąca ustawiała się po niego kolejka: matki, córki, ojcowie, dziadkowie, inwalidzi na wózkach, dzieciaki, krewni spoza miasta, biali z niedalekich uliczek Brooklyn Heights, a nawet Latynosi z sortowni śmieci przy Concord Avenue, wszyscy stali w ogonku ciągnącym się od kotłowni Kiełby do drzwi wyjściowych z bloku numer 17, dalej rampą do chodnika, za winkiel budynku i aż prawie do masztu na placu. Ci niefartowni na końcu kolejki wciąż musieli oglądać się przez ramię, czy czasem gliny nie idą - coś tak dobrego, darmowe czy nie, musiało się brać z jakichś przewałów - gdy tymczasem ci bliżej początku oblizywali się i nerwowo podsuwali naprzód, wiedząc, że podejść tak blisko, że już widziało się ten ser, tylko po to, by ujrzeć, jak się kończy, to było doznanie pokrewne stosunkowi przerywanemu.

Przyjaźń Kurtałki z bardzo ważną personą rozdawcy tego towaru, Pierną Kiełbachą, gwarantowała mu oczywiście jeden klocek sera niezależnie od skali popytu, co zawsze było dobrą nowiną dla niego i Hettie. Szczególnie ona uwielbiała ten ser. Dlatego był taki wściekły, że mu go wypomniała.

- Sama żarłaś ten ser, nie było tak? - zaczął. - Chapałaś go jak pies szynkę. Kradziony czy nie, smakował ci jak trzeba.

- Bo był od Jezusa.

Wściekł się wtedy i pieklił na nią, aż w końcu znikła.

Te ich kłótnie w tygodniach poprzedzających postrzelenie Deemsa zrobiły się tak zawzięte, że Kurtałka zaczął szykować sobie argumenty zawczasu, przed pojawieniem się Hettie, dojąc bimber pod jej nieobecność, żeby wyklarować myśli i zmyć pajęczyny z mózgu, by móc precyzyjnie przedstawić swoje rozumowanie, pokazać żonie, kto tu rządzi, kiedy się w końcu objawiała, a przez to mieszkańcom bloków jawił się jeszcze dziwaczniej, bo widywali Kurtałkę po korytarzach, jak wymachując w powietrzu butelką Rufusowego King Konga, gadał właściwie do nikogo: "No więc kto dostarcza ser, Jezus czy ja? Skoro to ja staję w kolejce po ser... I to ja odbieram ser. I to ja tacham ten ser do domu, w deszcz czy śnieg. Więc kto dostarcza ser? Jezus czy ja?".

Przyjaciele mu to wybaczali. Sąsiedzi ignorowali. Kościółkowa familia z Pięciu Końców wzruszała tylko ramionami. Wielkie mi co, że Kurtek jest z deka trzepnięty. Na Cause każdy jeden miał powód mieć nieco nierówno pod sufitem. Weźmy taką Nevę Ramos, dominikańską piękność z bloku numer 5, która lała szklankę wody na głowę każdemu mężczyźnie, co jak ostatni głupek stanąłby pod jej oknem. Albo Odpada Washingtona z bloku numer 7, co sypiał w starej fabryce przy nabrzeżu Vitalego i co zimę zwijali go za kradzieże, zawsze z tego samego spożywczaka na Park Slope. Czy Bum-Bum, która co rano przed robotą szła pod czarnego Chrystusa wymalowanego na tylnej ścianie kościoła Pięciu Końców i modliła się w głos, żeby jej byłego szlag trafił, żeby mu Pan Bóg jajca podpalił, aż by skwierczały jak dwa malutkie placki ziemniaczane na patelni. To wszystko dało się objaśnić. Nevę skrzywdził w pracy szef. Odpad chciał do aresztu, gdzie mieli ogrzewanie. Mąż siostry Bum-Bum rzucił ją dla mężczyzny. No i co z tego? Na Cause każdy miał powody, żeby mu odbiło. Prawie wszystko, gdy już się działo, to z konkretnych powodów.

Dopóki Kurtałka nie strzelił do Deemsa. To było co innego. Szukanie w tym sensu było jak próba znalezienia wytłumaczenia faktu, że Deems ze śliczniutkiego grzdyla od chmur zawracania i najlepszego baseballisty, jakiego widziały te bloki, przeobraził się w potwornego handlarza trucizną, morderczego osiłka urokliwego jak jaki cyklop. Niemożliwa sprawa.

- Jakby wróżby z chińskich ciasteczek nie miały daty ważności, to może Kurtałka by jeszcze trochę pociągnął - stwierdziła Bum-Bum. - Ale tak ogólnie, to już po nim, tak na moje oko. - I miała rację. Wszyscy tak mówili. Kurtałka był już niczym chodzący truposz.

2

TRUP NIEBOSZCZYK

Rzecz jasna, ludkowie z osiedla Cause już od lat prorokowali Kurtałce śmierć. Każdej wiosny, kiedy mieszkańcy komunałek wyłaniali się z mieszkań jak wychodzące z norek świstaki, żeby przejść się po skwerze i zakosztować takiego świeżego powietrza, jakie jeszcze się na osiedlu ostało, a wskutek bliskości oczyszczalni ścieków nie było go wiele, któryś z lokatorów dostrzegał Kurtałkę brnącego naprzód po nocce spędzonej na żłopaniu bimbru, zwanego King Kongiem, u Rufusa, czy przy kontraktowym wiście w barze Silky's na Van Marl Street i stwierdzał: "Już po nim". Kiedy Kurtałka złapał w pięćdziesiątym ósmym wirusa tej grypy, co rozłożyła połowę bloku numer 9, a dla diakona Erskine'a z Namiotu Słowa Bożego Potężnej Ręki skończyła się przypięciem ostatnich skrzydeł, siostra Bum-Bum oświadczyła: "On to już się stąd zabiera". Kiedy w sześćdziesiątym drugim, po trzecim udarze, przyjechała po niego karetka, Ginny Rodriguez z bloku numer 19 burknęła: "Koniec z chłopem". W tym samym roku panna Izi ze Stowarzyszenia na Rzecz Praw Stanowych dla Portoryko wygrała na loterii bilety na mecz nowojorskich Metsów na stadionie Polo Grounds. Obstawiła zwycięstwo Metsów, choć w tym roku przerżnęli sto dwadzieścia meczów, i faktycznie wygrali, co zachęciło ją, by dwa tygodnie później obwieścić zejście Kurtałki. Jak objaśniała, Dominic Lefleur, Haitańska Sensacja, powrócił właśnie z Port-au-Prince, gdzie odwiedzał matkę, i sama widziała, jak Kurtałka padł jak stał pod drzwiami swojego mieszkania na trzecim piętrze, zmieciony nieznanym wirusem przywleczonym owego roku przez Dominica właśnie. Jak mówiła, "zrobił łubudubu dup". Koniec. Kaplica. Pozamiatane. Jako dowód przywoływała też czarną furgonetkę z kostnicy miejskiej, która tejże nocy przyjechała zabrać zwłoki, ale zaraz następnego ranka musiała wszystko odszczekać, bo okazało się, że przedmiotowe ciało należało do brata Sensacji z Haiti, imieniem El Haji, nawróconego na islam, czym złamał serce matki - chłop padł na atak serca po pierwszym dniu pracy jako kierowca miejskiego autobusu, a starał się o tę posadę w Zarządzie Komunikacji trzy lata, ludzie, w głowie się nie mieści.

Tym niemniej wydawało się, że Kurtałce pisana jest rychła śmierć. Ba, nawet co optymistyczniejsi członkowie kościoła baptystów Pięciu Końców - gdzie Kurtałka służył jako diakon, jak też prezes miejscowego oddziału Czterdziestej Siódmej Loży Wspaniałego Bractwa Brooklińskich Łosi, która to za zawrotną sumę szesnastu dolarów i siedemdziesięciu pięciu centów (płatne co rok, prosimy wyłącznie przekazem pocztowym) zyskała od szefostwa kościoła Pięciu Końców permanentną gwarancję "opochówkowania wszelkich członków Loży Brooklińskich Łosi, którzy potrzebują ostatniej posługi, naturalnie po kosztach", przy czym sam Kurtałka miał honorowo pełnić funkcję jednego z niosących trumnę - przepowiadali mu zgon. Jak trzeźwo konstatowała siostra Veronica Gee z Pięciu Końców: "Kurtałka to człowiek chory".

I miała rację. W wieku siedemdziesięciu jeden lat Kurtałka zdążył już doświadczyć niemal każdej choroby znanej ludzkości. Miał podagrę. Miał hemoroidy. Miał reumatoidalne zapalenie stawów, które tak sponiewierało mu kręgosłup, że w pochmurne dni chodził jak garbus. Na lewym ramieniu miał cystę rozmiaru cytryny, a w kroczu przepuklinę wielką jak pomarańcza. Gdy ta ostatnia urosła do wielkości grejpfruta, lekarze zalecili zabieg operacyjny. Kurtałka zignorował to, więc miła pracownica społeczna z miejscowej przychodni zapisywała go na wszelkie możliwe wynalazki z dziedziny leczenia alternatywnego: akupunkturę, magnetoterapię, ziołolecznictwo, terapie holistyczne, przykładanie pijawek, analizę kroku czy genetycznie modyfikowane środki pochodzenia roślinnego. Nic nie pomogło.

Z każdym niepowodzeniem stan zdrowia Kurtałki pogarszał się, a wieszczby śmierci sypały się coraz częściej, coraz mroczniejsze. Tyle że żadna się nie ziściła. A prawda była taka, że - czego nie wiedział żaden z lokatorów Cause - śmierć Cuffy'ego Jaspera Lambkina, bo tak się naprawdę nazywał, została przepowiedziana jeszcze na długo przed tym, jak pojawił się on na osiedlu. Kiedy siedemdziesiąt jeden lat wcześniej klaps w tyłek powitał go na świecie w Possum Point w Karolinie Południowej, akuszerka, która odebrała poród, ze zgrozą patrzyła, jak przez otwarte okno do izby wleciał ptak, zatrzepotał skrzydłami nad główką niemowlęcia, po czym wyleciał z powrotem na dwór. Zły znak. "Będzie przygłupem", powiedziała, wręczyła dziecko matce - i znikła, wyniosła się do stolicy, gdzie wyszła za hydraulika i do końca życia dała sobie spokój z porodami.

Pech zdawał się śledzić malca krok w krok. Mały Cuffy zaliczył kolki, dur brzuszny, odrę, świnkę i szkarlatynę. W wieku dwóch lat łykał wszystko, co wpadło mu w ręce: kamyki małe i duże, ziemię, łyżeczki, a raz drewniana łyżka weszła mu w ucho tak, że musiał ją wyciągać lekarz z kliniki uniwersyteckiej w Columbii. Kiedy miał trzy latka, przyjechał pobłogosławić szkraba młody pastor z pobliskiego zboru, a Cuffy zarzygał mu na zielono całą świeżą, białą koszulę. Pastor oznajmił, że "mały jest z diabłem ugadany", i wyjechał do Chicago, gdzie rzucił koloratkę i pod pseudonimem Tampa Red został bluesmanem, nagrał megahit Z diabłem ugadany, w końcu zmarł nieznany i bez grosza przy duszy, ale stopniowo trafił do historii, upamiętniany przez badaczy muzyki i kursy wykładowe uniwersytetów całego świata, wielbiony przez białych pisarzy i teoretyków muzyki za ów klasyczny bluesowy szlagier, który stał się fundamentem wartego czterdzieści milionów imperium producenckiego Gospel Stam Music, choć ani on, ani Kurtałka nie zarobili na tym kawałku złamanego centa.

W wieku pięciu lat mały Kurtałka podraczkował do lustra i napluł na własne odbicie (tak się przywołuje diabła), wskutek czego trzonowce wyrosły mu dopiero, kiedy miał lat dziewięć. A matka próbowała wszystkiego, żeby mu wreszcie wylazły. Wykopała kreta, obcięła mu łapki i powiesiła je jak naszyjnik na szyi synka. Nacierała mu dziąsła świeżym króliczym móżdżkiem. Upychała mu po kieszeniach wężowe grzechotki, świńskie ogony, a w końcu nawet zęby aligatora, wszystko nadaremnie. Dała psu wejść na Cuffy'ego, ale zwierz tylko go użarł i nawiał. W końcu ściągnęła starą znachorkę z archipelagu Sea Islands, która ścięła z krzewu zieloną gałązkę, powiedziała do niej prawdziwe imię Cuffy'ego i zawiesiła w woreczku wylotem do dołu w kącie izby. Na odchodnym powiedziała: "I teraz przez osiem miesięcy nie nazywaj go prawdziwym imieniem". Matka zastosowała się do polecenia, wołając na malca "Kurtałka", które to określenie podsłuchała, zbierając bawełnę na farmie J.C. Yancy'ego z hrabstwa Barnwell, gdzie połownikowała - jeden z białych ekonomów użył go na określenie swojej eleganckiej, nowiutkiej sportowej marynarki w biało-zieloną kratę, którą dumnie nosił po południu tegoż dnia, kiedy ją kupił, i który na koniu w ostrym słońcu Południa wyglądał po prostu olśniewająco, ze strzelbą na udach, przysypiając na swoim wierzchowcu na końcu rzędu krzewów bawełny, podczas gdy kolorowi pracownicy farmy śmiali się w kułak, a reszta białych nadzorców pokpiwała w głos. Osiem miesięcy później mama obudziła się i stwierdziła, że w ustach dziesięcioletniego Kurtałki zaroiło się od trzonowców. Podekscytowana, odnalazła tamtą znachorkę, która przybyła, zajrzała Cuffy'emu do ust i oznajmiła: "Będzie miał zębów więcej jak aligator", na co mama radośnie pogładziła chłopaka po głowie, położyła się zdrzemnąć i wyzionęła ducha.

Mały nigdy nie pozbierał się po śmierci matki. Ból w sercu spęczniał mu do wielkości arbuza. Znachorka miała jednak rację - zębów narosło mu jak dla dwóch chłopa. Pleniły się niczym chwasty. Przedtrzonowce, trzonowce, siekacze, masywne długie podwójne kły, z przodu zębiska szerokie, w głębi wąskie. Było ich jednak zbyt wiele, cisnęły się w dziąsłach, więc trzeba je było rwać - ekstrakcji dokonywali zachwyceni biali studenci stomatologii z uniwersytetu stanowego Karoliny Południowej, w rozpaczliwej potrzebie pacjentów, nad którymi mogliby pracować, by zaliczyć prace dyplomowe, przez co Kurtałkę wielce sobie cenili, rwąc mu zęby i opłacając go słodkimi muffinkami oraz flaszeczkami whiskey, bo chłopak odkrył już czar alkoholu, po części wskutek świętowania ożenku ojca z macochą, która często zalecała, by młody poszedł się bawić na górze Sassafras, odległej o czterysta z hakiem kilometrów, i skoczył na golasa z jej szczytu. W wieku lat czternastu był już pijakiem i marzeniem studentów stomatologii. Gdy miał lat piętnaście, odkryli go studenci innych dziedzin medycyny, bo dopadła go pierwsza z serii chorób. Po osiemnastce wskutek sepsy węzły chłonne napuchły mu wielkie jak gałki lodów. Wróciła odra, a po niej kolejne infekcje, które zwęszyły soczyste mięsko naznaczonego śmiercią frajera, więc próbowały szczęścia z jego ciałem: szkarlatyna, anemia, ostra infekcja wirusowa, zatorowość płucna. Gdy miał lat dwadzieścia, zaliczył rundkę z toczniem, ale przeszło. W wieku lat dwudziestu dziewięciu został kopnięty przez muła, wskutek czego pękł mu prawy oczodół i minęło kilka miesięcy, nim przestał się zataczać. Jako trzydziestojednolatek stracił lewy kciuk pod piłą do drewna. Zachwyceni studenci medycyny z uniwersytetu przyszyli mu go z powrotem (siedemdziesiąt cztery szwy), zrzucili się i kupili mu w prezencie używaną piłę mechaniczną, z pomocą której urżnął sobie wielki paluch prawej stopy. Ten też przyszyli (trzydzieści siedem szwów), dzięki czemu dwóch dostało świetne staże medyczne w szpitalach w północno-wschodnich Stanach, skąd przysłali mu tyle pieniędzy, że Cuffy zafundował sobie drugiego muła i nóż myśliwski, którym niechcący zajechał się w aortę podczas zdzierania skóry z królika. Stracił wtedy przytomność i omal nie umarł, lecz migiem trafił do szpitala, gdzie przez trzy minuty leżał na stole operacyjnym bez tętna, ale wrócił do żywych, kiedy stażysta chirurg dziabnął go próbnikiem w paluch - siadł zaraz prosto, klnąc, na czym świat stoi. Gdy miał pięćdziesiąt jeden lat, zaliczył ostatni bój z odrą, potem ona też mu odpuściła. Wtedy zaś Cuffy Jasper Lambkin, przechrzczony przez matkę na Kurtałkę, kochany i uwielbiany przez wszystkich, kogo znał w Possum Point, z wyjątkiem tej dwójki, na której akurat spoczywała odpowiedzialność za jego miłe bytowanie w świecie, a mianowicie macochy i ojca, mimo wyrazów wdzięczności i namów studentów medycyny macierzystego stanu Karoliny Południowej wyniósł się do Nowego Jorku, gdzie dołączył do żony, Hettie Purvis, jego ukochanej z dzieciństwa, która przeprowadziła się tam wcześniej i całkiem nieźle urządziła dla nich gniazdko, bo znalazła sobie pracę jako służąca u porządnej białej rodziny z Brooklynu.

Na osiedle Cause przybył w roku 1949, plując krwią i odkrztuszając upiorną czarną flegmę, żłopiąc wódę domowej roboty, z czasem jednak przesiadł się na umiłowanego King Konga produkcji Rufusa, którym konserwował się nieźle, póki nie stuknęła mu sześćdziesiątka, a potem zaczęły się operacje. Lekarze demontowali go etapami. Najpierw płuco. Potem jeden wielki paluch, następnie drugi, a dalej już regularnie: migdałki, pęcherz, śledziona, dwa zabiegi na nerki. Przez cały ten czas Kurtałka chlał, aż go jaja rwały, i harował jak niewolnik, bo był złotą rączką. Piec, telewizor, okno, samochód - wszystko umiał naprawić. Co więcej, jako wychowany na wsi, miał też najlepszą rękę do roślin na całym osiedlu. Lubiło go wszystko, co tylko rosło: pomidory, zioła, fasola, mlecze, ogóreczniki, wilczomlecze, dzikie geranie. Nie było takiej rośliny, której Kurtałka nie wywabiłby z ukrycia, takiego nasienia, które dzięki niemu nie przywitałoby się ze słońcem, ani takiego zwierza, którego nie zdołałby przywołać czy poszczuć do działania miłym uśmiechem i zręcznymi dłońmi. Kurtałka był chodzącym geniuszem, człekokształtną katastrofą, lumpem, cudem medycyny, a także najlepszym sędzią baseballowym, jaki się trafił tam w komunałkach, a przy tym założycielem i trenerem Ogólnoosiedlowej Drużyny Baseballu Chłopców. Dla mieszkańców osiedla Cause był bezcenną złotą rączką, tym, którego się wołało, kiedy kotu po sesji w kuwecie utknął w zadku kawałek gówienka, bo Kurtałka swoje na wsi przeżył i nie było niczego, co odstręczyłoby go od działania na chwałę Bożą. To samo, jeśli przybyły z wizytą duszpasterską pastor ważył ponad dwieście kilo i miał cukrzycę i na kościelnym przyjęciu przedobrzył z opychaniem się karkówką i kurczakiem, więc zbór potrzebował człowieka, który pomógłby temu cielsku w sam raz do wożenia osiemnastokołowcem podnieść się z toalety i wsiąść do autobusu z powrotem na Bronx, bo przecież kiedyś w końcu trzeba kościół na noc pozamykać, ludzie chcą spać - tak, tu również Kurtałka był niezastąpiony. Żadna robota nie była poniżej jego godności, żaden cud zbyt wspaniały, żaden smród zbyt mdlący. Dlatego też, kiedy mieszkańcy osiedla widywali go po południu, jak zygzakiem, ululany, wędrował przez skwer do kolejnej pracy, pomrukiwali między sobą: "Głupi chłop, aż dziw bierze", ale po cichu myśleli: "Świat dalej toczy się swym torem".

Jednak panowała ogólna zgoda, że kiedy wpakował kulkę w Deemsa Clemensa, to wszystko się zmieniło.

Clemens był z nowego miotu czarnych na osiedlu. Żaden tam kolorowy chłopak z Południa, Portoryko czy Barbadosu, który przybył do Nowego Jorku z pustymi kieszeniami, Biblią i marzeniem. Nie spokorniał przez lata rwania bawełny w Karolinie Północnej czy cięcia trzciny cukrowej pod San Juan. Do Nowego Jorku nie trafił z jakiejś biednej okolicy, gdzie dzieciaki biegały na bosaka, a do jedzenia była zupa z żółwia na kurzych gnatach, skąd do Wielkiego Jabłka przybywało się na obolałych nogach, z groszami w kieszeni, a perspektywa sprzątania, przetykania toalet i wywożenia śmieci budziła przeogromne szczęście, zaś żyło się nadzieją na miłą robótkę w miejskich instytucjach albo nawet i wykształcenie z łaski dobrych białych. Deems miał wyjebane: na białych, na wykształcenie, na trzcinę cukrową i bawełnę, nawet na baseball, choć kiedyś był w nim świetny. Wszystkie te sprawy starych nie były dla niego warte ani centa. On był synem Cause, młodym i bystrym, i tłukł kasę jak wściekły, sprzedając towar na skalę, jakiej w tych komunałkach nigdy przedtem nie widziano. Miał ważnych przyjaciół i ważne koneksje od wschodnich rewirów Nowego Jorku aż po Far Rockaway w Queens, a jeśli na osiedlu znalazł się ktoś na tyle głupi, żeby mu coś gadać, to albo zbierał okrutne baty, albo i kończył w urnie, gdzieś na tyłach cmentarza.

Wszyscy więc zgadzali się, że Kurtałce w końcu zabrakło szczęścia - że zaiste był już z niego trup nieboszczyk.

3

JET

Kiedy Kurtałka podpisywał na siebie wyrok śmierci, na placu osiedla Cause znajdowało się szesnaścioro świadków. W tym: jeden świadek Jehowy, nagabujący przechodniów, matki z dziećmi w wózkach, panna Izi ze Stowarzyszenia na Rzecz Praw Stanowych dla Portoryko, jeden policyjny tajniak, siedmioro dilerskich klientów, jak też członkowie zboru Pięciu Końców, rozdający ulotki zapowiadające zbliżające się coroczne nabożeństwo z okazji Dnia Rodzin i Przyjaciół - na którym, swoją drogą, diakon Kurtałka we własnej osobie miał dać pierwsze w życiu kazanie. Nikt z nich ani pisnął policjantom o przebiegu zajścia, nawet rzeczony tajniak, dwudziestodwuletni funkcjonariusz dochodzeniówki z Siedemdziesiątego Szóstego Komisariatu, Jethro "Jet" Hardman, pierwszy czarny dochodzeniowiec przydzielony do komunałek na Cause.

Jet prowadził sprawę Deemsa Clemensa od siedmiu miesięcy. Był to jego pierwszy tajniacki przydział i Jet stresował się przez te rzeczy, które już ustalił. Jak się dowiedział, Clemens był najniższym szczeblem w drabince dystrybucji narkotyków, która prowadziła ku coraz grubszym rybom, przez Joego Pecka, dużą figurę wśród włoskich przestępców Brooklynu - jego mafijna organizacja przyprawiała o dreszcze każdego ceniącego sobie życie mundurowego na Siedemdziesiątym Szóstym Komisariacie, w jednostce macierzystej Jeta. Peck miał dojścia - na komisariacie, w dzielnicowych władzach Brooklynu, w mafijnej rodzinie Gorvino, a to byli goście, którzy mogliby sobie zażyczyć gliniarskich podrobów za ćwierć dolca i nikt by im złego słowa nie powiedział. Przed Peckiem ostrzegał Jeta jego były partner, stary sierżant irlandzkiego pochodzenia, Kevin "Karl" Mullen, uczciwy gliniarz, który niedawno powrócił na ten komisariat z wygnania na Queens, gdzie trafił za swój paskudny nawyk: on autentycznie chciał pakować tych złych za kratki. Z dochodzeniówki wywalili go znów pomiędzy krawężników. Karl wpadł do komisariatu któregoś popołudnia właśnie w celu sprawdzenia, jak sobie radzi jego dawny podopieczny, bo dowiedział się, że Jet do tajnej roboty na osiedlu Cause zgłosił się na ochotnika.

- Ale po co nadstawiasz tyłek? - zapytał.

- Karl, ja tu otwieram drzwi z buta - oznajmił z dumą Jet. - Lubię być ten pierwszy. Byłem pierwszy Murzyn w mojej podstawówce, numer dwadzieścia dziewięć, co grał na puzonie. Potem pierwszy Murzyn w gimnazjum numer dwieście dziewiętnaście, co poszedł na kółko matematyczne. A teraz jestem pierwszy czarny z dochodzeniówki w Cause. To cały nowy świat, Karl. Ja tu przecieram szlaki.

- Jesteś debil - oświadczył mu Karl. Rozmawiali, stojąc pod Siedemdziesiątym Szóstym. Karl, w mundurze sierżanta, oparł się o zderzak swojego radiowozu i pokręcił głową. - Wykręć się z tego - podjął. - Za krótki jesteś.

- Dopiero co się wkręciłem, Karl. Jest git.

- To za gruba sprawa.

- Przecież same drobiazgi, Karl. Małe kanty. Biżuteria. Włamania. Troszkę narkotyków.

- Troszkę? Jaką masz przykrywkę?

- Będę cieciem z nałogiem narkotykowym. Pierwszy czarny cieć na komunałkach, który jeszcze nie ma dwudziestu trzech lat!

- To narkotyki. - Karl pokręcił głową.

- No i?

- A wyobraź sobie konia - powiedział. - A teraz wyobraź sobie muchę na jego grzbiecie. I to właśnie ty.

- To szansa, Karl. Departament potrzebuje czarnych tajniaków.

- Tak ci to wcisnął porucznik, nie?

- Dokładnie w tych słowach. Co się mnie czepiasz, chłopie? Sam robiłeś za tajniaka.

- To było dwadzieścia lat temu - westchnął Karl, czując, że robi się głodny. Była już prawie pora obiadowa, wahał się między gulaszem z baraniny a takim na boczku, z ziemniakami, który uwielbiał. To stąd właśnie wzięła się jego ksywka "Karl": babcia mu ją nadała, bo jako grzdyl nie potrafił powiedzieć "kartofel". - Wtedy tajniakowanie to było głównie pisanie notatek - wyjaśniał. - Wyścigi konne. Włamania. A teraz to heroina. Kokaina. Jest z tego masa forsy. Całe szczęście, że za moich czasów tutejsi Italiańcy nie lubili się z prochami.

- W sensie, że Joe Peck? Czy Słoniu? - Jet usiłował zdusić podniecenie w głosie.

Karl zmarszczył brwi, przez ramię obejrzał się na budynek komisariatu, żeby mieć pewność, że nikt nie kręci się w zasięgu słuchu.

- Ci dwaj mają na tej komendzie uszy. Odpuść ich sobie. Peck to świr. Pewnie dostanie w końcu w łeb od swoich. A Słoniu... - Wzruszył ramionami. - Ten jest staroświecki. Transport, budownictwo, magazyny... i szmugluje. Wyprowadza towar przez port. Papierosy, opony, takie rzeczy. W narkotyki się nie bawi. Ale ogrodnik z niego jak jasna cholera.

Jet spojrzał na Karla, mrużąc oczy. Sierżant wyglądał na rozkojarzonego.

- Mówię ci, Słoniu jest dziwny. Myślałbyś raczej, że bawiłby się miniaturowymi kolejkami czy modelami łodzi. A on ma ogród jak na wystawę kwiatową.

- Może hoduje kwiaty, żeby zamaskować krzaki marihuany - odezwał się Jet. - A to, swoją drogą, nielegalne.

Karl zassał powietrze przez zęby, łypnął na niego z irytacją.

- A wydawało mi się, że lubisz rysować komiksy.

- Bo lubię, facet. Cały czas sobie rysuję.

- No to wracaj do mundurowych i rysuj swoje po nocach. Chcesz być w czymś pierwszy? No to możesz być pierwszy czarny glina, co odpuści sobie te durne zabawy w Dicka Tracy'ego i dociągnie do emerytury z łbem w jednym kawałku.

- Kto to jest ten Dick Tracy? - zapytał Jet.

- A ty co, komiksików z gazet nie czytasz?

Jet wzruszył ramionami.

- Wykręć się z tego - prychnął Karl. - Nie bądź głupi.

Więc Jet starał się wykręcić. Naprawdę poruszył ten temat w rozmowie z porucznikiem, ale ten go zignorował. Siedemdziesiąty Szósty Komisariat, gdzie Jet świeżo trafił do dochodzeniówki, był zdemoralizowany, w rozsypce. Komendant większość czasu spędzał na naradach na Manhattanie. Biali gliniarze mu nie ufali. Nieliczni czarni, węsząc w nim ambicje i żyjąc w zgrozie przed przeniesieniem do wschodniego Nowego Jorku - uważanego za piekło na ziemi - schodzili mu z oczu. Najchętniej nie rozmawiali o niczym poza wędkowaniem w weekendy w północnej części stanu. Papierologia mogła człowieka zmiażdżyć - meldunek o zatrzymaniu za kradzież sklepową? Dwanaście egzemplarzy. Zespół saperski całe dnie przesiadywał, ciupiąc w karty. Jet ufał tylko Karlowi, a ten, mając pięćdziesiąt dziewięć lat, odliczał dni do emerytury, jedną nogą był już za drzwiami, zresztą zdegradowali go do sierżanta z powodów, o których nigdy nie chciał rozmawiać. Karl zamierzał odejść na emeryturę przed upływem roku.

- Przetrzymam w tym rok i się wycofam - powiedział Jet. - Wtedy będę mógł mówić, że byłem pionierem.

- Jasna sprawa, generale Custer. Jak się spieprzy, przedzwonię do twojej mamy.

- Karl, daj spokój. Jestem już duży chłop.

- Jak Custer.

***

W dniu zajścia Jet, ubrany w granatowy uniform woźnego z Zarządu Mieszkań Komunalnych, stał na placu wsparty na szczotce i marzył, że weźmie robotę w pralni chemicznej u kuzyna, a tam jako pierwszy czarny wymyśli nowy model prasowalnicy do koszul. Nagle zauważył Kurtałkę, ubranego w obszarpaną kurtkę sportową i wyświechtane cywilne spodnie, jak na niepewnych nogach wyłonił się ze słabo oświetlonego wejścia do bloku numer 9 i halsował w stronę tłumku chłopaków wokół Clemensa, siedzącego pod masztem flagowym pośrodku placu w otoczeniu swojej ekipy i klientów, nawet nie trzy metry od miejsca, w którym stał Jet.

Ten zauważył, że Kurtałka jest uśmiechnięty, co nie było niczym nadzwyczajnym. Nieraz widział tu tego leciwego świra, jak się szczerzył i gadał sam ze sobą. Teraz widział, że Kurtałka zatrzymał się na chwilę wśród tłumku na placu, przyjął pozę pałkarza, zamachnął się na urojoną ciśniętą piłeczkę, po czym wyprostował się, przeciągnął i pobrnął dalej. Jet parsknął śmiechem i już miał się odwrócić, kiedy zauważył - a może tylko mu się zdawało? - że stary wyciągnął z lewej kieszeni kurtki wielki pordzewiały rewolwer i przełożył go do prawej kieszeni.

Jet rozejrzał się wokół bezradnie. Jak to mówił Karl, "zaistniała sytuacja". Dotąd robota szła mu przeważnie gładko. Parę zakupów towaru. Robienie notatek w myślach. Tego tu zidentyfikować. Tamtego rozpracować. Zorientować się w układach na terenie. Dojść do środka pajęczyny, czyli do dostawcy z Bedford-Stuyvesant, niejakiego Buncha, po drodze omijając jego silnorękiego imieniem Earl, o paskudnej renomie, który zjawiał się tu z towarem do rozprowadzenia i inkasował wpływy. Na razie tyle zdziałał. Usłyszał, że był też jakiś zabójca, kontraktowy cyngiel, niejaki Howard, gość tak straszliwy, że najwyraźniej wszyscy bali się wymieniać jego imię, nawet sam Deems. Jet miał nadzieję, że się na niego nie natnie. I bez tego nie czuł się w tej roli zbyt wesoło. Za każdym razem, kiedy meldował porucznikowi o postępach, ten zdawał się lekceważyć temat. "Dobra robota, dobra robota", tyle miał do powiedzenia. Jet wiedział, że porucznik stara się o awans i jest już jedną nogą za drzwiami, jak prawie każdy oficer na Siedemdziesiątym Szóstym. Nie licząc Karla i paru sympatycznych starszych gości z dochodzeniówki, Jet był puszczony samopas, bez wskazówek czy instruktażu, więc się nie spinał, działał pomalutku, tak jak mu radził Karl. Żadnych aresztów. Żadnych zatrzymań. Żadnych uwag. Nic nie robić, tylko patrzeć. Tak jak radził Karl.

Ale to... to była zupełnie inna sprawa. Ten dziadek podchodził tu ze spluwą. Co by zrobił Karl w takiej sytuacji?

Jet rozejrzał się wokół. Wszędzie pełno ludzi. Dochodziło południe, sąsiedzka ekipa plotkarzy, którzy co rano zbierali się przy ławce pod masztem na kawę i powitanie flagi, nie rozeszła się jeszcze po domach. Jet zauważył, że między Deemsem i jego pomagierami od handlu narkotykami a tymi starszymi, co zbierali się tu każdego ranka na ploty i żartobliwe docinki, panował dziwny rozejm. Przez krótki czas, od jedenastej trzydzieści do południa, te dwie grupy wręcz dzieliły się miejscem pod masztem. Deems działał z ławki po jednej stronie słupa, a poranne towarzystwo gromadziło się po drugiej stronie, mamrocząc o tym, jak to świat schodzi na psy, przy czym, z tego, co słyszał Jet, mieli tu na myśli również i Deemsa.

- Ja to bym mu wytłukła bejsbolem robaki ze łba - usłyszał raz, jak pomrukiwała siostra Veronica Gee.

Na co siostra Bum-Bum dodała:

- Kulasy bym jemu poprzetrącała, ale po co pacierz przerywać?

A Pierna Kiełbacha dorzucił:

- Przyjdzie taki dzień, że mu te szynki porządnie podsmażę... jak akurat nie będę pod wpływem.

Jet widział, że Deems ignoruje starszych, ale przyjmowanie klientów ogranicza do minimum, póki się nie rozejdą - narzekanie, szpanerka, wyzwiska, ostre kłótnie, czasami nawet bójki, to wszystko działo się później. Do południa na placu było bezpiecznie.

"Było i się zmyło", pomyślał sobie Jet.

Zerknął na zegarek. Była 11.55. Co poniektórzy starsi zaczynali już wstawać z ławki, ale ten dziadek z bronią wciąż się zbliżał, teraz był już może o piętnaście metrów, z dłonią wetkniętą w kieszeń z rewolwerem. Jet czuł suchość w ustach, kiedy patrzył, jak ten pijaczek brnie naprzód, etapami po półtora metra, zatrzymuje się, by machnąć wyobrażaną pałką i znów zygzakuje przed siebie, bez pośpiechu, zagadany, najwyraźniej odpowiadając sam sobie:

- Nie mam dla ciebie czasu, babo... Nie, dziś nie! Dziś i tak nie jesteś sobą. A to akurat plus!

Jet patrzył z niedowierzaniem, a Kurtałka był ledwie o dwanaście metrów od Deemsa. O dziewięć. Zaraz już tylko siedem i pół, wciąż gadając sam ze sobą, ale coraz bliższy dilera.

Na szóstym metrze przestał mamrotać, ale kierunku wędrówki nie zmienił.

Jet zadziałał odruchowo, tak jak go szkolili. Szybko kucnął, żeby złapać przypasaną przy kostce trzydziestkę ósemkę z krótką lufą, ale jednak się powstrzymał. Gnat przy kostce równał się automatycznej dekonspiracji. Jakby się chodziło z kogutami na głowie. Wstał więc i cofnął dyskretnie, podczas gdy stary krążył wokół tych cisnących się do Deemsa. Zachowując się tak naturalnie, jak tylko potrafił, Jet przeszedł na szerokie betonowe koło u podstawy masztu, oparł o nie szczotkę, rozciągnął ramiona i udał, że ziewa. Zerknął na ławkę starszych i z niepokojem zauważył, że kilka osób jeszcze się stamtąd nie zabrało.

Śmiali się, wymieniali ostatnie uwagi i żarciki, kiedy niespiesznie wstawali. Niektórzy popatrywali na Deemsa i jego ekipę, którzy zbierali się, radośnie ignorując starych na ławce po drugiej stronie masztu - młodzi wojowie gromadzący się wokół króla. Jeden z chłopaków podał Deemsowi papierową torebkę. Ten otworzył ją, wyciągnął pokaźną kanapkę na półbagietce, rozwinął. Jet poczuł woń tuńczyka nawet tam, gdzie stał. Zerknął na starych.

"Sprężać się tam".

W końcu wstali już i ostatni. Jet z ulgą obserwował, jak Pierna Kiełbacha zabiera potężny termos po kawie, a Bum-Bum kartonowe kubeczki, i idą sobie, zostawiając już tylko pannę Izi i siostrę Gee. Ta podniosła się jako pierwsza, z dłońmi pełnymi ulotek i ruszyła w swoją stronę. Przy ławce została tylko Izi, jasnoskóra Portorykanka przy kości, o lśniących czarnych włosach, której śmiech gonił siostrę Gee, a brzmiał jak urywane skrobanie kredą po tablicy.

"Zabieraj się - pomyślał Jet. - Idź, sio!"

Starszawa Portorykanka odprowadzała wzrokiem odchodzącą siostrę Gee, potarła się po nosie, podrapała pod pachą, wściekle łypnęła na zebrany już wokół Deemsa krąg narkomanów, rzuciła w jego stronę coś po hiszpańsku - Jet domyślał się, że jakieś przekleństwo - i w końcu, niespiesznie, zaczęła oddalać się od ławki.

Za to ten stary menel wciąż się zbliżał. Trzy metry. Mijając Jeta, uśmiechnął się do niego - mocno zalatywał gorzałą - i łagodnie wślizgnął się w otaczający Deemsa krąg heroinistów, gdzie zniknął policjantowi z oczu za plecami niespokojnych ćpunów, domagających się działki na rozpoczęcie dnia.

Lęki Jeta przeszły już na skali w podziałkę "Panika". Kurwa jego mać, co sobie myślał ten stary debil? Przecież go rozwalą.

Jet, przerażony, z galopującym sercem czekał na huk wystrzału.

A tu nic. Krąg ludzi wokół Deemsa stał, jak stał. Chłopcy otaczali go, jak zawsze zajęci, docinając sobie nawzajem, dowcipkując.

Jet złapał stojącą pod masztem miotłę i pchał ją ku kręgowi chłopaków, starając się symulować nonszalanckie rozkojarzenie przy zamiataniu, po drodze zgarniając co większe śmieci, wiedząc, że zasadniczo czujny Deems nie będzie zwracać na niego uwagi, bo i Jet był tu klientem. Zbliżając się z miotłą do tłumku, przystanął, odkładając ją na ziemię. Tym razem zajął się wiązaniem buta. Z tego poziomu, nisko przy ziemi, niecałe trzy metry od Deemsa, był w stanie zajrzeć pomiędzy stłoczone ciała otaczające dilera i staruszka. Deems siedział na oparciu ławeczki, pogryzał swoją kanapkę i gadał z jakimś chłopakiem, obaj się zaśmiewali. Żaden nie zauważył, że Kurtałka zatrzymał się tuż przy nich.

- Deems? - odezwał się stary.

Clemens uniósł wzrok. Chyba się zdziwił, widząc, że dziadyga pijaczek kolebie się tu przed nim.

- Kurtałka! Witam szefa. - Wgryzł się w kanapkę, z półbagietki pociekł majonez i sos pomidorowy. Deems zawsze czuł się przy Kurtałce nieco niewygodnie. Nie dlatego, że stary chlał ani że się przechwalał, ani przez jego surowe tyrady przeciwko narkotykom. Raczej przez nie takie znów zamierzchłe wspomnienia chwil, kiedy w ciepłe wiosenne popołudnia tłukli z Kurtałką w piłeczki na boisku baseballowym: to właśnie Kurtałka nauczył go, jak obrócić się na pięcie i śmignąć złapaną piłką prosto do bazy domowej nawet ze stu i więcej metrów. To Kurtałka nauczył go rzucać, przenosić ciężar ciała na zakroczną, kiedy brał zamach, prostować ramię, żeby włożyć w rzut całą siłę, jak dobrze chwycić piłkę, żeby cisnąć podkręconą, i jak wychodzić od nóg, żeby cała masa i energia szła w piłeczkę, a nie w bark. To Kurtałka zrobił z niego gwiazdora baseballu. Zazdrościli mu biali chłopcy z drużyny baseballowej szkoły średniej imienia Johna Jaya, którzy nie mogli uwierzyć, że łowcy talentów z uniwersytetów narażają życie i zdrowie w wyjazdach na zapuszczone, brudne boisko osiedla Cause, żeby patrzeć, jak Deems rzuca. To jednak było w innych czasach, kiedy był chłopcem, kiedy żył jego dziadek. Teraz Deems był już mężczyzną, miał dziewiętnaście lat, potrzebował forsy. A Kurtałka mu tylko dupę zawracał.

- Jak to jest, że już nie grasz, Deems? - zapytał stary.

- Jak nie gram? - odparł, przeżuwając.

- No nie grasz. W baseball. - Kurtałka lekko się zatoczył.

- Bo wszedłem w większe granie, Kurtałka. - Deems puścił oko do swoich przybocznych i chapnął kolejny potężny kęs kanapki. Chłopcy roześmiali się głośno. Deems odgryzł łapczywie jeszcze kawałek, prawie nie patrząc na Kurtałkę, skoncentrowany na cieknącej kanapce. Tymczasem Kurtałka stał tylko i pomrugiwał tępawo.

- Nie ma nic większego niż baseball, Deems. Kto jak kto, ale ja to wiem. W temacie grania tu na osiedlu to ja jestem najgrubsza ryba.

- Jasna sprawa, Kurtałka. Jesteś szefu.

- Nie było tu na osiedlu lepszego sędziego - oznajmił Kurtałka z dumą, chwiejąc się nieco. - To ja organizuję ser. Ani apostołowie. Ani wszyscy święci. Ja. Ja załatwiam ser, jasne? I nie dałem ci usprawiedliwienia, żebyś sobie nie grał, Deems, zrozumiano? Bo granie w baseball wychodzi ci najlepiej. Więc jak to jest, że przestałeś grać?

Clemens, ściskając oburącz tę swoją wielką kanapkę, prychnął śmiechem.

- A idź, Kurtałka.

- Żeś mi nie odpowiedział. Ja ciebie ćwiczyłem na ścieżki Pana, synuś. Ja ciebie uczyłem w szkółce niedzielnej. Grać ciebie uczyłem.

Z twarzy Deemsa zniknął uśmiech, a z jego piwnych oczu ciepły błysk: zastąpiło go mroczne, nieobecne spojrzenie. Nie był w nastroju na emeryckie pierdoły. Długie ciemne palce zacisnęły się mocniej na kanapce, wyciskając z niej ściekające do wnętrza dłoni strużki majonezu i sosu pomidorowego.

- Spadaj, Kurtałka - rzucił. Oblizał palce, znów ugryzł bagietkę i szeptem rzucił żarcik chłopakowi siedzącemu przy nim na ławce. Obaj zarechotali radośnie.

Wtedy Kurtałka cofnął się o krok i beznamiętnie sięgnął do kieszeni.

Jet, oddalony o cztery kroki, wciąż przykucnięty, dłubiąc przy sznurówkach, dostrzegł ten ruch i wydał okrzyk, który w ostatecznym rozrachunku ocalił Deemsowi życie.

- On ma spluwę! - zawył.

Clemens, z ustami pełnymi kanapki z tuńczykiem, odruchowo obrócił głowę w stronę, z której dobiegł okrzyk.

A w tym momencie Kurtałka pociągnął za spust.

Strzał, wymierzony w czoło Deemsa, chybił celu i kula trafiła w ucho chłopaka, urywając je. Pocisk zrykoszetował jeszcze od chodnika za plecami Deemsa. Impet trafienia był tak silny, że Deems miał wrażenie, jakby urwało mu głowę. Przerzuciło go nad oparciem ławeczki, kęs kanapki z tuńczykiem wpadł w głąb gardła, do tchawicy, i zaczął go dławić.

Chłopak padł plecami na beton, kaszlnął kilka razy, po czym przetoczył się na brzuch i zaczął charczeć, rozpaczliwie usiłując stanąć na czworakach, podczas gdy otaczający go chłopcy rozpierzchli się w szoku, a na placu rozpętał się chaos: ulotki sypały się na ziemię, matki biegiem pchały wózki dziecięce, gdzieś przemknął ktoś na wózku inwalidzkim, inni gnali z wózkami sklepowymi, w popłochu gubili siatki z zakupami, po prostu kotłowanina zdjętych przerażeniem pieszych wśród trzepoczących ulotek, które wydawały się wszechobecne.

Kurtałka znów wymierzył w Deemsa ze swojego zabytkowego gnata, gdy jednak ujrzał go na czworakach, dławiącego się bułką, zmiękło mu serce. Nagle poczuł dezorientację. Poprzedniej nocy śniła mu się Hettie w rudej peruce, objeżdżała go za ser, a teraz stał tu nad Deemsem, to cholerstwo, co je trzymał w ręce, jakimś cudem wypaliło, a Deems wił się przed nim na ziemi, usiłując złapać oddech. Patrząc na niego, Kurtałka doznał olśnienia.

"Żaden człowiek nie powinien zdychać na czworakach" - pomyślał.

Tak szybko, jak tylko potrafił, stary diakon przelazł przez ławkę, okroczył podnoszącego się na dłoniach i kolanach Deemsa i nie wypuszczając z garści rewolweru, zaordynował mu chwyt Heimlicha.

- Nauczył mie tego jeden taki szczeniak w Południowej Karolinie - sapnął z dumą. - Biały chłopak. Na doktora wyrósł.

Generalnie, tak jak to widzieli świadkowie z placu, z pobliskiej ulicy i z wszystkich wychodzących na skwer okien, w sumie trzystu pięćdziesięciu, nie wyglądało to najkorzystniej. Z oddali odnosiło się wrażenie, że groźny diler narkotykowy Deems Clemens był na czworakach dymany na pieska, od tylca, i to przez Kurtałkę, starego dziadka, który kolebał się nad nim w starej sportowej marynarce i kapelutku.

- A go wyruchał na całego - opowiadała później panna Izi, relacjonując zajście zafascynowanym członkiniom Stowarzyszenia na Rzecz Praw Stanowych dla Portoryko w osiedlu Cause. Poza nią liczyło ono tylko dwie osoby, Eleanorę Soto i Angelę Negron, te jednak były zachwycone tą historią, a szczególnie momentem, kiedy Deems wypluł ten kawałek kanapki, który, według relacji panny Izi, wyglądał zupełnie jak dwa blade jajca jej byłego, Joaquina, po tym, jak oblała je gorącą oliwą, znalazłszy drania chrapiącego w ramionach jej kuzynki Emelii, co to przyjechała w gości z Aguadilli.

Dymanie nie trwało długo. Deems miał wszędzie czujki, także na dachach wychodzących na plac czterech bloków, i chłopaki rzucili mu się na pomoc. Ci z dachów bloków numer 9 i 34 pognali schodami, podczas gdy dwaj z tych, co donosili Deemsowi towar, a których spłoszył wystrzał, ochłonęli i skierowali się z powrotem ku Kurtałce. Ten, choć wciąż pijany, zauważył, że nadchodzą, wypuścił Deemsa i szybko wymierzył w młodych długą lufę swojej trzydziestki ósemki. Obaj chłopcy znów uciekli, tym razem na dobre, kryjąc się w piwnicy niedalekiego bloku numer 34.

Kurtałka, nagle znów zdezorientowany, patrzył za uciekającymi. Z rewolwerem wciąż w dłoni zwrócił się ku Jetowi, odległemu może o trzy metry. Zdążył się on już wyprostować i tak zamarł, trzymając miotłę w jednej dłoni.

Przerażony Jet gapił się na staruszka, który odwzajemniał to spojrzenie, mrużąc oczy w wysokim teraz, bo wczesnopopołudniowym słońcu. Patrzyli sobie oko w oko i w tej chwili Jet poczuł się tak, jakby zaglądał w taflę oceanu. Głęboko osadzone oczy starego były zdystansowane, spokojne, Jet odniósł nagle wrażenie, że unosi się na spokojnych morskich wodach, choć wokół kotłowały się i pieniły potężne fale, wznosiły się grzywacze. Znienacka zstąpiła na niego epifania. "Jesteśmy tacy sami - pomyślał. - Jesteśmy w pułapce".

- Ja mam ser - oznajmił spokojnie stary diakon, a zza jego pleców dobiegały pojękiwania Deemsa. - Sie rozumiemy? Ja mam ser.

- Pan ma ser - powtórzył Jet.

Stary jednak wcale go nie słuchał. Obrócił się już na pięcie, schował rewolwer do kieszeni i pospiesznie pokuśtykał w stronę swojego bloku, odległego o niespełna sto metrów. Zamiast jednak wejść na klatkę, skręcił i niepewnie ruszył boczną rampą wiodącą do kotłowni w piwnicy.

Sparaliżowany strachem Jet odprowadzał go wzrokiem, ale kątem oka dostrzegł błyski świateł radiowozu mknącego przy placu tam, gdzie wychodził on na ulicę, w odległości mniej więcej jednego kwartału w miejskiej zabudowie. Samochód zatrzymał się z poślizgiem, cofnął i runął w jego stronę po chodniku. Jet poczuł przemożną ulgę, widząc, jak radiowóz przeciska się pomiędzy uciekającymi pieszymi, bo jego kierowca musiał zwolnić, skręcać to w prawo, to w lewo, by omijać spanikowanych ludzi. Za tym pierwszym Jet zauważył kolejne dwa radiowozy, które także ruszyły chodnikiem. Ulga, której doznawał, była tak potężna, jakby właśnie się obficie odlał, odciążając pęcherz i przy okazji spuszczając z siebie każdą odrobinę sił witalnych.

Obrócił się ostatni raz, zobaczył, że głowa starego znika, gdy ten zszedł rampą do piwnicy bloku numer 9, poczuł wtedy, że skurcz w żołądku ustąpił, zorientował się, że znów jest w stanie działać. Puścił miotłę, przesadził ławeczkę, pędząc w stronę Clemensa, i wtedy usłyszał za sobą pisk opon hamującego radiowozu. Gdy przykucnął nad Deemsem, dobiegł go okrzyk policjanta, żądającego, żeby się nie ruszał, tylko wstał i podniósł ręce.

Wykonując to polecenie, Jet mówił sobie: "Więcej już tego nie robię, skończyłem".

- Nie ruszać się! Nie obracać się!

Dwie ręce złapały go od tyłu, unieruchamiając mu ramiona. Ciśnięto go twarzą naprzód na maskę radiowozu. Poczuł, jak na nadgarstkach zatrzaskują mu się kajdanki. Kiedy tak półleżał, z uchem dociśniętym do gorącej blachy samochodu, widział, że plac, jeszcze parę minut temu ludny niczym dworzec kolejowy, teraz zupełnie opustoszał, tylko parę ulotek trzepotało na wietrze. Widział też krzepką białą dłoń policjanta, opartą o maskę niedaleko jego nosa. Gliniarz położył ją tam, żeby lepiej rozłożyć swój ciężar, podczas gdy drugą dłonią unieruchamiał głowę Jeta.

Jet gapił się na tę dłoń, może o trzydzieści centymetrów od jego oczu, i rozpoznał ślubną obrączkę na palcu. "Znam tę rękę" - pomyślał.

Gdy szarpnięciem postawiono go na nogi, Jet znalazł się nagle oko w oko ze swoim starym partnerem, Karlem. Sześć metrów od nich na ziemi leżał Deems, otoczony przez policjantów.

- Ja nic nie zrobiłem! - wrzasnął Jet, tak głośno, żeby usłyszał go Clemens i wszyscy w pobliżu.

Karl obrócił go, potem przeciągnął dłońmi po kończynach, starannie omijając rewolwerek w kaburze przy kostce. Gdy tak go rewidował, Jet szepnął:

- Karl, Chryste panie, weź mnie aresztuj.

Karl złapał go za kołnierz i szarpnięciem skierował na tylne siedzenie radiowozu.

- Jesteś debil - mruknął półgłosem.

4

UCIEKAĆ

Kurtałka wszedł do piwnicznej kotłowni bloku numer 9, usiadł, oburzony, na składanym krześle przy potężnym piecu na węgiel. Słyszał wycie syreny, ale wkrótce wyleciało mu to z głowy. Co go tam syreny obchodziły. Czegoś tu szukał. Omiótł wzrokiem podłogę, ale nagle zamarł, bo przypomniał sobie, że miał nauczyć się na pamięć wersu z Biblii na zbliżające się kazanie z okazji Dnia Rodziny i Przyjaciół. Szło w nim o naprawianie krzywd. Tylko czy to było w Listach do Rzymian, czy w Micheaszu? Tego nie pamiętał. Zaraz jednak jego umysł wrócił do tego samego, dręczącego problemu: Hettie i pieniędzy z Klubu Bożonarodzeniowego.

- Całkiem nieźle się nam układało, póki nie wymyśliłaś, żeby się wydurniać z tym cholernym Klubem Bożonarodzeniowym - prychnął.

Rozejrzał się po kotłowni, szukając Hettie. Nie pojawiła się.

- Słyszała?

Nic.

- No i bardzo dobrze - warknął. - To nie na mnie kościół ma kwity względem tych pieniędzy, co przepadły. To ty będziesz musiała z tym żyć, nie ja.

Wstał i zaczął szukać awaryjnej flachy King Konga, bo Kiełba zawsze miał tu jakąś gdzieś zachomikowaną, ale wciąż jeszcze oczy chodziły mu, jak chciały, czuł się mętnie, niewyraźnie. Stopą grzebał wśród porzuconych na podłodze narzędzi i części rowerowych, pomrukując pod nosem.

- Czasami człowiek musi ciągle świrować, żeby całkiem nie ześwirować - burczał. - Co poniektórzy od kazania idą do głowy zawracania, i zaraz z powrotem, i w ogóle nie widzą różnicy. No ale to nie moje pieniądze, Hettie. To pieniądze kościołowe. - Na chwilę przestał roztrącać stopą to, co walało się na podłodze, zamarł, mówiąc w powietrze: - Na jedno wychodzi - oznajmił. - Albo się ma zasady, albo się nic nie ma. I co ty o tym sądzisz?

Cisza.

- Tak właśnie myślałem.

Uspokoił się już trochę, zaczął znów szperać, pochylając się, sprawdzał za skrzynkami na narzędzia i pod cegłami.

- Bo o moich pieniądzach to ty nigdy nie myślałaś, prawda? Tak jak było z tym starym mułem, co go miałem tam w Karolinie. Tym, co go chciał kupić stary pan Tullus. Dawał mi za niego sto dolarów. A ja mu na to: "Panie Tullus, żeby tego muła oddać, to bym potrzebował równe dwieście". Tyle to mi stary nie chciał dać, pamiętasz? A dwa tygodnie później muł wziął i zdechł. A mogłem go opchnąć. Było mi powiedzieć, żebym jego sprzedał.

Cisza.

- No sama pomyśl, Hettie, jak dla zasady nie wziąłem od tego białego bitych stu dolarów, no to przecież nie będziesz mie tu kołków ciosała za jakieś tam głupie czternaście dolarów i dziewięć centów, co żeś uskładała na Klub Bożonarodzeniowy i gdzieś posiała.

Urwał, zerknął kątem oka i dodał ciszej:

- Bo tego jest tylko czternaście dolarów, co nie? Nie wyjdzie, że ze dwieście albo i trzysta? Trzysta dolarów to ja nie dam rady. Czternaście to tyle, co za owcę. Przez sen tyle uskładam. Ale trzysta, kochanie, to już utonę.

Zatrzymał się, sfrustrowany, niezdolny znaleźć to, czego szukał, wciąż jednak się rozglądał.

- Bo te pieniądze... to przecież nie moje, Hettie!

Wciąż nie dostawał odpowiedzi, więc zbity z pantałyku siadł z powrotem na składanym krześle.

Na zimnym siedzeniu dopadło go nieznane, dziwne, dręczące poczucie, że zdarzyło się coś okropnego. Samo w sobie nie było to dla niego nic nadzwyczajnego, szczególnie od czasu śmierci Hettie. Normalnie ignorował takie impulsy, ten jednak wydawał się silniejszy niż zazwyczaj. Nie potrafił uchwycić, o co konkretnie mogłoby chodzić, ale nagle dostrzegł poszukiwany przedmiot i zaraz zapomniał o wszelkich problemach. Wstał, powłócząc nogami, dotarł do bojlera, sięgnął pod zbiornik i wyciągnął flachę Rufusowego bimbru, King Konga.

Uniósł ją ku wiszącej pod sufitem gołej żarówce.

- Jak mówię pić, to mówię szklanką. Więc mówię: "Czy my się znamy?". Więc mówię, że czas się rozliczyć! Mówię, że czas zagonić kury! Mówię, komu bęc, temu chlast, Hettie. Bóg jeden wie, kiedy mówię! Zdrówko!

Kurtałka uniósł butelkę, pociągnął duży łyk i dręczące poczucie popłynęło hen. Odstawił flachę z powrotem do kryjówki, wrócił na miejsce i siadł rozluźniony, zadowolony.

- U, King Kong, dajesz - mruknął. Po czym odezwał się głośniej: - Jaki dziś dzień, Hettie?

Uświadomił sobie, że mu nie odpowiedziała, więc prychnął:

- E, do diabła, na co mi ty. Sam wyczytam... - Co jednak mijało się z prawdą. Z kalendarzem sobie radził. Ale pisane słowa to już co innego.

Wstał, niespiesznie podszedł do wypłowiałego kalendarza ściennego, popatrzył na niego przez mgiełkę promili, w końcu pokiwał głową. Był czwartek. Dzień roboty u Itkina. Miał cztery prace, po jednej na każdy dzień poza niedzielą. W poniedziałki sprzątał w kościele Pięciu Końców. We wtorki wynosił śmieci z domu opieki. W środy pomagał białej staruszce z jej ogródkiem przy kamieniczce. W czwartki rozładowywał skrzynki towaru w monopolowym Itkina, ledwie cztery przecznice od osiedla Cause. W piątki i soboty zajmował się kiedyś organizowaniem treningów dla drużyny baseballowej osiedla, zanim mu się nie rozwiązała.

Spojrzał na zegar ścienny. Już prawie pierwsza. Czas iść do pracy.

- Muszę lecieć, Hettie! - oznajmił radośnie.

Znów wyciągnął flachę i strzelił szybki łyczek Konga, wsunął ją z powrotem do kryjówki, po czym opuścił piwnicę tylnymi drzwiami, wychodząc o przecznicę od placu z masztem. Ulica była pusta i cicha. Kurtałka zakolebał się delikatnie, beztrosko, nieco ustabilizowany świeżym powietrzem, które po części rozwiało opary alkoholu. Chwila i już szedł wzdłuż rzędu schludnych sklepików przy Piselli Street, typowych dla całej tej zamieszkanej przez Włochów okolicy. Uwielbiał chodzić do sklepu u Itkina, w stronę centrum Brooklynu, oglądać zadbane kamieniczki i witryny sklepów pełnych klientów - niektórzy nawet machali mu, kiedy ich mijał. Wystawianie butelek i pomaganie klientom z wożeniem kartonów wina do samochodów należało do jego ulubionych fuch. Najbardziej pasowały mu te dorywcze prace, które nie przeciągały się na więcej niż jeden dzień i do których nie potrzebował narzędzi.

Dziesięć minut później dodreptał do drzwi pod markizą z napisem "Alkohole u Itkina". Gdy już przy nich był, obok z rykiem śmignął radiowóz. Po nim kolejny. Kurtałka zatrzymał się przed wejściem, pospiesznie sprawdził wewnętrzną kieszeń marynarki, gdzie zwykł trzymać gorzałę, a zdarzały się też puste czy niedopite flachy, jeśli utknął je tam przy którejś poprzedniej, a zapomnianej już okazji zwilżania gardła - o kieszeniach na biodrach zupełnie zapomniał - po czym nacisnął klamkę.

Gdy wszedł do sklepu, brzęknął dzwonek. Kurtałka zamknął za sobą drzwi, odcinając wycie syren kolejnego radiowozu i karetki, które przemknęły obok ulicą.

Właściciel monopolowego, pan Itkin, dobroduszny Żyd przy tuszy, wycierał właśnie kontuar, szorując też po nim pokaźnym brzuchem. W sklepie panowała cisza. Klimatyzacja działała pełną parą. Do otwarcia wciąż mieli pięć minut. Itkin skinął za Kurtałkę, ku radiowozom gnającym w stronę osiedla Cause.

- A tam co się porobiło?

- Cukrzyca - rzucił Kurtałka, drepcząc obok lady Itkina do magazynu na zapleczu. - Po kolei ich tam wykańcza. - Wślizgnął się do magazynu, gdzie na rozpakowanie czekały sterty świeżo dostarczonych kartonów z butelkami. Z westchnieniem przysiadł na skrzynce. Co go tam jakieś syreny obchodziły.

Zdjął kapelusz, otarł czoło. Lada, za którą stał Itkin, znajdowała się co najmniej z sześć metrów od drzwi na zaplecze, ale stając przy jej skraju, pryncypał widział Kurtałkę jak na dłoni. Przestał wycierać kontuar i zawołał:

- Jakby troszkę pan sterany, diakonie!

Kurtałka zbył jego troskę szerokim uśmiechem i leniwym ziewnięciem, przeciągnął się szeroko.

- Się czuję miód malina i łyk wina! - odparł. Itkin wrócił do pucowania lady, zniknął z pola widzenia, gdy przeszedł zająć się jej drugą stroną, a Kurtałka, starannie unikając obserwacji pryncypała, wyciągnął ze skrzynki puszkę piwa korzennego, otworzył, wziął konkretny łyk, odstawił ją na pobliską półkę i zaczął ustawiać kartony w stos. Zerknął w stronę drzwi, żeby się upewnić, że Itkin nadal był po drugiej stronie lady, nie wrócił w pole widzenia. Wtedy, ze zwinnością wprawnego złodziejaszka, z pobliskiej skrzynki buchnął butelkę ginu, odkręcił i połowę zawartości przelał do puszki z napojem. Zakręcił flaszkę, wetknął ją w dolną kieszeń sportowej marynarki, tę zaś zdjął i odłożył na regał nieopodal. Ubranie opadło na deski z dziwnym brzęknięciem. Kurtałka pomyślał najpierw, że w kieszeni po drugiej stronie miał flachę, o której zapomniał, bo przed wejściem do sklepu sprawdził tylko pospiesznie kieszonki na piersiach, a nie te biodrowe, więc podniósł marynarkę z powrotem, sięgnął do kieszeni i wyłowił z niej starą trzydziestkę ósemkę.

- A skąd tu się wziął mój stary wojskowy gnat? - mruknął.

Akurat brzęknął dzwonek nad drzwiami. Kurtałka wepchnął rewolwer z powrotem w kieszeń i uniósł wzrok - zobaczył, jak wchodzi gromadka pierwszych klientów, sami biali, a za nimi dostrzegł znajomy płaski kapelutek i stroskaną, brązową twarz Piernej Kiełbachy, wciąż ubranego w granatowy uniform woźnego Zarządu Mieszkań Komunalnych.

Kiełbacha przez chwilę zatrzymał się w drzwiach, udając zainteresowanie niedaleką witrynką z alkoholami, podczas gdy faktyczni klienci rozeszli się po sklepie. Itkin łypnął na niego z irytacją.

- Diakon zostawił coś w domu - wypalił Kiełbacha.

Itkin krótkim skinieniem głowy skierował go na zaplecze, gdzie widać było krzątającego się Kurtałkę, po czym któryś z klientów przywołał go między regały, dzięki czemu Kiełbacha mógł przemknąć za ladę, do magazynu. Kurtałka zauważył, że przyjaciel jest spocony i zadyszany.

- Czego chcesz, Kiełba? - zagadnął. - Itkin nie lubi, jak tu włazisz.

Pierna Kiełbacha obejrzał się przez ramię, po czym syknął:

- Durniu cholerny!

- A co ciebie tak nagrzało?

- Musisz wiać! Już, natychmiast!

- Co się tak na mnie buzujesz? - Kurtałka podał koledze puszkę piwa korzennego. - Siorbnij sobie, to ci ten ogień przygaśnie.

Kiełbacha złapał napój, powąchał, po czym odstawił puszkę na skrzynkę z takim impetem, że aż bryznęło z otworu.

- Czarny, ty nie masz czasu, żeby tu se siedzieć i procenty spijać. Musisz się zwijać, jak dywanik!

- Że co?

- Musisz stąd iść!

- Gdzie mam iść? Ledwie co tu przyszedłem.

- A gdzie chcesz, baranie. Wiej!

- Nie rzucę roboty, Kiełba!

- Clemens wciąż żyje - wyjaśnił Kiełbacha.

- Kto? - zdziwił się Kurtałka.

- Deems! On nie zginął.

- Kto?

Pierna Kiełbacha aż się cofnął, zamrugał.

- Ej, Kurtek, co z tobą?

Kurtałka siadł na skrzynce, sterany, pokręcił głową.

- Żebym ja wiedział, Kiełbacha. Gadałem z Hettie o moim kazaniu na Dzień Rodziny i Przyjaciół. Znów się zaczęła drzeć o ten ser i o pieniądze Klubu Bożonarodzeniowego. I jeszcze moją mamusię w to wmieszała. Mówiła, że moja mama...

- Kurta, skończ z tymi bredniami. Kłopoty masz!

- Że co, z Hettie? Niby co tym razem?

- Baranie, Hettie już dwa lata, jak nie żyje!

- I po co tak wygadujesz na moją Hettie kochaną, Kiełbacha - mruknął niegłośno Kurtałka, krzywiąc się. - Nic ci złego nigdy nie zrobiła.

- W zeszłym tygodniu tak jej nie kochałeś, darłeś się jak cielak, żeby ci mówiła, gdzie są te pieniądze z Klubu Bożonarodzeniowego. Ale weź o niej na moment zapomnij, Kurtek! Deems żyje!

- Kto?

- No Deems, gamoniu. Wnuk Louisa. Pamiętasz Louisa Clemensa?

- Louisa Clemensa? - Kurtałka przekrzywił głowę, minę miał szczerze zdziwioną. - Kiełba, przecież Louis naprawdę nie żyje. W maju było pięć lat, jak się przekręcił. On nie żyje dłużej niż moja Hettie.

- Ale nie o niego mi chodzi. O jego wnuka, Deemsa.

- A, Deems Clemens! - Kurtałka się rozpromienił. - Nie było tu na osiedlu lepszego zawodnika, Kiełba. Będzie z niego nowy "Kulka" Rogan. Widziałem raz Rogana na meczu, jeszcze w czterdziestym drugim. W Pittsburghu, tuż przed tym, jak się tu sprowadziłem. Ten to był, cholera, zawodnik. Się zaczął kłócić z sędzią i wyleciał z boiska. A to Bob Motley sędziował. Ten też był niczego sobie. Najlepszy czarny sędzia, jaki kiedykolwiek był. Motley to potrafił wyskoczyć, jakby w kosza grał.

Pierna Kiełbacha przez chwilę gapił się na niego w milczeniu, po czym spytał niegłośno:

- Kurtek, co z tobą?

- Nic. Po prostu Hettie daje mi popalić. Przyszła do mnie i daje: "Ja wiem, twoja mama to...".

- Weź mie posłuchaj. Strzeliłeś do Deemsa, ale on żyje i pójdzie na ciebie ze swoimi oprychami. Więc lepiej rusz się stąd...

- "...cię upokarzała" - mówił dalej Kurtałka, wcale go nie słuchając. - Mamusia wcale mnie nie upokarzała. Nie moja mamusia, Hettie - zwrócił się właściwie do nikogo. - Tylko moja macocha.

Pierna Kiełbacha świsnął cicho i siadł na innej skrzynce, naprzeciwko Kurtałki. Wyjrzał na sklep, rozglądając się za panem Itkinem, ale ten wciąż obsługiwał klientów, więc podniósł dopełnioną ginem puszkę piwa korzennego i pociągnął solidny łyk.

- Może dostanę przepustkę - mruknął.

- Na co ci przepustka?

- Żeby cię odwiedzać we więźniu. Jak dożyjesz.

- Byś przestał się mnie czepiać nie wiadomo o co.

Pierna Kiełbacha przez moment siedział pogrążony w namyśle, siorbnął ginu, spróbował raz jeszcze.

- Deemsa kojarzysz, nie? Wnuka Louisa?

- Naturalnie. Szkoliłem go w baseballu. I w szkółce niedzielnej go uczyłem. Ma chłopak talent.

- Jest postrzelony. Ledwo żywy.

- Kurka wodna! - Kurtałka zmarszczył brwi. - To okropne.

- I to od ciebie dostał kulkę. Jakbym Bogu przysięgał. Ty żeś go postrzelił.

Kurtałka rozchichotał się na chwilę, bo myślał, że to żart. Tyle że Pierna Kiełbacha wciąż miał niewzruszenie grobową minę, więc uśmiech Kurtałki zaraz znikł.

- Żarty se stroisz, nie?

- Chciałbym. Podszedłeś mu pod sam nos i wyciągnąłeś tego swojego starego gnata. Tego, co ci go dał ten kuzyn z wojska.

Kurtałka obrócił się i wetknął dłoń w kieszeń sportowej kurtki, leżącej na półce za jego plecami, wyciągnął colta.

- A się zastanawiałem, skąd tu to cholerstwo... - Walnął rewolwerem w dłoń, kontrolnie. - Widzisz, niestrzelany, od kiedy go kupiłem. Tylko jeden nabój w nim mam, a i ten na postrach, nic więcej. - Wtedy zauważył pustą łuskę w bębenku i twarz podbiegła mu kredą. Trzymał broń przed sobą, wpatrywał się w nią uparcie.

Pierna Kiełbacha pchnął lufę rewolweru ku podłodze, łypnął w stronę drzwi.

- Weź to diabelstwo schowaj! - syknął półgłosem. - Mało żeś już sobie z tym narobił kłopotów?

Wydawało się, że jego słowa przebiły się wreszcie przez alkoholowe otępienie Kurtałki, wywarły jakiś wpływ. Kurtałka zamrugał, zdezorientowany, po czym roześmiał się, prychnął.

- Kiełba, z tego, co ostatnio robię, to niewiele mi w pamięci zostaje. Jak się zeszłego wieczora nabąblowaliśmy Kongiem, to poszedłem do domu i śniła mi się Hettie i jak zwykle zaczęliśmy się targać. No, a jak się obudziłem, to bardzo potrzebowałem śniadania mistrzów, jak to mówią, no to dziabnąłem nieco Konga, żeby wskazówki opadły, no wiesz. A potem poszedłem zobaczyć się z Deemsem, żeby znów ruszyły mecze przeciwko komunałkom na Watch. Bez Deemsa, rozumiesz, nie wygramy. Ten to ma talent! Jak miał trzynaście lat, miotał tak, że piłka robiła sto dwadzieścia pięć na godzinę. - Uśmiechnął się. - Zawsze chłopaka lubiłem.

- To słaby sobie wymyśliłeś patent, żeby mu to pokazać. Wyszedłeś na plac i wyciągnąłeś na niego armatę. Na oczach całej tej jego bandy dzikusów.

Kurtałka wyglądał na zszokowanego. Z niedowierzaniem zmarszczył brwi.

- Kiełba, przecież ja z tym coltem praktycznie nie chodzę. Nie mam pojęcia, jak... - Oblizał wargi. - No, pewnie zalany byłem. Ale dużej krzywdy mu nie zrobiłem, co?

- Żyć żyje. Mówią, że tylko ucho odstrzelone.

- To nie wygląda jak moja robota. Mało to mądre odstrzelić człowiekowi ucho, przecież ma się tylko dwa.

Pierna Kiełbacha nie wytrzymał i musiał zdusić parsknięcie.

- A byłeś dziś w ogóle w domu?

- E, nie. Przyszłem prosto do roboty, jak tylko... - Tu Kurtałka urwał na chwilę, twarz poryły mu bruzdy zatroskania wspomnieniami. - No, jak się nad tym teraz zastanawiam, to jakbym pamiętał jakiegoś chłopaka, co mu z głowy leci krew i jeszcze się krztusi, nie wiem czemu. To pamiętam. Więc jemu zrobiłem tak, jak kiedyś widziałem, że lekarz zrobił człowiekowi w naszych starych okolicach. Bo chłopak nie mógł powietrza złapać. Więc go odetkałem. Znaczy, pewnie odetkałem Deemsa. Teraz już z nim dobrze?

- Na tyle świetnie, że zanim cię kropnie, to ci da znaczek za ratowanie życia.

- No nie może być!

- Bo ty żeś go rąbnął!

- Nic takiego nie pamiętam! Niemożliwe, żebym to ja był.

- Strzeliłeś do niego, Kurtek. Rozumiesz?

- Kiełba, ja wiem, że takie ciągnięcie tego kłamstwa to nawet słuszne, bo jak chłopak ma taki talent i jego marnuje, to by się go na tym świecie należało przystrzelić. Tylko, jak Boga, ja naprawdę nie pamiętam, żebym do niego strzelał. Nawet jakbym, to tylko dlatego, że chciałem, żeby wrócił do baseballu. Sam o tym zapomni, jak już mu się to ucho zagoi. Z jednym wciąż da się rzucać. - Urwał na chwilę, po czym zapytał: - A widział to kto?

- Skąd. Tylko wszyscy ci, co byli pod masztem.

- Cie choroba - westchnął cicho Kurtałka. - Normalnie jakbym był w telewizorze. - Pociągnął łyk ginu i poczuł się lepiej. Niełatwo było mu stwierdzić, czy aby czasem nie śni.

Pierna Kiełbacha podniósł jego kurtkę, przytrzymał, żeby ułatwić przyjacielowi ubranie się.

- Lepiej wiej, póki jeszcze możesz.

- Może powinienem zadzwonić na policję, objaśnić.

- Ich sobie odpuść. - Kiełba zerknął w stronę drzwi. - Masz jeszcze kogoś w Karolinie Południowej?

- Nie byłem w rodzinnych stronach, od kiedy tato umarł.

- To wal do Rufusa, w osiedlu Watch. Tam u niego się skitraj. Może wszystko jakoś przyschnie... choć na loterii to bym na to nie stawiał.

- Żebym ci czasem nie poszedł spać u Rufusa tam na Watch! - prychnął Kurtałka. - Toż ten Murzyn dwa lata się nie kąpał. Jego ciało zdycha z pragnienia. Musiałbym schlać się w trupa, żeby przy nim wytrzymać. No i w ogóle to mam własny dom!

- Już nie.

- I gdzie się Łapka podzieje? Muszę go rano wyprowadzać na autobus do szkoły.

- Tym to się kościół zajmie - odparł Pierna Kiełbacha, wciąż trzymając kurtkę przyjaciela.

Kurtałka wyrwał mu ją z dłoni i odłożył na regał z alkoholami, mrucząc gniewnie.

- A łżesz! Nie strzeliłem do Deemsa. Się rano obudziłem, to się żarłem z Hettie. Odprowadziłem Łapkę na autobus do szkoły dla ślepych. Może sobie dziabnąłem z raz albo i trzy. Potem przyszłem tutaj. I gdzieś w trakcie mnie zwekslowało i urypałem Deemsowi ucho. No, może i tak. A może nie. I co z tego? Zostało mu drugie. Na co Deemsowi ucho, jak ma taką rękę? W rodzinnych stronach to znałem takiego jednego, co mu biały gościu siurasa uciął za kradzież torebki kobiecie. I potem już przez całe życie sikał przez dziurkę w kroku. I szło jak trzeba. Wciąż żyje, o ile wiem.

- Ten biały, czy ten bez siurka?

- O ile wiem, to obaj. I z czasem się nawet nieźle zakolegowali. No to co ty tak przeżywasz, że komuś coś się w ucho stało? Nawet Jezus mógł się obejść tylko jednym sandałem. A w Księdze Psalmów stoi, że nie chciałeś moich uszu ani ich nawet nie otwarłeś.

- Że niby co?

- No, jakoś tak tam idzie. Ale co za różnica? Bóg to wszystko naprostuje. Zrobi tak, że Deems na to jedno ucho będzie słyszał lepiej, jak przedtem na dwa.

Skoro to już miał wyjaśnione, Kurtałka zaczął wypakowywać butelki alkoholu ze skrzynki.

- Pojechałbyś w ten weekend na ryby? - zapytał. - Jutro mam wypłatę. Muszę sobie przemyśleć moje pierwsze kazanie w Pięciu Końcach. To już za trzy tygodnie.

- Jak będzie o zaświatach, to bankowo nie zabraknie ci szczerych wyznawców. Jakbym był mucha i chciał trafić do raju, tobym ci zaraz w usta wleciał.

- O żadnej tam musze. Będzie o tym, że kto się nie spowiada, ten sałaty nie jada. List do Rzymian rozdział czternasty, wers dziesiąty. Albo u Symeona, siódmy i dziewiąty. Jak nie tu, to tam. Muszę sprawdzić.

Pierna Kiełbacha gapił się na niego, zdumiony, a Kurtałka wciąż wykładał kolejne butelki.

- Oj, czarny, całkiem ci się klepki poluzowały.

- Możesz sobie gadać, że mnie za coś ścigają. To jeszcze nie znaczy, że to prawda!

- Ty mnie w ogóle słuchasz, Kurtałka?! Wygarnąłeś do Deemsa, padł, jak stał! A potem go dymałeś jak pies sukę. Przy wszystkich.

- Byś te swoje łgarstwa testował na kimś innym, Kiełba, a nie najlepszemu przyjacielowi łeb zawracasz. W życiu żem chłopa nie dymał.

- Pijany byłeś!

- Nie ja na tym osiedlu spożywam najwięcej alkoholu.

- I kto tu łże? To nie na mnie mówią Diakon King Kong.

- Kiełba, ja się nie żołądkuję o bajki i drobiazgi, co o mnie ludzie gadają. Sam wiem, co o czym myśleć.

Pierna Kiełbacha zerknął w stronę drzwi. Klienci wyszli już ze sklepu i Itkin zaczął zapuszczać żurawia na zaplecze, tam gdzie stał on z Kurtałką.

Kiełba wetknął dłoń w kieszeń, wysupłał garstkę banknotów. Wyciągnął zmięte dolary w stronę Kurtałki, który przerwał pracę, stanął przed kolegą z naręczem flaszek i mierzył go wściekłym spojrzeniem.

- Trzydzieści jeden dolarów. Tyle mam, Kurtek. Bierz, kup bilet na autobus w rodzinne strony.

- Nigdzie nie jadę.

Pierna Kiełbacha westchnął smętnie, schował forsę z powrotem i skierował się ku drzwiom.

- Jak chcesz. Co tam, sam kupię sobie za to bilet na autobus, żeby cię odwiedzić w więzieniu, jak cię zapuszkują na północy stanu. O ile dożyjesz.

5

GUBERNATOR

Thomas Elefante, Słoniu, o postrzeleniu Deemsa Clemensa dowiedział się godzinę po zajściu. Pracował przy matczynym klombie przed kamienicą na Silver Street, ledwie trzy przecznice od osiedla Cause, marząc o spotkaniu ładnej, pulchnej wiejskiej dziewczyny, gdy nagle podjechał umundurowany policjant z Siedemdziesiątego Szóstego Komisariatu, zawołał go do radiowozu i przekazał nowiny.

- Mają już namiary na tego, co strzelał - mówił.

Elefante podparł się na drzwiczkach radiowozu i słuchał w milczeniu, a gliniarz paplał jak najęty o tym, co tam już wiedziała policja. Znali ofiarę. Co do sprawcy też mieli już pewność. Elefante miał w nosie, że ktoś tam do kogoś strzelał. To był problem dla Joego Pecka. Jak kolorowi chcieli się mordować za towar Pecka, to i wszystkie późniejsze kłopoty spadały na jego głowę, Elefantemu nic do tego. Tyle że, rzecz jasna, przez zabójstwa i tak złaziły się gliny, jak ten tutaj. A gliny oznaczały katastrofę w interesach - przynajmniej w takich, które on prowadził. Przerzucanie lewego towaru, kiedy w twoim rewirze policja prowadzi śledztwo, jest jak bycie najgłupszym dzieciakiem w klasie, który i tak wciąż zgłasza się do odpowiedzi. Choćbyś był największym głąbem, prędzej czy później nauczycielka faktycznie cię zapyta.

Elefante, czterdziestolatek, był tęgawy, ale przystojny: ciemne oczy i kanciasta szczęka emanowały kamienną ciszą, pod którą kryło się wspaniałe, sarkastyczne poczucie humoru mimo słodko-gorzkich rozczarowań czasów dzieciństwa. Ojciec Elefantego owe lata życia syna spędził w znacznej części za kratami. Wygadana, ekscentryczna matka, która podczas odsiadki ojca kierowała jego interesami na nabrzeżu, w wolnym czasie wyszukiwała sobie rośliny po wszystkich pustych parcelach w promieniu ośmiu kilometrów od Cause i coraz częściej wciągała w to hobby swojego opornego syna, starego kawalera - jak punktowała, tak się chłopak zapracował, że wyrósł poza wiek małżeński.

Elefante ignorował te przytyki, choć ostatnio sam przed sobą przyznawał, że chyba jednak miała rację. Wszystkie porządne Włoszki z rejonu Causeway powychodziły już za mąż albo wyniosły się z rodzinami na przedmieścia, bo teraz kolorowi już się w tej okolicy zakorzenili. Pomyślał sobie: "Żenić to się trzeba było, jak byłem młody i głupi, jak ten gliniarz". Z goryczą dumał, że pewnie nawet ten matołek chodził na randki z jakąś ładniuchną młodą sztuką. Po sposobie mówienia poznawał, że ten szczawik nie pochodził z Brooklynu. A już prawie na pewno nie z dzielnicy Cause. Wyglądał tak, jakby dopiero co skończył dwadzieścia jeden lat. Elefante, taksując go wzrokiem, szacował, że chłopak rocznie wyciągał może z siedem tysięcy... "A jednak to on spotyka się z kobietami - pomyślał. - A ja jestem zwykłe popychadło. Pulpet. Równie dobrze mógłbym faktycznie być ogrodnikiem".

Jednym uchem słuchał paplaniny tego szczawia, po czym cofnął się o krok, oparł o błotnik stojącego za nim auta, żeby się rozejrzeć po ulicy w jedną i w drugą stronę, a gliniarz dalej klepał swoje. Młody był mocno nieostrożny i ewidentnie niedoświadczony. Zaparkował na drugiego tuż przed samym domem Słonia, doskonale widoczny z wszystkich okien na tej przecznicy, a to nie było bezpieczne - jak i wszystko inne w tej okolicy, pomyślał kwaśno Elefante. Minęły już te czasy, kiedy mieszkali tu sami Włosi. Teraz sprowadzali się Rosjanie, Żydzi, Hiszpanie, nawet kolorowi - zewsząd, tylko nie z Włoch. Dał policjantowi jeszcze trochę pochromolić, po czym oznajmił:

- Mnie Cause nie obchodzi.

- Nic tam pana nie interesuje? - Gliniarz, jakby się zdziwił, zza przedniej szyby radiowozu wskazał na osiedle Cause, wznoszące się niczym piramida trzy przecznice stąd, rozmigotane w słońcu upalnego popołudnia, przez które nad steranymi ulicami unosiły się fale nagrzanego powietrza. W oddali, w porcie widać było też rozmazaną Statuę Wolności.

- Co mnie tam miało interesować? Kiedyś robili tam mecze baseballu. Te mi się podobały.

Gliniarz wyglądał na rozczarowanego, nieco wystraszonego, i na ułamek sekundy Elefantemu zrobiło się go żal. Męczyło go to, że ludzie się go boją, i to nawet policjanci. Inaczej się jednak nie dało. Przez lata zdarzyło mu się popełnić kilka potwornych uczynków, ale tylko w ochronie interesów. Zrobił też oczywiście trochę miłych rzeczy, ale za to nikt go nie pochwalił. Tak już było na tym świecie. Cóż, ten durny szczaw wyglądał na znośnego, więc Elefante wyjął z kieszeni dwie dychy, ostrożnie złożył banknot między palcami lewej dłoni, pochylił się do okna radiowozu i zręcznie upuścił wziątkę na podłogę auta, po czym odwrócił się i wszedł z powrotem na chodnik.

- Na razie, młody.

Młody dał gazu i odjechał. Elefante odpuścił sobie odprowadzanie go wzrokiem. Zamiast tego spojrzał w przeciwną stronę, ze starego nawyku: jeśli jeden gliniarz rusza w jakąś stronę, trzeba patrzeć, czy z przeciwległego kierunku nie zbliża się następny. Gdy upewnił się, że ulica jest czysta, podszedł do furtki z kutego żelaza, otworzył ją i wrócił do ogródka przed swoją skromną kamieniczką, a potem starannie ją za sobą zamknął. Nie przebrał się z garnituru, tylko od razu opadł na kolana i zaczął obkopywać rośliny. Ponuro rozmyślał nad zajściem na Cause.

"Prochy - pieklił się w duchu, kopiąc. - Jebane prochy".

Wyprostował się, popatrzył na rośliny w ogródku mamy. Wszystkie te rozmaite gatunki. Znał każdy z nich: słoneczniki, lepnice, komosa wonna, wrotycze, głóg, oczar, paprocie długosze i te tu na końcu, jak one się nazywały, te, co je właśnie przesadzał? Chyba wietlice? Paprocie nie wyglądały najlepiej. Podobnie jak oczary i głóg.

Pochylił się, znów zaczął kopać. "Jestem jedynym czterdziestoletnim kawalerem w Nowym Jorku, którego matka zamiast śmieci zbiera zielsko - dumał kwaśno - a potem spodziewa się, że będę to jej badziewie przesadzał". Tak naprawdę jednak wcale nie było mu z tym źle. Odprężał się przy tej pracy, a mama chlubiła się swoim ogródkiem. Rośliny wynajdywała przeważnie na opuszczonych torowiskach, w rowach, wśród chwastów pleniących się na opuszczonych parcelach i polikwidowanych fabrykach dzielnicy Cause. Niektóre, jak ta tu paproć, były prawdziwymi skarbami, znosiła je tu niemal zduszone, a wyrastały z nich piękne okazy. Obkopał ją dokoła, wydobył z gruntu, nabrał świeżej ziemi z pobliskiej taczki, odgarnął więcej z dołka, ubił trochę tę świeżą i delikatnie umieścił wietlicę z powrotem na miejscu, z płynną wprawą zrodzoną z doświadczenia i powtórek. Przez chwilę patrzył na to dzieło swoich rąk, po czym zabrał się do przesadzania kolejnej rośliny. Zwykle mama wyszłaby potem sprawdzić, jak sobie poradził, ale ostatnio przez choroby nie była w stanie opuścić domu i ogródek zaczął zdradzać pewne oznaki zaniedbania. Parę rodzin zbrązowiało, usychało. Inne wymagały przesadzenia. Kilka chciała przenieść do domu, przesadzone do donic. "Coś krąży po Brooklynie - twierdziła. - Jakaś zaraza". Słoniu zgadzał się z nią, choć nie co do natury zagrożenia.

"Chciwość - pomyślał kwaśno, wbijając łopatkę w ziemię. - To właśnie jest ta choroba. Mnie też dopadła".

Dwa tygodnie wcześniej, w środku nocy do jego wagonu nad nabrzeżem zawędrował stareńki Irlandczyk, akurat kiedy Elefante ze swoimi ludźmi ładował papierosy na ciężarówkę. Nocni goście i dziwacy nie byli dla niego niczym nadzwyczajnym, biorąc pod uwagę, czym się parał, bo między innymi szło przecież o odbiór lewego towaru ze statków w porcie, magazynowanie go czy przerzucanie w głąb kraju, gdzie sobie klient zażyczył. Jednak nawet jak na standardy Elefantego odstawał od normy. Wyglądał gdzieś na siedemdziesięciolatka. Ubrany był w wystrzępioną marynarkę, pod muszką, z gęstą siwą czupryną. Twarz miał zrytą tyloma zmarszczkami i rowkami, że przypominała Elefantemu stary plan metra. Jedno oko znikło pod opuchniętymi powiekami, zdaje się, że na dobre. Staruszek był chudy, schorowany, wyglądało na to, że miał problem z oddychaniem. Kiedy wszedł, Elefante gestem wskazał mu krzesło. Skorzystał z wdzięcznością.

- Tak się zastanawiam, czy dałby pan radę pomóc człowiekowi w potrzebie - zagaił staruszek. Zaciągał z irlandzka, tak mocno, że Elefante musiał się skupić, żeby go zrozumieć. Choć ciało miał wątłe, to głos donośny, z wyraźną nutą stanowczości i autorytetu, jakby wizyta w wagonie najmniej przewidywalnego z brooklińskich szmuglerów o trzeciej rano była dla starego równą drobnostką, co zajście do sklepu na winklu po pół kilo mortadeli.

- A to już zależy od potrzeby - odparł Elefante.

- Przysyła mnie Salvy Doyle - podjął stary. - Mówił, że możesz mi pan pomóc.

- Nie znam żadnego Salvy'ego Doyle'a.

Stary Irlandczyk uśmiechnął się krzywo, poprawił muszkę.

- Mówił, że pan możesz to i owo przewieźć.

- Panie, ja jestem biedny Włoch, mam firmę od transportu i magazynowania. - Elefante wzruszył ramionami. - I późno się robi.

- A budownictwo?

- Trochę budowlanki też. Trochę magazynowania, więcej wożenia. Nic ciężkiego. Głównie to przerzucamy orzeszki i fajki. - Skinął głową na parę skrzyń w pobliżu z napisem "Papierosy" od szablonu. - Może pecika?

- E, nie. Na gardło mi szkodzą. A ja jestem śpiewak.

- Od jakiego śpiewania?

- Od najlepszego - odparł stary radośnie.

Elefante zdusił uśmiech. Nie szło się nie śmiać. Przecież tak na oko to ten stary dziad ledwie powietrze łapał.

- To zaśpiewaj pan coś - rzucił dla zabawy, ale zdziwił się, bo stary przechylił głowę w jedną stronę, a potem w drugą, żeby rozluźnić mięśnie szyi, odchrząknął, wstał, zadarł niedogolony podbródek ku sufitowi, rozłożył patykowate ręce i wydobył z siebie cudowny, czysty tenor, wypełniając pomieszczenie uroczą, rozkołysaną pieśnią:

Pamiętam ten dzień, ciemne chmury i wiatr,

Mrok spadł na fale Hudsonu,

Kapelan nieboszczyka na spoczynek kładł,

Już czas złożyć skazańca do grobu.

Wenus tam sztywna była, o twarzy zakrytej,

Z Willendorfu przyszła ta ślicznotka,

Złożyli ją ongiś do mogiły płyt...

Urwał, rozkaszlał się.

- Dobra, już dość - powiedział mu Elefante, zanim Irlandczyk złapał oddech. Dwaj ze sznura jego ludzi, kursujących z ciężkimi skrzynkami przez wagon do ciężarówki na zewnątrz, zatrzymali się, uśmiechnęli.

- Jeszcze nie skończyłem - zaprotestował stary.

- Mnie wystarczy - odparł Elefante. - A jakieś włoskie piosenki pan znasz? Trallalero, na przykład?

- Jakbym powiedział, że wiem, co to takiego, tobym ci kit wciskał.

- Taka piosenka z północnych Włoch. Tylko mężczyźni ją śpiewają.

- To mogą ci ją śpiewać te twoje buldogi, kierowniku. Ja mam coś lepszego - powiedział Irlandczyk. Znów kaszlnął, tym razem aż go zgięło, po czym odetchnął, odchrząknął. - Jak rozumiem, przydałyby ci się pieniądze?

- Aż tak źle wyglądam?

- Mam nieduży transport, który powinien trafić na lotnisko Kennedy'ego.

Elefante łypnął na tych dwóch swoich, którzy stanęli, żeby się pogapić. Zaraz zmyli się z powrotem do roboty. Tu się działy interesy. Elefante gestem zaprosił Irlandczyka na krzesło przy swoim biurku, żeby nikt na niego nie wpadł.

- Nie wożę towarów na lotnisko - zaczął. - Robię w magazynowaniu i drobnych przewozach. Głównie do spożywczaków.

- Taką gadkę zostaw dla federalnych - odparł Irlandczyk. - Salvy Doyle mówił mi, że można ci ufać.

- Z tego, co słyszałem - powiedział Elefante po chwili milczenia - Salvy to już robi za karmę dla robali gdzieś na Staten Island.

- Gdy się znaliśmy, jeszcze się tym nie zajmował - parsknął stary. - Kiedy trzymałem z twoim ojcem. Byliśmy przyjaciółmi.

- Mój ojciec nie miał przyjaciół.

- Jak siedzieliśmy na państwowym wikcie, twój ojciec miał przyjaciół a przyjaciół, niech mu Bóg da wieczne odpoczywanie i błogosławieństwo.

- Jak się pan chcesz gdzieś wypłakać, całe biurko twoje - powiedział Elefante. - Ale do brzegu, proszę.

- Że co?

- O co ci chodzi, człowieku? - zniecierpliwił się Elefante. - Czego ty chcesz?

- Już powiedziałem. Chciałbym, żeby coś trafiło na JFK.

- A z lotniska?

- To już moja sprawa.

- Duże to coś?

- Nie. Ale musi być bezpiecznie dowiezione.

- To se pan zamów taryfę.

- Taryfiarzom nie ufam. A Salvy'emu zaufałem... a on mówił, że i tobie można wierzyć.

- A skąd Salvy się o mnie dowiedział?

- Bo znał twojego ojca. Przecież mówię.

- Mojego ojca nikt nie znał. Niełatwo go było poznać.

- Tu masz rację - parsknął Irlandczyk. - Chyba się nie zdarzyło, żeby przez dzień powiedział więcej niż trzy słowa.

Faktycznie tak było. Elefante zakarbował sobie na potem, że Irlandczyk o tym wiedział.

- No to dla kogo pracujesz? - zapytał.

- Dla siebie.

- A co to niby znaczy?

- Że kiedy idę na chorobowe, to nie potrzebuję zwolnienia od lekarza.

Elefante prychnął, wstał.

- Wyślę jednego z moich, żeby cię odwiózł na stację metra. Nocą to niebezpieczna okolica. Ćpuny z komunałek wyciągną na człowieka gnata, byle zgarnąć garść moniaków.

- Chwila, przyjacielu - rzucił staruszek.

- Szefie, znamy się ledwie dwie minuty i mam już serdecznie dosyć tej przyjaźni.

- Nazywam się Driscoll Sturgess. Prowadzę piekarnię bajgli na Bronksie.

- A powinieneś pan pójść w usługi łgarskie. Irlandczyk, co prowadzi piekarnię bajgli?

- To legalne.

- Szefie, nie wiem, którą skrzynię na meble wziąłeś sobie za dom, ale lepiej tam wracaj. Mój tata nie kolegował się z Irlandczykami. Jak już musiał z jakimiś gadać, to dlatego, że byli z policji. A ci to gorzej jak pleśń. To jak, podwieźć do metra czy nie?

Z twarzy starszego pana spłynęła cała wesołość.

- Panie szanowny, w Sing Sing Guido Elefante znał bardzo wielu Irlandczyków. Lenny'ego Beltona, Petera Seamusa, Salvy'ego, mnie też. Wszyscy byliśmy kumple. Daj mi pan chwilę, co?

- Nie mam czasu - odparł Słoniu. Wstał, podszedł do drzwi, spodziewając się, że i staruszek podniesie się z krzesła. Tymczasem Driscoll spojrzał tylko ku niemu, w górę, i zagadnął:

- Niezłą firmę pan tu masz. Zdrowo się trzyma?

Elefante zaraz przeszył Irlandczyka spojrzeniem.

- Powtórz no pan.

- Jak tam zdrowie tej pańskiej firmy przewozowej?

- Jak się pan dokładnie nazywa? - Elefante siadł z powrotem, marszcząc brwi.

- Sturgess. Driscoll Sturgess.

- Jakieś inne nazwiska się do tego nie przyplątały?

- Cóż... pański ojciec znał mnie jako Gubernatora. I niech panu zawsze służy zdrowie, i żeby wiatr zawsze wiał w plecy. I niech drogi ścielą się panu pod stopami. A Bóg niech pana zachowa w dłoni swojej. To taki wiersz, młody człowieku. Do ostatniej linijki ułożyłem rymowankę. Posłuchasz pan? - I wstał, żeby zaśpiewać, ale Elefante wyciągnął długą rękę, capnął za marynarkę staruszka i szarpnięciem usadził go z powrotem na krześle.

- Siedź pan chwilę.

Elefante przez dłuższy moment mierzył go wzrokiem, a czuł się tak, jakby właśnie wybuch zmiótł mu uszy z głowy, wewnątrz której wyły syreny alarmujące o jakimś ważnym, choć mętnym wspomnieniu. Gubernator. Już to kiedyś słyszał, dawno temu. Ojciec wspomniał o kimś takim kilka razy. Ale kiedy? Minęło już wiele lat. Było to pod koniec życia ojca, on, Elefante, był wówczas dziewiętnastolatkiem, a nastolatki, wiadomo, nie słuchają. Gubernator... czego znowu gubernator? Zaczął ryć po zakamarkach pamięci, usiłując wywlec te wspomnienia. Gubernator... Gubernator... To była jakaś gruba sprawa... chodziło o forsę. Ale co dokładnie?

- Gubernator, mówisz pan? - zagadnął, grając na czas.

- Zgadza się. Tata nigdy o mnie nie wspominał?

Elefante posiedział chwilę, pomrugał, odchrząknął.

- Może - powiedział. Jego ojciec, Guido Elefante, znał chyba ze sześć słów na krzyż i używał ich ze cztery razy dziennie, ale każde jego słowo było jak cięcie szabli, siekące przez półmrok sypialni, w której spędził ostatnie lata życia, powalony doznanym w więzieniu udarem. Jego posępne, szorstkie rozkazy wryły się w serce beztroskiego niegdyś syna, który większość młodych lat spędził na szaleństwach, bo matka nie była w stanie nad nim zapanować, wychowywany przez sąsiadów i kuzynów, skoro Guido przez ponad połowę dzieciństwa Elefantego przebywał w więzieniu za zbrodnię, której im nie wyjawił. Elefante miał osiemnaście lat, kiedy ojciec wyszedł z więzienia. Nigdy się do siebie nie zbliżyli. Guida załatwił kolejny udar, który rozłożył go na dobre tuż przed dwudziestymi urodzinami syna. Ten tymczasem już większą część młodości spędził bez ojca. Nie licząc paru okazji, kiedy miał pięć lat i stary zabrał go na basen na osiedlu Cause, Elefante miał niewiele wspomnień z wolnych chwil spędzanych z ojcem. Ten, który wrócił do nich z więzienia ów ostatni raz, był milkliwy jak zawsze - ponury, podejrzliwy Włoch o kamiennym obliczu, żoną i synem rozporządzający z żelazną skutecznością, wiedziony tą jedną dewizą, którą wbił też w świadomość syna, tą, która bezpiecznie przeprowadziła go od nękanych biedą nabrzeży Genui do agonii w gustownej kamieniczce przy Cause, własnej, spłaconej w całości, gotówką: "Wszystko to, czym jesteś, wszystko, czym będziesz na tym okrutnym świecie, zależy od twojego słowa". Jak mówił Guido, człowiek niezdolny dotrzymać słowa nie ma żadnej wartości. Dopiero z wiekiem Elefante naprawdę docenił siłę ojca, jego zdolność, nawet kiedy był już porażony i przykuty do łóżka, by zarządzać interesami w transporcie, magazynowaniu i budownictwie z inteligentną, niezachwianą stanowczością. Stary, mimo żony dziwaczki, szefował swoimi firmami w świecie dwulicowych gangsterów bez wyobraźni, zawsze gotowy przerywać długie okresy milczenia tymi samymi ostrzeżeniami: "Twarz na kłódkę. Nigdy nie zadawaj klientom pytań. Pamiętaj, jesteśmy tylko biedni genueńczycy, robimy na Sycylijczyków, którym nie zależy na naszym zdrowiu". No właśnie, zdrowie. Stary miał hopla na punkcie zdrowia. "Twoje zdrowie, twoje zdrowie to najważniejsza sprawa. Pamiętaj o swoim zdrowiu". Elefante nasłuchał się tego do urzygu. Z początku sądził, że ta obsesja wynikała z kłopotów zdrowotnych ojca. Kiedy jednak ten poszedł już w śmiertelny korkociąg, jego napomnienia zyskały nowe znaczenie.

Gdy Elefante siedział tak w wagonie naprzeciwko starego Irlandczyka, chwila zrozumienia zstąpiła nagle na jego świadomość z zaskakującą klarownością, zaległa mu w trzewiach ciężko niczym młot kowalski opadający na kowadło.

Był w sypialni starego raptem na parę dni przed jego śmiercią. Ojciec posłał matkę do sklepu, twierdził, że potrzebuje świeżego soku pomarańczowego - nie lubił, ale czasem pijał, żeby się go nie czepiała. Byli więc w sypialni, tylko oni dwaj, i oglądali Billa Beutela, wieloletniego prezentera z Kanału 7, jak przedstawiał wiadomości lokalne. Elefante siedział na jedynym krześle w sypialni, ojciec leżał podparty wyżej na łóżku. Wydawał się rozkojarzony. Uniósł głowę nad poduszkę i polecił:

- Podgłoś telewizor.

Elefante zrobił, co mu kazano, po czym podsunął krzesło bliżej łóżka. Już chciał usiąść, kiedy stary wyciągnął rękę, złapał go za koszulę i szarpnął tak, że Elefante wylądował na łóżku, z głową przy ustach ojca.

- Uważaj, żebyś nie przegapił takiego jednego gościa.

- Kogo?

- Takiego starego. Irlandczyka. To Gubernator.

- Gubernator Nowego Jorku? - spytał Elefante.

- Nie ten kanciarz - odparł ojciec. - Ten drugi Gubernator. Ten irlandzki. Tak się nazywa: Gubernator. Jak się pokaże... choć pewnie nie... to zapyta cię o zdrowie. Po tym poznasz, że to on.

- I co z tym moim zdrowiem?

Ojciec puścił to mimo uszu.

- I zaśpiewa ci, żeby droga ścieliła ci się pod stopami, żeby wiatr wiał ci w plecy i żebyś miał Boga w swojej dłoni. Takie pieprzenie tych irlandzkich katoli. Jak ci to wszystko wyskrzeczy i zapyta o zdrowie, to ten facet.

- No i co z nim?

- Coś dla niego trzymam i przyjdzie to odebrać. Oddaj mu. Odpłaci się uczciwie.

- A co takiego dla niego masz?

Wtedy jednak usłyszeli, że otwierają się drzwi, matka wróciła, więc stary wyłączył się, powiedział, że potem porozmawiają. Się nie złożyło. Dzień później stary już tylko bredził i zaraz zmarł.

Siedząc przed popatrującym na niego dziwnie Irlandczykiem, Elefante usiłował panować nad głosem.

- Tatko wspomniał coś o zdrowiu. Ale to było dawno temu. Tuż przed śmiercią. Co ja wtedy miałem, dwadzieścia lat, prawie nic nie pamiętam.

- Och, ale był z niego sprawiedliwy druh. O przyjacielu nigdy by nie zapomniał. W życiu nie znałem lepszego człowieka. Dbał o mnie w więzieniu.

- Słuchaj pan, czas wysypać klocki z pudełka.

- Że co?

- Konkrety, kierowniku. Jaki ma pan do mnie interes?

- Jeszcze raz powtórzę, jak dla Maryi Panny. Przydałoby mi się odstawić coś na lotnisko Kennedy'ego.

- A w samochodzie się nie zmieści?

- To nie to, w dłoni by się zmieściło.

- Panie, co pan, cały dzień będzie takie granie w warcaby i łamigłówki? Co to takiego?

Gubernator się uśmiechnął.

- Co by ze mnie był za chłop, jakby mi tyle klepek brakowało, żeby pakować się przyjacielowi do domu z całą beczką kłopotów?

- Bardzo to wzruszające, ale brzmi jak kłamstwo.

- Sam bym to przewiózł - podjął Irlandczyk. - Ale rzecz jest na przechowaniu.

- No to ją pan wyciągnij.

- I w tym właśnie rzecz. Nie mogę. Szef od przechowywania mnie nie zna.

- A kto to taki?

Stary uśmiechnął się zgryźliwie, zezując na Elefantego kątem tego jednego zdrowego oka.

- Bym panu na raty opowiedział, ale w moim wieku różnie by z tym mogło być. No to może weź pan na wstrzymanie i się skup, co? - I z ponurym uśmiechem, nie wstając z krzesła, zaśpiewał niegłośno:

- Wspólne były wojny i wspólne radości

Póki Wenus nie zstąpiła do nas z wysokości

Ta Wenus, ach, ta Wenus, taka dla mnie cenna

W Willendorfie zawsze obrazem swym obecna.

Ta Wenus, taka piękna,

Teraz sztywno okryta,

Nie ma jej dla mnie, lecz wkrótce ją powitam.

Gdy skończył, zobaczył, że Elefante z zaciśniętymi wargami przeszywa go wzrokiem.

- Radzę już nie śpiewać, chyba że zęby się panu znudziły - powiedział.

- Kiedy żonglować nie umiem - odparł Irlandczyk, niezadowolony. - Wiele wiosen temu coś wpadło mi w ręce. Więc teraz potrzebuję pańskiej pomocy, żeby to odzyskać. I przerzucić.

- Ale co to takiego?

- Chłopcze, termin mnie goni. - Stary znów zignorował jego pytanie. - Jedną nogą już jestem za progiem. To nie dla mnie rzecz. Płuca mi wysiadają. Mam dorosłą dziewuchę, córkę. To na nią pójdzie piekarnia bajgli. Dobry, czysty interes.

- Jak to jest, że Irlandczyk piecze bajgle?

- A co, to nielegalne? Synuś, nie muszę się przejmować glinami. Sam przyjdź, obejrzyj, jeśli chcesz. Jesteśmy na Bronksie. Zaraz koło ekspresówki Brucknera. Przekonasz się, czy gram uczciwie.

- Jak jesteś pan taki czysty i uczciwy, to przepisz swoje na córkę, będziecie sobie żyli długo i szczęśliwie.

- Powiedziałem, nie chcę w to córki mieszać. Możesz pan to sobie wziąć. Zatrzymać to sobie. Albo sprzedać. Albo sprzedać i oddać mi kawałeczek, ile pan chcesz, a resztę zostawić sobie. Jak pan wybierzesz. I będzie po wszystkim. Przynajmniej się nie zmarnuje.

- Panie, pan to powinieneś wesela organizować. Najpierw chcesz pan transport. Potem dajesz prezent. A na koniec, to żebym sprzedał i odpalił działkę. No to co to ma być, jak Boga kocham?

Stary łypnął na Tommy'ego z ukosa.

- Raz taką historię mnie pański tata opowiadał. Mówił, że chciałeś pan robić dla Pięciu Rodzin, zanim jeszcze on wyjdzie z więzienia. Wiesz pan, jak się ta historia kończy?

- Przecież już wiem, jak się kończy.

- Wcale nie - odparł Gubernator. - Tato to się panem w więzieniu chwalił. Mówił, że przyjdzie dzień, że będziesz pan prowadzić interes po nim jak ta lala. Że umiesz pan pilnować tajemnic.

- No ba. Ale jedną panu zdradzę. Mój tata nie żyje i nie on płaci za mnie rachunki.

- Synuś, ale co tu się tak buzować? Tatko ci to sprezentował. Zadekował tę rzecz. Zabezpieczył ją dla mnie dawno temu. A ty masz do niej klucz.

- A skąd pan wie, że z tego klucza już dawno nie skorzystałem i nie sprzedałem tego czegoś, co by to tam nie było?

- Jakbyś tak zrobił, synuś, tobyś nie ciułał dolarów w tym tu pięknym wagonie ciemną nocą, nie woziłbyś się z tym gównem, co to mówisz, że to towar, bo jeśli dobrze pamiętam z dawnych czasów, chwila... ciężarówka panelowa z czterometrową paką, czyli trzydzieści cztery skrzynki, licząc czterdzieści osiem dolarów za skrzynkę, jeśli to fajki, plus może parę kratek gorzały, no to wychodzi... może pięć tysięcy wszystkiego, z tego tobie do kieszeni tysiąc pięćset zielonych, kiedy opłacisz już wszystkich, w tym Gorvina, bo to on kręci tymi nabrzeżami. No, gdyby twój tatko wiedział, że ty wciąż na niego robisz, toby cię pewnie oddał na klej. A na pewno by to nim wstrząsnęło.

Elefante zbladł. Stary miał tupet. I dobrze w głowie. I pewnie rację też miał.

- Czyli w arytmetyce jesteś pan dobry - stwierdził. - Więc gdzie jest to coś, czego nie możesz pan nazwać?

- Przecież właśnie ci to nazwałem. Pewnie jest w jakiejś skrytce depozytowej.

Elefante puścił to mimo uszu. Przecież nie padła tu żadna nazwa, nic takiego. Zapytał więc:

- A kwitek pan masz?

- Że co?

- Pokwitowanie. Kwit na depozyt. Dowód, że ta skrytka to pańska.

- Guido Elefante nie wydawał kwitów. - Irlandczyk zmarszczył brwi. - Wystarczało jego słowo.

Zamilkł, a Elefante wgryzał się w to, co usłyszał. W końcu Thomas odezwał się:

- Mam pięćdziesiąt dziewięć skrytek na składowanie. Każda zamknięta na kłódkę przez tego, kto ją opłaca. Tylko właściciele mają do nich klucze.

- Chłopaku, miej litość. - Irlandczyk parsknął. - Może to wcale nie jest w takiej skrytce.

- No to gdzie? Zakopane gdzieś na jakiejś parceli?

- Jakbyś chciał odsapki w bamboszkach, to nie przy mnie. Synuś, to musi być czyste. Czyste jak kostka mydła od Palmolive. Już twój tato by o to zadbał.

- Co to ma niby znaczyć?

- Synuś, przetkaj uszy. Przecież dopiero co ci powiedziałem. Gdzie by to moje nie było, musi być czyste. Może to po prostu jest kostka mydła, albo w kostce mydła. Bo to takie małe. I tam byłoby czyste, tak myślę, jakby to wetknąć w dużą kostkę mydła. Rozmiar by się mniej więcej zgadzał.

- Panie, pan mi tu przyszedł łamigłówki śpiewać? Mówisz pan, że to coś, co by to nie było, trzeba na lotnisko ciężarówką zawieźć, choć to wielkości kostki mydła. Że musi być czyste jak mydło, że może nawet to po prostu jest mydło. Naprawdę wyglądam na idiotę, który będzie się uganiał za kostką mydła?

- Dałoby się za nią kupić mydlin za trzy miliony. Plus minus parę dolarów. Jeśli jest w dobrym stanie - powiedział stary.

Elefante obserwował najbliższego tragarza, który taszczył skrzynkę z drzwi wagonu do czekającej na zewnątrz ciężarówki. Patrzył, jak tamten wrzuca ładunek na pakę wozu, bez słowa, wciąż z tym samym wyrazem twarzy, i uznał, że facet ich nie podsłuchał.

- Ja bym całą noc słuchał, jak pan tak do mnie ślicznie mówisz, jakbym tylko mógł. Ale rano nie mógłbym sobie w oczy spojrzeć. Każę jednemu z moich, żeby odstawił pana na Bronx. W metrze już nie jest tak bezpiecznie jak kiedyś. Tak zrobię, przez pamięć tatki.

- Ja ciebie nie robię w jajo. - Sturgess podniósł pokrytą zmarszczkami, starczą dłoń. - To nie na moje siły, żeby to przerzucić. Znam kogoś w Europie, kto mógłby chcieć to kupić. Dlatego chcę, żeby trafiło na lotnisko Kennedy'ego. Ale teraz, jak tak z tobą gadam, widzę, że bystry z ciebie chłopak, to bym wolał, żebyś ty to zabrał. Jak chcesz, to sprzedasz, jak będziesz mógł, to mi kapkę odpalisz. Jak nie, też dobrze. Co ja mam, tylko córuchnę w domu. Nie chcę, żeby miała kłopoty. Dobrze prowadzi moje interesy. Po prostu nie chcę, żeby się dobro zmarnowało.

- Ale co to takiego, panie Gubernator? Monety? Klejnoty? Złoto? Co może być tyle warte?

Irlandczyk wstał.

- No, to jest warte kupę sałaty.

- Sałaty?

- Zielonych. Pieniędzy. Dolarów. Guido powiedział, że to przechowa, więc wiem, że zostało przechowane. Gdzie, tego nie wiem. Ale twój tata to słowa dotrzymywał. - Rzucił wizytówkę na biurko Słonia. - Wpadnij z wizytą do mnie na Bronx. Pogadamy co i jak. Mogę ci nawet powiedzieć, co z tym zrobić. Jak potem będziesz mi chciał coś odpalić, to już twoja wola.

- A jak nie wiem, gdzie jest to pańskie coś?

- Za trzy miliony kapusty się dowiesz.

- Dziadek, za takie pieniądze to wszystko już się załatwia jak czary-mary, tylko morderstwa nie. Człowiek mógłby już nigdy więcej podatków nie płacić, jakby mu się takie coś trafiło.

- Ja tam już od dawna nie płacę podatków - odparł stary.

- Człowieku, weź spoważniej, co? Skąd mam wiedzieć, że to uczciwa sprawa? Czego właściwie mam szukać?

- Sprawdź, co masz. Przekonasz się, co ci wyskoczy.

- A skąd mam wiedzieć, że pan nie jesteś jakiś magik, którego ktoś tu wypuścił, żeby nawinąć mi makaron na uszy, a potem mnie zapuszkować?

- Ty myślisz, że ja jestem jakiś frajer, co się tu tłukł o tej porze tylko po to, żeby ruchu zażyć? - Gubernator wstał, podszedł do otwartych tylnych drzwi, oparł się o ich ramę i patrzył, co się dzieje na rampie, gdzie widać było, jak dwóch ludzi od Elefantego kilka metrów dalej szarpie się z wielką, ciężką skrzynią, żeby załadować ją na pakę ciężarówki. Skinął głową w ich stronę. - Skończyłbyś jak jeden z tych tam, jakby twój ojciec był jak cała reszta tych patafianów, co ich spotkaliśmy w więzieniu, tych, co to za Pięcioma Rodzinami chodzili jak pieski. A tak w ogóle, to ta moja nazywa się Wenus. Wenus z Willendorfu. I jest w rękach Boga. Tyle się dowiedziałem od twojego taty. Z listu.

Elefante zerknął na wetkniętą w kąt wagonu starą szafkę na akta, spuściznę po ojcu. Już paręnaście razy ją przetrzepał. Nic tam nie było.

- Tato nie pisał listów - odparł. Ale stary już zdążył wyślizgnąć się za drzwi, ukrył się w mroku wolnej parceli po drugiej stronie ulicy, zniknął.

6

BUNCH

Za brudnymi szybami okna na piętrze zapuszczonej kamienicy w oddali tańczyły wspaniałe światła drapaczy chmur Manhattanu. W ciemnym saloniku wysoki szczupły mężczyzna o brązowej skórze, ubrany w barwną afrykańską czapeczkę kente kufi i długie dashiki, zarykiwał się zachwyconym śmiechem, trzymając gazetę "Amsterdam News". Bunch Moon miał trzydzieści jeden lat, był właścicielem Wypożyczalni Samochodów Moona i Steków na Wynos Moona, jak też jednym z dyrektorów w Korporacji Deweloperskiej Bedford-Stuyvesant, a teraz siedział przy stole obiadowym na wysoki połysk, szczerząc się radośnie, kiedy czytał dobre nowiny z rozpostartego przed sobą najświeższego wydania najważniejszej gazety czarnych w mieście.

Rechot ucichł, zostawiając po sobie tylko uśmiech, kiedy Bunch przewrócił stronę i doczytał artykuł do końca. Moon złożył gazetę, pogładził palcami kozią bródkę, po czym odezwał się niegłośno do siedzącego po drugiej stronie stołu dwudziestolatka, wojującego z krzyżówką:

- Earl, brachu, Queens się pali. Żydy palą dzielnicę.

Earl Morris, prawa ręka Buncha, miał na sobie skórzaną kurtkę, a przez boje z krzyżówką jego gładkie brązowe czoło pocięły bruzdy skupienia. W prawej dłoni trzymał ołówek, w lewej zapalonego papierosa. Niesporo szło mu radzenie sobie z tym wszystkim przy wypełnianiu kratek diagramu. W końcu odłożył więc papierosa do popielniczki i nie podnosząc wzroku, rzucił:

- O ja cieeee.

- Miasto chce postawić osiedle komunalne w Forest Hills - podjął Moon. - A te tam Żydy się wkurwiły, brachu!

- O ja cieeee.

- No więc jedzie tam burmistrz Lindsay, a oni na niego jak na burą sukę. To się wnerwił i ich zwyzywał, "grube gudłajskie babska", powiedział. - Bunch zachichotał. - Przy prasie i w ogóle. Regularny Kapitan Marvel. Weź tu chłopa nie polub.

- O ja cieeee.

- Nawet nie zgadniesz, kto o tym napisał. Nikt. Ani "Times". Ani "New York Post". Nikt. Tylko "Amsterdam News". Facet jedzie do Queens, nawkłada Żydom, i nikt o tym ani słowa. Tylko nasi. A Żydy nas nienawidzą, brachu! Nie chcą mieć tam w Forest Hills bloków komunalnych.

- O ja cieeee.

- A białasy nienawidzą Żydów, bo to Żydy wszystkim kręcą. Łapiesz?

- O ja cieeee.

Bunch zmarszczył czoło.

- Nic innego nie możesz powiedzieć? - zapytał.

- O ja cieeee.

- Earl!

Earl, pochłonięty krzyżówką, oprzytomniał i poderwał wzrok.

- Yhy?

- Nic innego nie możesz powiedzieć?

- O czym?

- O tym, o czym przed chwilą mówiłem. Że Żydy wszystkim kręcą.

Earl, milcząc, z zaskoczoną miną wydął wargi. Szybko sztachnął się papierosem.

- Które znowu Żydy? - spytał niegłośno.

Bunch uśmiechnął się krzywo. "Wokół sami debile" - pomyślał.

- Jak tam ten chłopak z bloków na Cause? Ten, co wczoraj zarobił kulkę.

Earl usiadł już prosto, oprzytomniał. Zauważył, że szef zaczął się nakręcać.

- Ucho ma rozwalone - odparł szybko. - Ale będzie dobrze.

- Jak on się w ogóle nazywa?

- Deems Clemens.

- A, bystry chłopak. Długo zejdzie, zanim stanie na nogi?

- Może z tydzień. Maks dwa.

- A jak tam idzie sprzedaż?

- Troszkę siadła. Ale młody miał już człowieka na zastępstwo.

- Zawinęli go, kiedy oberwał?

- E, nie. Nie miał towaru. Koleś mu trzymał prochy. Więc gliny nic nie nakryły. Tyle, co miał forsy po kieszeniach.

- No dobra. To zwróć mu, ile stracił. A potem stawiaj dzwońca na nogi, ma wracać na ulicę. Ma bronić swoich placów.

- Ale nie może.

- Czemu nie?

- Bo jeszcze nie jest całkiem wyleczony, Bunch.

- Kurwa, przecież tylko ucho czarnuch stracił, a nie małego. No i ma ekipę.

- No ja cieeee.

- Mógłbyś wreszcie, kurwa, odpuścić z tym ojacieniem? - wściekł się Bunch. - Co, nie mógłby wcześniej wrócić do akcji? Jak ekipę ma taką sobie, to mu zaraz sprzedaż mocno siądzie. Nie może przynajmniej zagonić swoich ludzi do sprzedawania?

- Bunch, tam wciąż mają trochę gorąco. - Earl wzruszył ramionami. - Mendy wciąż szukają tego, kto strzelał.

- A kto to był?

- Jakiś dziadek. Zwykły lump.

- Trochę konkretniej. Na Cause takich to masz co krok.

- No ja ci... - Earl kaszlnął, odchrząknął, kiedy Bunch przeszył go spojrzeniem. Skulił się zaraz nad krzyżówką, opuścił głowę, podbródek miał ledwie kilka centymetrów od diagramu. - Bo widzisz, Bunch, ja tu korzystam z tego - gadał pospiesznie, wskazując na krzyżówkę - żeby rzucić ten nawyk. Codziennie poznaję nowe słowa.

Bunch cmoknął, odwrócił się, podszedł do okna, humor miał już zwarzony. Z niepokojem wyjrzał na ulicę, najpierw ku lśniącej panoramie Manhattanu w oddali, potem na sterane, zapuszczone kamieniczki przy tej przecznicy. Po obu stronach ulicy piętrzyły się stosy śmieci, wśród nich także kilka porzuconych wraków aut, stojących jak bądź przy krawężnikach, ich przygarbione sylwety, pozbawione silników i kół, przywodziły na myśl wielkie, zdechłe chrząszcze. Patrzył, jak na jednej z tych pryzm bawi się gromadka dzieciaków, przeskakiwały jak żabki z worków śmieci na sterty odpadków i dalej, do przetrąconego hydrantu. Wśród chłamu i śmiecia tej ponurej ulicy, przed kamienicą Buncha stał jego lśniący, czarny buick model Electra 225, odcinał się od otoczenia jak oszlifowany diament.

- Co za spierdolone miasto - westchnął Bunch.

- Yhy. - Earl wolał nie kontynuować wypowiedzi. Bunch zignorował go, myśli kłębiły mu się w głowie.

- Glinom nic po Deemsie - powiedział. - O tym jego postrzale nic nie było w gazetach. Nawet w "Amsterdam News". Teraz gorący temat to te Żydy z Queens. I zamieszki w Brownsville.

- Jakie znowu zamieszki?

- Gazet nie czytasz? W zeszłym tygodniu postrzelili tam jakiegoś młodziaka.

- Biały był czy czarny?

- Brachu, uszy se odetkaj, co? Przecież to Brownsville, czarnuchu!

- A, no tak, tak. Ale to stara sprawa. Czytałem o tym. On chyba chciał obrobić jakiegoś dziadygę, nie?

- I co to kogo. Do zamieszek ściągnęli tylu mundurowych z Siedemdziesiątego Szóstego Komisariatu, ilu tylko się dało. Nam to pasi. Przyda się, żeby gliny tam zostały, póki my nie naprostujemy tematu w Cause. O, tak ci powiem: zadzwoń do moich Steków na Wynos, powiedz Calvinowi i Justinowi, żeby wzięli sobie dzień wolnego. Żeby zorganizowali kwiaty dla rodziny, ciasto, gorącą kawę. Niech zabiorą to wszystko tam, gdzie się zbierają ci wszyscy demonstranci, gdzie się kręcą zamieszki, gdzie tam mają centralę. To pewnie jakiś kościół. Pieczone kurczaki też niech wezmą, teraz tak sobie pomyślałem - prychnął z goryczą. - Do tych typów, co by się z Martinem Lutherem Kingiem cadillakami wozili, nic nie dotrze, póki sobie kurczaka nie chapną. Zadzwoń do Willarda Johnsona, on ci pomoże to wszystko ustawić. Bo on wciąż tam działa, nie?

- A dzwonił właśnie wczoraj.

- A po co?

- Mówił, że trochę mu forsy brakuje z tego... no, co tam. Tego, co robimy dla miasta, tego projektu o biedocie.

- Zarządu Przekształceń?

- No. Że przydałoby mu się trochę szmalu. Na czynsz za biuro, prąd. Póki nie stanie na nogi.

- No kurwa - prychnął Bunch. - Ten czarnuch to tylko o nogach myśli, ale żeby były z udami jak u Kalpurni. Lubi chłopak takie dorodne, wsiowe dziewuchy.

Earl milczał, a Bunch zaczął krążyć po salonie.

- Ale ten temat z Cause to muszę zamknąć. Mów, co to za gość strzelił do Deemsa.

- Taki zupełnie nikt. Stary dziad, spił się i do niego wygarnął. Diakon z jednego z tych tam kościołów.

- Czemu wcześniej mi o tym nie powiedziałeś? - Bunch stanął jak wryty.

- Nie pytałeś.

- Z jakiego kościoła? Dużego, małego?

- Brachu, nie mam pojęcia. Tam na Cause to na każdego chłopa, babę i dzieciaka przypada po czternaście kościołów. Jakiś zupełnie żaden kościółek, tak słyszałem.

- No dobra. - W głosie Buncha pobrzmiewała jakby ulga. - Znajdź gościa. Znajdź ten jego kościół. Najpierw zajmiemy się dziadem. Trzeba faceta ostro przydusić, bo jak nie, to zaraz każdy frajer od handlu z południowego Brooklynu będzie się nam wpychał na winkle. Tylko żeby to wyglądało na napad. Zgarnij mu flotę, jak będzie jakąś miał. Trochę go potnij. Ale nie za mocno. Bo się jego kościółkowe towarzystwo obrazi. A potem uderzamy do kościoła jako Zarząd Przekształceń i zapodajemy, jakie to straszne, że taka przestępczość i makabra w naszej społeczności i w ogóle. Żeby nie fikali, kupujemy im parę śpiewników czy inne tam Biblie i obiecujemy trochę forsy od miasta na przekształcenia. Ale tego starego dziada koniecznie trzeba załatwić na dzień dobry.

- To może młody się nim zajmie? Mówi, że da radę.

- Że jak, ze szpitala?

- Już jest w domu.

- W tym interesie nie mogę czekać, aż jakiś szczaw poodkleja sobie plasterki. Jedź tam i załatw tego dziada, bo jeszcze się nam Brownsville zdąży uspokoić.

- Ale to nie nasz rewir, Bunch. - Earl zmarszczył brwi. - Ja nawet nie wiem, kto dokładnie tam pogrywa. Za to chyba dostaje od nas forsę Joe Peck, nie? Że dostarcza towar i w ogóle. Zblatował tam sobie gliniarzy. Wszystkich tam zna. Może weź zadzwoń do niego, co?

- Zadzwoniłem. - Bunch wzruszył ramionami. - I powiedziałem, że sami załatwimy sprawę.

- Czemu? - Earl usiłował nie okazać zdumienia.

Bunch zerknął na okno, doszedł jednak do wniosku, że może zaryzykować.

- Mam plan, żeby mu się urwać. Załatwię sobie własnego dostawcę.

Earl przez chwilę siedział w milczeniu, zadumany. Bunch nie dzielił się takimi informacjami ot, tak sobie. Earl wszedł teraz nieco głębiej w interesy Buncha - i nie był pewien, czy to na pewno dobre i bezpieczne, z naciskiem na bezpieczne.

- Peck jest od rodziny Gorvino, Bunch.

- A chuj mnie to obchodzi, może być nawet kuzynem Jerzego Waszyngtona. Rodzina Gorvino to już nie to co kiedyś. Zresztą oni sami nie przepadają za Peckiem.

- Czemu nie?

- Bo dziki jest.

- O ja cieeee - sapnął Earl, ignorując ostre spojrzenie Buncha. To go wytrąciło z równowagi. Musiał przemyśleć sobie to wszystko, bo nie miał pojęcia, co tu powiedzieć, a czuł, że robi mu się gorąco pod tyłkiem. Przez te komunałki na Cause to tylko się stresował. Rzadko tam bywał, tyle że raz na tydzień odbierał forsę i dostarczał towar. Z namysłem pogładził się po podbródku. - Nawet jeśli Gorvinowie zaczynają krzywo patrzeć na Pecka, to wciąż jeszcze zostaje tam Słoniu. Jak czarny popróbuje robić Słoniowi koło pióra, może skończyć na dnie portu w betonowych trampkach. Pamiętasz Marka Bumpusa? Ten Słoniowi podpadł. To, co z niego zostało, wrzucili do portu bez instrukcji montażu. Bo podobno w częściach go stamtąd wyławiali.

- Bumpus miał zakuty łeb. Szmugler jeden. A Słoniu nie robi w prochach.

- No tak, ale to on rządzi w porcie.

- Tylko na swoim nabrzeżu. A są tam i inne.

- Słoniu ma ponoć słabość do Cause, Bunch. To jego rewir.

- Kto tak mówi?

- Każdy ci powie. Nawet Peck i Gorvinowie nie zaczynają ze Słoniem.

- Ale Słoniu nie jest z Gorvinów, Earl. Skup się. On z nimi pracuje, ale zasadniczo robi na własne konto. Jeśli nie idzie o szlugi, opony, lodówki, to się nie wtrynia.

- No, mam nadzieję. - Earl podrapał się po uchu, na twarzy malowały mu się wątpliwości. Zdusił peta, pokręcił w palcach ołówkiem. - Nie tylko Bumpus przekonał się dzięki Słoniowi, ile wolności ma Murzyn na dnie portu. Jak słyszałem, kiedy się ten makaroniarz wnerwi, to jest zabawa na sto dwa.

- Bierz żetony na metro i się turlaj, co? Mówię ci, Słonia nie ruszamy. Jego nie obchodzą nasze interesy. Z Peckiem też facet nie trzyma. Więc jeśli swoje załatwimy po cichu, będzie dobrze. Teraz mamy szansę, żeby wyślizgać Pecka i zarobić konkretne zielone.

- Skąd weźmiemy towar bez Pecka? - spytał Earl.

- To już moja broszka. - Bunch usiadł przy stole, zdjął kente kufi i przeciągnął dłonią po gęstych ciemnych włosach. - Wal tam do komunałek i załatw tego dziadygę. Oko mu wydłub. Rękę złam. Podpal mu nachy. Tylko żebyś nie przedobrzył. Ma zmięknąć, jakby to był nieudany napad. Potem jego kościołowi damy forsy z naszego funduszu przebudowy i po herbacie.

- Kurwa, Bunch, to już bym wolał, żeby Peck się tym zajął. Albo sam Deems.

- O, brachu, nie masz do tego serca? - powiedział niegłośno Bunch, patrząc na niego ponuro. - Bo jak tak, to wszystko jasne, bo niedługo będzie w biznesie szło na ostro.

- Nie idzie o to, czy nie mam serca. Po prostu nie chcę bić jakiegoś dziadka i potem płacić za to jego kościołowi.

- Niby kiedy żeś sobie sumienie wyhodował?

- To nie to.

- To może Harold się tym zajmie, co?

Earl, który siedział dotąd rozparty w krześle, wyprostował się nagle.

- A tego zwierzaka po cholerę chcesz wypuszczać z klatki?

- Może przyda się nam jeszcze ktoś.

- To co ty w końcu chcesz, spuścić manto dziadkowi czy puścić komunałki z dymem?

- A gdzie w ogóle Harold teraz siedzi? - zapytał Bunch.

Earl przez dobrą minutę milczał, obrażony.

- W Wirginii - odparł w końcu. - Ale po tej ostatniej robocie to należała się Alaska. Ja pierdolę, dać takim zapałki.

- Ten talent może się nam przydać, jak Peck się wścieknie.

Earl w zadumie pocierał podbródek opuszkami palców. Bunch od tyłu klepnął swojego młodego pomocnika po barkach, po czym wziął się do rozmasowywania ramion Earla. Ten patrzył teraz prosto przed siebie, zaniepokojony. Widział już, co Bunch potrafi robić z nożem, i przez moment uległ panice, ale przeszło mu, gdy Bunch odezwał się:

- Wiem, że dla ciebie ci kościółkowi są ważni. Twoja matka też siedziała w Kościele, nie?

- To nie stanowi.

- Moja też. - Bunch zignorował jego słowa i ciągnął: - Wszyscy tacy byliśmy. Kościół to dobra sprawa. Świetna rzecz, tak naprawdę. Buduje naszą społeczność. Dzięki Bogu. - Pochylił się do ucha Earla. - My tu nie rozpirzamy społeczności, bracie. My ją rozbudowujemy. Popatrz na wszystkie moje firmy. Ile miejsc pracy dajemy ludziom. Jak im pomagamy. Co, może biali otwierają myjnie aut? Może to oni prowadzą wypożyczalnie fur? Albo restauracje? Co, niby oni dają nam pracę? - Wskazał za okno, na tonącą w śmieciach ulicę, porzucone samochody, opuszczone kamieniczki. - Co robią tu dla nas biali, Earl? Gdzie ich wcięło?

Earl, wciąż bez słowa, patrzył przed siebie.

- Damy tym z kościoła worek forsy - oznajmił Bunch. - Wszystko się ułoży. To jak, brachu, wchodzisz w to?

Nie pytał, stwierdzał.

- Pewnie, że wchodzę - mruknął Earl.

Bunch znów siadł przy stole, przewrócił parę stron "Amsterdam News", po czym pokazał Earlowi drzwi.

- Ustaw tego dziada do pionu. Tak żeby popamiętał. Jak będziesz musiał, to mu nawet jedno jajco obetnij. Mnie tam rybka. Jeśli wyraźnie wyjaśnisz im co i jak, Harold poczeka na inną okazję.

- Teraz zakładasz, że Harold kapuje, kiedy ma czekać, a kiedy nie - stwierdził Earl.

- Załatw to i cześć - uciął Bunch.

7

MARSZ MRÓWEK

Od kiedy ludzie sięgali pamięcią, co roku tuż przed nadejściem jesieni do bloku numer 17 na osiedlu Cause przybywał Marsz Mrówek. Przychodziły po ser od Jezusa, który raz w miesiącu magicznie pojawiał się w piwnicznej kotłowni Piernej Kiełbachy, bo Kiełbacha zawsze zostawiał sobie kilka funtowych gomółeczek i trzymał je w wysokim stojącym zegarze z wahadłem, co go przed laty znalazł na Park Slope i zawlókł tu do piwnicy, żeby naprawić. Naprawa oczywiście jeszcze się nie zdarzyła, ale mrówkom to nie przeszkadzało. Rok w rok radośnie przybywały po ser, przeciskając się przez szparę w drzwiach wejściowych, maszerując przez labirynt porzuconego złomu, części rowerowych, cegieł, narzędzi hydraulicznych i starych zlewozmywaków, które ledwie mieściły się w kotłowni u Kiełbachy, i potokiem szerokim na prawie osiem centymetrów zygzakowały między tym całym barachłem, aż docierały do rzeczonego zegara głęboko pod ścianą. Wspinały się po stłuczonej szybce, po nieruchomej wskazówce godzinowej, po czym zapuszczały się w mechaniczne bebechy zegara, do pysznego, wonnego sera od białasów, co leżał tam zawinięty w woskowany papier. Kiedy już wrąbały go do ostatka, ruszały dalej, wężykiem wychodząc za zegarem i ciągnąc wzdłuż ściany, zżerając wszystko, co się nawinęło - kawałki starych kanapek, zapomniane ciasteczka czekoladowe, karaluchy, myszy, szczury, jak też oczywiście własnych poległych. To nie były normalne, miastowe mrówki. Te były wielkie, czerwone, wsiowe, z wielkimi zadami i maleńkimi łebkami. Skąd się tu wzięły, tego nie wiedział nikt, choć krążyły plotki, że mogły się tu zapuszczać z nieodległego arboretum imienia Prestona Cartera na Park Slope, inni zaś opowiadali, że to magistrant z Koledżu Brooklińskiego nieopodal upuścił kolbę pełną tych insektów i potem patrzył tylko ze zgrozą, kiedy szkło roztrzaskało się na podłodze, a mrówki się rozpierzchły.

A naprawdę to było tak, że ich długa podróż do Brooklynu zaczęła się w roku 1951, za sprawą Kolumbijczyka nazwiskiem Hector Maldonez, zatrudnionego w nieodległych zakładach przetwórstwa drobiu Prestona. W owym roku Hector przeszwarcował się do Nowego Jorku na brazylijskim frachtowcu "Andressa". Sześć kolejnych lat spędził, żyjąc w Stanach jak panisko, aż w końcu postanowił rozwieść się z żoną, ukochaną z dzieciństwa, która posłusznie została z czwórką dzieci w ich rodzinnej wiosce niedaleko Ríohacha, w północnej części gór Perijá. Hector miał sumienie, kiedy więc poleciał do ojczyzny, by uczciwie wyjaśnić małżonce, że w Stanach znalazł nową miłość, nową żonę z Portoryko, obiecał, że będzie łożył na nią i ich dzieci jak dotąd. Kolumbijska żona błagała, by wrócił do ich szczęśliwego niegdyś stadła, ale Hector odmówił. "Teraz jestem już Amerykanin" - oznajmił z dumą. Pominął milczeniem fakt, że jako amerykański ważniak nie mógł mieć wioskowej żony, nie zaprosił jej też, by wybrała się z nim do Stanów.

Wynikło z tego wiele ambarasu i awantur, w zestawie z wyzwiskami, wrzaskami, rwaniem włosów, ale koniec końców, uzyskawszy zapewnienie, że Hector co miesiąc nadal będzie przesyłał środki na nią i dzieci, kolumbijska żona zgodziła się pośród łez na rozwód. Na odchodne ugotowała mu jego ulubioną potrawę, cały półmisek bandeja paisa. Starannie zawiniętą kombinację kurczaka, kiełbasek i bułeczek zapakowała do pudełka na lunch, które specjalnie kupiła, i wręczyła mu, gdy wyjeżdżał na lotnisko. Wybiegając z domu, zgarnął ten dar, wetknął jej w dłoń parę dolarów i odleciał do Stanów, czując się lekko i swobodnie, bo przecież mu się upiekło. Samolot wylądował w Nowym Jorku w samą porę, żeby Hector zdążył na swoją zmianę w przetwórni. Przepracowawszy te osiem godzin od rana, otworzył pudełko z lunchem, żeby pochłonąć pyszną bandeja paisa, ale zamiast niej znalazł tam kłębiące się hormigas rojas asesinas, budzące grozę czerwone mrówki z rodzinnych stron, i karteczkę głoszącą po hiszpańsku mniej więcej coś takiego: "Adios kutafonie... dobrze wiemy, że nie przyślesz ani peso!". Hector wrzasnął tylko i cisnął nowiutkie pudełko w długi, odkryty rów ciągnący się pod przetwórnią drobiu, którym kurze flaki i inne paskudztwa ściekały do labiryntu rur biegnącego pod osiedlem Cause do ujścia w ciepłym porcie. Tam, w miłych i przytulnych rurach, wśród ścieków, mrówki zamieszkały we względnej harmonii: składały jaja, pożerały się nawzajem, jak też radośnie dożywiały się myszami, szczurami, alozami, krabami, odpadowymi rybimi łbami i kurzymi bebechami, a do tego niefartownymi, żywymi czy niedobitymi kotami i kundlami z pobliskiego osiedla Cause, które wpadały czasem do przetwórni na szybką przekąskę. Wśród tych ostatnich znalazł się nawet ukochany przez mieszkańców osiedla owczarek niemiecki Donald. Najwyraźniej nieszczęśnik wpadł do zatrutego ściekami kanału Gowanus i niemal utonął w jego cuchnących wodach. Z wody wygramolił się, wyglądając jak sto nieszczęść, sierść zrobiła mu się pomarańczowa, a szczekał po kociemu. Zataczał się nad brzegiem przez bitą godzinę, nim w końcu padł. Mrówki wrąbały go, rzecz jasna, podobnie jak to czyniły z innymi niegodnymi wymienienia stworzeniami, gnieżdżącymi się wśród rur na odpady stałe i ciekłe pod przetwórnią. Żyło im się tam jak w uchu, aż przychodziła jesień, wtedy zaś ich wewnętrzne kalendarze obwieszczały, że pora wyjść na świat, by dokonać tego, co robiły, czy w każdym razie powinny czynić wszelkie bogobojne stworzenia od najdrobniejszych, jednokomórkowych żyjątek spod Wodospadów Wiktorii po ogromne jaszczury gila buszujące po meksykańskich bezdrożach: szły na poszukiwanie Chrystusa, czy w przypadku mrówek - sera od Jezusa, a ten, tak się składało, zalegał na bloku 17 w osiedlu Cause nowojorskiego Zarządu Mieszkań Komunalnych, gdzie składował go Pierna Kiełbacha, człowiek, który miesiąc w miesiąc modlił się gorąco, by Pan dał mu zapuścić własną kiełbachę pomiędzy udźce siostry Denise Bibb, najlepszej organistki kościelnej w całym Brooklynie, a do tego co tydzień sumiennie odkładał kilka klocków sera od Jezusa na wypadek W, co rok w rok, jesienią, obracało się na mrówczą korzyść.

Oczywiście na Cause nikt na Marsz Mrówek specjalnej uwagi nie zwracał. Na osiedlu komunalnym, gdzie trzy i pół tysiąca czarnych i latynoskich lokatorów upychało marzenia, koszmary, psy, koty, żółwie, świnki morskie, kurczaczki wielkanocne, dzieci, rodziców i pulchne kuzynostwo z Portoryko, Birmingham w Alabamie czy Barbados w dwustu pięćdziesięciu sześciu mikrych mieszkankach, wszyscy w garści fantastycznie skorumpowanego nowojorskiego Zarządu Mieszkań Komunalnych, który w zamian za czterdzieści trzy dolary miesięcznego czynszu miał serdecznie wywalone na to, czy ci ludzie żyją, zdychają, srają krwią, czy łażą boso, jak długo nie dzwonili ze skargami do przedstawicielstwa w centrum Brooklynu, jakieś tam mrówki nie stanowiły poważnego problemu. Żaden przytomny lokator nie posunąłby się też do tego, by ponad głowami lokalnych urzędników uderzyć do grubych ryb Zarządu, na Manhattanie, bo ci nie lubili, jak popołudniowe drzemki przerywano im banalnymi skargami z brooklińskich osiedli na mrówki, toalety, morderstwa, molestowanie dzieci, gwałty, nieogrzewane mieszkania czy ołów w farbie, od którego mózgi niemowląt kurczyły się do rozmiarów dobrze wyrośniętych fasolek, chyba że komuś marzyło się nowe lokum - ławeczka na dworcu autobusowym Port Authority. Zdarzyło się jednak któregoś roku, że jednej pani na Cause mrówki dopiekły tak, że napisała zażalenie. Zarząd Mieszkań Komunalnych oczywiście je zignorował. List dotarł jednak jakimś cudem do "Daily News", gdzie nawet bez wizji lokalnej opublikowano artykuł o pladze insektów. Wywołał on nieznaczne poruszenie wśród czytelników, bo wszystkie nowiny z osiedla Cause niedotyczące czarnych biegających z obłędem w oczach i domagających się równych praw traktowano jako dobre wieści. Uniwersytet miasta Nowy Jork wysłał biologa, by zbadał sprawę, ale ten nawiał, bo go napadnięto i obrabowano. Koledż miejski, gotów rozpaczliwie podstawiać nogę uniwersytetowi, byle zyskać poważanie społeczeństwa, do przeprowadzenia analizy wyznaczył dwie czarne magistrantki, ale obie miały tamtego roku obrony, i zanim dotarły na osiedle, mrówki się stamtąd wyniosły. Przyjrzeć się sprawie obiecał dumny Wydział Działań Środowiskowych miasta, w owym czasie obsadzony głównie przez hipisów, aktyw Niezależnej Partii Młodzieży, chętnych do wywinięcia się od służby w Wietnamie, różdżkarzy i pacyfistów, którzy gromadnie palili tam trawkę i spierali się o ocenę ultrapacyfisty Abbiego Hoffmana. Jednak tydzień później radny miejski, imigrant z Polski, główny motor corocznych starań towarzystwa nowojorskich Polonusów na rzecz uczczenia pamięci polsko-litewskiego generała Andrzeja Tadeusza Bonawentury Kościuszki inaczej niż tylko przez to, że jego imieniem nazywał się ten niewydarzony, pordzewiały i usiany wyrwami chuj nie most, garbiący się ponad Williamsburgiem, którędy szła ekspresówka Brooklyn-Queens oraz okazjonalni samobójcy na tyle zdesperowani, żeby przedrzeć się przez ruch uliczny, wspiąć na lepką od brudu balustradę i rzucić na głowy żyjącym poniżej nieszczęśnikom... zatem pan radny zaszedł tam do biura, zwęszył aromat meksykańskiego dobra jaranego przez hipisokomunistyczny personel wśród zajadłych debat nad cnotami Emmy Goldman, owej słynnej rozrabiaczki i organizatorki związków zawodowych z początku dwudziestego wieku, wściekł się i poszedł w diabły. Po czym ściął budżet Wydziału o połowę. Pracownica wyznaczona do zbadania sprawy mrówek na Cause wylądowała w Zarządzie Parkingów, gdzie przez kolejne cztery lata wybierała bilon z parkometrów. Stąd też dla ogółu nowojorskiego społeczeństwa mrówki wciąż pozostawały zagadką. Mitem, coroczną mglistą, a makabryczną możliwością, legendą miejską, nowym rozdziałem w kronikach biedoty Nowego Jorku, trochę jak aligator Hercules, który miał ponoć mieszkać w kanałach ściekowych pod Lower East Side, ale czasami wyskakiwał ze studzienek kanalizacyjnych i pożerał dzieci. Czy gigantyczny boa dusiciel Sid, z osiedla komunalnego Queensbridge, który udusił swojego właściciela, wyślizgnął się przez okno i zagnieździł na niedalekim moście przy Pięćdziesiątej Dziewiątej Ulicy, trzymetrowe cielsko kryjąc wśród belek konstrukcji nad jezdnią, skąd tylko czasami, nocą, zwieszał się, by przez opuszczoną szybę capnąć jakiegoś pechowego kierowcę ciężarówki. Albo małpa, uciekinierka z cyrku Braci Ringling, która miała pomieszkiwać wśród belek stropowych starej hali Madison Square Garden, żywiąc się popcornem i wiwatując, kiedy nowojorscy Knicks po raz nie wiadomo który zbierali tradycyjnie po dupie. Mrówki stały się tematem plotek dla biednych ludzi, kolejną zapomnianą historią z zapomnianej dzielnicy zapomnianej, tonącej metropolii.

I tak już im zostało, były fenomenem szczególnym dla Republiki Brooklynu, gdzie koty darły się ludzkim głosem, psy żarły własne odchody, ciotunie odpalały szluga od szluga, póki nie umierały w wieku stu dwóch lat, niejaki Spike Lee, zupełny dzieciak, ujrzał Boga, duchy przeniesionej drużyny Dodgersów wysysały wszelkie szanse na nowe nadzieje, a nędza i rozpacz rządziły życiem frajerów, którzy nie mogli stąd wybyć, bo byli zbyt czarni czy zbyt ubodzy, podczas gdy na Manhattanie autobusy kursowały zgodnie z rozkładem, światła nigdy nie gasły, śmierć jednego białego dziecka w wypadku drogowym była newsem godnym miejsca na pierwszych stronach gazet, a na Broadwayu rządziły lipne wersje żyć czarnych i Latynosów, na których paśli kabzę biali pisarze: West Side Story, Porgy and Bess czy Purlie Victorious - i tak to szło, tak to właśnie było, że rzeczywistość według białych przyrastała i potężniała jak ogromna, koślawa kula śniegu, Wielki Amerykański Mit, Wielkie Jabłko, Wielkie Mi Co, Miasto, Które Nigdy Nie Zasypia, podczas gdy ci czarni i Latynosi, którzy sprzątali apartamenty, wynosili śmieci, tworzyli muzykę i zapełniali więzienia smutkiem, spali snem ludzi niewidzialnych albo robili za koloryt lokalny. Tymczasem zaś każdej jesieni mrówki wychodziły w trasę, maszerowały do bloku numer 17, kopiąc dupy wszystkim na trasie, ryczące tsunami miniaturowych śmierci, które zżerało ser od Jezusa, z zegara wynosiło się na kotłownię i do kosza na śmieci przy wyjściu na korytarz, likwidując wszelkie zapomniane kanapki i kawałki ciasta z przywiędłych, rozłażących się, niezjedzonych drugich śniadań, które Pierna Kiełbacha wyrzucał tam co popołudnie, bo wraz ze swoim kumplem Kurtałką nad jedzenie przedkładali konsumpcję ulubionego napitku, King Konga. Stamtąd przechodziły do obfitszych posiłków w korytarzach i schowkach na materiały gospodarcze: szczurów i myszy, których było tam pod dostatkiem, jakoż żywych, tak i umarłych: gryzoni wciąż tkwiących w pułapkach z lepem czy kartonowych pudełeczkach, innych już sztywnych, myszy utłuczonych dłonią Kiełby, szczurów - jego szpadlem, leżących pod starymi gaźnikami i porzuconymi zderzakami, wśród mioteł i na szufelkach, trucheł oprószonych wapnem, zanim trafią na spalenie w gigantycznych kotłach węglowych ogrzewających osiedle Cause. Posiliwszy się tym, mrówki kierowały się wyżej, szeroką kolumną prąc w górę pękniętej rury kanalizacyjnej do mieszkania Flay Kingsley pod numerem 1B, gdzie niewiele mogły znaleźć żywności czy odpadków, gdyż ośmioosobowa rodzina pani Flay tak naprawdę mieszkała pod numerem 1A, po drugiej stronie korytarza, to mieszkanie bowiem stało puste, od kiedy jego jedyna lokatorka, pani Foy, zmarła cztery lata wcześniej, zaniedbując powiadomienie o tym opieki społecznej, co stworzyło idealną możliwość dla opieki społecznej i wydziału kwaterunkowego, by nawzajem spychać na siebie odpowiedzialność, bo w końcu nikt nikomu nie przekazał tej informacji. W mieszkaniu było cicho. Opieka społeczna opłacała czynsz. Więc w czym problem? Stamtąd mrówki wędrowały do mieszkania pani Nelson pod 2C, zakąszając skórkami arbuzów i fusami po kawie, które zbierała w kuble do użycia w ogródku pod blokiem, dalej zsypem do lokalu panny Bum-Bum, 3C, gdzie z żarciem było kiepsko, i następnie do pastora Gee, pod 4C, gdzie w ogóle nic się nie dało znaleźć, bo siostra Gee prowadziła dom na wysoki połysk, potem była łazienka panny Izi pod 5C, gdzie mogły skosztować rozmaitych, przepysznych portorykańskich mydełek, które panna Izi zawsze zapominała jesienią pochować w słoiczkach, choć wiedziała, że mrówki przyjdą, i wreszcie wychodziły na dach, skąd próbowały akrobatycznie dokonać desantu na sąsiedni blok numer 9, wędrując po przerzuconej tam drabinie - a wtedy czekała je śmierć z rąk grupy bystrych uczniaków: Mycki, Szmaciaka, Słodziaka, Patyka oraz Deemsa Clemensa, najlepszego miotacza w dziejach osiedla Cause, jak też najbardziej bezlitosnego dilera, jakiego widziały te bloki.

Deems, leżąc w łóżku w mieszkaniu numer 5G bloku numer 9, z obandażowaną głową i umysłem mętnym od środków przeciwbólowych, zorientował się, że duma o mrówkach. Odkąd trafił do szpitala, śniły mu się wiele razy. Od trzech dni leżał już w domu, ale ciągłe brzęczenie z prawej strony głowy i pigułowa wata w mózgu przywoływały dziwne wspomnienia, ściągały realistyczne koszmary. Dwa miesiące wcześniej skończył dziewiętnaście lat, a teraz, jak nigdy dotąd, nie potrafił się skupić, niczego zapamiętać. Ze zgrozą zorientował się na przykład, że raz-dwa ulatują mu wspomnienia z dzieciństwa. Nie pamiętał, jak nazywała się jego nauczycielka z przedszkola ani wciąż wydzwaniający trener baseballu z uniwersytetu St. John's. Nie pamiętał, przy którym przystanku metra w Bronksie mieszkała ciocia ani nazwy tego salonu samochodowego w Sunset Park, gdzie facet sprzedał mu używanego pontiaka firebird, po czym sam odstawił go tu pod blok, bo Deems nie umiał jeszcze prowadzić. Tyle wszystkiego się działo, zlewało się w jeden wszechogarniający wir, ale dla chłopaka, który jeszcze nie tak dawno jako kurier obywał się bez ołówka i kartek przy zbieraniu obstawianych numerków do nielegalnych zakładów, bo miał niemal doskonałą pamięć, ta sytuacja, że znikała mu cała przeszłość, była mocno niepokojąca. Kiedy tak tego popołudnia leżał w łóżku, doszedł do wniosku, że może to właśnie przez to jazgotliwe brzęczenie z prawej strony głowy, tam, gdzie została mu tylko resztka małżowiny usznej, miał te problemy, no i że jeśli w życiu powinno się pamiętać o tysiącu różnych spraw, ale zapomni się prawie je wszystkie, poza jedną czy dwiema zupełnie nieważnymi, to może jednak nie są aż takie nieważne. Aż nie mógł uwierzyć, jak wspaniale było pamiętać o tych durnych mrówkach z bloku numer 17. Minęło dziesięć lat, od kiedy zaczęli z kumplami wymyślać wspaniałe sposoby powstrzymania inwazji insektów na ich ukochany blok numer 9. Uśmiechnął się do swoich wspomnień. Próbowali wszystkiego: wody, trutki, lodu. Petard. Aspiryny maczanej w sodce. Surowych żółtek ochlapanych wybielaczem. Tranu wybełtanego z farbą. Był rok, że spróbowali z oposem, którego dostarczył Słodziak, jego najlepszy kumpel. Wyjechał z rodzicami do krewnych w Alabamie i przywiózł go schowanego w bagażniku ojcowskiego oldsmobile'a. Opos dotarł do Brooklynu tak schorowany, że tylko by leżał, więc wrzucili go do kartonowego pudełka, okleili je taśmą, zostawiając otworek na wejście, i ustawili na trasie marszu mrówek na dachu bloku numer 9. Mrówki przyszły, karnie wlazły do kartonu i przystąpiły do kulturalnej konsumpcji oposa, który z wrażenia oprzytomniał, szarpiąc się i sycząc, a to sprawiło, że przerażeni chłopcy chlusnęli na pudełko szklanką nafty i rzucili zapałkę. Gdy buchnęły płomienie, w ogóle wpadli w panikę i strącili je kopniakiem z dachu - spadło na plac, sześć kondygnacji niżej, co było głupie, bo niechybnie ściągnęłoby chłopcom na głowy gniew dorosłych, pod tą czy inną postacią. To Deems ich uratował. Złapał pozostawione na dachu przez ekipę remontową dwudziestolitrowe wiadro, pędem zbiegł na dół, zgarnął do wiadra to, co zostało z pudła i jego zawartości, pogonił nad nabrzeże i ślady akcji wywalił do basenu. Wtedy, w wieku dziesięciu lat, został przywódcą ich bandy, i od tej pory już tym przywódcą pozostał.

"Tylko przywódcą czego?" - myślał gorzko, leżąc w łóżku. Obrócił się na bok z jękiem.

- Wszystko się wali - mruknął w głos.

- Że co, brachu?

Deems otworzył oczy i ze zdziwieniem spostrzegł siedzących przy łóżku dwóch ludzi z jego ekipy, Myckę i Żarówę. Gapili się na niego. Myślał, że jest tu sam. Szybko odwrócił się do ściany, plecami do nich.

- Nic ci nie jest, Deems? - spytał Żarówa.

Deems olał go, gapił się w ścianę i usiłował zebrać myśli. Jak się to wszystko zaczęło? Nie pamiętał. Miał czternaście lat, kiedy Kogut, jego starszy kuzyn, rzucił studia na uniwersytecie miejskim i zaczął tłuc forsę na sprzedaży heroiny, głównie ćpunom z osiedla Watch. To Kogut pokazał mu co i jak, i bach, poszło pięć lat. Aż tyle? Teraz miał już dziewiętnaście, w banku cztery tysiące trzysta, matka nienawidziła go z całego serca, a Kogut nie żył, zabili go podczas napadu za prochy. A on sam leżał w łóżku, bez prawego ucha.

Jebany Kurtałka.

Kiedy tak leżał i gapił się w ścianę, i wiercił go w nos zapach bieli ołowiowej, Deems myślał o tym starym bez gniewu, ale nieskładnie. W ogóle nie potrafił tego zrozumieć. Jeżeli na osiedlu Cause był jeden człowiek, który nic by nie zyskał na strzelaniu do Deemsa, to właśnie Kurtałka. Kurtek nikomu nie musiał niczego udowadniać. Jeśli na całym Cause był jeden człowiek, któremu upiekłoby się pyskowanie do Deemsa, czarowanie go, wrzeszczenie na niego, wyzywanie, śmieszki, docinki, okłamywanie, to właśnie stary Kurtałka. To z Kurtkiem trenował baseball. To Kurtek uczył go w szkółce niedzielnej. "A teraz to zwykły nurek - pomyślał Deems z goryczą - choć dotąd nie było przez to problemów". Uświadomił sobie, że od kiedy pamiętał, Kurtałka zawsze popijał, mniej czy więcej, ale co najważniejsze, zawsze też był taki sam, niezmienny. Nigdy nie narzekał ani się nie mądrzył. Nie osądzał. Bo niczym się nie przejmował. Kurtek robił swoje, i za to Deems go szanował. Bo jeśli czegoś w ogóle nienawidził na tym spierdolonym osiedlu - ba, na całym Brooklynie - to ludzi, którzy narzekali na detale. Gówno mieli, i narzekali na detale. Czekali na Chrystusa. Czekali na Boga. A Kurtek taki nie był. Lubił baseball i wódę. Prosty człowiek. Fakt, że Kurtałka też robił pod Jezusa, Deems zdążył to zauważyć, ale to tylko jak żona, pani Hettie, go do tego zaganiała. Ale nawet wtedy widać było, że Deems i stary mają tak samo. Że wbiło ich w domy, gdzie wiecznie było gadane o Jezusku.

Deems już dawno doszedł do wniosku, że Kurtek różnił się od tych wszystkich opętanych Jezusem świrów, których znał. Kurtek nie potrzebował Chrystusa. Zachowywał się, oczywiście, tak jakby było wręcz przeciwnie, ale w kościele Pięciu Końców dużo dorosłych tak miało. Kurtałka miał jednak coś, czego nie miał nikt inny w Pięciu Końcach, nikt w komunałkach, w ogóle nikt inny, kogo Deems Clemens poznał w ciągu tych swoich dziewiętnastu lat życia w osiedlu Cause.

Radość.

Kurtek był człowiekiem radosnym.

Deems westchnął ciężko. Nawet Tatytata, jego dziadek, jedyny mężczyzna, który odegrał w jego życiu coś w rodzaju roli ojca, nie znał radości. Tatytata odzywał się burknięciami, w domu rządził żelaznym kułakiem, nocą po robocie walił się w fotel z piwem w garści i słuchał radia do późna, aż zasnął. Kiedy Deems trafił do poprawczaka, tylko Tatytata go odwiedzał. Mamie nie zależało. Jakby godziny chromolenia o Chrystusie i Biblii mogły zastąpić całusa, uśmiech, posiłek zjedzony tylko we dwoje, czytaną wieczorem książkę. Matka obrabiała mu tyłek rózgą za najmniejsze przewinienie, od wielkiego dzwonu chwaliła, kiedy coś zrobił, nigdy nie chodziła na jego mecze baseballowe, ale do kościoła ciągała go co niedzielę. Wikt. Dach nad głową. Chrystus. Oto cała jej litania. "Roznoszę jajka, cukier, bekon dwanaście godzin dziennie, a ty nie możesz nawet Chrystusowi podziękować, że masz gdzie spać. Dzięki ci, Jezu". Chuja tam Jezu.

Chciał, żeby ona go zrozumiała. Ale nie potrafiła. W całym mieszkaniu nie było nikogo, kto by potrafił. A on już od małego widział, jakie to wszystko durne. Tylu ludzi poupychanych w tych gównianych mieszkankach. Nawet ślepy to widział, w sensie Pulchna Łapka. Deems gadał zresztą o tym z Łapką, kawał czasu temu, kiedy obaj chodzili do szkółki niedzielnej. Miał wtedy dziewięć lat, Łapka osiemnaście. Łapkę wysyłali do piwnicy, na zajęcia z maluchami ze szkółki, nawet kiedy był już nastolatkiem, bo mówili, że jest "opóźniony". Deems zapytał go raz, czy mu to nie wadzi. A Łapka odparł tylko: "E tam. Tu jest lepsze żarcie". Byli właśnie w piwnicy, któryś tam nauczyciel klepał dzieciakom ze szkółki coś o Bogu, Łapka siedział za Deemsem, Deems zauważył, jak Łapka wodzi dłonią w powietrzu, aż w końcu trafił na ramię Deemsa, pochylił się i zapytał: "Deems, co oni, myślą, że jesteśmy upośledzeni?". Tu go zaskoczył. "No pewnie, że nie jesteśmy upośledzeni", burknął. Nawet Łapka wiedział. No pewnie, że wiedział. Łapka nie był żaden opóźniony. Łapka był bystrzak. Łapka zapamiętywał takie rzeczy, że nikt inny ich nie pamiętał. Na przykład ile razy Cleon Jones z nowojorskich Metsów wybił pierwsze piłki przeciwko drużynie Pirates z Pittsburgha w wiosennej rundzie treningowej zeszłego roku. Potrafił wykryć, kiedy siostra Bibb, kościelna organistka, czuła się źle, tylko po tym, jak jej stopy chodziły po pedałach. Wiadomo, Łapka musiał być bystrzak, bo przecież był synem Kurtałki. A Kurtek traktował wszystkie dzieci na równi i to jak równe sobie. Kiedy Kurtałka prowadził zajęcia w szkółce niedzielnej, Słowo Boże to była sama wata cukrowa i guma balonowa, gry w zbijaka w kościelnej piwnicy ze zmiętymi programami nabożeństw zamiast piłek, podczas gdy na górze wierni śpiewali i wrzeszczeli. Raz Kurtałka zabrał nawet podopiecznych w niedzielny poranek na "wycieczkę" do portu, gdzie wcześniej schował wędkę, i było zarzucanie przynęty, podczas gdy Deems i reszta dzieciaków bawili się i tytłali ubrania. A w kwestii baseballu Kurtałka był po prostu czarodziejem. To on zorganizował drużynę osiedlową. On nauczył ich łapać, rzucać, jak stać na pozycji pałkarza, jak, jeśli potrzeba, blokować piłkę ciałem. Po treningach, w leniwe niedzielne popołudnia zbierał dzieciaki wokół siebie i opowiadał im o dawno nieżyjących baseballistach, zawodnikach z niegdysiejszych czarnych lig, o nazwiskach i przydomkach, które brzmiały jak marki słodyczy: Luźny Tatko Bell, Jacie Słonko Gibson, Glanc Pomada Rube Foster, Kulka Rogan, tacy goście, co na boiskach gdzieś tam na dalekim Południu wybijali piłeczkę w gorące sierpniowe powietrze na wysokość stu pięćdziesięciu metrów; i te opowieści śmigały nad głowami malców, nad basenem portowym, nad ich nędznym boiskiem do baseballu, nad nędznymi, rozpalonymi do czerwoności blokami komunalnymi, w których mieszkali. Kurtek mówił, że te czarne ligi to były jak sen. Ba, zawodnicy z tych lig mięśnie łydek to mieli jak kamienie! Jak obiegali bazy, to tak szybko, że tylko smugę było widać, a ich żony to biegały nawet szybciej! A kobiety? Boże... kobiety grały w baseball nawet lepiej niż mężczyźni! Rube Foster wybił raz piłkę w Teksasie tak, że trzeba ją było przywieźć z powrotem pociągiem z Alabamy! A kto ją przywiózł? Jego żona! Kulka Rogan wyeliminował raz dziewiętnastu pałkarzy jednym ciągiem, aż w końcu jego żona stanęła z kijem i jego pierwszy narzut wybiła za boisko. A jak myślicie, skąd Jacie Słonko Gibson dostał ten swój przydomek? Przez żonę! To dzięki niej był taki dobry. Żeby się wprawił, wybijała mu piłki płasko, leciało to potem jak rakieta na wysokości twarzy dobrze ponad sto metrów, więc on tylko uskakiwał przed nimi i krzyczał "Jacie, słonko!". Żeby Jacie Słonko Gibson mógł być jeszcze lepszym zawodnikiem, to by się musiał urodzić dziewczynką!

Wariackie były te opowieści, Deems nigdy nie wierzył w nie. Jednak Kurtałkowe umiłowanie baseballu lało się na Deemsa i jego kumpli niczym deszcz. Stary kupował im kije, piłki, rękawice, nawet kaski. Sędziował doroczne mecze przeciwko osiedlu Watch, jednocześnie dyrygując swoją drużyną, ubrany w ten komiczny strój sędziego - maskę, ochraniacz klatki piersiowej, czarną sędziowską kurtkę - ganiał od bazy do bazy, uznawał zaliczenia, kiedy biegacze byli eliminowani, eliminował tych, którzy zaliczali poprawnie, a jak któraś drużyna protestowała, to ze wzruszeniem ramion cofał werdykty, a kiedy już za głośno się darli, to krzyczał: "Przez was to ja się całkiem rozpiję!", i wtedy to wszyscy śmiali się w głos. Tylko Kurtałka potrafił sprawić, żeby dzieciaki z tych dwóch osiedli komunalnych, które nienawidziły się nawzajem z dawno już zapomnianych powodów, były w stanie zmierzyć się na boisku. Deems miał dla niego szacunek. Po części nawet chciał być takim Kurtałką.

- Ale że kutas do mnie strzelił - mruknął Deems, wciąż twarzą do ściany. - Zrobiłem mu w ogóle coś kiedyś?

- Brachu, trzeba pogadać - usłyszał za sobą głos Żarówy.

Obrócił się, otworzył oczy i spojrzał na nich obu. Przenieśli się na parapet: Mycka nerwowo palił papierosa, wyglądając przez okno, a Żarówa wpatrywał się w niego. Deems pomacał skroń. Opasujący mu głowę bandaż piętrzył się tam wielką bułą. Ból czuł w całym ciele, jakby go włożyli w imadło. Wciąż piekły plecy i nogi po upadku z ławki na placu. Wściekle swędziało postrzelone ucho - czy raczej to, co tam z niego zostało.

- Kto obstawia plac? - zapytał.

- Patyk.

Deems skinął głową. Patyk miał dopiero szesnaście lat, ale w ekipie był od samego początku, więc spoko. Spojrzał na zegarek. Wczesna pora, ledwie jedenasta. Regularni klienci zaczynali wychodzić pod maszt dopiero koło południa, dzięki czemu Deems miał czas, żeby wystawić czujki na każdym z czterech wychodzących na plac bloków, chłopaki kukali na gliny i w razie jakichkolwiek kłopotów dawali sygnały rękami.

- Kto jest na czujce pod numerem dziewiątym? - spytał.

- Pod dziewiątym?

- No tak, pod dziewiątym.

- To teraz akurat nikt.

- Wyślijcie tam kogoś na świecę.

- Po co? Stamtąd nie widać placu pod masztem.

- Chcę, żeby ktoś tam był i miał oko na mrówki.

Chłopacy zapatrzyli się na niego, zdezorientowani.

- Na mrówki? - spytał Żarówa. - Znaczy, te co tam przyłażą, co się z nimi bawiliśmy...

- A co ja niby mówię? Tak, kurwa, na mrówki...!

Urwał w pół zdania, gdy otworzyły się drzwi. Do pokoju wmaszerowała jego matka, niosąc szklankę wody i garść pigułek. Odłożyła to wszystko na szafce nocnej koło łóżka, zerknęła na syna i jego dwóch towarzyszy i wyszła bez słowa. Od kiedy trzy dni wcześniej wyszedł ze szpitala, powiedziała do niego może z pięć słów. Inna rzecz, że nigdy nie mówiła do Deemsa więcej niż pięć słów naraz, chyba że "Modlę się, aby ci się odmieniło".

Patrzył, jak wychodziła z pokoju. Wiedział, że na wrzaski, krzyki i wyzwiska przyjdzie jeszcze czas. I trudno. Miał własne pieniądze. Gdyby kazała mu się wynosić, sam dałby sobie radę... raczej. "W każdym razie, już niedługo", pomyślał sobie. Żeby rozluźnić napięcie, poruszył szyją, i ten ruch sprawił, że w poprzek twarzy, przez ucho i w dół pleców poszła błyskawica bólu, jakby coś wybuchło. Miał wrażenie, że wnętrze głowy wyżarzano mu palnikiem. Beknął, zamrugał, zobaczył przy swojej twarzy dłoń. To Żarówa podawał mu tabletki i wodę.

- Zażyj lekarstwa, brachu.

Deems złapał leki i szklankę, połknął, popił i odezwał się:

- Do których mieszkań poszły?

- Kto? - spytał Żarówa ze zdezorientowaną miną.

- No, mrówki, brachu. Do których mieszkań szły w zeszłym roku? Idą tymi samymi trasami co zawsze? Wyłażą z piwnicy u Kiełby w siedemnastym?

- Co ty się mrówkami przejmujesz? - zapytał Żarówa. - Mamy problem. Earl chce się z tobą zobaczyć.

- A co mnie Earl obchodzi. O mrówki pytam.

- Earl się wściekł, brachu.

- A mrówki?

- Co z tobą? - spytał Żarówa. - Daj se spokój z tymi mrówkami. Earl mówi, że trzeba załatwić temat z Kurtałką. Że stracimy plac, osiedle Watch go przejmie, jak nic nie zrobimy.

- Załatwimy to.

- Nie musimy nic robić. Earl mówi, że sam zajmie się Kurtałką. Że pan Bunch mu kazał.

- A co ma Earl do naszego interesu?

- Mówię ci, pan Bunch jest niezadowolony.

- Dla kogo pracujesz, co? Dla mnie? Czy dla Earla i pana Buncha?

Żarówa siedział cichutko, potulnie, a Deems ciągnął:

- I co, wychodzicie tam?

- Codziennie w południe - odparł Żarówa.

- I jak idą biznesy?

Żarówa, zawsze przygłup, z szerokim uśmiechem wyciągnął grubą rolkę banknotów w stronę Deemsa. Ten zerknął na drzwi, za którymi zniknęła matka, i półszeptem rzucił:

- Schowaj to, facet.

Żarówa speszył się i wepchnął dolary w kieszeń.

- Żaras, podbijali jacyś z osiedla Watch? - zapytał Deems.

- Jeszcze nie.

- Że niby jak jeszcze nie? Coś słyszałeś, że chcą podejść?

- Facet, nie mam pojęcia - odpowiedział Żarówa smętnie. - Takiego to jeszcze nie przerabiałem.

Deems pokiwał głową. Żarówa się bał. Nie miał serca do tej zabawy. Obaj o tym wiedzieli. "Tylko przyjaźń ich przy mnie trzymała" - pomyślał ze smutkiem Deems. A w interesach przyjaźń to same kłopoty. Znów spojrzał na Żarówę, na afro porastające jego dziwacznie ukształtowany czerep, z profilu przypominający sześćdziesięciowatową żarówkę, stąd właśnie ksywka. Pod żuchwą lęgły się zaczątki koziej bródki, przydając Żarówie bajeranckiego wyglądu, prawie hipisowskiego. "I co z tego - pomyślał Deems. - Nie minie rok i będzie walił heroinę w kanał". Tak mu od niego zalatywało. Przeniósł wzrok na Myckę, niskiego, krępego, który mało gadał, ale był solidniejszy.

- A ty jak myślisz, Mycka? Ci z Watch spróbują wejść nam na plac?

- Tego nie wiem. Ale myślę, że ten cieć to glina.

- Pierna Kiełbacha? Przecież Kiełbacha chleje.

- E, nie. Ten młody. Jet.

- A nie mówiłeś, że Jeta zwinęli?

- To nie robi. Obadałeś, jakie miał trampki?

Deems oparł się na poduszce, zamyślił. Faktycznie, przyuważył te trampki. Taniocha, PF Flyers.

- No, jakiś badziew - przytaknął. Dumał sobie jednak: Gdyby Jet nie krzyknął, toby go Kurtałka... Potarł głowę: pulsowanie w uchu zelżało już w kłujący ból, mimo leków rozchodzący się jednak po karku i wokół oczu. Przemyślał sobie teorię Mycki, po czym odezwał się: - Kto był na czujce tamtego dnia na bloku siedemnastym, a kto na trzydziestym czwartym?

- Na siedemnastym Chinol. Na trzydziestym czwartym Vance.

- I niczego nie widzieli?

- A nie pytaliśmy.

- To spytajcie - zażądał Deems i dorzucił po chwili: - Zdaje się, że Earl nieźle nas wyślizgał.

Żarówa i Mycka spojrzeli po sobie.

- To nie Earl cię kropnął, brachu - odezwał się Żarówa. - To był Kurtałka.

Deems jakby go nie słyszał. W głowie odhaczył sobie szybko punkty na kilku listach i rzucił:

- Kurtałka to menel. Nie ma żadnej ekipy. Nim się nie przejmujcie. Earl... płacimy mu tyle, a coś mi się widzi, że nas przekręcił. Wystawił nas.

- Czemu tak myślisz? - spytał Żarówa.

- Jak to się stało, że Kurtałka dał radę tak do mnie podejść i nikt nic nie wołał? Może to przypadek. Wzięło pewnie Kurtkowi odbiło, i tyle. Ale handel herą to teraz taki biznes... się rozkręciło. No i łatwiej kogoś obrobić, niż stać po winklach i pchać koks czy heroinkę w torebeczkach po piątce, po dychu. Mówiłem szefowi Earla, musimy tu mieć lepsze zabezpieczenia... broń, co nie. Cały rok mu to tłumaczyłem. I fajnie by było zgarniać lepiej z tej kasy. Bierzemy tylko cztery procent górką. Powinniśmy ściągać pięć, sześć, może nawet dziesięć, tyle tego gówna opylamy. Jak do mnie strzelił, miałem przy sobie całą forsę ze sprzedaży. Jak się ocykałem w szpitalu, kasy zero. Pewnie gliny zakosiły. Więc teraz muszę to wszystko oddać, plus dziesięć procent, co Bunch dolicza za spóźnienie. W dupie ma, że był problem. I za tyle pieprzenia tylko cztery procent? Lepiej byśmy wychodzili z własnym dostawcą.

- Deems, na razie jest git - odezwał się Mycka.

- No to niby czemu nie mam obstawy, co? Kogo myśmy tam mieli? Was dwóch. Chiniak na siedemnastym. Vance na trzydziestym czwartym. Reszta same szczyle. A nam potrzeba facetów. I to z bronią, brachu. No bo za co płacę Earlowi? Kto nas obstawia? Spylamy kupę towaru. Earl powinien nam kogoś podesłać.

- Nie Earl rządzi - odparł Mycka. - Pan Bunch jest szefem.

- Nad nim też jest szef - powiedział Deems. - Pan Joe. To z nim powinniśmy się ugadać.

Mycka i Żarówa spojrzeli po sobie. Wszyscy wiedzieli, że "pan Joe" to Joe Peck, którego rodzina posiadała zakład pogrzebowy przy Silver Street.

- Deems, on jest z mafii - powoli wydusił Mycka.

- Ale forsę lubi tak samo jak my. Brachu, przecież gość mieszka trzy przecznice stąd. Pan Bunch to tylko pośrednik, a trzeba się do niego wozić aż do Bed-Stuy.

Chłopcy milczeli. Pierwszy odezwał się Mycka.

- No, nie wiem, Deems. Mój tata przez długi czas robił z Italiańcami na nabrzeżach. Mówił, że z nimi to lepiej nie zaczynać.

- A twój tata to co, wszystkowiedzący?

- Nie no, tak tylko mówię. No bo co, jeśli pan Joe jest jak Słoniu? - ciągnął Mycka.

- Słoniu nie idzie w prochy.

- A skąd wiesz? - spytał Mycka.

Deems nie odpowiedział. Wszystkiego nie musieli wiedzieć.

- Ale o czym wy w ogóle gadacie? - odezwał się Żarówa. - Po co mamy się wozić ze Słoniem czy z panem Joem, czy w ogóle z kimkolwiek. Earl powiedział, że się tym zajmie. To niech się zajmie. To ze starym Kurtałką mamy problem. I co z tym zrobisz?

Deems przez chwilę zwlekał z odpowiedzią. Żarówa powiedział "zrobisz", nie "zrobimy". Zakarbował to sobie w myślach na później, ale znów poczuł smutek. Najpierw, kiedy wspomniał o mrówkach, zupełnie o nich nie pamiętali. A ochrona naszego bloku! Taki był przecież cel. Cause! Chronić nasze terytorium! Nawet o to nie dbali. A teraz Żarówa mówił już "zrobisz". Szkoda, że Słodkiego tu nie było. Słodki był lojalny. I miał kręgosłup. Ale matka wysłała go do Alabamy. Deems napisał do niego, zapytał, czy mógłby go odwiedzić, Słodki odpisał "dawaj śmiało", ale kiedy wysłał do niego drugi list, nie doczekał się żadnej odpowiedzi. Teraz mógł zaufać już tylko Mycce, Chinolowi, Vance'owi i Patykowi. Trochę mała ekipa, gdyby wbili się ci z osiedla Watch. Pomyślał z goryczą, że Żarówa już się wypiął.

Obrócił się w stronę Mycki, głowę przeszył mu ból. Skrzywił się i zapytał:

- A Kurtałka w ogóle pojawia się w okolicy?

- Czasami. Jak zwykle nawalony.

- Ale się kręci?

- Mniej niż zwykle. Ale się kręci. Pulchna Łapka też - powiedział Mycka, wzmiankując o niewidomym synu Kurtałki. Łapka był ukochanym mieszkańcem osiedla Cause, wędrował po nim bez opieki, często do domu odprowadzali go sąsiedzi, którym się akurat nawinął. Chłopcy znali go od małego. Łatwy cel.

- Nie ma po co ruszać Łapki - odparł Deems.

- Tak tylko mówię.

- Od Łapki to ty się odpierdol.

Wszyscy trzej zamilkli, Deems pomrugiwał, pogrążony w myślach.

- Dobra, pozwolę Earlowi załatwić moje sprawy - odezwał się w końcu - ale tylko ten jeden raz.

Pozostali dwaj z miejsca zwiesili nosy. Deems od razu poczuł się gorzej. Chcieli załatwić Kurtałkę, no to się zgodził, a im zwarzyło humor. No do diabła ciężkiego!

- Przestańcie się mazać - rzucił. - Sami mówiliście, trzeba to załatwić, no to będzie załatwione. Inaczej to osiedle Watch wlazłoby nam na plac i to ostro. Więc niech Earl zajmie się Kurtkiem.

Tamci dwaj wbili wzrok w podłogę. Nawet nie patrzyli po sobie.

- Tak to już jest w tej dżungli.

Wciąż milczeli.

- Ale to ostatni raz pozwalamy Earlowi załatwiać nasze sprawy - zakończył Deems.

- Bo jest taka sprawa... - zaczął cicho Mycka i urwał.

- Jaka znowu sprawa?

- No...

- Kurwa jego mać, człowieku, co z tobą? Tak się boisz Earla, że chcesz, żeby załatwiał nasze sprawy. No dobra, mówię, niech załatwi. Po temacie. Powiedz mu, żeby się za to wziął. Sam mu powiem, jak już będę na chodzie.

- Ale jest jeszcze coś - podjął Mycka.

- No to mów wreszcie!

- Więc jest tak, że jak był wczoraj Earl, to pytał jeszcze i o Kiełbę.

I znów cios. Kiełba to kumpel. Były czasy, że pomagał Kurtałce przy baseballu. To Kiełba co miesiąc wydawał ser każdej rodzinie. Wszyscy wiedzieli, że Pierna Kiełbacha kręcił z siostrą Bibb, organistką w kościele Pięć Końców. Która była też ciotką Mycki.

"I w tym właśnie problem - pomyślał Deems. - W tych cholernych zasranych komunałkach wszyscy są ze sobą spokrewnieni".

- Earl myśli pewnie, że Kiełba ukrywa Kurtałkę - podjął Mycka. - Albo że kabluje na nas psom.

- Kiełba na nikogo nie kabluje - prychnął Deems. - Przecież pracujemy zaraz pod jego nosem. Żaden z niego kabel.

- W Cause wszyscy to wiedzą. Ale Earl nie jest z naszego osiedla.

Deems zerknął na Myckę, potem na Żarówę. Jeden miał minę zatroskaną, drugi przerażoną. Skinął głową.

- No i git. Zostawcie to mnie. Earl Kiełby nie ruszy. Pogadam z nim. Ale póki co, słuchajcie: za tydzień, może dwa, zacznie się Marsz Mrówek. Wy dwaj będziecie na zmianę siedzieć na dachu bloku numer dziewięć, tak jak to kiedyś robiliśmy razem. Dajcie mi znać, jak przylezą mrówki. Tylko wy wiecie, jak to zrobić.

- A po kiego? - spytał Żarówa.

- Zróbcie to i już. Jak zauważycie znaki, że idą, to mnie ściągnijcie, choćbym był nie wiadomo gdzie. Na pierwszy znak od razu walcie po mnie. Jasne? Kojarzycie te znaki, nie? Wiecie, na co uważać?

Pokiwali głowami.

- No to powiedzcie.

- Jak myszy i szczury zaczną ganiać po tym korytarzyku pod samym dachem - odezwał się Mycka. - I jak karakany się tam wyroją.

- No właśnie. Jak to zobaczycie, migiem do mnie. Zrozumiano?

Pokiwali głowami. Deems spojrzał na zegarek. Dochodziło południe. Poczuł się senny - leki zaczęły działać.

- Lećcie tam na plac, pomóżcie Patykowi zarabiać naszą forsę. Wystawcie czujki na wszystkich blokach, ale płaćcie im z dołu, nie z góry. Mycka, zanim wyjdziesz na plac, sprawdź dach w dziewiątym.

Zobaczył niepokój na ich twarzach.

- Spokojnie mi tu - rzucił. - Mam plan. Raz-dwa i wrócimy do normalnych układów.

I z tymi słowy obrócił się na bok, zabandażowanym uchem do góry, zamknął oczy i zapadł w niespokojny sen chłopaka, który w ciągu jednej godziny stał się nagle tym, kim zawsze chciał być: nie dzieciakiem z jednego z najgorszych nowojorskich osiedli komunalnych, nieszczęśliwym chłopcem bez marzeń, domu, celów, opieki, aspiracji, kluczy na sznurowadle, podwórka, Chrystusa, prób orkiestry szkolnej, matki, która by go słuchała, czy ojca, który by go w ogóle znał, ani kuzynów, którzy pokazaliby, jak odróżnić dobro od zła. Nie był już chłopakiem, który w wieku trzynastu lat potrafił cisnąć piłeczką z prędkością stu dwudziestu pięciu kilometrów na godzinę, bo tylko nad tym w swoim marnym życiu jakoś panował. Wszystko to było, minęło. Teraz był facetem, który miał plan i musiał zagrać o dużą stawkę, choćby nie wiadomo co. Tak się teraz grało.

8

RYCIE

Trzy dni po tym, jak Pierna Kiełbacha przepowiedział mu zagładę, Kurtałka zdecydował, że odwiedzi osiedle Watch, a dokładniej swojego kumpla Rufusa.

Kiełba mógł sobie wieszczyć koniec świata, ale Kurtałka jakoś nie widział żadnych oznak, by miało do tego dojść. Jak zwykle przedreptał przez blok numer 9, kłócąc się w korytarzu z Hettie, zajrzał do biur Ubezpieczeń Społecznych w centrum Brooklynu, gdzie jak zawsze go zignorowali, po czym pozaliczał te swoje rozmaite fuchy. Panie z Pięciu Końców przejęły odprowadzanie Pulchnej Łapki na autobus do szkoły dla ślepych, a nawet przyjmowały go na noclegi, rotacyjnie. "Pięć Końców umie zadbać o swoich", chełpił się Kurtek przyjaciołom, choć w duchu musiał przyznać, że tych przyjaciół miał jakby coraz mniej, od kiedy odeszła Hettie i przepadły pieniądze na święta. Panie pomagające mu przy Łapce nie zająknęły się o tych funduszach ani słowem, przez co jego poczucie winy, że nie potrafił ich znaleźć, jeszcze się nasilało. Sam przecież widział, jak co tydzień składały na tacę Klubu Bożonarodzeniowego koperty z uciułanymi dolarami i drobniejszym bilonem. Żeby oczyścić atmosferę, sam poszedł do biura pastora Gee po czytaniu Biblii.

- Ja nie schowałem tych pieniędzy - oświadczył wtedy.

- Rozumiem - odparł pastor Gee. Był to mężczyzna dobroduszny, z poczuciem humoru, przystojny, z dołkiem w podbródku i złotym zębem błyskającym przy każdym uśmiechu, czyli często. Tego dnia jednak nie było mu do śmiechu. Wyglądał na zaniepokojonego. Zaczął ostrożnie: - Mamy w zborze takich, co się tym gryzą. Diakoni i diakonki zebrali się wczoraj w tej sprawie. Zajrzałem tam do nich na minutkę. Oj, poleciało parę ciepłych słów.

- I co im pastor powiedział?

- A co mogłem powiedzieć? Nikt nie wie ani ile było w kasetce, ani kto ile dorzucił. Ten mówi, że włożył tyle a tyle. Ta, że ileś tam jeszcze. Diakonki trzymają z tobą, bo wiedzą, jak było z Hettie. Diakoni to inna sprawa. - Odchrząknął, ściszył głos. - Aby na pewno nie upchnęła jej gdzieś w szufladzie w domu?

- Pastorze, jak kto ma gorączkę, to mu się nie polepszy, jak łóżko zmieni. - Kurtałka pokręcił głową. - Potąd już mam tego wszystkiego. Jak ominąłem choć jeden dzień od śmierci Hettie, żebym nie szukał tej kasetki, to może mi pastor od razu wylać szklankę wody na głowę. Wziąłem obszukałem w mieszkaniu każdy kąt. I jeszcze raz sprawdzę - obiecał z powątpiewaniem. Sprawdził w mieszkaniu każde miejsce, jakie tylko przyszło mu na myśl, ale bez skutku. Do diabła, gdzie Hettie to schowała?

Postanowił poradzić się Rufusa, krajana z Południowej Karoliny. Rufus zawsze miał dobre pomysły. Zabrał flaszkę whiskey Seagram's 7 Crown, którą buchnął na odchodnym ze sklepu Itkina w ostatni czwartek, i skierował się do kotłowni na osiedlu Watch, gdzie pracował Rufus. Wymyślił, że przehandluje whiskey za butelkę Rufusowego Konga, a przy okazji wysłucha jeszcze jego przemyśleń i porad.

Rufusa - szczupłego mężczyznę o skórze barwy czekolady - znalazł na podłodze jego kotłowni. Jak zwykle ubrany był w uwalany smarem uniform Zarządu Mieszkań Komunalnych, ręce, a prawie i nogi, wetknął w bebechy wyjącego w udręce wielkiego agregatu prądotwórczego. Do silnika agregatu można się było dostać przez uchylny panel, pod którym Rufus niemal całkowicie zniknął.

Agregat ryczał tak głośno, że Kurtałka musiał stanąć za Rufusem i drzeć się, żeby w końcu ten uniósł wzrok nad podłogę, spojrzał na niego i wyszczerzył w uśmiechu usta pełne złotych zębów.

- Kurtek! - wrzasnął. Szybko podregulował maszynę, która ścichła może o decybel, po czym z kłębowiska sterczących z agregatu kabli wyciągnął smukłą dłoń i podał na powitanie.

- Ale co ty mie chcesz ukrzywdzić, Rufus? - Kurtałka zmarszczył brwi i cofnął się od wyciągniętej ręki.

- Co znowu?

- Chyba wiesz, że to pech, jak się kolegę wita lewą ręką.

- A. Wybacz. - Rufus uderzył w przycisk, agregat spowolnił do ospałego pomrukiwania. Wciąż siedząc na ziemi z szeroko rozsuniętymi nogami, Rufus wytarł prawą dłoń w pobliską ścierkę i wyciągnął do przyjaciela. Kurtałka, zadowolony, ją uścisnął.

- Co z tym masz? - Skinieniem głowy wskazał na agregat.

- Tydzień w tydzień coś z nim nie tak. - Rufus łypnął na maszynę z ukosa. - Coś mu kable żre.

- Szczury?

- Takie głupie to one nie są. Widzisz, Kurtek, kręcą się po Brooklynie różne paskudztwa.

- Jakbym nie wiedział. - Kurtałka sięgnął do kieszeni, wyciągnął pełniutką butelkę whiskey Seagram's. Spojrzał na firmową gorzałę i westchnął, zdecydował, że nie przehandluje jej jednak za Konga. Tym bardziej że Rufus i tak sprezentuje mu flachę. "Lepiej się podzielić" - pomyślał. Zerwał oklejkę, przysunął sobie skrzynkę koło miejsca, gdzie siedział Rufus, usiadł na niej, pociągnął łyczek i zaczął: - Gość z naszych okolic przyszedł do pana Itkina wino kupić. Mówił, że jak rano wstał, to w żoninym sicie do mąki znalazł resztki galaretki.

- Żartujesz. A co, piekła coś?

- Poprzedniego wieczora upiekła ciasteczka. Mówił, że wszystko potem wysprzątała. Zostawiła naczynia na noc do obcieknięcia. A wtedy on, znaczy, jej mąż, zaszedł rano do kuchni, patrzy, a w sicie ta galaretka.

Rufus wydobył z siebie cichy gwizd.

- Urok? - spytał Kurtałka.

- No, pewnie ktoś go zauroczył. - Rufus sięgnął po butelkę, upił łyczek.

- Pewnie to robota jego żony - stwierdził Kurtałka.

Rufus z satysfakcją pociągnął łyka, pokiwał zgodnie głową.

- Wciąż się martwisz o Hettie?

Zamiast odpowiedzieć, Kurtałka wyciągnął rękę po flaszkę, z którą Rufus rozstał się bez oporów. Pociągnął solidnie, przełknął i dopiero wtedy odezwał się:

- Muszę oddać do kościoła pieniądze z Klubu Bożonarodzeniowego. Hettie tego pilnowała. Nigdy mi nie powiedziała, gdzie chowała forsę. A teraz cały kościół się o to drze jak niewydojone krowy.

- A ile tam tego było?

- Nie wiem. Hettie nie mówiła. Ale sporo.

- No to powiedz tym uświęconym, żeby się o nie pomodlili - parsknął Rufus. - Niech się Pierna Kiełbacha zacznie modlić.

Kurtałka smętnie pokręcił głową. Rufus i Kiełba mieli ze sobą na pieńku. Nie bez związku z faktem, że Rufus należał do założycieli kościoła baptystów Pięciu Końców, ale odszedł z niego czternaście lat temu i od tej pory w żadnym kościele się nie zjawiał. To on wciągnął do Pięciu Końców Kiełbę, który teraz zajmował jego dawne stanowisko - uświęconego diakona.

- Ale jak można coś zwrócić, jak się nie wie, co jest do zwrócenia? Może w kasetce jest tylko parę naparstków i trzy mleczaki dla Wróżki Zębuszki - powiedział.

Rufus zadumał się na chwilę.

- Jest jedna stara osoba z Pięciu Końców, co może i kojarzy, gdzie to będzie - oznajmił z namysłem.

- Kto taki?

- Siostra Pauletta Chicksaw.

- Pamiętam siostrę Paul! - oznajmił radośnie Kurtałka. - To mama Edie Chicksaw, nie? Wciąż żyje? To przecież musi mieć grubo ponad setkę. Edie już dawno temu umarła.

- Edie tak, ale o ile wiem, to siostra Paul wciąż żyje - odparł Rufus. - Się przyjaźniły z Hettie. Hettie jeździła do niej z wizytami do domu starców, het w Bensonhurst.

- Hettie nic mie o tym nie mówiła. - W głosie Kurtałki zabrzmiała uraza.

- Żona nigdy mężowi wszystkiego nie powie. Dlatego ja się nigdy nie chajtnąłem.

- Siostra Paul o sprawach kościoła nic nie wie. Tym wszystkim to się Hettie zajmowała.

- A co ty wiesz, co siostra Paul wie, a co nie. Ona jest najstarsiejsza z całych Pięciu Końców. Była przy tym, jak stawiali kościół.

- Ja też.

- Gdzie tam, dziadek, to Hettie przy tym była. Ty to wciąż jeszcze siedziałeś w Karolinie, paluchy ci upiłowywali. Przyjechałeś rok później, jak już fundamenty były wykopane. Hettie była przy samej budowie. Znaczy, przy robotach budowlanych. Jak kopali rowy pod fundamenty.

- Ja też trochę przy tym byłem.

- Nie kiedy kładli ławę i stawiali mury, synek.

- No i co z tego?

- To z tego, że ty to akurat nic a nic nie pamiętasz, bo wtedy na początku to siostra Paul zbierała pieniądze na Klub Bożonarodzeniowy. Ona to robiła, zanim przyszła pora na Hettie. I tak ci powiem, że raczej wie, gdzie teraz może być ta forsa.

- A skąd ty to wiesz? Z Pięciu Końców odszedłeś czternaście lat temu.

- Może i nie jestem już w łasce, ale rozum to jeszcze mam. Siostra Paul mieszkała w tym bloku, Kurtek. Właśnie tu, na osiedlu Watch. I tak w ogóle, to ja widziałem tę świąteczną kasetkę.

- Jakbyś był dzieciak, Rufus, tobym złapał rózgę i tak ci kota pogonił za kłamstwo, że byś wiał i wrzeszczał. Żadnej tam kasetki nie widziałeś.

- Niejeden raz odprowadzałem siostrę Paul do kościoła i z powrotem. Jak okolica zrobiła się nieciekawa, to ona się bała, że ktoś rypnie ją w łeb za ten pieniądz i poprosiła mnie, żebym chodził z nią czasem na nabożeństwa.

- Ze świąteczną kasetką to nie powinna w ogóle nigdzie chodzić.

- Gdzieś musiała ją chować po tym, jak już do niej nazbierała. Normalnie to chowała forsę w kościele. Ale nie zawsze miała czas poczekać, aż wszyscy wyjdą. Czasami ludzie siedzieli dłużej, jak dostali tam rybę na kolację albo pastor przeciągał kazanie czy coś, i jak już musiała wracać do domu, to i kasetkę zabierała.

- A czemu nie zostawiała jej zamkniętej w biurze pastora?

- Toż chyba tylko baran zostawiłby pieniądze z pastorem - odparł Rufus.

Kurtałka pokiwał głową z aprobatą.

- Siostra Paul wspomniała mi raz, że ma w kościele dla tej kasetki dobrą skrytkę - ciągnął Rufus. - Nie wiem gdzie. Ale jeśli nie mogła tam jej schować, to do następnej niedzieli zabierała ją ze sobą do domu. I stąd wiem, że ją nosiła. Bo schodziła do mnie i prosiła, żeby ją odprowadzić. A ja oczywiście na to jak na lato. Mówiła mi: "Rufusie Harley, chłop z ciebie na sto dwa, ot co. Byś może wrócił do kościoła? Chłop z ciebie na sto dwa, Rufusie Harley. Wróćże no do kościoła". Ale ze mnie już żaden kościółkowy.

- To było lata temu, Rufus - stwierdził Kurtałka po namyśle. - Siostra Paul nic nam tu nie poradzi.

- Bo akurat wiesz, co ci poradzi. Ona i jej mąż byli pierwsi ciemnoskórzy na tych blokach, Kurtek. Przyjechali tu jeszcze w czterdziestych, jak Irlandczyki i Włosi w tej okolicy to by wybili każdemu kolorowemu mózg z głowy, jakby się na Cause wprowadził. Siostra Paul z mężem na początek urządzili kościół we własnym salonie. Taka prawda, ja tu byłem, kiedy były kopane fundamenty pod Pięć Końców. Co nas tu było do tego kopania, całe cztery ludzie: ja, jej córka Edie, twoja Hettie i taki jeden Italianiec kaleka, też z tej okolicy.

- Co znowu za kaleka?

- A zapomniałem, jak się nazywał. Już dawno nie żyje. Ale narobił się przy Pięciu Końcach porządnie. Nie przypomnę sobie jego nazwiska, ale było z tych włoskich, Elecośtam. Z "ej" na końcu. No wiesz, jakie nazwiska mają ci Włosi. Dziwny był gość. Kaleka, no. Tylko jedną nogę miał sprawną. Nie zdarzyło się, żeby choć mruknął coś do mnie czy do innych. Murzynowi to by nawet nie powiedział, która godzina. Ale za kościół baptystów Pięć Końców to by się dał pokroić. No i chyba jakieś pieniądze też miał, bo miał własną koparkę i jeszcze opłacił bandę Italiańców co angielskiego ani dudu, ale dokończyli robotę przy kopaniu pod fundamenty i jeszcze pomalowali tylną ścianę i machnęli ten obraz z Chrystusem, co na niej jest. No właśnie, ten Jezus na tyle, to jego namalowali te Italiańce. Każdą jedną kropkę farby.

- No to się nie dziwię, że był biały - stwierdził Kurtałka. - Pastor Gee wziął mnie i Kiełbę, żebyśmy pomogli synowi siostry Bibb, Zeke'owi, poprawić go kolorkiem.

- Co za głupota. To był ładny obraz.

- Wciąż tam jest. Tylko kolorowany.

- No i co, trzeba było zostawić, jak był, przez wzgląd na tego gościa, co podstawił własną koparkę i jeszcze bandę Italiańców. Kurde, że zapomniałem, jak się nazywał. Siostra Paul by pamiętała. Dobrze się z nim dogadywała. On ją lubiał. No, rozumiesz, wtedy to ona była śliczna babka. W latach, wiadomo, chyba już minęła siedemdziesiątkę piątkę, ale, oj, Boże... Z łóżka bym jej nie wywalił, nawet jakby nakruszyła z krakersów. Wtedy to nie. Miała czym oddychać.

- Myślisz, że się działo... - Kurtałka zafalował dłonią jak kołdrą.

- No, w tamtych czasach to ogólnie dużo się działo. - Rufus się wyszczerzył.

- Ale ona przecież była żoną pastora, nie? - zdziwił się Kurtałka.

- A bo to kiedyś komuś przeszkadzało. - Rufus parsknął. - Chłop nie był wart złamanego grosza. Choć prawdę mówiąc, to ja nie wiem, czy ona z tym Italiańcem uskuteczniała fikumiku barabara, czy nie. Po prostu dobrze się dogadywali. Tylko do niej się odzywał. A bez niego byśmy Pięciu Końców nie pobudowali. Jak on przyszedł, to wszystkie wykopy poszły migusiem. A było tego sporo. Tak właśnie zbudowaliśmy ten nasz kościółek, Kurtek. - Urwał, zamyślił się. - A wiesz, że to od niego nasz kościół ma nazwę? Bo miał być kościół baptystów Czterech Końców, uważasz: północy, południa, wschodu i zachodu, w sensie, że ręka Boska sięga wszystkich końców świata. Taki pomysł miał pastor. Ale jak ten Italianiec machnął malowidło na tylnej ścianie, to ktoś powiedział, że niech będzie Pięć Końców, no bo Jezus sam jest początkiem i końcem. Pastorowi się nie podobało. "W ogóle nie chciałem, żeby ten obraz tam był", tak gadał. Ale siostra Paul tupnęła nogą i było po temacie. Więc dzięki temu mamy Pięć Końców, a nie Cztery Końce. A tak w ogóle, to malowidło na tylnej ścianie wciąż tam jest, tak?

- No pewnie. Chwastów narosło dokoła i w ogóle, ale jest.

- I wciąż górą idzie napis "Niech Bóg Cię Zachowa w Dłoni Swojej"? Tego żeście nie zamalowali, co?

- Boże drogi, coś ty. Żadnych słów nikt nie zamalowywał, Rufus.

- No i prawidłowo. Bo uważasz, to jest życzenie dla niego, tego Italiańca. Dawno już się chłop zawinął. Ale robił dzieło Boże. Człowiek nie musi co niedzielę sterczeć pod ołtarzem, żeby robić dzieło Boże, Kurtek.

- Toś mi nic mądrego nie powiedział.

- Pytałeś mnie o siostrę Paul, Kurtek. To ci powiedziałem. Powinieneś się tam do niej wybrać, pogadać. Może wie, gdzie jest schowana ta kasetka. Może powiedziała Hettie, gdzie miała kryjówkę.

Kurtałka przemyślał to sobie.

- Metrem to będę tam jechał a jechał.

- No i co cię to boli, Kurtek? Z tamtych czasów to już tylko ona żyje. Wybrałbym się z tobą. Sam chętnie bym się z nią zobaczył. Ale te białe ludzie w Bensonhurst to ostre są. Chwila i wyskoczą z pistoletem na Murzyna.

Na wzmiankę o pistolecie Kurtałka zbladł i znów sięgnął po whiskey.

- Świat to jest, cholera, zamotany - stwierdził, pociągnął duży łyk.

- Może Kiełba się z tobą wybierze.

- Ma swoją robotę.

- Niby co?

- A, przy czymś tam kica - odparł Kurtałka. - Gania po blokach i oskarża ludzi, że coś tam zrobili, choć nawet tego nie pamiętają. - A żeby zmienić temat, kiwnął głową w stronę generatora. - Pomóc ci z tym może? Co się popsuło?

Rufus zajrzał we wnętrzności starej maszyny.

- Nic takiego, czego bym nie dał rady sam naprawić. Ty jedź do Bensonhurst, zajmij się swoimi sprawami, pozdrów siostrę Paul ode mnie. Ale flachę to zostaw. Nie zabieraj człowiekowi całego prądu, no.

- A co, nie robisz własnego King Konga?

Rufus przyklęknął na jedno kolano, znów wetknął głowę do wnętrza generatora.

- Zawsze robię King Konga. Ale to robota na dwa razy. Najpierw robisz Kinga, a potem Konga. King to łatwizna. Już uwarzone, gotowe. Ale czekam na Konga. A to potrwa.

Wdusił przycisk z boku obudowy, generator prychnął, przez parę sekund kaszlał, zawył w udręce, ale zaraz z rykiem zaczął pracować.

Rufus zerknął na Kurtałkę, przekrzykując rumor:

- Leć, zobacz się z siostrą Paul! Daj znać, co tam u niej. Ale tam w Bensonhurst to szybciutko przebieraj nogami!

Kurtałka skinął głową, pociągnął ostatni łyk i ruszył do wyjścia. Zamiast jednak skorzystać z drzwi ewakuacyjnych na tyłach, skierował się do tych, za którymi krótki korytarz i schody prowadziły do frontowego wejścia do bloku, tego od placu. Gdy otworzył sobie te drzwi, wysoki osobnik w czarnej skórzanej kurtce wyłonił się ze schowka na szczotki pod schodami z piwnicy i podkradł się do niego od tyłu, unosząc do ciosu gazrurkę. Był o dwa kroki od Kurtałki, kiedy nagle z góry klatki schodowej za jego plecami śmignęła piłeczka baseballowa, trzasnęła tego z rurką w potylicę, a on z łomotem runął w dół i znów zniknął w schowku na szczotki. Zaraz potem dwaj chłopcy, najwyżej dziewięcioletni, przemknęli w dół po tych schodach, pędem mijając zaskoczonego Kurtałkę. Jeden zgarnął piłeczkę, która zatrzymała się przy drzwiach, i pospiesznie wypalił: "O, cześć, Kurtałka!", po czym obaj, zanosząc się śmiechem, wypadli na plac, zeskakując ze schodków przed blokiem, i tyle ich widział.

Rozdrażniony Kurtałka szybko wyszedł z bloku na plac i wrzasnął za nimi:

- Pomału tam! Co wy, nie wiecie, że w baseball to się gra na boisku?! - Pomaszerował schodami za tamtą dwójką, nieświadom, że ktoś przed chwilą zniknął mu zza pleców.

W schowku na szczotki tyłkiem na ziemi spoczywał Earl, człowiek Buncha od mokrej roboty. Jego stopy wystawały za półotwarte drzwi, plecy opierały się o ścianę. Earl potrząsnął głową, żeby otrzeźwieć. Musiał się stąd szybko zabierać, żeby nikt nie zastał go tu na dole. Poczuł woń chloru. Nagle uświadomił sobie, że ma mokry tyłek. Pod stopami zobaczył żółty kubełek na kółkach, przewrócony, z którego wylała się brudna woda. Powoli odkleił grzbiet od ściany, zaparł się dłońmi o podłogę, ale okazało się, że prawą wetknął w mokre kudły mopa. Lewa z kolei spoczywała na jakimś ustrojstwie. Przesunął się, kopniakiem otworzył drzwi szerzej i w świetle dostrzegł ze zgrozą, że lewą dłoń trzymał na pułapce na szczury - która zadziałała, pod poprzeczką tkwił ubity okaz. Earl poderwał się z kwiknięciem i wyskoczył ze schowka, szybkim krokiem pokonał korytarz, schody, przeciął plac, kierując się ku pobliskiej stacji metra, gorączkowo wycierając dłoń o skórę kurtki, czując zimne powietrze przez mokre spodnie i sportowe buty.

- Dziadyga jebany - warczał.