Rozdział 1
1
U-u-u! Hau-u-u! O, spójrzcie na mnie, umieram! Zamieć przez szparę w bramie wyje mi modlitwę za konających, a ja wyję razem z nią.
Przepadłem, ach, przepadłem! Łajdak w brudnym czepku, kucharz ze
stołówki racjonalnego żywienia pracowników Centralnej Rady Gospodarki
Narodowej chlusnął wrzątkiem i oparzył mi lewy bok. Jaki drań, a przecież proletariusz! O Boże, jak to boli! Wrzątek przeniknął aż do
kości. Wyję teraz, wyję i wyję, ale co to pomoże?
Co ja mu zrobiłem? Co? Czy obeżrę Radę Gospodarki Narodowej, jeśli
pogrzebię w śmietniku? Skąpe bydlę. Spójrzcie kiedyś na jego gębę:
szersza niż dłuższa! Złodziej z miedzianą mordą. Och, ludzie, ludzie! W południe poczęstował mnie czepek wrzątkiem, a teraz już zmierzch, będzie
pewnie czwarta po południu, sądząc po zapachu cebuli z remizy
strażackiej na Prieczystience. Jak wiecie, na kolację strażacy jadają
kaszę. Ale to jest paskudztwo, podobnie jak grzyby. Nawiasem mówiąc,
znajome psy z Prieczystienki opowiadały, jakoby na Nieglinnym w restauracji "Bar" serwują dyżurne żarcie - grzyby w ostrym sosie po trzy
ruble siedemdziesiąt pięć kopiejek porcja. Rzecz gustu - z równym
smakiem można polizać kalosze... Au-u-u...
Bok boli nie do wytrzymania i koniec mojej kariery widzę doskonale:
jutro pojawią się wrzody i tu pytanie, czym je będę leczył? Latem
poleciałbym na Sokolniki, rośnie tam specjalne bardzo dobre ziele, a poza tym można się bezpłatnie nażreć kiełbasianych okrawków i nalizać
nasiąkniętego tłuszczem papieru, które publika wyrzuca. I gdyby nie
jakiś babiszon, który na scenie przy księżycu śpiewa "niebiańska Aido" -
że aż serce pęka, byłoby wspaniale. A teraz, zimą dokąd pójdę? Nikt was
nie kopał? Kopał. Cegłą po żebrach zarobiliście? I to jak. Wszystkiego
doświadczyłem, ze swoim losem się godzę, a jeśli teraz płaczę, to tylko
z bólu fizycznego i zimna, dlatego że mój duch jeszcze nie zgasł... Hardy
psi duch.
Lecz ciało moje jest okaleczone, bite, sponiewierali je ludzie aż nadto.
Najgorsze jest to, że jak on chlusnął na mnie, wrzątek przesiąkł pod
sierść, a to znaczy, że lewy bok nie ma już żadnej ochrony. Bardzo łatwo
mogę się nabawić zapalenia płuc, a gdyby tak się stało, to, obywatele,
zdechnę z głodu. Z zapaleniem płuc należy leżeć pod schodami od
frontowego wejścia, a kto za mnie samotnego, chorego psa będzie biegał
po śmietnikach w poszukiwaniu jedzenia? Jeśli będę miał zajęte płuca,
będę pełzał na brzuchu, osłabnę i pierwszy lepszy hycel zatłucze mnie
kijem na śmierć. A ciecie z blachami na piersi chwycą mnie za nogi i wrzucą na wóz...
Dozorcy to ze wszystkich proletariuszy najpodlejsza hołota. Wyrzutki
społeczne - najniższa kategoria. Kucharze trafiają się różni. Na
przykład nieboszczyk Włas z Prieczystienki. Iluż on uratował życie!
Dlatego że w czasie choroby najważniejsze to złapać kęs żarcia. Toteż,
bywało, jak opowiadają stare psy, ciśnie Włas kość, a na niej spory
kawałek mięsa. Niechaj spoczywa w pokoju, to był prawdziwie ktoś,
nadworny kucharz hrabiów Tołstojów, a nie Rady Racjonalnego Żywienia. Co
oni tam wyprawiają w tym racjonalnym żywieniu, to dla psiego rozumu
niepojęte! Przecież te łajdaki kapuśniak gotują na śmierdzącej
peklowanej wołowinie, a ci biedacy nawet o tym nie wiedzą! Biegną, żrą,
żłopią!
Poniektóra maszynistka według dziewiątej grupy dostaje cztery i pół
czerwońca1, no, co prawda, jeszcze kochanek pończoszki
fildekosowe podaruje. A przecież ile za te fildekosy znosi poniżeń!
Przecież on ją nie żeby tak normalnie, ale zmusza do francuskiej
miłości. Sukinsyny ci Francuzi, mówiąc między nami. Aczkolwiek szamają
bogato i zawsze z czerwonym winem. Tak... Przybiegnie maszynistka,
przecież za cztery i pół czerwońca do "Baru" nie pójdzie! Na
kinematograf jej nie wystarcza, a kinematograf to jedyna pociecha w życiu kobiety. Drży, marszczy się, ale wcina. Pomyśleć tylko -
czterdzieści kopiejek za obiad z dwóch dań, a one, te dwa dania, nawet
piętnastu kopiejek niewarte, bo pozostałe dwadzieścia pięć ukradł
zaopatrzeniowiec. A czy to dla niej taka dieta? W szczycie prawego płuca
zmiany, kobieca choroba na francuskim tle, z pensji jej potrącili,
nakarmiona padliną w stołówce, a oto i ona, ona! Biegnie do bramy w pończoszkach od kochanka. Nogi zmarznięte, brzuch podwiewa, bo sierści
na niej tyle co na mnie, a i majtki nosi cieniutkie, ot, koronkowe, tyle
co nic. Ciuszek dla kochanka. Spróbowałaby nałożyć flanelowe!
Natychmiast wrzaśnie:
- Jakaś ty nieelegancka! Zbrzydła mi moja Matriona, umęczyłem się z flanelowymi majtasami, nareszcie nastał mój czas. Jestem teraz
przewodniczącym, więc ile ukradnę, wszystko, wszystko wydam na kobiece
ciało, na szyjki rakowe, na szampana Abrau-Durso! Dlatego że dość
nagłodowałem się w młodości, wystarczy, a życia po śmierci nie ma.
Żal mi jej, żal. Lecz samego siebie jeszcze bardziej mi żal. Mówię to
nie z egoizmu, ale dlatego, że rzeczywiście żyjemy w nierównych
warunkach. Ona przynajmniej w domu ma ciepło, no, a ja, a ja! Dokąd
pójdę? Zbity, oparzony, opluty, dokąd mam pójść? Au-u-u...!
- Chodź tu, piesku, chodź! Szarik, Szarik! Czemu ty skomlesz, biedaku?
Co? Kto cię skrzywdził...? Och...!
Sucha zamieć-wiedźma załomotała bramą i pomiotłem walnęła dziewczynę w ucho. Spódniczkę poderwała do kolan, obnażyła kremowe pończoszki i wąziutki rąbek niedopranej koronkowej bielizny, zdusiła słowa i przysypała śniegiem psa.
- O Boże... jaka pogoda... och... i brzuch boli. To pewnie tamta wołowina!
Kiedy to wszystko się skończy?
Dziewczyna pochyliła głowę i ruszyła do ataku, przecisnęła się za bramę,
na ulicy zaczęło nią obracać, rwać, ciskać, później zakręciła się w śnieżnym wirze i znikła z oczu.
A pies został w bramie i cierpiąc z bólu w zmaltretowanym boku, przywarł
do masywnego zimnego muru, wstrzymał oddech i mocno postanowił, że już
nigdzie się stąd nie ruszy, tutaj, w bramie, zdechnie. Rozpacz zwaliła
go z nóg. Opanowała go taka gorycz i ból, taka samotność i strach, że
drobne psie łezki, jak pęcherzyki, popłynęły mu z oczu i natychmiast
zaschły. Z poranionego boku sterczały odłażące przemarznięte kłaki
sierści, między którymi prześwitywały złowieszcze czerwone placki
oparzeń. Jakże bezmyślni, tępi i okrutni bywają kucharze! "Szarik" -
zawołała na niego! Jaki on, do diabła, Szarik? Szarik to znaczy
okrąglutki, odkarmiony, głupi, żre owsiankę, syn po znakomitych
rodzicach, a on jest kudłaty, kościsty i obdarty, włóczęga wychudły,
bezdomny pies. Ale dzięki jej za dobre słowo.
Po drugiej stronie ulicy w jasno oświetlonym sklepie trzasnęły drzwi i wyszedł z nich obywatel. Właśnie obywatel, a nie towarzysz, a nawet
raczej - pan. Bliżej - wyraźnie - pan. Sądzicie, że wnioskuję po palcie?
Bzdura. Wielu proletariuszy teraz nosi palta. Co prawda, kołnierze nie
takie, nie ma co o tym mówić, jednak na odległość można się pomylić.
Natomiast jeśli chodzi o oczy - o tu ani z bliska, ani z daleka się nie
pomylisz! O, oczy to ważna rzecz! Jakby barometr. Wszystko widać - kto
ma bardzo wyschnięte serce, kto bez najmniejszego powodu może kopnąć
czubkiem buta między żebra, a kto sam przed każdym tchórzy. O, właśnie
takiego chłystka czasem miło jest ugryźć w łydkę. Boisz się - masz!
Skoro się boisz, znaczy, że zasłużyłeś... Wr-r... hau, hau.
Pan zdecydowanie przeciął wirującą na jezdni zamieć i skierował się w stronę bramy. Tak, tak, z tym wszystko jasne. Cuchnącego mięsa on nie
weźmie do ust, a jeśli nawet mu je podadzą, wywoła ta-aki skandal,
napisze do gazet - czym mnie, Filipa Filipowicza, próbowano napaść!
Jest coraz bliżej i bliżej. On je obficie i nie kradnie. Nie będzie
kopał, ale też nikogo się nie boi, a nie boi się dlatego, że jest zawsze
syty. Ten pan zajmuje się pracą umysłową, ma kulturalną spiczastą bródkę
i siwe wąsy, puszyste i podkręcone jak u francuskich rycerzy, lecz
zamieć niesie od niego paskudną woń szpitalną. A jeszcze i cygar.
Po kiego diabła, pytam, zaniosło go do spółdzielni
Centrochozu?2 Stanął obok... Czego szuka? U-u-u-u... Co mógł
kupować w marnym sklepie, czyżby mu było mało Ochotnego Riadu? Co to?!
Kieł-ba-sa. Drogi panie, gdyby pan wiedział, z czego robią tę kiełbasę,
omijałby pan ten sklep z daleka. Proszę ją oddać mnie!
Pies zebrał resztkę sił i w desperacji wyczołgał się z bramy na chodnik.
Zamieć nad jego głową huknęła z karabinu i szarpnęła wielkimi literami
płóciennego plakatu "Czy można odzyskać młodość?".
Naturalnie, że można. Zapach odmłodził mnie, podniósł z brzucha,
palącymi falami ścisnął od dwóch dni pusty żołądek, zapach, który
pokonał szpital, rajski zapach mielonej kobyły z czosnkiem i pieprzem.
Czuję i wiem, że w prawej kieszeni futra ma kiełbasę. Już jest nade mną.
O władco mój! Spójrz na mnie, ja umieram. Lokajska jest nasza dusza i podła dola!
Pies pełzł na brzuchu jak wąż i zalewał się łzami. Proszę zwrócić uwagę,
co mi kucharz zrobił. Ale przecież tak po prostu pan nie da. Och, bardzo
dobrze znam bogatych ludzi. A w istocie rzeczy, na co ona panu? Po co
panu nieświeży koń? Poza Mossielpromem3 nigdzie takiej
trucizny pan nie dostanie. A pan dzisiaj jadł śniadanie, dzięki męskim
gruczołom płciowym jest pan luminarzem światowej sławy... Au-u-u... Co się
wyprawia na tym świecie? Wydaje się, że na umieranie jeszcze za
wcześnie, a rozpacz to rzeczywiście grzech? Ręce mu lizać, nic więcej
nie pozostaje.
Zagadkowy pan nachylił się nad psem, błysnął złotymi obwódkami oczu i wyciągnął z prawej kieszeni białe podłużne zawiniątko. Nie zdejmując
brązowych rękawiczek, rozwinął papier, który natychmiast porwała
zawieja, i odłamał kawałek kiełbasy o nazwie "krakowska specjalna". I ten kawałek - psu! Oto bezinteresowna osobistość. Au-u-u!
- Fit, fit - gwizdnął pan i dodał stanowczym głosem: - Masz! Szarik,
Szarik!
Znowu "Szarik"! Ochrzcili mnie! Zresztą niech mnie pan nazywa, jak się
panu podoba. Za taki wyjątkowy postępek...
Pies momentalnie rozdarł osłonkę, ze szlochaniem wgryzł się w krakowską
i pożarł ją w okamgnieniu. Zadławił się przy tym kiełbasą i śniegiem do
łez, gdyż z łapczywości omal nie połknął sznurka. Jeszcze i jeszcze liżę
pańską rękę. Całuję nogawkę, mój dobroczyńco!
- Na razie dosyć - pan mówił ostro, jakby wydawał komendy. Pochylił się
nad Szarikiem, badawczo spojrzał mu w oczy i dłonią w rękawiczce
nieoczekiwanie intymnie i serdecznie pogładził psa po brzuchu.
- Aha, samiec - powiedział znacząco. - Obroży nie ma, no i pięknie,
właśnie ty jesteś mi potrzebny. Chodź ze mną - popstrykał palcami - fit,
fit!
Mam iść z panem? Ależ nawet na kraj świata, może mnie pan nawet kopać
swoimi filcowymi botkami w pysk, słowa nie powiem.
Na całej Prieczystience świeciły latarnie. Bok bolał nie do zniesienia,
lecz Szarik chwilami zapominał o nim, pochłonięty jedną tylko myślą,
żeby w gęstwinie ludzkiej nie zgubić cudownej zjawy w futrze i jakimś
sposobem wyrazić jej swoją miłość i oddanie. I może z siedem razy na
drodze od Prieczystienki do zaułka Obuchowa ją wyraził. Pocałował pana w botek przy zaułku Martwym, a torując przejście dzikim warkotem tak
wystraszył jakąś panią, że aż usiadła na słupku, ze dwa razy
zaskowyczał, żeby podtrzymać litość dla siebie.
Jakiś wredny, podrasowany na syberyjskiego kot włóczęga wychynął zza
rynny i mimo zamieci zwąchał krakowską. Szarik przeraził się na myśl, że
bogaty cudak, który zbiera ranne psy z bramy, jeszcze gotów i tego
złodzieja wziąć ze sobą i przyjdzie się dzielić mossielpromowskim
wyrobem. Dlatego tak zgrzytnął zębami na kota, że tamten z sykiem
podobnym do odgłosu dziurawego szlaucha wdrapał się po rynnie na piętro.
Rr-r-r... hau... precz! Nie wystarczy Mossielpromu na wszystkich oberwańców,
którzy się włóczą po Prieczystience!
Pan docenił wierność i przy komendzie straży ogniowej, obok okienka, z którego dolatywało przyjemne buczenie waltorni, nagrodził psa drugim
kęskiem, mniejszym, może z pięć zołotników4.
Ech, dziwak. Tak mnie wabi. Proszę się nie obawiać i tak nigdzie nie
odejdę. Będę szedł za panem, dokąd tylko pan rozkaże.
- Fit, fit, fit! Idziemy!
Na Obuchowa? Bardzo proszę. Doskonale znamy ten zaułek.
- Fit, fit!
Tutaj? Z przyjem... E, nie! Proszę wybaczyć. Nie! Tutaj jest szwajcar. A od tego nie ma nic gorszego na świecie. O wiele bardziej niebezpieczny
od dozorcy. Absolutnie nienawistna rasa. Paskudniejsza od kotów.
Wygalonowany hycel.
- Och, nie bój się, chodź!
- Moje uszanowanie, Filipie Filipowiczu.
- Dzień dobry, Fiodorze.
To jest gość! Mój Boże, na kogo ty mnie naprowadziłeś, mój sobaczy
losie? Cóż to za człowiek, który może pod nosem szwajcara psy wprowadzać
z ulicy do domu spółdzielni mieszkaniowej? Spójrzcie tylko, ten podlec
ani słówkiem nie piśnie. Co prawda, oko ma chmurne, ale ogólnie rzecz
biorąc, patrzy obojętnie spod czapki ze złotą lamówką. Jakby tak powinno
być. Szanuje pana, och, jak szanuje! No, a ja z nim i za nim. Co, tknął?
Nic podobnego. Och, capnąć by go za tę proletariacką spracowaną nogę. Za
wszystkie psie krzywdy. Ile to razy szczotką rozkwasiłeś mi pysk, co?
- Chodź, chodź.
Rozumiem, rozumiem, proszę się nie niepokoić. Dokąd pan, tam i ja. Tylko
proszę mi drogę pokazywać, a ja nie pozostanę w tyle, nie bacząc na mój
rozpaczliwy bok. Ze schodów na dół:
- Nie było, Fiodorze, listów do mnie?
Z dołu na schody - z szacunkiem:
- Nie było, Filipie Filipowiczu. (Intymnie półgłosem do góry): A pod
trójkę towarzyszy dokwaterowano.
Ważny psi dobroczyńca raptownie obrócił się na stopniu i przechylając
się przez poręcz, wyraźnie wzburzony spytał:
- Co-o?
Jego oczy zrobiły się okrągłe i wąsy stanęły dęba. Szwajcar na dole
zadarł głowę, przyłożył dłoń do warg i potwierdził:
- Tak jest. Aż cztery sztuki.
- O mój Boże! Wyobrażam sobie, co teraz będzie w mieszkaniu. No, a co
lokatorzy na to?
- A nic.
- A Fiodor Pawłowicz?
- Pojechali po parawany i cegły. Będą stawiać ścianki.
- Diabli wiedzą, do czego to podobne.
- Do wszystkich mieszkań oprócz pańskiego, Filipie Filipowiczu, mają
dokwaterować. Właśnie było zebranie, podjęto uchwałę. Jest nowy zarząd,
a poprzedni wygnany.
- Co się wyprawia! Aj-aj-jaj.. Fit, fit...
Idę, pospieszam. Bok, proszę pana, daje znać o sobie. Liznę bucik, jeśli
można.
Lampas szwajcara na dole zniknął, na marmurowym podeście powiało ciepłem
od rur, jeszcze raz skręciliśmy - i oto półpiętro.
Rozdział 2
2
Naprawdę nie ma potrzeby uczyć się czytać, jeśli mięso i tak pachnie na
kilometr. Niemniej jednak, jeśli mieszkacie państwo w Moskwie i macie
choć trochę rozumu, to chcąc nie chcąc, nauczycie się czytać i pisać,
przy czym bez żadnych kursów. Z czterdziestu tysięcy moskiewskich psów
chyba tylko jakiś całkowity idiota nie umie z liter złożyć słowa
"kiełbasa".
Szarik zaczął się uczyć na kolorach. Gdy tylko skończył cztery miesiące,
w całej Moskwie rozwieszono zielono-niebieskie szyldy z napisem "MSPO.
Sprzedaż mięsa". Powtórzmy, absolutnie bez potrzeby, ponieważ mięso i tak czuć. A raz zaszło nieporozumienie: kierując się jadowicie
niebieskim kolorem, Szarik, któremu na ulicy Miasnickiej węch zdławił
motocykl benzynowym dymem, zamiast do jatki wparował do sklepu ze
sprzętem elektrycznym braci Gołubiznerów. Tam, u braci poznał, co to
kabel w izolacji, a do niego się nie umywa nawet bat dorożkarski. Tę
sławetną chwilę trzeba uważać za inaugurację edukacji Szarika. Na
chodniku od razu oświeciło go, że "niebieski" nie zawsze oznacza
"mięsny", więc kuląc ogon między tylnymi łapami oraz skowycząc z powodu
piekącego bólu, przypomniał sobie, że na wszystkich sklepach mięsnych
jako pierwsza od lewej stoi złota lub ruda rozkraka, podobna do sanek -
"M".
Dalej poszło jeszcze łatwiej. "A" nauczył się w "Gławrybie" na rogu
Mochowej, później "B" (wolał podbiegać od końca słowa "ryba", gdyż przy
początku napisu stał milicjant).
Kwadratowe kafelki na rogach moskiewskich domów zawsze i nieuchronnie
znaczyły "S-e-r". Czarny kran od samowara na początku słowa oznaczał
byłego właściciela Czyczkina, piramidy czerwonego holenderskiego i tłum
nienawidzących psów bestialskich sprzedawców, trociny na podłodze i obrzydliwy, paskudnie śmierdzący backstein5.
Jeśli ktoś grał na organkach, co było trochę lepsze od "niebiańskiej
Aidy" i pachniało parówkami, pierwsze litery na białych plakatach nader
łatwo układały się w słowo "Nieprzyz...", co oznaczało: "Nieprzyzwoitych
słów nie używać i napiwków nie dawać". Tu kotłowały się bójki, ludzie
dostawali pięścią w mordę, co prawda, rzadko, psy natomiast stale -
serwetkami albo butem.
Jeśli w witrynach wisiały nieświeże szynki i leżały mandarynki - hau,
hau... sp... ożywczy. Jeśli ciemne butelki z niedobrą cieczą... W-i - wi, n-a - wina... Dawni Bracia Jelisiejewowie...
Nieznajomy pan, który przyprowadził psa do drzwi swojego komfortowego
mieszkania usytuowanego na półpiętrze, zadzwonił, a pies od razu
podniósł oczy na dużą, czarną ze złotymi literami wizytówkę, wiszącą
obok szerokich, przeszklonych lekko różowym pofałdowanym szkłem, drzwi.
Trzy pierwsze litery złożył od razu: pe-er-o - "Pro...". Jednak dalej
stało brzuchate draństwo o dwóch bokach6, które nie wiadomo co
oznaczało.
"Czyżby proletariusz?" - pomyślał zdziwiony Szarik - to niemożliwe".
Uniósł nos do góry, jeszcze raz obwąchał futro i stwierdził z przekonaniem: "Nie, tu proletariuszem nawet nie pachnie. Słowo naukowe,
Bóg raczy wiedzieć, co znaczy".
Za różową szybą zabłysło nieoczekiwane i radosne światło, jeszcze
bardziej pogrążając w cieniu czarną wizytówkę. Drzwi otworzyły się bez
najmniejszego szmeru i młoda urodziwa kobieta w białym fartuszku i koronkowym czepeczku stanęła przed psem i panem. Pierwszego z nich
owionęło boskie ciepło i spódnica kobiety zapachniała konwaliami.
"No, proszę. To ja rozumiem" - pomyślał pies.
- Bardzo proszę, panie Szarik - ironicznie zaprosił pan i Szarik,
machając ogonem, z namaszczeniem przestąpił próg.
Bogaty przedpokój był zastawiony mnóstwem przedmiotów. Pamięć
zarejestrowała ogromne lustro do samej ziemi, które natychmiast
odzwierciedliło drugiego złachanego i obdartego Szarika, straszne rogi
jelenia na górze, niezliczone futra i kalosze oraz opalizujący tulipan z elektrycznym światłem pod sufitem.
- Gdzież pan takiego wynalazł, Filipie Filipowiczu? - zapytała z uśmiechem kobieta, pomagając mężczyźnie zdjąć ciężkie futro na
srebrzystych lisach z niebieskawym poszyciem. - O rany, jaki parszywy!
- Głupstwa pleciesz. Gdzież on jest parszywy? - surowo i ostro spytał
pan.
Po zdjęciu futra okazało się, że jest ubrany w czarny garnitur z angielskiej wełny, a na jego brzuchu radośnie i matowo błysnęła złota
dewizka.
- Poczekaj no, nie wierć się, fit... no nie wierć się, głuptasie. Hm... to
nie parchy... ach, stójże, do licha... Hm... A-a! To oparzenie. Jaki podlec ci
to zrobił? Co? Stójże spokojnie!
"Kucharz, katorżnik kucharz!" - żałosnymi oczami mówił pies i lekko
zaskomlał.
- Zino - polecił pan - do ambulatorium z nim, raz-dwa, a mnie fartuch!
Kobieta pogwizdała, popstrykała palcami i pies po chwili wahania poszedł
za nią. Oboje zagłębili się w wąski, słabo oświetlony korytarz, minęli
jedne polakierowane drzwi, doszli do końca, a następnie skręcili w lewo
i znaleźli się w ciemnym pokoju, który przez swój złowieszczy zapach od
razu nie spodobał się psu. Ciemność pstryknęła i zamieniła się w oślepiający dzień, przy czym ze wszystkich stron zalśniło, zajaśniało i zabielało.
"E... nie - zawył pies w myśli - nic z tego, nie dam się! Rozumiem! Niech
to diabli porwą z ich kiełbasą! Zwabili mnie do psiej lecznicy. Zaraz
mnie zmuszą do łykania rycyny i cały bok pokroją nożykami, a do niego i tak nie można się dotknąć!".
- Ej, nie! A dokąd to?! - krzyknęła kobieta nazwana Ziną.
Pies wywinął się, naprężył jak sprężyna i nagle uderzył w drzwi zdrowym
prawym bokiem, aż huknęło w całym mieszkaniu. Odskoczył do tyłu,
zawirował jak bąk, przy tym przewrócił na podłogę białe wiadro, z którego rozsypały się strzępy waty. Podczas wirowania wokół psa fruwały
ściany zastawione szafami z błyszczącymi narzędziami, skakał biały
fartuszek i wykrzywiona twarz kobiety.
- A dokąd, ty diable kudłaty?! - krzyczała rozpaczliwie Zina. - Ach,
przeklęty!
"Gdzie tu mogą być schody kuchenne...?" - kombinował pies. Z rozpędu jak
pocisk walnął w szybę, licząc, że to drugie drzwi. Grad odłamków posypał
się z hukiem i brzękiem, zleciał z półki pękaty słoik z rudym świństwem,
które momentalnie zalało całą podłogę i zaśmierdziało. Otwarły się
prawdziwe drzwi.
- Stój! B-bydlaku! - krzyknął pan, skacząc w fartuchu nałożonym na jedną
rękę i łapiąc psa za nogi. - Zina, trzymaj go za kark, łobuza.
- O... o matko!.. A to pies!
Drzwi otwarły się szerzej i wpadła jeszcze jeden osoba płci męskiej w fartuchu. Krusząc potłuczone szkło, rzuciła się nie do psa, ale do
szafy, otworzyła ją i cały pokój napełnił się słodkim i mdlącym
zapachem. Następnie osoba przygniotła psa brzuchem, a ten z pasją capnął
ją powyżej sznurowadeł półbuta. Osoba jęknęła, ale nie ustąpiła.
Nieoczekiwanie mdląca obrzydliwość zaparła psu dech w płucach, w głowie
się zakołowało, a potem stracił czucie w nogach i pojechał gdzieś łukiem
w bok.
"Wielkie dzięki, to koniec - myślał marzycielsko, waląc się wprost na
ostre szkła - żegnaj, Moskwo! Nie zobaczę już nigdy Czyczkina, i proletariuszy, i kiełbasy krakowskiej! Za psie cierpienia idę do raju.
Braciszkowie rakarze, za co mnie tak?".
Tu ostatecznie przewrócił się na bok i zdechł.
Kiedy zmartwychwstał, czuł lekkie zawroty głowy i niewielkie mdłości w brzuchu, boku zaś jakby nie było, bok słodko milczał. Pies otworzył
nieco prawe rozmarzone oko i jego kątem zobaczył, że jest ściśle
obandażowany w poprzek boków i brzucha. "Jednak załatwili mnie,
sukinsyny - pomyślał niewyraźnie - ale sprytnie, to trzeba im przyznać".
- "Od Sewilli do Grenady... Gdy mrok nocy na nie spadł"7 -
zaśpiewał nad nim roztargniony i fałszywy głos.
Pies zdziwił się, otworzył szeroko obydwa oczy i w odległości dwóch
kroków zobaczył męską nogę na białym taborecie. Nogawka i kalesony na
niej były podwinięte, a obnażona żółta goleń była wymazana zaschniętą
krwią i jodyną.
"Święci pańscy! - pomyślał pies. - Znaczy, że to jego ugryzłem, moja
robota. No, dostanę wciry!".
- "R-ozbrzmiewają serenady, i szczęk słychać ostrych szpad...!" Czemu,
łazęgo jeden, ugryzłeś doktora? Co? Dlaczego szybę rozbiłeś? Co...?
- U-u-u-u - żałośnie zaskowyczał pies.
- No, dobrze. Opamiętałeś się to leż, bałwanie.
- Jak się to panu, Filipie Filipowiczu, udało zwabić tak nerwowego psa?
- spytał przyjemny męski głos i trykotowe kalesony opuściły się w dół.
Zapachniało tytoniem i w szafie dźwięknęło szkło.
- Serdecznością. Jedynym sposobem, jaki jest możliwy w kontaktach z żywą
istotą. Terrorem nic się nie da zrobić ze zwierzęciem, na jakimkolwiek
by stopniu rozwoju się znajdowało. Tak twierdziłem, twierdzę i będę
twierdził. Oni są w błędzie, sądząc, że terror im pomoże. Nie, nie, nie
pomoże, jakimkolwiek by był: biały, czerwony czy nawet brązowy! Terror
całkowicie paraliżuje system nerwowy. Zina! Kupiłem temu łajdakowi
kiełbasy krakowskiej za rubla czterdzieści kopiejek. Bądź tak dobra,
nakarm go, kiedy mu przejdą mdłości.
Zachrzęściło zamiatane szkło i odezwał się kokieteryjny głos kobiecy:
- Kra-akowskiej! O rany, przecież można mu było w jatce kupić okrawków
za dwadzieścia kopiejek. Krakowską kiełbasę lepiej sama zjem.
- Tylko spróbuj! Ja ci zjem! To trucizna dla ludzkiego żołądka. Dorosła
panna, a jak dziecko, pcha do ust wszelkie świństwo. Ani się waż!
Uprzedzam, że ani ja, ani doktor Bormental nie będziemy się z tobą
cackać, kiedy cię brzuch rozboli. "Tych, co mówią, że ktoś inny może
przyćmić urok twój...!".
Miękkie drobne dzwoneczki sypały się w tym czasie po całym mieszkaniu, a z odległego przedpokoju co i raz dolatywały głosy. Dzwonił telefon. Zina
zniknęła.
Filip Filipowicz rzucił niedopałek papierosa do wiadra, zapiął fartuch,
przed lustrem na ścianie rozczesał puszyste wąsy i zawołał psa:
- Fit, fit... no, dobra, dobra! Idziemy przyjmować pacjentów.
Pies podniósł się na niepewne łapy, zachwiał się, przez chwilę drżał,
lecz szybko zebrał siły i ruszył w ślad za rozwiewającymi się połami
fartucha Filipa Filipowicza. Pies znowu przeszedł wąski korytarz, lecz
teraz zobaczył, że jest on jasno oświetlony podsufitową rozetą. Gdy
otworzyły się drzwi, wszedł z Filipem Filipowiczem do gabinetu, który
olśnił go swym umeblowaniem. Przede wszystkim był cały oświetlony:
światło paliło się pod stiukami na suficie, paliło się na stole, na
ścianie i w oszklonych szafach. Światło zalewało niezliczoną liczbą
przedmiotów, z których najciekawsza okazała się olbrzymia sowa siedząca
na sęku przytwierdzonym do ściany.
- Połóż się - rozkazał Filip Filipowicz.
Otworzyły się przeciwległe rzeźbione drzwi, wszedł ów ugryziony, który
teraz, w mocnym świetle, okazał się bardzo przystojnym młodym mężczyzną
z czarną spiczastą bródką, podał kartkę i odezwał się:
- Dawny...
Od razu bezszelestnie zniknął, zaś Filip Filipowicz odrzucił poły
fartucha, usiadł przy wielkim biurku i natychmiast stał się niezwykle
ważny i reprezentacyjny.
"Nie, to nie lecznica... trafiłem do jakiegoś innego miejsca - z niepokojem pomyślał pies i przylgnął do wzorzystego dywanu obok ciężkiej
skórzanej kanapy. - A tę sowę jeszcze sobie obejrzymy...".
Drzwi miękko się otworzyły i wszedł ktoś, kto tak wstrząsnął psem, że
szczeknął, ale bardzo lękliwie.
- Leżeć! Ba-a! Ale pan się zmienił, kochany!
Przybyły nieśmiało i z wielkim szacunkiem ukłonił się Filipowi
Filipowiczowi.
- Hi-hi... Pan jest magiem i czarodziejem, panie profesorze - odezwał się
nieśmiało.
- Niech pan zdejmie spodnie, kochaneńki - polecił Filip Filipowicz,
wstając.
"Panie Jezu! - pomyślał pies - a to ci frant...!".
Na głowie franta rosły całkiem zielone włosy, a na karku połyskiwały
rudym kolorem tytoniu. Jego poryta zmarszczkami twarz była jednak różowa
jak buzia noworodka. Lewa noga była sztywna, musiał ją pociągać po
dywanie, natomiast prawa podrygiwała jak u dziecięcego pajacyka. W klapie wspaniałej marynarki niczym oko tkwił drogocenny kamień.
Pies z ciekawości zapomniał o mdłościach.
- Hau, hau... - cichutko dał głos.
- Milcz! Jak ze snem, kochany?
- He, he... Jesteśmy sami, profesorze? To jest nie do opisania - niepewnie
podjął przybyły. - Parole d'honneur, od dwudziestu pięciu lat nie było
niczego podobnego! - Osobnik sięgnął do guzika spodni. - Czy uwierzy
pan, profesorze, co noc nagie dziewczęta, całymi stadami... Jestem
całkowicie oczarowany. Jest pan czarodziejem!
- Hm - chrząknął zatroskany Filip Filipowicz, wpatrując się w źrenice
gościa.
Ten pokonał wreszcie guziki, ściągnął spodnie w paski i pokazał
niezwykłe kalesony. Były koloru kremowego w haftowane jedwabiem czarne
kotki i pachniały perfumami.
Pies nie zniósł kotów i zaszczekał tak, że osobnik podskoczył.
- Oj!
- Zarobisz lanie! Proszę się nie bać, on nie gryzie.
"Ja nie gryzę...?" - zdziwił się pies.
Przybyłemu wypadła z kieszeni spodni mała kopertka, na której była
przedstawiona ślicznotka z rozpuszczonymi włosami. Osobnik podskoczył,
schylił się i podniósł zgubę mocno się czerwieniąc.
- Niech pan wszelako uważa - ostrzegawczo i posępnie powiedział Filip
Filipowicz, grożąc palcem - mimo wszystko niech pan uważa i nie
nadużywa!
- Ja nie nad... - odparł zawstydzony osobnik, rozbierając się. - Ja, drogi
profesorze, tylko w formie doświadczenia...
- No i cóż, jakie wyniki? - surowo spytał Filip Filipowicz.
Osobnik machnął ręką w ekstazie.
- Dwadzieścia pięć lat, przysięgam na Boga, profesorze, nie miałem
niczego podobnego! Ostatni raz w 1899 roku w Paryżu na rue de la Paix.
- A czemu pan pozieleniał?
Twarz przybyłego nachmurzyła się.
- Przeklęte TeŻe8! Nie może sobie pan wyobrazić, profesorze, co te
nicponie podsunęły mi zamiast farby. Niech pan tylko spojrzy - mamrotał
osobnik, szukając wzrokiem lustra - przecież to okropne! Tylko dać im po
mordzie - dodał, coraz bardziej rozwścieczony. - Cóż mam teraz począć,
profesorze? - spytał płaczliwie.
- Hm... Niech się pan ogoli na łyso.
- Profesorze! - wykrzyknął gość żałośnie. - To przecież znowu wyrosną
siwe! Poza tym nie będę mógł się pokazać w biurze, i tak już trzeci
dzień nie jeżdżę do pracy. Przyjeżdża samochód, ja go zwalniam. Ech,
profesorze, gdyby pan wynalazł sposób na odmładzanie włosów!
- Nie od razu, nie od razu, mój drogi! - mruknął Filip Filipowicz.
Nachylony, przez błyszczące okulary oglądał goły brzuch pacjenta. - No,
cóż, znakomicie, wszystko w całkowitym porządku... Nawet nie oczekiwałem,
prawdę mówiąc, takiego wyniku... "Wiele krwi i wiele pieśni...!". Może się
pan ubrać, kochaneńki!
- "Leje się dla pięknych dam!..." - podjął do wtóru pacjent głosem
brzęczącym niczym patelnia i promieniejąc, zaczął się ubierać. Gdy
doprowadził się do porządku, podskakując i roztaczając zapach perfum,
odliczył Filipowi Filipowiczowi paczkę białych banknotów i zaczął z czułością ściskać mu obie dłonie.
- Dwa tygodnie może się pan nie pokazywać - powiedział Filip Filipowicz
- lecz jednak proszę, niech pan będzie ostrożny.
- Profesorze - już za progiem w ekstazie wykrzyknął gość - niech pan
będzie absolutnie spokojny. - Słodko zachichotał i zniknął.
Dźwięk dzwonka rozsypał się po mieszkaniu, lakierowane drzwi otworzyły
się, wszedł ugryziony, wręczył Filipowi Filipowiczowi kartkę i oświadczył:
- Wiek podała nieprawdziwy. Prawdopodobnie ma 54-55 lat. Tony serca
nieco głuche.
Zniknął, a zamiast niego pojawiła się szeleszcząca dama w fantazyjnie
nałożonym na bakier kapeluszu i połyskliwej kolii na przywiędłej,
pomarszczonej szyi. Straszne czarne worki zalegały pod jej oczami, a policzki miała różowe jak lalka.
Dama była mocno stremowana.
- Szanowna pani, ile ma pani lat? - bardzo surowo spytał ją Filip
Filipowicz.
Dama spłoszyła się i nawet pobladła pod warstewką różu.
- Ja, profesorze... Przysięgam, gdyby pan wiedział, jaka spotkała mnie
tragedia...
- Lat ile łaskawa pani sobie liczy? - jeszcze bardziej surowo powtórzył
Filip Filipowicz.
- Słowo honoru... no, czterdzieści pięć.
- Proszę pani! - Filip Filipowicz podniósł głos. - Czekają pacjenci!
Proszę nie przedłużać, nie jest pani sama!
Pierś damy falowała.
- Panu jednemu jako luminarzowi nauki, lecz przysięgam, to taka
potworność...
- Ile ma pani lat? - wściekle i piskliwie spytał Filip Filipowicz, a jego okulary błysnęły.
- Pięćdziesiąt jeden - skręcając się ze strachu, odparła dama.
- Proszę zdjąć majtki, szanowna pani - z ulgą odezwał się Filip
Filipowicz i wskazał na wysoki biały szafot w rogu.
- Przysięgam, profesorze - mamrotała dama, drżącymi palcami odpinając
jakieś haftki na pasie - ten Alfons... wyznaję panu jak na spowiedzi...
- "Od Sewilli do Grenady..." - w roztargnieniu zanucił Filip Filipowicz i nacisnął pedał pod marmurową umywalką. Zaszumiała woda.
- Przysięgam na Boga! - mówiła dama i żywe plamy na jej policzkach
przedzierały się przez sztuczne. Wiem, że to moja ostatnia namiętność...
Przecież to taki podlec! O, profesorze! To szuler karciany, wie o tym
cała Moskwa. Nie przepuści ani jednej, bodaj najgorszej modystce! Jest
przecież tak diabelnie młody - mamrotała dama, wyciągając spod
szeleszczących spódnic zmięty kłąb koronek.
Pies całkiem się pogubił i wszystko w jego głowie obróciło się do góry
nogami.
"A idźcie wy do diabła - pomyślał mętnie, położył głowę na łapach i ze
wstydu wpadał w drzemkę - nawet nie będę się starał pojąć, o co tu
chodzi, bo i tak nie zrozumiem".
Rozbudziło go brzęknięcie i zobaczył, że Filip Filipowicz wrzucił do
wiadra jakieś błyszczące rurki.
Plamista dama, przyciskając dłonie do piersi, z nadzieją patrzyła na
Filipa Filipowicza. On z godnością nachmurzył się, usiadł przy biurku i coś zapisał.
- Łaskawa pani, przeszczepię pani jajniki małpy - odezwał się i popatrzył surowo.
- Ach, profesorze, muszą być małpy?
- Tak - stanowczo odparł Filip Filipowicz.
- A kiedy operacja? - blednąc, słabym głosem spytała dama.
- "Od Sewilli do Granady..." hm... W poniedziałek. Rano położy się pani w klinice, mój asystent panią przygotuje.
- Ach, ale ja nie chcę do kliniki. Czy nie można u pana, profesorze?
- Widzi pani, u siebie przeprowadzam operacje tylko w wyjątkowych
przypadkach. To będzie bardzo drogo kosztować - pięćdziesiąt czerwońców.
- Zgadzam się, profesorze!
Znowu zaszumiała woda, zakołysał się kapelusz z piórami, później
pojawiła się jakaś łysa jak talerz głowa i objęła Filipa Filipowicza.
Pies drzemał, mdłości ustąpiły, cieszyło go to, że bolący bok ucichł i było mu ciepło, nawet zachrapał i zdążył obejrzeć kawałek przyjemnego
snu: wyrwał sowie pęk piór z ogona... Później podenerwowany głos szczeknął
nad głową:
- Jestem zbyt znanym działaczem społecznym, profesorze! Co teraz robić?
- Panowie! - krzyczał oburzony Filip Filipowicz. - Tak nie wolno!
Hamujcie się! Ile ma lat?
- Czternaście, profesorze... Pan rozumie, rozgłos mnie zgubi. Na dniach
mam jechać w delegację do Londynu...
- Ale przecież ja nie jestem prawnikiem, kochaneńki... No, niech pan
poczeka dwa lata i żeni się z nią.
- Jestem żonaty, profesorze!
- Ach, panowie, panowie!..
Drzwi się otwierały, zmieniały się twarze, brzęczały narzędzia w szafie
i Filip Filipowicz pracował bez wytchnienia.
"Bezwstydne mieszkanko - pomyślał pies - ale jakże przyjemnie! A po
kiego diabła ja mu jestem potrzebny? Czyżbym miał tu mieszkać? Co za
dziwak! A przecież na skinienie palcem mógłby mieć takiego psa, że aż
ha! A może jestem piękny. Widocznie, moje szczęście. A ta sowa to
paskudztwo. Bezczelna".
Ostatecznie pies ocknął się późnym wieczorem, kiedy dzwonki ustały i akurat w momencie, gdy drzwi wpuściły szczególnych interesantów Była ich
od razu czwórka. Wszyscy młodzi i wszyscy nader skromnie ubrani.
"A ci czego chcą?" - ze zdziwieniem i nieprzyjaźnie pomyślał pies. O wiele bardziej nieprzyjaźnie powitał gości Filip Filipowicz. Stał za
biurkiem i patrzył na nich jak wódz wojska na wrogów. Nozdrza jego
jastrzębiego nosa rozdymały się. Przybyli przestępowali z nogi na nogę
na dywanie.
- My do was, profesorze - przemówił ten z nich, któremu ćwierć arszyna
wzrostu dodawała szopa gęstych, wijących się czarnych włosów - w takiej
mianowicie sprawie...
- Szkoda, panowie, że w taką pogodę chodzicie bez kaloszy - przerwał mu
pouczająco Filip Filipowicz - po pierwsze, przeziębicie się, a po
drugie, zabrudziliście mi dywany, a wszystkie moje dywany są perskie.
Ten z szopą zamilkł i cała czwórka ze zdziwieniem patrzyła na Filipa
Filipowicza. Milczenie trwało kilka sekund i przerywało je tylko
stukanie palców Filipa Filipowicza po malowanym drewnianym talerzu na
biurku.
- Po pierwsze, nie jesteśmy panami - odezwał się wreszcie najmłodszy z czwórki o brzoskwiniowej cerze.
- Po pierwsze - przerwał mu Filip Filipowicz - jest pan mężczyzną czy
kobietą?
Czwórka znowu zamilkła i rozdziawiła usta. Tym razem pierwszy opamiętał
się ten z szopą.
- Jaka różnica, towarzyszu? - spytał dumnie.
- Jestem kobietą - przyznał się brzoskwiniowy młodzieniec w skórzanej
kurtce i mocno poczerwieniał. W ślad za nim nieoczekiwanie w pąsach
stanął jeden z przybyłych - blondyn w papasze.
- W takim razie pani może zostać w czapce, a pana, szanowny panie,
poproszę o zdjęcie nakrycia głowy - pouczającym tonem powiedział Filip
Filipowicz.
- Nie jestem "szanownym panem" - gniewnie wymamrotał blondyn, zdejmując
papachę.
- Przyszliśmy do was - znowu zaczął czarny z szopą.
- Przede wszystkim, kto to "my"?
- My - nowy zarząd naszego domu - z hamowaną wściekłością odparł czarny.
- Ja jestem Szwonder, ona - Wiaziemska, on - towarzysz Piestruchin oraz
Żarowkin. I właśnie my...
- To was dokwaterowano do mieszkania Fiodora Pawłowicza Sablina?
- Nas - odparł Szwonder.
- O Boże! Koniec z domem Kałabuchowa! - z rozpaczą zawołał Filip
Filipowicz i rozłożył ręce.
- Cóż to, profesorze, kpicie sobie? - rozgniewał się Szwonder.
- Jakie tam kpiny! Jestem całkowicie zrozpaczony! - krzyknął Filip
Filipowicz. - Co teraz będzie z ogrzewaniem parowym?!
- Wy drwicie z nas, profesorze Preobrażeński!
- W jakiej sprawie przyszli państwo do mnie, proszę mówić możliwie
szybko, mam teraz obiad.
- Jesteśmy zarządem domu - z nienawiścią zaczął mówić Szwonder -
przyszliśmy do was po walnym zebraniu lokatorów, na którym stała sprawa
zagęszczenia mieszkań w tym domu.
- Kto na kim stał? - krzyknął Filip Filipowicz. - Proszę łaskawie
jaśniej prezentować swoje myśli.
- Stała kwestia zagęszczenia...
- Dosyć! Zrozumiałem! Wiadomo państwu, że decyzją z dwunastego bieżącego
miesiąca moje mieszkanie jest wolne od jakichkolwiek zagęszczeń i przesiedleń?
- Wiadomo - odparł Szwonder - jednak walne zebranie po rozpatrzeniu
waszej kwestii doszło do wniosku, że w ogóle i w szczególe zajmujecie
nadmierny metraż. Absolutnie nadmierny. Mieszkacie sami w siedmiu
pokojach.
- Sam mieszkam i pracuję w siedmiu pokojach - odparł Filip Filipowicz -
i chciałbym mieć ósmy. Jest mi niezbędny na bibliotekę.
Czworo oniemiało.
- Ósmy? E-he-he - odezwał się pozbawiony nakrycia głowy blondyn -
całkiem nie-e-źle!
- Tego się nie da opisać! - zawołał młodzieniec, który okazał się
kobietą.
- Mam poczekalnię, proszę zauważyć, która zarazem jest biblioteką,
jadalnię, mój gabinet - trzy! Gabinet zabiegowy - cztery. Sala
operacyjna - pięć. Moja sypialnia - sześć i pokój dla służby - siedem. W sumie za mało... A zresztą to nie jest ważne. Moje mieszkanie jest wolne i na tym koniec. Mogę wreszcie zjeść obiad?
- Przepraszam - powiedział czwarty, podobny do krępego żuka.
- Przepraszam - przerwał mu Szwonder - przyszliśmy porozmawiać właśnie
na temat jadalni i pokoju zabiegowego. Walne zebranie prosi was o dobrowolną, w trybie dyscypliny pracy, rezygnację z jadalni. Nikt w Moskwie nie ma pokoju stołowego.
- Nawet Isadora Duncan! - dźwięcznie wykrzyknęła kobieta.
Z Filipem Filipowiczem coś się stało, co spowodowało, że jego twarz
delikatnie spurpurowiała, ale nie wydał najmniejszego dźwięku,
wyczekując, co będzie dalej.
- I z pokoju zabiegowego również - ciągnął Szwonder - zabiegowy z powodzeniem można połączyć z gabinetem.
- Uhu - odezwał się Filip Filipowicz jakimś dziwnym głosem - a gdzie
miałbym jadać?
- W sypialni - odpowiedziała chórem czwórka.
Purpura na twarzy Filipa Filipowicza nieco poszarzała.
- W sypialni jadać - zaczął nieco przyduszonym głosem - w pokoju
zabiegowym czytać, a w poczekalni ubierać się, operować w pokoju służby,
zaś w stołowym badać pacjentów?! Bardzo być może, że Isadora Duncan tak
właśnie postępuje. Być może jada w gabinecie, a króliki kroi w łazience.
Być może. Jednak ja nie jestem Isadorą Duncan!! - ryknął nagle i jego
purpura zrobiła się żółta. - Ja będę jadł obiady w stołowym, a operował
w sali operacyjnej! Proszę przekazać to walnemu zebraniu i proszę
uprzejmie, aby państwo wrócili do swoich zajęć, a mnie dali możliwość
spożycia obiadu tam, gdzie jadają wszyscy normalni ludzie, to znaczy w stołowym, a nie w przedpokoju i nie w pokoju dziecięcym.
- Wobec tego, profesorze, z powodu waszych uporczywych przeciwdziałań -
przemówił zdenerwowany Szwonder - złożymy na was skargę do wyższych
instancji.
- Aha - powiedział Filip Filipowicz. - Tak? - W jego głosie pojawiły się
podejrzanie grzeczne nutki. - Uprzejmie proszę o chwilę cierpliwości.
"To jest gość - pomyślał pies z zachwytem - dokładnie jak ja. Och,
capnie on ich teraz, och, capnie!.. Bić ich! Tego długonogiego dziabnąć
by teraz nad cholewką za ścięgno pod kolanem... wr-r-r...!".
Filip Filipowicz postukał w aparat, podniósł słuchawkę i tak do niej
powiedział:
- Proszę... tak... dziękuję pani. Proszę z Witalijem Aleksandrowiczem.
Profesor Preobrażeński. Witalij Aleksandrowicz? Bardzo się cieszę, że
pana zastałem. Dziękuję, zdrowie w porządku. Witaliju Aleksandrowiczu,
pańska operacja jest odwołana. Proszę? Nie, całkowicie odwołana,
podobnie jak wszystkie pozostałe operacje. Oto dlaczego: kończę pracę w Moskwie i w ogóle w Rosji... Właśnie przyszły do mnie cztery osoby, jest
wśród nich jedna kobieta przebrana za mężczyznę, a dwaj uzbrojeni w rewolwery, sterroryzowali mnie w mieszkaniu w celu odebrania jego
części...
- Pozwólcie, profesorze - zaczął Szwonder, zmieniając się na twarzy.
- Przepraszam... Nie jestem w stanie powtórzyć wszystkiego, co mówili, nie
mam ochoty na bzdury. Dość powiedzieć, że zaproponowali mi, żebym
zrezygnował z mojego ambulatorium, innymi słowy, postawili mnie wobec
konieczności operowania pana tam, gdzie do tej pory kroiłem króliki. W takich warunkach nie tylko nie mogę, ale nawet nie mam prawa pracować.
Dlatego kończę działalność, zamykam mieszkanie i wyjeżdżam do Soczi.
Klucz mogę przekazać Szwonderowi, niech on operuje.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki