Diabły - Joe Abercrombie

Kup ebooka

69.00 zł
58.65 zł (56,37 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Złapcie się czegoś

Alex ści­skała wodze z taką siłą, że roz­bo­lały ją dło­nie. Kon­cen­tro­wała się głów­nie na tym, żeby nie spaść.

Jeź­dziła już kie­dyś wierz­chem - na ośle, tam­tej jesieni, kiedy wypra­wiła się na pół­noc, żeby poma­gać przy żni­wach; ktoś jej wtedy powie­dział, że można dobrze zaro­bić, a przy tym zbyt­nio się nie napra­co­wać, i mylił się w obu tych kwe­stiach. Koń, na któ­rego ją teraz wsa­dzili, lepiej pach­niał i zde­cy­do­wa­nie lepiej się zacho­wy­wał od tam­tych osłów, ale był rów­nież o wiele wyż­szy, a jeż­dże­nie na nim bokiem, po dam­sku, było jak pro­sze­nie się o roz­trza­ska­nie czaszki. Każdy wstrząs przej­mo­wał ją zgrozą, że zaraz spad­nie i zosta­nie zmiaż­dżona przez tur­ko­czący za nią mon­stru­alny wóz. To by było odpo­wied­nie zakoń­cze­nie tej całej bajki.

W ustach jej zaschło, jakby pod­jęła się jakie­goś nie­prze­my­śla­nego prze­krętu. Powinna prze­stać co rusz obli­zy­wać wargi jak jakaś jasz­czurka. Może prze­cież uda­wać księż­niczkę, prawda? O ile znała się na księż­nicz­kach, ich życie pole­gało na byciu kąpaną, cze­saną, ubie­raną oraz nie­słu­chaną, cokol­wiek mia­łyby do powie­dze­nia. Klo­cek drewna by sobie pora­dził. A prze­cież klo­cek drewna na pewno umiała zagrać. Prawda?

W prze­szło­ści uda­wała cudow­nie uzdro­wioną kalekę, pro­staczkę ule­czoną feno­me­nal­nym pana­ceum, sie­rotę, która zna­la­zła sakiewkę, a także nad­zwy­czaj skorą do pomocy córkę piel­grzyma, zna­jącą krót­szą drogę do miłego, taniego pokoju na noc, o tutaj, w głąb tego ciem­nego zaułka, nie, nie, pro­szę się nie mar­twić, jesz­cze kawa­łe­czek, to naprawdę wspa­niały pokój, już pra­wie jeste­śmy na miej­scu. Kie­dyś nawet grała rolę córki ary­sto­kraty, tyle że prze­sa­dziła z uda­wa­niem akcentu, klient się poła­pał i musiała sal­wo­wać się sko­kiem do kanału, żeby nie sko­pał jej tyłka.

Teraz zaś cał­kiem serio mar­twiła się, że na końcu tego kon­kret­nego prze­krętu czeka ją coś gor­szego niż kop­niaki. Przez cały czas wypa­try­wała moż­li­wo­ści ucieczki, ale stale ota­czali ją zbrojni, twar­dziele o har­dych gębach, z mnó­stwem stali na podo­rę­dziu i obrę­czą zba­wio­nych na pele­ry­nach. Diuk Michael zapew­niał, że są tu po to, by ją chro­nić, ale wcze­śniej­sze doświad­cze­nia z męż­czy­znami, zwłasz­cza uzbro­jo­nymi, a w szcze­gól­no­ści uzbro­jo­nymi słu­gami Kościoła, nie dawały jej powo­dów do opty­mi­zmu.

Wła­ści­wie gdyby szu­kała abso­lut­nego prze­ci­wień­stwa opty­mi­zmu, to daleko patrzeć nie musiała: było tuż, sie­działo po dam­sku na grzbie­cie konia-giganta.

Ode­tchnęła głę­boko i spró­bo­wała uspo­koić sko­ła­tane nerwy. Strach cia­steczka nie upie­cze, jak lubiła powta­rzać Dziewka-Sakiewka - i jak zapewne w tej wła­śnie chwili wykła­dała nowej gro­madce sie­rot. Każdy potrze­buje cza­sem się cze­goś zła­pać. U Alex taką opoką były bystry umysł i nie­skłon­ność do pod­da­nia się. W porządku, jej plan zacho­wał się jak gówno na desz­czu: roz­pły­nął się w cuch­nącą breję. Plany tak mają. Dla­tego musiała się sprę­żyć i wydu­sić z sie­bie nowy.

Wystar­czyło cze­kać i brać, co los ześle; nie tra­cić czuj­no­ści i być gotową do ucieczki. Nie ma talentu, który pozwa­lałby znik­nąć, kiedy wszystko się kieł­basi. Zawsze uwa­żała się za samot­niczkę, samo­wy­star­czalną jak bez­domny kot, ale każdy cza­sem potrze­buje przy­ja­ciela. Ni­gdy nie wiesz, kiedy przyda ci się ktoś, na kogo można by zrzu­cić winę.

Jej wuj (o ile naprawdę nim był) jechał na czele kolumny w towa­rzy­stwie wiecz­nie spe­szo­nego mni­cha, sza­rego ryce­rza, który ni­gdy się nie uśmie­chał, i tej kobiety, która miała mnó­stwo kape­lu­szy i uśmie­chała się aż za czę­sto. Alex nie rozu­miała, po co im stary dzia­dyga, który jechał na dachu wozu. Wyglą­dał jak trup w płasz­czu - nie­zbyt świeży trup, do tego w paskud­nym płasz­czu. I jesz­cze ten gość, który wcze­śniej uśmie­chał się z wyż­szo­ścią i gadał o ucze­niu tru­pów tańca, a teraz nic, tylko gapił się na swój nad­gar­stek. Była też słu­żąca, która wyglą­dała, jakby uro­dziła się w dam­skim sio­dle. Cze­sała, pudro­wała i ubie­rała Alex z tak bez­brzeżną mil­czącą pogardą, jakby to ona była księż­niczką, a Alex jej służką.

No i elfka.

Alex ni­gdy przed­tem nie widziała elfa. Nazy­wano ich nie­przy­ja­ciółmi Boga, mówiono, że zja­dają ludzi, stra­szono nimi dzieci, nawo­ły­wano do nowych kru­cjat prze­ciwko nim, a w święta palono ich kukły. Jak nikt inny nada­wały się do obwi­nia­nia o wszystko - i tym wła­śnie była elfka: szpi­cza­sto­uchą gąbką chło­nącą winę. I była na wycią­gnię­cie ręki.

Ści­ska­jąc wodze, Alex pchnęła konia w jej stronę.

- Więc... - zaga­iła. Zwy­kle wystar­czyło jej otwo­rzyć usta, żeby dalej kła­pały już same, bez jej udziału, ale teraz, gdy spo­częło na niej spoj­rze­nie tych dziw­nych oczu, tak ogrom­nych, że aż nie­rze­czy­wi­stych, zdo­łała wykrztu­sić tylko dwa słowa wię­cej: - Jesteś elfką.

Głowa elfki prze­chy­liła się, koły­sząc się lekko w rytm kro­ków jej konia. Szyję miała długą i smu­kłą jak pęk jasnych gałą­zek.

- Co mnie zdra­dziło? - Otwo­rzyła oczy jesz­cze sze­rzej niż przed chwilą.

- Z natury jestem nad­zwy­czaj spo­strze­gaw­cza - odparła Alex. - Ale myślę, że... Akcent?

- No tak. - Elfka odwró­ciła się z powro­tem w stronę drzew. - Jesz­cze jeden powód, żeby się nie odzy­wać.

Gdyby Alex dawała się tak łatwo znie­chę­cić, dawno umar­łaby z głodu.

- Jestem Alex. - Zary­zy­ko­wała: puściła wodze jedną ręką i wycią­gnęła ją do powi­ta­nia. Zachwiała się, zła­pała za łęk sio­dła, i spró­bo­wała jesz­cze raz. - Albo... Alek­sja Pyro­gen­ne­tos? Sama nie wiem, kim wła­ści­wie jestem.

Elfka spoj­rzała na wycią­gniętą dłoń. Spoj­rzała na straż­ni­ków. W końcu ją uści­snęła. Z jakie­goś powodu Alex spo­dzie­wała się, że te dłu­gie, szczu­płe palce będą zimne w dotyku - tym­cza­sem były cie­płe, jak u każ­dego.

- Sunny - powie­działa elfka.

- Naprawdę? To zdrob­nie­nie od cze­goś... elfo­wego?

- Sun­ni­thi­lien Czarny Ząb.

- Serio?

Elfka powoli unio­sła jasną brew.

- Nie. Żar­to­wa­łaś.

- Tak mnie nazwali w cyrku. Sunny.

- Pra­co­wa­łaś w cyrku?

- Byłam poskra­miaczką lwów.

- Naprawdę?

Cienka biała brew unio­sła się jesz­cze wyżej.

Alex się skrzy­wiła.

- Nie. Znowu żar­to­wa­łaś.

- Włó­czyli mnie na łań­cu­chu po are­nie, a widzo­wie wydzie­rali się na mnie i rzu­cali róż­nymi rze­czami.

- To nie brzmi faj­nie.

- Wyglą­dali, jakby się świet­nie bawili.

- Nie­faj­nie dla cie­bie, zna­czy.

Sunny wzru­szyła ramio­nami.

- Nawet w mar­nym wido­wi­sku potrzebny jest czarny cha­rak­ter.

Jechały w mil­cze­niu. Straż­nicy pobrzę­ki­wali w sio­dłach, osie wozu jęczały i zgrzy­tały. Alex była samot­niczką, ma się rozu­mieć, ale zła­pała się na tym, że dobrze się czuje w towa­rzy­stwie.

- Sły­sza­łam, że wszyst­kie elfy to żądne krwi dzi­kusy - powie­działa.

- A ja, że wszyst­kie księż­niczki są śliczne i głu­pie.

- Daj mi szansę. Jestem księż­niczką dopiero od kilku dni.

Sunny ponow­nie unio­sła brew.

- A już jesteś w tej roli dosko­nała.

* * *

Bal­tha­zar ze zło­ścią gapił się na sym­bol wią­za­nia. Gapił się nań nie­mal bez prze­rwy od momentu jego nało­że­nia. Wyglą­dało jak zwy­kłe maź­nię­cie rdzawą farbą, ale nie­ustanne bul­go­tliwe mdło­ści, przy­da­rza­jące mu się od czasu do czasu wymiotne eks­plo­zje oraz (tę sytu­ację wyjąt­kowo dobrze zapa­mię­tał, aku­rat roz­my­ślał wtedy nad tym, żeby zrzu­cić magiczne okowy poprzez zaaran­żo­wa­nie otru­cia księż­niczki Alek­sji) praw­dzi­wie wybu­chowy epi­zod na dru­gim końcu prze­wodu pokar­mo­wego nie pozo­sta­wiły cie­nia wąt­pli­wo­ści co do mocy zaklę­cia. A on naj­bar­dziej nie­na­wi­dził zaga­dek, któ­rych nie potra­fił roz­wi­kłać.

Przy­su­wał nie­po­zorną kre­skę coraz bli­żej i bli­żej, aż w końcu, mru­żąc oczy, led­wie widział jej roz­ma­zaną plamę. Czy mogły się w niej kryć maciu­peń­kie runy? Wypi­sane na palcu papie­życy, zanim go dotknęła, a następ­nie jakiś nie­zna­nym mu spo­so­bem prze­nie­sione na jego skórę? A może zostały nanie­sione na jego ciało w innym miej­scu, kiedy spał? Pomię­dzy łopat­kami? Na pode­szwach stóp? W tyl­nej czę­ści kro­cza, gdzie raczej nikt by ich nie szu­kał? Z przy­kro­ścią musiał przy­znać, że na pewno ostat­nio nikt tam nie zaglą­dał. Runy nie wypi­sane atra­men­tem, tylko odci­śnięte mosięż­nym dru­tem? Może wystar­czyły gesty, które w ogóle nie wyma­gały dotyku? Czy to moż­liwe, żeby ta uparta kar­dy­nal­ska suka Bock wplo­tła w wią­za­nie jakieś dodat­kowe zaklę­cie, korzy­sta­jąc z chwili jego nie­uwagi? Mogła spra­wiać wra­że­nie roz­tar­gnio­nej, ale miała prze­cież repu­ta­cję poważ­nej zawod­niczki. A on nie pierw­szy raz dałby się zwieść pozo­rom.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Dzień Świętego Elfryka

Był pięt­na­sty lojal­no­ści i brat Diaz był spóź­niony na audien­cję u Jej Świą­to­bli­wo­ści.

- Do dia­bła! - zło­rze­czył.

Jego powóz utknął w samym środku pro­ce­sji zawo­dzą­cych biczow­ni­ków, dygo­cąc pod napo­rem ich ciał. Plecy mieli zlane krwią, po twa­rzach spły­wały im łzy unie­sie­nia. Nie­śli cho­rą­giew z pro­stym napi­sem: "Żałuj­cie". Bez kon­kre­tów, czego lub za co nale­ża­łoby żało­wać.

Ale każdy coś takiego ma, prawda?

- Do dia­bła!

Zawsze szczy­cił się swoją punk­tu­al­no­ścią, nawet jeśli nie była zali­czana do Dwu­na­stu Cnót. Wyru­szył na to spo­tka­nie ze swo­jej obe­rży z pię­cio­go­dzin­nym wyprze­dze­niem, żeby móc prze­zna­czyć co naj­mniej dwie godziny na pobożną kon­tem­pla­cję posą­gów star­szych świę­tych przed Nie­biań­skim Pała­cem. Powia­dano prze­cież, że wszyst­kie drogi w Świę­tym Mie­ście tam wła­śnie pro­wa­dzą.

W tej chwili odno­sił wra­że­nie, że wszyst­kie drogi w Świę­tym Mie­ście pro­wa­dzą w kółko, a on brnie w nie­wia­ry­god­nej ciż­bie prze­mar­z­nię­tych piel­grzy­mów, pro­sty­tu­tek, marzy­cieli, intry­gan­tów, han­dla­rzy reli­kwii, sprze­daw­ców odpu­stów, poszu­ki­wa­czy cudów, księży i fana­ty­ków, oszu­stów i kan­cia­rzy, pro­sty­tu­tek, zło­dziei, kup­ców i lichwia­rzy, żoł­nie­rzy i opry­chów, mro­wia żywego inwen­ta­rza, kalek, pro­sty­tu­tek, kale­kich pro­sty­tu­tek... Wspo­mniał już o pro­sty­tut­kach? Było ich chyba ze dwa­dzie­ścia razy wię­cej niż księży. Ich bez­czelna obec­ność w bło­go­sła­wio­nym sercu Kościoła, lubieżne pro­wo­ka­cje i obna­żone, pokryte gęsią skórką koń­czyny - wszystko to było wstrzą­sa­jące, rzecz jasna, haniebne, ma się rozu­mieć, ale też budziło żądze, które brat Diaz dawno pogrze­bał. Taką przy­naj­mniej miał nadzieję, bo teraz był zmu­szony popra­wić habit i wbić wzrok w niebo. Czy raczej w sufit pod­ska­ku­ją­cego powozu.

To wła­śnie przez takie pra­gnie­nia miał kło­poty.

- Do dia­bła!

Opu­ścił okno i wysta­wił głowę na mróz. Kako­fo­nia hym­nów i bła­gań, okrzy­ków kup­ców i próśb o wyba­cze­nie, a wraz z nią woń dymu, odór taniego kadzi­dła i smród znaj­du­ją­cego się nie­opo­dal targu ryb­nego natych­miast trzy­krot­nie przy­brały na sile. Nie był pewien, czy lepiej zaty­kać uszy, czy nos, kiedy zawo­łał do woź­nicy:

- Spóź­nię się!

- Wcale bym się nie zdzi­wił - odparł woź­nica, znu­żony i zre­zy­gno­wany, bar­dziej jak obo­jętny widz niż czło­wiek, który otrzy­mał astro­no­miczną sumę pie­nię­dzy za dowie­zie­nie brata Diaza na naj­waż­niej­sze spo­tka­nie w życiu. - Dziś dzień Świę­tego Elfryka, bra­cie.

- Co z tego?

- Jego reli­kwie zostały wynie­sione na wieżę kościoła Nie­po­ka­la­nego Prze­bła­ga­nia i wysta­wione na widok potrze­bu­ją­cych. Ponoć leczą poda­grę.

To tłu­ma­czyło obec­ność w tłu­mie tych wszyst­kich kalek wspar­tych na laskach albo jadą­cych w fote­lach na kół­kach. Nie mogłyby te reli­kwie leczyć skro­fu­łów, upo­rczy­wej czkawki albo innej przy­pa­dło­ści, która nie prze­szka­dza­łaby wier­nym ucie­kać przed pędzą­cym powo­zem?

- Nie ma innej drogi? - zapy­tał brat Diaz, prze­krzy­ku­jąc tumult.

- Są ich setki. - Woź­nica wzru­szył bez prze­ko­na­nia ramio­nami. - Ale dzień Świę­tego Elfryka jest wszę­dzie.

Nad mia­stem ponio­sły się pierw­sze dźwięki dzwo­nów wzy­wa­ją­cych na połu­dniową modli­twę. Zaczęło się od zdaw­ko­wych bąk­nięć z przy­droż­nych kapli­czek, ale dzwo­nie­nie stop­niowo nara­stało i prze­cho­dziło w nie­har­mo­nijny jazgot, w miarę jak każda kaplica, każdy kościół i każda kate­dra dołą­czały do obłą­kań­czego chóru, wabiąc piel­grzy­mów do prze­kro­cze­nia progu, zaję­cia miej­sca w ławach i syp­nię­cia gro­szem na tacę.

Powóz szarp­nął i ruszył z miej­sca. Brat Diaz odczuł obez­wład­nia­jącą ulgę - a następ­nie popadł w czarną roz­pacz, bo już chwilę póź­niej pojazd ponow­nie sta­nął. Nie­opo­dal dwaj obszar­pani kazno­dzieje z kon­ku­ren­cyj­nych zako­nów żebra­czych, wynie­sieni pod niebo na roz­chwie­ru­ta­nych tele­sko­po­wych ambo­nach, które z jękiem udrę­czo­nych mecha­ni­zmów chy­bo­tały się nie­bez­piecz­nie ponad tłu­mem, pry­ska­jąc śliną z ust, spie­rali się o to, co dokład­nie Zba­wi­cielka miała na myśli, gdy nawo­ły­wała wier­nych do wza­jem­nej życz­li­wo­ści.

- Do dia­bła!

Tyle pracy, żeby nad­szarp­nąć repu­ta­cję braci w klasz­to­rze. Tyle sta­rań, żeby kochanki opata nie dowie­działy się o sobie nawza­jem. Tak się prze­chwa­lał, że został wezwany do Świę­tego Mia­sta, wyróż­niony, prze­zna­czony do świe­tla­nej przy­szło­ści.

A teraz wszel­kie jego ambi­cje umrą tutaj, w powo­zie toną­cym w ludz­kim grzę­za­wi­sku, na wąskim pla­cyku nazwa­nym na cześć świę­tego, o któ­rym nikt ni­gdy nie sły­szał, zim­nym jak lodow­nia, ruchli­wym jak rzeź­nia i brud­nym jak sracz, pomię­dzy malo­waną zagrodą dla licen­cjo­no­wa­nych żebra­ków i zbu­do­wa­nym z lipo­wego drewna pod­wyż­sze­niem do wymie­rza­nia publicz­nych kar, na któ­rym gro­madka dzieci paliła wła­śnie sło­miane kukły elfów. Patrzył, jak przy wtó­rze pobłaż­li­wego aplauzu gapiów dzie­ciaki okła­dają kijami szpi­cza­sto­uche, szpi­cza­sto­zębe, sypiące skrami mane­kiny. Elfy to elfy, jasna sprawa, zawsze lepiej je spa­lić niż nie, jed­nak upo­jone prze­mocą pulchne dzie­cinne buzie miały w sobie coś nie­po­ko­ją­cego. Teo­lo­gia nie była naj­moc­niej­szą stroną brata Diaza, ale był prak­tycz­nie pewien, że Zba­wi­cielka dużo mówiła o miło­sier­dziu.

Oszczęd­ność bez wąt­pie­nia zali­czała się do Dwu­na­stu Cnót. Pomny tego faktu zawsze sze­ro­kim łukiem omi­jał gro­ma­dzą­cych się pod klasz­to­rem żebra­ków, cza­sem jed­nak trzeba zain­we­sto­wać, żeby potem czer­pać zyski. Wychy­lił się przez okno i znów zawo­łał do woź­nicy:

- Obie­caj, że dostar­czysz mnie do Nie­biań­skiego Pałacu na czas, a zapłacę podwój­nie!

- To Święte Mia­sto, bra­cie. - Tym razem woź­nica nawet nie raczył wzru­szyć ramio­nami. - Tutaj tylko sza­leńcy skła­dają obiet­nice.

Brat Diaz wyco­fał się w głąb powozu. Oczy mu łza­wiły. Zsu­nął się z sie­dzi­ska, przy­klęk­nął na jedno kolano i wyjął spod habitu zawie­szoną na szyi fiolkę. Pra­dawne sre­bro błysz­czało od wie­lo­wie­ko­wego ocie­ra­nia się o skórę przod­ków.

- Bądź bło­go­sła­wiona, Święta Beatry­cze - wymam­ro­tał, despe­racko ści­ska­jąc fiolkę w dłoni. - Święta męczen­niczko i straż­niczko san­dała naszej Zba­wi­cielki, tylko o jedno Cię pro­szę: żebym zdą­żył na to zasrane spo­tka­nie z papie­życą!

Natych­miast poża­ło­wał, że prze­klął w modli­twie, i nakre­ślił okrąg na piersi. Zanim zdą­żył na koniec uszczyp­nąć się na znak pokuty, Święta Beatry­cze dała upust swemu nie­za­do­wo­le­niu.

Coś zało­mo­tało potęż­nie o dach, powóz zady­go­tał i brat Diaz został rzu­cony gwał­tow­nie w przód. Led­wie zdą­żył zakwi­lić roz­pacz­li­wie, gdy kra­wędź sie­dzi­ska naprze­ciwko wyrżnęła go w usta.

Tak to już jest

Alex per­fek­cyj­nie wymie­rzyła skok z okna na dach powozu, prze­tur­lała się płyn­nie jak roz­to­pione masło i pięk­nie sta­nęła na nogi, po czym spar­to­liła znacz­nie łatwiej­szy zeskok z dachu na zie­mię. Skrę­ciła kostkę, zato­czyła się w tłum, wal­nęła twa­rzą (i ustami) w osko­ru­piały gno­jem bok osła, po czym wycią­gnęła się jak długa w rynsz­toku.

Osioł był poru­szony, jego wła­ści­ciel - wstrzą­śnięty. Alex nie była pewna, co dokład­nie do niej wykrzy­kuje, bo zagłu­szali go lamen­tu­jący piel­grzymi, ale z pew­no­ścią nie było to nic pochleb­nego.

- Pier­dol się! - wydarła się w odpo­wie­dzi.

Z okna powozu gapił się na nią mnich z zakrwa­wio­nymi ustami i typową miną spo­co­nego ze stra­chu tury­sty w Świę­tym Mie­ście.

- Ty też się pier­dol! - krzyk­nęła do niego. - Razem idź­cie się pier­dolić - dodała bez prze­ko­na­nia i uty­ka­jąc, zaczęła się odda­lać.

Prze­kli­na­nie nic nie kosz­tuje.

Zwę­dziła z jakie­goś kramu chu­stę modli­tewną, kiedy wła­ści­ciel aku­rat nie patrzył (w jej kodek­sie była to nie tyle kra­dzież, ile raczej prze­jaw refleksu), owi­nęła nią głowę jak sza­lem i dała nura w piel­grzy­mią ciżbę, siląc się na żało­sne poję­ki­wa­nie - co w grun­cie rze­czy przy­szło jej z łatwo­ścią, zwa­żyw­szy na bole­sne pul­so­wa­nie w sto­pie i prze­strze­ga­jące przed nie­bez­pie­czeń­stwem mro­wie­nie na karku. Wznio­sła ręce ku postrzę­pio­nemu pasecz­kowi błę­kitu widocz­nemu pomię­dzy kośla­wymi dachami i zanio­sła bez­gło­śną, żar­liwą modli­twę o oca­le­nie. Ten jeden raz mówiła pra­wie serio.

Tak to już jest. Wie­czo­rem zaczy­nasz, szu­ka­jąc dobrej zabawy, a rano koń­czysz bła­ga­niem o wyba­cze­nie.

Boże, ależ chciało jej się rzy­gać. Buzo­wało jej w żołądku, paliło w obo­la­łym gar­dle, a i na dru­gim końcu, w tyłku, zapo­wia­dały się pro­blemy. Nad­psute wie­czorne mięso albo kiep­skie poranne per­spek­tywy. Pie­nią­dze, które stra­ciła, albo pie­nią­dze, które była winna. A może po pro­stu gnój na war­gach. Nie poma­gał też potworny smród bijący od piel­grzy­mów, któ­rzy mieli zakaz mycia się pod­czas dłu­giej wędrówki do Świę­tego Mia­sta. Zakryła usta rąb­kiem chu­sty i ukrad­kiem zer­k­nęła w tył, pomię­dzy lasem wznie­sio­nych ku niebu rąk...

- Tam jest!

Choćby nie wia­domo jak bar­dzo się sta­rała, ni­gdy nie potra­fiła wto­pić się w tłum. Łok­ciem szturch­nęła piel­grzyma z prze­pa­ską na oczach, prze­ci­snęła się obok dru­giego, który posu­wał się naprzód na pokry­tych stru­pami kola­nach, i naparła w głąb ulicy naj­szyb­ciej, jak się dało ze skrę­coną kostką - czyli sta­now­czo za wolno jak na jej gust. Ktoś w pobliżu gło­śno wyśpie­wy­wał hymny, licząc na parę mie­dzia­ków, ale w tle sły­szała odgłosy zamie­sza­nia za ple­cami. Może dopi­sze jej szczę­ście i wybuch­nie bójka. Świą­to­bliwi pąt­nicy potra­fili być nad­zwy­czaj draż­liwi, kiedy coś pró­bo­wało ich oddzie­lić od Wszech­mo­gą­cego.

Skrę­ciła za róg i zna­la­zła się na targu ryb­nym w cie­niu Bla­dych Sióstr. Sto kra­mów, tysiąc klien­tów, poiry­to­wany tar­gowy jazgot, słona mor­ska woń poran­nego połowu lśnią­cego w roz­wod­nio­nym bla­sku zimo­wego słońca.

Kątem oka dostrze­gła jakiś błysk i odru­chowo się uchy­liła. Dłoń intruza wyrwała jej włos z głowy, a Alex wśli­znęła się pod wóz, pra­wie dała się stra­to­wać tań­czą­cemu w miej­scu koniowi, wytur­lała się z dru­giej strony wprost pod czy­jeś nogi i zaczęła ucie­kać na czwo­ra­kach po roz­la­nej pod stra­ga­nami lodo­wa­tej mazi z ości, rybich bebe­chów i śluzu.

- Mam cię, kur­wi­szo­nie!

Ktoś zaci­snął dłoń na jej kostce i - mimo że paznok­ciami dłoni ryła bruzdy w rybiej mazi - wywlókł ją na świa­tło dzienne. To był jeden ze zbi­rów Bostra, ten w trój­gra­nia­stym kape­lu­szu, w któ­rym wyglą­dał jak nie­do­ro­biony pirat. Alex zerwała się na równe nogi i zaczęła go okła­dać pię­ściami. Tra­fiła go w poli­czek (źró­dłem paskud­nego chrzę­stu była nie­stety raczej jej dłoń niż jego kość jarz­mowa), a wtedy on zła­pał ją za nad­gar­stek i wykrę­cił jej rękę. Napluła mu w oko, a kiedy szarp­nął się do tyłu, kop­nęła go w kro­cze, aż się zato­czył, i mach­nęła na oślep wolną ręką. Mogą ją poko­nać, ale ni­gdy się nie podda. Jej palce na coś natra­fiły; zła­pała i z wrza­skiem wymie­rzyła tym czymś cios. Ciężki ron­del tra­fił pirata w poli­czek z dźwię­kiem dzwonu wzy­wa­ją­cego na nie­szpory, zrzu­cił mu ten głupi kape­lusz ze łba i powa­lił go na zie­mię. Chlu­snął gorący olej. Klienci się roz­pierz­chli.

Okrę­ciła się w miej­scu. Zle­piony rybną mazią kosmyk wło­sów kleił jej się do powiek. Twa­rze, wyba­łu­szone oczy, wyty­ka­jące ją palce, syl­wetki prze­py­cha­jące się przez tłum w jej stronę. Wsko­czyła na ladę naj­bliż­szego kramu, aż deski pod­sko­czyły na kozłach, gdy w biegu roz­trą­cała mor­skie skarby: ryby się rzu­cały, kraby chrzę­ściły, han­dlarki wyzy­wały ją od naj­gor­szych. Wybiła się do skoku na sąsied­nie sto­isko, ale pośli­znęła się na ogrom­nym pstrągu. Udało jej się zro­bić jesz­cze jeden roz­pacz­liwy krok, zanim upa­dła, grzmot­nęła bar­kiem o zie­mię i legła jak długa w desz­czu małży. Zasa­pana pozbie­rała się z ziemi i kuś­ty­ka­jąc, wpa­dła w zawa­lony śmie­ciami zaułek. Zdą­żyła zro­bić może cztery kroki, zanim zorien­to­wała się, że to ślepa uliczka.

Przy­kuc­nęła nie­ru­chomo, gapiąc się na mur i na prze­mian bez­rad­nie zaci­ska­jąc i roz­luź­nia­jąc pię­ści. Powoli, bar­dzo powoli się odwró­ciła.

U wylotu zaułka stał Bostro - z mocno zary­so­waną żuchwą, wsparty wiel­gach­nymi pię­ściami pod boki. Wielki czarny kawał zło­wiesz­czo­ści. Zacmo­kał z nie­sma­kiem.

Dołą­czył do niego jeden z jego zbi­rów, jesz­cze zdy­szany po pościgu - ten, który w uśmie­chu szcze­rzył brą­zowe zęby. Boże, co to był za widok. Jak już musiał tak suszyć tę zębi­ska, to przy­naj­mniej mógłby je myć. Cho­ciaż naj­le­piej, żeby jed­nak ich nie szcze­rzył.

- Bostro! - Alex przy­wo­łała na usta naj­lep­szy uśmiech, na jaki było ją stać, dopóki zia­jała jak zgo­niony pies. Czyli raczej marny, nawet wedle jej wła­snych stan­dar­dów. - Nie wie­dzia­łam, że to ty.

Jego wes­tchnie­nie było rów­nie cięż­kie jak on cały. Od lat zbie­rał hara­cze w imie­niu Papy Col­li­niego i bez wąt­pie­nia sły­szał już wszel­kie moż­liwe wymówki, kłam­stwa, uspra­wie­dli­wie­nia i smutne bajeczki, jakie tylko można sobie wyobra­zić - i zapewne także kilka takich, które wyobra­zić sobie trudno. Słowa Alex nie zro­biły na nim wra­że­nia.

- Już czas, Alex - powie­dział. - Papa chce dostać swoje pie­nią­dze.

- Natu­ral­nie. - Poka­zała mu pękatą sakiewkę. - Tu jest cała suma.

Rzu­ciła mu sakiewkę i jed­no­cze­śnie rzu­ciła się do ucieczki, ale byli na to przy­go­to­wani. Bostro zła­pał sakiewkę, a jego gów­no­zęby kum­pel chwy­cił Alex za rękę, obró­cił ją w miej­scu i pchnął na ścianę, tak że ude­rzyła głową o cegły i pole­ciała w zale­ga­jące na bruku odpadki.

Bostro otwo­rzył sakiewkę i zmie­rzył wzro­kiem jej zawar­tość.

- A to ci zasko­cze­nie... - Odwró­cił ją do góry nogami. Ze środka wysy­pała się zie­mia. - Twoja sakiewka jest gówno warta. Tak jak ty.

Do dru­żyny dołą­czył nie­do­szły pirat z różo­wym śla­dem patelni na policzku.

- Uwa­żaj­cie na nią - ostrzegł, przy­wra­ca­jąc kształt zde­for­mo­wa­nemu i uświ­nio­nemu rybami kape­lu­szowi. - Zago­niona w kozi róg bole­śnie kąsa. Jak wygłod­niała łasica.

W prze­szło­ści obrzu­cano ją gor­szymi epi­te­tami.

- Posłu­chaj­cie - zachry­piała, gra­mo­ląc się ze śmiet­ni­ska. Prze­szło jej przez myśl, że może mieć zła­many bark, po czym, kiedy spró­bo­wała go obma­cać, doszła do wnio­sku, że poła­mała także kości dłoni. - Przy­niosę mu pie­nią­dze. Zała­twię całą sumę! - Jak? - zapy­tał Bostro.

Wyjęła z kie­szeni szmatkę i roz­wi­nęła ją z nale­żytą rewe­ren­cją.

- Oto paliczki Świę­tego Lucju­sza...

Ten w kape­lu­szu wytrą­cił je z jej ręki.

- Umiem roz­po­znać psią łapę, ty kłam­liwa suko.

To było nie­po­ko­jące, zwłasz­cza jeśli wziąć pod uwagę, ile wysiłku wło­żyła w spi­ło­wa­nie pazu­rów.

- Posłu­chaj­cie. - Unio­sła poobi­jane, roz­trzę­sione, zary­białe dło­nie w obron­nym geście i zaczęła się cofać w głąb zaułka, który jed­nak szybko koń­czył się za jej ple­cami. - Daj­cie mi wię­cej czasu...

- Papa już ci dał wię­cej czasu - zauwa­żył Bostro, idąc za nią. - I ten czas wła­śnie się skoń­czył.

- To nawet nie jest mój dług! - jęk­nęła, cał­kiem słusz­nie zresztą, tyle że nie na temat.

- Papa prze­strze­gał cię przed bra­niem go na sie­bie, prawda? A jed­nak się zgo­dzi­łaś.

To rów­nież była prawda, w dodatku bar­dzo na temat.

- Jestem wypła­calna! - Jej głos brzmiał coraz bar­dziej piskli­wie. - Możesz mi zaufać!

- Nie jesteś i nie mogę. Oboje o tym wiemy.

- Pójdę do przy­ja­ciela!

- Ty nie masz przy­ja­ciół.

- Coś wymy­ślę, zawsze coś wymy­ślam!

- Tym razem niczego nie wymy­śli­łaś i dla­tego tu jeste­śmy. Przy­trzy­maj­cie ją.

Zdrową ręką ude­rzyła Gów­no­zę­bego, który jed­nak pra­wie tego nie zauwa­żył. Zła­pał ją za ramię powy­żej łok­cia, pirat chwy­cił za dru­gie. Wierz­gała, szar­pała się, wrzesz­czała o pomoc jak zakon­nica napad­nięta przez rabu­siów. Mogą ją poko­nać, ale ni­gdy się nie...

Bostro grzmot­nął ją pię­ścią w brzuch.

Odgłos był taki, jakby sta­jenny upu­ścił mokre sio­dło na zie­mię. Wszelka wola walki natych­miast ją opu­ściła. Oczy wyszły jej z orbit, kolana się pod nią ugięły i zwi­sła bez­wład­nie w uści­sku. Sap­nęła gło­śno, prze­cią­gle, o krok od wymio­tów, i doszła do wnio­sku, że może tym razem jed­nak lepiej będzie się pod­dać.

Cios w brzuch zadany przez kogoś dwa razy więk­szego naprawdę nie ma w sobie nic z roman­ty­zmu - zwłasz­cza kiedy jedyne, czego możesz ocze­ki­wać w następ­nej kolej­no­ści, jest dru­gie takie samo ude­rze­nie. Bostro jedną ręką zła­pał ją za gar­dło i jej sapa­nie prze­szło w wil­gotny gul­got. Drugą ręką wyjął cęgi.

Żela­zne. Błysz­czące. Wypo­le­ro­wane od czę­stego uży­wa­nia.

Nie wyglą­dał na szczę­śli­wego, ale mimo wszystko to zro­bił.

- Co wolisz? - zapy­tał. - Zęby czy palce?

- Zacze­kaj. - Zaśli­niła się, omal nie połknęła języka. Jak długo grała na zwłokę? Jesz­cze tydzień, może dwa. Jesz­cze godzina, góra dwie. A teraz pozo­stało jej bła­gać o jesz­cze jedną chwilę. - Zacze­kaj - powtó­rzyła.

- Wybie­raj! - wark­nął Bostro. Przy­bli­żył cęgi do jej twa­rzy, tak że musiała zro­bić zeza, żeby na nie spoj­rzeć. - Bo ina­czej wiesz, co będzie: jedno i dru­gie.

- Jedną chwi­leczkę! - zabrzmiał prze­ni­kliwy, roz­ka­zu­jący głos.

Wszy­scy odwró­cili się jed­no­cze­śnie: Bostro, dwa zbiry, nawet Alex, cho­ciaż jej, jako na wpół udu­szo­nej, przy­szło to z nie­ja­kim tru­dem.

U wylotu uliczki stał wysoki, przy­stojny męż­czy­zna. W swoim fachu nauczyła się jed­nym spoj­rze­niem oce­niać zamoż­ność ofiary; musiała wie­dzieć, czy ktoś jest wystar­cza­jąco bogaty, żeby opła­cało się go okan­to­wać, czy może zbyt bogaty i poten­cjal­nie nie­wart zachodu. Ten czło­wiek był bar­dzo bogaty. Jego pele­ryna miała lekko poprze­cie­rany rąbek, ale była uszyta z dobrego jedwa­biu i hafto­wana w smoki. Złotą nicią.

- Jestem diuk Michael z Nicei. - Istot­nie, mówił z lek­kim wschod­nim akcen­tem. Obok niego drep­tał pośpiesz­nie łysy jego­mość, któ­remu pot per­lił się na czole. - To mój sługa, Euse­bius. Wszy­scy patrzyli na nie­spo­dzie­wa­nych przy­by­szów. Tak zwany "diuk" patrzył na Alex. Ma miły wyraz twa­rzy, pomy­ślała. Ale sama też potra­fiła mieć miły wyraz twa­rzy, a prze­cież była zło­dziej­ską suczą. Każdy potwier­dzi.

- Ty jesteś Alex, jeśli się nie mylę?

- Nie mylisz się - powie­dział Bostro.

- Masz zna­mię poni­żej ucha?

Bostro prze­su­nął kciuk i uniósł brwi na widok odsło­nię­tego w ten spo­sób skrawka szyi.

- Ma - potwier­dził.

- Na wszyst­kich świę­tych... - Diuk Michael zamknął oczy i wziął bar­dzo głę­boki wdech. Kiedy roz­chyli powieki, można było pomy­śleć, że ma łzy w oczach. - Ty żyjesz.

- Na razie tak - wyrzę­ziła Alex, korzy­sta­jąc z faktu, że uścisk Bostra nieco zelżał. Była tak samo wstrzą­śnięta jak napast­nicy, ale wygrywa ten, kto naj­szyb­ciej otrzą­śnie się z szoku i zacznie szu­kać zysków dla sie­bie.

- Pano­wie! - obwie­ścił diuk. - Przed­sta­wiam wam Jej Wyso­kość księż­niczkę Alek­sję Pyro­gen­ne­tos, dawno zagi­nioną córkę cesa­rzo­wej Ireny i pra­wo­witą dzie­dziczkę Wężo­wego Tronu Troi.

Bostro bez wąt­pie­nia sły­szał już wszel­kie moż­liwe wymówki, kłam­stwa, uspra­wie­dli­wie­nia i smutne bajeczki, jakie tylko można sobie wyobra­zić, ale na te słowa nawet on zare­ago­wał unie­sie­niem brwi. Zmru­żył oczy i spoj­rzał na Alex z taką miną, jakby ktoś pró­bo­wał mu wmó­wić, że bobek, który na jego oczach został wyci­śnięty z koziego zadka, to w rze­czy­wi­sto­ści złoty samo­ro­dek. A jej nie pozo­stało nic innego jak tylko bar­dzo wyra­zi­ście wzru­szyć ramio­nami. Nazy­wano ją oszustką, kan­ciarką, prze­wa­laczką, zło­dziejką, suką, zło­dziej­ską suką, pod­stępną mendą, kłam­liwą gnidą - a to i tak były wyłącz­nie te epi­tety, które poczy­ty­wała sobie za kom­ple­menty. Za to, o ile pamięć jej nie myliła, ni­gdy, ale to ni­gdy nikt nie nazwał jej księż­niczką. Nawet w naj­bar­dziej nie­śmiesz­nych żar­tach.

Twarz Gów­no­zę­bego wykrzy­wiła się w gry­ma­sie tak gwał­tow­nym, że odsło­niły się - zwy­kle nie­wi­doczne - jesz­cze bar­dziej gów­niane zęby w głębi jego ust.

- Że niby kogo, do kurwy nędzy?

Diuk Michael mie­rzył wzro­kiem Alex zwi­sa­jącą pomię­dzy dwoma ban­dzio­rami jak tani dywa­nik pod­czas dorocz­nego trze­pa­nia.

- Przy­znaję, że nie wygląda w tej chwili zbyt... księż­nicz­ko­wato, ale jest, kim jest, i wszy­scy będziemy musieli z tym jakoś żyć. Dla­tego nale­gam, aby­ście co rychlej oswo­bo­dzili kró­lew­ską osobę.

- Że co? - zapy­tał nie­do­szły pirat.

- Puść­cie ją. - Polor diuka lekko osłabł. Alex dostrze­gła pod nim coś twar­dego i nie­złom­nego. - Ale już.

Bostro spo­chmur­niał.

- Kłam­liwa gnida wisi pie­nią­dze naszemu sze­fowi.

Pirat wyjął ząb z zakrwa­wio­nego dzią­sła.

- Szczu­rza łajza wybiła mi ząb!

- Szkoda. - Diuk uniósł brwi. - Cał­kiem ładny.

Zbir ze zło­ścią odrzu­cił ząb.

- Lubi­łem go, kurna.

- Rozu­miem, że spo­tkały panów pewne nie­do­god­no­ści. - Diuk się­gnął do kie­szeni hafto­wa­nej zło­tem pele­ryny. - Bóg mi świad­kiem, wiem dosko­nale, jak nie­sforne bywają księż­niczki. Dla­tego... - Wyjął kilka monet, które zabły­sły w słońcu. - Mam tu coś dla was. - Dwie monety scho­wał, resztę rzu­cił na uświ­niony bruk. - Za fatygę.

Bostro spoj­rzał w dół. Monety zro­biły na nim wra­że­nie nie więk­sze niż zie­mia wysy­pu­jąca się z sakiewki Alex.

- Mówi­łeś, zdaje się, że to księż­niczka, kurwa.

- Herol­do­wie zazwy­czaj pomi­jają tę "kurwę" na końcu, ale tak. Zga­dza się.

- I co, tyle ma być warte jej życie?

- Nie, skądże.

Euse­bius przy­klęk­nął na jedno kolano, roz­chy­lił poły płasz­cza i wyjął noszony w zana­drzu pokaź­nych roz­mia­rów miecz. Popla­mioną pochwę zdo­bił deli­katny srebrny gra­we­ru­nek.

Sługa pochy­lił miecz ręko­je­ścią naprzód, pod­su­wa­jąc swo­jemu panu poobi­janą gło­wicę.

Książę dotknął jej pal­cem.

- Tyle warte jest wasze.

Trzynasta Cnota

- Jestem...

Brat Diaz wypu­ścił z ręki rąbek habitu, który musiał wcze­śniej pod­ka­sać do wyso­ko­ści kolan jak pode­ner­wo­wana panna młoda, która spóź­niła się na wła­sny ślub. Kla­ska­nie jego stóp nio­sło się echem wśród wypo­le­ro­wa­nych jak lustra mar­mu­rów, gdy coraz bar­dziej prze­ra­żony i zady­szany pędził przez labi­rynt kory­ta­rzy Nie­biań­skiego Pałacu.

- Jestem...

Pośli­znął się na pla­mie świe­żej śliny w miej­scu, gdzie grupa wysoko usto­sun­ko­wa­nych piel­grzy­mów wyli­zy­wała posadzkę do czy­sta, nogi mu się roz­je­chały i chyba coś sobie zro­bił w kro­cze. Było mu bar­dzo daleko do dum­nej, god­nej pozy, o jakiej przy­bra­niu marzył, kiedy snuł plany prze­mie­rza­nia tych uświę­co­nych wnętrz na spo­tka­nie z tą, która naresz­cie doceni jego war­tość. Na Boga, ależ krę­ciło mu się w gło­wie. Zemdleje za chwilę? Umrze?!

- Brat Edu­ardo Diaz? - zapy­tała nad­zwy­czaj­nie wysoka sekre­tarka.

Nazwi­sko brzmiało zna­jomo.

- Chyba tak... - Wsparł się obiema pię­ściami na biurku, dyszał roz­pacz­li­wie i jed­no­cze­śnie sta­rał się wyglą­dać na czło­wieka god­nego miej­sca w samym środku kościel­nej hie­rar­chii. - I mogę tylko... prze­pro­sić... za spóź­nie­nie. - Hero­icz­nym wysił­kiem woli powstrzy­mał wymioty. - Dziś dzień Świę­tego Elfryka! Prze­klęte poda­growe tłumy wyle­gły na ulice, a mój woź­nica...

- Jesteś przed cza­sem.

- ...był do niczego, dla­tego się... Że co?

- To Święte Mia­sto, bra­cie. - Sekre­tarka wzru­szyła ramio­nami. - Codzien­nie składa się tu hołd przy­naj­mniej jed­nemu świę­temu. Wszy­scy wszę­dzie się spóź­niają. Dla­tego sto­sow­nie mody­fi­ku­jemy ter­mi­narz.

Diaz aż oklapł z ulgi. Prze­słodka Święta Beatry­cze jed­nak go nie zawio­dła! Mógłby uklęk­nąć i zapła­kać tu i teraz, tak jak stał, bał się jed­nak, że wtedy nie zdoła się już pod­nieść.

- Bez obaw. - Sekre­tarka zeszła z cze­goś, co musiało być bar­dzo wyso­kim tabo­re­tem, i nagle oka­zała się zaska­ku­jąco niziutka. - Kar­dy­nała Zizka zro­biła miej­sce w swoim kalen­da­rzu i popro­siła, żeby zapro­wa­dzić cię do niej, gdy tylko się zja­wisz. Zama­szy­stym, god­nym wodzi­reja gestem wska­zała drzwi.

Obok nich na ławce sie­dział potężny męż­czy­zna o grubo cio­sa­nych rysach i sęka­tych pal­cach; być może on rów­nież cze­kał na wyzna­czone spo­tka­nie. Wpa­try­wał się w brata Diaza sza­rymi oczami i tkwił w tak abso­lut­nym bez­ru­chu, jakby cały Nie­biań­ski Pałac wybu­do­wano wokół niego. Krótko przy­strzy­żone sta­lo­wo­siwe włosy odsła­niały dwie pokaźne bli­zny na czaszce, rów­nie krótki zarost - trzy kolejne na bro­dzie, a brwi skła­dały się głów­nie z blizn zamiast wło­sów. Wyglą­dał jak czło­wiek, który przez pół życia spa­dał z wiel­kiej góry. Naj­praw­do­po­dob­niej góry sie­kier. - Zaraz... - mruk­nął brat Diaz. - Kar­dy­nała Zizka?

- Zga­dza się.

- Myśla­łem, że mam się spo­tkać z Jej Świą­to­bli­wo­ścią. Mia­łem zostać wyzna­czony do obję­cia bene­fi­cjum.

- Nie.

Czyżby jed­nak rze­czy ukła­dały się po jego myśli? Jej Świą­to­bli­wość mogła wpraw­dzie być Ser­cem Kościoła, ale codzien­nie obsa­dzała tysiące mało waż­nych sta­no­wisk tysią­cami mało waż­nych księży, mni­chów i sióstr zakon­nych, poświę­ca­jąc im zapewne nie wię­cej uwagi, niż zbie­racz wino­gron poje­dyn­czym owo­com.

Nato­miast spo­tka­nie z Zizką, prze­ło­żoną Kurii Ziem­skiej, to coś zupeł­nie innego. Nie­kwe­stio­no­wana wład­czyni roz­le­głej biu­ro­kra­cji Kościoła i zarząd­czyni jego kolo­sal­nych zysków, która zauwa­żała tylko ludzi war­tych zauwa­że­nia, spe­cjal­nie dla niego zro­biła miej­sce w swoim kalen­da­rzu.

- No dobrze.

Otarł pot z czoła, osu­szył chu­s­teczką górną wargę, obcią­gnął krzywo ukła­da­jący się habit i zaczął się uśmie­chać po raz pierw­szy, odkąd prze­kro­czył bramy Świę­tego Mia­sta. Wyglą­dało na to, że prze­słodka Święta Beatry­cze prze­szła samą sie­bie.

- Pro­szę mnie zatem zapo­wie­dzieć!

Zwa­żyw­szy, że kar­dy­nała Zizka zasia­dała na samych szczy­tach kościel­nej hie­rar­chii, jej gabi­net pre­zen­to­wał się z lekka roz­cza­ro­wu­jąco. Ow­szem, był ogromny jak na stan­dardy wiej­skiego mni­cha, ale zara­zem potwor­nie zagra­cony osza­ła­mia­ją­cymi sto­sami papie­rzysk, które - naje­żone ozdob­nymi chwo­stami, zakład­kami i pie­czę­ciami - pię­trzyły się na ławach po obu stro­nach od wej­ścia z pre­cy­zją dwóch wro­gich armii szy­ku­ją­cych się do bitwy. Brat Diaz spo­dzie­wał się świet­no­ści: fre­sków, aksa­mi­tów, mar­mu­rów i poupy­cha­nych po kątach zło­co­nych che­ru­bi­nów. Tym­cza­sem sprzęty, jakie udało się wci­snąć na wąski pasek pustej pod­łogi pomię­dzy dwoma urwi­skami biu­ro­kra­cji, w naj­lep­szym razie dałoby się opi­sać jako nie­cie­kawe i funk­cjo­nalne. Lita kamienna ściana w głębi była oso­bli­wie pofa­lo­wana, tak jakby roz­to­piła się, spły­nęła, a następ­nie zasty­gła; naj­praw­do­po­dob­niej sta­no­wiła pozo­sta­łość pra­sta­rych ruin, na któ­rych wybu­do­wano Nie­biań­ski Pałac. Jedyną deko­ra­cję sta­no­wił nie­duży, za to dość bru­talny obraz przed­sta­wia­jący biczo­wa­nie Świę­tego Bar­naby.

Na pierw­szy rzut oka kar­dy­nała też nie dora­stała do ocze­ki­wań brata Diaza: krzepka, z gęstą szopą szpa­ko­wa­tych wło­sów, była zajęta zdej­mo­wa­niem papie­rów ze stosu po lewej stro­nie, opa­try­wa­niem ich roz­cza­ro­wu­jąco nie­chluj­nym pod­pi­sem i odkła­da­niem na stos po pra­wej. Urzę­dowy złoty łań­cuch zawie­siła na wysta­ją­cym ozdob­niku opar­cia krze­sła, a zamiast tego przód szkar­łat­nej szaty miała przy­ozdo­biony okru­chami jedze­nia. Gdyby nie czer­wony kar­dy­nal­ski kape­lusz, leżący do góry nogami na bla­cie biurka, Diaz mógłby pomy­śleć, że zna­lazł się w biu­rze jakie­goś pomniej­szego gry­zi­piórka zaję­tego pospo­li­tymi gry­zi­piór­ko­wymi spra­wami. Jed­na­ko­woż - jak lubiła powta­rzać jego matka - nie był to by­naj­mniej powód, by uchy­biać wła­snym wyso­kim stan­dar­dom.

- Emi­nen­cjo - ode­zwał się i zapre­zen­to­wał swój naj­lep­szy ofi­cjalny ukłon.

Nie­po­trzeb­nie się sta­rał, bo kar­dy­nała nie ode­rwała wzroku od skro­bią­cego po papie­rze pióra.

- Brat Diaz - zachry­piała. - Jak ci się podoba Święte Mia­sto?

Odchrząk­nął uprzej­mie.

- To miej­sce prze­peł­nione nad­zwy­czajną... ducho­wo­ścią?

- O tak, bez wąt­pie­nia. Gdzież indziej można kupić zasu­szony penis Świę­tego Eusta­chego na trzech róż­nych stra­ga­nach odle­głych jeden od dru­giego nie dalej niż o milę?

Brat Diaz poczuł się roz­pacz­li­wie zagu­biony, nie wie­dząc, czy trak­to­wać te słowa jako żart, czy raczej zja­dliwe oskar­że­nie. Osta­tecz­nie posta­no­wił połą­czyć oba te zna­cze­nia w jedno: uśmiech­nął się i jed­no­cze­śnie pokrę­cił głową.

- Istny cud, zaprawdę - wymam­ro­tał.

Na szczę­ście kar­dy­nała w dal­szym ciągu nie pod­nio­sła wzroku.

- Twój opat wypo­wiada się o tobie w samych super­la­ty­wach.

Spró­bo­wałby nie, pomy­ślał Diaz. Po tych wszyst­kich przy­słu­gach, jakie mu wyświad­czy­łem.

- Twier­dzi, że wasz klasz­tor od lat nie widział tak obie­cu­ją­cego zarządcy.

- To opi­nia aż nazbyt łaskawa, Wasza Emi­nen­cjo. - Diaz obli­zał wargi na myśl o tym, że miałby się wyrwać z duszą­cych klasz­tor­nych murów i upo­mnieć o wszystko, co mu się należy. - Waszej Emi­nen­cji jestem jed­nak gotów słu­żyć w każ­dej roli, jaką Emi­nen­cja uzna za nie­zbędną, w gra­ni­cach moich...

Aż pod­sko­czył, kiedy za jego ple­cami drzwi zatrza­snęły się z gło­śnym hukiem. Odwró­cił się i stwier­dził, że to szpa­ko­waty olbrzym, sie­dzący wcze­śniej na ławce w sekre­ta­ria­cie, wszedł za nim do kar­dy­nal­skiego gabi­netu. Wyszcze­rzył poobi­jane zęby i zasiadł na jed­nym z twar­dych krze­seł przy biurku.

- ...w gra­ni­cach moich... - pod­jął brat Diaz upar­cie, choć nie­pew­nie - ...talen­tów i moż­li­wo­ści...

- To dla mnie wielka pocie­cha, naprawdę.

Jej Emi­nen­cja wresz­cie rzu­ciła pióro, ostroż­nie poło­żyła ostatni doku­ment na szczy­cie wła­ści­wej sterty, potarła uma­zany atra­men­tem palec wska­zu­jący o uma­zany atra­men­tem kciuk i unio­sła wzrok.

Brat Diaz prze­łknął z wysił­kiem ślinę. Kar­dy­nała mogła urzę­do­wać w nija­kim biu­rze wśród nija­kich mebli i mieć palce ubru­dzone atra­men­tem jak pierw­szy lep­szy skryba, ale jej oczy były oczami smoka, i to wyjąt­kowo dra­pież­nego, onie­śmie­la­ją­cego smoka, który nie znosi głup­ców.

- To jest Jakob z Toru­nia - powie­działa.

Ski­nie­niem głowy wska­zała dru­giego z gości. Jego twarz, przy­wo­dząca na myśl pień do rąba­nia mięsa, już wcze­śniej, na kory­ta­rzu, przy­pra­wiała Diaza o lekki nie­po­kój; teraz, na pry­wat­nym spo­tka­niu z kar­dy­nałą, budziła zgrozę. W podobny spo­sób widok żebraka na progu naszego domu uzna­li­by­śmy za led­wie nie­smaczny, ale jego obec­ność w łóżku byłaby alar­mu­jąca.

- Tem­pla­riusz w służ­bie Jej Świą­to­bli­wo­ści - cią­gnęła Zizka. Jej słowa ani niczego nie wyja­śniały, ani nie przy­czy­niały się do uspo­ko­je­nia brata Diaza. - Ma wie­lo­let­nie doświad­cze­nie.

- Wie­lo­let­nie. - Słowo dobyło się z nie­ru­cho­mych ust ryce­rza z chrzę­stem gar­ści sta­rego żwiru syp­nię­tej w nowe tryby kru­szarki.

- Jego rada i prze­wod­nic­two będą dla cie­bie nie­oce­nioną pomocą. Jego miecz rów­nież.

- Jego... miecz? - Brat Diaz nie bar­dzo wie­dział, dokąd zmie­rza ta roz­mowa, ale myśl, że u jej celu miałby potrze­bo­wać mie­cza, zupeł­nie mu się nie podo­bała.

Kar­dy­nała leciu­teńko zmru­żyła oczy.

- Żyjemy w nie­bez­piecz­nym świe­cie.

- Tak? - zdzi­wił się Diaz, po czym prze­my­ślał sprawę i posta­no­wił zmie­nić pyta­nie naj­pierw w nie­we­sołą reflek­sję: - Chyba tak. - A potem w posępne stwier­dze­nie faktu: - Istot­nie, nie­bez­piecz­nym.

Oczy­wi­ście nie doty­czyło to jego oso­bi­ście.

On bowiem żył w małej, lecz - jak teraz sobie uświa­do­mił - cał­kiem wygod­nej celi z wido­kiem na morze i oknem, przez które o tej porze roku zawie­wał zefi­rek nio­sący woń jałowca. Drę­czyło go nie­ja­sne podej­rze­nie, że woń jałowca nie należy do nie­bez­pie­czeństw, które Zizka ma na myśli. I rze­czy­wi­ście, to podej­rze­nie wkrótce się potwier­dziło.

- Trwa schi­zma pomię­dzy Kościo­łem Wschod­nim i Zachod­nim. - Jej Emi­nen­cja zda­wała się patrzeć przez jego głowę na wskroś, w prze­strzeń, w któ­rej roiło się od nie­bez­pie­czeństw.

- O ile mi wia­domo, obrady Pięt­na­stej Wiel­kiej Rady Eku­me­nicz­nej nie przy­bli­żyły nas do roz­wią­za­nia palą­cych pro­ble­mów - żalił się brat Diaz.

Miał nadzieję zaim­po­no­wać kar­dy­nale jed­no­cze­śnie swoją świa­do­mo­ścią bie­żą­cych wyda­rzeń i wie­dzą z dzie­dziny teo­lo­gii. Wie­dział, że Kościół Wschodni wyświęca męż­czyzn na księży, jego duchowni noszą koła zamiast obrę­czy oraz że toczy się jakiś zaja­dły spór o datę Wiel­kiej­nocy, ale w grun­cie rze­czy nie miał zie­lo­nego poję­cia o głęb­szych przy­czy­nach roz­łamu. Ostat­nio mało kto się w nich roze­zna­wał.

- Wielu zachłan­nych euro­pej­skich ksią­żąt igno­ruje swoje święte obo­wiązki. Zamiast tego wykłó­cają się mię­dzy sobą o wła­dzę docze­sną.

Brat Diaz wzniósł w poboż­nym geście oczy ku sufi­towi.

- W przy­szłym życiu wszyst­kich ich czeka spra­wie­dliwy sąd.

- Oso­bi­ście wola­ła­bym nie cze­kać tak długo - odparła kar­dy­nała tonem, od któ­rego Diaz dostał gęsiej skórki na rękach. - Nas tym­cza­sem drę­czy praw­dziwa plaga wsze­la­kich potwo­rów, dia­bli­ków, trolli, wiedźm, cza­row­ni­ków i innych adep­tów mają­cej wiele oblicz Czar­nej Sztuki.

Brat Diaz, który chwi­lowo zapo­mniał języka w gębie, zado­wo­lił się nakre­śle­niem znaku obrę­czy na piersi.

- Nie mówiąc już o innych, jesz­cze okrop­niej­szych isto­tach, które w sko­wy­czą­cej poza gra­ni­cami świata wie­ku­istej nocy knują zagładę wszel­kiego stwo­rze­nia.

- Demony, Wasza Emi­nen­cjo? - wyszep­tał brat Diaz, z jesz­cze więk­szym entu­zja­zmem niż przed chwilą rysu­jąc kółko na prze­dzie habitu.

- Do tego docho­dzi jesz­cze apo­ka­lip­tyczne zagro­że­nie ze strony elfów, ma się rozu­mieć. Nie zostaną na zawsze w Ziemi Świę­tej. Nie­przy­ja­ciele Boga ponow­nie wyroją się ze wschodu, nio­sąc strasz­liwy ogień, nie­czy­stą tru­ci­znę i ten swój prze­klęty ape­tyt.

- Niech ich wszy­scy dia­bli - zachry­piał brat Diaz. Jesz­cze tro­chę i wytarłby w habi­cie trwały okrąg. - Czy to pewna infor­ma­cja, Emi­nen­cjo?

- Zasię­gnę­li­śmy rady Wyroczni Nie­biań­skiego Chóru. Słowa, które usły­sze­li­śmy, nie pozo­sta­wiają wąt­pli­wo­ści. Świat tonie w ciem­no­ści, w któ­rej nasz Kościół jest jedy­nym punk­ci­kiem świa­tła. Jedyną nadzieją ludz­ko­ści. Czy my, ludzie prawi, możemy dopu­ścić do tego, by to świa­tło zga­sło?

No, to było łatwe. Diaz z zapa­łem pokrę­cił głową.

- W żad­nym razie, Emi­nen­cjo.

- W bitwie tego, czego nie można nazwać ina­czej niż tylko "dobrem", z tym, co nie spo­sób okre­ślić sło­wem innym niż "zło", prze­grana nie wcho­dzi w grę.

- Abso­lut­nie. - Brat Diaz poki­wał z oży­wie­niem głową.

- Stawką jest całe Boże stwo­rze­nie wraz ze wszyst­kimi zawar­tymi w nim duszami, dla­tego umiar byłby sza­leń­stwem. Byłby tchórz­li­wym zanie­cha­niem naszego świę­tego obo­wiązku. Byłby grze­chem.

Diaz miał nie­wy­raźne prze­czu­cie, że wkra­cza na grzą­ski teo­lo­gicz­nie grunt, niczym nie­zdarny niedź­wiedź, który w pogoni za kró­li­kami zapu­ścił się na nie do końca zamar­z­niętą taflę jeziora.

- Zna­czy...

- Przy takiej stawce przy­cho­dzi chwila, w któ­rej obiek­cje natury moral­nej same w sobie stają się nie­mo­ralne.

- Naprawdę? To zna­czy tak, rozu­miem. Oczy­wi­ście. Nie­mo­ralne. Stają się nie­mo­ralne. Ale naprawdę?

Kar­dy­nała się uśmiech­nęła. Z jakie­goś powodu jej uśmiech był nawet bar­dziej nie­po­ko­jący niż wcze­śniej­sza mar­sowa mina.

- Sły­sza­łeś o Kaplicy Świę­tej Koniecz­no­ści?

- Czy sły­sza­łem... Nie, nie wydaje mi się...

- To jedna z trzy­na­stu Kaplic w Nie­biań­skim Pałacu. Jedna z naj­star­szych, rów­nie stara jak sam Kościół.

- Myśla­łem, że kaplic jest dwa­na­ście, po jed­nej na każdą z Cnót.

- Cza­sami zacho­dzi koniecz­ność zacią­gnię­cia zasłony nad pew­nymi god­nymi poża­ło­wa­nia fak­tami. Jed­nakże tutaj, w samym sercu Kościoła, musimy się­gać wzro­kiem dalej niż tylko pozory Cnót. Musimy zmie­rzyć się ze świa­tem takim, jaki jest naprawdę.

Czy to miała być jakaś próba? Brat Diaz miał szczerą nadzieję, że tak wła­śnie jest, na Boga. Tyle że, jeśli miał rację, to zupeł­nie nie wie­dział, co zro­bić, żeby tę próbę przejść.

- Ja... ehm...

- Kościół musi pozo­stać wierny naukom naszej Zba­wi­cielki, to rzecz oczy­wi­sta. Ist­nieją jed­nak pewne nie­unik­nione zada­nia i prze­zna­czone do ich reali­za­cji metody, do któ­rych ludzie wiel­kiej wiary i nie­po­szla­ko­wa­nej moral­no­ści... nie są stwo­rzeni.

Brat Diaz pomy­ślał, że gdyby odpo­wied­nio mocno przy­mknąć oko, to rze­czy­wi­ście można by przed­sta­wić taką argu­men­ta­cję, sam jed­nak nie zamie­rzał zna­leźć się w jej pobliżu. Zer­k­nął na Jakoba z Toru­nia, ale nie zna­lazł u niego żad­nej pomocy. Jakob z Toru­nia wyglą­dał na czło­wieka, któ­rego metody dzia­ła­nia są bar­dzo dale­kie od nie­po­szla­ko­wa­nych.

- Nie jestem pewien, czy dobrze rozu­miem...

- Rze­czone zada­nia podej­muje, a metody wyko­rzy­stuje zgro­ma­dze­nie Kaplicy Świę­tej Koniecz­no­ści.

- Zgro­ma­dze­nie, tak?

- Na któ­rego czele stoi pra­łat. - Zizka zna­cząco unio­sła brwi.

Bez­radny brat Diaz odpo­wie­dział podob­nym, choć mimo­wol­nym, gestem. Nie­pew­nie przy­tknął palec do piersi.

- Jej Świą­to­bli­wość posta­no­wiła powie­rzyć tę zaszczytną god­ność wła­śnie tobie. Bap­ti­ste przed­stawi cię twoim pod­wład­nym.

Brat Diaz po raz drugi odwró­cił się pośpiesz­nie i tym razem ujrzał kobietę, która z rękami skrzy­żo­wa­nymi na piersi stała oparta o ścianę za jego ple­cami. Nie umiał powie­dzieć, czy wśli­znęła się bez­sze­lest­nie do gabi­netu już po jego przy­by­ciu, czy też stała tam od samego początku, ale żadna z tych dwóch ewen­tu­al­no­ści mu się nie podo­bała. Trudno było okre­ślić jej pocho­dze­nie, Diaz mógł co naj­wy­żej domy­ślać się, że uro­dziła się na któ­rymś z licz­nych wybrzeży Morza Śród­ziem­nego, ale natych­miast doszedł do wnio­sku, że może być rów­nie nie­bez­pieczna jak Jakob z Toru­nia - tyle że z zupeł­nie prze­ciw­nych powo­dów. Jej strój był krzy­kliwy i eks­tra­wa­gancki, on ubie­rał się jak skoń­czony abne­gat. Jej sze­roka twarz była żywa i wyra­zi­sta, jego obli­cze - skraj­nie surowe. Ona rów­nież miała bli­zny: jedna prze­ci­nała jej obie wargi, druga, poni­żej kącika oka, przy­wo­dziła na myśl łzę i dziw­nie kon­tra­sto­wała z cza­ją­cym się na ustach gry­ma­sem roz­ba­wie­nia.

Kobieta zdjęła ozdo­biony zło­tymi frędz­lami kape­lusz i skło­niła się tak nisko, że jej ciemne, krę­cone włosy zamio­tły pod­łogę, po czym wypro­sto­wała się i znów oparła ple­cami o ścianę. Skrzy­żo­wała nogi w kost­kach (miała złote sprzączki przy butach) w geście non­sza­lan­cji, która zda­wała się wręcz obe­lżywa w obli­czu nara­sta­ją­cej paniki brata Diaza.

- Czy ona... też należy do mojej trzódki? - wyją­kał.

Gry­mas roz­ba­wie­nia roz­kwitł w uśmiech od ucha do ucha.

- Bee-e-e.

- Zwa­żyw­szy na nie­zwy­kły cha­rak­ter kaplicy, Bap­ti­ste można by nazwać... - kar­dy­nała z namy­słem zmie­rzyła kobietę wzro­kiem - ...świecką duchowną?

Jakob z Toru­nia zare­ago­wał oso­bli­wym prych­nię­ciem, które - gdyby dobyło się z innych ust - brat Diaz mógłby uznać za śmiech.

- Spę­dzi­łam kilka tygo­dni w klasz­to­rze. - Bap­ti­ste upchnęła roz­czo­chrane włosy pod kape­lu­szem. Kilka nie­sfor­nych loków wymknęło się spod niego. - Cho­ciaż wciąż sporo mi bra­kło do wyświę­ce­nia. Zakon­nice nie były zachwy­cone, ale potrze­bo­wały pie­nię­dzy.

- Zakon­nice? - powtó­rzył brat Diaz.

- Zakon­nice też muszą pić, bra­cie. Jak my wszy­scy. Może nawet tro­chę wię­cej. Poczy­tuję sobie za zaszczyt, że mogłam asy­sto­wać kil­korgu wcze­śniej­szym pra­ła­tom, w tym także two­jej bez­po­śred­niej poprzed­niczce.

- Asy­sto­wać... w jakim cha­rak­te­rze? - zapy­tał Diaz, cho­ciaż tro­chę się bał usły­szeć odpo­wiedź.

Uśmiech Bap­ti­ste nieco zrzedł. Na wyso­ko­ści bli­zny miała wsta­wione dwa złote zęby: jeden na górze, drugi na dole.

- W takim, w jakim byłam potrzebna.

- Wyda­jesz się zakło­po­tany - zauwa­żyła Emi­nen­cja.

Zakło­po­ta­nie było naj­mniej­szym zmar­twie­niem brata Diaza. Nie bar­dzo wie­dział, w co się wpa­ko­wał, nie miał poję­cia, jak do tego doszło, ale zaczy­nał nabie­rać coraz sil­niej­szego prze­ko­na­nia, że czym prę­dzej chce się z tego wyplą­tać i że jeśli nie zrobi tego tu i teraz, będzie za późno.

- Ehm... Jak Waszej Emi­nen­cji wia­domo, spe­cja­li­zuję się... przede wszyst­kim, zna­czy... w biu­ro­kra­cji...? - Pozba­wiona okna połać kamie­nia za ple­cami kar­dy­nały zaczy­nała się upo­dab­niać do ściany wię­zien­nej celi. - Prze­sta­wia­łem książki. W biblio­tece. Klasz­tor­nej biblio­tece. To był mój główny... wkład. - Roz­pacz­li­wie sta­rał się umniej­szyć swoje doko­na­nia, które przez poprzed­nie mie­siące roz­dy­mał do nie­do­rzecz­nych roz­mia­rów. - Pro­wa­dze­nie ksiąg. Papier­kowa robota. Cza­sem jakieś nego­cja­cje w kwe­stii spor­nych praw do wypasu, tego typu rze­czy. Urzę­dowe sprawy. - Zaśmiał się, ale nikt mu nie zawtó­ro­wał i jego śmiech zmarł śmier­cią nie­mal rów­nie bole­sną, jak Święty Bar­naba w nie­po­zor­nej ramie na ścia­nie. - Dla­tego... - wska­zał Jakoba z Toru­nia - ...ryce­rze i... ehm... - Mach­nął ręką w stronę Bap­ti­ste. Nagle zdał sobie sprawę, że nie ma poję­cia, jak ją nazwać, i posta­no­wił ją pomi­nąć. - Demony, noc, która sko­wy­czy poza gra­ni­cami świata...

- Tak? - Pona­gliła go wyraź­nie znie­cier­pli­wiona kar­dy­nała.

- To wszystko... tak jakby... wykra­cza poza moje doświad­cze­nie zawo­dowe.

- A jakie doświad­cze­nie miała Święta Ewa­ry­sta, kiedy w wieku pięt­na­stu lat zła­pała włócz­nię swo­jego ojca i sta­nęła na czele trze­ciej kru­cjaty prze­ciw elfom?

- Ale czy ona przy­pad­kiem... - Diaz się skrzy­wił - ...nie została, tak jakby... zje­dzona żyw­cem?

Czoło Jej Emi­nen­cji pokryły zmarszczki.

- Toczymy wojnę o prze­trwa­nie. Nasz wróg jest bez­li­to­sny. Aby wygrać wojnę, trzeba cza­sem się­gnąć po taką samą broń, jakiej używa nie­przy­ja­ciel. Jeżeli mamy zwal­czyć ogień, musimy być gotowi sami użyć ognia.

Twarz brata Diaza wykrzy­wiła się jesz­cze moc­niej.

- Ale czy wobec tego, Emi­nen­cjo, należy się spo­dzie­wać, że w walce z dia­błami... sami też będziemy musieli... się nimi posłu­żyć?

Jakob z Toru­nia buj­nął się w przód na ławie, wyszcze­rzył zęby i sztywno wstał.

- Rozu­miesz - powie­dział.

- Dla cie­bie to nie­po­wta­rzalna szansa awansu, dla Kościoła zaś oka­zja do reali­za­cji wła­snych inte­re­sów. Ale naj­waż­niej­sze... - Zizka wstała, zdjęła łań­cuch z opar­cia krze­sła i zało­żyła go sobie (nieco krzywo) na ramiona. Wysa­dzana klej­no­tami obręcz zako­ły­sała się w przód i w tył. - Naj­waż­niej­sze, że będzie­cie czy­nić dobro. - Nało­żyła kape­lusz, dając nie­dwu­znacz­nie i nie­odwo­łal­nie do zro­zu­mie­nia, że spo­tka­nie dobie­gło końca, a przed­sta­wione na nim decy­zje są osta­teczne. - Czyż nie po to dołą­czamy do Kościoła?

Matka Diaza kazała mu wstą­pić do Kościoła, żeby oszczę­dzić rodzi­nie dal­szego zaże­no­wa­nia, nie sądził jed­nak, żeby to wła­śnie chciała usły­szeć prze­ło­żona Kurii Ziem­skiej. Jeśli zaś cho­dzi o jego fak­tyczne doświad­cze­nie życiowe, to jed­nego nauczył się wyśmie­ni­cie: mówić ludziom to, co chcieli usły­szeć.

- Natu­ral­nie - odparł z wysi­lo­nym, wątłym uśmie­chem na ustach. - Aby czy­nić dobro.

Cokol­wiek by to zna­czyło, u dia­bła.

Bezmiar szczęścia

Alex stała przy oknie. Chłodny wiatr owie­wał jej policzki, cie­pło ognia grzało ją w plecy, a ona roz­cie­rała oban­da­żo­wane knyk­cie i patrzyła z góry na Święte Mia­sto.

Widziane z wysoka - zamiast jak zwy­kle z dołu, z jego bebe­chów - wyglą­dało zupeł­nie ina­czej. Mogło wręcz ucho­dzić za piękne. Na szczy­tach wzgórz: ogrody i białe pałace z posą­gami anio­łów na kale­ni­cach. Na zbo­czach: piękne aleje i wyso­kie domy, dzie­siątki kościel­nych iglic i kaplic zwień­czo­nych Obrę­czą Wiary. Wszystko to roz­ta­piało się w wypeł­nia­ją­cym doliny labi­ryn­cie slum­sów błysz­czą­cych jesz­cze po lodo­wa­tym desz­czu ze śnie­giem, który zale­d­wie przed chwilą ustał. Było widać ruiny, na któ­rych, wokół któ­rych i z któ­rych wyro­sło mia­sto: olbrzy­mie kamienne bloki, bez­kształtne bryły, roz­sy­pu­jące się mury gęsto poro­słe pną­czami - pozo­sta­ło­ści upa­dłego impe­rium wysta­wały z masy zabu­dowy jak kości olbrzy­miego tru­chła. Blade Sio­stry ster­czały jak wypro­sto­wane palce: dwie kru­szące się kolumny oca­lałe z gigan­tycz­nej świą­tyni, na któ­rych szczy­cie jacyś prze­myślni księża wybu­do­wali dwie kon­ku­ru­jące ze sobą dzwon­nice. Wzno­siły się wysoko nad mia­stem i wydzwa­niały na sie­bie nawza­jem w porze modłów, niczym dwa bliź­niaki dopo­mi­na­jące się wrza­skiem o uwagę mamusi.

Oglą­da­jąc je z tej wyso­ko­ści, nie spo­sób było się domy­ślić, jak zażarta walka toczy się nie­ustan­nie w ich cie­niu, gdzie poczuć podmuch świe­żego powie­trza było rów­nie łatwo jak elfowi zoba­czyć niebo; gdzie ludz­kie śmieci roiły się jak mrówki w mro­wi­sku; gdzie każde kłam­stwo i oszu­stwo, każda pod­łość były dozwo­lone, byle wysfo­ro­wać się o krok naprzód. Zimny wiatr niósł do okna strzępy hym­nów i urywki nawo­ły­wań prze­kup­niów, gniewno-reli­gijny zgiełk był z tej odle­gło­ści led­wie sły­szalny, jakby ani jed­nym, ani dru­gim nie musiała się już przej­mo­wać.

Grupa sióstr zakon­nych wyką­pała ją, wyszo­ro­wała i zawi­nęła w szla­frok zdo­biony wyszy­wa­nymi srebrną nicią twa­rzami świę­tych. Futrzany koł­nierz, który muskał jej poli­czek, był tak cie­pły, że chciało jej się pła­kać. Z tru­dem roz­po­znała swoją twarz w lustrze, podob­nie zresztą jak wła­sne dło­nie, pozba­wione sko­rupy brudu i żałoby pod obgry­zio­nymi paznok­ciami. Chyba jesz­cze ni­gdy w życiu nie była taka czy­sta - i wła­ści­wie wcale nie była prze­ko­nana, że jej się to podoba, kiedy co rusz zaska­ki­wał ją dotyk wła­snych wło­sów, po tym, jak wycięto z nich tysiąc koł­tu­nów i wyszczot­ko­wano je do poły­sku.

Zakon­nice zosta­wiły jej grze­bień: srebrny, z bursz­ty­nem wpra­wio­nym w uchwyt. Co chwilę zada­wała sobie pyta­nie, na ile by go wyce­niła Dziewka-Sakiewka i o ile wię­cej był naprawdę wart. Jej dło­nie same się ku niemu przy­bli­żały, palec postu­ki­wał w para­pet tap, tap, tap. W jej kodek­sie to nie byłaby kra­dzież, tylko raczej pod­nie­sie­nie cze­goś, co ktoś inny wyrzu­cił.

Jeżeli nie chcesz, żeby ci ukra­dli grze­bień, nie zosta­wiaj go zło­dzie­jowi...

Puk, puk, do drzwi.

Gwał­tow­nie cof­nęła rękę. Serce zabiło jej jak mło­tem, nagle zapra­gnęła wymknąć się przez okno i zje­chać po ryn­nie. Roz­go­rącz­ko­wany gło­sik w jej gło­wie darł się jak opę­tany, że padła ofiarą jakie­goś grub­szego prze­wału i już nie­długo odczuje tego skutki.

Był też jed­nak drugi głos, cich­szy, który szep­tał, że może jesz­cze wyci­snąć z tej sytu­acji wię­cej niż ten ład­niutki grze­byk. Dużo wię­cej. Wystar­czy, że dobrze sprzeda kłam­stwo - a prze­cież kła­mać potrafi, prawda? Grała w życiu tyle ról, że już nie wie­działa, która jest praw­dziwą nią. Była jak cebula zło­żona z samych łusek, z pustym wnę­trzem.

Dla­tego powoli nabrała powie­trza w płuca, roz­luź­niła pię­ści, spró­bo­wała otrzą­snąć się z typo­wego dla niej skrę­po­wa­nia i wyglą­dać, jakby miała pełne prawo tu być.

- Pro­szę wejść! - spró­bo­wała zagru­chać, jak mogłaby to zro­bić księż­niczka.

Wyszło to tak, że naj­pierw zapiała dono­śnie "pro­szę", a potem prze­sa­dziła w drugą stronę z "wejść" i osta­tecz­nie wypa­dła jak gołę­bica, która w pół zda­nia zmie­niła się w maciorę. Jesz­cze się krzy­wiła na myśl o swo­jej nie­zręcz­no­ści, gdy drzwi się otwo­rzyły.

Stał w nich jej nie­ocze­ki­wany wybawca, samo­zwań­czy diuk Michael. Miał na twa­rzy dziwny, tro­chę skrę­po­wany uśmiech, jakby nie do końca jej ufał - co dowo­dziło cel­no­ści jego sądów, ponie­waż z natury była zdra­dziecką łajzą. Każdy potwier­dzi.

- No pro­szę - ode­zwał się. - Od razu lepiej, prawda?

Odgar­nęła kosmyk wło­sów za ucho gestem, który w zamie­rze­niu miał być powabny, mimo że nie bar­dzo wie­działa, co wła­ści­wie zna­czy "powabny gest", nie mówiąc już o tym, jak powi­nien wyglą­dać.

- Wypłu­ka­łam rybę z wło­sów - powie­działa.

- Dobrze cię tu trak­tują?

- Lepiej niż ci dra­nie na targu. Trzeba było ich zabić i zatrzy­mać pie­nią­dze.

Albo jesz­cze lepiej: oddać je jej.

- Wszech­mo­gący jest prze­ciwny zabi­ja­niu, o ile dobrze pamię­tam Pismo.

- A o ile ja dobrze pamię­tam, bar­dzo chęt­nie robi wyjątki od tej reguły.

- Może sobie pozwo­lić na taki luk­sus. Boga nikt nie pchnie nożem na baza­rze.

- Ty mia­łeś miecz.

- I jeżeli cze­goś się nauczy­łem przez dłu­gie lata wła­da­nia nim, to tego, że czło­wiek z mie­czem umiera tak samo jak każdy inny, a zazwy­czaj znacz­nie szyb­ciej. Poza tym nie chcia­łem ryzy­ko­wać życia Euse­biusa. Do stwo­rze­nia nowego diuka wystar­czy słowo, a dobry słu­żący to rzadki skarb. Mogę wejść?

Alex nie przy­po­mi­nała sobie, żeby kto­kol­wiek kie­dy­kol­wiek zada­wał jej takie pyta­nie. Ni­gdy nie miała wła­snego kąta. A poza tym ludzie, z któ­rymi mie­wała do czy­nie­nia, nie nale­żeli raczej do takich, co pytają o pozwo­le­nie. Dla­tego z przy­jem­no­ścią odcze­kała krótką chwilkę, zanim wynio­śle zarzu­ciła głową i odparła:

- Pro­szę.

Diuk wszedł do pokoju.

- Spo­dzie­wam się, że... możesz mieć jakieś pyta­nia.

- Jedno, może dwa. - Spoj­rzała mu w oczy. - Po pierw­sze: czy cho­dzi o seks?

Michael wybuch­nął śmie­chem.

- Nie, na Boga! W żad­nym razie.

- To dobrze. Świet­nie.

Bar­dzo się sta­rała nie oka­zać ulgi. Nie będzie musiała nego­cjo­wać warun­ków, które koniecz­nie trzeba by prze­dys­ku­to­wać, gdyby jed­nak cho­dziło o seks.

- Jestem twoim wujem, Alex. Od dawna cię szu­kam. - Zro­bił krok w jej stronę. - Teraz jesteś bez­pieczna.

- Bez­pieczna - mruk­nęła.

Siłą woli powstrzy­mała się, żeby się przed nim nie cof­nąć. "Bez­pieczna" wpra­wiała ją w dez­orien­ta­cję jesz­cze więk­szą niż wcze­śniej­sze "Mogę wejść?". Zamożny wuj, który wysko­czył nie wia­domo skąd, żeby jej powie­dzieć, jaka jest wyjąt­kowa. Zbyt piękne, żeby mogło być prawdą? Mało powie­dziane.

- Naprawdę jesteś diu­kiem?

- Tak, naprawdę... Cho­ciaż chwi­lowo nie mam swo­jego księ­stwa.

- Cóż za nie­ostroż­ność tak stra­cić księ­stwo.

- Zostało mi ukra­dzione. - Zro­bił następny krok. - Wiesz coś o poli­tyce Cesar­stwa Wschodu?

Mogłaby mu wyło­żyć ze szcze­gó­łami poli­tykę slum­sów, ale Cesar­stwo Wschodu zawsze wyda­wało jej się bar­dzo, bar­dzo odle­głe.

- Może mam pewne luki w wykształ­ce­niu...

- Sły­sza­łaś o cesa­rzo­wej Teo­do­zji Bło­go­sła­wio­nej?

- No pew­nie - skła­mała Alex.

- Miała troje dzieci: Irenę, Eudok­sję i mnie.

- Twoja matka była cesa­rzową?

- Moja matka, a twoja babka. Tak, była wielką cesa­rzową. Po jej śmierci wła­dzę powinna była objąć moja star­sza sio­stra Irena, ale młod­sza, Eudok­sja... - Odwró­cił wzrok, głos mu się zała­mał. - Zamor­do­wała sio­strę i zagar­nęła tron. Wybu­chła wojna domowa. - Zapa­trzył się w ogień, krę­cąc głową jakby ocię­żałą od żalów. - Wojna przy­nio­sła głód, doszło do schi­zmy w Kościele i wspa­niałe warowne mia­sto Troja zaczęło gnić od wewnątrz. Słu­żący Ireny wykra­dli jej maleńką córeczkę i powieźli do Świę­tego Mia­sta, by tam oddać ją pod opiekę papie­życy. Dziew­czynka zagi­nęła jed­nak po dro­dze, a ja przez lata wie­rzy­łem, że została zabita. - Spoj­rzał na nią. - Miała na imię Alek­sja.

- I myślisz... że to ja?

- Ja to wiem. Masz zna­mię na szyi, a ten łań­cu­szek, który nosisz...

Diuk wska­zał kilka ogni­wek widocz­nych na tle futrza­nego koł­nie­rza. Alex cia­śniej otu­liła się szla­fro­kiem.

- Jest nic nie­wart.

- Mylisz się. Czy przy­pad­kiem nie nosisz zawie­szo­nej na nim połówki monety?

Powoli, bar­dzo powoli wycią­gnęła łań­cu­szek. Na jego końcu wisiało błysz­czące mie­dziane pół­kole, wygła­dzone do poły­sku przez lata kon­taktu z jej skórą. Zyg­za­ko­wata kra­wędź prze­łomu zalśniła w świe­tle.

- Skąd wie­dzia­łeś?

Alex z nie­do­wie­rza­niem patrzyła, jak Michael sięga za pazu­chę i też wyj­muje łań­cu­szek, na któ­rym zawie­szona jest prze­ła­mana moneta. Pod­szedł, przy­bli­żył do sie­bie dwie połówki i Alex poczuła, jak wło­ski na karku stają jej dęba: zyg­za­ko­wate kra­wę­dzie paso­wały ide­al­nie. Jedna moneta.

- Dosta­łaś ją w dniu, w któ­rym wywie­ziono cię z Troi, żeby zawsze było wia­domo, kim jesteś. Ale ja i bez tego od razu cię roz­po­zna­łem.

Uśmiech­nął się. Wszel­kie skrę­po­wa­nie znik­nęło, uśmiech był tak szczery i otwarty, że Alex pra­wie mu uwie­rzyła.

- Nawet z rybą we wło­sach i pię­ścią zaci­śniętą na gar­dle wyglą­dasz jak matka - dodał.

- Nie... - Z tru­dem prze­łknęła ślinę. - Nie pamię­tam jej.

- Była z nas naj­lep­sza. Zawsze taka dzielna. Taka pewna swego.

Michael ujął obie dło­nie Alex - tę poła­maną i tę zdrową - i zamknął je w swo­ich. Miał duże, silne dło­nie. I cie­płe. Gdy tylko Alex zwal­czyła odruch wyrwa­nia mu się, ich dotyk wydał jej się dziw­nie uspo­ka­ja­jący.

- Posłu­chaj, ja nie mam zie­lo­nego poję­cia o byciu księż­niczką... - mruk­nęła.

- Chcę tylko, żebyś była sobą.

Alex szcze­rze wąt­piła, czy Michael powie­działby tak, gdyby lepiej ją znał. Ale Dziewka-Sakiewka zawsze powta­rzała: "Nie prze­ry­waj ofie­rze, kiedy popeł­nia błąd", dla­tego pozwo­liła diu­kowi mówić dalej.

- Parę tygo­dni temu dowie­dzia­łem się - pod­jął ze wzro­kiem utkwio­nym w pod­łogę - że Eudok­sja nie żyje. Nikt po niej nie pła­cze. Nie­któ­rzy mówią, że to była tru­ci­zna, inni, że nie­udany eks­pe­ry­ment, ostatni akt czar­no­księ­skiej pychy.

- Czar­no­księ­skiej? - powtó­rzyła z nie­do­wie­rza­niem Alex.

- Obo­jętne, co się stało, tron jest pusty! - Dopiero teraz Michael spoj­rzał jej w oczy. - Pora wra­cać.

- Ale... na tron?

- Wężowy Tron Troi.

Przy pierw­szym spo­tka­niu nazwał ją księż­niczką. Przy dru­gim zagrał kartą cesa­rzo­wej. Jak tak dalej pój­dzie, to przed pod­wie­czor­kiem Alex zosta­nie anio­łem, a przed kola­cją bogi­nią.

- Wprost nie mogę się docze­kać, kiedy ją zoba­czysz! - Oczy mu zabły­sły. - Nad mia­stem góruje ogromna kolumna wznie­siona przez magin­ży­nie­rów ze sta­ro­żyt­nej Kar­ta­giny. Cały port kryje się w jej cie­niu! A na jej szczy­cie znaj­dują się prze­sławne Wiszące Ogrody, pięk­niej­sze, niż­byś umiała sobie wyśnić, zasi­lane wodą z gór­skich źró­deł dostar­czaną Wiel­kim Akwe­duk­tem. - Zła­pał ją za ramię i wycią­gnął drugą rękę, jakby widok, o któ­rym mówi, roz­ta­czał się przed nimi. - Z morza zie­leni wyła­nia się Bazy­lika Aniel­skiego Nawie­dze­nia, w któ­rej tło­czą się piel­grzymi, któ­rzy przy­byli, by zoba­czyć reli­kwie z wiel­kich kru­cjat! Widać także pałac no i oczy­wi­ście Faros, naj­więk­szą latar­nię mor­ską w Euro­pie, zwień­czoną Pło­mie­niem Świę­tej Nata­lii, który niczym gwiazda wska­zuje tro­jań­skim synom i córom drogę do domu! - Odwró­cił się do niej, zła­pał ją za drugi bark i przy­trzy­mał na odle­głość wypro­sto­wa­nych ramion. - Naszego domu, Alex!

Zamru­gała. Wszel­kie instynkty - nabyte z bie­giem lat na kilka róż­nych, nie­lek­kich spo­so­bów - pod­po­wia­dały jej, żeby wszystko, co usły­szy, brać za kłam­stwo. A czy mogła ist­nieć gor­sza bzdura, bar­dziej śmie­chu warta niż to, co mówił Michael?

A jed­nak była w tej chwili tutaj, w Nie­biań­skim Pałacu, po raz pierw­szy od wielu tygo­dni nie mar­zła, miała grze­bień wart wię­cej niż jej ręce i szla­frok droż­szy niż jej głowa. W dodatku ten łaj­dak Michael wyda­wał jej się dia­bel­nie wia­ry­godny. Zaczy­nała myśleć, że diuk naprawdę może być tym, za kogo się podaje; pra­wie zaczy­nała myśleć, że i ona jest tym, za kogo ją uważa.

Zmi­ty­go­wał się i cof­nął ręce.

- Wiem, że masz... dużo do prze­tra­wie­nia - przy­znał. - Z pew­no­ścią cię to prze­raża. Ale będę przy tobie przez cały czas, na każ­dym kroku.

- Ni­gdy nie mia­łam... rodziny...

Sama już nie wie­działa, czy mówi prawdę, czy tylko dalej odgrywa rolę. Może to i dobrze. W takich warun­kach rodzą się naj­lep­sze kłam­stwa.

- Przy­kro mi, Alex. Przy­kro mi, że tak długo trwało, zanim cię zna­la­złem. Na wiele lat... porzu­ci­łem wszelką nadzieję. Pozwól, że to napra­wię. Pozwól mi sobie pomóc.

Widząc, że oczy mu zwil­got­niały, doszła do wnio­sku, że wypada zare­ago­wać podob­nie. Ni­gdy nie musiała daleko szu­kać smut­nych wspo­mnień.

- Spró­buję. - Pocią­gnęła nosem, zamru­gała gwał­tow­nie, żeby powstrzy­mać łzy, i uśmiech­nęła się nie­śmiało. Była bar­dzo zado­wo­lona ze swo­jego występu.

- O nic wię­cej nie śmiem pro­sić. - Otarł oczy prze­gu­bem dłoni. - Czeka nas pra­co­wity czas. Musisz koniecz­nie poznać kar­dy­nałę Zizkę, ona nam pomoże. Nie­długo wró­cimy tam, gdzie nasze miej­sce!

Uśmiech­nął się już bez cie­nia skrę­po­wa­nia, cof­nął się, wyszedł z pokoju i zamknął za sobą drzwi.

Różni ludzie mówili jej w prze­szło­ści, gdzie jest jej miej­sce. W wię­zie­niu. W rynsz­toku. W płyt­kim gro­bie. W pie­kle. Zależy, kogo zapy­tać. Taki bez­miar szczę­ścia musiał gdzieś skry­wać brzy­twę, ale jaki miała wybór?

Papie Col­li­niemu powinna oddać dwa razy wię­cej pie­nię­dzy, niż sama była warta (gdyby nad­zwy­czaj hoj­nie osza­co­wać jej war­tość), a nie był to jej jedyny dług. Poży­czyła pie­nią­dze od Kró­lo­wej Trefl na kosz­mar­nych warun­kach, żeby móc oszu­ki­wać Małą Suze w grze w karty, ale Suze oka­zała się lep­szą szu­lerką od niej. Skoń­czyło się na tym, że teraz Alex była winna pie­nią­dze Suze, która obe­tnie jej nos, jeśli nie spłaci długu, Kró­lo­wej Trefl, która obe­rżnie jej rzepki kola­nowe, oraz Papie Col­li­niemu, który każe jej obciąć palce i wyrwać zęby, a także - kiedy dowie się o jej pozo­sta­łych dłu­gach - naj­praw­do­po­dob­niej wyłu­pić oczy.

Piękne dzięki, ale nie. Jebać to.

Cała ta afera z księż­niczką mogła się wyda­wać szem­rana, ale przy­da­rzyła się w ide­al­nym momen­cie. Alex ode­gra swoją rolę, wycią­gnie z niej, ile się da, a kiedy sprawy zaczną się kom­pli­ko­wać, zostawi swo­jego tak zwa­nego wuja gdzieś na wybo­istym trak­cie do Troi, a sobie znaj­dzie nowe imię i nowe miej­sce zamiesz­ka­nia.

Ludzi trzeba trak­to­wać jak poma­rań­cze, powta­rzała zawsze Dziewka-Sakiewka. Wyci­skać z nich, ile się da, a potem bez żalu wyrzu­cać wyżęte skórki. Niech będą jak kamie­nie, po któ­rych prze­kra­czasz stru­mień. Jak szcze­ble w dra­bi­nie. W prze­ciw­nym razie pew­nego dnia obu­dzisz się ze śla­dami zeló­wek na ple­cach.

Nie potra­fiła się powstrzy­mać od uśmie­chu; dawno już nie pró­bo­wała się uśmie­chać i teraz spodo­bało jej się to uczu­cie. Zaczy­nała docho­dzić do wnio­sku, że diuk Michael może być dla niej szcze­blem w dra­bi­nie pro­wa­dzą­cej do cze­goś pięk­nego - nie była pewna do czego dokład­nie, minęło sporo czasu, odkąd usi­ło­wała wybiec myślami dalej naprzód niż do naj­bliż­szego posiłku, ale wszystko roz­gry­zie. Po kolei. Bo co jak co, ale bystra z niej była dziew­czyna. Każdy potwier­dzi.

Oparła łok­cie na para­pe­cie. Chłodny wiatr owie­wał jej policzki, cie­pło ognia grzało plecy, a ona z sze­ro­kim uśmie­chem patrzyła na miej­skie slumsy. Gdy się wytę­żyło wzrok i przy­mru­żyło oczy, można tam było dostrzec ludzi - ale byli bar­dzo daleko. I nisko. Jesz­cze raz przy­tu­liła twarz do cudow­nego futerka i zachi­cho­tała.

A potem wsu­nęła grze­bień do rękawa.

Prze­zorny zawsze ubez­pie­czony.

Trzódka czarnych owiec

Brat Diaz stał z roz­dzia­wio­nymi ustami i powoli obra­cał się w miej­scu. Z podziwu krę­ciło mu się w gło­wie.

- Jak tu pięk­nie...

Kaplica Świę­tej Koniecz­no­ści była dobre cztery razy wyż­sza niż sze­roka: dźwię­cząca echem stud­nia z wie­lo­barw­nego mar­muru prze­świe­tlana aniel­skimi sno­pami świa­tła z wysoko zawie­szo­nej kopuły. W wyku­tych w ścia­nach niszach stały rzeź­bione per­so­ni­fi­ka­cje Cnót, a na ścia­nach wisiało mro­wie obra­zów przed­sta­wia­ją­cych sie­dem­dzie­się­cioro sied­mioro star­szych świę­tych i osza­ła­mia­jącą zbie­ra­ninę młod­szych. Por­fi­ro­wej ambony nie powsty­dzi­łaby się nawet kate­dra. Na pul­pi­cie spo­czy­wał egzem­plarz Pisma w wysa­dza­nej klej­no­tami opra­wie.

To teraz moja ambona, uświa­do­mił sobie Diaz. Nabożny podziw roz­ta­piał się w cie­płym bla­sku satys­fak­cji. Moja ambona w mojej kaplicy. Ni­gdy nie był wybit­nym kazno­dzieją, to prawda, ale w takim miej­scu? Da radę.

- Rze­czy­wi­ście, pięk­nie. - Bap­ti­ste znie­nacka objęła go ramie­niem i wska­zała jedno z malo­wi­deł. - To Święty Ste­fan pędzla Hava­razzy.

- Naprawdę?

- Zna­łam go oso­bi­ście.

- Świę­tego Ste­fana?

- Hava­razzę. - Skrom­nym gestem odrzu­ciła z twa­rzy nie­sforny loczek, który natych­miast opadł z powro­tem na swoje miej­sce. - Nama­lo­wał mój por­tret.

- Poważ­nie?

- Wtedy aku­rat nie mia­łam sta­łej roboty, dora­bia­łam sobie jako dama dworu kró­lo­wej Sycy­lii.

- Jako... kto?

- Hava­razza malo­wał ją w tym okre­sie, a wie­czo­rami zatrud­niał mnie jako modelkę. - Bap­ti­ste nachy­liła się do ucha Diaza i zni­żyła głos do szeptu: - Chciał mnie malo­wać nago.

- Ehm...

- Ale ja się upar­łam, że ma się nie roz­bie­rać! - Wybuch­nęła śmie­chem, który szybko przy­cichł, a potem zgasł w nie­zręcz­nej ciszy. Otarła oczy. - Zmarł na syfi­lis.

- Hava­razza?

- Kró­lowa Sycy­lii też, nie­długo potem. Możesz myśleć, co chcesz. Jeśli się nie mylę, por­tret jest w posia­da­niu diuka Medio­lanu.

- Por­tret kró­lo­wej Sycy­lii?

- Nie, mój. Był cudow­nym czło­wie­kiem.

- Diuk Medio­lanu?

- Nie, skądże! Diuk Medio­lanu to skoń­czony gno­jek. Mówi­łam o Hava­razzy. - Bap­ti­ste z bło­gim uśmie­chem na twa­rzy patrzyła, jak szcze­rzące zęby elfy miaż­dżą jądra Świę­tego Ste­fana roz­pa­lo­nymi do czer­wo­no­ści szczyp­cami. - Cza­sem spo­ty­kamy na swo­jej dro­dze takie praw­dzi­wie czy­ste dusze.

- Ehm... Przy­kro mi to sły­szeć. Zna­czy, o jego śmierci, nie o czy­stej duszy...

Korzy­sta­jąc z oka­zji, brat Diaz wyśli­znął się spod ramie­nia Bap­ti­ste. Minęły lata od ostat­niego razu, kiedy był w tak bli­skim kon­tak­cie z kobietą, a wtedy skutki owego kon­taktu były opła­kane. Z czu­ło­ścią dotknął jed­nej z kil­ku­na­stu gigan­tycz­nych świec wotyw­nych: była dwa razy wyż­sza od niego i gruba jak pień drzewa. Cie­kawe, ile musiała kosz­to­wać. Odniósł kie­dyś (nie­do­ce­niony nale­ży­cie) triumf, nego­cju­jąc w imie­niu klasz­toru nową umowę ze świe­ca­rzem, więc miał pewne roze­zna­nie w tej kwe­stii.

- Naprawdę, prze­piękna kaplica.

Pycha nie nale­żała do Dwu­na­stu Cnót, ale po dłu­gim kisze­niu się w poczu­ciu wstydu nie potra­fił się oprzeć poku­sie wyobra­że­nia sobie twa­rzy swo­ich tak zwa­nych bra­cisz­ków, kiedy w refek­ta­rzu usły­szą nowinę. Pra­łat? W swo­jej wła­snej prze­pysz­nej kaplicy? W Nie­biań­skim Pałacu? Pomy­ślał o mon­stru­al­nych prze­chwał­kach matki, o zepchnię­tych w cień mało waż­nych osią­gnię­ciach braci, o tym, jak teraz to jemu pierw­szemu poda­wa­liby talerz, a sami bili się mię­dzy sobą o resztki...

Zgrzy­tliwy głos Jakoba z Toru­nia ściął jego sny na jawie na wyso­ko­ści kolan:

- Nie będziemy tu spę­dzać zbyt wiele czasu.

- Nie?

Rycerz skrzy­wił się i się­gnął pod ambonę, jakby cze­goś tam szu­kał. Coś szczęk­nęło, zgrzyt­nęły tryby i ambona prze­su­nęła się w bok, odsła­nia­jąc ukryte schody.

- Twoja trzódka czeka pod zie­mią.

Brat Diaz z wysił­kiem prze­łknął ślinę, zer­ka­jąc w tonące w ciem­no­ściach pod­zie­mia kaplicy. Przy­po­mniał sobie słowa kar­dy­nały o sko­wy­czą­cej nocy i wło­ski na karku sta­nęły mu dęba. - Dla­czego... pod zie­mią?

- Po czę­ści dla jej wła­snego bez­pie­czeń­stwa.

- A w więk­szo­ści dla bez­pie­czeń­stwa wszyst­kich poza tym - dopo­wie­działa Bap­ti­ste i wzięła do ręki kan­de­labr z trzema migo­czą­cymi świe­cami.

Dopiero idąc za nią po scho­dach, brat Diaz dostrzegł, jak bar­dzo jest obwie­szona szty­le­tami. Ten naj­więk­szy, przy­pięty na pra­wym udzie, trudno było prze­ga­pić, podob­nie jak drugi, nie­wiele mniej­szy, na lewym, ale teraz zauwa­żył dodat­kowo trzeci, zakrzy­wiony, zatknięty z tyłu za pas, a także cha­rak­te­ry­styczny błysk gło­wicy czwar­tego w cho­lewce wyso­kiego buta oraz - prze­słodka Święta Beatry­cze! - kolejne dwa w dru­giej cho­lewce.

- Nosisz przy sobie mnó­stwo noży - zauwa­żył pół­gło­sem.

- Prze­ko­na­łam się, że nie­do­brze jest, kiedy ich zabrak­nie. - W bla­sku świec w oczach Bap­ti­ste peł­gały figlarne bły­ski, zgoła nie­pa­su­jące do poważ­nego tematu roz­mowy. - Czym mia­ła­bym wów­czas kogoś dźgnąć?

- A czę­sto... dźgasz ludzi?

- Sta­ram się to robić jak naj­rza­dziej. Nie wychy­laj się, to moje motto. - Wes­tchnęła. - Tylko że w dobrze prze­ży­tym życiu siłą rze­czy zda­rzają się nie­for­tun­no­ści.

- Siłą rze­czy - powtó­rzył tro­chę bez sensu Diaz.

Za jego ple­cami Jakob postę­ki­wał cicho przy każ­dym chrzęsz­czą­cym kroku.

Wygląd ścian się zmie­niał: sta­ranna kamie­niarka ustą­piła miej­sca naj­pierw nie­chluj­nie wymu­ro­wa­nym cegla­nym fun­da­men­tom, a następ­nie temu oso­bli­wie litemu sza­remu kamie­niowi, który two­rzył tylną ścianę gabi­netu Zizki; w bla­sku świec pokry­wa­jące go fale i wybrzu­sze­nia rzu­cały dzi­waczne cie­nie. Diaz wycią­gnął rękę i musnął ścianę czub­kami pal­ców: była bar­dzo gładka, bar­dzo twarda i bar­dzo zimna.

- Pozo­sta­ło­ści pra­daw­nego mia­sta - ode­zwał się tem­pla­riusz.

- Na powierzchni nie­wiele się zacho­wało - rzu­ciła przez ramię Bap­ti­ste. - Ale pod zie­mią tunele cią­gną się przez wiele mil. Nikt nie wie, jak głę­boko scho­dzą. To też dzieło kar­ta­giń­skich magin­ży­nie­rów.

Brat Diaz gwał­tow­nie cof­nął rękę i ner­wowo prze­su­nął nimi po wybrzu­sze­niu na habi­cie w miej­scu, gdzie pod spodem kryła się fiolka Świę­tej Beatry­cze. Nie mógł się wyzbyć irra­cjo­nal­nego poczu­cia, że zstę­puje w trze­wia potwora.

- Iro­nia losu, naprawdę. - Bap­ti­ste prych­nęła śmie­chem. - Na długo przed tym, jak stało się Świę­tym Mia­stem, było... cóż... - Świa­tło kan­de­la­bru padło na masywne, okute żela­zem drzwi, osmo­lone i pokryte głę­boko rytymi runicz­nymi krę­gami. - Mia­stem nie­świę­tym?

Obej­rzała się przez ramię, wyszcze­rzyła zęby w uśmie­chu i knyk­ciami wol­nej dłoni zastu­kała w drzwi.

Sły­sząc szczęk zam­ków, brat Diaz przy­go­to­wał się w duchu na spo­tka­nie z nie­znaną maka­brą, ale drzwi pro­wa­dziły tylko do skła­dziku, w któ­rym znaj­do­wał się komi­nek z kocioł­kiem do goto­wa­nia, stało tro­chę skrzyń i beczek, regały ze sztuć­cami i naczy­niami oraz wysoki łysy męż­czy­zna trzy­ma­jący zasi­laną tra­nem lampę.

Bap­ti­ste zmarsz­czyła brwi i spoj­rzała zna­cząco na kolejne drzwi, jesz­cze bar­dziej masywne i głę­biej poryte runami.

- Spo­kój?

- Cza­ro­dziej skar­żył się na jedze­nie - odparł wiel­ko­lud z wyraź­nym obcym akcen­tem. Usiadł przy stole i wziął do ręki bar­dzo małą książkę. - Poza tym spo­kój. To nasz nowy kapłan?

- Brat Diaz - burk­nął Jakob.

- Ach tak. Kasty­lij­czyk?

- Z León, nie Kasty­lii... - powie­dział Diaz, cho­ciaż w tych oko­licz­no­ściach upie­ra­nie się przy tym roz­róż­nie­niu wydało mu się nie­do­rzeczne.

- Miło poznać. Jestem Hobb. Opie­kuję się dia­błami.

Diaz prze­łknął ślinę.

- Czym?

- Zizka ci nie powie­działa?

- Powie­działa - zapew­nił Jakob z Toru­nia.

- To nie są praw­dziwe dia­bły. - Bap­ti­ste pode­szła do dłu­giego wie­szaka, na któ­rym wisiał co naj­mniej tuzin cięż­kich pęków klu­czy. - Tak ści­śle rzecz bio­rąc.

- Macie tu mnó­stwo klu­czy - zauwa­żył pół­gęb­kiem Diaz.

- To dla­tego, bra­cie... - Bap­ti­ste zdjęła jeden z pęków i zaczęła prze­glą­dać kolejne klu­cze - ...że mamy tu mnó­stwo zam­ków.

Hobb się roze­śmiał.

- Wszystko będzie dobrze. Po pro­stu nie pod­chodź do krat.

- Nie pod­chodź do krat, zacho­waj czuj­ność i nie wierz w ani jedno ich słowo. Dasz sobie radę lepiej niż twoja poprzed­niczka.

- Że co?

- O wła­śnie. O to cho­dzi. - Hobb poło­żył jedną nogę na stole i sku­pił się na książce. - A ty się nie wychy­laj, Bap­ti­ste, hmm? - Ni­gdy.

W końcu Bap­ti­ste otwo­rzyła dwie cięż­kie zasuwy i bar­kiem pchnęła dru­gie drzwi. Lekko powiało chło­dem.

- On się opie­kuje dia­błami - zaskom­lał brat Diaz.

- Jest z Anglii. - Jakob z Toru­nia popchnął go przez próg. - Tam żyją same dia­bły.

Kory­tarz cią­gnął się w mrok. Jego ściany i sufit, wyko­nane z tego samego niby-roz­to­pio­nego kamie­nia, two­rzyły jed­no­litą pół­ko­li­ście wyskle­pioną całość. Jedyne oświe­tle­nie zapew­niały trzy zło­wiesz­czo migo­czące świece w zardze­wia­łych uchwy­tach. Świa­tło padało na ciąg łuko­wa­tych przejść w lewej ścia­nie. Można by pomy­śleć, że to piw­niczka na wino, gdyby nie prze­gra­dza­jące wej­ścia kraty: kute z czar­nego żelaza, grube jak nad­gar­stek brata Diaza i opa­trzone kolej­nymi masyw­nymi zam­kami.

Ner­wowo prze­łknął ślinę.

- To... cele? - I to bar­dzo stare, sądząc po wyglą­dzie. - Jakich więź­niów trzy­mali tu magin­ży­nie­ro­wie z Kar­ta­giny?

- Pra­wych? - Bap­ti­ste wzru­szyła ramio­nami. - Czy prze­ciw­nie, skraj­nie nie­pra­wych?

- Takich, któ­rych nie­na­wi­dzili - wtrą­cił Jakob. - Takich, któ­rych się bali.

- A także takich, któ­rych nie rozu­mieli. - Z naj­bliż­szej celi dobiegł szczęk łań­cu­chów. - I nie­wiele się w tym wzglę­dzie zmie­niło. - Z pół­mroku wyczła­pał męż­czy­zna. - No, co naj­wy­żej straż­nicy są nowi... - Miał czarne włosy, szpa­ko­watą brodę i impo­nu­jącą pre­zen­cję; mógłby być patry­cju­szem z pół­noc­nej Afriki. - Małost­kowa nie­spra­wie­dli­wość, hipo­kry­zja i opre­sja są wieczne.

Roz­ta­czaną przez niego aurę słusz­nego obu­rze­nia psuły dwa fakty, któ­rych nie dało się zigno­ro­wać: nogi miał skute w kost­kach gru­bymi kaj­da­nami z czar­nego żelaza i był nagi.

Bap­ti­ste oparła się bez­tro­sko o skraj zakra­to­wa­nej wnęki.

- Pozwól, że przed­sta­wię ci naj­now­szy doda­tek do naszej rodzinki. Nazywa się Bal­tha­zar... - Zmarsz­czyła brwi i spoj­rzała w sufit. Zakrę­ciła zawie­szo­nym na palcu kół­kiem z klu­czami. - Dalej nie pamię­tam.

- Bal­tha­zar Sham Ivam Draxi - Męż­czy­zna dum­nie roz­dął noz­drza. - To imię, które przez wieki będzie nieść się echem!

- Nie za dłu­gie na echo? - Bap­ti­ste mru­gnęła poro­zu­mie­waw­czo do Diaza. - Ci cza­row­nicy i te ich imiona...

- Jestem magiem, nie­mą­dra.

- Aha. Ja jestem tępą dzidą, a ty geniu­szem. - Bap­ti­ste uśmiech­nęła się sze­rzej, bły­snęły złote zęby. - I wła­śnie dla­tego ty sie­dzisz na golasa w celi, a ja mam do niej klucz.

- Śmiej się, póki możesz! - Mag przy­ci­snął twarz do krat, czym zmu­sił Diaza do cof­nię­cia się o krok. - Nie powstrzyma mnie żaden łań­cuch! Nie spęta żadne zaklę­cie! Uwol­nię się, a wtedy moja pomsta przej­dzie do legendy!

Wcho­dził na coraz wyż­sze reje­stry gniewu, wygra­ża­jąc przy tym pię­ścią. Przy każ­dym ruchu jego fiut dyn­dał z prawa na lewo i z powro­tem i mimo że brat Diaz wcale nie miał ochoty go oglą­dać, zupeł­nie nie potra­fił ode­rwać od niego wzroku, aż w końcu musiał zasło­nić oczy dło­nią.

- Czy on musi być goły?

- Pró­bo­wał wygrze­by­wać brud z kątów celi i pisać nim na swo­jej koszuli, dopóki ją miał.

- Co może być złego w pisa­niu?

- Bar­dzo wiele - wtrą­cił Jakob.

- To nie­sławny adept Czar­nej Sztuki - wyja­śniła Bap­ti­ste. - Łowcy cza­row­nic ści­gali go przez dzie­więć lat, zanim w końcu Sąd Nie­biań­ski uznał go za win­nego jak wszy­scy dia­bli.

- A czy oni... cza­sem... - Brat Diaz musiał odkaszl­nąć - ...nie palą ludzi za to? Tak... żyw­cem?

- Zda­rza się, rzadko, bo rzadko, ale się zda­rza, że ska­za­niec dostaje szansę odku­pie­nia win poprzez doży­wot­nią służbę Jej Świą­to­bli­wo­ści.

- Odku­pie­nia win? - wark­nął Bal­tha­zar Sham Ivam Draxi. - Też coś! Roz­róż­nie­nie mię­dzy Czarną i Białą Sztuką to czy­sty wymysł, nic wię­cej, zro­dzony z umyśl­nej nie­wie­dzy. Obie się­gają do tej samej studni, czer­pie się je nawet tym samym wia­drem! Ale potem wy, jełopy, zanu­rza­cie w wia­drze dwa kubki i nazy­wa­cie to, co pasuje do waszych ogra­ni­czeń i uprze­dzeń, "Białą Sztuką", a to, co wymyka się waszemu żało­snemu rozu­mie­niu, "Czarną", pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści są jed­nym i tym...

- Była jesz­cze ta sprawa z tań­czą­cymi tru­pami - przy­po­mniał Jakob z Toru­nia.

- I pak­to­wa­nie z demo­nami - dodała Bap­ti­ste.

Bal­tha­zar roz­ło­żył ręce.

- Jedna próba doga­da­nia się z demo­nem i już wszy­scy tylko o tym gadają!

- Muszę usiąść - oznaj­mił brat Diaz. Ni­gdzie jed­nak nie dostrzegł krze­sła.

Następna cela była schlud­nie urzą­dzona: solid­nej roboty wąskie łóżko, dwa wybla­kłe dywa­niki i regał z książ­kami, wśród któ­rych znaj­do­wał się piękny egzem­plarz Pisma. Wyglą­dała jed­nak na nie­za­miesz­kaną.

- Sunny? - Bap­ti­ste zastu­kała w kratę męskim sygne­tem, który nosiła na palcu. - Możesz wyjść.

Nie wysko­czyła z cie­nia ani nie zma­te­ria­li­zo­wała się znie­nacka. Musiała przez cały czas tam stać, na wprost nich, na widoku - ale z nie­zro­zu­mia­łych dla brata Diaza przy­czyn dostrzegł ją dopiero, gdy odwró­ciła się i z prze­cią­głym wes­tchnie­niem spoj­rzała w jego stronę.

Ina­czej nie mógłby prze­cież nie zauwa­żyć tej twa­rzy, nie­za­prze­czal­nie kobie­cej, opró­szo­nej cał­kiem zwy­czaj­nymi pie­gami, a przy tym jakby odbi­ja­ją­cej się w krzy­wym zwier­cia­dle: nie­wia­ry­god­nie wąska szczęka, nie­sa­mo­wi­cie sze­ro­kie i wyra­zi­ste kości policz­kowe, o wiele za mały nos i o wiele za duże nie­mru­ga­jące oczy.

- Zba­wi­cielko, miej nas w swo­jej opiece - wyszep­tał brat Diaz, rysu­jąc okrąg na piersi. Jakby mag nie był wystar­cza­jąco zły. - To elfka.

Pode­szła do krat i oplo­tła pręty dłu­gimi pal­cami, które miały w sobie coś paję­czego.

- Nowy kapłan?

Dia­zowi, który spo­dzie­wał się, że nie­przy­ja­ciel Boga będzie prze­ma­wiał z dia­bel­skim sykiem, bez­na­miętny, wysoki, ale w grun­cie rze­czy zwy­czajny głos elfki przy­niósł pewne roz­cza­ro­wa­nie.

- Brat Diaz - przed­sta­wił go Jakob z Toru­nia.

Elfka zmie­rzyła go spoj­rze­niem nie­ru­cho­mym jak u jasz­czurki.

- Miło mi - powie­działa i znik­nęła.

- Dla­czego... - Słowa nie chciały przejść przez ści­śnięte gar­dło Diaza. - Dla­czego w piw­nicy Nie­biań­skiego Pałacu jest elf?

Bap­ti­ste mach­nię­ciem ręki wska­zała następną celę.

- Z tego samego powodu, dla któ­rego jest tutaj wam­pir.

Celę zamiesz­ki­wał naj­bar­dziej wie­kowy czło­wiek, jakiego brat Diaz widział w życiu. Gar­bił się, miał twarz jak zasu­szona maska, szyję fał­dzi­stą i obwi­słą, na pomarsz­czo­nej skó­rze czaszki ucho­wało się parę wiot­kich pase­mek wło­sów. Za to jego głos dźwię­czał ogładą i wyra­fi­no­wa­niem.

- Aby podej­mo­wać dzia­ła­nia, o któ­rych ci na górze wolą nie myśleć - odparł. - Jestem baron Rikard i mogę tylko prze­pro­sić za swoje żało­sne znie­do­łęż­nie­nie. - Zer­k­nął na laskę, na któ­rej wspie­rał drżącą, sękatą dłoń. - Ukło­nił­bym się, ale tak bar­dzo zesztyw­nia­łem w krzyżu, że oba­wiam się, że mógł­bym się już nie wypro­sto­wać.

- Nie kło­pocz się, łaskawy panie! - Brat Diaz ni­gdy jesz­cze nie spo­tkał żad­nego barona i nie miał poję­cia, gdzie dokład­nie Rikard pla­suje się w labi­ryn­tach euro­pej­skiej ary­sto­kra­cji, ale odczu­wał głę­boką potrzebę, żeby zacho­wać się przy­zwo­icie. - Jestem zaszczy­cony, że...

Spró­bo­wał podejść do krat.

Jakob z Toru­nia wycią­gnął rękę i go powstrzy­mał.

- Lepiej się nie zbli­żaj.

- Na pewno już się zorien­to­wa­łeś, że Jakob bywa nad­zwy­czaj męczący. - Baron pod­kuś­ty­kał bli­żej i uśmiech­nął się do Diaza. Jak na czło­wieka w jego wieku zęby miał naprawdę w dosko­na­łym sta­nie, bie­lu­teń­kie, równe jak perełki, leciutko szpi­cza­ste. Diaz z przy­jem­no­ścią obej­rzałby je z bli­ska. - Wprost nie umiem wyra­zić, jak roz­pacz­li­wie bra­kuje mi towa­rzy­stwa do roz­mowy, nie mówiąc już o prze­wod­niku ducho­wym. Twoja poprzed­niczka była w tej mate­rii zupeł­nie do niczego.

- Nie pod­chodź do krat - zazgrzy­tał ponow­nie Jakob.

Brat Diaz ze zdu­mie­niem stwier­dził, że - sam nie wie­dział kiedy - postą­pił kolejny krok naprzód.

- Naprawdę, Jako­bie, mało jest ludzi, któ­rzy lepiej od cie­bie wie­dzie­liby, jak dużo krwi zawiera ciało mło­dego, zdro­wego czło­wieka. Wszy­scy wiemy, że może odża­ło­wać kwa­terkę albo dwie. Nie­praw­daż, bra­cie?

W oczach barona bły­snęły figlarne ogniki i brat Diaz nie mógł się nie zaśmiać. Cóż za zabawny star­szy jego­mość! A jaki pełen werwy! Matkę Diaza roz­pie­ra­łaby duma, gdyby się dowie­działa, że jej syn zaprzy­jaź­nił się z kimś o takim sta­tu­sie! Wła­ści­wie dla­czego trzy­mają go w klatce? Nale­ża­łoby zabrać Bap­ti­ste klu­cze, otwo­rzyć kratę...

- Cof­nij się! - Ostrze­że­nie z ust Jakoba zabrzmiało jak wark­nię­cie.

Zasko­czony Diaz odkrył, że zdą­żył podejść do kraty, i wła­śnie zamie­rzał prze­ło­żyć rękę przez pręty tuż obok wymi­ze­ro­wa­nej twa­rzy barona. Wyszarp­nął ją, jakby wra­ził ją w huczące ogni­sko.

Baron Rikard obli­zał jeden ze szpi­cza­stych zębów, zacmo­kał z roz­cza­ro­wa­nia i scho­wał język.

- Trudno mieć do chło­paka pre­ten­sje, że pró­buje - rzekł.

- Czy ty mnie wła­śnie oma­mi­łeś? - Diaz zło­żył dło­nie i przy­ci­snął je do piersi. - Czy to były czary?

- W tym towa­rzy­stwie dobre maniery istot­nie mogą się koja­rzyć z magią - mruk­nął wam­pir. - A prze­cież wcale nie są od sie­bie odle­głe tak bar­dzo, jak nie­któ­rzy chcie­liby myśleć. Tro­chę jak dobro i zło.

Brat Diaz aż sap­nął z obu­rze­nia.

- Z pew­no­ścią zgo­dzimy się co do tego, że uczto­wa­nie na krwi nie­wi­nią­tek mie­ści się po złej stro­nie tej gra­nicy!

- Chylę czoła przed twym doświad­cze­niem. A raczej chy­lił­bym, gdyby nie ból w krzyżu. - Wes­tchnie­nie barona brzmiało jak sze­lest papieru. Odwró­cił się. - Gdyby wam­piry były wyrocz­niami w kwe­stiach moral­no­ści, świat nie potrze­bo­wałby księży, prawda?

W następ­nej celi powi­tał ich widok brud­nej słomy, kubła, nie­po­ko­jące zadra­pa­nia na ścia­nie i zwie­rzęcy odór, który przy­po­mniał Dia­zowi wizytę w rzeźni w Avi­les, któ­rej wów­czas natych­miast poża­ło­wał.

- Ostat­nie z naszej trzódki musie­li­śmy prze­nieść w bez­piecz­niej­sze miej­sce z powodu...

Bap­ti­ste podra­pała się po szyi, jakby w poszu­ki­wa­niu odpo­wied­nich słów, co u kogoś tak wyga­da­nego jak ona nie zwia­sto­wało niczego dobrego.

- Nie­do­pusz­czal­nego zacho­wa­nia - pod­po­wie­dział Jakob.

- Deli­kat­nie rzecz ujmu­jąc. Cza­sami mamy wię­cej pod­opiecz­nych, cza­sami mniej. Zada­nia, jakie zleca nam Kaplica Świę­tej Koniecz­no­ści, powo­dują pewne...

- Zawi­ro­wa­nia - uzu­peł­nił Jakob.

Brat Diaz nie wie­dział, co powie­dzieć. Prawdę mówiąc, miał w tych pod­zie­miach kło­poty z oddy­cha­niem. Krę­ciło mu się w gło­wie, jakby grunt mógł mu się znie­nacka usu­nąć spod nóg. Znów spró­bo­wał polu­zo­wać koł­nierz. Zawsze marzyło mu się tylko bez­tro­skie, wygodne życie w jakimś sło­necz­nym miej­scu; chciał być trak­to­wany poważ­nie przez lek­ko­du­chów, uwa­żany za mądrego przez nie­mą­drych i ucho­dzić za waż­nego wśród nie­waż­nych. Zamiast tego, z nie­po­ję­tych dla niego powo­dów, został wezwany do Świę­tego Mia­sta, by w towa­rzy­stwie pobliź­nio­nych ryce­rzy i mode­lek na pół etatu sta­wiać czoło nie­spre­cy­zo­wa­nym nie­bez­pie­czeń­stwom zagra­ża­ją­cym boskiemu stwo­rze­niu - i zara­zem nie zbli­żać się zanadto do kla­tek, w któ­rych prze­trzy­my­wano jego wier­nych.

- Prze­ży­łem wiele lat w klasz­to­rze - żalił się nie wia­domo komu. - Z dala od wszyst­kiego, głów­nie w biblio­tece. Tro­chę zaj­mo­wa­łem się księ­gami rachun­ko­wymi, cza­sem peł­łem ogród. - Na Boga, zaczy­nał żało­wać, że opu­ścił klasz­tor. - Naprawdę nie mam... żad­nego doświad­cze­nia w... - sze­ro­kim gestem objął całe magin­ży­nier­skie lochy z nagim cza­row­ni­kiem, zni­ka­jącą elfką, geria­trycz­nym wam­pi­rem i czymś, co było tak nie­grzeczne, że nie mogło dotrzy­my­wać im towa­rzy­stwa - ...takich spra­wach.

- Twoja poprzed­niczka miała doświad­cze­nie - powie­dział Jakob z Toru­nia.

- Jak nikt inny - dodała Bap­ti­ste, krę­cąc kół­kiem z klu­czami na palcu.

- Co się z nią stało? - Brat Diaz roz­pacz­li­wie wypa­try­wał choćby iskierki świa­tła na końcu cze­goś, co coraz bar­dziej przy­po­mi­nało długi, ciemny tunel. - Nowy przy­dział?

- Matka Fer­rara była bar­dzo sztywną kobietą. - Bap­ti­ste się skrzy­wiła. - Pełną wiary. Żar­li­wej wiary.

- Ha - mruk­nął Jakob.

- Tyle że to, co sztywne, ma skłon­ność do... pęka­nia pod wpły­wem... skraj­nych naprę­żeń. Sil­nych naci­sków.

- Sil­nych naci­sków? - powtó­rzył jak echo brat Diaz.

- Prze­ko­nasz się. - Bap­ti­ste poło­żyła mu dłoń na ramie­niu. Jeśli chciała mu w ten spo­sób dodać otu­chy, to ponio­sła spek­ta­ku­larną klę­skę. - Kaplica Świę­tej Koniecz­no­ści to nie miej­sce dla dogma­ty­ków.

- Mhm - chrząk­nął Jakob.

- Wiem z doświad­cze­nia, które, nie wiem, czy już o tym wspo­mnia­łam... - Bap­ti­ste objęła Diaza ramie­niem w nie­chcia­nym uści­sku. Ręko­jeść któ­re­goś z jej licz­nych noży wbi­jała mu się w bok. - No więc doświad­cze­nie mam nie­ba­ga­telne i wiem, że jeżeli do wszyst­kiego pod­cho­dzisz jak do walki, to prę­dzej czy póź­niej, wła­ści­wie raczej prę­dzej niż póź­niej...

- Prze­grasz - dopo­wie­dział basem tem­pla­riusz.

Brat Diaz odkaszl­nął. Daw­niej nie musiał odka­sły­wać, ale ostat­nio był do tego zmu­szony przed każ­dym wypo­wia­da­nym zda­niem.

- Nie śmiał­bym poda­wać w wąt­pli­wość roz­le­gło­ści two­jego doświad­cze­nia...

- W takim razie będziemy się świet­nie doga­dy­wać! - skwi­to­wała Bap­ti­ste.

- ...ale mam nie­od­parte wra­że­nie, że dotąd mi nie wyja­śni­łaś, co dokład­nie stało się z moją poprzed­niczką.

Jakob zwró­cił na niego takie spoj­rze­nie sza­rych oczu, jakby dopiero teraz zare­je­stro­wał jego obec­ność.

- Nie żyje - powie­dział i zaczął wra­cać tam, skąd przy­szli.

- Nie żyje? - powtó­rzył szep­tem Diaz.

- Jest mar­twa. - Bap­ti­ste ści­snęła go na poże­gna­nie za ramię. - W chuj mar­twa.

Zrodzona w ogniu

- Nikt nie ma wąt­pli­wo­ści... - Kar­dy­nała Bock zawie­siła głos. Była wysoka i miła, ale wyda­wało się, że cały czas błą­dzi myślami gdzieś indziej. - Jak ona ma na imię?

- Alex - pod­su­nął diuk Michael.

- Nikt nie ma wąt­pli­wo­ści, Alex.

Nie była to do końca prawda: Alex miała wąt­pli­wo­ści, i to potężne. Cała była jedną wielką wąt­pli­wo­ścią. Lada chwila się poła­pią, że zamiast dawno zagi­nio­nej księż­niczki zna­leźli po pro­stu zwy­kły ludzki śmieć. Ale Dziewka-Sakiewka zawsze powta­rzała: "Trwaj w kłam­stwie do końca. Wyznasz prawdę: masz prze­srane. Uprzesz się przy kłam­stwie? Nie wia­domo, co się wyda­rzy. Kłam do końca, kłam przez całą drogę na szu­bie­nicę, kłam z pętlą na szyi, niech pogrze­bią trupa wier­nego swoim łgar­stwom. Prawda to luk­sus, na który tacy jak ty nie mogą sobie pozwo­lić".

- Mamy połówkę two­jej monety - mówiła dalej kar­dy­nała, pro­wa­dząc ich żwa­wym kro­kiem przez lodo­waty labi­rynt Nie­biań­skiego Pałacu. - Do tego docho­dzi twoje zna­mię, a twój wuj jest prze­ko­nany...

- Abso­lut­nie prze­ko­nany - wtrą­cił diuk Michael i posłał Alex uśmiech, za który była mu szcze­rze wdzięczna.

- ...dla­tego tutaj nikt nie ma wąt­pli­wo­ści, Alex. Kiedy jed­nak dotrzesz do Troi, o ile w ogóle tam dotrzesz, tam­tejsi miesz­kańcy będą chcieli mieć cał­ko­witą pew­ność. Trudno mieć do nich pre­ten­sję. Nie jest tak, że dzie­dzi­czysz po babci rodzinny skle­pik z serem.

- No nie jest - przy­znała Alex i par­sk­nęła tęsk­nym śmie­chem. Skle­pik z serem byłby cał­kiem fajny. Dałaby sobie radę z jego pro­wa­dze­niem. To była odpo­wie­dzial­ność w sam raz dla niej.

- Cho­dzi o tę odro­binę pew­no­ści eks­tra. Jak lukier na ciastku. - Bock pokle­pała się w zadu­mie po brzu­chu i zwró­ciła do jed­nej z towa­rzy­szą­cych im mil­czą­cych sióstr zakon­nych: - Zja­dła­bym coś. Sio­stro Ste­fanu, poślij, pro­szę, po ciastko dla mnie. Ktoś jesz­cze ma ochotę?

Alex hoł­do­wała zasa­dzie nie­odma­wia­nia poczę­stunku w żad­nych oko­licz­no­ściach, ale zanim zdą­żyła odpo­wie­dzieć, Bock zatrzy­mała się przed masyw­nym drzwiami pil­no­wa­nymi przez dwójkę straż­ni­ków.

- Jeste­śmy na miej­scu - oznaj­miła i zaczęła gesty­ku­lo­wać jedną ręką. - Azul saz karga ber­łem, ole­jem, wolą i sło­wem uświę­cam te wrota. Droz nox karga nie dopusz­czę, by prze­szły przez nie nie­czy­ste myśli, amen. Pro­szę odblo­ko­wać.

Każdy ze straż­ni­ków pokrę­cił wiel­gach­nym kołem i zębate sztaby cof­nęły się ze zgrzy­tem. Cie­kawa rzecz takie zamknię­cie od zewnątrz. Jakby cho­dziło o to, żeby nie wypu­ścić cze­goś ze środka. Drzwi się otwo­rzyły, powie­trze z sykiem ucie­kło z wnę­trza i kar­dy­nała weszła za próg. Alex nie prze­pa­dała za magią, obo­jętne, czy cho­dziło o Białą Sztukę, Czarną, czy o szcze­rzą­cego zęby kan­cia­rza z talią kart. Kie­dyś zle­cono jej wykra­dze­nie księgi pew­nemu cza­row­ni­kowi; zro­bił się straszny bała­gan i źle się to skoń­czyło. Teraz sprawy wyglą­dały o wiele poważ­niej, aż dosta­wała gęsiej skórki na całym ciele, ale kiedy obej­rzała się na diuka, ten znów się do niej uśmiech­nął, tak krze­piąco, zachę­ca­jąco, jakby naprawdę w nią wie­rzył, prze­klęty głu­piec. Na pewno byłby zawie­dziony, gdyby spró­bo­wała uciec. Nie pozo­stało jej więc nic innego jak wejść do środka.

Natych­miast tego poża­ło­wała. Za drzwiami znaj­do­wało się wiel­kie okrą­głe pomiesz­cze­nie, wysoko wyskle­pione, całe poma­lo­wane na biało i przez to tak jasne, że od kon­tra­stu z ciem­nymi kory­ta­rzami aż bolały oczy. Wypo­le­ro­waną do poły­sku posadzkę pokry­wała plą­ta­nina krę­gów, linii pro­stych i wpra­wio­nych w nią sym­boli z błysz­czą­cego metalu. Pod ścia­nami w rów­nych odstę­pach stało dzie­wię­ciu mni­chów. Każdy coś trzy­mał w rękach: świecę, sierp, pęk jakichś ziół. Na ich twa­rzach per­lił się pot, usta poru­szały się bez ustanku, duszne powie­trze gęst­niało od powie­la­nych echem szep­ta­nych modlitw. Alex aż pod­sko­czyła, gdy drzwi zamknęły się za nią z hukiem i cięż­kie sztaby po dru­giej stro­nie wró­ciły ze zgrzy­tem na miej­sce.

Zwa­żyw­szy, że nie­usta­jąco roz­my­ślała o ucieczce, było zdu­mie­wa­jące to, że za każ­dym razem uda­wało jej się prze­ga­pić wła­ściwy moment.

Kar­dy­nała ruszyła po cza­ro­dziej­skiej posadzce. Minęła sie­dzą­cego przy prze­no­śnym biu­reczku ner­wo­wego skrybę i pode­szła do ksieni z wygo­loną głową, która klę­czała na środku sali. W zgię­ciu łok­cia trzy­mała otwartą książkę, a drugą ręką z obse­syj­nym zapa­łem pole­ro­wała szmatą pod­łogę, od czasu do czasu chu­cha­jąc na nią dla lep­szego efektu.

- Pięk­nie - mruk­nęła Bock. - Pięk­nie, pięk­nie, bar­dzo dobrze, dosko­nale... Wszyst­kie pie­czę­cie spraw­dzone? Po trzy­kroć? Ksieni wstała i scho­wała szmatę w fał­dach szaty.

- I jesz­cze raz po trzy­kroć, Wasza Emi­nen­cjo - zapew­niła i podała Bock coś, co wyglą­dało jak krysz­tał zatknięty na patyku.

- Kosze z węglem pełne? Na wypa­dek kolej­nego incy­dentu?

- Tym razem się nie przedrą, Emi­nen­cjo.

Bock zamknęła jedno oko, pod­nio­sła krysz­tał do dru­giego i obej­rzała prze­zeń całe wnę­trze.

- Te łaj­daki nie­ustan­nie szu­kają sła­bych punk­tów, nie zapo­mi­naj. Nie­ustan­nie.

Łysa ksieni prze­łknęła ślinę. Alex zauwa­żyła, że brwi rów­nież ma zgo­lone.

- Jak mogła­bym zapo­mnieć, Emi­nen­cjo?

- Świet­nie. Dosko­nale. Wyśmie­ni­cie. - Kar­dy­nała przy­wo­łała Alex gestem. - Nie lękaj się, tutaj nie ma nie­wła­ści­wych odpo­wie­dzi.

Alex spró­bo­wała się uśmiech­nąć. Z doświad­cze­nia wie­działa, że zawsze są jakieś złe odpo­wie­dzi, i spo­dzie­wała się, że wkrótce sama zacznie ich udzie­lać.

- Jedna rzecz, nim zaczniemy. - Bock zła­pała ją za ramiona, popro­wa­dziła parę kro­ków w przód, pchnęła w tył o cal albo dwa, w końcu uznała, że wystar­czy. - Nie wychodź z kręgu.

Alex spu­ściła wzrok i stwier­dziła, że jej cał­kiem nie­brzyd­kie poży­czone buty zna­la­zły się w obrę­bie mosięż­nego okręgu w samym środku posadzki.

- Pod żad­nym pozo­rem nie wychodź z kręgu - pod­kre­śliła kar­dy­nała i cof­nęła się w stronę ksieni z książką. Ski­nęła na diuka Micha­ela. - Wasza Ksią­żęca Mość zechce do mnie dołą­czyć. Musimy sta­nąć na połu­dnie od ogni­ska, rzecz jasna. A ty się nie martw bez potrzeby... Jak ona ma na imię? Znowu zapo­mnia­łam.

- Alex - pod­po­wie­dział diuk Michael.

- Nie martw się bez potrzeby, Alex, to naj­zu­peł­niej stan­dar­dowa pro­ce­dura. Cho­ciaż nawet ten stan­dard wiąże się z ogrom­nym ryzy­kiem, to zro­zu­miałe, wszy­scy jeste­śmy tego świa­domi. - Ehm... - Alex znów z wysił­kiem prze­łknęła ślinę.

- Cokol­wiek będzie się działo, nie wychodź z kręgu. Może­cie ich wpro­wa­dzić!

Dwoje drzwi w prze­ciw­le­głych ścia­nach otwo­rzyło się i do środka wkro­czyły dwa czte­ro­oso­bowe oddziały szu­ra­ją­cych sto­pami straż­ni­ków. Każdy oddział niósł krze­sło zamo­co­wane na dwóch dłu­gich drą­gach. Alex odnio­sła wra­że­nie, że dzie­wię­ciu mni­chów inten­syw­niej się poci, gło­śniej modli i robi bar­dziej zbo­lałe miny niż jesz­cze chwilę wcze­śniej.

Na krze­słach sie­działo dwoje ludzi ubra­nych w dłu­gie bie­liź­niane koszule, z prze­pa­skami na oczach i kaj­da­nami na nad­garst­kach i kost­kach nóg. Jedno z nich chyba było męż­czy­zną, dru­gie kobietą, cho­ciaż trudno było mieć pew­ność, bo tak bar­dzo byli wychu­dzeni, same kości i (nie­zdrowa) skóra, strupy wokół zasu­szo­nych ust, do tego bez­władni jak szma­ciane lalki, z opa­da­ją­cymi gło­wami, które podry­gi­wały lekko przy każ­dym poru­sze­niu krze­sła. Wyglą­dali jak para mar­twych żebra­ków. Alex widy­wała takich czę­ściej, niżby chciała. Ba, czę­ściej, niżby chciała, była o krok od sta­nia się jed­nym z nich.

Straż­nicy posta­wili jedno krze­sło po lewej stro­nie Alex, dru­gie po pra­wej i pośpiesz­nie się wyco­fali - zupeł­nie jakby przy­nie­śli dwie beczki oleju, a ona była iskrą. Ośmiu zapra­wio­nych w bojach wete­ra­nów było śmier­tel­nie prze­ra­żo­nych.

- Ehm...

Alex zaczęła się roz­glą­dać w poszu­ki­wa­niu drogi ucieczki, ale... wia­domo: drzwi zamy­kane od zewnątrz.

- Zaczy­naj­cie - pole­ciła Bock.

Szczęk­nęły łań­cu­chy, gdy nie­wi­dzący męż­czy­zna i kobieta jed­no­cze­śnie rzu­cili się w przód na swo­ich krze­słach i zła­pali Alex za ręce. Wzdry­gnęła się, omal nie odsu­nęła odru­chowo, ale w ostat­niej chwili zdała sobie sprawę, że wyszłaby wtedy z kręgu. Znie­ru­cho­miała.

- Widzę elfy! - prze­mó­wiła dźwięcz­nym gło­sem kobieta.

- Elfy nad­cho­dzą! - lamen­to­wał męż­czy­zna. - Nad­cho­dzą ich ślepi, sza­leni, głodni bogo­wie!

- Boże, miej nas w opiece! - zawyła kobieta, bole­śnie ści­ska­jąc dłoń Alex. - Elfy nad­cho­dzą! Głodne, głodne, głodne. I śmieją się!

Alex ze zgrozą odwró­ciła się do kar­dy­nały, ale ta tylko lek­ce­wa­żąco mach­nęła ręką.

- Nie przej­muj się, zawsze tak mówią.

- To... dobrze? - zakwi­liła Alex.

Bock podra­pała się po gło­wie pod szkar­łatną piu­ską.

- Na dłuż­szą metę z pew­no­ścią jest to powód do zmar­twie­nia, ale na razie...

- Widzę wielką budowlę! - Kobieta szarp­nęła się na krze­śle, zarzu­ca­jąc głową na boki. - Pra­starą budowlę budynki na szczy­cie budynki dookoła stopy nurza w morzu głową sięga chmur widzę rzeki w nie­bio­sach ogrody na fir­ma­men­cie.

- Kolumna Tro­jań­ska. - Kar­dy­nała posłała diu­kowi zna­czące spoj­rze­nie.

Łysa ksieni wyjęła ogry­zek ołówka zza ucha i zaczęła coś pośpiesz­nie noto­wać w swo­jej książce.

- Widzę ciężką próbę - zaświsz­czał szep­tem męż­czy­zna. - Widzę spraw­dziany i testy.

Alex nie była zachwy­cona tymi sło­wami, ale gdyby te dwa zasu­szone duchy roz­ma­wiały o ciast­kach, też brzmia­łoby to zło­wiesz­czo.

- Wieża wysoka wieża naj­wyż­sza wieża a na niej pło­nie ogień pło­mień pro­wa­dzi wier­nych fał­szywe świa­tło praw­dziwe świa­tło praw­dziwe świa­tło odbite świa­tło.

Bock zmru­żyła oczy jak poszu­ki­wacz złota prze­sie­wa­jący żwir w poszu­ki­wa­niu samo­rod­ków.

- Polo­wa­nie w środku polo­wa­nie na zewnątrz kręta ścieżka lądem morzem.

- Widzę zęby - wtrą­cił męż­czy­zna.

- Widzę zęby - zawtó­ro­wała mu kobieta.

Czyżby w sali robiło się coraz cie­plej? Alex się pociła.

- Widzę mni­cha króla malo­wa­nego wilka widzę śmierć i nie-śmierć widzę krew widzę obręcz.

- Widzę koło.

- Widzę pło­mień! - wark­nęła kobieta. Alex aż pod­sko­czyła. - Widzę ogień widzę ogień widzę oczysz­cza­jący ogień widzę ogień u jej kresu.

- Widzę ogień u jej począt­ków - powie­dział męż­czy­zna pół­gło­sem, led­wie sły­szal­nym wśród coraz gło­śniej szep­ta­nych modłów.

- Ogień u jej począt­ków. - Kar­dy­nała Bock i diuk Michael spoj­rzeli po sobie zna­cząco. - Zro­dzona w ogniu.

- Pyro­gen­ne­tos... - Diuk zaczął się uśmie­chać.

- Elfy! - wykrzyk­nął męż­czy­zna.

Jesz­cze moc­niej ści­snął Alex. Na Boga, jego dło­nie pałały żarem! Musiała zagryźć usta. Opa­ska męż­czy­zny dymiła, dwie zwę­glone plamy roz­le­wały się coraz sze­rzej na wyso­ko­ści jego oczu.

- Elfy nad­cho­dzą!

- Dość tego! - huk­nęła Bock.

Palce Wyroczni natych­miast okla­pły bez­wład­nie, twa­rze obwi­sły, głowy opa­dły w tył i na krze­słach znów sie­działy dwa zagło­dzone trupy. Roz­mo­dleni nowi­cju­sze sko­czyli naprzód z wia­drami wody, którą chlu­snęli na pod­łogę; w zetknię­ciu z meta­lem zmie­niała się w syczące kłęby pary. Ogo­lona ksieni zer­k­nęła na przed­miot przy­po­mi­na­jący kom­pas, ponow­nie coś zano­to­wała, a potem z ulgą odęła policzki i ski­nęła Bock głową.

- Dobrze, bar­dzo dobrze! - Jej Emi­nen­cja zapa­trzyła się w zadu­mie na odle­głe skle­pie­nie. - Dosko­nale. Zatem dzi­siaj, dwu­dzie­stego pierw­szego dnia lojal­no­ści...

Pióro skryby zachro­bo­tało na papie­rze.

- ...ja, kar­dy­nała Bock, będąca ofi­cjal­nie w pełni władz umy­sło­wych, nie­splu­ga­wiona dzia­ła­niem Czar­nej Sztuki, demo­nicz­nych mocy et cetera, et cetera, potwier­dzam, że kan­dy­datka pomyśl­nie prze­szła próbę dwóch Wyroczni z Nie­biań­skiego Chóru w rytu­al­nie oczysz­czo­nej bla­dej kom­na­cie. Możesz... Niech to szlag! Jak ona się nazywa?

- Alex - powie­dział diuk Michael.

- Możesz wyjść z kręgu, Alex. Już po wszyst­kim.

Alex cof­nęła się od omdla­łych Wyroczni, ner­wowo zacie­ra­jąc ręce. Palce miała wciąż zaró­żo­wione i mro­wiące od ich gorą­cego dotyku.

- Świet­nie sobie pora­dzi­łaś. - Diuk Michael ści­snął z uśmie­chem jej ramię.

- Nic nie zro­bi­łam, tylko tam sta­łam.

- To dzie­więć dzie­sią­tych tego, co robi cesa­rzowa - odparł i zapro­wa­dził ją do biurka.

- Co to jest Pyro­gen­ne­tos? - zapy­tała szep­tem.

- Tytuł nada­wany potom­kom z cesar­skiej krwi zro­dzo­nym w Cesar­skiej Sypialni, wysoko w tro­jań­skiej Faros, tuż pod Pło­mie­niem Świę­tej Nata­lii. Tylko cesa­rzowe i ich pier­wo­rodne córki mają przy­wi­lej rodze­nia w tym miej­scu. To naj­wyż­sze świa­dec­two pra­wo­wi­to­ści.

Pochy­lona nad skrybą Bock oparła się jedną ręką o blat i dyk­to­wała dalej:

- Jej Świą­to­bli­wość Bene­dykta I, obda­rzona peł­nią wła­dzy kole­gium kar­dy­nal­skiego, prze­ma­wia­jąca świę­tym gło­sem Boga poprzez bulle papie­skie i Pismo, i tak dalej, i tak dalej, niniej­szym zaświad­cza, że kan­dy­datka jest księż­niczką Alek­sją Pyro­gen­ne­tos, zro­dzoną w ogniu, naj­star­szą potom­ki­nią Ireny, naj­star­szej potom­kini Teo­do­zji, oraz jedyną pra­wo­witą dzie­dziczką Wężo­wego Tronu Troi.

Alex zamru­gała. Bock wyjęła pióro z pal­ców skryby i nagry­zmo­liła zama­szy­sty pod­pis pod doku­men­tem.

- Pro­szę bar­dzo. - Wrzu­ciła pióro do kała­ma­rza, ochla­pu­jąc przy tym skrybę, i posłała Alex pro­mienny uśmiech. - Zała­twione.

- Super. - Alex prze­łknęła ślinę. - Ja chro­molę.

- Pożrą nas wszyst­kich... - wyszep­tała wyno­szona z sali Wyrocz­nia. Łzy wypły­wały spod jej osmo­lo­nej prze­pa­ski na oczach i ście­kały po zapad­nię­tych policz­kach.

* * *

Pochy­lona nisko nad tale­rzem Alex wachlo­wała widel­cem naj­szyb­ciej, jak mogła. Z przy­jem­no­ścią uży­łaby pal­ców, bo z widelca co chwilę coś jej spa­dało, ale dopóki uda­wało jej się dostar­czać do prze­łyku choć część jedze­nia, była zado­wo­lona. Sie­dzący naprze­ciwko diuk Michael przy­glą­dał jej się z lekko zbo­lałą miną; pew­nie nie tak wyobra­żał sobie jedzącą księż­niczkę, ale kiedy czło­wie­kowi, który zaznał praw­dzi­wego głodu, pod­sta­wić miskę strawy, będzie jadł naj­szyb­ciej, jak się da - na wypa­dek gdyby jego dobro­czyńca zmie­nił zda­nie.

- Elfy znów powstaną - powie­działa kar­dy­nała Zizka ze swo­jego wiel­kiego krze­sła u szczytu stołu. - To nie­uchronny, prze­ra­ża­jący fakt, z któ­rym wszy­scy musimy się zmie­rzyć. Europa musi się zjed­no­czyć w obli­czu nie­prze­jed­na­nego, nie­na­sy­co­nego, prze­klę­tego wroga. W prze­ciw­nym razie na zawsze pogrąży się w ciem­no­ści.

- Mhm - mruk­nęła z peł­nymi ustami Alex.

Nie wąt­piła, że elfy to straszne skur­czy­byki. Nie one jedne zresztą, ale one aku­rat były na razie daleko stąd. Tym­cza­sem nie dalej jak poprzed­niego dnia Bostro wywi­jał jej cęgami przed twa­rzą, prawda?

- Dla­tego chcę... Dla­tego Jej Świą­to­bli­wość chce poło­żyć kres wiel­kiej schi­zmie, ule­czyć tę strasz­liwą ranę i przy­jąć Cesar­stwo Wschodu z powro­tem na kocha­jące łono Kościoła.

Schi­zma, Kościół, bla, bla, bla. Alex miała to tak ser­decz­nie w dupie, że bar­dziej się nie da, ale miała rów­nież dość rozumu, żeby nie mówić o tym gło­śno. Zorien­to­wała się już, że ta cała Zizka musi być jakąś szy­chą - pozna­wała to po wiel­kich, masyw­nych meblach w jadalni, od setek lat pole­ro­wa­nych przez święte dup­ska, po wspa­nia­łych obra­zach poboż­nych męczen­ni­ków, któ­rzy cier­pieli wysoko, wysoko na ścia­nach, po tale­rzu, sztuć­cach, kan­de­la­brach i zatknię­tych w nich świe­cach. Dziewka-Sakiewka pew­nie posi­ka­łaby się w majtki na widok tego wszyst­kiego. I jesz­cze ten złoty łań­cuch z wysa­dzaną klej­no­tami obrę­czą, który tak nie­fra­so­bli­wie prze­wie­siła przez opar­cie krze­sła.

Trzeba być boga­tym, żeby w ogóle mieć taką zabawkę. Ale żeby tak bez­tro­sko się z nią obcho­dzić? Do tego trzeba praw­dzi­wej wła­dzy.

Chęt­nie by coś zwę­dziła z zastawy sto­ło­wej, scho­wała do rękawa. W jej kodek­sie abso­lut­nie nie byłaby to kra­dzież, raczej szla­chetny wysi­łek na rzecz redy­stry­bu­cji majątku. Nie­stety sukienka, w którą ją wpa­so­wali, bar­dziej nada­wała się do sie­dze­nia nie­ru­chomo i uśmie­cha­nia się niż do redy­stry­bu­cji cze­go­kol­wiek. Miała cia­sne rękawy.

Może przy dese­rze nada­rzy się oka­zja, żeby buch­nąć łyżeczkę albo dwie.

- Zba­wieni muszą zjed­no­czyć się prze­ciw nie­przy­ja­cio­łom Boga - bre­dziła tym­cza­sem Zizka. - Pod sztan­da­rem Zba­wi­cielki. Pod sztan­da­rem papie­życy. Muszą być gotowi poma­sze­ro­wać w zgod­nym szyku, gdy dźwięk nie­biań­skich trąb obwie­ści począ­tek nowej kru­cjaty, aby­śmy mogli prze­gnać elfy z powro­tem w otchłań, z któ­rej przy­były!

I łyp­nęła złym okiem. Wide­lec Alex znie­ru­cho­miał w pół drogi do ust. Długa kro­pla sosu roz­bry­znęła się na jej tale­rzu.

W spoj­rze­niu Zizki było coś takiego, co kazało Alex myśleć, że jed­nak mimo wszystko cho­dzi o seks. Ducho­wień­stwo obo­wią­zy­wał wpraw­dzie ofi­cjalny zakaz chę­do­że­nia, ale nie­któ­rych naj­wy­raź­niej jesz­cze bar­dziej to raj­co­wało.

Słu­żący regu­lar­nie zacho­dził Alex od tyłu i dole­wał jej wina, a ona - ponie­waż wobec wina upra­wiała taką samą poli­tykę jak wobec jedze­nia - zdą­żyła opróż­nić już kilka kie­lisz­ków i teraz pokój leciutko wiro­wał wokół niej, uszy miała roz­pa­lone, a spo­cony nos co rusz musiała wycie­rać wierz­chem rękawa.

- Chęt­nie pomogę - mruk­nęła, żując pra­co­wi­cie. Lepiej przy­ta­ki­wać tym, co mają wła­dzę, a potem jakoś się z tego wyśli­zgać, niż na dzień dobry ich wku­rzyć. - Z kru­cja­tami i w ogóle... Kar­dy­nała unio­sła brew.

- Twoje zaan­ga­żo­wa­nie w sprawę Kościoła zosta­nie doce­nione zarówno w tym świe­cie, jak i w następ­nym.

Alex, która spró­bo­wała prze­łknąć zbyt duży kęs, roz­kasz­lała się i musiała naj­pierw solid­nie grzmot­nąć się w mostek, a następ­nie spłu­kać zawa­li­drogę winem.

- Z tymi nagro­dami w nie­bie­siech to ja mogę pocze­kać - odparła z uśmie­chem. - Za to te ziem­skie chęt­nie bym od razu przy­gar­nęła, co? Hmm?

Nikt się nie roze­śmiał.

Na Boga, ubz­dryn­go­liła się. Pomy­ślała, że chyba nie powinna wię­cej pić, po czym osu­szyła kie­li­szek.

- Powin­ni­śmy wyru­szyć do Troi naj­prę­dzej, jak to tylko moż­liwe - mówił już tym­cza­sem diuk Michael. - Moja droga przy­ja­ciółka lady Severa została w mie­ście po woj­nie domo­wej. Wcze­śniej, u Eudok­sji, była Opie­kunką Kom­naty Cesar­skiej. - Pod­niósł trzy­maną w pal­cach zło­żoną kartkę papieru. - Od tam­tej pory wiele ryzy­kuje, infor­mu­jąc mnie na bie­żąco o roz­woju sytu­acji.

Po czym zro­bił dokład­nie to, czego Alex się oba­wiała: podał jej kar­teczkę.

- Lady Severa - mruk­nęła. - Dobrze. Bar­dzo dobrze.

Strzą­snęła kar­teczkę, tak że ta się roz­wi­nęła, i marsz­cząc brwi, spoj­rzała na nią z mądrą miną, jaką podej­rzała u księży wpa­trzo­nych w święte księgi. Bar­dzo to wszystko wyglą­dało schlud­nie, ele­gancko i w ogóle, ale zna­czyło dla niej tyle samo co zawi­jasy gołę­bich gówie­nek na para­pe­cie.

- Mhm... Mhm...

Diuk pochy­lił się z udrę­czoną miną, zabrał jej liścik i odwró­cił do góry nogami, żeby go odczy­tać.

- Donosi mi, że syno­wie Eudok­sji podej­mują kroki zmie­rza­jące do utrwa­le­nia swo­jej pozy­cji. Gdyby nie zawzięta rywa­li­za­cja pomię­dzy nimi, któ­ryś z nich mógłby już...

- Jak to? - Alex nie cze­kała, aż ostat­nie kro­ple wina skapną jej do gar­dła, i odsta­wiła kie­li­szek. - To ja mam kuzy­nów?

- Syno­wie Eudok­sji. Moi sio­strzeńcy. Czte­rech diu­ków, jeden gor­szy sukin­kot od dru­giego. Mar­cjan, Con­stans, Sab­bas i Arca­dius. - Michael cedził imiona ze zmru­żo­nymi oczami, jak kazno­dzieja wyli­cza­jący grze­chy śmier­telne.

- I co, nie chcą zasiąść na tro­nie?

- Zro­bią wszystko, żeby go objąć - zapew­niła Zizka.

Alex wysy­sała strzępki jedze­nia spo­mię­dzy zębów. Nie sma­ko­wały już tak prze­pysz­nie jak wcze­śniej.

- Są nie­bez­pieczni?

- To potężni przed­sta­wi­ciele Cesar­stwa Wschodu - powie­dział diuk. - Roz­ko­szo­wali się egze­kwo­wa­niem wła­dzy Eudok­sji i zapro­wa­dza­niem kró­le­stwa ter­roru.

- Mają zie­mie, pie­nią­dze i wpływy. - Kar­dy­nała z zabój­czą pre­cy­zją nadziała na wide­lec kawa­łek mięsa. - Mają na swoje roz­kazy żoł­nie­rzy, szpie­gów i zabój­ców i kom­plet­nie nie przej­mują się losem swo­ich nie­śmier­tel­nych dusz. Jeśli wie­rzyć plot­kom, nie wahają się nawet uży­wać zaka­za­nej magii, pak­to­wać z dia­błami i robić innych, jesz­cze gor­szych rze­czy.

- Jesz­cze gor­szych? - powtó­rzyła pół­gło­sem Alex.

Diuk Michael był wyraź­nie spe­szony. I dobrze mu tak, do tej pory sło­wem się nie zająk­nął ani o jej kuzy­nach, ani - tym bar­dziej - o zaka­za­nej magii.

- Eudok­sja nie tylko zamor­do­wała twoją matkę i bez­praw­nie zagar­nęła jej tron, ale była rów­nież potężną wiedźmą. Po tym, jak zatrium­fo­wała w woj­nie domo­wej, zało­żyła w Troi zgro­ma­dze­nie czar­no­księ­skie.

- W któ­rym wraz ze swo­imi uczniami upra­wiała Czarną Sztukę. - Zizka patrzyła z posępną miną na Alex. - Zupeł­nie się z tym nie kry­jąc! To wystę­pek prze­ciw Bogu, w dodatku popeł­niony w zasięgu wzroku z uświę­co­nej ziemi, w któ­rej pogrze­bani są boha­te­ro­wie wiel­kich kru­cjat!

Michael pokrę­cił głową.

- Zawsze miała obse­sję na punk­cie duszy - powie­dział.

- To brzmi... - Alex zmru­żyła oczy - ...tak jakby... poboż­nie?

Zizka prych­nęła z nie­sma­kiem.

- Dusza to cząstka Boga, którą wkłada w każdą i każ­dego z nas. Inge­ro­wa­nie w nią to naj­gor­sza here­zja.

- Jak się inge­ruje w duszę? - mruk­nęła Alex, zupeł­nie nie­za­in­te­re­so­wana usły­sze­niem odpo­wie­dzi.

- Eudok­sja prze­pro­wa­dzała... eks­pe­ry­menty - odparł Michael.

- Odra­ża­jące eks­pe­ry­menty - dodała Zizka.

- Zaczęła łączyć czło­wieka ze zwie­rzę­ciem.

- To zna­czy co? Ciało czło­wieka z głową psa? - Alex już miała par­sk­nąć śmie­chem, gdy dostrze­gła spoj­rze­nie, jakie wymie­nili kar­dy­nała z diu­kiem. Spoj­rze­nie, które zabiło wszelką weso­łość. Zabiło na śmierć. - Zaraz... Ciało czło­wieka z głową psa?

- Ludzie otrzy­mują dusze - powie­dział diuk Michael. - Zwie­rzęta nie. Eudok­sja wie­rzyła, że poprzez połą­cze­nie ciał zdoła zlo­ka­li­zo­wać duszę. Uwol­nić ją. Schwy­tać. Okieł­znać.

- Chciała znie­wo­lić okruch Boga. - Kar­dy­nała wodziła gniew­nym spoj­rze­niem. - Od pięt­na­stu lat jestem prze­ło­żoną Kurii Ziem­skiej i nie sły­sza­łam o dru­gim rów­nie nie­mo­ral­nym świę­to­kradz­twie.

- Aha - wychry­piała Alex.

- Teraz Wasza Wyso­kość rozu­mie, dla­czego nie można dopu­ścić do tego, by któ­ryś z synów Eudok­sji zasiadł na Wężo­wym Tro­nie; dla­czego jej prze­klęta spu­ści­zna musi zostać wyko­rze­niona, a święta tro­jań­ska zie­mia poświę­cona na nowo. - Kiedy Zizka patrzyła na jedzącą Alex, spra­wiała wra­że­nie kobiety, dla któ­rej żaden kęs nie jest zbyt duży, żeby go prze­łknąć. - To, co Wasza Wyso­kość robi, to akt wiel­kiej odwagi. Szla­chetny, prawy, śmiały.

W sali powiał chłodny wia­te­rek... A może wcale nie powiał, tylko po pro­stu Alex dostała gęsiej skórki. Cia­sne rękawy nie poma­gały.

- Nikt mnie nie uprze­dził, że będę musiała być odważna.

- U księż­niczki to się rozu­mie samo przez się - odparł diuk.

- Nie zapo­mi­naj, że na razie jesteś o krok przed kuzy­nami - rzu­ciła kar­dy­nała. - Poza murami Nie­biań­skiego Pałacu nikt nawet nie podej­rzewa, że księż­niczka Alek­sja żyje, ani, tym bar­dziej, że została odna­le­ziona. Udasz się do Troi pota­jem­nie, w eskor­cie sta­ran­nie dobra­nej dru­żyny. Wcze­śniej kopie potwier­dza­ją­cej twoją toż­sa­mość bulli papie­skiej zostaną wysłane do lady Severy, żeby roz­po­wszech­niła je na krótko przed twoim przy­by­ciem. Prze­klęty pomiot Eudok­sji będzie pogrą­żony w wewnętrz­nych spo­rach i wal­kach. Ude­rzysz w nich jak grom z jasnego nieba!

Alex nie czuła się jak grom.

- A jeśli któ­ryś z nich wygra, zanim tam dotrę?

- Nikt nie twier­dzi, że ryzyko nie ist­nieje - zauwa­żył diuk Michael. - Do Troi jest stąd bli­sko tysiąc mil, a my nie mamy pew­no­ści, na jakie wspar­cie będziesz mogła liczyć po dotar­ciu do mia­sta. Stawka jest gigan­tyczna, a nasi wro­go­wie są potężni i gotowi poru­szyć zie­mię i niebo, żeby nas powstrzy­mać.

- Posłu­chaj­cie. Dora­sta­łam tam. - Alex dźgnęła widel­cem powie­trze, celu­jąc w okno. Gro­szek z widelca pofru­nął w powie­trzu i przy­kleił się do ściany. - W slum­sach. Robi­łam... - żadna z rze­czy, które robiła, nie wyda­wała się sto­sowna do oko­licz­no­ści - ...naj­róż­niej­sze rze­czy. Ale na byciu księż­niczką nie znam się ni w ząb.

- Wyczu­wam w tobie bystrą uczen­nicę - prze­rwała jej nie­wzru­szona Zizka. Alex miała wra­że­nie, że w ogóle mało co wzru­szy­łoby kar­dy­nałę, może ewen­tu­al­nie trzę­sie­nie ziemi, ale też nie za bar­dzo.

- Ci czte­rej kuzyni, któ­rzy mają tych wszyst­kich żoł­nie­rzy, pie­nią­dze, zie­mie... Czy i tak nie będę musiała z nimi wal­czyć, prę­dzej czy...?

- Ja będę wal­czył za cie­bie. - Diuk Michael posłał jej uspo­ka­ja­jący uśmiech, na któ­rego widok zachciało jej się siku. Cho­ciaż może to przez wino.

- Sławny boha­ter staje po two­jej stro­nie! - ucie­szyła się kar­dy­nała. - Możesz także liczyć na popar­cie Jej Świą­to­bli­wo­ści, a poprzez nią... - wznio­sła oczy ku skle­pie­niu poma­lo­wa­nemu na podo­bień­stwo pochmur­nego nieba o zmierz­chu, na któ­rym nio­sące nadzieję pro­mie­nie słońca prze­bi­jały pół­mrok - ...na pomoc naszej Zba­wi­cielki, bło­go­sła­wio­nej córki Wszech­mo­gą­cego. Tamci mogą mieć szpie­gów i zabój­ców, Wasza Wyso­kość, ale ty masz w swoim naroż­niku świę­tych i anio­łów!

Życie nauczyło Alex, że Wszech­mo­gący sprzy­mie­rza się z fawo­ry­tami i kiedy liczysz na to, że anioły prze­ważą szalę na twoją stronę, masz prze­je­bane. Odno­siła jed­nak rów­nież nie­przy­jem­nie wra­że­nie, że ma prze­je­bane już od jakie­goś czasu, tylko po pro­stu późno się zorien­to­wała.

Diuk Michael nachy­lił się w jej stronę.

- Nie zapo­mi­naj, że masz coś, czego tamci czte­rej uzur­pa­to­rzy ni­gdy nie będą mieli.

- Niby co? - zapy­tała Alex cichut­kim gło­si­kiem.

- Prawo! - Diuk ude­rzył pię­ścią w stół. - Jesteś księż­niczka Alek­sja Pyro­gen­ne­tos, zro­dzona w ogniu, a poprzez Wyrocz­nie Nie­biań­skiego Chóru sam Bóg udzie­lił ci popar­cia.

I drugi raz wal­nął w stół, jesz­cze moc­niej, aż szczęk­nęły sztućce. To był dosko­nały moment, żeby pod­pro­wa­dzić jeden z tych małych widel­czy­ków, ale Alex zabra­kło odwagi.

- Mam prawo...

Była prak­tycz­nie pewna, że "prawo" nie prze­ło­ży­łoby się na żaden zysk u Dziewki-Sakiewki. Wie­działa, że w tor­cie musi być zapie­czone tłu­czone szkło, ale mimo to wgry­zła się weń z zapa­łem. Wizja wiel­kiej nagrody oszo­ło­miła ją do tego stop­nia, że potknęła się o wła­sne nogi, prze­wró­ciła i wpa­dła pro­sto do kopal­nia­nego szybu, który był pełen kuzy­nów-mor­der­ców, here­tyc­kiej magii i kra­dzio­nych dusz.

Pod­jęła jesz­cze jeden żało­sny wysi­łek:

- Ale powie­dzie­li­ście, że mają jesz­cze cza­row­nice - bia­do­liła. - I tych pół ludzi, pół zwie­rzęta, i te, no... no wie­cie... dia­bły...

- Ow­szem. - Kar­dy­nała się uśmiech­nęła. Alex, która pierw­szy raz widziała jej uśmiech, doszła do wnio­sku, że woli jej wcze­śniej­szą gniewną minę. - Ale dia­bły to my też mamy wła­sne.

Początek kiepskiego dowcipu

Bal­tha­zar wes­tchnął ciężko, ale nikt nie zwró­cił na to uwagi.

Oko­licz­no­ści dawały mu aż nadto powo­dów do wzdy­cha­nia: okropny mate­rac, fatalne jedze­nie, panu­jące w miej­scu zamiesz­ka­nia wil­goć, ziąb i nie­wy­sło­wiony smród, nie­do­rzeczne odma­wia­nie mu ubra­nia, strasz­liwa nie­moż­ność inte­li­gent­nej kon­wer­sa­cji i roz­dzie­ra­jąca serce utrata jego pięk­nych, pięk­nych ksiąg. Po dłuż­szej reflek­sji doszedł jed­nak do wnio­sku, że naj­gor­sze w przy­mu­so­wym dołą­cze­niu do Kaplicy Świę­tej Koniecz­no­ści jest... skrajne zaże­no­wa­nie, świa­do­mość, że on, Bal­tha­zar Sham Ivam Draxi, uczony adept dzie­wię­ciu krę­gów, suze­ren tajem­nych klu­czy, władca nie­ziem­skich mocy, czło­wiek, któ­rego nazy­wano Postra­chem Damietty (wła­ści­wie sam się tak nazwał, w nadziei, że przy­do­mek się przyj­mie), jeden z trzech naj­po­tęż­niej­szych euro­pej­skich nekro­man­tów (może jeden z czte­rech, zależy, co sądzić o Suka­strze z Bivortu, którą Bal­tha­zar oso­bi­ście uwa­żał za szar­la­tankę), został zatrzy­many przez bła­znów, osą­dzony i ska­zany przez cym­ba­łów, a następ­nie prze­mocą wcie­lony do służby u boku skoń­czo­nych kre­ty­nów.

Zer­k­nął w bok z miną dosad­nie wyra­ża­jącą jego bez­gra­niczne znie­sma­cze­nie, ale nikt nie patrzył. Wie­kowy wam­pir, skraj­nie znie­do­łęż­niały zapewne na sku­tek nie­do­statku świe­żej krwi, oklapł na krze­śle w pozie mod­nego znu­dze­nia - na ile było to moż­liwe u szkie­letu z reszt­kami wło­sów na gło­wie. Obok stała elfka, blada i chuda jak kawa­łek drutu, z twa­rzą prze­sło­niętą skoł­tu­nioną grzywą nie­na­tu­ral­nie popie­la­tych wło­sów, zupeł­nie nie­ru­choma, jeśli nie liczyć nie­ustan­nego i nad­zwy­czaj iry­tu­ją­cego podry­gi­wa­nia dłu­giego pra­wego palca wska­zu­ją­cego. Naczelny straż­nik wię­zienny, Jakob z Toru­nia, przy­glą­dał się im z kąta z rękami zało­żo­nymi na piersi: stary rycerz i wete­ran wojenny wyglą­dał tak, jakby znaczną część życia spę­dził miaż­dżony w wyży­maczce, które to doświad­cze­nie wyci­snęło z niego całe poczu­cie humoru. Zespół uzu­peł­niał domnie­many pasterz duchowy tej roz­cza­ro­wu­ją­cej trzódki: brat Diaz, wiecz­nie prze­ra­żony młody idiota z mało zna­nego i jesz­cze mniej sza­no­wa­nego zakonu, z miną czło­wieka, który, nie umie­jąc pły­wać, zna­lazł się na pokła­dzie toną­cego statku.

Nie­udolny kapłan, ane­miczny rycerz, elfka-mizan­tropka i pra­stary wam­pir. Brzmiało to jak począ­tek kiep­skiego dow­cipu, któ­rego tra­giczna puenta na razie pozo­sta­wała nie­znana. Można by przy­naj­mniej liczyć na budzącą nabożną cześć oprawę, jakieś sank­tu­arium z mnó­stwem rzeźb i mar­mu­rową pod­łogą, w którą wpra­wiono ide­ogramy świę­tych i anio­łów - ale nie, zamiast tego dostali pełną prze­cią­gów kan­ciapę w bebe­chach Nie­biań­skiego Pałacu, przez któ­rej jedyne okno było widać ścianę z plą­ta­niną ciek­ną­cych rynien.

Pod­czas far­so­wego pro­cesu sądo­wego Bal­tha­zar dostał wybór: odku­pie­nie grze­chów poprzez służbę Jej Świą­to­bli­wo­ści albo stos. Wtedy decy­zja wyda­wała mu się oczy­wi­sta, teraz jed­nak zaczy­nał podej­rze­wać, że na dłuż­szą metę spa­le­nie żyw­cem mogłoby oka­zać się mniej bole­sne.

Nie dość, że on, Bal­tha­zar Sham Ivam Draxi, który uczy­nił z mar­twych swoje igraszki, okieł­znał burzę, by słu­żyła mu jako wierz­cho­wiec, prze­su­nął gra­nice śmier­tel­no­ści i nagiął arcy­de­mo­nicę Sha­xep do swej woli (albo przy­naj­mniej wyłu­dził od niej kilka przy­sług i mimo to prze­żył), został spro­wa­dzony do roli żało­snego nie­wol­nika, to jesz­cze była to nie­wola nad­zwy­czaj banalna i bez­ro­zumna.

Szy­ko­wał się do wes­tchnie­nia tak gło­śnego, tak prze­moż­nego, że tym razem ktoś na pewno by je usły­szał i pojął głę­bię jego udręki, gdy wtem szczęk­nęły zamki i drzwi otwo­rzyły się na oścież.

Do środka wma­sze­ro­wała gro­mada ako­li­tów - każde w bia­łym habi­cie, z nie­ziem­sko poboż­nym wyra­zem twa­rzy i sza­lem modli­tew­nym wyszy­wa­nym w wer­sety Pisma. Jeden z nich ugi­nał się pod cię­ża­rem przy­pię­tego do ple­ców masyw­nego drew­nia­nego ste­laża, na któ­rym spo­czy­wała ogromna otwarta księga. Drugi roz­chla­py­wał atra­ment na wszyst­kie strony, pró­bu­jąc nadą­żyć za poprzed­ni­kiem i jed­no­cze­śnie pisać w księ­dze. Trze­cia z mni­szek nio­sła zawie­szony na szyi wie­niec z kwia­tów, tak wielki, że pra­wie omia­tał pod­łogę. Czwarty - wznió­sł­szy szkli­ste spoj­rze­nie pod sufit - w jed­nej ręce ści­skał srebrny cyr­ku­fiks, w dru­giej plik kar­to­ni­ków modli­tew­nych i bez prze­rwy poru­szał ustami, zano­sząc nie­koń­czące się bła­ga­nia o bło­go­sła­wień­stwo do Wszech­mo­gą­cego, Zba­wi­cielki i wszyst­kich świę­tych.

- Klauni przy­szli - zaświsz­czał baron Rikard i wypro­sto­wał się chwiej­nie, wsparty na lasce, o ile można nazwać "wypro­sto­wa­niem się" stan tak głę­bo­kiego przy­gar­bie­nia, że jego nos znaj­do­wał się nie­wiele powy­żej pasa.

Ako­lici się roz­stą­pili, odsła­nia­jąc dwie siwo­włose kobiety - kar­dy­nały, sądząc po szkar­łat­nych szar­fach i piu­skach, a także po wysa­dza­nych klej­no­tami obrę­czach na wysa­dza­nych klej­no­tami łań­cu­chach. Jedna, ponad­prze­cięt­nie wysoka i zgrabna, roz­glą­dała się życz­li­wym wzro­kiem, jak bogaczka, która przy­szła roz­dać jał­mużnę ubo­gim. Druga - raczej niska, krzepka, solidna - miała nachmu­rzoną twarz i nie­złomne spoj­rze­nie. Bal­tha­zar domy­ślił się, że ma do czy­nie­nia z Zizką i Bock, dostoj­nicz­kami z dwóch prze­ciw­staw­nych bie­gu­nów kościel­nej hie­rar­chii, prze­ło­żo­nymi - odpo­wied­nio - Kurii Ziem­skiej i Nie­biań­skiego Chóru. Na pierw­szy rzut oka nie zro­biły na nim wiel­kiego wra­że­nia.

- Prze­pra­szam, można?

Dzie­się­cio­let­nia dziew­czynka w pro­stej bia­łej sza­cie roz­trą­ciła star­sze kobiety, wzięła się pod boki, unio­sła brew i obrzu­ciła nie­chętną trzódkę kry­tycz­nym spoj­rze­niem. Bene­dykta I, papie­życa-dziecko. Wyzna­cze­nie nowej Matki Świę­tej ni­gdy nie było wolne od kon­tro­wer­sji, ale wybór tej kon­kret­nej kan­dy­datki, któ­rej zde­cy­do­wa­nie daleko było jesz­cze do wieku macie­rzyń­skiego, wywo­łał powszechny gniew, spo­tkał się z wyra­zami potę­pie­nia, skut­ko­wał eks­ko­mu­niką trzech zbun­to­wa­nych kar­dy­nał i kil­ku­dzie­się­ciu biskup i omal nie dopro­wa­dził do kolej­nej wiel­kiej schi­zmy w Kościele, bez względu na domnie­many poten­cjał magiczny Bene­dykty.

- Od głu­poty do farsy - mruk­nął Bal­tha­zar. Ni­gdy nie miał cier­pli­wo­ści do reli­gii: czymże była, w grun­cie rze­czy, jeśli nie prze­są­dem z pie­niędzmi?

- Prze­pra­szam wszyst­kich! - prze­mó­wiła śpiew­nym gło­sem papie­życa, cho­ciaż ton jej głosu prze­czył sło­wom. - Fran­kij­ski amba­sa­dor kupił mi ptaszka. Jest taki śmieszny! Jak się nazywa?

- Paw, Wasza Świą­to­bli­wość. - Kar­dy­nała Zizka spra­wiała wra­że­nie upo­ko­rzo­nej tą sytu­acją nie mniej od Bal­tha­zara.

- Śliczne ma kolory. Długo cze­ka­cie?

- Nie, Wasza Świą­to­bli­wość. - Brat Diaz odpo­wie­dział słu­żal­czym uśmie­chem i zgiął się wpół jak rasowy pokut­nik. - Nie. Nie, nie, nie...

- Ow­szem - odparł baron Rikard, prze­cią­ga­jąc zgło­ski i oglą­da­jąc swoje pożół­kłe paznok­cie. - Ale czy mamy inne wyj­ście?

Jej Świą­to­bli­wość uśmiech­nęła się od ucha do ucha.

- Wiesz, gdy­byś był papie­żem, może ludzie przy­no­si­liby ci pawie. A że jesteś wam­pi­rem... Cóż, pech.

Baron wydał z sie­bie prze­cią­głe wes­tchnie­nie.

- Z ust dzieci i nie­mow­ląt...1

Z kąta dobiegł led­wie sły­szalny jęk. Mam­ro­czący ako­lita zachwiał się, kar­to­niki modli­tewne wypa­dły mu z odrę­twia­łych pal­ców i nie­sione podmu­chem powie­trza roz­sy­pały się na posadzce. Omdlały mnich osu­nął się na bok. Jedna z ako­li­tek natych­miast zajęła jego miej­sce: splo­tła dło­nie, unio­sła wzrok i z uśmie­chem na ustach recy­to­wała pacierz. Bal­tha­zar zna­lazł się tam, gdzie spę­dzał więk­szość czasu: w pół drogi mię­dzy pogardą i zazdro­ścią. Mógł sobie tłu­ma­czyć, że to wszystko bzdury i machloje, ale wiara w kłam­stwo dodaje wie­rzą­cemu otu­chy tak samo jak świa­do­mość prawdy. Przez moment nie mógł się opę­dzić od pyta­nia: czy naprawdę lepiej być nie­szczę­śli­wym cyni­kiem niż naiw­nia­kiem w eks­ta­zie? Bock wachlo­wała nie­przy­tom­nego ako­litę pli­kiem zebra­nych z pod­łogi kar­to­ni­ków, ale jeden z nich zrzą­dze­niem losu sfru­nął do bosych stóp Bal­tha­zara. Z jed­nej strony był doku­ment­nie zagry­zmo­lony poboż­no­ściami, za to na odwro­cie, jak z nie­ba­ga­telną eks­cy­ta­cją stwier­dził mag, pozo­stał nie­za­pi­sany. W zamie­sza­niu nie­trudno było prze­su­nąć stopę w bok i nakryć nią kar­te­lu­szek; nie zdo­łał ukryć trium­fal­nego uśmie­chu, gdy papier zatrzesz­czał pod jego pode­szwą. Uwolni się z tego upo­ko­rze­nia i wywrze pomstę, od któ­rej zapła­czą męczen­nicy! Wszy­scy poża­łują dnia, w któ­rym ośmie­lili się sprze­ci­wić Bal­tha­zarowi Sha­mowi Iva­mowi Draxi!

Nie­przy­tom­nego ako­litę wynie­siono na kory­tarz. Zizka odchrząk­nęła.

- Czy możemy przy­stą­pić do wią­za­nia? Waszą Świą­to­bli­wość czeka pra­co­wity dzień.

- Jak każdy! - prych­nęła Bene­dykta I. - Bycie papie­życą wcale nie jest takie fajne, jak mogłoby się wyda­wać.

- Podob­nie jak więk­szość rze­czy - mruk­nęła elfka.

Mimo że od jakie­goś czasu pomiesz­ki­wali po sąsiedzku w celach, było to w przy­bli­że­niu dwa razy wię­cej słów, niż Bal­tha­zar sły­szał wcze­śniej z jej ust.

Jeden z ako­li­tów uklęk­nął, trzy­ma­jąc w dło­niach misę z czer­wo­nym atra­men­tem. Jej malutka Świą­to­bli­wość zamo­czyła w atra­men­cie palec wska­zu­jący i nakre­śliła pro­stą poprzeczną linię na nad­garstku wam­pira. Środ­ko­wym pal­cem nary­so­wała taką samą linię na prze­gu­bie dłoni elfki.

Zro­biła kolejny krok i Bal­tha­zar spoj­rzał w obli­cze przed­sta­wi­cielki Boga na ziemi: bla­dej dziew­czynki z dużym pie­przy­kiem nad brwią, w bia­łej piu­sce, która z tru­dem skry­wała nie­sforną szopę brą­zo­wych loków. Sły­szał, jak nazy­wano ją naj­po­tęż­niej­szą magiczną istotą zro­dzoną na świe­cie od setek lat, i nie dowie­rzał. Sły­szał plotki, że ludzie zaczy­nają wychwa­lać jej poja­wie­nie się jako ponowne przyj­ście Zba­wi­cielki, i chciało mu się śmiać. Teraz zaś, kiedy na wła­sne oczy oglą­dał jej świętą osobę, nade wszystko chciało mu się pła­kać. Jeżeli to nie­zbyt obie­cu­jące dziecko naprawdę było ostat­nią i naj­więk­szą nadzieją świata, to świat naj­wy­raź­niej był ska­zany na zagładę, tak jak wszy­scy powta­rzali.

- Kim jest nasz nowy chło­piec? - zapy­tała i zmie­rzyła go wzro­kiem, prze­krzy­wia­jąc przy tym głowę w taki spo­sób, że piu­ska zna­la­zła się o krok od spad­nię­cia na pod­łogę; jeden z ako­li­tów krę­cił się ner­wowo w pobliżu, naj­praw­do­po­dob­niej gotowy ją zła­pać, gdyby fak­tycz­nie do tego doszło.

Brat Diaz odchrząk­nął.

- To Bal­tha­zar... ehm...

Znie­sma­czone wes­tchnie­nie Bal­tha­zara nie­mal prze­szło w jęk. - Bal­tha­zar... Sham... Ivam... Draxi.

- Cza­row­nik.

- Mag - popra­wił z naci­skiem Bal­tha­zar.

Zabrzmia­łoby to pew­nie poważ­niej, gdyby miał na sobie coś innego niż poprze­cie­rana koszu­lina nocna dostar­czona mu spe­cjal­nie z myślą o tym spo­tka­niu, ale doło­żył wszel­kich sta­rań, żeby wypaść odpo­wied­nio groź­nie i tajem­ni­czo. Uniósł jedną brew na jej pełną magow­ską wyso­kość i spoj­rzał z góry na głowę Kościoła - co nie było trudne, zwa­żyw­szy, że się­gała mu zale­d­wie do pępka.

- Zaraz! - Bene­dykta spró­bo­wała pstryk­nąć pal­cami, ale ponie­waż jesz­cze nie opa­no­wała tej sztuczki, wyszło jej z tego ciche ffftup. - Ty jesteś ten, co uczy trupy tań­czyć? Podobno wysta­wi­łeś całą operę, tak sły­sza­łam!

- No... wła­ści­wie to tylko pierw­szy akt. Wpro­wa­dza­łem aku­rat ostat­nie poprawki w libret­cie, kiedy dopa­dli mnie łowcy cza­row­nic. Zresztą muszę uczci­wie przy­znać, że nie umiem na razie zmu­sić zwłok do śpie­wa­nia, a na pewno nie w spo­sób, który zado­wo­liłby kone­sera. Wydają co naj­wy­żej taki dźwięczny jęk...

- Chcia­ła­bym to zoba­czyć! - wykrzyk­nęła Jej Świą­to­bli­wość i zakla­skała w dło­nie.

Bal­tha­zar musiał przy­znać, że jej dzie­cięcy entu­zjazm jest naprawdę ujmu­jący.

- Z rado­ścią wysta­wił­bym...

- Może kiedy indziej - prze­rwała mu oschle Zizka.

Mała papie­życa prze­wró­ciła oczami.

- Boże ucho­waj, żeby­śmy się tu mogli tro­chę zaba­wić! - Zamo­czyła w atra­men­cie czu­bek małego palca i nary­so­wała kre­skę na pod­su­nię­tym przez Bal­tha­zara nad­garstku. - Pro­szę bar­dzo! - dodała wyraź­nie zado­wo­lona ze swo­jego dzieła.

Cze­kał nie­cier­pli­wie na ciąg dal­szy - ale żad­nego dal­szego ciągu nie było. Wyglą­dało na to, że ta czer­wona kre­ska jest jedy­nym pisa­nym ele­men­tem zaklę­cia. Jedna linia. Nawet nie­zbyt pro­sta. Nie­rów­nej sze­ro­ko­ści. Z kleksa przy jed­nym końcu atra­ment ście­kał w dół, na dłoń. Nie było obrę­czy w obrę­czach, wyso­kich i niskich runów, spi­rali Soga­igon­tung ze świę­tymi wer­se­tami wypisa­nymi pod odpo­wied­nim kątem w każ­dym z pięt­na­stu rogów. Ot, nama­lo­wany pal­cem dzie­cięcy rysu­nek. Dosłow­nie. Bal­tha­zar nie wie­dział, czy powi­nien być zachwy­cony łatwo­ścią, z jaką roz­prawi się z tą żało­sną namiastką magii, czy raczej ura­żony fak­tem, że w czy­ichś wyobra­że­niach takie coś mia­łoby powstrzy­mać tak potęż­nego maga.

Mło­do­ciana papie­życa odsu­nęła się i z pal­cem przy­tknię­tym do ust, na któ­rych został wyraźny czer­wony ślad, mie­rzyła wzro­kiem trzódkę Kaplicy Świę­tej Koniecz­no­ści. Odwró­ciła się do kar­dy­nały Bock.

- Co powin­nam powie­dzieć? - zapy­tała.

Prze­ło­żona Nie­biań­skiego Chóru uśmiech­nęła się do niej jak pobłaż­liwa bab­cia do wnuczki.

- To nie ma zna­cze­nia...

Nie­wiele bra­ko­wało, a Bal­tha­zar zbie­rałby szczękę z pod­łogi. Ta kobieta ucho­dziła za jedną z naj­bar­dziej uczo­nych adep­tek magii w Euro­pie, a w rze­czy­wi­sto­ści oka­zała się gor­szą hochsz­ta­plerką niż ta prze­klęta Suka­stra z Bivortu!

- Może coś w rodzaju...

Ujęła w dłoń zawie­szoną na szyi ozdobną obręcz i z roz­tar­gnie­niem zaczęła pole­ro­wać ją ręka­wem, mru­żąc przy tym oczy i wpa­tru­jąc się w sufit z taką miną, jakby dopiero teraz zaczęła się zasta­na­wiać nad odpo­wie­dzią. Oszo­ło­miony Bal­tha­zar wyba­łu­szył oczy: stara suka wymy­ślała wer­bale na pocze­ka­niu! Słowa uro­czy­stego papie­skiego wią­za­nia! Nie potra­fił sobie wyobra­zić, co jego kon­ku­renci, rywale i wro­go­wie w cza­ro­dziej­skim brac­twie powie­dzą, kiedy im o tym opo­wie.

- Roz­ka­zuję wam słu­chać we wszyst­kim brata Diaza... dostar­czyć księż­niczkę Alek­sję do Troi... i dopil­no­wać jej koro­na­cji na Cesa­rzową Wschodu.

Przy sło­wach "księż­niczkę Alek­sję" mach­nię­ciem ręki wska­zała młodą kobietę, która pró­bo­wała się scho­wać za ako­litą noszą­cym księgę. Bal­tha­zar zmru­żył oczy, bły­ska­wicz­nie skła­da­jąc w całość żało­sne kawałki tej żenu­ją­cej ukła­danki. Ta nijaka przy­błęda z roz­bie­ga­nymi oczkami wul­gar­nej bur­del­mamy, przy­po­mi­na­jąca scho­ro­wa­nego i wygłod­nia­łego bez­pań­skiego psa, to dawno zagi­nioną księż­niczka Alek­sja Pyro­gen­ne­tos, córka Ireny, którą teraz zamie­rzają posa­dzić na Wężo­wym Tro­nie Troi jako papie­ską mario­netkę?

- Od farsy do fan­ta­zji - mruk­nął z nie­do­wie­rza­niem.

- To chyba powinno wystar­czyć - orze­kła Bock. Chuch­nęła na cyr­ku­fiks i jesz­cze raz go prze­tarła. - Ktoś ma jesz­cze jakieś pomy­sły? Kar­dy­nało?

Prze­ło­żona Kurii Ziem­skiej zro­biła skwa­szoną minę, poru­szyła bez­gło­śnie ustami, w końcu pokrę­ciła głową, tak jakby miała mnó­stwo pomy­słów, ale wolała się nimi nie dzie­lić.

- No to jedziemy. - Papie­życa zaci­snęła piąstki i zmru­żyła oczy, kon­cen­tru­jąc się na wypo­wia­da­nych sło­wach. - Roz­ka­zuję wam słu­chać we wszyst­kim brata Diaza, dostar­czyć księż­niczkę Alek­sję do Troi i dopil­no­wać jej koro­na­cji na Cesa­rzową Wschodu. - Kla­snęła w dło­nie. - Udało mi się! Za pierw­szym razem!

- Pięk­nie - powie­działa Bock.

- Pięk­nie! - powtó­rzyła Bene­dykta i znów zakla­skała. - A potem macie wró­cić, oczy­wi­ście.

- Celna uwaga, Wasza Świą­to­bli­wość - pochwa­liła ją kar­dy­nała. - Pamięć godna pochwały.

Buzia papie­życy nagle spo­waż­niała.

- Oby­ście się pocho­ro­wali, jeśli nie będzie­cie się nale­ży­cie sta­rać - powie­działa i dodała, gro­żąc pal­cem każ­demu z osobna. - I bądź­cie dla sie­bie mili. Bo bycie miłym... jest miłe. - Odwró­ciła się do wyj­ścia. - Czas na obiad?

- Już nie­długo, Wasza Świą­to­bli­wość - odparła Zizka. - Naj­pierw trzeba nało­żyć wią­za­nie na... nie­obecną owieczkę.

- Ojej, uwiel­biam Viggę! Myślisz, że powozi mnie jesz­cze na grzbie­cie? - Papie­życa ruszyła do wyj­ścia raź­nym kro­kiem, nie­mal w pod­sko­kach. - A potem obiad, tak?

- Jesz­cze tylko jedna audien­cja. Biskupy z Ligi Han­ze­atyc­kiej pro­szą o roz­strzy­gnię­cie sporu co do rela­cji pomię­dzy Bogiem, świę­tymi i Zba­wi­cielką.

Jej Świą­to­bli­wość jęk­nęła.

- Nuuudyyy!

I wybie­gła na kory­tarz. Ako­lici pośpie­szyli za nią; jedna nie prze­sta­wała się modlić, drugi despe­racko usi­ło­wał pisać w gigan­tycz­nej księ­dze, trze­cia ze zło­ścią marsz­czyła brwi, pró­bu­jąc obró­cić nie­siony na szyi wie­niec bokiem i przejść przez drzwi. Naj­bar­dziej roz­cza­ro­wu­jąca księż­niczka świata obrzu­ciła zebra­nych w kom­na­cie ostat­nim zatro­ska­nym spoj­rze­niem i rów­nież czmych­nęła.

Bal­tha­zar potarł kre­skę na nad­garstku.

- To... wszystko? - zapy­tał. Nie mógł się powstrzy­mać.

- Tak, to wszystko - potwier­dziła Bock. - Wyru­sza­cie jutro rano. Dosta­nie­cie eskortę gwar­dii papie­skiej. - Mach­nęła ręką w zdaw­ko­wym geście bło­go­sła­wień­stwa. - Niech Bóg bło­go­sławi wasze przed­się­wzię­cie i tak dalej.

Baron znów oklapł na krze­śle, łypiąc spod opa­da­ją­cych powiek.

- Czy Bóg naprawdę może bło­go­sła­wić takim dia­błom jak my, kar­dy­nało?

- Mówi się, że w Jego rękach wszyst­kie narzę­dzia są prawe. - Bock zsu­nęła piu­skę na czoło, żeby podra­pać się po poty­licy. - Zawsze fascy­no­wał mnie ten para­doks: nic tak nie wyzwala jak połą­cze­nie wspól­nym celem.

Posłała Bal­tha­za­rowi dziw­nie zagad­kowy uśmiech, popra­wiła nakry­cie głowy (piu­ska uło­żyła się tro­chę na bakier) i wyszła. Bal­tha­zar z naj­wyż­szym tru­dem powstrzy­mał się od par­sk­nię­cia śmie­chem. Nie wie­rzył wła­snym uszom. Zbie­ra­nina skraj­nie nie­bez­piecz­nych głup­ców, kom­plet­nie nie­zdol­nych do współ­pracy, miała wyru­szyć w podróż i prze­być tysiąc lub wię­cej mil w (nie­osią­gal­nym) celu zain­sta­lo­wa­nia nadą­sa­nej fajt­łapy na Wężo­wym Tro­nie? Piękne dzięki, ale niech Jej Nie­do­ro­sła Świą­to­bli­wość na niego nie liczy. Zanim kto­kol­wiek się zorien­tuje, on zrzuci tę żało­sną namiastkę wią­za­nia i odfru­nie na skrzy­dłach wia­tru!

Prze­łknął nie­spo­dzie­wane kwa­śne bek­nię­cie, z pew­no­ścią wywo­łane nie­strawną breją, którą go tu kar­miono. Dla zabawy wyobra­ził sobie kre­tyń­ski wyraz kre­tyń­skiej twa­rzy tej zado­wo­lo­nej z sie­bie suki Bap­ti­ste, kiedy dowie się o jego ucieczce i uświa­domi sobie, że od tej pory przez całe życie będzie musiała oglą­dać się przez ramię w ocze­ki­wa­niu jego nie­uchron­nej zemsty. Zasta­na­wiał się, jaki mistyczny odwet sprawi mu naj­więk­szą satys­fak­cję, będzie naj­bar­dziej sto­sow­nym ostrze­że­niem dla pozo­sta­łych i zara­zem naj­lep­szą meta­forą upo­ko­rzeń, jakich doznał z jej ręki. A ta tępa księż­niczka niech sama szuka drogi do...

Nawet gdyby ktoś wyrżnął go pię­ścią w brzuch, nie spo­wo­do­wałby tak potęż­nych wymio­tów. Fon­tanna bry­znęła na pod­łogę w odle­gło­ści dobrych czte­rech kro­ków, kła­dąc się nie­równą plamą aż do jego nagich stóp, i zakoń­czyła się bole­snym sap­nię­ciem. Bal­tha­zar znie­ru­cho­miał, lekko pochy­lony, z wywie­szo­nym języ­kiem, oczami wycho­dzą­cymi z orbit, struż­kami śliny zwi­sa­ją­cymi z nosa i stu­lo­nymi dłońmi peł­nymi rzy­go­win.

- To wła­śnie jest wią­za­nie. - Elfka zmie­rzyła go obo­jęt­nym spoj­rze­niem wiel­kich, nie­mru­ga­ją­cych oczu. - Działa lepiej, niż można by się spo­dzie­wać.