Diabłu ogarek. Ostatni hołd - Konrad T. Lewandowski

Reflow text when sidebars are open.
Do zmierzchu zaczekali w lesie, a kiedy się ściemniło, zostawiwszy konie uwiązane na skraju drzew, ruszyli skrycie pod papliński dwór. Woźny nie zamierzał jeszcze pozwu wręczać. Chciał na razie wybadać teren i sprawdzić, którędy można tam wejść, a kędy uciekać, jakby co. Doświadczenie mu podpowiadało, że tu nie chodzi o zwykłą ludzką nieżyczliwość i pychę, które pani Paplińska widać miała we krwi. Jasne już było jednak, że skoro do kościoła chodziła jak inni, to nie mogła być ani opętana, ani zaprzedana diabłu jako czarownica. Jakąś tajemnicę skrywała bez dwu zdań!
Zwykle najlepiej kogoś ze służby domowej w tej mierze na spytki wziąć i prośbą, groźbą bądź srebrem nakłonić do dania relacji o zwyczajach pani dziedziczki. Ale w tym przypadku to na nic. Swego czasu znieważony przez Paplińską instygator Połasek próbował dochodzić zadośćuczynienia swej hańby. Doręczenie, w trakcie którego ucierpiała jego godność, było mimo wszystko ważne, więc gdy Paplińska stawiła się w Liwie przed trybunałem, sędzia zarządził rozszerzenie pozwu o obrazę urzędnika trybunalskiego. Jednak choć rzecz stała się na oczach sług gospodyni, którzy na dodatek przynieśli napełniony na powrót w wychodku nocnik, ażeby ta mogła go własnoręcznie wylać na głowę instygatora, to jednak świadków zniewagi nie dało się formalnie wyszukać. Wzburzony pan Połasek nie zapamiętał dobrze żadnej twarzy, a każdy z zawezwanych przed oblicze trybunału zaprzysiągł się, że akurat jego przy tym nie było i ręki do tego szpetnego uczynku nie przykładał. Ktoś z nich na Pismo Święte przysięgał krzywo, to pewne, wszelako przed potępieniem wiecznym nie zadrżał nikt. Lojalność sług wobec pani była tu więc iście ekstraordynaryjna, całkiem jakby Paplińska nie tylko ziemską dziedziczką, ale także panią ich dusz nieśmiertelnych była. Żadne przestrogi ze strony osób duchownych nie pomogły. Dziwne doprawdy to wszystko.
Trzymając się cieni przy drodze, Stanisław i Grzesiek ruszyli w płaszczach z kapturami na głowach, żeby w razie okrzyczenia udawać żebrzących mnichów szukających noclegu, a wiedzieli z góry, że tu go na pewno nie dostaną, więc ryzyka zdemaskowania nie było. Tak podeszli pod dwór i zaczęli go obchodzić, idąc wzdłuż płotu z biegiem Liwca i wypatrując jakich dziur lub ścieżki w kolczastej gęstwinie. Bez wielkiej nadziei na powodzenie, ogrodzenie było na to zbyt zwarte i dobrze utrzymane, ale pro forma sprawdzić należało. Dwór przylegał do rzeki, była więc nadzieja, że przy samym brzegu jakiś przesmyk się znajdzie. Albo i wprost przez wodę, jednak to wydało się zbyt proste. Liwiec nie wszędzie miał dwie piędzi czy łokieć głębokości, bywały w nim i głębokie podwodne zapadliska, które niejednego zbyt pewnego siebie pływaka pochłonęły. Zapewne dlatego akurat to miejsce na domostwo wybrano.
W oknach dworu połyskiwało, ale jakby nie od świec zapalonych. Światło dobywało się stamtąd wątłe, fosforyczne, jakby od próchna. W obejściu żywizny żadnej, nawet psa się uświadczyć nie dało, chociaż takowy, szczególnie zły, całkiem dobrze by do tak niegościnnej gospodyni pasował.
- Stryjku, tutaj! - zawołał nagle półgłosem Grzesiek. - Tu da się przeleźć! - Chłopak pokazał luźniejsze miejsce w otulającym płot gąszczu.
- Nie da się - stwierdził Stanisław, przyjrzawszy się lepiej. Naraz uderzył go unoszący się tutaj zapach bujnej roślinności. Woń była ziołowa, mocna, jakby rozgrzanego w pełnym słońcu zielska, zwyczajna dla łąki w środku lata, a przecież lato już minęło i chłód wieczorny doskwierał coraz wyraźniej.
- Wy może nie poradzicie, boście za mało zwinni - odparł zuchwale młokos i wyjął nóż. - Starczy parę gałęzi uciąć i do płotu dojdę, a potem górą dam radę.
- Zaczekaj! - wstrzymał go woźny, któremu właśnie w tej chwili wszystkie poszlaki i przesłanki złączyły się głowie w jedną zaskakującą supozycję. - Musimy zrobić próbę, czy to aby nie jest.. - nie dokończył, bo Grzesiek go nie posłuchał.
Aplikant wlazł prosto w gąszcz i chlasnął na odlew pierwszy zawadzający mu badyl.
Krzaki otulające płot zafalowały jak od porywu wichury, choć powietrze wokół ani drgnęło.
- Rzuć nóż! - syknął woźny, pojmując poniewczasie.
- Potrzebny mi - zaoponował Grzesiek. - Zaplątałem się...
- Rzuć, ale już!
- Czemu? Co to?! - w głosie aplikanta zabrzmiało zdumienie i lęk. - To się rusza... jak żywe... Chwyta mnie!
- Rzuć ten nóż, durniu! - warknął Stanisław zdenerwowany w najwyższym stopniu.
Kolczaste pędy tarniny ruszały się jak macki ośmiornicy, jedna po drugiej sięgały w kierunku chłopaka i wczepiały się w jego ubranie, oplatając coraz szczelniej. Nagle koniec jednego z pędów wygiął się w łuk, potem drugi, położony tuż nad pierwszym, i oto z gałęzi samoistnie wyplotła się szczęka z żuchwą, w których za zęby robiły najeżone kolce i ciernie. Owa roślinna paszcza zakłapała energicznie tuż przed twarzą Grześka, kołysząc się jakby na cienkiej smoczej szyi, którą stanowiła reszta gałęzi.
- Co to jest?! - jęknął przerażony aplikant.
- Żywiołak! Rzuć natychmiast nóż i zamilcz! Jeśli drugi raz go draśniesz, będzie po tobie! Rozdrapie cię i zagryzie!
Chłopak posłuchał wreszcie. Upuścił ostrze pod nogi. Tymczasem z nowego pędu, tym razem dzikiej róży uformowała się kolejna paszcza z zębiskami z trójkątnych kolców, całkiem jak u rekina. I ta też zbliżyła się do zmartwiałego Grześka, szukając go wyraźnie. Żywiołaki składały się z wielu różnych roślin zrośniętych w jeden magiczny organizm, jakby w żywioł zieleni, stąd poszła ich nazwa.
- On nie ma oczu ani nosa, więc nie widzi cię ani nie wywęszy - szeptał uspokajająco woźny. - Za dnia dostrzega tylko cienie na swoich liściach, w nocy jest całkiem ślepy. Słyszy słabo, ale jak się zaczniesz drzeć, pozna, gdzie jesteś. Czuje zaś najlepiej, więc nie szarp się i nie broń, to cię za czas jakiś wypuści...
- A kiedy puści?
- Jak się przekona, że nikogo tu nie ma. Jedna gałąź mogła mu się przypadkiem złamać, choćby od wiatru lub przebiegającego mimo zwierza, ale gdybyś więcej w jednym miejscu uszkodził, żywiołak pozna w tobie wroga i zabije. Wszystko będzie dobrze, tylko się nie szarp. Stójże spokojnie!
Opleciony kolczastymi gałęziami Grzesiek rozluźnił ramiona i zwiesił głowę, ale nie wytrwał w tej pozycji więcej niż kwadrans.
- Długo mam tak stać? - zniecierpliwił się.
- Może do rana - odparł woźny. - Dla roślin czas płynie wolno, one nie znają pośpiechu.
- Nie możecie mi co poradzić?
- Mogę, a jakże. Słuchaj się mnie, smarkaczu, na drugi raz!
- Ale jakże ja tak przez całą noc stać będę? Zróbcie coś, stryjku!
- Spróbuję, ale musimy poczekać, aż żywiołak się bardziej ułagodzi.
- Podpalcie, stryjku, to licho! Gdzieś z boku, to ode mnie się odczepi!
Powiedział to zbyt głośno. Obie roślinne paszcze skoczyły ku niemu, ewidentnie na oślep, ale ta różana kłapnęła swymi kolcami zaledwie trzy palce od policzka aplikanta.
- Byłeś głupi, to teraz cierp... - szepnął Stanisław.
- Skąd mogłem wiedzieć? - w głosie chłopaka znać było szczery strach.
- Powiedziałbym ci, gdybyś się nie pchał na oślep.
- To było mi rzec zawczasu...
- Za późno się spostrzegłem. Żywiołaków w naszych stronach dotąd nie widywano. Zwłaszcza nigdy dotąd niczyich domostw nie obrastały.
- To ma być dla mnie pociecha? Zróbcie coś...
Wyglądało na to, że trzeba coś zrobić, chcąc nie chcąc. Żywiołak wciąż był podrażniony. Nie było żadnej pewności, że do rana się uspokoi. Zanim nabierze przekonania, że trzyma, dajmy na to, pień drzewa, które zwaliło się nań przypadkiem i już nic więcej mu nie złamie, mogło minąć nawet kilka dni. Grzesiek na pewno tyle nie zdzierży, prędzej zrobi coś głupiego. A roślinne kolce imitujące kły dzikiego zwierza prędkiej śmierci nie przynosiły, rwały ciało nieudolnie, po trochu, okrutnie przedłużając męki ofiary. Pół biedy, że żywiołaki nie umiały gonić, ale jeśli się samemu w ich gąszcz wlazło i je rozdrażniło, nie było pardonu.
Ogień nie wchodził w grę. Żywiołak zacząłby się miotać, a gałęzie pętające Grześka zacisnęłyby się na nim kurczowo. Mogłyby chłopakowi połamać żebra lub zadusić szyję. Siekać go z innej strony też nic by nie dało. Słowem - trzeba było z chwastem po dobroci.
Po namyśle woźny znalazł sobie suchy patyk i manipulując nim delikatnie, odczepił pierwszą wić trzymającą Grześka za rękaw. Gałązka owinęła się wokół kijka jak wąż, dała się przenieść na bok, ale już go nie puściła. Należało więc wziąć kolejny patyk, nim odczepić następną i tak dalej... Dobrze, że przynajmniej noc była jasna, księżycowa, bo tej mozolnej roboty zapowiadało się na długo.
W połowie tej operacji, koło północy, we dworze zaskrzypiały nieoliwione drzwi. Woźny przerwał wyplatanie krewniaka z magicznego gąszczu i stanął na palcach, by spojrzeć ponad płotem.
Na ganku stała jakaś starsza kobieta w koszuli nocnej i czepku. Zapewne dziedziczka Paplińska w osobie własnej. Zrazu sprawiała wrażenie, jakby czegoś nasłuchiwała lub wypatrywała, ale w postawie jej ciała było coś osobliwego, jakaś nienaturalna sztywność. Pochylała się do przodu bardziej, niż pozwalały na to prawa równowagi, i nie przewracała się ani chwiała.
Lunatyczka, nie lunatyczka? - myślał zdumiony woźny. Dopiero po chwili znalazł najwłaściwsze słowo na określenie tego stanu - "zdrewnienie"... Oznaczało to dwie rzeczy. Pierwsza nie była zła, mianowicie można było robić swoje przy Grześku bez obawy, że Paplińska ich dostrzeże i podniesie larum. Trwała teraz w transie, w którym nie działał wzrok ani słuch, ona czuła tylko ziemię pod stopami i wiatr na twarzy, gdyby akurat powiało. Zdawało się jej pewnie, że jest drzewem lub krzakiem. Byłby to może całkiem przyjemny stan, gdyby nie wiązał się jednocześnie z próchnieniem umysłu... To była druga konstatacja - o wiele gorsza. Wynikało z niej, że żywiołak, który rozrósł się wkoło paplińskiego dworu, nie jest okazem pospolitym w swoim rodzaju, widywanym niemal w każdym mateczniku, lecz nader rzadkim jadowitym roślinołakiem, którego ukąszenie przemieniało ofiarę w istotę mu podobną. Zapewne gdyby lepiej poszukać, znalazłyby się w tym gąszczu zrośnięte z nim w jedno jeże i ptaki. Większe stworzenia prędzej zdychały, niż zdołały przemienić swą naturę ze zwierzęcej w roślinną. Żywiołak obrastający dwór pani Paplińskiej był więc naprawdę groźną bestią, która wszakże zamiast przebywać w głębi najdzikszych puszczańskich ostępów, nieoczekiwanie znalazła sobie miejsce między ludźmi, bez mała w środku wsi. Musiał to być jeden ze skutków zburzenia magicznej równowagi przed dwoma laty.
Teraz było jasne, co stało się z dziedziczką oraz całą jej służbą. Podrapani cierniami przy różnych przypadkowych okazjach, a w istocie pokąsani przez żywiołaka rozkrzewionego niepostrzeżenie wokół domu, utracili wpierw duszę ludzką razem z sumieniem, przez co za nic mieli grzeczność i zachowania obyczajne, a także nie lękali się grzechu krzywoprzysięstwa. Nieświadomi tego, co się z nimi dzieje, stopniowo wyzbyli się człowieczeństwa, obecnie zaś zamierała w nich druga dusza - animalna, aż w końcu pozostałaby tylko ta trzecia - roślinna, wegetatywna, licząc według klasyfikacji Arystotelesa. Ponieważ jednak człowiek rośliną stać się nie może, zbyt wielka jest tu różnica przyrodzonych natur i z jedną tylko duszą żyć nie podoła, w pół tej przemiany nastąpić musi śmierć. Aby dalej żyć, człek musiałby mieć korzenie i liście, inaczej usychał względnie butwiał pod wpływem własnych żółci, których cyrkulacja ustawała i które zaczynały gliwieć. Zwykłym objawem była tu choleryczna złość, wywołana uderzeniami żółtej i czarnej żółci do serca lub mózgu. Niekiedy nazywano tę przypadłość "żywiołaczą wścieklizną".
Innymi słowy, wszyscy mieszkańcy tego domu byli nieodwołalnie skazani. Zapewne niektórzy już byli martwi, tylko miast gnić, próchnieli - stąd to lucyferyczne światło w oknach. Wręczanie pozwu można było sobie darować. Nie było komu. Pół ludzie, pół rośliny, podobnie jak bezrozumni szaleńcy sądzeni być nie mogli.
Teraz z całej tej sprawy należało jak najdosłowniej wyplątać Grześka, tkwiącego w oplotach roślinnego potwora.
Woźny, nie mówiąc nic, aby chłopaka nie przerazić, zabrał się do uwalniania go ze zdwojoną energią i ostrożnością. Niebawem oswobodził mu jedną rękę, tak że młodzik mógł mu teraz dopomóc.
Żywiołak najwyraźniej syt był swych dotychczasowych ofiar. Woźny nie wiedział dokładnie, czym ów stwór się żywi, ale najważniejsze, że nie opierał im się zbytnio. Wkrótce udało się oswobodzić Grześka od pasa w górę. Co do reszty, woźny kazał mu po prostu wyleźć ze spodni i zostawić je w krzakach. Tak było najszybciej i najbezpieczniej, choć może niezbyt godnie. Deliberować wszakże nie było nad czym, skoro dwie gotowe do ukąszenia kolczaste paszcze wciąż się nad chłopakiem kołysały.
- I jakże ja będę konno z gołym zadkiem jeździł? - burczał młokos.
- Tak, jakbyś konie w rzece pławił - odparł woźny. - Ruszaj się, smarku, nie będziemy tu mitrężyć czasu do rana!
Żeby było szybciej, podniósł upuszczony nóż i rozciął chłopakowi obie nogawki, od tyłka do pięt, po czym wreszcie wyprowadził młokosa ze zdradliwego gąszczu, zostawiając w nim resztki portek. Aplikant trybunalski pozostał z gołym zadkiem, pąsowiejąc ze wstydu i upokorzenia. W świetle księżyca wyglądało to, jakby lica pokryły mu się iście apoplektyczną purpurą.
Tymczasem żywiołak najwyraźniej jakoś wyczuł, że go wystrychnięto na dudka. Ze złością potargał na szmaty resztki portek i jął macać za tym, co w nich dotąd tkwiło. Gałęzie jak macki zaczęły badać ziemię, nieomylnie, po sobie wiadomych śladach sunąc ku Grześkowi. Jedna z nich w kilka uderzeń serca dotarła do samych jego stóp. Młodzik nie wytrzymał i ze złością, całą siłą i ciężarem ciała przydepnął ją obcasem buta, łamiąc z trzaskiem pęd i wciskając go w murawę.
Żywiołak nastroszył się w okamgnieniu i zaszumiał w sposób uderzająco przypominający ludzką mowę. Może to był skutek nadmiaru imaginacji, ale zarówno woźny, jak i jego aplikant usłyszeli przeciągle wysyczane słowo "ssskussswysssyn". I w tym momencie uderzyła różana paszcza, niewątpliwie bystrzejsza od tarninowej.
Jeżeli Grzesiek myślał, że stoi już w bezpiecznej odległości, to się pomylił. Właśnie się odwrócił, by odejść, gdy zębiska z różanych kolców ucapiły go tam, gdzie kark łączy się z lewym ramieniem.
Chłopak syknął z bólu, a Stanisław, czując tylko przeraźliwie lodowatą pustkę w piersiach, chlasnął bestię nożem, chcąc odciąć wgryzioną w ciało paszczę. Okazało się jednak, że ta ma zbyt twardą szyję, iście jakby z żelaznego pręta zamiast różanego drewna. Ostrze odskoczyło bezsilnie, ale paszcza puściła chłopaka i skoczyła na woźnego. Ten zastawił się trzymanym nożem, a gdy trójkątne kolce chwyciły klingę, puścił rękojeść i odskoczył do tyłu, pociągając za sobą Grześka.
- W nogi! - krzyknął do aplikanta. - Do koni!
Okazało się, że żywiołak przerósł nie tylko krzewy otaczające ogrodzenie dworu, ale też szmat łąki wokół oraz drzewa przy drodze do bramy. Trawa wokół nich poczęła się stroszyć niczym kolce jeża, nie daj Boże teraz upaść! Z kolei przydrożne wierzby jęły wywijać konarami, uschłymi, obłamanymi końcami godząc w uciekinierów jak oszczepami. Bogu dzięki, że nie miały oczu i biły na oślep, mierząc tam, gdzie wyczuły drżenie ziemi, ale obaj krewniacy zmykali, aż się kurzyło.
- Niej daj się znów zakłuć! - zawołał poniewczasie woźny.
- Wypchajcie się z taką radą! - wydyszał chłopak. - Już mnie pół grzbietu swędzi...
- Niedobrze! - wyrwało się Stanisławowi.
- A czemu niedobrze? - spytał zaniepokojony chłopak.
- Później o tem!
Wybiegli wreszcie poza zasięg mocy żywiołaka i dopadli koni. Grzesiek od razu zabrał się do juków, szukając zapasowych portek. Natomiast Stanisław zaczął krzesać ogień i po chwili przysposobił sobie małą pochodnię.
- Pokaż mi swój grzbiet! - podszedł ze światłem do chłopaka.
- Nic mi nie jest, stryjku, ot, zadrapał mnie tylko. Świąd też już jakby słabszy...
- Nie marudź! - zdenerwował się woźny i zajrzał Grześkowi za kołnierz.
Krwi było tylko parę małych zacieków, które wypłynęły z dwóch owalnych szeregów nakłuć. Na pierwszy rzut oka nie wyglądało to groźnie. Zdawało się, że żywiołak dziabnął chłopaka półgębkiem, ale nawet w tak słabym świetle widać było, że skóra wokół ukąszeń zszarzała i już pojawiły się na niej zarysy kory. Dlatego właśnie przestała swędzieć, że zaczął się już proces drewnienia ciała i postępował nadzwyczajnie szybko. Co gorsza, woźny pojęcia nie miał, ile chłopak ma czasu, zanim zmiany staną się nieodwracalne i śmiertelne.
- Dopnij się, ruszamy za Bug! - rozkazał Stanisław, cofając się po oględzinach.
- Nie staniemy na biwak? - spytał Grzesiek, poprawiając koszulę.
- Nie. O świtaniu musimy być na przewozie pod Brokiem.
- Czemu tak prędko, stryjku? Co się dzieje?
- Musimy znaleźć dla ciebie wiedzącego człeka, i to szybko - woźny postanowił nie ukrywać prawdy. - Ten żywiołak był jak wściekły pies...
- Znaczy się, co mi będzie? - chłopak pobladł.
- Wilkołaki, wampiry i ghule mnożą się, kąsając żywych ludzi i zadając im swój jad do krwi. Roślinne żywiołaki mają tak samo, a ten cię właśnie ukąsił.
- Zamienię się w drzewo?
- To byłoby pół biedy. Skonasz, zanim do tego dojdzie, tylko że dalej, zamiast gnić, będziesz butwieć i może być, że grzybem jakimś porośniesz.
- Jezusie!
- Nie jęcz! Trzeba nam prędko znaleźć kogoś dobrze obytego z puszczą i jej najtajniejszymi sprawami.
- Może wróćmy się do Korzenia? Może pradziad Jakub co poradzi?
- Nie poradzi. Wspominał mi kiedyś, że on arkanów żywiołaczej magii mało świadom. Musimy ratunku dla ciebie w puszczach za Bugiem, wśród tamtejszych Kurpiów szukać.
- A jak nie znajdziemy?
- No to będzie bieda - powiedział cicho Stanisław.
W duchu zaś się zadumał, czy aby klątwa jakaś nad nim samym nie ciąży, skoro tak prędko i łatwo przyszło mu stracić kolejnego aplikanta. Konkluzji wolał nie szukać. Tylko zacisnął zęby, dosiadł Grocha i ruszył gościńcem na Brok.
Dopóki się da, należało zapomnieć o śnie i pędzić naprzód! Sprawy trybunalskie przestały być teraz najpilniejsze.