2
Tylne drzwi poradni wychodziły na klatkę schodową. Zeszliśmy na pierwsze piętro podziemi. Stephanie poruszała się szybko, niemał zbiegała po schodach.
W kawiarence było prawie pusto - przy jednym stoliku z pomarańczowym blatem jakiś stażysta czytał kolumnę sportową, dwa inne zajmowały wymęczone pary, które wyglądały, jakby spały w ubraniach. Rodzice spędzający noc w szpitalu. Walczyliśmy o to niegdyś.
Niektóre stoliki zastawione byty pustymi tacami i brudnymi naczyniami. Sanitariusz w siatce na włosach krążył niespiesznie po sali napełniając solniczki.
Na wschodniej ścianie znajdowały się drzwi do jadalni dla lekarzy. na lakierowanej okładzinie z drewna tekowego widniała mosiężna tabliczka z misternie wygrawerowanym nazwiskiem. Jakiś filantrop o inklinacjach marynarskich. Stephanie minęła je i poprowadziła mnie do odgrodzonego ścianką stolika w końcu głównej sali.
- Na pewno nie chcesz kawy? - zapytała.
Przypomniawszy sobie szpitalną lurę, odparłem:
- Wyczerpałem już swój limit kofeiny.
- Wiem, co masz na myśli.
Przeczesała ręką włosy. Usiedliśmy.
- Dobra - powiedziała. - Mamy tu dwudziestojednomiesięczną białą dziewczynkę, duża donoszona, poród normalny, dziewięć punktów w Skali Ogólnej Oceny Pediatrycznej. Jedyny istotny fakt z przeszłości to to, że tuż przed urodzeniem małej jej roczny brat zmarł na Zespół Nagiej śmierci Noworodków.
- Czy są inne dzieci? - spytałem, wyjmując notatnik i długopis.
- Nie, tylko Cassie. Chowała się świetnie aż do trzeciego miesiąca życia, kiedy to matka wstawszy pewnej nocy, by sprawdzić, jak się czuje, spostrzegła, że nie oddycha.
- Chciała sprawdzić, bo obawiała się nagiej śmierci?
- Dokładnie. Nie mogąc rozbudzić dziecka, intuicyjnie zastosowała sztuczne oddychanie oraz masaż serca, i po pewnym czasie zreanimowała ją. Potem przywieźli dziewczynkę na ostry dyżur. Kiedy przyszłam ją zbadać, wyglądała dobrze, nie znalazłam nic szczególnego. Przyjęłam ją na obserwację, kazałam zrobić wszystkie rutynowe analizy. Nic. Po wypisaniu zainstalowaliśmy w domu monitor snu z alarm~. W ciągu kilku następnych miesięcy dzwonek odezwał się parę razy, ale były to fałszywe alarmy dzieciak oddychał normalnie. Na wykresach znalazły się miejsca mogące świadczyć o bardzo krótkich okresach bezdechu, ale często zdarzają się także artefakty ruchowe - gdy dziecko rzuca się w czasie snu. Uznałam, że może po prostu była niespokojna - te alarmy nie są niezawodne - i przypisałam cały incydent jakiejś przypadkowej nieregularność. Ale poprosiłam pulmonologów, żeby ją zbadali, bo jej brat zmarł nagle jako niemowlę. Nic nie stwierdzili. Postanowiliśmy więc poddawać ją ściślejszej kontroli w okresie największego zagrożenia śmiercią w kołysce.
- Rok?
Skinęła głową.
- W olałam być ostrożna - piętnaście miesięcy. Zaczęłam od cotygodniowych kontroli, potem kazałam im przychodzić coraz rzadziej, więc kiedy dziecko miało dziewięć miesięcy, gotowa byłam dać im spokój aż do badania w wieku jednego roku. Dwa dni później znów są na ostrym dyżurze, kłopoty z oddychaniem w środku nocy - dziecko obudziło się z ogromnym kaszlem i głośnym świstem krtaniowym, ledwie dysząc. Znów sztuczne oddychanie w wykonaniu mamy i przywożą ją tutaj.
- Czy to nie przesada robić sztuczne oddychanie przy obrzęku krtani? Czy dziecko naprawdę zemdlało?
- Nie, nigdy nie straciła przytomności, tylko z trudem łapała oddech. Matka zareagowała może przesadnie, ale czyż można ją winić, skoro straciła pierwsze dziecko? Gdy dotarłam na ostry dyżur, dziewczynka wygłądała dobrze, żadnej gorączki, żadnych dolegliwości. I nic dziwnego. Chłodne nocne powietrze zmniejsza obrzęk śluzówki. Zrobiłam rentgen klatki piersiowej, badanie krwi, wszystko w normie. Zapisałam środki zmniejszające przekrwienie, płyny i całą resztę, i gotowa byłam odesłać ich do domu, ale matka poprosiła o przyjęcie do szpitala, przekonana, że to coś poważnego. Ja byłam prawie pewna, że nie, ale ponieważ mieliśmy ostatnio przypadki niepokojących zaburzeń oddechowych, przyjęłam ją i zleciłam codzienne analizy krwi. Wyniki były w normie, za to po kilku dniach kłucia mała dostawała histerii na widok białego fartucha. Wypisałam ją, wróciłam do cotygodniowych kontroli, w czasie których dzieciak nie miał mnie widywać. Gdy tylko wchodzę do pokoju przyjęć, mała zaczyna wrzeszczeć.
- Przyjemna strona pracy lekarza - powiedziałem.
Uśmiechnęła się smutno, spojrzała w stronę obsługujących.
- Zamykają już. Chcesz coś?
- Nie, dziękuję.
- Wybacz, ale nie jadłam jeszcze śniadania. Podeszła żwawo do metalowych kontuarów i wróciła z filiżanką kawy i połówką grejpfruta na talerzyku. Upiła łyk kawy i skrzywiła się.
- Może trzeba dodać gorącego mleka? - zasugerowałem.
Otarła usta serwetką.
- Nic jej już nie pomoże.
- Przynajmniej nic nie kosztuje.
- Kto to powiedział?
- Co? Nie ma już darmowej kawy dla lekarzy?
- Było minęło, Alex.
- Kolejny dobry obyczaj poszedł w zapomnienie - powiedziałem. - Stara śpiewka budżetowa?
- A cóż innego? Filiżanka kawy czy herbaty kosztuje teraz czterdzieści dziewięć centów. Ciekawe, ile filiżanek potrzeba, żeby wyrównać niedobory finansowe szpitala.
Zjadła trochę grejpfruta. Bawiąc się długopisem powiedziałem: - Pamiętam, jak ostro walczyliście, żeby stażyści i lekarze dostawali darmowe posiłki.
Pokręciła głową.
- Zadziwiające, co wtedy wydawało się ważne.
- Coraz większe problemy z pieniędzmi?
- Niestety tak. - Zmarszczyła brwi, odłożyła łyżeczkę i odsunęła od siebie grejpfruta. - No, ale do rzeczy. Na czym skończyłam?
- Dzieciak wrzeszczy na ciebie.
- Racja. Dobra, więc znów sytuacja zaczyna wyglądać lepiej, robię kontrole coraz rzadziej, kończę je, wreszcie umawiam się na następne spotkanie za dwa miesiące. Trzy dni później znów są na ostrym dyżurze, o drugiej nad ranem. Znów obrzęk krtani. Tylko tym razem matka utrzymuje, że dziecko było nieprzytomne i zrobiło się dosłownie całe sine. Znów sztuczne oddychanie.
- Trzy dni po tym, jak skończyłaś - powtórzyłem notując. - Poprzednio były dwa.
- Ciekawe, co? Dobra, robię badania. Ciśnienie krwi nieznacznie wzrosło, przyspieszony oddech, a przecież dzieciak oddychał powietrzem z dużym dodatkiem tlenu. Choć nie miała duszności, podejrzewałam albo ostrą astmę, albo jakąś reakcję nerwicową.
- Panika wywołana powrotem do szpitala?
- To albo po prostu udzielił jej się niepokój rodziców.
- Czy matka okazywała poważne zaniepokojenie?
- Właściwie nie, ale wiesz jak to jest z matką i dzieckiem - wyczuwają wzajemnie swe nastroje. z drugiej strony nie mogłam z czystym sumieniem wykluczyć choroby somatycznej. Utratę przytomności u. dziecka trzeba traktować poważnie.
- Jasne - przytaknąłem - ale mogły to być tylko przesadne konsekwencje napadu złego humoru. Niektóre dzieci bardzo wcześnie uczą się, jak zemdleć, wstrzymując oddech.
- Wiem, Alex, ale to się zdarzyło w środku nocy, a nie po jakiejś szamotaninie. Więc przyjęłam ją jeszcze raz, poleciłam wykonać testy alergiczne, kompleksowe badania czynnościowe płuc - żadnej astmy. Zaczęłam się też zastanawiać, czy nie jest to coś rzadszego: zaburzenia dyfuzji gazów, jakaś choroba mózgu, czy jakiś defekt enzymatyczny. Są przez tydzień na piątce, istna karuzela, konsultanci wszelkich możliwych specjalności, ciągle szturchanie i opukiwanie. Biedactwo szaleje, gdy tylko otworzą się drzwi do jej pokoju, nikt nie stawia żadnej diagnozy, a przez cały czas, kiedy jest tutaj, nie ma problemów z oddychaniem. Umacniam się w przekonaniu, że to reakcja nerwicowa. Wypisuję małą, a kiedy znowu widzę ją u siebie w gabinecie, nie robię nic, staram się tylko z nią pobawić. Ale ciągle nie chce mieć ze mną do czynienia. Więc ostrożnie poruszam kwestię lęku w rozmowie z matką, ale ona nie chce wierzyć.
- Jak to przyjęła? - zapytałem.
- Żadnego gniewu - to nie w stylu tej pani. - Powiedziała tylko, że nie może sobie tego wyobrazić u tak małego dziecka. Tłumaczyłam, że fobie mogą wystąpić w każdym wieku, ale wyraźnie nie docierało to do niej. Ustąpiłam więc, odesłałam je do domu, dając trochę czasu na przemyślenie moich słów. Miałam nadzieję, że kiedy dziecko skończy pierwszy rok życia i zagrożenie zespołem nagłej śmierci znacznie się zmniejszy, obawy matki ustąpią i Cassie też zacznie się odprężać. Cztery dni później znów są na ostrym dyżurze, obrzęk, duszność, mama we łzach, błaga o przyjęcie. Umieszczam dzieciaka na oddziale, ale nie zlecam żadnych inwazyjnych badań, tylko obserwację. A dziecko wygląda świetnie, nawet nosem nie pociągnie. W tym momencie biorę mamę na stronę, kładę silniejszy nacisk na aspekt psychologiczny. Ciągle jej to nie przekonuje.
- Rozmawiałaś z nią kiedyś o śmierci pierwszego dziecka?
Potrząsnęła głową.
- Nie, Alex. Myślałam o tym, ale w takiej chwili wydawało się to po prostu niewskazane. Byłoby jej zbyt ciężko. Wydawało mi się, że dobrze ją rozumiem - miałam dyżur, kiedy przywieźli tu pierwsze dziecko, już martwe. Przeprowadziłam oględziny pośmiertne... To ja zaniosłam je do prosektorium, Alex.
Zamknęła oczy, otworzyła je, patrzyła gdzieś w bok.
- Co za piekło - powiedziałem.
- Taak - to czysty przypadek. Byli prywatnymi pacjentami Rity, ale wyjechała z miasta, a ja miałam dyżur. Choć widziałam ich pierwszy raz w życiu, musiałam z nimi porozmawiać po śmierci dziecka. Próbowałam udzielić kilku podstawowych rad, poleciłam parę grup zrzeszających osoby dotknięte stratą bliskich, ale to ich nie interesowało. Kiedy wrócili półtora roku później, chcąc bym zajęła się ich następnym dzieckiem, byłam zupełnie zaskoczona.
- Dlaczego?
- Prędzej bym się spodziewała, że będą mnie kojarzyli z tą tragedią, jak kogoś, kto przyniósł złe wieści. Skoro tak się nie stało, sądziłam, że załatwiłam to taktownie.
- Jestem tego pewien.
Wzruszyła ramionami.
- Jak Rita zareagowała na to, że przejęłaś jej pacjentów? - zapytałem.
- Jaki miała wybór? Nie pojawiła się, kiedy jej potrzebowali. Borykała się wtedy z własnymi problemami. Jej mąż - wiesz, kto nim był, prawda?
- Otto Kohler.
- Ten słynny dyrygent - tak zawsze o nim mówiła: "Mój mąż, ten słynny dyrygent".
- Umarł niedawno, prawda?
- Przed paroma miesiącami. Chorował przez pewien czas, miał kilka udarów. od tej pory Rita jeszcze bardziej się opuściła i my wszyscy musimy załatwiać zaniedbane przez nią sprawy. Przeważnie bywa na kongresach, gdzie odczytuje swoje stare referaty. Wkrótce przejdzie na emeryturę. Stephanie uśmiechnęła się z zakłopotaniem.
- Pomyślałam, czy nie starać się o jej miejsce, Alex. Wyobrażasz sobie mnie jako ordynatora oddziału?
- Pewnie.
- Naprawdę?
- Pewnie, Steph. Czemu nie?
- Sama nie wiem. To stanowisko wymaga... skłonności dyktatorskich.
- Do pewnego stopnia - powiedziałem. - Ale mam wrażenie, że można tu zastosować różne style kierowania ludzi.
- No cóż - podjęła. - Nie jestem pewna, czy byłabym dobrym kierownikiem. Tak naprawdę nie lubię mówić ludziom, co mają robić... Tak czy inaczej, dość już o tym. Odbiegam od tematu. Były jeszcze dwa drobne epizody, zanim powróciłam do koncepcji zaburzeń psychosomatycznych.
- Jeszcze dwa - powtórzyłem, spoglądając w notatki. - Czyli w sumie pięć?
- Słusznie.
- Ile miesięcy ma wtedy dziecko?
- Niespełna rok. I jest już weteranem szpitalnym. Jeszcze dwie hospitalizacje i nic nie stwierdzono. W tym momencie posadziłam mamę i stanowczo zaleciłam konsultację psychologiczną. Na co zareagowała... jest, pozwól, że ci zacytuję.
Otworzyła kartę i przeczytała cicho:
- "Zdaję sobie sprawę, doktor Eves, że to, co pani powiedziała brzmi sensownie, ale po prostu wiem, że Cassie jest chora. Gdyby ją tylko pani widziała - jak leży z objawami sinicy". Koniec cytatu.
- Tak się wyraziła? ,,z objawami sinicy?"
- Owszem. M a wykształcenie medyczne. Uczyła się na rehabilitanta terapii oddechowej.
- I dwoje jej dzieci przestaje oddychać. Ciekawe.
- Tak - uśmiechnęła się z przymusem. - Wtedy nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, jak bardzo ciekawe. Tak mnie zafrapowała ta łamigłówka starałam się postawić jakąś diagnozę, martwiłam się, kiedy nastąpi kolejny kryzys i czy będę w stanie mu jakoś zaradzić.. Ku memu zaskoczeniu chwilowo nic się nie działo.
Znów spojrzała na kartę.
- Mija miesiąc, dwa, trzy, ich ciągle ani widu, ani słychu. Cieszę się, że z dzieckiem wszystko w porządku, ale zaczynam się też zastanawiać, czy przypadkiem nie znaleźli sobie innego lekarza. Zadzwoniłam więc do domu, pogadałam z mamą. Wszystko świetnie. Wtedy zdałam sobie sprawę, że w całym tym zamieszaniu zapomniano o badaniach kontrolnych po ukończeniu pierwszego roku żyda. Wyznaczam termin, wszystko w najł~szym porządku, z wyjątkiem: dziewczynka jest nieco opóźniona jeśli chodzi o rozwój mowy.
- Jak bardzo?
- To nie jest poważne opóźnienie, nic takiego. Po prostu bardzo rzadko się odzywała - prawdę mówiąc, nie słyszałam od niej ani słowa, a matka stwierdziła, że w domu też jest bardzo cicha. Usiłowałam zastosować test Baileya, ale nie mogłam, bo dzieciak nie chciał współdziałać. Szacowałam opóźnienie na jakieś dwa miesiące, ale sam wiesz, że w tym wieku zbyt dokładne oceny nie mają sensu, a biorąc pod uwagę wszystkie stresy, jakich biedactwo doświadczyło, to nic wielkiego. Ale chciałam być za mądra. Matka, usłyszawszy wzmiankę o rozwoju mowy, właśnie tym się zaniepokoiła. Wysłałam je więc do poradni otorynolaryngologicznej i logopedycznej, gdzie uznano, że uszy i krtań są absolutnie normalne i potwierdzono moją opinię o możliwości nieznacznego opóźnienia jako reakcji na stresy spowodowane leczeniem. Podsunęłam matce parę sugestii, jak pobudzić rozwój mowy, i nie słyszałam o nich przez kolejne dwa miesiące.
- Dziecko ma teraz czternaście miesięcy - stwierdziłem zapisując.
- I znów na ostrym dyżurze, cztery dni później. Ale nie ma kłopotów z oddychaniem. Tym razem to wysoka gorączka - 40,5°C. Dziewczynka jest rozpalona, ma przyspieszony oddech. Szczerze mówiąc, byłam nieomał szczęśliwa widząc, że ma gorączkę - nareszcie był jakiś objaw somatyczny do rozpracowania. Ale liczba białych ciałek we krwi okazała się normalna, żadnej infekcji wirusowej czy bakteryjnej. Zleciłam analizy toksykologiczne. Nic. Mimo wszystko testy laboratoryjne nie są doskonale - nawet u nas wskaźnik błędów wynosi dziesięć do dwudziestu procent. A gorączkę miała naprawdę - sama mierzyłam. Wykąpaliśmy dziecko i stosowaliśmy tylenol aż temperatura spadła do 38,8°C. Przyjęliśmy ją z rozpoznaniem: gorączka o nie ustalonej etiologii, podaliśmy płyny. Przeszła przez prawdziwe piekło: nakłucie lędźwiowe, by wykluczyć zapalenie opon mózgowych, choć uszy miała czyste, a kark giętki, bo z tego, co wiedzieliśmy musiała piekielnie boleć ją głowa, o czym nie mogła nam powiedzieć. Nadto analiza krwi dwa razy dziennie - dostawała szalu, trzeba ją było przytrzymywać. Mimo to zdołała parę razy wyjąć igłę.
Stephanie wypuściła powietrze z płuc i odsunęła grejpfruta jeszcze dalej. Jej czoło pokryło się potem. Ocierając je serwetką zauważyła: - Pierwszy raz opowiedziałam to w ten sposób od początku.
- Nie mieliście konsylium w tej sprawie?
- Nie, rzadko to już teraz robimy. z Rity nie ma zasadniczo żadnego pożytku.
- Jak matka reagowała na wszystkie te zabiegi? - zapytałem.
- Trochę łez, ale w zasadzie była opanowana. Zdolna podesłać dziecko, utulić je, gdy było po wszystkim. Zwracałam uwagę, by nigdy nie musiała uczestniczyć w przytrzymywaniu Cassie - nie naruszyć więzów matka-dziecko. Widzisz Alex, twoje wykłady nie poszły na marne. Oczywiście my wszyscy czuliśmy się jak naziści.
Znów przetarła czoło.
- W każdym razie wyniki analiz krwi byty ciągle w normie, ale powstrzymywałam się z wypisaniem aż do momentu, gdy przez cztery kolejne dni dziewczynka nie miała gorączki.
Westchnąwszy, przeczesała palcami włosy i przerzuciła stronice karty choroby .
- Następny skok temperatury: dzieciak ma piętnaście miesięcy, matka utrzymuje, że było 41°C.
- Niebezpieczne.
- Ja myślę. Lekarz na ostrym dyżurze notuje 40,3°C, kąpie ją i podaje leki, zbijając gorączkę do 38,6°C. A mama informuje o nowych objawach: nudnościach, chlustających wymiotach i biegunce. I czarnych stolcach.
- Krwotok wewnętrzny?
- Na to wygląda. Wtedy wszyscy ostro wzięli się do roboty. Na pieluszce, którą dziewczynka miała na sobie były ślady biegunki, ale nie krwi. Matka powiedziała, że zakrwawioną wyrzuciła, ale spróbuje ją odszukać. Badanie wykazało lekkie zaczerwienienie okolicy odbytu i nieznaczne podrażnienie zewnętrznej krawędzi zwieracza odbytu. Ale nie wyczuwało się wzmożonego napięcia jelit - brzuszek był zdrowy i miękki, może tylko trochę wrażliwy na dotyk. Ale trudno to ocenić, bo mała wariuje przy każdym badaniu.
- Podrażnienie odbytu - powiedziałem. - Jakieś pęknięcia w śluzówce?
- Nie, nie, nic z tych rzeczy. Tylko niewielkie podrażnienie, normalne przy biegunce. Trzeba było wykluczyć zaparcie i wyrostek. Wezwałam chirurga, Joe Leibowitza - wiesz, jaki jest sumienny. Przebadał ją i stwierdził, że nie ma wskazań do laparotomii, ale powinniśmy przyjąć ją na pewien czas na obserwację. Podłączyliśmy dziecku kroplówkę - świetna zabawa zrobiliśmy pełny zestaw analiz, tym razem liczba białych ciałek była nieco podwyższona. Ale jeszcze w granicach normy, nie pasowało to do 41°C gorączki. Następnego dnia miała 37,7°C. Dzień później 37,3°C i wyglądało na to, że brzuszek ją nie boli. Joe powiedział: "zdecydowanie wykluczam wyrostek, wezwijcie gastrologa". Poprosiłam o konsultację Tony'ego Franksa, brał pod uwagę wczesne objawy zespołu drażliwych jelit, chorobę Crobna, zaburzenia funkcji wątroby. Nic nie stwierdził. Następne testy toksykologiczne, drobiazgowa analiza pokarmów. Znów poprosiłam alergologię i immunologię, żeby sprawdzili, czy nie ma jakiegoś dziwacznego uczulenia.
- Czy była karmiona butelką?
- Nie, piersią, ale wtedy jadła już tylko pokarmy stale. Po tygodniu wyglądała znakomicie. Bogu dzięki, że nie robiliśmy operacji.
- Ma piętnaście miesięcy - stwierdziłem. - Właśnie minął okres największego zagrożenia zespołem nagiej śmierci. Więc układ oddechowy stabilizuje się i zaczynają dokazywać jelita?
Stephanie obrzuciła mnie długim, pytającym spojrzeniem.
- Zaryzykujesz diagnozę?
- Czy to już wszystko?
- Aha! Jeszcze dwa razy miały miejsce zaburzenia żołądkowo-jelitowe. W szesnastym miesiącu - cztery dni po wizycie u Tony'ego w poradni gastrologicznej - i półtora miesiąca później, po ich ostatnim spotkaniu z Franksem.
- Te same objawy?
- Dokładnie. Ale w obu wypadkach matka rzeczywiście przyniosła zakrwawione pieluszki, które przebadaliśmy na wszelkie możliwe zarazki chorobotwórcze - mam na myśli tyfus, cholerę, choroby tropikalne, jakie nigdy nie występowały na tym kontynencie. Różne toksyny środowiskowe ołów, metale ciężkie, sam wiesz. Ale wszystko, co znaleźliśmy, to odrobina zdrowej krwi.
- Czy rodzice mają pracę, która mogłaby wystawić dziecko na działanie jakichś niezwykłych zanieczyszczeń?
- Właściwie nie. Ona jest pełnoetatową mamą, a on profesorem college'u.
- Biologia?
- Socjologia. Ale nim przejdziemy do opisu rodziny, jest jeszcze jedno. Kryzys innego rodzaju. Sześć tygodni temu. żegnajcie jelita, witaj nowy układzie. Chcesz zgadnąć, o który chodziło?
Zastanowiłem się przez chwilę.
- Nerwowy?
- Bingo. - Wyciągnąwszy rękę dotknęła mego ramienia. - Czuję, że dobrze zrobiłam, prosząc cię o pomoc.
- Napady padaczki?
- W środku nocy. Grandmał, według rodziców, łącznie z pianą na ustach. EEG nie wykazało żadnych nieprawidłowości, wszystkie odruchy dziecka w porządku, ale zrobiliśmy jej tomografię komputerową, jeszcze jedną punkcję lędźwiową i wszystkie te supernowoczesne neuroradiologiczne wideo-gry, na wypadek, gdyby miała guza mózgu. Alex, to mnie naprawdę przestraszyło, po przemyśleniu zdałam sobie sprawę, że guz mózgu mógł być przyczyną wszystkiego, co się dotąd działo, od samego początku. Wzrastając atakowałby kolejno różne ośrodki, powodując rozmaite objawy.
Pokręciła głową.
- Czy to nie byłaby rozkoszna sytuacja? Ja paplam o zaburzeniach psychosomatycznych, a u niej rozwija się astrocytoma albo coś podobnego? Bogu dzięki żadne zdjęcia nic nie wykazały.
- Czy kiedy zobaczyłaś ją na ostrym dyżurze, wyglądała jakby niedawno miała napad padaczkowy?
- Była rzeczywiście senna i apatyczna, ale przyczyną mogło być to, że wyciągnięto dzieciaka z łóżka w środku nocy i przepuszczono przez szpitalną wyżymaczkę. A jednak przestraszyłam się - że przeoczyłam jakieś schorzenie somatyczne. Poprosiłam neurologię o dalszą obserwację. Robili to przez miesiąc, nic nie znaleźli, skończyli. Dwa tygodnie później - dwa ~i temu kolejny atak konwulsji. I naprawdę potrzebna mi jest twoja pomoc, Alex. Są teraz na górze, na piątce zachodniej. Oto i cały kram, wiesz już wszystko. Gotów jesteś teraz nieco mnie oświecić?
Przejrzałem uważnie notatki.
Powracające, nie wyjaśnione dolegliwości. Wielokrotne hospitalizacje.
Zaatakowane kolejno różne układy.
Brak zgodności objawów i wyników analiz laboratoryjnych.
Dziewczynka reagująca paniką na próby dotknięcia czy wykonania zabiegów.
Matka z pewnym przygotowaniem medycznym.
Sympatyczna.
Sympatyczna matka, która może być po prostu potworem. Scenarzystą, choreografem i reżyserem makabrycznego przedstawienia, w którym własnemu, nieświadomemu tego dziecku, przydzieliła rolę gwiazdy.
Niezwykła diagnoza, ale fakty pasują. Jeszcze dwadzieścia lat temu nikt o tym nie słyszał.
- Zespół Munchhausena per procura - orzekłem, odkładając notatki. że Wygląda na podręcznikowy przypadek.
Stephanie zmrużyła oczy.
- Tak, istotnie. Kiedy słyszysz to wszystko połączone w jedną całość. Ale będąc w centrum wydarzeń... nawet teraz nie mam pewności.
- Ciągle podejrzewasz przyczyny somatyczne?
- Muszę, póki nie udowodnię, że jest inaczej. Był już taki przypadek w zeszłym roku, w County. Dwadzieścia pięć kolejnych przyjęć do szpitala z nawrotami dziwnych infekcji w ciągu sześciu miesięcy. Też dziewczynka; troskliwa matka, wyglądająca zbyt spokojnie, by nie zaniepokoiło to personelu. z tamtym dzieckiem było naprawdę coraz gorzej, już mieli zawiadomić władze, gdy okazało się, że jest to rzadka postać braku odporności - trzy udokumentowane przypadki w literaturze, specjalne testy, które trzeba robić w Narodowym Instytucie Zdrowia. Gdy tylko o tym usłyszałam, kazałam przebadać na to Cassie. Wynik negatywny. Co nie wyklucza istnienia jakiegoś innego czynnika, którego nie byłam ~olna wychwycić. Ciągle pojawiają się nowe materiały - ledwo nadążam z czytaniem czasopism.
Zamieszała kawę łyżeczką.
- A może po prostu odsuwam to od siebie - by nie mieć wyrzutów sumienia, że nie dostrzegłam wcześniej Munchhausena. Właśnie dlatego poprosiłam cię o pomoc - muszę obrać jakiś kierunek, Alex. Powiedz mi, co z tym dalej robić.
Zastanowiłem się przez chwilę.
Zespół Munchhausena.
Znany też jako pseudologia fantastica.
Także jako zespół nie istniejącej choroby.
Wyjątkowo groteskowa forma patologicznej potrzeby kłamstwa, nazwana tak od nazwiska barona von Munchhausena, blagiera światowej klasy.
Zespół Munchhausena to hipochondria doprowadzona do absurdu. Pacjenci symulują choroby, kalecząc się i zatruwając, czasem po prostu kłamiąc. Prowadzą grę z lekarzami i pielęgniarkami - z całą służbą zdrowia.
Dorosłym pacjentom z zespołem Munchhausena uda się doprowadzić do tego, że są nieustannie przyjmowani do szpitala, bez potrzeby faszerowani lekami, a nawet poddawani laparotomii na stole operacyjnym.
Żałosny, wprawiający w zakłopotanie masochizm - zboczenie, które wciąż wymyka się ludzkiemu pojmowaniu.
Ale odmiana, którą rozważaliśmy nie zasługiwała na litość. Był to wariant złośliwy:
Munchhausen per procura.
Są rodzice - niezmiennie matki - wywołujący choroby u swojego potomstwa. Posługują się własnymi dziećmi - przeważnie córkami - niby przywykłam do przyrządzania obrzydliwej mikstury kłamstw, cierpienia i chorób.
- Tak wiele z tego pasuje, Steph - powiedziałem. - Od samego początku.
Bezdech i omdlenia mogły być spowodowane duszeniem - te artefakty ruchowe na monitorze mogły świadczyć o tym, że dziewczynka wyrywała się.
Stephanie wzdrygnęła się.
- O Boże, tak. Właśnie trochę o tym czytałam. Był taki przypadek w Anglii, dzięki artefaktom ruchowym zorientowali się, że dziecko było duszone.
- Co więcej, ponieważ matka jest rehabilitantką terapii oddechowych, układ oddechowy mógł być pierwszym, który wybrała, by w nim namieszać. A co z kłopotami jelitowymi? Jakieś zatrucie?
- Najprawdopodobniej, ale musiało to być coś, czego nie wykazały badania toksykologiczne.
- Może zastosowała środek o krótkim działaniu?
- Albo obojętny środek drażniący, który pobudził mechanicznie jelita, ale nie pozostawił śladów chemicznych.
- A napady padaczkowe?
- To samo, jak sądzę. Nie wiem, Alex. Naprawdę nie wiem. - Znów ścisnęła mnie za ramię. - Nie mam żadnych dowodów, a jeżeli się mylę, to co? Potrzebuję cię, byś spojrzał na to obiektywnie. Zaufaj trochę matce Cassie. Może źle ją osądzam. Postaraj się ją zrozumieć.
- Nie mogę obiecać cud dw, Steph.
- Wiem. Ale wszystko, co będziesz mógł zrobić, okaże się pomocne. Ta sprawa może się zakończyć naprawdę paskudnie.
- Powiedziałaś matce, że będę konsultantem?
Skinęła głową.
- Czy jest teraz bardziej skłonna zasięgnąć porady psychologa?
- Tego nie powiedziałabym, ale zgodziła się. Myślę, że przekonałam ją, odwołując sugestię, iż to stres wywołał dolegliwości Cassie. Jak dla niej, wierzę w to, że ataki konwulsji są bona flde somatyczne. Położyłam nacisk na potrzebę wspomożenia Cassie w przezwyciężaniu szoku związanego z hospitaliza~ą. Wyjaśniłam, że przy epilepsji możemy spodziewać się wielokrotnych powrotów dziewczynki do szpitala, więc musimy pomóc jej dawać sobie z tym radę. Powiedziałam, że jesteś specjalistą od urazów medycznych, będziesz w stanie zastosować hipnozę, by rozluźnić Cassie w trakcie zabiegów.
Skinąłem głową.
- Przy okazji - ciągnęła - będziesz mógł poobserwować matkę. Sprawdzić, czy to psychopatka.
- Jeśli to jest Munchhausen per procura, możemy nie mieć do czynienia z psychopatką.
- Więc z kim? Cóż za pomyłeniec robi takie rzeczy własnemu dziecku?
- Tego nikt naprawdę nie wie - odparłem. - Dość dawno nie zaglądałem do literatury, ale najtrafniejszym wyjaśnieniem wydawała się hipoteza, że to rodzaj złożonych zaburzeń osobowości. Cały problem w tym, że udokumentowanych przypadków jest bardzo mało i brak dostatecznej ilości danych.
- Ciągle nic się nie zmieniło, Alex. Przejrzałam materiały na wydziale medycznym, znalazłam bardzo niewiele.
- Chciałbym zobaczyć te artykuły.
- Przeczytałam je na miejscu, nie pożyczałam - powiedziała. - Ale sądzę, że mam gdzieś jeszcze dane bibliograficzne. I chyba pamiętam coś o tej pomieszanej osobowości - cokolwiek to znaczy.
- Znaczy to, że nic nie wiemy, więc klecimy kulawe teorie. Problem polega po części na tym, że psychologowie i psychiatrzy opierają się na informacjach otrzymanych od pacjenta. A przeprowadzać wywiad z chorym na Munchhausena, to tyle, co wierzyć nałogowemu kłamcy. Ale historie, które opowiadają, gdy się już ich zdemaskuje, wydają się dość przekonywające: poważne schorzenia czy urazy we wczesnej młodości, rodziny, w których przesadną uwagę zwracano na kwestie zdrowia i choroby, maltretowanie dzieci, czasem kazirodztwo. Co prowadzi do niskiej samooceny, trudności w nawiązywaniu kontaktów z innymi ludźmi i nienormalnej potrzeby zwracania na siebie uwagi. Choroba staje się polem, na którym zaspokajają tę potrzebę - to dlatego tak wielu z nich obiera zawody związane ze służbą zdrowia. Ale większość ludzi z podobnymi życiorysami nie wykazuje objawów zespołu Munchhausena. Co więcej ci, którzy znęcają się nad sobą, i ci którzy dręczą swoje potomstwo miewali podobne przeżycia w dzieciństwie. Wysunięto nawet sugestię, że rodzice z Munchhausenem per procura zaczynają najpierw dręczyć siebie, i dopiero później przestawiają się na męczenie własnych dzieci. Ale kiedy i dlaczego tak się dzieje, tego nikt nie wie.
- Niesamowite - powiedziała, kręcąc głową. - To jest niczym taniec. Mam wrażenie, że wiruję, tańcząc z nią walca, ale to ona prowadzi.
- Diabelski walc - powiedziałem.
Wzdrygnęła się.
- Alex, wiem, że to nie są nauki ścisłe, ale gdyby udało ci się rozgryźć tę sprawę, powiedz mi, jeśli uznasz, że ona to robi...
- Jasne. Ale ciekaw jestem, czemu nie poprosiłaś o pomoc kogoś z psychiatrii.
- Nigdy nie lubiłam ludzi z psychiatrii - odparła. - Za bardzo hołdują freudyzmowi. Hardesty chciał kłaść każdego na leżance. Tak czy inaczej, to bezprzedmiotowa dyskusja. Nie ma już psychiatrii.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Wywalili ich wszystkich.
- Cały oddział? Kiedy?
- Przed paroma miesiącami. Nie czytujesz biuletynu szpitalnego?
- Nie za często.
- To widać. No cóż, zlikwidowano psychiatrię. Zerwano kontrakt hrabstwa z Hardestym, a że nigdy nie zabiegał o dotacje, nie miał poparcia finansowego. Rada postanowiła, że nie będą pokrywać kosztów.
- A co z etatem Hardesty'ego? A inni - czy Greiler i Pantissa nie byli także na etatach?
- Prawdopodobnie. Ale etat, jak się okazuje, daje uczelnia, a nie szpital. Więc dalej mają swoje tytuły. Pensje to już całkiem inna historia. Spora niespodzianka dla tych z nas, którzy sądzili, że mamy bezpieczne posady. Co prawda nikt nie walczył o Hardesty'ego. Wszyscy uważali, że on i jego ludzie to zbędny balast.
- Nie ma już psychiatrii - powiedziałem. - Nie ma darmowej kawy. Czego jeszcze?
- Och, wielu rzeczy. Czy to, że zlikwidowano psychiatrię ma dla ciebie jakieś znaczenie - chodzi mi o twoje uprawnienia zawodowe?
- Nie, mam umowę z psychiatrią. A praktycznie z onkologią, choć już od lat nie widziałem pacjenta z rakiem.
To dobrze - powiedziała. Nie będzie więc żadnych scysji proceduralnych. Jeszcze jakieś pytania, zanim pójdziemy na górę?
- Tylko kilka spostrzeżeń. Jeżeli to jest Munchhausen per procura, należy się pospieszyć - zwykle dochodzi do eskalacji działań. Czasem dzieci umierają, Steph.
- Wiem - powiedziała żałośnie, przyciskając palcami skronie. - Wiem, że może będę musiała porozmawiać o tym wprost z matką. Dlatego muszę mieć pewność.
- Druga sprawa to ich pierwsze dziecko - chłopak. Przyjmuję, że bierzesz pod uwagę możliwość morderstwa.
O Boże, tak. To mnie naprawdę gryzie. Kiedy zaczęłam precyzować podejrzenia co do matki, wyciągnęłam jego kartę choroby i przejrzałam bardzo uważnie. Ale nie znalazłam nic niezwykłego. Bieżące oceny Rity były dobre - zanim umarł, cieszył się doskonałym zdrowiem, a wyniki autopsji nie rozstrzygały, jak się to często zdarza. Teraz mam tu żywą, oddychającą dziewczynkę i nie potrafię nic zrobić, żeby jej pomóc.
Wydaje się, że robisz wszystko, co możesz.
- Staram się, ale to jest tak cholernie frustrujące.
- A co z ojcem - zapytałem. Nie mówiliśmy o nim.
- Tak naprawdę niewiele mogę o nim powiedzieć. Dzieckiem opiekuje się głównie matka i to z nią miałam przeważnie do czynienia. Kiedy już zaczęłam podejrzewać Munchhausena per procura, uznałam, że to na niej powinnam się skoncentrować, bo zawsze chodzi o matki, prawda?
- Owszem odparłem. - Ale w pewnych wypadkach ojciec staje się biernym wspólnikiem. Czy coś wskazuje na to, że on ma jakieś podejrzenia?
- Nawet jeżeli tak, nic mi o tym nie powiedział. Nie wydaje się specjalnie bierny - jest dość sympatyczny. Ona też, skoro o tym mowa. Oboje są sympatyczni, Alex. Między innymi dlatego to wszystko jest takie trudne.
- Klasyczny scenariusz Munchhausenowski. Pielęgniarki zapewne ich uwielbiają.
Skinęła głową.
- A dlaczego jeszcze?
Co?
- Jaka jest inna przyczyna, która sprawia, że jest to takie trudne? Steph zamknęła oczy i długo nie odpowiadała, masując powieki.
- Inna przyczyna podjęła - i może zabrzmi to strasznie cynicznie, wiąże się z tym, kim oni są. Pod względem społecznym. Politycznym. Pełne nazwisko dziecka braci Cassie Brooks Jone.v - zapaliło ci się jakieś światełko?
- Nie - odrzekłem. - Jones nie jest nazwiskiem specjalnie oryginalnym.
- Jones, jak Charles L. Junior. Gruba ryba finansjery? Osoba kontrolująca finanse szpitala?
- Nie znam go.
- No właśnie - nie czytujesz biuletynów. No wież, od ośmiu miesięcy jest też prezesem rady nadzorczej. Było wielkie wietrzenie.
- Budżet?
- A cóżby innego. W każdym razie, oto genealogia: jedyny syn Charlesa Juniora to Charles Trzed - niczym w rodzie królewskim. Znany jako Chip to ojciec Cassie. Mama to Cindy. Zmarły syn nazywał się Chad - Charles Czwarty.
Sami C - powiedziałem. - Wygląda na to, że lubią porządek.
- Może. Najważniejsze że Cassie to jedyna wnuczka Charlesa Juniora. Alex, czyż to nie cudowne? Mam tu potencjalnego Munchhausena per procura, który w każdej chwili może wyjść na jaw z wielkim hukiem, a pacjentka jest jedyną wnuczką gościa, który odebrał nam darmową kawę.