Diabelski walc - Jonathan Kellerman

Reflow text when sidebars are open.
Był to przybytek mitu i strachu, dom cudów i najgorszych porażek.
Spędziłem tam czwartą część swego życia, ucząc się radzić sobie z rytmem, szaleństwem, z nakrochmaloną bielą tego wszystkiego.
Po pięciu latach nieobecności byłem tam obcy, więc gdy wkraczałem do holu, z niepokoju ściskało mnie w żołądku.
Szklane drzwi, czarne granitowe posadzki, wysokie, wklęsłe, wyłożone marmurem ściany obwieszczające nazwiska zmarłych dobroczyńców.
Pozornie wspaniałe miejsce rozpoczęcia pełnej niepewności podróży, która nie wiadomo gdzie się zakończy.
Grupa wymęczonych podwójnym dyżurem chirurgów stażystów - Boże, jacyż byli młodzi - wlokła się w tekstylnych pantoflach na papierowej podeszwie. Moje buty miały podeszwy ze skóry i głośno stukały na granicie.
Gładkie jak lód posadzki. Zaczynałem właśnie staż, kiedy je ułożono. Przypomniały mi się protesty, żarliwe petycje przeciw niestosowności polerowanego kamienia w miejscu, gdzie chodzą i biegają, kuśtykają i jeżdżą na wózkach małe dzieci. Lecz jakiś filantrop uznał, że tak będzie ładnie. Było to w czasach, gdy łatwo było o filantropów.
Tego ranka granitu prawie nie było widać. Hol wypełniał tłum ludzi, przeważnie ciemnoskórych i ubogo odzianych. Stali w kolejkach do oszklonych budek, wyczekując na łaskawą uwagę rejestratorek o kamiennych twarzach, które unikały patrzenia w oczy, nabożnie kontemplując dokumenty. Nie wyglądało na to, by kolejki posuwały się naprzód.
Dzieci płakały i ssały pierś matek, kobiety pochylały się, mężczyźni patrzyli w podłogę, tłumiąc przekleństwa.
Ludzie wpadali na siebie i rozładowywali napięcie żartami. Niektóre dzieci - te, które wyglądały jeszcze jak dzieci - wykręcały się i wyrywały ze zmęczonych ramion dorosłych opiekunów, by zdobyć cenne sekundy wolności, zanim zostaną pochwycone i przyciągnięte z powrotem. Inne - blade, chude i łyse, o zapadłych policzkach i nienaturalnej karnacji - stały w milczeniu, boleśnie uległe. Słowa w obcych językach rozbrzmiewały ostro na tle monotonnego buczenia głosów operatorek pagerów. Czasem zdawkowy uśmiech czy żart rozjaśniał posępną apatię, by zaraz potem zgasnąć niczym iskra z wilgotnego krzemienia.
Gdy podszedłem bliżej, poczułem ten zapach.
Spirytus do dezynfekcji, gorzkie mikstury antybiotyków, lepko-dojrzały eliksir życia i cierpienia.
Eau de Hospital. Pewne rzeczy zawsze pozostają takie same. Ale ja się zmieniłem, miałem zimne ręce.
Przecisnąłem się przez tłum. Właśnie dotarłem do wind, gdy mocno zbudowany mężczyzna w granatowym mundurze wynajętego policjanta wyłonił się nie wiadomo skąd, zastępując mi drogę. Miał siwiejące blond włosy ostrzyżone na jeża, okulary w czarnej oprawie na trójkątnej twarzy, wygolonej tak dokładnie, że skóra sprawiała wrażenie, jakby wypolerowano ją wilgotnym piaskiem.
- Czym mogę panu służyć?
- Jestem doktor Delaware. Mam spotkanie z doktor Eves.
- Proszę okazać jakiś dokument.
Zaskoczony wyłowiłem z kieszeni przypinaną plakietkę identyfikacyjną sprzed pięciu lat. Wziął ją i zlustrował uważnie, jakby stanowiła klucz do jakiejś zagadki. Spojrzał na mnie, następnie znów na czarno-białe zdjęcie zrobione dziesięć lat temu. W ręku miał radiotelefon, przy pasie kaburę z pistoletem.
- Wygląda na to, że zaostrzono środki bezpieczeństwa, odkąd byłem tu po raz ostatni - powiedziałem.
- Ta plakietka jest już nieważna - stwierdził. - Ciągle należy pan do personelu?
- Owszem. - Gdy zmarszczył brwi i schował plakietkę do kieszeni, spytałem: - Będą jakieś problemy?
- Wymagane są nowe plakietki, proszę pana. Jeśli pójdzie pan do ochrony, prosto przez kaplicę, zrobią panu zdjęcie i załatwią wszystko. - Dotknął swojej plakietki przypiętej do klapy. Kolorowa fotografia, dziesięciocyfrowy numer identyfikacyjny.
- Ile to potrwa? - zapytałem.
- To zależy, proszę pana. - Popatrzył nad moim ramieniem, jakby nagle znudzony.
- Od czego?
- Ilu jest przed panem. Czy pana papiery są w porządku.
- Niech pan posłucha - powiedziałem - już za parę minut mam spotkanie z doktor Eves. Załatwię plakietkę, wychodząc stąd.
- Niestety, proszę pana - odparł, patrząc ciągle gdzie indziej. Założył ramiona na piersi. - Przepisy.
- Jakieś nowe?
- Listy do personelu medycznego wysłano zeszłego lata.
- Musiałem przegapić. - Pewnie nawet nie otwierając, wyrzuciłem ten list do śmieci, jak większość druków szpitalnych. Gdy facet nie odpowiedział, mówiłem dalej: - Naprawdę zależy mi na czasie. A nie mógłbym przejść z plakietką odwiedzającego?
- Plakietki odwiedzających są dla odwiedzających, proszę pana.
- Odwiedzam doktor Eves.
Przeniósł wzrok na mnie. Znów zmarszczył brwi, tym razem z głębszym namysłem. Zlustrował deseń na moim krawacie. Dotknął swojego pasa po stronie kabury z pistoletem.
- Plakietki odwiedzających są tam, w rejestracji. - Wskazał zgiętym kciukiem jedną ze zbitych kolejek.
Znów założył ręce.
Uśmiechnąłem się.
- Nie da się tego jakoś obejść, co?
- Nie, proszę pana.
- Prosto przez kaplicę?
- Prosto i w prawo.
- Mieliście jakieś przestępstwa? - zapytałem.
- Ja nie ustalam przepisów, proszę pana. Egzekwuję je tylko.
Odsunął się dopiero po chwili, obserwując z ukosa moje odejście. Skręciłem za róg, spodziewając się, że jednak pójdzie za mną, ale korytarz był cichy i pusty.
Drzwi z napisem: SŁUŻBY OCHRONY były dwadzieścia kroków dalej. Na klamce wisiała wywieszka: WRÓCĘ O. Ruchome wskazówki wydrukowanej nad napisem tarczy zegara ustawiono na dziewiątej trzydzieści rano. Mój zegarek wskazywał dziewiątą dziesięć. Mimo to zapukałem. Żadnej odpowiedzi. Obejrzałem się. Żadnego strażnika. Przypomniawszy sobie, że tuż za medycyną nuklearną jest winda dla personelu, ruszyłem dalej korytarzem.
Zamiast medycyny nuklearnej ujrzałem napis MAGAZYNEK. Następne zamknięte drzwi. Winda była na swoim miejscu, ale nie miała klamek. Żeby ją otworzyć, potrzebowałbym klucza. Rozglądałem się za najbliższą klatką schodową, kiedy pojawiło się dwóch sanitariuszy toczących puste łóżko na kółkach. Obaj byli młodzi, wysocy i czarni, i z dumą obnosili swoje kanciaste fryzury. Dyskutowali o grze Raidersów. Jeden z nich wyjął klucz, włożył do zamka i przekręcił. Drzwi windy rozsunęły się, ukazując ściany z pikowanym obiciem. Podłoga zaśmiecona była opakowaniami po słodyczach i kawałkami brudnej gazy. Sanitariusze wepchnęli wózek do środka. Wszedłem za nimi.
Pediatria Ogólna zajmowała wschodnie skrzydło czwartego piętra, od Oddziału Noworodków oddzielały ją drewniane wahadłowe drzwi. Wiedziałem, że poradnię dla pacjentów z miasta otwarto dopiero przed kwadransem, ale mała poczekalnia była już przepełniona. Chorzy pokasływali, kichali, wodzili szklistymi spojrzeniami i kręcili się niecierpliwie. Matczyne ręce ściskały mocno dzieci i niemowlęta, dokumenty i magicznie połyskujące plastikiem karty ubezpieczenia Medi-Cal. Na prawo od okienka recepcji znajdowały się dwuskrzydłowe drzwi z poleceniem: PACJENCIE, NAJPIERW SIĘ ZAREJESTRUJ, poniżej to samo napisano po hiszpańsku.
Przepchnąłem się i poszedłem dalej długim białym korytarzem oblepionym plakatami informującymi o wartościach odżywczych pokarmów i środkach bezpieczeństwa, komunikatami okręgowej służby zdrowia i dwujęzycznymi upomnieniami, by jadać prawidłowo, szczepić się, stronić od alkoholu i narkotyków. Pacjentów przyjmowano w kilkunastu pokojach, stelaże na karty choroby były przepełnione. Spoza zamkniętych drzwi dobiegały kocie wrzaski i pomruki zadowolenia. Po drugiej stronie korytarza znajdowały się kartoteki, magazynki i lodówka z czerwonym krzyżem. Sekretarka wystukiwała coś na klawiaturze komputera. Pielęgniarki krzątały się między magazynkami a pokojami przyjęć. Stażyści rozmawiali przez zawieszone pod brodą przenośne telefony, podążając za dziarsko kroczącymi lekarzami.
W krótszym korytarzyku odchodzącym pod kątem prostym mieściły się gabinety. Otwarte, trzecie z kolei z siedmiu drzwi, prowadziły do pokoju Stephanie Eves.
Pomieszczenie miało trzy na cztery metry. Ściany pomalowane na obowiązujący beżowy kolor ożywiały półeczki pełne książek i czasopism, kilka plakatów Joana Miró i jedno zaparowane okno wychodzące na wschód. Nad lśniącymi dachami samochodów, szczyty wzgórz Hollywood zdawały się rozpływać w smogu i chaosie tablic ogłoszeniowych.
Standardowe szpitalne biurko z chromu i sztucznego orzecha przysunięte było do ściany. Solidne chromowane krzesło z siedzeniem obitym pomarańczową tkaniną walczyło o miejsce z wytartym fotelem o opuszczanym oparciu. Na zniszczonym stoliku pomiędzy nimi umieszczono maszynkę do kawy i cherlawy filodendron w niebieskiej porcelanowej doniczce.
Stephanie siedziała przy biurku w białym fartuchu nałożonym na sukienkę w kolorach szarym i czerwonego wina, wpisując do formularza liczbę przyjmowanych pacjentów. Sięgający do brody stos kart przesłaniał rękę, którą pisała. Kiedy wszedłem do pokoju, podniosła wzrok, odłożyła długopis, uśmiechnęła się i uniosła za biurkiem.
- Alex.
Stała się przystojną kobietą. Ciemnobrązowe włosy, niegdyś sięgające ramion, rzadkie i spięte wsuwkami, były teraz krótko przycięte, przyprószone na końcach siwizną i puszyste. Szkła kontaktowe zastąpiły babcine okulary, odsłaniając bursztynowe oczy, na które nie zwróciłem dotąd uwagi. Rysy wydawały się ostrzejsze, bardziej wyraziste. Nigdy nie była tęga, teraz stała się wręcz szczupła. Przekroczyła już trzydzieści pięć lat i czas jej nie oszczędził. W kącikach oczu pojawiła się siateczka drobnych zmarszczek, a na ustach miała lekki grymas, choć makijaż doskonale wszystko to maskował.
- Miło cię widzieć - powiedziała, ujmując moją rękę.
- Miło cię widzieć, Steph.
Objęliśmy się na chwilę.
- Podać ci coś? - Wskazała maszynkę do kawy, pobrzękując pozłacanymi bransoletkami. Na drugiej ręce miała złoty zegarek. Nie nosiła żadnych pierścionków. - Starą dobrą kawę czy prawdziwe café au lait? Ten krasnal naprawdę gotuje mleko.
Powiedziałem, że dziękuję, i spojrzałem na maszynkę. Mała i pękata, matowoczarna, z elementami z błyszczącej stali, miała logo niemieckiego producenta. Zbiorniczek był niewielki, na dwie filiżanki. Obok znajdował się mały miedziany dzbanuszek.
- Ładny, co? - zapytała z uśmiechem. - To prezent od przyjaciela. Chciałam, by było tu trochę bardziej szykownie. - Wcześniej nigdy do szyku nie przywiązywała znaczenia.
Odpowiedziałem uśmiechem i usadowiłem się na fotelu. Na stoliku obok leżała oprawna w skórę książka. Podniosłem ją. Wiersze zebrane Byrona. Zakładka księgarni Browserów, w Los Feliz, tuż za Hollywood. Tłocznej i pełnej kurzu, specjalizującej się głównie w poezji. Czyli mnóstwo chłamu i trochę pereł. Chadzałem tam jako stażysta w czasie przerwy na lunch.
- Pisarz z prawdziwego zdarzenia - powiedziała Stephanie. - Staram się poszerzyć zainteresowania.
Odłożyłem książkę. Stephanie siadła przy biurku, założyła nogę na nogę i patrzyła na mnie, obracając się na krześle. Jasnoszare pończochy i zamszowe pantofle pasowały do sukienki.
- Świetnie wyglądasz - powiedziałem.
Znów uśmiech, wprawdzie zdawkowy, lecz radosny, jakby ucieszył ją ten komplement, choć i tak się go spodziewała.
- Ty także, Alex. Dzięki, że zechciałeś przyjść tak szybko.
- Zainteresowałaś mnie.
- Czyżby?
- Pewnie. Wszystkie te napomknienia o zawiłej intrydze...
Obróciła się w stronę biurka, wyciągnęła ze stosu jedną z kart i położyła na kolanach, ale nie otworzyła.
- Tak - odparła. - Zastanawiająca sprawa, to pewne. - Wstała nagle, podeszła do drzwi, zamknęła je, wróciła na miejsce i spytała: - No więc jak się czujesz, wróciwszy tu znowu?
- Omal mnie nie zatrzymano po drodze. - Opowiedziałem o spotkaniu ze szpitalnym ochroniarzem.
- Faszysta - rzuciła wesoło.
Natychmiast odżyły wspomnienia, te wszystkie komitety protestacyjne, którym przewodniczyła. Biały fartuch wzgardzony dla dżinsów, sandałów i spłowiałych bawełnianych bluzek. "Stephanie, nie pani doktor. Tytuły to ekskluzywistyczny wynalazek elity władzy…".
- Taa, miał w sobie coś z wojskowego - odrzekłem, ale ona wpatrywała się już tylko w leżącą na kolanach kartę.
- Zawiła intryga - podjęła. - Zagadką jest kto-to-zrobił, jak-to-zrobił, i czy w-ogóle-ktoś-to-zrobił. Tylko że to nie Agatha Christie, Alex. Całe to zamieszanie dzieje się naprawdę. Nie wiem, czy będziesz w stanie pomóc, ale nie jestem pewna, co mam dalej robić.
Do pokoju przeniknęły głosy z korytarza, wrzaski, napomnienia, kroki biegnącej osoby. Potem gipsowymi ściankami wstrząsnął przeraźliwy krzyk dziecka.
- Toż to istne zoo - powiedziała Stephanie. - Chodźmy stąd.
Tylne drzwi poradni wychodziły na klatkę schodową. Zeszliśmy na pierwsze piętro podziemi. Stephanie poruszała się szybko, niemal zbiegała po schodach.
W kawiarence było prawie pusto. Przy jednym stoliku z pomarańczowym blatem jakiś stażysta czytał kolumnę sportową, dwa inne zajmowały wymęczone pary, które wyglądały, jakby spały w ubraniach. Rodzice spędzający noc w szpitalu. Kiedyś walczyliśmy o to.
Niektóre stoliki zastawione były pustymi tacami i brudnymi naczyniami. Sanitariusz w siatce na włosach krążył nieśpiesznie po sali, napełniając solniczki.
Na wschodniej ścianie znajdowały się drzwi do jadalni dla lekarzy. Na lakierowanej okładzinie z drewna tekowego widniała mosiężna tabliczka z misternie wygrawerowanym nazwiskiem. Jakiś filantrop o inklinacjach marynarskich. Stephanie minęła je i poprowadziła mnie do odgrodzonego ścianką stolika w końcu głównej sali.
- Na pewno nie chcesz kawy? - zapytała.
Przypomniawszy sobie szpitalną lurę, odparłem:
- Wyczerpałem już swój limit kofeiny.
- Wiem, co masz na myśli. - Przeczesała ręką włosy i usiadła, ja również. - Dobra - powiedziała. - Mamy tu dwudziestojednomiesięczną białą dziewczynkę, ciąża donoszona, poród normalny, dziewięć punktów w skali ogólnej oceny pediatrycznej. Jedyny istotny fakt z przeszłości jest taki, że tuż przed urodzeniem małej jej roczny brat zmarł na zespół nagłego zgonu niemowląt.
- Czy są inne dzieci? - spytałem, wyjmując notatnik i długopis.
- Nie, tylko Cassie. Chowała się świetnie aż do trzeciego miesiąca życia, kiedy to matka wstawszy pewnej nocy, by sprawdzić, jak się czuje, spostrzegła, że nie oddycha.
- Chciała sprawdzić, bo obawiała się nagłej śmierci?
- Dokładnie. Nie mogąc rozbudzić dziecka, intuicyjnie zastosowała sztuczne oddychanie oraz masaż serca. Trwało to trochę, ale reanimacja powiodła się. Potem przywieźli dziewczynkę na ostry dyżur. Kiedy przyszłam ją zbadać, wyglądała dobrze, nie znalazłam nic szczególnego. Przyjęłam ją na obserwację, kazałam zrobić wszystkie rutynowe analizy. Nic. Po wypisaniu zainstalowaliśmy w domu monitor snu z alarmem. W ciągu kilku następnych miesięcy dzwonek odezwał się parę razy, ale były to fałszywe alarmy - dzieciak oddychał normalnie. Na wykresach znalazły się miejsca mogące świadczyć o bardzo krótkich okresach bezdechu, ale często zdarzają się także artefakty ruchowe, gdy dziecko rzuca się podczas snu. Uznałam, że może po prostu była niespokojna - te alarmy nie są niezawodne - i przypisałam cały incydent jakiejś przypadkowej nieregularności. Ale poprosiłam pulmonologów, żeby ją zbadali, bo jej brat zmarł nagle jako niemowlę. Nic nie stwierdzili. Postanowiliśmy więc poddawać ją ściślejszej kontroli w okresie największego zagrożenia śmiercią w kołysce.
- Rok?
- Wolałam być ostrożna, piętnaście miesięcy. Zaczęłam od cotygodniowych kontroli, potem kazałam im przychodzić coraz rzadziej, więc kiedy dziecko miało dziewięć miesięcy, gotowa byłam dać im spokój aż do badania w wieku jednego roku. Dwa dni później znów są na ostrym dyżurze, kłopoty z oddychaniem w środku nocy. Dziecko obudziło się z ogromnym kaszlem i głośnym świstem krtaniowym, ledwie dysząc. Znów sztuczne oddychanie w wykonaniu mamy i przywożą ją tutaj.
- Czy to nie przesada robić sztuczne oddychanie przy obrzęku krtani? Czy dziecko naprawdę zemdlało?
- Nie, Cassie nigdy nie straciła przytomności, tylko z trudem łapała oddech. Matka zareagowała może przesadnie, ale czyż można ją winić, skoro straciła pierwsze dziecko? Gdy dotarłam na ostry dyżur, dziewczynka wyglądała dobrze, żadnej gorączki, żadnych dolegliwości. I nic dziwnego. Chłodne nocne powietrze zmniejsza obrzęk śluzówki. Zrobiłam rentgen klatki piersiowej, badanie krwi, wszystko w normie. Zapisałam środki zmniejszające przekrwienie, płyny i całą resztę, i gotowa byłam odesłać ich do domu, ale matka poprosiła o przyjęcie do szpitala. Była przekonana, że to coś poważnego. Ja byłam prawie pewna, że nie, ale ponieważ mieliśmy ostatnio przypadki niepokojących zaburzeń oddechowych, przyjęłam Cassie i zleciłam codzienne analizy krwi. Wyniki były w normie, za to po kilku dniach kłucia mała dostawała histerii na widok białego fartucha. Wypisałam ją, wróciłam do cotygodniowych kontroli, w czasie których dzieciak nie miał mnie widywać. Gdy tylko wchodzę do pokoju przyjęć, mała zaczyna wrzeszczeć.
- Przyjemna strona pracy lekarza - powiedziałem.
Uśmiechnęła się smutno, spojrzała w stronę obsługujących.
- Zamykają już. Chcesz coś?
- Nie, dziękuję.
- Wybacz, ale nie jadłam jeszcze śniadania.
Żwawo podeszła do metalowych kontuarów i wróciła z filiżanką kawy oraz połówką grejpfruta na talerzyku. Upiła łyk kawy i skrzywiła się.
- Może trzeba dodać gorącego mleka? - zasugerowałem.
Otarła usta serwetką.
- Nic już jej nie pomoże.
- Przynajmniej nic nie kosztuje.
- Kto to powiedział?
- Co? Nie ma już darmowej kawy dla lekarzy?
- Było, minęło, Alex.
- Kolejny dobry obyczaj poszedł w zapomnienie - zacząłem narzekać. - Stara śpiewka budżetowa?
- A cóż innego? Filiżanka kawy lub herbaty kosztuje teraz czterdzieści dziewięć centów. Ciekawe, ile filiżanek potrzeba, żeby wyrównać niedobory finansowe szpitala. -Zjadła trochę grejpfruta.
Bawiąc się długopisem, powiedziałem:
- Pamiętam, jak ostro walczyliście, żeby stażyści i lekarze dostawali darmowe posiłki.
- Zadziwiające, co wtedy wydawało się ważne. - Pokręciła głową.
- Coraz większe problemy z pieniędzmi?
- Niestety tak. - Zmarszczyła brwi, odłożyła łyżeczkę i odsunęła od siebie grejpfruta. - No, ale do rzeczy. Na czym skończyłam?
- Dzieciak wrzeszczy na ciebie.
- Racja. Dobra, więc znów sytuacja zaczyna wyglądać lepiej, robię kontrole coraz rzadziej, kończę je, wreszcie umawiam się na następne spotkanie za dwa miesiące. Trzy dni później znów są na ostrym dyżurze, o drugiej nad ranem. Znów obrzęk krtani. Tylko tym razem matka utrzymuje, że dziecko było nieprzytomne i zrobiło się dosłownie całe sine. Znów sztuczne oddychanie.
- Trzy dni po tym, jak skończyłaś - powtórzyłem, notując. - Poprzednio były dwa.
- Ciekawe, co? Dobra, robię badania. Ciśnienie krwi nieznacznie wzrosło, przyśpieszony oddech, a przecież dzieciak oddychał powietrzem z dużym dodatkiem tlenu. Choć nie miała duszności, podejrzewałam albo ostrą astmę, albo reakcję nerwicową.
- Panika wywołana powrotem do szpitala?
- To albo po prostu udzielił jej się niepokój rodziców.
- Czy matka okazywała poważne zaniepokojenie?
- Właściwie nie, ale sam wiesz, jak to jest z matką i dzieckiem. Wzajemnie wyczuwają swoje nastroje. Z drugiej strony nie mogłam z czystym sumieniem wykluczyć choroby somatycznej. Utratę przytomności u dziecka trzeba traktować poważnie.
- Jasne - przytaknąłem - ale mogły to być tylko przesadne konsekwencje napadu złego humoru. Niektóre dzieci bardzo wcześnie uczą się, jak zemdleć, wstrzymując oddech.
- Wiem, Alex, ale to się zdarzyło w środku nocy, a nie po jakiejś szamotaninie. Więc przyjęłam ją jeszcze raz, poleciłam wykonać testy alergiczne, kompleksowe badania czynnościowe płuc, ale nic, żadnej astmy. Zaczęłam się też zastanawiać, czy nie jest to coś rzadszego, na przykład zaburzenia dyfuzji gazów, jakaś choroba mózgu czy defekt enzymatyczny. Są przez tydzień na piątce, istna karuzela, konsultanci wszelkich możliwych specjalności, ciągłe szturchanie i opukiwanie. Biedactwo szaleje, gdy tylko otworzą się drzwi do jej pokoju, nikt nie stawia żadnej diagnozy, a przez cały czas, kiedy jest tutaj, nie ma problemów z oddychaniem. Umacniam się w przekonaniu, że to reakcja nerwicowa. Wypisuję małą, a kiedy znowu widzę ją u siebie w gabinecie, nie robię nic, staram się tylko z nią pobawić. Ale ciągle nie chce mieć ze mną do czynienia. Więc ostrożnie poruszam kwestię lęku w rozmowie z matką, ale ona nie chce wierzyć.
- Jak to przyjęła? - zapytałem.
- Żadnego gniewu. To nie w stylu tej pani. Powiedziała tylko, że nie może sobie tego wyobrazić u tak małego dziecka. Tłumaczyłam, że fobie mogą wystąpić w każdym wieku, ale absolutnie nie docierało to do niej. Ustąpiłam więc, odesłałam je do domu, dając trochę czasu na przemyślenie moich słów. Miałam nadzieję, że kiedy dziecko skończy pierwszy rok życia i zagrożenie zespołem nagłego zgonu niemowląt znacznie się zmniejszy, obawy matki ustąpią i Cassie też zacznie się odprężać. Cztery dni później znów są na ostrym dyżurze, obrzęk, duszność, mama we łzach, błaga o przyjęcie. Umieszczam dzieciaka na oddziale, ale nie zlecam żadnych inwazyjnych badań, tylko obserwację. A dziecko wygląda świetnie, nawet nosem nie pociągnie. W tym momencie biorę mamę na stronę, kładę silniejszy nacisk na aspekt psychologiczny, ale nadal jej to nie przekonuje.
- Rozmawiałaś z nią kiedyś o śmierci pierwszego dziecka?
- Nie, Alex. - Potrząsnęła głową. - Myślałam o tym, ale w takiej chwili wydawało się to po prostu niewskazane. Byłoby jej zbyt ciężko. Wydawało mi się, że dobrze ją rozumiem. Miałam dyżur, kiedy przywieźli tu pierwsze dziecko, już martwe. Przeprowadziłam oględziny pośmiertne… To ja zaniosłam je do prosektorium, Alex. - Zamknęła oczy, otworzyła je, patrzyła gdzieś w bok.
- Co za piekło - powiedziałem.
- Taak... Choć to czysty przypadek. Byli prywatnymi pacjentami Rity, ale wyjechała z miasta, a ja miałam dyżur. Choć widziałam ich pierwszy raz w życiu, musiałam z nimi porozmawiać po śmierci dziecka. Próbowałam udzielić kilku podstawowych rad, poleciłam parę grup zrzeszających osoby dotknięte stratą bliskich, ale to ich nie interesowało. Kiedy wrócili półtora roku później i wyrazili chęć, żebym zajęła się ich następnym dzieckiem, byłam bardzo zaskoczona.
- Dlaczego?
- Prędzej bym się spodziewała, że będą mnie kojarzyli z tą tragedią, potraktują jak kogoś, kto przyniósł złe wieści. Skoro tak się nie stało, sądziłam, że załatwiłam to taktownie.
- Jestem tego pewien. - Zareagowała wzruszeniem ramion, a ja spytałem: - Jak Rita zareagowała na to, że przejęłaś jej pacjentów?
- A czy miała jakiś wybór? Nie pojawiła się, kiedy jej potrzebowali. Borykała się wtedy z własnymi problemami. Jej mąż... Wiesz, kto nim był, prawda?
- Otto Kohler.
- Ten słynny dyrygent. Tak zawsze o nim mówiła: "Mój mąż, ten słynny dyrygent".
- Umarł niedawno, prawda?
- Przed paroma miesiącami. Chorował przez pewien czas, miał kilka udarów. Od tej pory Rita jeszcze bardziej się opuściła i my wszyscy musimy załatwiać zaniedbane przez nią sprawy. Przeważnie jest na kolejnym kongresie, gdzie odczytuje następny ze swoich starych referatów. Wkrótce przejdzie na emeryturę. - Stephanie uśmiechnęła się z zakłopotaniem. - Pomyślałam, czy nie starać się o jej miejsce. Alex, wyobrażasz sobie mnie jako ordynatora oddziału?
- Pewnie.
- Naprawdę?
- Pewnie, Steph. Czemu nie?
- Sama nie wiem. To stanowisko wymaga… skłonności dyktatorskich.
- Do pewnego stopnia - odparłem. - Ale mam wrażenie, że można tu stosować różne style kierowania ludźmi.
- No cóż... Nie jestem pewna, czy byłabym dobrym kierownikiem. Tak naprawdę nie lubię mówić ludziom, co mają robić… Ale dość już o tym, za bardzo odbiegam od tematu. Były jeszcze dwa drobne epizody, zanim powróciłam do koncepcji zaburzeń psychosomatycznych.
- Jeszcze dwa - powtórzyłem, spoglądając w notatki. - Czyli w sumie... pięć?
- Słusznie.
- Ile miesięcy ma wtedy dziecko?
- Niespełna rok i jest już weteranem szpitalnym. Jeszcze dwie hospitalizacje i nic nie stwierdzono. W tym momencie posadziłam mamę i stanowczo zaleciłam konsultację psychologiczną. Na co zareagowała… Pozwól, że ci zacytuję. - Otworzyła kartę i przeczytała cicho: - Doktor Eves, zdaję sobie sprawę, że to, co pani powiedziała, brzmi sensownie, ale po prostu wiem, że Cassie jest chora. Gdyby ją tylko pani widziała, jak leży z objawami sinicy. - Spojrzała na mnie. - Koniec cytatu.
- Tak się wyraziła? "Z objawami sinicy?".
- Owszem. Ma wykształcenie medyczne. Uczyła się na rehabilitanta terapii oddechowej.
- I dwoje jej dzieci przestaje oddychać. Ciekawe...
- Tak. - Uśmiechnęła się z przymusem. - Wtedy nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, jak bardzo ciekawe, bo byłam całkowicie zafrapowana tą medyczną łamigłówką. Próbowałam postawić diagnozę, martwiłam się, kiedy nastąpi kolejny kryzys i czy będę w stanie mu zaradzić. Ale ku memu zaskoczeniu chwilowo nic się nie działo. - Znów spojrzała na kartę. - Mija miesiąc, dwa, trzy, ich ciągle ani widu, ani słychu. Cieszę się, że z dzieckiem wszystko w porządku, ale zaczynam się też zastanawiać, czy przypadkiem nie znaleźli sobie innego lekarza. Zadzwoniłam więc do domu i pogadałam z mamą. Wszystko świetnie. Wtedy zdałam sobie sprawę, że w całym tym zamieszaniu zapomniano o badaniach kontrolnych po ukończeniu pierwszego roku życia. Wyznaczam termin, wszystko w najlepszym porządku, choć z wyjątkiem. Dziewczynka jest nieco opóźniona, jeśli chodzi o rozwój mowy.
- Jak bardzo?
- To nie jest poważne opóźnienie, nic takiego. Po prostu bardzo rzadko się odzywała. Prawdę mówiąc, nie słyszałam od niej ani słowa, a matka stwierdziła, że w domu też jest bardzo cicha. Usiłowałam zastosować test Baileya, ale nie mogłam, bo dzieciak nie chciał współdziałać. Szacowałam opóźnienie na jakieś dwa miesiące, ale sam wiesz, że w tym wieku zbyt dokładne oceny nie mają sensu, a biorąc pod uwagę wszystkie stresy, jakich biedactwo doświadczyło, to nic wielkiego. Ale chciałam być za mądra. Matka, usłyszawszy wzmiankę o rozwoju mowy, właśnie tym się zaniepokoiła. Wysłałam je więc do poradni otorynolaryngologicznej i logopedycznej, gdzie uznano, że uszy i krtań są absolutnie normalne i potwierdzono moją opinię o możliwości nieznacznego opóźnienia jako reakcji na stresy spowodowane leczeniem. Podsunęłam matce parę sugestii, jak pobudzić rozwój mowy, i nie słyszałam o nich przez kolejne dwa miesiące.
- Mówimy o czasie, kiedy dziecko ma czternaście miesięcy - stwierdziłem, robiąc kolejną notatkę.
- I znów na ostrym dyżurze, cztery dni później. Ale nie ma kłopotów z oddychaniem. Tym razem to wysoka gorączka, 40,5°C. Dziewczynka jest rozpalona, ma przyśpieszony oddech. Szczerze mówiąc, byłam nieomal szczęśliwa widząc, że ma gorączkę, bo nareszcie był jakiś objaw somatyczny do rozpracowania. Ale liczba białych ciałek we krwi okazała się normalna, żadnej infekcji wirusowej czy bakteryjnej. Zleciłam analizy toksykologiczne. Nic. Mimo wszystko testy laboratoryjne nie są doskonałe, nawet u nas wskaźnik błędów wynosi dziesięć do dwudziestu procent. A gorączkę miała naprawdę, sama mierzyłam. Wykąpaliśmy dziecko i stosowaliśmy tylenol, aż temperatura spadła do 38,8°C. Przyjęliśmy ją z rozpoznaniem "gorączka o nieustalonej etiologii" i podaliśmy płyny. Przeszła przez prawdziwe piekło. Nakłucie lędźwiowe, by wykluczyć zapalenie opon mózgowych, choć uszy miała czyste, a kark giętki, bo z tego, co wiedzieliśmy, musiała piekielnie boleć ją głowa, o czym nie mogła nam powiedzieć. Poza tym analiza krwi dwa razy dziennie. Dostawała szału, trzeba ją było przytrzymywać. Mimo to zdołała parę razy wyjąć igłę. - Wypuściła powietrze z płuc i odsunęła grejpfruta jeszcze dalej. Jej czoło pokryło się potem. Ocierając je serwetką, zauważyła: - Pierwszy raz opowiedziałam to w ten sposób od początku.
- Nie mieliście konsylium w tej sprawie?
- Nie, obecnie rzadko już tak robimy. Mówiąc wprost, z Rity właściwie nie ma już żadnego pożytku.
- Jak matka reagowała na wszystkie te zabiegi? - zapytałem.
- Trochę łez, ale w zasadzie była opanowana. Zdolna pocieszać dziecko, utulić je, gdy było po wszystkim. Zwracałam uwagę, by nigdy nie musiała uczestniczyć w przytrzymywaniu Cassie. Nie chcieliśmy naruszyć więzów matka-dziecko. Widzisz, Alex, twoje wykłady nie poszły na marne. Oczywiście my wszyscy czuliśmy się jak naziści. - Znów przetarła czoło. - W każdym razie wyniki analiz krwi były ciągle w normie, ale powstrzymywałam się z wypisaniem Cassie ze szpitala, aż przez cztery kolejne dni nie miała gorączki.
- Tak... - mruknąłem głęboko zadumany.
Westchnąwszy, przeczesała palcami włosy i przerzuciła stronice karty choroby.
- Następny skok temperatury: dzieciak ma piętnaście miesięcy, matka utrzymuje, że było 41°C.
- Niebezpieczne.
- Ja myślę. Lekarz na ostrym dyżurze notuje 40,3°C, kąpie ją i podaje leki, zbijając gorączkę do 38,6°C. A mama informuje o nowych objawach: nudnościach, chlustających wymiotach i biegunce. I czarnych stolcach.
- Krwotok wewnętrzny?
- Na to wygląda. Wtedy wszyscy ostro wzięli się do roboty. Na pieluszce, którą dziewczynka miała na sobie, były ślady biegunki, ale nie krwi. Matka powiedziała, że zakrwawioną wyrzuciła, ale spróbuje ją odszukać. Badanie wykazało lekkie zaczerwienienie okolicy odbytu i nieznaczne podrażnienie zewnętrznej krawędzi zwieracza odbytu. Ale nie wyczuwało się wzmożonego napięcia jelit. Brzuszek był zdrowy i miękki, może tylko trochę wrażliwy na dotyk. Ale trudno to ocenić, bo mała wariuje przy każdym badaniu.
- Podrażnienie odbytu - powiedziałem. - Jakieś pęknięcia w śluzówce?
- Nie, nie, nic z tych rzeczy. Tylko niewielkie podrażnienie, normalne przy biegunce. Trzeba było wykluczyć zaparcie i wyrostek. Wezwałam chirurga, Joego Leibowitza. Wiesz, jaki jest sumienny. Przebadał ją i stwierdził, że nie ma wskazań do laparotomii, ale powinniśmy przyjąć ją na pewien czas na obserwację. Podłączyliśmy dziecku kroplówkę. Świetna zabawa, jak sobie wyobrażasz... Zrobiliśmy pełny zestaw analiz, tym razem liczba białych ciałek była nieco podwyższona. Ale jeszcze w granicach normy, nie pasowało to do 41°C gorączki. Następnego dnia miała 37,7°C. Dzień później 37,3°C i wyglądało na to, że brzuszek jej nie boli. Joe powiedział: "Zdecydowanie wykluczam wyrostek, wezwijcie gastrologa". Poprosiłam o konsultację Tony'ego Franksa. Brał pod uwagę wczesne objawy zespołu drażliwych jelit, chorobę Leśniowskiego-Crohna, zaburzenia funkcji wątroby, ale nic nie stwierdził. Następne testy toksykologiczne, drobiazgowa analiza pokarmów. Znów poprosiłam alergologię i immunologię, żeby sprawdzili, czy nie ma jakiegoś dziwacznego uczulenia.
- Czy była karmiona butelką?
- Nie, piersią, ale wtedy jadła już tylko pokarmy stałe. Po tygodniu wyglądała znakomicie. Bogu dzięki, że nie robiliśmy operacji.
- Ma piętnaście miesięcy - stwierdziłem. - Właśnie minął okres największego zagrożenia zespołem nagłego zgonu niemowląt. Więc układ oddechowy stabilizuje się i zaczynają dokazywać jelita?
Stephanie obrzuciła mnie długim, pytającym spojrzeniem, po czym usłyszałem:
- Zaryzykujesz diagnozę?
- Czy to już wszystko?
- Aha! Jeszcze dwa razy miały miejsce zaburzenia żołądkowo-jelitowe. W szesnastym miesiącu, to było cztery dni po wizycie u Tony'ego w poradni gastrologicznej, i półtora miesiąca później, po ostatnim spotkaniu z Franksem.
- Te same objawy?
- Dokładnie. Ale w obu wypadkach matka rzeczywiście przyniosła zakrwawione pieluszki, które przebadaliśmy na wszelkie możliwe zarazki chorobotwórcze, mam na myśli tyfus, cholerę, choroby tropikalne, jakie nigdy nie występowały na tym kontynencie. Różne toksyny środowiskowe, ołów, metale ciężkie, sam wiesz. Ale wszystko, co znaleźliśmy, to odrobina zdrowej krwi.
- Czy rodzice mają pracę, która mogłaby wystawić dziecko na działanie jakichś niezwykłych zanieczyszczeń?
- Nie, nic z tych rzeczy. Ona jest pełnoetatową mamą, a on profesorem college'u.
- Biologia?
- Socjologia. Ale nim przejdziemy do opisu rodziny, jest jeszcze jedno. Kryzys innego rodzaju. Sześć tygodni temu. Żegnajcie, jelita, witaj, nowy układzie. Chcesz zgadnąć, o który chodziło?
Zastanowiłem się przez chwilę.
- Nerwowy?
- Bingo. - Dotknęła mego ramienia. - Czuję, że dobrze zrobiłam, prosząc cię o pomoc.
- Napady padaczki?
- W środku nocy. Grand mal, według rodziców, łącznie z pianą na ustach. EEG nie wykazało żadnych nieprawidłowości, wszystkie odruchy dziecka w porządku, ale zrobiliśmy jej tomografię komputerową, jeszcze jedną punkcję lędźwiową i wszystkie te supernowoczesne neuroradiologiczne wideogry, na wypadek gdyby miała guza mózgu. Alex, to mnie naprawdę przestraszyło. Po przemyśleniu zdałam sobie sprawę, że guz mózgu mógł być przyczyną wszystkiego, co się dotąd działo, i to od samego początku. Wzrastając, atakowałby kolejno różne ośrodki, powodując rozmaite objawy. - Pokręciła głową. - Czy to nie byłaby rozkoszna sytuacja? Ja paplam o zaburzeniach psychosomatycznych, a u niej rozwija się astrocytoma albo coś podobnego? Bogu dzięki, żadne zdjęcia nic nie wykazały.
- Czy kiedy zobaczyłaś ją na ostrym dyżurze, wyglądała, jakby niedawno miała napad padaczkowy?
- Była rzeczywiście senna i apatyczna, ale przyczyną mogło być to, że wyciągnięto dzieciaka z łóżka w środku nocy i przepuszczono przez szpitalną wyżymaczkę. A jednak przestraszyłam się, że przeoczyłam jakieś schorzenie somatyczne. Poprosiłam neurologię o dalszą obserwację. Robili to przez miesiąc, ale nic nie znaleźli i skończyli. Dwa tygodnie później, to znaczy dwa dni temu kolejny atak konwulsji. I naprawdę potrzebna mi jest twoja pomoc, Alex. Są teraz na górze, na piątce zachodniej. Oto i cały kram, wiesz już wszystko. Gotów jesteś teraz nieco mnie oświecić?
Przejrzałem uważnie notatki.
Powracające niewyjaśnione dolegliwości. Wielokrotne hospitalizacje.
Zaatakowane kolejno różne układy.
Brak zgodności objawów i wyników analiz laboratoryjnych.
Dziewczynka reagująca paniką na próby dotknięcia czy wykonania zabiegów.
Matka z pewnym przygotowaniem medycznym.
Sympatyczna.
Sympatyczna matka, która może być po prostu potworem. Scenarzystą, choreografem i reżyserem makabrycznego przedstawienia, w którym własnemu, nieświadomemu tego dziecku, przydzieliła rolę gwiazdy.
Niezwykła diagnoza, ale fakty pasują. Jeszcze dwadzieścia lat temu nikt o tym nie słyszał.
- Zespół Münchhausena per procura - orzekłem, odkładając notatki. - Wygląda na podręcznikowy przypadek.
Stephanie zmrużyła oczy.
- Tak, istotnie. Kiedy słyszysz to wszystko połączone w jedną całość, to tak, oczywiście. Ale będąc w centrum wydarzeń… Alex, nawet teraz nie mam pewności.
- Ciągle podejrzewasz przyczyny somatyczne?
- Muszę, póki nie udowodnię, że jest inaczej. Był już taki przypadek w zeszłym roku, w County. Dwadzieścia pięć kolejnych przyjęć do szpitala z nawrotami dziwnych infekcji w ciągu sześciu miesięcy. Też dziewczynka, też troskliwa matka. Tyle że wyglądająca zbyt spokojnie, by nie zaniepokoiło to personelu. Z tamtym dzieckiem było naprawdę coraz gorzej, już mieli zawiadomić władze, gdy okazało się, że jest to rzadka postać braku odporności. Trzy udokumentowane przypadki w literaturze, specjalne testy, które trzeba robić w Narodowym Instytucie Zdrowia. Gdy tylko o tym usłyszałam, kazałam przebadać na to Cassie. Wynik negatywny. Co nie wyklucza istnienia jakiegoś innego czynnika, którego nie byłam zdolna wychwycić. Ciągle pojawiają się nowe materiały. U ciebie pewnie tak samo. Ledwie nadążam z czytaniem czasopism.
Zamieszała kawę łyżeczką, milczała przez chwilę.
- A może po prostu odsuwam to od siebie, by nie mieć wyrzutów sumienia, że nie dostrzegłam wcześniej Münchhausena… Właśnie dlatego poprosiłam cię o pomoc. Alex, jestem w labiryncie, a ja muszę obrać jakiś kierunek. Powiedz mi, co z tym dalej robić.
Zastanowiłem się przez chwilę.
Zespół Münchhausena.
Znany też jako pseudologia fantastica.
Także jako zespół nieistniejącej choroby.
Wyjątkowo groteskowa forma patologicznej potrzeby kłamstwa, nazwana tak od nazwiska barona von Münchhausena, blagiera światowej klasy.
Zespół Münchhausena to hipochondria doprowadzona do absurdu. Pacjenci symulują choroby, kalecząc się i zatruwając, czasem po prostu kłamiąc. Prowadzą grę z lekarzami i pielęgniarkami, w ogóle z całą służbą zdrowia.
Dorosłym pacjentom z zespołem Münchhausena udaje się doprowadzić do tego, że są nieustannie przyjmowani do szpitala, bez potrzeby faszerowani lekami, a nawet poddawani laparotomii na stole operacyjnym.
Żałosny, wprawiający w zakłopotanie i wzbudzający litość masochizm, zboczenie, które wciąż wymyka się ludzkiemu pojmowaniu.
Ale odmiana, którą rozważaliśmy, nie zasługiwała na litość. Był to wariant złośliwy:
Münchhausen per procura.
Są rodzice - niezmiennie matki - wywołujący choroby u swojego potomstwa. Posługują się własnymi dziećmi, przeważnie córkami, wykorzystują je jako niby-tygle do przyrządzania obrzydliwej mikstury kłamstw, cierpienia i chorób.
- Tak wiele z tego pasuje, Steph - powiedziałem. - I to od samego początku. Bezdech i omdlenia mogły być spowodowane duszeniem. Artefakty ruchowe na monitorze mogły świadczyć o tym, że dziewczynka wyrywała się.
- O Boże, tak. - Wzdrygnęła się. - Właśnie trochę o tym czytałam. Był taki przypadek w Anglii. Dzięki artefaktom ruchowym zorientowali się, że dziecko było duszone.
- Co więcej, ponieważ matka jest rehabilitantką terapii oddechowych, układ oddechowy mógł być pierwszym, który wybrała, by w nim namieszać. A co z kłopotami jelitowymi? Jakieś zatrucie?
- Najprawdopodobniej, ale musiało to być coś, czego nie wykazały badania toksykologiczne.
- Może zastosowała środek o krótkim działaniu?
- Albo obojętny środek drażniący, który pobudził mechanicznie jelita, ale nie pozostawił śladów chemicznych.
- A napady padaczkowe?
- To samo, jak sądzę. Nie wiem, Alex. Naprawdę nie wiem. - Znów ścisnęła mnie za ramię. - Nie mam żadnych dowodów, a jeżeli się mylę, to co? Potrzebuję cię, byś spojrzał na to obiektywnie. Zaufaj trochę matce Cassie. Może źle ją osądzam. Postaraj się ją zrozumieć.
- Nie mogę obiecać cudów, Steph.
- Wiem. Ale wszystko, co będziesz mógł zrobić, okaże się pomocne. Ta sprawa może się zakończyć naprawdę paskudnie.
- Powiedziałaś matce, że będę konsultantem? - Gdy skinęła głową, spytałem: - Czy jest teraz bardziej skłonna zasięgnąć porady psychologa?
- Tego nie powiedziałabym, ale zgodziła się. Myślę, że przekonałam ją, odwołując sugestię, iż to stres wywołał dolegliwości Cassie. Jak dla niej, przyjęłam postawę bona fide, w dobrej wierze uznaję, że ataki konwulsji są somatyczne. Położyłam nacisk na potrzebę wspomożenia Cassie w przezwyciężaniu szoku związanego z hospitalizacją. Wyjaśniłam, że przy epilepsji możemy spodziewać się wielokrotnych powrotów do szpitala, więc musimy pomóc Cassie dawać sobie z tym radę. Powiedziałam, że jesteś specjalistą od urazów medycznych i w razie potrzeby możesz zastosować hipnozę, by rozluźnić Cassie w trakcie zabiegów.
- Tak, rozumiem. - Skinąłem głową.
- Przy okazji - ciągnęła - będziesz mógł poobserwować matkę. Sprawdzić, czy to psychopatka.
- Jeśli to jest Münchhausen per procura, możemy nie mieć do czynienia z psychopatką.
- Więc z kim? Cóż za pomyleniec robi takie piekło własnemu dziecku?
- Tego nikt naprawdę nie wie, Steph. Dość dawno nie zaglądałem do literatury, ale najtrafniejszym wyjaśnieniem wydawała się hipoteza, że to rodzaj złożonych zaburzeń osobowości. Cały problem w tym, że udokumentowanych przypadków jest bardzo mało i brak dostatecznej ilości danych.
- Ciągle nic się nie zmieniło, Alex. Przejrzałam materiały na wydziale medycznym i znalazłam naprawdę niewiele.
- Chciałbym zobaczyć te artykuły.
- Przeczytałam je na miejscu, nie pożyczałam, ale sądzę, że mam gdzieś jeszcze dane bibliograficzne. I chyba pamiętam coś o tej poplątanej osobowości... cokolwiek to znaczy.
- Znaczy to, że nic nie wiemy, więc klecimy kulawe teorie. Problem po części polega na tym, że psychologowie i psychiatrzy opierają się na informacjach otrzymanych od pacjenta. A przeprowadzać wywiad z chorym na Münchhausena, to tyle, co wierzyć nałogowemu kłamcy. Ale historie, które opowiadają, gdy się już ich zdemaskuje, wydają się dość przekonujące. Poważne schorzenia czy urazy we wczesnej młodości, rodziny, w których przesadną uwagę zwracano na kwestie zdrowia i choroby, maltretowanie dzieci, czasem kazirodztwo... A wszystko to prowadzi do niskiej samooceny, trudności w nawiązywaniu kontaktów z innymi ludźmi i nienormalnej potrzeby zwracania na siebie uwagi. Choroba staje się polem, na którym zaspokajają tę potrzebę. Właśnie dlatego tak wielu z nich obiera zawody związane ze służbą zdrowia. Ale większość ludzi z podobnymi życiorysami nie wykazuje objawów zespołu Münchhausena. Co więcej, ci, którzy znęcają się nad sobą, i ci, którzy dręczą swoje potomstwo, miewali podobne przeżycia w dzieciństwie. Wysunięto nawet sugestię, że rodzice z Münchhausenem per procura zaczynają najpierw dręczyć siebie, i dopiero później przestawiają się na męczenie własnych dzieci. Ale kiedy i dlaczego tak się dzieje, tego nikt nie wie.
- Niesamowite - powiedziała, kręcąc głową. - To jest niczym taniec. Mam wrażenie, że wiruję, tańcząc z nią walca, ale to ona prowadzi.
- Diabelski walc - mruknąłem.
Wzdrygnęła się.
- Alex, wiem, że to nie są nauki ścisłe, ale gdyby udało ci się rozgryźć tę sprawę, powiedz mi, jeśli uznasz, że ona to robi…
- Jasne. Ale ciekaw jestem, czemu nie poprosiłaś o pomoc kogoś z psychiatrii.
- Nigdy nie lubiłam ludzi z psychiatrii. Za bardzo hołdują freudyzmowi. Hardesty chciał kłaść każdego na leżance. Tak czy inaczej, to bezprzedmiotowa dyskusja. Nie ma już psychiatrii.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Wywalili ich wszystkich.
- Cały oddział? Kiedy?
- Przed paroma miesiącami. Nie czytujesz biuletynu szpitalnego?
- Nie za często.
- To widać. No cóż, zlikwidowano psychiatrię. Zerwano kontrakt hrabstwa z Hardestym, a że nigdy nie zabiegał o dotacje, więc nie miał poparcia finansowego. Rada postanowiła, że nie będą pokrywać kosztów.
- A co z etatem Hardesty'ego? A inni? Czy Greiler i Pantissa nie byli także na etatach?
- Prawdopodobnie. Ale etat, jak się okazuje, daje uczelnia, a nie szpital. Więc dalej mają swoje tytuły. Pensje to już całkiem inna historia. Spora niespodzianka dla tych z nas, którzy sądzili, że mamy bezpieczne posady. Co prawda nikt nie walczył o Hardesty'ego. Wszyscy uważali, że on i jego ludzie to zbędny balast.
- Nie ma już psychiatrii - powiedziałem. - Nie ma darmowej kawy. Czego jeszcze?
- Och, wielu rzeczy. Czy to, że zlikwidowano psychiatrię, ma dla ciebie jakieś znaczenie? Chodzi mi o twoje uprawnienia zawodowe.
- Nie, mam umowę z pediatrią. A praktycznie z onkologią, choć już od lat nie widziałem pacjenta z rakiem.
- To dobrze, że masz jakieś papiery. Nie będzie żadnych scysji proceduralnych. Jeszcze jakieś pytania, zanim pójdziemy na górę?
- Tylko kilka spostrzeżeń. Jeżeli to jest Münchhausen per procura, należy się pośpieszyć, bo zwykle dochodzi do eskalacji działań. Czasem dzieci umierają, Steph.
- Wiem - powiedziała z głębokim smutkiem, przyciskając palcami skronie. - Wiem, że może będę musiała porozmawiać o tym wprost z matką. Dlatego muszę mieć pewność.
- Druga sprawa, to ich pierwsze dziecko, ten chłopak. Przyjmuję, że bierzesz pod uwagę możliwość morderstwa.
- O Boże, tak. To mnie strasznie gryzie. Kiedy zaczęłam precyzować podejrzenia co do matki, wyciągnęłam jego kartę choroby i przejrzałam bardzo uważnie. Ale nie znalazłam nic niezwykłego. Bieżące oceny Rity były dobre. Zanim umarł, cieszył się doskonałym zdrowiem, a wyniki autopsji nie rozstrzygały, jak się to często zdarza. Teraz mam tu żywą, oddychającą dziewczynkę, ale nie potrafię nic zrobić, żeby jej pomóc.
- Wydaje się, że robisz wszystko, co możesz.
- Staram się, ale to jest tak cholernie frustrujące.
- A co z ojcem? Nie mówiliśmy o nim.
- Tak naprawdę niewiele mogę o nim powiedzieć. Dzieckiem opiekuje się głównie matka i to z nią miałam przeważnie do czynienia. Kiedy już zaczęłam podejrzewać Münchhausena per procura, uznałam, że to na niej powinnam się skoncentrować, bo zawsze chodzi o matki, prawda?
- Owszem, Steph, ale w pewnych wypadkach ojciec staje się biernym wspólnikiem. Czy coś wskazuje na to, że ma jakieś podejrzenia?
- Nawet jeżeli tak, nic mi o tym nie powiedział. Nie wydaje się, żeby był za bardzo bierny czy podporządkowany. I jest dość sympatyczny. Ona też, skoro o tym mowa. Oboje są sympatyczni, Alex. Między innymi dlatego to wszystko jest takie trudne.
- Klasyczny scenariusz Münchhausena - skomentowałem. - Pielęgniarki zapewne ich uwielbiają.
- Tak, to prawda. - Skinęła głową.
- A dlaczego jeszcze?
- Co jeszcze?
- Steph, jaka jest inna przyczyna, która sprawia, że to takie trudne?
Zamknęła oczy i długo nie odpowiadała, masując powieki.
- Inna przyczyna - podjęła - i może zabrzmi to strasznie cynicznie, wiąże się z tym, kim oni są. Jakie miejsce zajmują w naszym społeczeństwie, jakie mają wpływy polityczne. Nasza mała pacjentka w pełnym brzmieniu nazywa się Cassie Brooks Jones. Zapaliło ci się jakieś światełko?
- Nie. Jones nie jest nazwiskiem specjalnie oryginalnym.
- Jones, jak Charles L. Junior. Nic ci się nie kojarzy? Może gruba ryba finansjery? Może osoba kontrolująca finanse szpitala?
- Nie znam go.
- No właśnie. Nie czytujesz biuletynów. No więc od ośmiu miesięcy jest też prezesem rady nadzorczej. Było wielkie wietrzenie.
- Budżet?
- A cóż by innego. W każdym razie taka oto jest genealogia: jedyny syn Charlesa Juniora to Charles Trzeci. Niczym w królewskiej dynastii, prawda? Znany jako Chip - to ojciec Cassie. Mama to Cindy. Zmarły syn nazywał się Chad, czyli Charles Czwarty.
- Sami C - powiedziałem. - Wygląda na to, że lubią porządek.
- Może. Najważniejsze, że Cassie to jedyna wnuczka Charlesa Juniora. Alex, czyż to nie cudowne? Mamy tu potencjalnego Münchhausena per procura, który w każdej chwili może wyjść na jaw z wielkim hukiem, a pacjentka jest jedyną wnuczką gościa, który odebrał nam darmową kawę.
Wstaliśmy od stołu.
- Pójdziemy schodami, dobrze? - poprosiła Stephanie.
- Poranny aerobik? Jasne.
- Dobijasz do trzydziestu pięciu lat - powiedziała, przygładzając sukienkę i zapinając biały fartuch - i stary dobry metabolizm diabli biorą. Trzeba się nieźle napracować, żeby nie przytyć. A przy tym windy ciągle jeżdżą jak po środkach uspokajających.
Szliśmy w stronę głównego wyjścia z kawiarenki. Stoliki były teraz zupełnie puste. Pracownik obsługi w brązowym uniformie przecierał na mokro podłogę, więc musieliśmy stąpać bardzo ostrożnie, by zachować równowagę.
- W windzie, którą jechałem do twego gabinetu, założono zamek - powiedziałem. - Po co te wszystkie środki ostrożności?
- Wedle wersji oficjalnej chodzi o zapobieganie przestępstwom. Ujmując to precyzyjniej, powiedziałabym raczej, że chodzi o odgrodzenie się od panującego na ulicy zamętu. I do pewnego stopnia jest to uzasadnione. Ostatnio było trochę więcej problemów, głównie w czasie nocnych dyżurów. Ale czy pamiętasz czasy, kiedy East Hollywood było bezpieczne po zmroku?
Doszliśmy do wyjścia. Pracownik obsługi zamykał właśnie drzwi, a kiedy nas dostrzegł, otworzył je, patrząc na nas znużonym wzrokiem.
- Skrócone godziny pracy. Jeszcze jedno cięcie w budżecie - skomentowała Stephanie.
Na korytarzu panowało istne szaleństwo. Lekarze pędzili w hałaśliwych grupkach, słychać było urywki ożywionych rozmów. Rodziny włóczyły się tu i tam, wożąc nie większych od lalek szpitalnych weteranów na przepisane przez naukę męki.
Milczący tłum zgromadził się przy drzwiach niczym zbita masa, czekając na którąś z trzech wind, które zatrzymały się jednocześnie na trzecim piętrze. Czekając, zawsze czekając…
Stephanie lawirowała zręcznie, pozdrawiając znajomych skinieniem głowy, ale nie zatrzymując się. Podążałem tuż za nią, unikając kolizji ze statywami kroplówek.
Kiedy weszliśmy na schody do podziemi, zapytałem:
- Jakie mieliście tu przestępstwa?
- Te co zwykle, tylko więcej - odparła, wchodząc po stopniach. - Włamania do samochodów, wandalizm, wyrywanie torebek. Czasem rabunek na Sunset. A przed kilkoma miesiącami było kilka napaści na pielęgniarki na parkingu po drugiej stronie ulicy.
- Napaści seksualnych? - zapytałem, przeskakując po dwa schodki, by dotrzymać jej kroku.
- Nigdy tego nie wyjaśniono. Żadna z nich nie wróciła, by o tym porozmawiać. Pracowały dorywczo na nocnych dyżurach, nie należały do stałego personelu. Słyszałam tylko, że pobito je dość dotkliwie i zabrano torebki. Policja przysłała oficera do spraw kontaktów ze społecznością lokalną, który wygłosił typowy wykład o osobistym bezpieczeństwie i przyznał, że w gruncie rzeczy niewiele można zrobić, żeby zlikwidować zagrożenie, o ile nie zmieni się szpitala w obóz warowny. Kobiety z personelu podniosły wielki krzyk i administracja przyrzekła częstsze patrole ochrony.
- Dotrzymali słowa?
- W sumie tak. Częściej widać mundury na parkingach, od tamtej pory napaści nie powtórzyły się. Ale wzmożona ochrona pociągnęła za sobą całą masę skutków ubocznych, o które nikt nie prosił. Strażnicy na terenie szpitala, nowe plakietki, częste scysje, jak ta, którą miałeś przy wejściu. Osobiście uważam, że poszliśmy tylko na rękę administracji, daliśmy urzędasom pretekst do sprawowania ściślejszej kontroli. A skoro już przechwycili władzę, to nigdy się jej nie wyrzekną.
- Zemsta trójkowych studentów?
Zatrzymała się i spojrzała na mnie przez ramię, uśmiechając się trochę niepewnie.
- Pamiętasz to?
- Bardzo dokładnie.
- Byłam wtedy dość pyskata, co?
- Młodzieńczy zapał, Steph. Należało im się choćby za to, że odnosili się do ciebie lekceważąco, publicznie nazywając cię doktor Mądralińską.
- Tak, to jednak była zgraja bezczelnych typów, prawda? - Ruszyła dalej, ale już wolniej. - Godziny pracy jak w biurze, zakrapiane lunche, przesiadywanie na pogawędkach w kafejce i wysyłanie nam okólników wzywających do zwiększenia efektywności pracy i ograniczenia wydatków. - Parę kroków dalej znów się zatrzymała. - Trójkowi studenci... Aż trudno mi uwierzyć, że naprawdę to powiedziałam. - Policzki jej płonęły. - Byłam jednak okropna, prawda?
- Natchniona, Steph.
- Raczej napalona. To były szalone czasy, Alex. Zupełnie szalone.
- Pewnie, że tak, ale nie lekceważ tego, co osiągnęliśmy. Równe płace dla żeńskiego personelu, noclegi dla rodziców, pokoje zabaw dla dzieci.
- Nie zapominajmy też o darmowej kawie dla pracowników szpitala. - Parę kroków dalej odezwała się znowu: - Mimo to wydaje mi się, że czasami nasz buntowniczy upór był niewłaściwie ukierunkowany. Skupialiśmy się na osobach, a problem tkwił w systemie. Jedna klika trójkowych studentów odchodzi, przychodzi inna, a dawne kwestie pozostają nierozwiązane. Czasem się zastanawiam, czy nie za długo pracuję w tym miejscu. Tylko spójrz na siebie. Nie było cię tu przez tyle lat, a wyglądasz lepiej niż kiedykolwiek.
- Ty także - odparłem, przypomniawszy sobie, że niedawno mówiła o swoich planach związanych ze stanowiskiem ordynatora oddziału.
- Ja? - Uśmiechnęła się. - No cóż, to uprzejmie z twojej strony, ale w moim przypadku przyczyną nie jest spełnienie marzeń. To tylko uporządkowany tryb życia.
Na piątym piętrze przebywały dzieci w wieku od roku do jedenastu lat, nad którymi opieka nie wymagała skomplikowanej aparatury medycznej. Setka łóżek Piątego Oddziału Wschodniego zajmowała dwie trzecie powierzchni.
Na pozostałej części, po stronie zachodniej, urządzono prywatną jednostkę na dwadzieścia łóżek. Między tą częścią a oddziałem znajdowały się drzwi z drzewa tekowego z mosiężną tabliczką JEDNOSTKA WYDZIELONA HANNAH CHAPELL.
Chappy Ward. Niedostępny dla praktykantów i tłumu zwykłych śmiertelników, utrzymywany z darowizn, prywatnych ubezpieczeń i opłat pacjentów. Nie uświadczy się tam formularza Medi-Cal.
Prywatny charakter tego miejsca można było poznać dzięki muzyczce płynącej z ukrytych pod sufitem głośników, dywanom na podłogach w miejsce linoleum, pokojom jednoosobowym zamiast ogólnych sal, telewizorom, choć przestarzałym, czarno-białym, lecz włączonym niemal przez cały czas.
Tego ranka prawie wszystkie z dwudziestu pokoi były puste. Trzy wyraźnie znudzone dyplomowane pielęgniarki stały za pulpitem w dyżurce. Ze dwa metry dalej rejestratorka piłowała paznokcie.
- Dzień dobry, doktor Eves - powiedziała jedna z pielęgniarek, zwracając się do Stephanie, ale patrząc na mnie, i to niezbyt przyjaźnie.
Ciekawe dlaczego, pomyślałem, ale uśmiechnąłem się do niej. Odwróciła się. Pewnie przekroczyła już pięćdziesiątkę, była niska i przysadzista, miała brzydką cerę, wydłużony podbródek, i polakierowane blond włosy. Nosiła szaroniebieski uniform z białymi lamówkami, a na sztywnej fryzurze wykrochmalony czepek, jakiego już tak dawno nie widziałem.
Dwie pozostałe pielęgniarki, dwudziestoparoletnie Filipinki, spojrzały na siebie i wycofały się jak na dany sygnał.
- Dzień dobry, Vicki - odpowiedziała Stephanie. - Jak się miewa nasza dziewczynka?
- Jak dotąd dobrze. - Wyjęła kartę choroby z przegródki oznaczonej numerem 505 W i wręczyła ją Stephanie. Paznokcie miała krótkie i poogryzane. Znów utkwiła we mnie spojrzenie. Mój urok osobisty ciągle nie robił na niej wrażenia.
- To jest doktor Alex Delaware - przedstawiła mnie Stephanie, przeglądając kartę. - Nasz psycholog konsultant. Doktorze Delaware, Vicki Bottomley, pielęgniarka opiekująca się Cassie.
- Cindy wspominała, że będzie nas pan odwiedzał - powiedziała Vicki tonem, jakim przekazuje się złe nowiny.
Stephanie ciągle czytała.
- Miło cię poznać - powiedziałem.
- Miło pana poznać.
Wyzywający ton jej posępnego głosu sprawił, że Stephanie podniosła wzrok.
- Wszystko w porządku, Vicki? - spytała.
- Ekstra. - Vicki błysnęła uśmiechem tak samo wesołym jak klepnięcie po twarzy. - Wszystko świetnie. Wtrząchnęła prawie całe śniadanie, płyny i leki doustne…
- Jakie leki?
- Tylko tylenol. Godzinę temu. Cindy mówiła, że boli ją głowa…
- Tylenol I?
- Tak jest, pani doktor, ten dla dzieci, w płynie, jedną łyżeczkę. Wszystko tam jest. - Wskazała kartę.
- Tak, widzę - powiedziała Stephanie, czytając. - No cóż, Vicki, niech będzie, ale następnym razem żadnych leków, nawet tych bez recepty, o ile nie wyrażę zgody. Wszystko, co dostaje to dziecko, oprócz jedzenia i napojów, musi być przeze mnie zaakceptowane. Jasne?
- Jasne - odparła pielęgniarka, znów się uśmiechając. - W porządku. Myślałam tylko…
- Nic się nie stało, Vicki - potwierdziła Stephanie, poklepując ją po ramieniu. - Na pewno zgodziłabym się na tylenol. Po prostu biorąc pod uwagę historię choroby, musimy być wyjątkowo ostrożni, żeby wyeliminować negatywne reakcje na leki.
- Tak, pani doktor. Coś jeszcze?
Stephanie znów zajrzała do karty, potem zamknęła ją i oddała z powrotem.
- Nie, chyba że ty masz coś do dodania. - Gdy Bottomley przecząco potrząsnęła głową, powiedziała: - Więc dobrze. Zaraz tam pójdę przedstawić doktora Delaware. Chcesz jeszcze powiedzieć coś na temat Cassie?
Bottomley wyjęła z włosów spinkę i wsunęła ją z powrotem, przytwierdzając do czepka blond pasemka. Jej szeroko rozstawione oczy o długich rzęsach jaśniały łagodnym, pięknym błękitem, kontrastując z brzydką cerą i napięciem malującym się na twarzy.
- Na przykład co? - zapytała.
- Cokolwiek, Vicki, co doktor Delaware powinien wiedzieć, by pomóc Cassie i jej rodzicom.
Pielęgniarka patrzyła przez chwilę na Stephanie, potem odwróciła się, wlepiając we mnie wzrok.
- Wszystko z nimi w porządku. To całkiem normalni ludzie.
- Słyszałem, że Cassie reaguje bardzo niespokojnie na zabiegi medyczne - powiedziałem.
Bottomley wzięła się pod boki.
- A pan by nie reagował, gdyby kłuto pana tyle co ją?
- Vicki… - upomniała ją Stephanie.
- Pewnie - odparłem z uśmiechem. - To naturalne zachowanie, ale czasem całkiem normalny niepokój można złagodzić dzięki terapii behawioralnej.
Bottomley odpowiedziała skąpym uśmiechem, po czym dodała:
- Być może. Powodzenia.
Stephanie chciała się odezwać, jakoś zareagować, lecz dotknąłem jej ramienia i zaproponowałem:
- Może byśmy poszli?
- Jasne. - Zwróciła się do Bottomley: - Pamiętaj, nic doustnie, poza jedzeniem i piciem.
Uśmiech znów wypłynął na twarz pielęgniarki.
- Tak, pani doktor. A teraz, jeżeli to już wszystko, chciałabym wyjść na parę minut.
- Przerwa? - Stephanie spojrzała na zegarek.
- Nie. Chciałam tylko zejść do sklepu z upominkami i kupić Cassie maskotkę. Zna pani te pluszowe króliczki z telewizyjnych filmów rysunkowych? Mała szaleje za nimi. Sądzę, że w towarzystwie lekarzy nic jej się nie stanie przez parę minut.
Stephanie spojrzała na mnie. Bottomley podążyła za jej wzrokiem z widocznym zadowoleniem. Raz jeszcze uśmiechnęła się zdawkowo i odeszła. Szła szybkim krokiem, kiwając się na boki jak kaczka. Nakrochmalony czepek płynął korytarzem niczym latawiec niesiony wiatrem.
Stephanie ujęła mnie za ramię i wyprowadziła z dyżurki.
- Przepraszam, Alex. Nigdy dotąd taka nie była.
- Czy przedtem też opiekowała się Cassie?
- Kilka razy, niemal od początku. Stosunki między nią a Cindy układają się dobrze, a Cassie też zdaje się ją lubić. Kiedy mała tu wraca, proszą o nią.
- Wygląda na to, że stała się dosyć zaborcza.
- Łatwo się angażuje, ale zawsze uważałam to za zaletę. Rodziny ją uwielbiają. To jedna z najbardziej oddanych pielęgniarek, z jakimi pracowałam. Przy dzisiejszym morale trudno o taką postawę.
- Czy jej zaangażowanie obejmuje także wizyty domowe?
- O ile mi wiadomo, nie. Tylko ja byłam u nich w domu z jednym z lekarzy szpitalnych, na samym początku, żeby zainstalować monitor snu. - Podniosła dłoń do ust. - Nie sugerujesz chyba, że ona ma coś wspólnego z…
- Nic nie sugeruję - odparłem, zastanawiając się, czy rzeczywiście tego nie robię, bo pielęgniarka zalazła mi za skórę. - To tylko luźne uwagi.
- Hm… cóż, to jest jakiś pomysł. Münchhausenowska pielęgniarka? Wykształcenie medyczne by tu pasowało - powiedziała z namysłem.
- Znane są takie przypadki. Dotyczą pielęgniarek i lekarzy chcących zwrócić na siebie uwagę. Zwykle byli to ludzie naprawdę zaborczy. Ale skoro dolegliwości Cassie zawsze zaczynały się w domu i ustępowały w szpitalu, należałoby wykluczyć Vicki, chyba że rezyduje na stałe u Jonesów.
- Nie rezyduje. Przynajmniej o ile się orientuję. Nie, oczywiście, że nie wiedziałabym, gdyby tak było.
Nie wydawała się pewna. Raczej przybita. Uświadomiłem sobie, jaką udręką była dla niej ta sprawa.
- Chciałbym wiedzieć, dlaczego odniosła się do mnie tak nieprzyjaźnie powiedziałem. - Interesuje mnie to nie z pobudek osobistych, ale ze względu na związki emocjonalne w tej rodzinie. Jeżeli Vicki i matka mają dobry kontakt, a Vicki mnie nie lubi, może to zepsuć atmosferę.
- Trafna uwaga… Nie wiem, co ją ugryzło.
- Zakładam, że nie mówiłaś z nią o swoich podejrzeniach dotyczących Cindy?
- Nie. Jesteś pierwszą osobą, z którą o tym rozmawiałam. Dlatego uzasadniłam zakaz podawania leków koniecznością wyeliminowania reakcji na środki farmakologiczne. Z tych samych powodów poproszono Cindy, żeby nie przynosiła jedzenia z domu. Vicki i pielęgniarki z innych dyżurów zobowiązane są notować dokładnie, co Cassie je. - Zmarszczyła brwi. - Oczywiście jeżeli Vicki zdecyduje się przekroczyć swoje kompetencje, to może się do tego nie stosować. Chcesz, żebym kazała ją przenieść? Przełożona pielęgniarek da mi popalić, ale sądzę, że byłabym w stanie załatwić to dość szybko.
- Nie z mojego powodu. Na razie nic nie zmieniajmy.
Wróciliśmy do dyżurki. Stephanie wyjęła kartę i przejrzała ją powtórnie.
- Wygląda na to, że wszystko w porządku - powiedziała wreszcie. - Ale i tak z nią pogadam.
- Pozwól mi spojrzeć - poprosiłem.
Podała mi kartę. Zobaczyłem jej dobrze mi znany, wyraźny charakter pisma, którym sporządziła notatki. Obejmowały także wywiad dotyczący rodziny, który przyciągnął na dłużej moją uwagę.
- Nie ma dziadków ze strony matki?
- Nie, nie ma. - Potrząsnęła głową. - Cindy straciła rodziców w młodym wieku. Także matka Chipa zmarła, kiedy miał kilkanaście lat. Z pokolenia dziadków żyje tylko stary Chuck.
- Często tu przychodzi w odwiedziny?
- Od czasu do czasu. Jest bardzo zajęty.
Czytałem dalej.
- Cindy ma tylko dwadzieścia sześć lat… Może Vicki jest dla niej uosobieniem matki.
- Może - odparła. - Tak czy inaczej, będę ją trzymać krótko.
- Nie naciskaj na nią zbyt ostro, Steph. W każdym razie nie od razu. Nie chcę, żeby Vicki... albo Cindy... widziały we mnie człowieka, który utrudnia komuś życie. Daj mi szansę poznać Vicki. Może okaże się sprzymierzeńcem.
- W porządku, Alex. Stosunki międzyludzkie to twoja działka. Ale daj mi znać, jeżeli będą z nią kłopoty. Nie chcę, żeby cokolwiek przeszkadzało w rozpracowaniu tego przypadku.
Pokój pełen był pluszowych króliczków. Stały na parapecie, nocnym stoliku, składanym stoliczku przy łóżku, na telewizorze. Błyskający sterczącymi zębami komitet powitalny w kolorach tęczy.
Poręcze łóżka były opuszczone. Spało w nim śliczne dziecko, którego drobne ciałko jak mały tłumoczek ledwie wybrzuszało kołdrę.
Pulchna buzia w kształcie serduszka przechylona była na bok. Różowe, rozchylone usta przywodziły na myśl pączek róży. Dziewczynka miała cerę koloru maślanki, pyzate policzki, mały krągły nosek, włosy czarne, proste, przylizane, sięgające ramion. Wilgotne i posklejane kosmyki grzywki przykleiły się do czoła. Nad brzegiem koca widać było okrągły koronkowy kołnierzyk. Jedna ręka była przykryta, druga zaciśnięta na tkaninie okrycia. Kciuk miał wielkość ziarna fasoli.
Kanapka przy oknie była rozłożona, pościel starannie zasłana po wojskowemu, poduszka gładka jak skorupka jajka. Winylowa kosmetyczka w kwiaty leżała na podłodze obok pustej tacy.
Młoda kobieta siedziała z nogą założoną na nogę na brzegu materaca, czytając "TV Guide". Ledwie nas spostrzegła, odłożyła magazyn i wstała.
Miała niewiele ponad metr pięćdziesiąt wzrostu, mocną budowę ciała i trochę przydługi tułów. Te same lśniące i ciemne co u córki włosy rozdzielone były pośrodku, związane luźno z tyłu i zaplecione w gruby warkocz sięgający niemal do pasa. Rysy pociągłej, niemal doskonale owalnej twarzy przypominały Cassie. Matka miała delikatny nos, proste, szerokie, nieumalowane usta o ciemnych wargach. Duże brązowe oczy były zaczerwienione.
Żadnego makijażu, świeża cera. Dziewczęcy wygląd. Miała dwadzieścia sześć lat, ale z łatwością mogłaby uchodzić za studentkę.
Od strony łóżka dobiegł cichy, przypominający sapnięcie dźwięk. Westchnienie Cassie. Wszyscy spojrzeliśmy na nią. Nie otworzyła oczu, ale zadrżały jej powieki. Lawendowoniebieskie żyłki prześwitywały przez skórę. Przewróciła się na drugi bok, odwracając się od nas.
Przypominała porcelanową laleczkę.
Zewsząd łypały na nas króliczki.
Cindy Jones spojrzała na córkę i odgarnęła jej włosy z oczu.
Zwróciwszy się ku nam, pośpiesznie przebiegła dłońmi po ubraniu, jakby szukając niezapiętych guzików. Miała na sobie niewyszukaną kraciastą koszulę z bawełny, wyblakłe dżinsy, sandały na niskim obcasie i różowy plastikowy zegarek marki Swatch. Nie wyglądała, jak się spodziewałem, na kogoś z towarzystwa, synową wysoko postawionej osoby.
- No proszę - szepnęła Stephanie. - Zdaje się, że ktoś przesypia życie. A ty, Cindy, zdrzemnęłaś się nieco?
- Trochę. - Miała cichy, przyjemny głos. Nie musiała mówić szeptem.
- Naszym materacom wiele brakuje, prawda?
- Czuję się świetnie, doktor Eves. - Uśmiechnęła się, lecz widać było, że jest zmęczona. - Rzeczywiście, Cassie dobrze spała. Raz się zbudziła, około piątej, musiałam ją utulić. Wzięłam ją na ręce, pośpiewałam trochę, aż usnęła koło siódmej. Pewnie dlatego ciągle nie chce wstać.
- Vicki mówiła, że bolała ją głowa.
- Tak, po przebudzeniu. Vicki dała jej trochę tylenolu w syropie i chyba pomogło.
- Cindy, tylenol był odpowiednim środkiem, ale w przyszłości ja muszę akceptować wszelkie leki, nawet te bez recepty. Tak będzie bezpieczniej.
Cindy otwarła szeroko oczy.
- Och, jasne. Przepraszam.
Stephanie uśmiechnęła się.
- Nic się nie stało. Po prostu wolę być ostrożna. Pozwól, że przedstawię ci doktora Delaware. Jest psychologiem, o którym rozmawiałyśmy.
- Dzień dobry, doktorze Delaware.
- Dzień dobry, pani Jones.
- Cindy. - Podała mi wąską dłoń, uśmiechając się nieśmiało.
Budziła sympatię. Zrozumiałem, że czeka mnie niełatwe zadanie.
- Jak ci mówiłam - podjęła Stephanie - doktor Delaware jest specjalistą od stresów u dzieci. Jeżeli ktokolwiek może pomóc Cassie dawać sobie z nimi radę, to właśnie on. Chciałby pomówić z tobą już teraz, jeżeli ci to nie przeszkadza.
- Och… jasne. Doskonale. - Cindy dotknęła warkocza. Wyglądała na zakłopotaną.
- Wspaniale - powiedziała Stephanie. - Jeżeli niczego ode mnie nie chcesz, pójdę już.
- Nic mi nie przychodzi do głowy, pani doktor. Zastanawiałam się tylko, czy pani… już coś wie?
- Jeszcze nie, Cindy. Wczorajsze EEG było zupełnie normalne. Ale jak ci już mówiłam, u dziecka w tym wieku to o niczym nie przesądza. Pielęgniarki nie odnotowały żadnych objawów padaczkowych. A ty nic nie zauważyłaś?
- Nie… właściwie nie.
- Właściwie nie? - Stephanie zrobiła krok w przód. Była tylko o kilka centymetrów wyższa od niej, ale wydawała się dużo większa.
Cindy przygryzła górną wargę, po czym powiedziała cicho:
- Nic takiego... To pewno nieważne.
- W porządku, Cindy. Powiedz mi wszystko, nawet jeżeli sądzisz, że to nieistotne.
- No cóż, jestem pewna, że to nic takiego, ale czasem mam wrażenie, że ona się wyłącza, przestaje słuchać, gdy do niej mówię. Wpatruje się w przestrzeń, jak w petit mal. Prawdopodobnie to nic takiego, tylko mi się wydaje, bo chcę coś wynaleźć.
- Kiedy spostrzegłaś takie zachowanie po raz pierwszy?
- Wczoraj, niedługo po tym, jak nas przyjęto.
- W domu nigdy go nie widziałaś?
- Ja… nie. Ale mogło się zdarzyć, a ja po prostu nie zauważyłam. A może mi się zdawało. Prawdopodobnie tylko mi się zdawało... Sama już nie wiem. - Jej ładna twarz wykrzywiła się.
Stephanie poklepała ją po ramieniu, a Cindy przechyliła się w stronę jej ręki, prawie niedostrzegalnie, jakby spragniona pocieszenia.
Stephanie odsunęła się o krok.
- Jak często zdarzało się jej zagapić tym nieruchomym spojrzeniem?
- Może kilka razy dziennie. Ale to pewnie nic takiego - powtórzyła. - Po prostu koncentruje się. Nigdy nie miała z tym trudności. Kiedy bawi się w domu, naprawdę umie się skoncentrować.
- No cóż, to dobrze, że ma łatwość skupiania uwagi.
Cindy skinęła głową, ale nie wydawała się uspokojona.
Stephanie wyciągnęła z kieszeni fartucha terminarzyk, wyrwała ostatnią kartkę i wręczyła ją Cindy.
- Wiesz co, następnym razem, kiedy zauważysz to znieruchomienie, zanotuj dokładnie czas i wezwij Vicki czy inną dyżurną pielęgniarkę, żeby rzuciły na to okiem, dobrze?
- Dobrze, pani doktor, ale to nie trwa długo. Tylko parę sekund.
- Zrób, co będziesz mogła - odparła Stephanie. - Na razie zostawiam was, byście mogli się lepiej poznać.
Przystanęła na chwilę, żeby spojrzeć na śpiące dziecko, uśmiechnęła się do nas i wyszła.
Kiedy drzwi się za nią zamknęły, Cindy popatrzyła na swoje łóżko.
- Złożę to, żeby miał pan gdzie usiąść. - Przez jej skórę także przeświecały delikatne lawendowoniebieskie żyłki, które pulsowały na skroniach.
- Zróbmy to razem - zaproponowałem.
Zaskoczyło ją to wyraźnie.
- Nie, nie, dziękuję.
Schyliwszy się, chwyciła materac i uniosła go. Ja uczyniłem to samo i podnieśliśmy oparcie sofy.
Przygładziła poduszki, po czym odstąpiła w tył, mówiąc:
- Proszę.
Usiadłem, czując się, jakbym był w domu gejsz.
Podeszła do zielonego krzesła i zdjęła z niego króliczki. Postawiwszy je na nocnym stoliku, przesunęła fotelik tak, by znalazł się naprzeciw sofy, i usiadła, stawiając stopy płasko na podłodze, a dłonie kładąc na szczupłych udach.
Wziąłem z parapetu jedno z pluszowych zwierzątek i pogładziłem je. Widoczne za szybą korony drzew z Griffith Park przypominały zielono-czarne chmury.
- Ładne - powiedziałem. - Prezenty?
- Niektóre tak, inne przywieźliśmy od nas. Chcieliśmy, by Cassie czuła się tu jak w domu.
- Szpital stał się dla niej drugim domem, prawda?
Utkwiła we mnie nieruchome spojrzenie. Brązowe oczy zaszły łzami i wydawały się teraz większe. Na twarzy odbił się wstyd.
Wstyd? A może poczucie winy?
Podniosła dłonie i ukryła w nich twarz.
Przez chwilę płakała w milczeniu.
Wyjąłem jednorazową chusteczkę z pudełka leżącego na stoliku obok łóżka i czekałem.