Diabelski młyn - Roman Ciepliński

Kup ebooka

18.67 zł
14.94 zł (13,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I.Dowód osobisty

Czywypowiedział ktoś ostatnio chociaż jedno własne zdanie, tylko iwyłącznie własne, swoją prawdę, nieznaną i niewypowiedzianąwcześniej? A jeśli nawet tylko niewypowiedzianą, a znaną leczniewyartykułowaną, to też w niczym to nie zmienia odpowiedzi. Trącibanałem kolejne zdanie, że wszystko już zostało powiedziane, łączniez tym zdaniem. I nie byłoby tematu poza tą oczywistością, gdyby niestwierdzenie jeszcze jednego prostego faktu, że jest jakaś tragicznarozbieżność między banałem zdań wypowiadanych o nas samych przez nassamych, o naszym życiu a samym życiem, które dzieje się raz i jużnigdy się nie powtórzy. Przynajmniej nam.

Zasiadamydo śniadania. Jest pochmurny poranek, co nie jest dziwne w kraju, wktórym liczba słonecznych dni wynosi raptem osiemdziesiąt parę. Jestmarzec. Kilka dni temu stopniał śnieg. Za oknem rdzawo-słomianekolory martwych liści, barwy jałowej ziemi. Dom otacza jakaś typowadla naszych stron cisza; świerki stoją nieruchomo jak dekoracja wteatrze. Przyroda odgrywa swą odwieczną, nieprzemijającą rolę -po akcie czwartym znowu jest akt pierwszy - wiosna.

Zapalamświatło, by stworzyć wrażenie świetlistego poranka, o którym zawszepisali nasi pisarze, chcąc efektownie wejść w świat opowiadany. Kotsiedzi na kocu ułożonym dla niego specjalnie na sofie. Pies przyszedłna taras, by dostać swój kawałek parówki. Poranny rytuał przyjęły teżzwierzęta. Korneliusz nadchodzi trochę chwiejnym krokiem, jakimchodzą nastolatkowie. Jego włosy są jeszcze mokre, bo przed chwiląwyszedł z łazienki, w której, rzecz jasna, był jak co dzień -zbyt długo.

- Dzisiajznowu brałeś prysznic 25 minut - mówię z lekką irytacją.

- Znowumierzyłeś mi czas - odpowiada człowiek, któremu jeszcze 15 lattemu zmieniałem pieluchy.

- Nadszedłczas, kiedy powinieneś sam decydować o swoim czasie. Nie chcę być jużtwoim sekundantem...

- Sekundantem?- zdziwił się Korneliusz.

- Takod sekund, których muszę pilnować, byś się do szkoły nie spóźnił.

- Pierwszyraz się spotykam z takim znaczeniem tego słowa.

- Dobra,stary. Smacznego. Jedz, bo ci wystygnie.

Patrzęna mojego syna i nie mogę uwierzyć. Nie jest do mnie podobny;bynajmniej nie chodzi o fizyczność (mam nadzieję). Ja w jego wiekubyłem bardziej otwarty... Skąd u niego ten ironiczny, by niepowiedzieć cyniczny uśmieszek? Kpi sobie ze mnie w żywe oczy.Krytykuje mnie ciągle i za wszystko.

- Tylerazy mówiłem ci, żebyś nie mył włosów przed wyjściem z domu. Tonajlepszy sposób na przeziębienie - powiedziałem, patrząc najego uczesane już, wilgotne włosy. - A poza tym, dlaczego nieubierasz się cieplej. Nie żyjemy w Kalifornii.

- Nieżyjemy w Kalifornii - zdziwił się Korneliusz. - Zawszemyślałem, że żyjemy właśnie w Kalifornii.

Iznowu ten uśmiech. Spokojnie liczę do dziesięciu. Nie przychodzi.Jeszcze raz do dziesięciu. Trochę lepiej. Przez chwilę miałem ochotęzniszczyć tę jego przylizaną fryzurę jednym plaśnięciem gazety. Ale ztego nic dobrego pewnie by nie wyszło. Bycie rodzicem. Jestem jakwielu przede mną. To wszystko już się zdarzyło. Odtwarzam tylko zmoim nieświadomym dzieckiem odwieczny zapis.

- Niewdzięcznąsprawą jest wychowywanie własnych dzieci - mówię, gdy on powolizajada musli z mlekiem. - Przekonasz się o tym sam, gdybędziesz miał własne dzieci, czego ci życzę. Wychowywanie topowtarzanie tego samego przez wiele lat. Zazwyczaj z marnym skutkiem.Słowem - nic ciekawego.

- Więcnie powtarzaj - odparł Korneliusz. - Mama mi tak nienudzi...

- Teraz,gdy wchodzisz w okres buntu wobec ojca, gdy chcesz się różnić odniego jak najbardziej, nie będziesz zadowolony choćbym nawet spełniłtwoje oczekiwanie.

- Wjaki okres. Ja w nic nie wchodzę. Po prostu czuję się sobą.

- Takci się tylko wydaje - odpowiedziałem. - Nie jesteś sobą.Jeszcze za wcześnie...

- Aty jesteś sobą? - zapytał mnie bezczelnie.

Ugryzłemsię w język.

Jechaliśmydo miasta w milczeniu. W radiu był konkurs esemesowy, dla tych którzychcą wygrać górę kasy tuż po śniadaniu. Słuchaliśmy. Nikt nie wygrał.Druga tura będzie po południu. Pożegnałem syna pod bramą szkoły. Tegodnia mieli rekolekcje. Za dwa tygodnie Wielkanoc.

Chwilępo ósmej zadzwonił do mnie Błogi, mój niegdysiejszy przyjaciel, zktórym poróżniło mnie życie, choć ciągle mieliśmy jakąś wspólnotęemocji. Bardziej może emocji niż poglądów. Wpadł do mnie do redakcjii zostawił mi swoją książkę o Theo Bilskim -"Literaturajako zwierciadło". Włożyłem książkę (jeszcze pachnącądrukarnią) do torby i chciałem się szybko pożegnać z moim byłymprzyjacielem, nie tylko dlatego, że spotkanie to wydawało mi sięprzedwczesne (jeszcze mi nie przeszło), ale przede wszystkim z powoduplanowanego wyjazdu. Na dole czekał już na mnie Waldi. Mieliśmyjechać do Lipna, gdzie popadał w ruinę opuszczony pałac Schoenebergówi Cedrowa, gdzie w dawnym pałacu Wedlów, przerobionym w czasie wojnyna sanatorium dla gestapo działał ośrodek pielęgnacyjno-opiekuńczydla osób upośledzonych.

- Stary,zajrzyj do tej książki. Bardzo mi na tym zależy - powiedział.

Niewielemyśląc, choć nie zrobiłem tego złośliwie, lecz w wyniku automatyzmusytuacji: prośba - spełnienie, otworzyłem książkę i wertowałemją, czytając co niektóre zdania. Błogi zaśmiał się.

- Nietak, ale dobrze. Wiem, że wnikliwiej nie będzie.

- Będzie- odpowiedziałem. - Ale widzę, że trzymasz się swoichulubionych motywów. Pełno w tej pracy ekskrementów, plwocin,wymiocin, krwi, wydzielin, aktywnych gruczołów, wzwodów, miesiączek,upławów... Słowem, nic się nie zmieniłeś. Na razie. Muszę lecieć.Trzymaj się stary - powiedziałem i zbiegałem już po naszychredakcyjnych rozłożystych schodach pamiętających jeszcze czasy IIIRzeszy i jej architektów.

Jestjakaś tragiczna rozbieżność między banałem zdań wypowiadanych o nassamych przez nas samych, o naszym życiu a samym życiem, które dziejesię raz i już nigdy się nie powtórzy. Pierwszy wniosek, który nasuwami się, rzecz jasna przedwczesny i emocjonalny brzmi: język którymmówimy nie wyraża nas i nie odkrywa nas, lecz tylko pozwala sięporozumieć. Dotyczy to w równym stopniu języka musztry, marketingujak i poezji i filozofii. Już samo słowo - język oraz jeszczebardziej istotne słowo - "słowo" świadczą o tym, żemówimy tym, "co już było", tym "co już przed namizostało nazwane", a więc nie mówimy "własnym", leczpowtarzamy, ciągle powtarzamy "cudze". Powtarzamy"cudze", by nazwać "własne". Nazwać ciąglebezskuteczne. Bo my ciągle rozumiemy siebie nawzajem, ale nieprzekazujemy swoich myśli, emocji, uczuć i nadziei do końca, ajedynie odczytujemy z pamięci przypisane tym stanom wykute wświadomości zapisy. Odtwarzamy pierwotny tekst, ale nie docieramy dosedna, górnolotnie mówiąc - do prawdy. Drugi - równiepewnie przedwczesny - wniosek brzmi: nasz język i wypowiedzicharakteryzują nie tyle nas, co naszą dramatyczną sytuację i zamiastnas wyrażać - odsłaniać, raczej zasłaniają.

Toteż już było. Perspektywa nudy. Świadomość bezsilności, bo taknaprawdę nie można wypowiedzieć nawet jednego własnego zdania. Tobezdennie śmieszne w przypadku istot zwanych dumnie homo sapiens. Czysą wyjątki? Korneliusz? Błogi? Zanim Kornelusz uświadomi sobie, żepodobnie jak inni płynie tą wielką rzeką w kierunku ujścia, miniepewnie sporo czasu. Błogi przeżywa własną fizyczność, testujefizjologię stanów ekstremalnych, widząc, w jedzeniu, trawieniu iwydalaniu oraz jego produktach kres swej wędrówki i uniwersalny modelprzemiany materii, przemiany wszystkiego, także życia w związkiorganiczne i w minerały. Czy wszystko zmierza li tylko w stronęmineralizacji i ostatecznego utlenienia? Twierdził, że tak.Odpowiadałem mu wtedy - nie wiem, czy jest coś więcej niżmateria i ziemska egzystencja, staram się w to wierzyć, wiemnatomiast, że to co dla ciebie jest ostatecznym produktem rozkładu,jakim ci się wydaje życie, dla malarza jest zaledwie początkiem.Tlenki metali, minerałów i związki organiczne to chemia dla malarza.Przeczytaj skład chemiczny farb, a zrozumiesz. Czasem malowałem, cobyło - w oczach moich wykształconych kumpli - przejawemstaroświeckiego uporu i braku pokory wobec nieuchronności przemianykultury i schyłku tradycyjnych sztuk. Malarstwo umarło. Picasso o tymzaświadczył jako główny grabarz, a reszta to cmentarne hieny.Rozumiałem dobrze te ataki. Mieli rację, ale ja kochałem zapach olejulnianego, werniksu, brud pigmentów za paznokciami, zapiekłe wino nadnie kieliszków w pracowni, terpentynę i chłód acetonu, którymzmywałem plamy na spodniach i próbowałem wskrzeszać zaschniętezeszłoroczne pędzle.

Wtym zataczaniu kolejnego koła, wracaniu w to samo miejsce i godzeniusię na to, mój były przyjaciel Błogi był mistrzem. Teoria wielkiegopowrotu jako żywo zresztą korespondowała z mechanizmem wydalania,który tak naprawdę jest jednym z etapów bądź co bądź krótkiego cykluukładu pokarmowego. Cykli jest zresztą cała masa, właściwie wszystkojest częścią jakiegoś cyklu, czyli częścią dookolnej trasy, anajwiększe z tych kół to koło życia i śmierci. Dość na razie.

Zbiegłemna dół. To też rodzaj łuku, części większego okręgu, który zataczamwraz z Waldim, by odkryć część naszej małej Atlantydy -zaginionego dziedzictwa poprzednich mieszkańców Pomorza -Niemców. I ich najwyższy z aktów kreacji - wiejskie rezydencje,które po wojnie - jeśli nie zostały splądrowane i spalone -były zamienione na przedszkola, biblioteki wiejskie, biura pegeerówczy po prostu budynki socjalne. Niektóre jednak na więzienia i zwykłemordownie, gdzie komuniści czyścili społeczeństwo z wrogichelementów. Wyruszaliśmy na kolejną pałacową wyprawę. Najpierwintencje mieliśmy ściśle gazeciarskie. Chcieliśmy się wyrwać zredakcji, by pojechać w teren, gdzie zawsze ciekawiej jest niż w tejzatęchłej plotkarni. Później jednak okazało się, że robimy robotęsławnego niegdyś Jacquesa Cousteau - odkrywamy niemal zupełnienieznany u nas kawałek świata - obcą, wspaniałą w porównaniu znarzuconą nam przez Sowietów kołchoźniczą siermięgą -cywilizację. Daliśmy głębokiego nura w świat nieistniejący.Trafiliśmy na fragment jeszcze większego koła - koła historii.Mocno już wyszczerbionego. Potrzebna była rekonstrukcja, a materiałumieliśmy niewiele.

Tobyła jedna ze wspanialszych naszych zawodowych przygód. Mój starycolt widział już wcześniej niejedno bezdroże, bo w plenery jeździłem,nie zważając na jakość nawierzchni, jednak to, czego doświadczyłpóźniej wryło się na zawsze w jego podwozie. Nie było tygodnia byśmynie wyjeżdżali w poszukiwaniu porzuconego dziedzictwa wypędzonejniemieckiej arystokracji, której potomkowie klepią gdzieś biedę,która u nas jest co najmniej dostatkiem.

Sąrzeczy, o których nie jesteśmy w stanie mówić, ale są też rzeczy októrych mówić nie chcemy, mimo że wszyscy wkoło strzępią sobie o tymjęzyki. Takim tematem też jest od pewnego czasu niemieckość Szczecinaczy tej części Polski, historia w tym sensie, w jakim próbuje sięustalić stan rzeczy bliskich nam obecnie - w przeszłości. Robito na nas wszystkich ciągle ogromne wrażenie i wpędza w konsternację.Nic dziwnego, ale przecież to nie tylko nasza wina. Nie wdając się wszczegóły - po raz kolejny przydarzyła się wędrówka ludów, tymrazem z powodu katastrofy w głowach. Gdyby nie Hitler i entuzjazmniemiecki dla wojny (co w jakimś sensie może do dziś imponować, żebył taki dzielny, spartański naród), nikomu nie przyszłoby do głowyprzesuwać granice o 300 km na zachód. I tak Polska stała się krajembardziej zachodnim - przejęła po Niemcach odrobinę z ichrozpaczy, która pozostała w pustych domach, na cichych ulicach, wopuszczonych w pośpiechu wsiach, na polach, z których nie zebranoplonów, wśród nieskoszonych łąk i młynów na jałowym biegu mielącychpowietrze, czas, strach, historię. Bardzo trudno o tym myśleć. Alestało się. Jedziemy po ziemi, na której urodziliśmy się - Waldii ja. Nasz colt drąży tunel w rozgrzanym wiosennym powietrzu, pędzimyteż w przeszłość. Szczątki Atlantydy wystają tu i ówdzie ponad poziomzielonej szaty. Nie chodzi tylko o architekturę. To coś więcej. Kiedyzaczynaliśmy, myśleliśmy, że będzie to zaledwie jakąś ciekawostką, októrej ludzie przeczytają w piątkowym numerze, ale okazało się, żesprawa jest poważna - natknęliśmy się nie tylko na fragmentzatopionej przez historię cywilizacji, ale też na ukrytą do niedawnadla nas - metaforę. To figura odwieczna, najstarsza znanaczłowiekowi. Nazywa się koło. Więc obaj z Waldim z nieoczekiwanąpowagą, bez wyjaśniania sobie i uświadamiania, z dyskrecją ludzi,którzy mają świadomość wielkości swojego odkrycia, jedząc po drodzekanapki, wypijając dziesiątki litrów koli i zapychając się snikersamijechaliśmy od wsi do wsi i próbowaliśmy odnaleźć resztki zabudowańfolwarcznych, dwory, pałace, a nawet zamki. Niektóre były wkomplecie, inne - mocno nadgryzione przez ząb czasu, resztazapadała się w glebę jak gnijące grzyby. Myszkowaliśmy po ruinach,rozmawialiśmy z ludźmi, robiliśmy zdjęcia. Te wyprawy były jaknarkotyk. Gdyby nagle metodą deus ex machina zmieniła się historia izaginiony świat odnalazłby się ze swoim całym dziedzictwem, któregonie trzeba odkrywać - bylibyśmy nieszczęśliwi. Ta podróż poruinach była też przecież czymś więcej, niż próbą rekonstrukcji tegoco było. Nieświadomi pisaliśmy ciągle to samo - o tym, że towszystko już było, wracamy tam, gdzie już byliśmy. Po każdej wojnieświat zamienia się wromantyczny ogród - idealne miejsce dla takich jak mywłóczęgów. Ten pejzaż, który niejednego wpędziłby w depresję, był jakbalsam dla naszych dusz. Destrukcja piękna, zniszczenie wyższejcywilizacji noszą w sobie potencjał najwyższego estetycznegoobjawienia. Nie do przyjęcia byłoby dla nas zrekonstruowanie całejpostaci Nike z Samotraki, dorobienie głowy niejednej Atenie czyWenus, tak samo zapewne potraktowalibyśmy rekonstrukcję tychnaturalnie zdekonstruowanych, zrabowanych, rozkradzionych cegła pocegle, kamień po kamieniu majątków. Ten rozpad był piękny. Widzielito wszyscy z wyjątkiem mieszkańców tych wiosek, złodziei i naszejprasy. Nawet spadkobiercy junkierskich rodzin musieli w tym potwornymbajzlu, w obrazie rozkładu i cywilizacyjnego Czarnobyla widzieć jakiśniezwykły urok, bo wracali w te ruiny, dreptali po chaszczach z lekkoszklistymi oczami. Milczeli z nieśmiałymi uśmieszkami. Ta delikatnośćbyła nie nasza, a jednak dziwnie znajoma.

wserii kwadratukazały się:

"2008","2011", "2014", "2017" -antologie współczesnych polskich opowiadań

MarcinBałczewski"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"

WaldemarBawołek"To co obok"

KostiaBerezin (Paweł Laufer)"Buty Mesjasza"

JacekBielawa "Kościelec"

DariuszBitner"Książka"

RomanCiepliński"Diabelski młyn"

TomaszDalasiński"Nieopowiadania"

KrzysztofGedroyć"Przygody K"

AndrzejGrodecki"Iluzje"

BrygidaHelbig"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inneludzie"

LechM. Jakób"Ciemna materia"

BogusławKierc"Bazgroły dla składacza modeli latających"

WojciechKlęczar"Wielopole"

BogusławaLatawiec"Ciemnia"

RyszardLenc"Chimera"

ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz","Skerco"

MiłkaO. Malzahn"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"

AgnieszkaMasłowiecka"Pyszne ciało", "Splątanie"

JarosławMaślanek"Ferma ciał"

DariuszMuszer"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolnośćpachnie wanilią"

KrzysztofNiewrzęda"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości","Second life", "Wariant do sprawdzenia","Zamęt"

EwaElżbieta Nowakowska"Apero na moście"

Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski"Błogosławieni"

PawełOrzeł"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic","Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"

PawełPrzywara"Zgrzewka Pandory"

KrystynaSakowicz"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"

AlanSasinowski"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczeryfacet"

GrzegorzStrumyk"Kra", "Nierozpoznani"

ŁukaszSuskiewicz"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"

LeszekSzaruga"Dane elementarne", "Podróż mego życia","Zdjęcie"

IzabelaSzolc"Śmierć w hotelu Haffner"

ŁukaszSzopa"Kawa w samo południe"

AndrzejTurczyński"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncertmuzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"

AnatolUlman"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"

EmiliaWalczak"Hey,Jude!"

MiłoszWaligórski"Ktoto widział"

Henryk Waniek "Miastoniebieskich tramwajów"

MaciejWasilewski"Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodejPolski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"

BartoszWójcik"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"

GrzegorzWróblewski"Nowa Kolonia"

MaciejWróblewski"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"

TadeuszZubiński"Rzymska wojna"